3Julia
Od ponad pięciu dni nie mogę spać. Nic nie pomaga. Ani tabletki, ani melisa, ani nudna książka czytana do poduszki, ani nawet seks. Który też, nawiasem mówiąc, ostatnio jest raczej kiepski, bo nie potrafię się wyluzować. Adam chyba niczego nie zauważył. Ogarnięty słodkim zmęczeniem, znów padł zaraz po i teraz pochrapuje beztrosko z ręką ciężko przewieszoną przez moją talię. A ja z mocno bijącym sercem wpatruję się w ciemność i nie mogę zmrużyć oka, skutecznie nakręcana przez kłębiące się w mojej głowie myśli.
To już jutro.
Jutro jedziemy do Białegostoku i Adam pozna moich rodziców.
Z jednej strony nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało to spotkanie, z drugiej wiem na pewno, że wszystko pójdzie źle. Adam nie zna takiego świata, takiego życia. Pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny, wychowywał się w dużym mieście i zupełnie innej kulturze. Nie wiem, czy jest gotowy na zderzenie z moją rzeczywistością. Podlasie to stan umysłu i widać to na każdym kroku.
Absolutnie się nie wstydzę swojego pochodzenia, ale boję się, że Adam po prostu dozna szoku, spojrzy na mnie z nowej perspektywy i jeszcze, nie daj Boże, zmieni o mnie zdanie. I o czym on będzie rozmawiał z moimi rodzicami, jakie może mieć z nimi wspólne tematy? Pewnie szybko zrobi się strasznie drętwo i niezręcznie. A mama coś chlapnie.
Na samą myśl o tym moje serce jeszcze przyspiesza i oblewa mnie zimny pot. Przypomina mi się, co mówiła, kiedy paparazzi przyłapali nas w walentynki na Rynku. Poza tym, delikatnie rzecz ujmując, nie pochwalała naszej decyzji o szybkich zaręczynach. Długo nie mogła uwierzyć, że zdecydowaliśmy się na ten krok nie z powodu mojej rzekomej ciąży, tylko z miłości, i bardzo się martwi, że ludzie będą gadali, że połaszczyłam się na kasę i zmusiłam Adama do oświadczyn, żeby mi takiej dobrej partii ktoś nie sprzątnął sprzed nosa.
I jest jeszcze coś, co spędza mi sen z powiek. U nas, na Podlasiu, sporo się pije. A już przy takiej okazji jak zaręczyny jedynej córki obowiązkowo wjedzie na stół jakaś domowa nalewka albo chociaż wino. Odmów się nie przyjmuje. Nie wspominałam rodzicom o alkoholowo-narkotykowej przeszłości Adama. Boję się, że on się ugnie pod wpływem natarczywych nacisków swoich przyszłych teściów.
Ostrożnie odwracam się na bok, twarzą do narzeczonego. Jego spokojny ciepły oddech omiata mój policzek. Patrzę na wyłaniające się z mroku regularne rysy jego twarzy, rozluźnionej przez spokojny sen, na długie jasne rzęsy, gęste brwi, ładnie zarysowaną linię szczęki. Kładę dłoń na jego ciepłym od snu policzku, a on odruchowo przechyla głowę w jej stronę. Uśmiecham się i myślę, jaką jestem szczęściarą.
Sama nie wiem, dlaczego nie umiem się zdecydować na przeprowadzkę do niego. Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie, Adamowi bardzo na tym zależy, a ja wciąż nie jestem gotowa. Coraz częściej zostaję u niego na noc, zwłaszcza w weekendy, mam tu trochę rzeczy, takich jak szczoteczka do zębów, kosmetyki czy coś do spania, ale nie potrafię zamieszkać z nim definitywnie i oficjalnie. Nie potrafię przenieść tu całego swojego życia.
