Zbiór Opowiadań - Carvillian Whitemage

Kup ebooka

50.48 zł
41.90 zł (50,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Stary zamkowy loch

Niebo nad zamkiem przesłaniały tylko pojedyncze obłoki, leniwie sunące po czarnym firmamencie. Spomiędzy drzew przebłyskiwały smugi pochodni - przytłumione, niespokojne, jakby ludzie niosący je przez las nie chcieli oświetlać sobie drogi, lecz raczej ukryć ją przed cudzym wzrokiem. Światło znikało i wracało między pniami, migotliwe niczym oddech czegoś, co nie powinno budzić się po zmroku.

Byłem tam z Anną.

Nocny spacer wokół ruin miał być tylko ucieczką od zwyczajnego świata - od asfaltu, od rozmów urwanych w pół zdania, od odległego szumu samochodów i wszystkiego, co nazbyt współczesne, by można było jeszcze nazwać to ciszą. Z nią jednak milczenie nigdy nie było puste. Miało ciężar zaufania. Szła obok mnie pewnie, czarna sylwetka na tle jeziora, i nawet gdy nic nie mówiła, wiedziałem, że widzi więcej niż inni. Anna nie należała do kobiet, które jedynie towarzyszą wydarzeniom. Potrafiła wejść w sam ich środek i wyjść z nich cało, choćby cała noc sprzysięgła się przeciw niej.

Spojrzeliśmy na siebie niemal równocześnie. Oboje zauważyliśmy pochodnie.

Miałem na sobie czarne, dopasowane ubranie, dobre do skradania i jeszcze lepsze do znikania w cieniu. Im bliżej ruin podchodziliśmy, tym mocniej miałem wrażenie, że zostawiamy za sobą nie tylko ścieżkę, lecz także reguły zwyczajnego życia. Zamek, choć od dawna martwy, wciąż zdawał się rozciągać wokół siebie własne królestwo - królestwo ciszy, wilgoci i dawnych przysiąg, których nikt nigdy nie odwołał.

Schodziliśmy nabrzeżem jeziora po śliskich skałach porośniętych mchem, między drzewami i gęstymi krzewami. Powietrze pachniało wodą, gnijącymi liśćmi i czymś chłodnym, kamiennym, jak oddech starych krypt. W końcu dotarliśmy do szczeliny w skale - groty, może jaskini, a może wejścia w coś znacznie starszego od samego zamku. Ostatnie światło pochodni drżało jeszcze na wąskim strumieniu, który sączył się przez ciemne wnętrze.

I wtedy noc pękła.

Rozdarł ją nagły hałas i oślepiający rozbłysk ostrego, halogenowego światła. W bieli tego błysku zobaczyłem tylko pięść okutą płytową rękawicą, lecącą prosto ku mojej twarzy. Uchyliłem się o włos, może o oddech, lecz nie dość szybko. Cios nie trafił pełną siłą, ale wystarczył, by świat zatańczył mi przed oczami. Usłyszałem jeszcze urwany szept:

- Carv... uciekaj...

Potem przyszły ciemność, ból z tyłu głowy i smak krwi - metaliczny, upokarzająco realny.

Nie wiem, jak długo prowadzili mnie w dół. Czułem tylko, że z każdym krokiem robi się zimniej. Na zewnątrz letnia noc była ciężka i lepka od ciepła, tutaj zaś chłód wciskał się pod skórę jak cienkie igły. Schodziliśmy coraz głębiej i coraz ciszej. Miałem wrażenie, że nie sprowadzają mnie jedynie do wnętrza groty, lecz pod samą skórę świata - do miejsc, w których kamień pamięta więcej, niż człowiek powinien wiedzieć.

Kiedy delikatne dłonie zsunęły mi z oczu opaskę, zobaczyłem Annę.

Całą na czarno, z włosami spiętymi krótko i ciasno. Pod golfem rysowała się twarda linia pancerza, w lewej dłoni trzymała miecz. Jej twarz była spokojna, ale oczy miała czujne, ciemne i skupione. Skinęła tylko głową. Byliśmy sami w pomieszczeniu - lecz nie sami w podziemiach.

