Zbrodnia w hidżabie. Na książęcej farmie - Tanya Valko

-
Proszę czekać

PROLOG

W jej piersi wzbiera cichy krzyk. Dźwięk ożywa. Przeszywa jej uszy. Oczy pieką ją od łez. Stąpa szybciej, coraz szybciej. Musi uciec. Oddech świszcze jej w gardle. Pierś unosi się i opada gwałtownie.

Słyszy czyjeś kroki. Ktoś nadchodzi. Skrada się jak dzikie zwierzę przedzierające się przez wyschnięte chaszcze, przebija przez fale gorąca, przez miałki piach, który wiąże stopy, i zatykający płuca pył. Zbliża się do niej. Niczym drapieżnik osaczający ofiarę. Słyszy nienawistne dyszenie, już prawie namacalnie czuje czyjąś obecność. Jeszcze raz upada, brnie na czworaka po piasku, kalecząc dłonie na cierniach i kolcach suchych krzewów, które - uformowane przez wiatr w kule - przetaczają się po terenie farmy.

Ponownie wstaje. Jej ciało nieruchomieje. Mózg ma sparaliżowany. Nie może złapać oddechu, nie może się ruszyć. Jakaś zjawa zmierza w jej kierunku, jest coraz bliżej.

Zamiast być cicho, impulsywnie jęczy. Krótki skowyt wyrywa się z jej ust.

Do jej umysłu wdziera się zamazany obraz z zamierzchłych dziejów - widok głębokich ran na buzi dziewczynki. Biednej, chudziutkiej, małej dziewczynki. Jej podbite oko. Morze żywoczerwonej krwi. Rozbryzganej, rozchlapanej na ścianach stajni, na suchym obroku. Czuje zapach posoki. Cuchnący. Metaliczny. Pociera swoje czoło i policzek, które dzisiaj też broczą. Spoziera na dłoń - jest cała czerwona. W poświacie księżyca krew wydaje się czarna. Dopiero teraz, dopiero dziś żałuje. Żałuje niewybaczalnych czynów z przeszłości, ale czasu nie da się cofnąć.

Znów rzuca się przed siebie w stronę pałacu księcia. Niedaleko niego jest jedyne rzęsiście oświetlone miejsce widoczne na horyzoncie. Musi tam dotrzeć, do meczetu, którego minaret wbija się w nisko wiszące nad głową niebo niczym gwiazda wyznaczająca kierunek podróżującym przez ocean piasku. Na pewno jest otwarty, myśli panicznie. Tam mnie ochronią. Tam najpierw się ogarnę, a potem dopnę swego. Mimo wszystko jest nieugięta. Nie podda się.

Nagle na jej drodze wyrasta ogrodzenie. Nie ma siły go ominąć. Postanawia przecisnąć się pod najniższym drutem pastucha elektrycznego. A nuż nie ma w nim prądu - przecież tu nic nie działa. Czołga się, szurając brzuchem po nadal ciepłym piasku. Na chwilę zapomina o swojej sytuacji i robi się jej przyjemnie, jak w łóżku, bo ziarenka otulają ją niczym kołdra, ogrzewają skórę i ciało. Słyszy wołanie. Czy jej się wydaje, czy tylko wiatr zawodzi na pustkowiu? Szóstym zmysłem wyczuwa, że musi uciekać. Teraz albo nigdy.

Przepycha się, choć drut rani jej plecy, rozdziera skórę. Drapie podłoże paznokciami, jeden pomalowany na fioletowo się odrywa. Czuje drobne kamyczki w piasku miałkim jak mąka. Kiedy jest już po drugiej stronie, ogarnia ją euforia. Sądzi, że jest uratowana. Staje na równe nogi, bo dociera do niej głos - odbija się echem od stojącego w miejscu powietrza niczym od ściany.

- Nieeee! - wydaje ostatni krzyk.

ROZDZIAŁ 1

FARMA RAHMANIJA

Festiwal Koni Arabskich na farmie Rahmanija w Tabriku, będącej własnością saudyjskiego księcia, miłośnika tych zwierząt i kreatywnego biznesmena, jest renomowaną imprezą. Oprócz pokazu i przyznania przez międzynarodowe jury wysokich nagród dla najpiękniejszych koni najczystszej krwi odbywają się tam też wyścigi na hipodromie. Należąca do księcia Rahmana młoda klacz o imieniu Luna zdobywa pierwsze miejsce w klasie trzylatek. Organizator jest wniebowzięty. Opłaciły się starania, a ogromne fundusze zainwestowane w pokazy przyniosły efekt - festiwal okazuje się spektakularnym sukcesem. Książę nie szczędził wydatków, bo chce dosłownie ozłocić przybyłych z całego globu fanów tej dyscypliny oraz członków jury.