Kolejna nieprzespana noc sprawia, że rano wyglądam blado, pod moimi oczami odznaczają się sińce i kręci mi się w głowie. Nie mam ochoty na śniadanie, wiem, że nic nie udałoby mi się przełknąć, więc Adam proponuje, żebyśmy się zatrzymali na posiłek gdzieś po drodze. Nie sądziłam, że zdecyduje się na to aż tak szybko - jeszcze w Krakowie skręca w jakieś osiedle i mówi, że zabiera mnie na coś pysznego.
Nigdy nie byłam w tej okolicy. Adam uświadamia mi, że to Kurdwanów, i prowadzi mnie alejką parkową do przytulnej kawiarni. Trochę mnie dziwi park w samym środku blokowiska, ale trzeba przyznać, że jest zadbany i prezentuje się naprawdę ładnie. Dużo tu zielonej przestrzeni, ciekawie zakomponowanej i obsadzonej całymi połaciami kwiatów, które jeszcze unoszą główki do słońca, chociaż to pewnie ich ostatnie dni. Kolorowe liście szeleszczą nam pod nogami, co przypomina mi, że to już przecież jesień, chociaż słońce przygrzewa jak w środku lata.
Kawiarnia nazywa się Półserio, jest przytulna i ciekawie urządzona. Sporo tu stolików, ale o tej porze nie ma jeszcze dużego ruchu, więc możemy się rozsiąść w wygodnych fotelach i spokojnie porozmawiać. Ostatnio mało mamy takich niespiesznych chwil we dwoje - Adam dużo pracuje, bo niedawno otwarta polska filia międzynarodowej kancelarii wymaga jeszcze olbrzymich wysiłków i podwójnej uwagi. Potem, jak twierdzi mój narzeczony, kiedy wszystko się rozhula i dotrze, on sam będzie mógł wrócić do normalnego trybu funkcjonowania, ale kiedy to nastąpi - dokładnie nie wiadomo.
W pomieszczeniu unosi się tak apetyczny zapach kawy, że nie daję się długo namawiać i decyduję się na rozgrzewające piernikowe latte.
- Na pewno nie chcesz nic zjeść? - dopytuje Adam z troską w oczach.
- Nie, nie dam rady niczego przełknąć.
- No dobrze, najwyżej się z tobą podzielę. - Mruga do mnie i zamawia sobie omlet z fetą i warzywami oraz wytrawny gofr z jajkiem sadzonym. - Co się dzieje, kochanie? - pyta. - Już od dłuższego czasu mam wrażenie, że coś cię gnębi. A ostatnio naprawdę zaczynam się o ciebie martwić, widzę, że się czymś zadręczasz.
- Po prostu się stresuję.
- Ale czym? - dziwi się. - Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że odwiedzinami u rodziców, co?
- Ech, wszystkim po trochu, dużo się przecież dzieje. Ale najbardziej tym dzisiejszym wyjazdem, tak.
- Nie żartuj! - Adam unosi brwi i uśmiecha się z niedowierzaniem. - Przecież to twój dom rodzinny, twoi rodzice.
- No właśnie - wzdycham.
- Chyba nie będzie aż tak źle.
- Obawiam się, że będzie - upieram się i kiwam głową kelnerce, by podziękować za przyniesione do naszego stolika kawy.
- Wątpisz w mój urok? Potrafię zrobić dobre wrażenie. - Adam błyska swoim hollywoodzkim uśmiechem i sugestywnie porusza brwiami.
- Oj, Adaś, jasne, że będą tobą zachwyceni. Ale obawiam się, że ty nimi już mniej.
- A nawet jeśli, to co z tego? Mieszkają daleko, widywać się za często nie będziemy, wtrącać się nie pozwolę, zresztą niezależnie od dzielącej nas odległości, więc jakoś to wszystko wytrzymam.
- Mam nadzieję... - mruczę.
Przed Adamem lądują dwa talerze pyszności. Wszystko pachnie tak pięknie, że zaczynam trochę żałować, że jednak nie wzięłam porcji dla siebie. Adam widzi zachwyt w moich oczach i zaczyna mnie karmić omletem.
- A nie mówiłem? - komentuje z uśmiechem, kiedy po pierwszym kęsie wyrywa mi się rozanielony pomruk. - Może zamówię ci osobną porcję?