Pomogła mi się uwolnić. Zdjęła z ukrycia plecak, który rozpoznałem od razu. Po chwili miałem na sobie kirys, rękawice i naręczaki, a w dłoni spoczął Ariel - ciężki miecz katowski o wydłużonej rękojeści, stworzony do zadawania ostatecznych rozstrzygnięć.

Zwykle sam dotyk tej broni mnie uspokajał.

Tym razem stało się inaczej.

Gdy zacisnąłem palce na rękojeści, przez moją głowę przemknął chór głosów - nie jeden szept, lecz wiele, jakby spod stali budziły się dawne bitwy, przysięgi, modlitwy i przekleństwa. Metal był lodowaty, a jednak po chwili poczułem w dłoni ciężar niemal żywy, pulsujący, jakby miecz oddychał własnym rytmem. W nozdrza uderzył mnie dziwny zapach: rdzy, wilgoci i czegoś ostrego, niemal ozonowego, jak przed burzą. Przez krótki moment miałem wrażenie, że Ariel nie daje się chwycić, lecz sam mnie rozpoznaje.

Sprawdziłem jeszcze kaburę. Pierro Beretta była na miejscu, pod lewym ramieniem.

To wystarczało.

- Jest ich dziesięciu. W tej części groty czterech - szepnęła Anna.

Ruszyliśmy.

Niemal od razu trafiliśmy na schody wykute w kamieniu. Z dołu dochodził pomruk rozmów. Z odbezpieczoną Berettą w dłoni zszedłem pierwszy, czując, jak serce tłucze mi się o żebra z siłą młota. Strach był prawdziwy, lepki i zimny, lecz obok niego rosła adrenalina - ta stara, drapieżna pewność, że za moment wszystko stanie się prostsze: oni albo my.

Na dole czekała komnata, jakiej nie spodziewałbym się znaleźć pod ruinami. Wyłożona dywanami, zastawiona bronią, pełna ostrzy leżących przy ścianach i na skrzyniach: od ceremonialnych mieczy godnych galerii po zaniedbane klingi o egzotycznych, niemal legendarnych kształtach. W blasku pochodni wyglądały jak relikwie po wojnach, których nikt już nie pamiętał. Mój wzrok przyciągnął rzeźbiony topór o trzonku ciemnym jak stare drewno z kaplicznego ołtarza.

Wtedy z drugiego końca sali wyszedł mężczyzna w kolczudze, z mieczem w dłoni. Był opancerzony tak, jakby dopiero co zszedł z pola bitwy albo nigdy go naprawdę nie opuścił. Spojrzał na mnie, zmrużył oczy i odezwał się tonem, w którym pobrzmiewało zdumienie.

- Hej ty... czego tu szukasz? O, Paweł herbu Szeliga, Carvillianem zwany...

Nie dokończył.

W jego plecy wbił się bełt. Wszedł głęboko, z mokrym, brutalnym dźwiękiem. Mężczyzna zatoczył się, wypuścił miecz i runął pomiędzy porzucone ostrza. Przez jedno uderzenie serca panowała cisza - ta szczególna, napięta cisza, która nigdy nie trwa długo, bo zaraz musi ją rozerwać przemoc.

Z bocznego przejścia wypadł rycerz w pełnej zbroi.

Nie było w nim nic z turniejowej ceremonialności. Nie przywitał się, nie zasalutował, nie zwolnił kroku. Runął na mnie jak taran.

Pierwszy cios sparowałem.

Drugi również.

Przy trzecim stal zawyła o stal, a iskry bryznęły w ciemność. Uderzenie poszło mi po barku aż do łokcia i zrozumiałem, że mam przed sobą nie przebierańca ani kolekcjonera, lecz człowieka, który potrafi zabijać w zbroi. Cofnąłem się o pół kroku. Pomyślałem tylko jedno: za wolny ruch i będzie po mnie.