W wielkich klimatyzowanych białych namiotach, obsługiwanych przez całą armię kelnerów i służących, serwuje się gościom liczne wymyślne dania, by każdy czuł się dopieszczony. W końcu ma ich otaczać saudyjski przepych. Zaś w ekskluzywnym przyjęciu w pałacu księcia uczestniczą tylko najważniejsi, przede wszystkim jurorzy.

*

Czterdziestoparoletni wymuskany gospodarz, jak przystało na Saudyjczyka, jest ubrany w śnieżnobiałą tobę1, a jak przystało na arabskiego możnowładcę, ma przy manszetach brylantowe spinki. Są w kształcie podkowy, co świadczy o jego zamiłowaniu do koni. Ciężka bransoleta obciąża szczupły nadgarstek, omal nie urywając wątłej ręki, zwłaszcza że zdobi ją masywna głowa rumaka inkrustowana diamentami, rubinami i szafirami. Biżuteria lśni, a złoty Rolex wręcz oślepia. Postronnemu obserwatorowi, zwłaszcza ze świata zachodniego, takie obwieszanie się klejnotami przez mężczyznę może się wydawać pretensjonalne, jednak nie tu, nie na piaskach pustyni Rub al-Chali, gdzie bogactwo rodu Ibn Sauda2 jest czymś naturalnym, a pławiący się w luksusie książę nie czuje się zakłopotany, bijąc innych po oczach swoją fortuną. Przecież nie jest jego winą, że ten niegdyś biedny kraj posiada jedne z największych złóż ropy naftowej, a jego władcy, pomimo że lekceważeni przez świat, początkowo niewykształceni i prymitywni, potrafili to wykorzystać. Poza tym książę Rahman jest tak sympatycznym i otwartym człowiekiem, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby mu zazdrościć. Nikomu z wyjątkiem niektórych przyjezdnych.

*

Czcigodni goście ledwo zipią z obżarstwa, a słodka bahlawa3 dopełnia nawet najbardziej nienasycone brzuchy. Zielonej herbaty i świeżo prażonej jemeńskiej kawy nikt już nie jest w stanie upić ani łyka, bo serca wyskoczą im gardłem, a na bezsenność będą cierpieć co najmniej dobę.

Rahman al-Saud podnosi się ze swojego miejsca u szczytu długiego stołu mieszczącego ponad dwadzieścia osób i daje znak, by towarzystwo umilkło. Jakim cudem jest taki szczupły, wręcz chudy? - zastanawiają się z zawiścią patrzące na niego kobiety. Nie zdają sobie sprawy, że człowiek rozpieszczany od dziecka nie będzie się obżerał smakołykami po korek, bo jemu tego nie brakuje i nigdy nie zabraknie, na wyciągnięcie ręki ma najlepsze arabskie i europejskie jadło przygotowane przez profesjonalnych kucharzy, nie wspominając o wszelakich pieczonych mięsiwach, a jeśli tylko zapragnie, dostanie pod nos kawior, krewetki tygrysie, homary i ostrygi.

- Zapraszam państwa na przejażdżkę po mojej farmie. Przekonacie się, że na piachach pustyni da się stworzyć niezwykłą oazę.

To powiedziawszy, książę kieruje się do wyjścia, poganiając gości, bo bardzo chce się pochwalić swoimi dokonaniami.

- Pojedziemy na wielbłądach? - martwi się Brytyjka Susie, której mimo krążących krytycznych opinii o ukrywaniu pod zwojami materiału saudyjskich kobiet bardzo przypada do gustu podarowana jej abaja4 wyszywana kamieniami półszlachetnymi. W równym stopniu oczarowuje ją Orient, jak przystojny książę.

- Nie mogę was narażać na takie niebezpieczeństwo. - Rahman w opiekuńczym geście dotyka jej pleców. - Dromadery to nie konie, które doskonale znacie, ale wielkie i dość krnąbrne zwierzęta z charakterkiem.

- Zatem czym będziemy się przemieszczać? Bent­leyami? - pokpiwa juror z Polski.