- Nie zmieszczę tyle - sprzeciwiam się. - Ale... może jednak podjem troszeczkę od ciebie.
Adam pilnuje, żebym naprawdę coś zjadła, raz po raz podsuwając mi do ust swój widelec. Jest taki uroczy w tej trosce, że uśmiecham się do niego z rozrzewnieniem. Pochyla się w moją stronę i czule całuje mnie w skroń.
- Jakieś ostatnie rady przed czekającą mnie batalią? - pyta.
- Oj, dnia by mi nie starczyło - wzdycham. - Może po prostu nie poruszaj pewnych tematów... Takich jak polityka, religia i to, że sypiasz z ich córką przed ślubem.
- Postaram się. Chociaż z tego ostatniego jestem akurat dumny i najchętniej całemu światu bym to wykrzyczał.
- Ale może niekoniecznie akurat mojemu tatusiowi, co?
Adam się śmieje. Kupujemy jeszcze coś dla taty - piękny tort spośród wielu w witrynie, a także kilka zachwycających kolorowych ciastek, które wyglądają jak maleńkie dzieła sztuki, aż szkoda będzie je zjadać. Adam nie chce dawać przyszłemu teściowi zwyczajowego przy takich okazjach alkoholu, bo tata czułby się zobowiązany do postawienia go na stole. Przynależność do klubu AA oznacza konieczność ścisłego przestrzegania pewnych zasad. Bez żadnych wyjątków.
Kiedy wsiadamy do auta i zapinamy pasy, wyrywa mi się ciężkie westchnienie.
- Głowa do góry, skarbie! - mówi Adam, gładząc mnie po udzie. - Wszystko będzie dobrze, poradzimy sobie. Ale teraz naprawdę musimy już jechać. Gotowa?
- A my tu z ojcem martwili się, że stało się co po drodze! - wita nas mama od progu.
Kiedy parkowaliśmy pod niedużym blokiem, w którym mieszkają rodzice, sąsiadki już czekały w oknach, oparte łokciami na stosach ułożonych na parapetach poduszek. O moich zaręczynach wie pewnie cały Białystok. Adam, szczerze rozbawiony tym małomiasteczkowym widokiem, wyszedłszy z auta, demonstracyjnie ukłonił się wszystkim na obie strony i krzyknął: "Witam, piękne panie!", po czym otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść.
Niespeszone sąsiadki skłoniły głowy i nie spuszczały z nas wzroku, kiedy szliśmy do wejścia. Pewnie nie umknęło ich uwadze, że Adam niósł ogromny bukiet dla mamy. Taką szarmanckość znają niewątpliwie tylko z seriali.
- Zachodźcie, zachodźcie dalej! - Mama się odsuwa, ciągnąc za sobą ojca, żeby zrobić nam przejście w małym przedpokoju. - A ja zaraz jakie kapcie znajdę.
- Nie trzeba kapci, dziękuję - sprzeciwia się Adam, rozwiązując eleganckie buty.
Wiem, że najchętniej by w nich został, ale mama dała wyraźny sygnał, że to niemile widziane. Postanawiam interweniować:
- Mamo, wszyscy tacy eleganccy, może jednak zostaniemy w butach?
- Ale ja podłogi wczoraj cały dzień pastowała - syczy mama, co nie umyka uwadze mojego mężczyzny.
Adaś mruga do mnie krzepiąco i mówi ugodowo:
- Naprawdę będzie mi najwygodniej w skarpetkach.
Wzdycham i ja także zsuwam szpilki. Przechodzimy do maleńkiego pokoju gościnnego. Mama się postarała. Stół jest rozłożony, przykryty białym obrusem i ugina się od zimnych przekąsek. Mieszanina zapachów - sałatki z majonezem, domowej roboty galarety, lokalnych wędlin i śledzi w śmietanie z cebulą - w połączeniu z ostrą wonią pasty do podłogi i zaduchem niewywietrzonego pomieszczenia sprawia, że robi mi się niedobrze. Chyba zaraz zemdleję. Adam zerka na mnie i rusza, żeby otworzyć okno, ale mama krzyczy:
- Nie, nie, proszę nie otwierać, żeby nie zawiało! Ojciec ostatnio na korzonki skarżył się.