Rycerz nacierał twardo i bezlitośnie. Ciął krótko, ekonomicznie, bez ozdobników. Każdy jego ruch miał sens, każdy niósł ciężar. Odpowiadałem Arielowi instynktem bardziej niż planem. Cios, blok, oddech. Cios, decyzja, krok w bok. Słyszałem własny oddech, zbyt głośny w hełmie nocy. Czułem, jak lęk próbuje dobrać mi się do kręgosłupa.

W pewnej chwili przeciwnik przechwycił broń na ricasie i zdzielił mnie głowicą w skroń.

Wszystko we mnie zadudniło.

Świat zachwiał się, a przez czaszkę przeszedł ostry biały błysk. Przez ułamek sekundy naprawdę się bałem. Nie bohatersko, nie pięknie - zwyczajnie, zwierzęco. Pomyślałem, że jeśli teraz upadnę, nie zdążę już wstać.

I właśnie wtedy wkroczyła Anna.

Poruszyła się szybko, niemal bezszelestnie. Jej szkockie cięcie poszło nisko i czysto, rozcinając paski przy elementach zbroi przeciwnika. Rycerz zaklął i na moment stracił pewność ruchu. To wystarczyło. Zobaczyłem w jego postawie pierwsze zawahanie - ledwie cień, ledwie pęknięcie. Próbował sięgnąć po flintę, lecz strzał poszedł chybiony, a huk odbił się od kamiennych ścian tak mocno, że aż zatrzęsło się powietrze.

To był ten moment.

Obróciłem się, wszedłem z przeciwtempa i poprowadziłem Ariela bez wahania. Najpierw poczułem opór stali. Potem kości. Potem ciała. Uderzenie poszło przez bark i szczękę. Rycerz osunął się ciężko, jak przewracany posąg, i runął martwy między dywany i oręż.

Przez chwilę tylko stałem, próbując złapać oddech.

Wtedy zobaczyłem coś, czego nie potrafiłem pojąć.

Ariel nie wyglądał już jak miecz.

Jakby rozpadł się na cztery części, jakby stal nagle zapomniała własnego kształtu, a w mojej dłoni zostało coś na kształt buławy lub osobliwego chwytaka do cudzej broni. Zamrugałem. Obraz nie znikał. Czułem ciężar rękojeści, lecz nie zgadzał się z tym, co widziały oczy. Przez metal przeszedł cichy drżeniowy ton, jakby w środku broni ktoś przeciągnął paznokciem po napiętej strunie. W nozdrza znowu uderzył mnie zapach rdzy i ozonu. Przeciwnik leżał martwy. To było realne. A jednak stal w mojej dłoni zdawała się podlegać prawom snu, nie żelaza.

Nie było czasu na namysł.

Zacząłem szukać innej broni. Chwyciłem topór, potem kilka mieczy, które mimo rdzy i wieku wciąż nosiły w sobie cień dawnej potęgi. Zawinąłem je w derkę. Czułem się przy tym jak grabieżca, świadek i wybraniec jednocześnie. Jak ktoś, komu pozwolono wynieść z podziemi nie tylko żelazo, lecz także sekret.

Gdy wydostaliśmy się wyżej, po raz kolejny zobaczyłem zamek. W nocnej poświacie ruiny wydawały się piękne i żałobne zarazem. Kiedyś musiał to być gród silny, dumny i pełen ludzi; teraz trwał już tylko jako kamienna pamięć o czyjejś chwale.

Wychodząc z lochów, zaczepiłem twarzą o gęstą chmarę pajęczyn.

Znieruchomiałem.

Dopiero wtedy zrozumiałem, że nie opuszczamy podziemi zwykłym korytarzem, lecz pajęczą jamą - zapomnianą norą, jakby wydrążoną nie dla ludzi, ale dla czegoś starszego, cierpliwszego i bardziej głodnego. Z obrzydzenia i strachu zrobiło mi się jednocześnie lodowato i gorąco. Wyskoczyłem stamtąd jak oparzony.