- Jak przystało na ekologiczną farmę, wykorzystamy elektryczne meleksy.

- W tym cholernym upale?! - oburza się Franciszek, a pozostali też robią kwaśne miny. - Co za nonsens!

Książę przełyka krytyczną uwagę, uśmiecha się uroczo, ukazując białe jak śnieg zęby, i wyjaśnia:

- "Zgodnie z naturą" nie znaczy "prymitywnie", moi państwo.

Służba już otwiera drewniane drzwi z metalowym okuciem i w tym samym momencie zebranych uderza żar, a nozdrza i usta atakuje pył.

Panie wykorzystują szale, które dostały w komplecie z płaszczami, i z ulgą zakrywają twarze, pozostawiając odsłonięte jedynie oczy. Teraz przekonują się na własnej skórze, dlaczego obowiązuje tu taki strój. Panowie ostentacyjnie kaszlą.

Na podjeździe stoi długi jak autobus zadaszony pojazd z szybami ze specjalnego plastiku, grubego i wytrzymałego. Nie słychać oczywiście silnika ani nie czuć smrodu spalin. Grunt to ekologiczne rozwiązania.

- Zapraszam do środka. - Książę szarmancko służy ramieniem niewiastom, prowadząc je do wehikułu.

Kobiety jeszcze szczelniej okrywają się abajami i szalami, bo w środku jest zimno jak w lodówce. Zdziwione, ale zadowolone, chichrają jak nastolatki.

*

W trasie towarzyszy im mniejszy meleks z ochroną pod bronią i z walkie-talkie. Pojazdy prowadzone są przez azjatyckich kierowców, którzy umiejętnie omijają dziury i wądoły na gruntowej drodze, a po asfalcie prują niczym na wyścigach. Czasami długim pojazdem zarzuci, a wtedy rozlegają się piski i śmiechy. Zwiedzający mijają farmę przepiórek i rozległe uprawy warzyw skrytych pod folią w szklarniach, które w tym klimacie mają za zadanie nie tyle ogrzać powietrze, ile je schłodzić i nawilżyć, bo temperatura osiąga tu sześćdziesiąt pięć stopni Celsjusza, a wilgotność wynosi jedynie pięć procent, więc jest piekielnie gorąco i sucho. Jak to na pustyni.

Do najważniejszych punktów farmy prowadzi komfortowa, szeroka jezdnia z najlepszej jakości asfaltu, który nawet przy takich temperaturach się nie topi. Po obu jej stronach stoją wysokie palmy, gdzieniegdzie rozpościerają się małe zagajniki, a estetykę miejsca dopełniają klomby pełne kolorowych kwiatów, przycięte żywopłoty i zielona trawka. Nikt z przyjezdnych nie zdaje sobie sprawy, jak trudno tego dokonać w tutejszym klimacie, choć każdemu rzuca się w oczy system nawadniania, bo nie sposób ukryć sieci licznych rur i gumowych węży.

Wysoki, podłużny budynek stajni, obłożony drewnianymi deskami na styl ranczerski, na wszystkich robi wrażenie.

- Patrzcie, jakie duże okna! Dzięki nim koniki mogą swobodnie obserwować, co dzieje się na zewnątrz! - zachwyca się Julia z Hiszpanii. - A nawet się opalać!

- Akurat u nas słońca im nie brakuje - żartuje zadowolony książę, bo przeczuwa, że nowoczesne wyposażenie obiektu zachwyci gości.

- Witam państwa. - W otwartych na oścież ogromnych drzwiach stoi smukły jak topola śniady mężczyzna. - Mam na imię Bilal.

- Ten przystojniak jest moją prawą ręką. - Rahman poklepuje pracownika po ramieniu i ciepło na niego spoziera. - Oprowadzi was po swoim królestwie, a ja w tym czasie wypiję kawę. Potem zapraszam na zimne lub ciepłe napoje do kafeterii.

Bilal nie wygląda na Saudyjczyka o charakterystycznej dla tej nacji cerze koloru kości słoniowej, nie ma pokaźnego nochala i czarnych jak noc oczu. Jego karnacja jest ciemna, nos krótki i kartoflowaty, zaś brązowe oczy skośne, typowo azjatyckie. Rysy ma regularne, usta krwistoczerwone i namiętne, a hebanowe włosy elegancko przystrzyżone. Ubrany w strój jeździecki, świetnie się prezentuje, a na dokładkę perfekcyjnie włada brytyjskim, jakby urodził się na dworze Windsorów. Jest niezwykle atrakcyjny i pociągający dla płci przeciwnej, nic więc dziwnego, że jurorki pożerają go wzrokiem.