- Mamo, błagam, to może chociaż w kuchni, żeby tu trochę tlenu wpadło? - mówię słabo. - Przecież jest ciepło.
- Ja bym jednak przewietrzył - upiera się Adam, rozchylając drzwi balkonowe na oścież, a mama o dziwo się temu nie sprzeciwia, po prostu wychodzą z tatą do kuchni nastawić wodę na herbatę.
Adam w tym czasie rozszczelnia pozostałe dwa okna.
- Może nie zauważą - szepcze do mnie konspiracyjnie.
W całym tym zamieszaniu zapomnieliśmy o formalnościach, więc teraz stoimy na środku pokoju, czekając na rodziców, żebym mogła wszystkich sobie przedstawić. Adam trzyma dłoń na dole moich pleców. Patrzę na niego i staram się wyczytać coś z jego twarzy, ale malujący się na niej spokojny uśmiech niczego nie zdradza. Wreszcie mogę oficjalnie zaprezentować Adama rodzicom jako swojego narzeczonego. Adam wręcza mamie bukiet i pochyla się nisko, żeby pocałować ją w rękę.
- Piękne kwiaty, dziękuję, ale po co było pieniądze wydawać - kryguje się mama, widzę jednak, że jest zachwycona zarówno kwiatami, jak i staroświeckim gestem.
Wreszcie siadamy do stołu. Adam dzielnie pokonuje kolejne podsuwane przez przyszłą teściową przekąski, chwaląc kunszt pani domu, mocno na wyrost, ale mama przyjmuje wszystkie komplementy z płonącymi policzkami. Jednocześnie mój narzeczony cierpliwie odpowiada na kolejne pytania o pracę, rodzinę i szeroko pojętą przeszłość, które zadają mu oboje rodzice. Nawet tata, zwykle grający przy swojej energicznej żonie drugie albo i trzecie skrzypce, wyjątkowo się uaktywnia. Adaś radzi sobie świetnie, jest wyluzowany, żartuje. Widzę, że z każdą minutą podoba im się coraz bardziej. I kiedy już napięcie zaczyna mnie opuszczać i wydaje mi się, że może jednak nie będzie tak źle, pada pierwsze pytanie, którego tak bardzo się bałam:
- A może ja bym po kieliszeczku czegoś na rozgrzewkę...? - zwraca się ojciec do Adama.
Serce wali mi tak, że w jednej chwili robi mi się słabo. Kładę drżącą dłoń na kolanie narzeczonego pod stołem. Adaś przykrywa ją swoją ciepłą dłonią i mówi spokojnie:
- Ja dziękuję, ale sobie proszę nie odmawiać.
- Ale z tą rozgrzewką to ty wyskoczył - strofuje ojca mama. - To może po obiedzie, za wcześnie teraz, to i pan Adam odmówić musiał. Ja już pójdę rosół podgrzewać.
- Nie, nie, ja w ogóle nie piję alkoholu, ani po obiedzie, ani teraz.
Mama zatrzymuje się w pół drogi do kuchni i spogląda na Adama badawczo, ale zaraz rozpromienia się w uśmiechu.
- Aaa, bo to pewnie pan Adam krucjatę ma! Jak to teraz młodzi przed księdzem składają. A to czasowa czy do końca życia tak?
- Do końca życia - odpowiada Adam nieswoim głosem.
Nawet nie muszę na niego zerkać, żeby wiedzieć, że dusi się od powstrzymywanego śmiechu. W oczach mamy zyskał właśnie sto tysięcy bonusowych punktów.
- A można wiedzieć, w jakiej to intencji? - pyta mama z lekką dozą nietypowej dla siebie nieśmiałości.