Kiedy wreszcie odzyskałem oddech, zobaczyłem Annę, która w milczeniu patrzyła na mój tobołek.

Rozwinąłem derkę.

Miecze były straszliwie stare i w opłakanym stanie. Niektóre rdza zjadła tak głęboko, że miały dziury na wylot. Nadawały się raczej do gablot kolekcjonera niż do dłoni współczesnego wojownika. Tylko jeden z nich wyglądał inaczej. Zachowany niemal doskonale, mienił się srebrzyście nawet w nędznym świetle nocy. Głowicę miał w kształcie diamentu chwytanego przez gryfa.

Nie wyglądał jak broń wydarta ruinom.

Wyglądał tak, jakby na mnie czekał.

Jego blask migotał mi przed oczami jeszcze długo.

Potem otworzyłem oczy naprawdę.

Leżałem na słońcu z zimnym kompresem na głowie. Ból pulsował mi w skroniach tak mocno, jakby ktoś wbijał tam tępe gwoździe. Obok spoczywał Ariel - cały, nienaruszony, a jednak dziwnie posępny. Ciemny połysk stali przypominał spojrzenie wiernego psa po bitwie albo milczenie rycerza, który przeżył coś, o czym nie chce mówić. Sin patrzyła na mnie smutno, z uwagą, która trwała odrobinę za długo. Potem uśmiechnęła się, jakby wszystko było w porządku.

Przez chwilę świat wydawał się zwyczajny.

Ciepło słońca leżało mi na twarzy. Gdzieś wysoko zaszumiał wiatr w koronach drzew. Ktoś niedaleko poruszył kamieniem albo suchą gałęzią i ten drobny, codzienny dźwięk zabrzmiał niemal kojąco. Pomyślałem, że może naprawdę tylko śniłem. Że noc, loch, rycerze i ta dziwna przemiana stali były jedynie gorączkowym majakiem po uderzeniu.

Nie wiedziałem już, co pamiętam, a co tylko mi się śniło. Wiedziałem tylko, że głowa boli mnie jak diabli.

Dopiero gdy uniosłem rękę do skroni, zobaczyłem na mankiecie cienką nić pajęczyny, przyklejoną zaschniętą krwią.

Wtedy po raz pierwszy przemknęła mi przez myśl możliwość, że loch wciąż nie wypuścił mnie całkiem, a noc, która miała należeć do ruin, dopiero zaczynała rozkładać nade mną swoje skrzydła.

Wirtualny świat

Słońce zachodziło czerwienią, a sen wciąż nie przychodził do bram jego umysłu.

Siedział w fotelu bez ruchu, z dłońmi opartymi o klawiaturę, jakby od wielu godzin nie tyle pracował, ile podtrzymywał system przy życiu samą obecnością. Coraz częściej miał wrażenie, że jeśli choć na chwilę odsunie palce od klawiszy, wszystko wokół rozsypie się na komunikaty błędów, trzaski przekaźników i ten szczególny rodzaj ciszy, który pojawia się wtedy, gdy elektronika nagle przestaje udawać nieśmiertelność.

Kiedyś ten pokój wyglądał inaczej.

Pamiętał go z czasów pierwszego wpięcia, z epoki, w której przyszłość pachniała nowym plastikiem, nagrzanym kineskopem i ozonem. Wtedy wszystko miało sensowny połysk obietnicy. Obudowy były gładkie, nieporysowane, przewody układały się w równych pętlach jak wojskowy apel, diody mrugały uprzejmie i z klasą, a hełm interfejsu leżał na biurku niczym relikwia jutra. Człowiek patrzył na taki sprzęt i myślał, że oto nadchodzi lepszy świat - szybszy, mądrzejszy, czystszy. Świat, w którym technologia wydłuży życie, uporządkuje chaos i uczyni ludzi mniej żałosnymi, niż byli dotąd. Jak zwykle technologia okazała się świetna w pierwszych dwóch punktach, a w trzecim zrobiła dokładnie odwrotnie.