Ci, którzy znają realia Półwyspu Arabskiego, dziwią się, że ten ponad wszelką wątpliwość Pakistańczyk nie zajmuje się oporządzaniem wierzchowców, tak jak inni Azjaci pracujący dla arystokraty, tylko jest doradcą księcia.

- Jestem odpowiedzialny za zakup wyselekcjonowanych koni - chwali się Bilal, maszerując długim korytarzem z gumową, antypoślizgową podłogą.

- Wydaje mi się, że widziałam pana na Epsom Derby w tym roku. - Młoda Brytyjka szybko bierze przystojniaka pod lupę.

- Tak, byliśmy tam razem z Rahmanem. Luna, nasza dzisiejsza laureatka, wygrała tam gonitwę.

- Siedział pan w loży królewskiej? Nie mylę się? - docieka wścibska kobieta.

- Razem z księciem Harrym kończyliśmy ten sam college, madame5 - informuje mężczyzna, filuternie mrużąc powieki i prezentując przy tym długie czarne rzęsy.

- No i wszystko jasne - burczy juror Franek. - Wszędzie nepotyzm.

- Spokrewniony z nim bynajmniej nie jestem, drogi panie - ripostuje Bill. - To chyba widać gołym okiem.

Zwiedzający, zażenowani głupią uwagą kolegi, wybuchają gromkim śmiechem.

- Na Polach Mokotowskich też się szwendaliście. - Polak nie wiadomo czemu stawia organizatorów pod murem.

- Kupujemy wasze konie, bo są prawie tak samo dobre, jak nasze - odgryza się Bilal.

- A co pan robi oprócz jeżdżenia po świecie i zgarniania najlepszych zwierząt, bo nikt nie jest w stanie was przelicytować?

- Na miejscu nadzoruję pielęgnację koni, ich ujeżdżanie, tresurę, a przede wszystkim prawidłowe rozmnażanie. Musicie wiedzieć, że zanim ogier zostanie dopuszczony do klaczy, najpierw przechodzi badania DNA. Dzięki temu otrzymujemy źrebaki niemal idealne.

Po tych słowach Bilal przyspiesza kroku i wchodzi do centralnej części stajni, a grupa staje w wejściu jak zamurowana. Pomieszczenie jest zalane światłem, bo wysoki dach wykonano ze szkła refleksyjnego, które odbija promienie słoneczne. Generatory pracują pełną parą i nie dość, że ciągi komunikacyjne, ale także boksy i podwórzec dzień i noc są schładzane. Pośrodku stoi strzelista palma, obok której kojąco szemrze mała fontanna. Rosną tu kolorowe krzewy i kwiaty, inne zwisają gęstymi girlandami z podwieszanych doniczek, a po specjalnych drewnianych drabinkach pnie się bugenwilla. Jest czym oddychać, a powietrze jest czyste jak kryształ, bo filtry też nie próżnują. Jurorzy zaglądają do boksów i znów są mile zaskoczeni, bo każdy koń ma do dyspozycji obszerną przestrzeń, a nie, jak to często bywa, małą ciemną norę, gdzie nie ma jak się ruszyć.

- Nie muszą liczyć każdego metra kwadratowego, bo nieużytków mają tu hektary. - Franek znów szuka dziury w całym.

Bilal i cała reszta ignorują czepialskiego i idą dalej. Już po chwili goście otwierają usta ze zdziwienia na widok elektrycznej bieżni dla koni, na której właśnie jeden z wierzchowców zakończył przebieżkę. Bilal podchodzi do niego, łapie go pod pysk i przytyka czoło do jego głowy. Ogier rży z zadowolenia. Widać, że Pakistańczyk ma podejście i zna się na swojej pracy, a także kocha zwierzęta, które odwzajemniają jego uczucie. Karuzela dla koni jest dość powszechna w stajniach, jednak ta tutaj zadziwia wymiarami i eliptycznym kształtem, dzięki czemu rącze rumaki nie biegają jak chomiki w kołowrotku.