- Proszę wybaczyć, ale powody wolałbym zostawić dla siebie - mówi Adaś. Nadałby się do dyplomacji, nie ma co.
Ja również śmieję się w duchu, ale jestem z niego dumna. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Adam odstępował od niepicia. Wiem, jak bardzo chce zrobić dobre wrażenie, ale nawet to nie staje się dla niego pretekstem do sięgnięcia po kieliszek.
Domowy rosół topi ostatnie lody i przy drugim daniu mama wytacza ciężkie działa.
- No a co z tym waszym ślubem? Kiedy planujecie pobrać się?
- Ja to bym i dzisiaj mógł. - Adam szczerzy się w uśmiechu, zerkając na mnie.
- Z pana Adasia to żartowniś jednak jest - zauważa mama ze śmiechem. - Na salę długo się czeka się, no i pospraszać wszystkich trzeba, rodzinę całą, sąsiadów, znajomych. Ja bym radziła dla was jutro do księdza pójść i zapowiedzi dać, skoro już taki kawał drogi wy przejechali.
No tak, zaczyna się. Nie podjęliśmy jeszcze z Adamem żadnych decyzji, ale mama już zdążyła to zrobić za nas. W dodatku, kiedy ona mówi o naszym ślubie jak o czymś realnym, co ma nastąpić już zaraz, za chwilę niemal, robi mi się jakoś dziwnie, ogarnia mnie panika. Pewnie to dlatego, że nie lubię takiej presji.
- Ale my jeszcze nie zdecydowaliśmy, co i jak, mamo. Dlaczego zakładasz, że chcemy brać ślub w tutejszym kościele?
- Dziecko, tu nie ma nic do decydowania. Zawsze ślub bierze się w parafii panny młodej, o tak o. To i pytać nie trzeba.
- Może dawniej faktycznie tak było, ale teraz się przecież sporo pozmieniało - perswaduje Adam delikatnie. - Mnie jest naprawdę wszystko jedno, gdzie Julia zostanie moją żoną. Ważne, żeby jej się podobało to miejsce.
- Ważne, żeby wszystko było po bożemu i jak tradycja każe - poucza go mama. - I żeby sąsiady widzieli, że nasza Julcia starą panną nie zostanie ani że obrazy boskiej żadnej nie ma, tfu! Jak teraz postaracie się, to i na przyszłe lato termin dla was znaleźć uda się.
- Ale po co ten pośpiech? - buntuję się. - Ja naprawdę jeszcze nie wiem, gdzie ten ślub chcę wziąć i czy chcę mieć huczne wesele, czy w ogóle wesele jakieś będzie. To są sprawy między mną a Adamem, musimy sobie to przedyskutować, a wy się dowiecie w odpowiednim czasie, jakie podjęliśmy decyzje.
- Święty Jacenty, słyszał ty?! - zwraca się matka do ojca. - Może jeszcze rodziców na ślub własny nie zaprosi, matki rodzonej! I czego ty taka? Jeszcze pan Adam rozmyśli się.
- A to jest akurat niemożliwe. - Adam uśmiecha się do mamy i ujmuje moją dłoń, po czym składa na niej pocałunek. Widzi, że jestem wkurzona i zdołowana.
Znów czuję się jak mała dziewczynka besztana tylko za to, że ma zupełnie inny pomysł na siebie, niż chciałaby matka. Póki tu mieszkałam, nie mogłam podjąć samodzielnej decyzji w żadnej, nawet najbłahszej kwestii. Ze wszystkiego musiałam się spowiadać, wszystko było poddawane krytycznej analizie, a koniec końców matka zawsze stawiała na swoim. To dlatego uciekłam na studia tak daleko, do Krakowa, chociaż bliżej miałam chociażby Uniwersytet Warszawski. Wiedziałam, że jeśli zostanę w rodzinnym mieście, nigdy nie będę naprawdę wolna.
- A wiecie państwo, że ja nie byłem dotąd w okolicy? - mówi Adam, przerywając niezręczną ciszę i uciekając od niewygodnego tematu. - Chętnie poszedłbym na mały spacer, zwłaszcza że po tak wspaniałym obiedzie dobrze by było trochę się poruszać.
Mam ochotę go ozłocić.
- A to wy, młodzi, idźcie, pewnie. Do kościoła możecie zajść przy okazji, jak pan Adam zobaczy, jaki ten w rynku fest, to może i Julię namówi. Tylko żeby wy co cieplejszego włożyli, bo już ciągnie. Jak słońce zajdzie, to zaraz zimno robi się. A Julia taka chuda i blada, że jak nic zaraz katar złapie apiać.
Rodzice mieszkają bardzo blisko Rynku Kościuszki, tylko piętnaście minut spacerem, więc właśnie tam zabieram narzeczonego. Zresztą to chyba najbardziej reprezentatywna i charakterystyczna część Białegostoku. Adaś jest wyraźnie urzeczony małomiasteczkowym urokiem moich okolic, którego ja już chyba nie dostrzegam. Cieszę się, że się stąd wyrwałam.
- No i co, chyba nie było aż tak źle? - pyta, patrząc na mnie z uśmiechem.
- Jeszcze się nie rozkręcili - mówię ponuro. - Omijanie niewygodnych tematów też ułatwia sprawę, a już tą swoją krucjatą kupiłeś mamę. Chyba po raz pierwszy w życiu nie patrzyli podejrzliwie na kogoś, kto odmówił kieliszeczka.
- Mniej wiedzą, dłużej pożyją - stwierdza Adam beztrosko. - To ty masz wiedzieć o mnie wszystko, oni nie muszą.
- A wiem? - pytam, unosząc brwi.
- Wiesz - potwierdza Adam z powagą. - Za to mam wrażenie, że ty nie mówisz mi wszystkiego.
- Na przykład? - rzucam lekkim tonem, unosząc brwi. Czuję jednak jakiś irracjonalny niepokój.
- Na przykład tego, dlaczego nie chcesz zacząć planować ślubu ani chociaż ze mną zamieszkać.
Wzdycham i zatrzymuję wzrok na fontannie, nazywanej tu wędrującą z powodu wielokrotnego zmieniania miejsca w obrębie rynku. Dziwię się, że jeszcze działa. Kiedy byłam dzieckiem, przestawała tryskać wodą niedługo po wakacjach. Jeden z trzech rzeźbionych młodzieńców wlepia we mnie wyczekujące spojrzenie. Podobnie jak mój Adaś.
- Przecież nie musimy się z niczym spieszyć - odpowiadam wymijająco.
- Prawda, ale opóźniać też niczego nie musimy - zauważa Adam. - Nabrałaś wątpliwości? Może zmieniłaś decyzję? - Przystaje i bierze mnie za ręce.
- Po prostu to wszystko działo się tak szybko - mówię wreszcie. - Może lepiej by było, gdybyśmy jeszcze trochę tak po prostu pobyli ze sobą, bez zobowiązań, na próbę. Wiem, że ty rozwodzisz ludzi na prawo i lewo, ale dla mnie decyzja o ślubie to jest wybór na całe życie. Chcę, żebyśmy oboje nie mieli wątpliwości, że dobrze wybraliśmy.
- Na pewno tylko o to chodzi? - Adam badawczo patrzy mi w oczy.
- Tak. - Staram się nadać głosowi jak najbardziej stanowcze brzmienie. - Na pewno.
Adam ujmuje moją twarz w dłonie i całuje mnie powoli i czule.
- Czy nie wydaje ci się w takim razie - kontynuuje po chwili i rusza wzdłuż rzędu niewysokich kamieniczek o zdobionych fasadach, które tak mu się podobają - że powinniśmy pójść o kroczek dalej i zamieszkać razem? Wiem, że rozmawialiśmy o tym wielokrotnie, i martwię się, że nic się w tej kwestii nie zmienia. A naprawdę nie ma lepszego sposobu, żeby się poznać, niż dzielić z kimś wspólną przestrzeń. Nie tylko w weekendy, nie tylko od święta. Na co dzień.