- To akurat im wyszło, bo od wieków wykorzystują do pracy w kieracie osły czy wielbłądy. - Polak znów wyraża swoją krytykę, co powoli robi się nie tyle śmieszne, ile męczące.

Pozostali nie komentują, ale zgodnie się odwracają i zostawiają go w tyle. Tylko ochrona obiektu depcze mu po piętach, nie pozwalając zbytnio się oddalać, bo maruda wszędzie węszy, ewidentnie szukając pretekstu, by wytknąć najmniejszy błąd czy mankament stadniny.

Bilal chce im pokazać jeszcze parę rzeczy, którymi może się pochwalić Rahmanija.

- Ze względu na nasze warunki atmosferyczne dwie ujeżdżalnie są kryte - mówi z dumą.

- Ale tu przyjemnie! Jaka panuje temperatura?

- Staramy się utrzymać dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza. Proszę spocząć i raczyć się naszym saudyjskim szampanem6. - Przewodnik wskazuje na rattanowe sofy i fotele stojące przy luźno rozstawionych stolikach.

- Padok też macie pod dachem? To jakieś chore. - Franciszek oczywiście musi wtrącić swoje trzy grosze.

- Tę część zostawiłem na koniec zwiedzania - wyjaśnia Pakistańczyk. - Trzeba wyjść na zewnątrz, co przypuszczalnie będzie dla państwa niezbyt przyjemne.

- Chciałbym zobaczyć te nieszczęsne zwierzęta ugotowane na miękko. - Polski juror rusza pierwszy, a reszta z ociąganiem podąża za nim.

- Posiadamy system nawadniania podłoża, niezwykle rzadki w takich przybytkach - zaznacza masztalerz.

- A jak po takim wysiłku nawadniacie biedne konie?! - podnosi głos malkontent, jakby ktoś robił mu na złość.

- Właśnie tak. - Bilal wskazuje na wielkie koryta z wodą z lodem oraz pobliski długi basen, w którym akurat z radością pławi się wierzchowiec.

- Ale mu dobrze! - wykrzykują spocone panie.

- Sama bym do niego dołączyła! - Starszawa zawołana koniara nabiera w złożone dłonie wody z poidła tuż przy pysku pijącego zwierzęcia, a że się nie brzydzi, przemywa nią sobie twarz, którą znaczą purpurowe wypieki. - Wracajmy do środka albo do busa. Inaczej zaraz padnę!

Na te słowa natychmiast staje przy niej służący z rozłożonym parasolem, by ukryć ją w cieniu, a Bilal podaje jej silne ramię.

Czekający na podjeździe Rahman otwiera drzwi wychłodzonego pojazdu. Wszyscy sięgają po papierowe chusteczki i wycierają pot spływający z nich strumieniami. Bilal bierze stojącego przed stajnią elektryka i dołącza do gości. Młodsze jurorki dosiadają się do niego i zuchwale go adorują, co ewidentnie sprawia mu przyjemność.

Już po chwili pojazdy oddalają się od centralnej części Rahmaniji i zjeżdżają na ubity szutrowy trakt.

- Na zakończenie wycieczki pokażę państwu pewną osobliwość - tajemniczo ogłasza książę, gdy mijają ostatnie zabudowania gospodarcze i prują po pokrytym piaskiem odludziu.

- Co takiego? - Cudzoziemcy są już trochę zmęczeni. - Co jeszcze?

- Prywatne zoo. - Kiedy Rahman widzi zniesmaczone miny gości, robi mu się przykro. - Spokojnie! Moje zwierzęta nie żyją w klatkach, lecz w ich naturalnym środowisku, a zabezpieczenia są prawie niewidoczne - gęsto się tłumaczy. - Zresztą sami zobaczycie.

- Ale nie będziemy robić za ich naturalne pożywienie? - tradycyjnie już kpi złośliwy Polak.

Do zoo jest spory kawałek drogi, ale goście się nie nudzą. Z zainteresowaniem obserwują niezwykłe formy terenu, a widoczne na horyzoncie czerwone wydmy wprost ich oczarowują. Szczerze podziwiają pomysłowość i wytrwałość księcia. Pieniądze, które zainwestował w farmę, mógł przecież przepuścić w pubach, klubach i kasynach, na jachty i panienki lekkich obyczajów, jak robi większość jemu podobnych arabskich magnatów. Tymczasem on mordował się w pocie czoła, chcąc oswoić nieprzychylną człowiekowi naturę.

- Najpierw podjedziemy przed wybieg dla lwów - ogłasza wielmoża. - Zobaczycie moich ulubieńców: króla lwa, któremu dałem na imię Simba, jego samicę Nalę, małego Walida i Binti. Zwyczajna lwia rodzinka jak z broadwayowskiego musicalu.

Rzeczywiście samiec ma swoją lwią skałę, do złudzenia przypominającą tę z filmu, na którym prawdopodobnie wzorował się książę. Wielkie zwierzę stoi na niej właśnie w dumnej pozie, lustrując otoczenie.

- Biały lew! - Wizytujący zachwycają się kolejną osobliwością.

- Albinos? - dociekają.

- Nie, proszę państwa. To bardzo rzadki gatunek. Z tej przyczyny zamarzyło mi się, żeby go tu ściągnąć - mówi książę bez bufonady. - Jest uważany za symbol szczęścia i dobrobytu.

- No tak... - Ciągle sceptyczny Franciszek podśmiewa się pod nosem. - W razie gdyby ktoś nie wiedział, że ten bubek jest obłędnie bogaty, wpuścił sobie jeszcze lwa na pastwisko - żołądkuje się po angielsku, nie przejmując się, że Rahman doskonale go rozumie, ale on już od dawna nie przejmuje się takimi docinkami.

- A gdzie są kraty? - niepokoi się Susie, odruchowo chwytając siedzenia. - Te dzikie bestie mogą nas zaatakować! - panikuje.

- Pastuch elektryczny jest prawie niewidoczny, ale on służy do zatrzymania innych zwierząt, żeby nie pchały się do środka i nie stały przekąską drapieżników - żartuje rozbawiony jej reakcją Rahman. - Kolor cienkich drutów zlewa się z otoczeniem. Dała się pani nabrać. Chodziło mi o to, żeby nie zaburzyć dziewiczego porządku i krajobrazu. Zabezpieczeniem jest głęboka fosa, której raczej nie przeskoczą. Zauważycie ją, dopiero gdy podjedziemy bliżej.

Kiedy wycieczka zatrzymuje się w połowie wybiegu, lwica rzuca się w ich kierunku, jakby stawała w obronie młodych. Jest wyjątkowo nerwowa i agresywna. Biała sierść na jej pysku ma niepokojący rdzawy kolor. Na podgardlu też widać nieregularne plamy. Samica zatrzymuje się nad czymś, co przypomina typową dla tutejszych pustynnych rejonów toczącą się po piaskach kulę, uformowaną z suchych traw. Zewnętrzne źdźbła owinęły się wokół czegoś krągłego, a spod spodu wyzierają dziwnie cienkie nieregularne pędy, podobne do kręconych rudych włosów. Nagle na krótką chwilę zrywa się potężne wietrzysko. Splątane loki się unoszą i odsłaniają wstrząsający widok. Zmasakrowaną kobiecą twarz.

- To głowa! Czyjaś głowa! - Wielojęzyczna wrzawa międzynarodowych gości unosi się pod błękitne niebo, a powietrze przeszywa groźny ryk lwicy, która stoi nad swoją zdobyczą. - Trup!

Jurorki wpadają w histerię - jedne zasłaniają oczy, drugie chwytają się za skroń. Starszawa pani, która wyjątkowo źle znosi upalny klimat, pada nieprzytomna na piaszczyste pobocze. Susie zgina się wpół i wymiotuje. Wszystkie bez wyjątku zalewają się łzami i drżą jak osiki. Panowie natomiast gryzą wargi, a Franciszek, do tej pory zawadiacki i bezczelny, z przerażenia otwiera usta. Szybko jednak się otrzepuje i wszczyna larum.

- Policja! Wezwać policję! - udziera się na całe gardło. - Wszarze! Pastuchy! Brudasy! - pozwala sobie na coraz mocniejsze inwektywy pod adresem gospodarzy.

Książę jest niemniej zszokowany, bo to delikatny, wrażliwy mężczyzna, który nie akceptuje przemocy i niesprawiedliwości. Zamiera bezradnie, nie potrafiąc unieść takiej tragedii. Posępne, złowieszcze myśli przetaczają się przez jego głowę niczym burza. Nie umie się pogodzić z tym, że wspaniała impreza, w którą włożył całe serce, zostanie zapamiętana jako śmiertelny incydent w prywatnym zoo bogacza. Zapewne rozniosą go na językach i nikt już nigdy do niego nie przyjedzie - a wszystko przez to, że zachciało mu się chwalić swoją farmą. Pycha go zgubiła. Podejrzewa, że opinia publiczna mu nie odpuści i oskarży o niestworzone rzeczy. Fatalistyczne wizje zalewają mu serce.