Wiem, że on ma rację. W dodatku naprawdę nie potrafię sama sobie wytłumaczyć, skąd we mnie ten opór, ten lęk przed połączeniem swojego życia z jego życiem jeszcze ściślej. Przecież planujemy ślub. Dlatego mówię:
- Dobrze, Adasiu, wprowadzę się do ciebie.
Adam wydaje okrzyk radości, podnosi mnie i kręci piruety ze mną w ramionach, śmiejąc się jak wariat.
- Tylko żebyś potem nie marudził, że nie ostrzegałam. Potrafię być straszną zołzą.
- Myślisz, że jeszcze nie zauważyłem? - Adam uśmiecha się szelmowsko.
- Uważaj, bo zmienię zdanie! - Grożę mu palcem.
- No dobra, żartowałem. I pozwól, że pójdę za ciosem: to co z tym naszym ślubem?
- Adam, nie przeginaj - jęczę. - Na razie myślę o tym, jak przetrwać dzisiejszy wieczór i jutrzejszą połowę dnia. A potem poniedziałek, bo mam sądny dzień w kancelarii.
- Ale wiesz, że wcale nie musisz tam pracować, prawda?
- Na razie nie znalazłam niczego innego, więc chyba jednak muszę.
- Nie to miałem na myśli. Przecież doskonale wiemy oboje, że to jest zajęcie znacznie poniżej twoich kwalifikacji. Pracowałaś z wielkimi muzykami, kompozytorami, a teraz jesteś po prostu sekretarką w zwykłej kancelarii... Możesz z tego zrezygnować, przecież ja nas oboje bez problemu utrzymam. Oboje, a potem troje czy czworo albo i pięcioro - mówi z rozmarzeniem.
- Yyy... co? Nie wiem, czy dobrze cię zrozumiałam, ale jeszcze przed chwilą rozmawialiśmy o tym, że się do ciebie wprowadzę, a teraz nagle jestem bezrobotną matką wielodzietną na utrzymaniu męża? Rany, Adaś, zwolnij trochę - śmieję się nerwowo, ale zamieram, kiedy się orientuję, że on wcale nie żartował.
- A właśnie, o dzieciach też nie rozmawialiśmy...
- Bo to przecież stanowczo za wcześnie!
- Ale to ważne... Chcesz je w ogóle mieć?
- Tak, Adam, kiedyś chcę, tylko że nie zaraz po ślubie...
- ...którego też nie chcesz zaraz, dodajmy...
- ...i raczej nie aż troje.
Przystajemy oboje, wzburzeni, i chyba zdziwieni tym, jak potoczyła się rozmowa.
- Przepraszam... - mówi Adam po chwili. - Przepraszam, że tak na ciebie naciskam, sam siebie nie poznaję. Po prostu... ja chyba nigdy nikogo tak nie kochałem jak ciebie i chciałbym mieć pewność, że to wszystko mnie z tobą czeka, że to, co jest między nami, nie zniknie tak nagle, jak się pojawiło.
- Adaś... - szepczę miękko i przysuwam się do niego.
Adam się pochyla i opiera się czołem o moje czoło. Zaciska powieki i marszczy brwi, muszą się w nim kotłować intensywne emocje. Kładę chłodną dłoń na jego rozpalonym policzku.
- Marzy mi się normalność - wyznaje wreszcie. - Jestem już zmęczony tą wieczną pogonią za nie wiadomo czym, tym całym zakłamanym światem, powierzchownymi znajomościami, które się mają komuś opłacać. Chcę mieć coś prawdziwego. A nie ma nic prawdziwszego niż moja miłość do ciebie.
Czuję, jak wilgotnieją mi oczy. Wiem, ile go kosztowało wypowiedzenie tych słów. Wzruszenie odbiera mi mowę, więc po prostu wspinam się na palce i całą miłość, którą do niego czuję, wkładam w namiętny pocałunek.
- Ależ wy długo zabawili - marudzi ojciec, otwierając nam drzwi. - Już mnie matka barabanić kazała i pytać, czy nie zabłądzili wy gdzie po drodze.
- Oj, jak mogłabym zabłądzić, tato, przecież do studiów tu mieszkałam - zauważam. - Aż tak się Białystok przez te lata nie zmienił.
- Ale ty zmieniła się - sarka matka, nadal wyraźnie obrażona po naszej ostatniej wymianie zdań - i tylko ci wielkie światy teraz w głowie.
- Raczej tylko Adaś jej w głowie - żartuje mój narzeczony, żeby rozładować napięcie, co oczywiście udaje mu się idealnie, bo rodzice się śmieją.
- My już z ojcem jedli, bo późno, ale wam jaką kolację zaraz uszykuję - mówi udobruchana mama.
- O nie, nie, my dziękujemy - protestuję, bo jeszcze ledwo mogę oddychać po tym przedłużonym obiedzie. - Chyba że Adaś. Zjesz coś, Adaś? - reflektuję się.
Adam też nie ma ochoty na wieczorny posiłek.
- Ja już pościeliła - tłumaczy mama, kiedy przechodzimy do salonu - bo wy pewnie drogą zmęczeni. I my z ojcem też już byśmy się pokładli. Pana Adasia ugościmy w salonie, Julia w swoim pokoju może spać, a tatusia w kuchni umieści się, na polowym łóżku. Ja pójdę do sąsiadki na górę, bo ona wdowa, to na towarzystwo i ucieszy się, może sobie pasjansa postawimy.
- Ale naprawdę nie ma potrzeby, żeby pan... - zaczyna Adam, jednak mama wchodzi mu w słowo:
- Tu mało miejsca, dwa pokoje tylko, ale tak urządziłam, żeby wszystkim wygodnie było.
Adam patrzy na mnie z mieszaniną zdumienia i niezrozumienia. Posyłam mu minę, która mówi: ostrzegałam.
- Adam, co ty robisz?! - krzyczę szeptem, kiedy narzeczony staje w samych bokserkach w drzwiach mojego panieńskiego pokoju.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że zamierzasz odgrywać cały ten cyrk. Naprawdę nie wiem, po co to wszystko.
- Adaś, to jest Białystok. A Białystok to stan umysłu. Jak to nie wiesz, po co to wszystko? Żeby ludzie nie gadali. Wszyscy wiedzą, że tu są dwa pokoje, a to nie po bożemu, żebyśmy przed ślubem spali w jednym. Dlatego mama musi nocować u sąsiadki i na pewno cały blok już o tym wie. Prosta matematyka wystarczy, żeby wydedukować zajętość pozostałych pomieszczeń w tym domu.
- A to się wszyscy zdziwią. - Adam uśmiecha się szelmowsko. - Posuń no się, czas odniewinnić twój panieński tapczanik.
- Nawet sobie nie żartuj - panikuję - przecież tata śpi w kuchni za ścianą. O ile śpi.
- No i co z tego? - pyta Adam, przesuwając językiem po moim obojczyku.
- Ty się serio dasz radę wyluzować w tych warunkach?
- No pewnie, i ty też dasz, już ja się o to postaram - mówi, sunąc ustami w górę mojej szyi.
- Adam... - napominam go, ale z coraz mniejszym przekonaniem.
- Przecież jesteśmy dorośli - perswaduje - i niedługo się chajtamy.
- Właśnie, czas przyszły jest tu kluczowy. Zaraz tu tata wparuje, matka pewnie mu kazała mieć na nas oko.
- Wparuje albo i nie wparuje - zauważa Adam filozoficznie. - Ale napięcie towarzyszące tej niepewności może sprawić, że wszystko nabierze dodatkowego smaczku... Ten dreszczyk niepokoju...
- Mmmm... - wyrywa mi się zduszony jęk, kiedy narzeczony schodzi pocałunkami na moją pierś. - Łapię.
- Tylko musimy być cicho - napomina mnie, szepcząc wprost do ucha.
No i jak zawsze miał rację.
To był naprawdę epicki seks.