Po chwili z drugiego meleksa wyskakuje Bilal. Gdy widzi to, co pozostali, oczy wychodzą mu z orbit, a wargi wykrzywia nienaturalny grymas. Jak strzała rzuca się w stronę ogrodzenia i nie zważając na nic, usiłuje się pod nim przepchnąć. Rahman stoi jak zamurowany, a ochrona w małym elektrycznym pojeździe ani drgnie. Bilal idzie na pewną śmierć.

- Dżoana! - dociera do uszu zszokowanych obserwatorów. - Dżoana! Habibti7!

Książę bacznie obserwuje młodzieńca, który odchodzi od zmysłów. Wyje jak śmiertelnie ranne zwierzę. Co on wyprawia? Zamiast się opanować, uspokoić gości, sam wpada w obłęd?

- Dżoana! - nieprzerwanie zawodzi Pakistańczyk. - Dżoana, kochanie!

Kiedy Rahman skupia wzrok, w kłębowisku traw rozpoznaje twarz niegdyś pięknej żony Bilala. Ale gdzie jest reszta jej ciała? Lwy przecież nie zeżrą wszystkiego, są wybredne. Opiekunowie żywią je najlepszą wołowiną. Książę ma sokole oko, więc niebawem w sypkim piasku obok głowy zauważa smukłą dłoń z paznokciami pomalowanymi fioletową hybrydą. Na palcu serdecznym nadal tkwi niezwykły pierścionek w kształcie podkówki z dużym szafirem w otoczeniu diamentów. Budzi skojarzenie z okiem proroka, które muzułmanie noszą jako amulet. Taki ni to sygnet, ni to obrączkę miała tu tylko jedna osoba. Joanna.

Kiedy Bilal już prawie przedostaje się na drugą stronę ogrodzenia, a lwica wygląda na gotową do ataku, książę wreszcie rusza z miejsca - podbiega do otumanionych ochroniarzy, chwyta broń i oddaje strzał. Zwierzę pada bez życia. Zaraz potem Rahman sięga po telefon komórkowy i dzwoni na komisariat.

*

Wkrótce słychać wycie policyjnych syren, a przez blask słońca przebijają się migocące światła radiowozów. Tuż za nimi jedzie ambulans. Nikt nie oddalił się z miejsca, a zagraniczni goście jedynie schronili się we wnętrzu schłodzonego busa. Kobiety pochlipują, dla wsparcia trzymając się za ręce, a panowie milczą ze wzrokiem wbitym w zapiaszczoną podłogę. Na twarzy Franciszka wykwitają fioletowe plamy, a po skroniach płynie mu pot, mimo że powietrze w pojeździe jest lodowate.

- Zajmijcie się tym furiatem - zwraca się książę do sanitariuszy. - Brakuje mi jeszcze trupa wśród jurorów.

Medycy bez ociągania prowadzą Polaka do karetki i już po chwili na sygnale odjeżdżają prosto do stolicy.

- Na tym kończymy ekscytujący tour - informuje pozostałych gospodarz. - Bus odwiezie państwa do hotelu.

Gdy rozdygotani cudzoziemcy opuszczają farmę, książę podchodzi do policjanta, który dowodzi akcją.

- Witam, Farisie. - Wyciąga dłoń do porucznika, z którym od lat jest w ścisłej komitywie. - Zdarzyła się niespodziewana tragedia.

- Coś ty znowu zmajstrował? - Zdegustowany mundurowy odciąga go na bok. - Kolejny raz ktoś u was stracił głowę?

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI

1 Toba - męska arabska suknia z długimi rękawami sięgająca kostek.

2 Ibn Saud, Abdulaziz Al Saud - twórca współczesnej Arabii Saudyjskiej i jej król w latach 1932-1953.

3 Bahlawa - orientalne ciastka.

4 Abaja - przeważnie czarny luźny płaszcz noszony przez kobiety i mężczyzn.

5 Madame - pani.

6 Saudyjski szampan - napój na bazie soku jabłkowego z wodą gazowaną i miętą.

7 Habibti - kochana.