Teraz po tamtej wizji zostało tylko wspomnienie.

Rozglądał się po kwaterze zmęczonym, lecz wciąż trzeźwym wzrokiem. Miał ochotę trochę tu posprzątać, wywalić parę rzeczy, może nawet odzyskać kawałek podłogi, ale od tygodnia jakoś nic mu się nie chciało. Zresztą doszedł już dawno do wniosku, że świat jest tak popieprzony, iż wszelki porządek stanowi wyłącznie bardziej elegancką formę marnowania czasu. Gdyby to od niego zależało, najchętniej wkopałby komuś dla równowagi kosmicznej, ale nie - nikt nawet nie miał przyzwoitości spojrzeć na niego krzywo.

Przez żaluzje sączyło się krwiste światło, padając dokładnie na klawiaturę. Przez moment wyglądało to tak, jakby urządzenie stanęło w ogniu. Dotknął plastiku i stwierdził z niejakim rozczarowaniem, że jest wręcz nienaturalnie zimny. A przecież stukał w niego już czternaście godzin. Sprzęt najwyraźniej zachowywał się z typową dla maszyn obrazą majestatu: człowiek się przegrzewa, a elektronika udaje, że wszystko jest zgodne ze specyfikacją.

Ostatnio mało sypiał i możliwe, że zwyczajnie nie wyczuwał już drobnych zmian temperatury ani innych sygnałów ostrzegawczych, które ciało wysyła, zanim postanowi złośliwie się zepsuć. Powoli dochodził do wniosku, że dziś ma po prostu pecha. Już szesnasty raz rozłączyło go z siecią, a kiedy połączenie wreszcie raczyło się utrzymać, transfer był oszałamiający - całe dziesięć megabajtów na minutę. Cywilizacja pędziła ku gwiazdom z zawrotną prędkością ślimaka po uspokajaczach.

Za zamkniętymi drzwiami słychać było ciche kroki.

Nie wchodziła, kiedy był podłączony. Taka była zasada. Jedna z tych, których nikt nigdy nie zapisał, ale przez lata przestrzegano ich dokładniej niż regulaminu przeciwpożarowego i podstawowych zasad rozsądku. Jeszcze z czasów, kiedy była tak mała, że nie rozumiała, dlaczego tata ma twarz jak ekran: obecną, lecz niewidzącą; oświetloną, a jednak nieobecną.

Choć i tak nie było źle. Wczoraj - chyba to było wczoraj - miał większy problem: nie mógł znaleźć komputera, a potem okazało się, że szukał go w niewłaściwym pokoju. Po tym jakże nieprzyjemnym incydencie napisał program do szukania komputera. Teraz pozostawało już tylko ustalić, w jaki sposób program do szukania komputera ma pomóc w szukaniu komputera. Ale to był inny problem, a świat i tak od dawna tonął w problemach stworzonych po to, by rozwiązywać wcześniejsze problemy, których nikt nie miał, dopóki nie pojawiły się nowe rozwiązania.

Program miał przecież dopiero wersję beta - podobnie jak jego mieszkanie. Tyle że mieszkanie osiągnęło już mniej więcej wersję 661,189 ASA i wciąż się mutowało, ulepszało oraz sabotowało. Miał nadzieję, że pokój w końcu się ustabilizuje. Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej trochę go posprząta, co jak dotąd pozostawało równie prawdopodobne jak bezawaryjny update.

Ściany pokoju pokrywała siatka przewodów. Biegły wzdłuż listew, pod parapetem, przy suficie, za biurkiem i przy gniazdach interfejsu, splatając się w grube wiązki, które w półmroku przypominały żyły jakiegoś sztucznego organizmu. Pod jedną ścianą stały trzy monitory, dwa zasilacze awaryjne, rząd dysków twardych ustawionych z niemal chirurgiczną precyzją, moduły chłodzące, przejściówki, taśmy, porty, złącza i kilka urządzeń o tak specjalistycznym przeznaczeniu, że nawet ich producenci prawdopodobnie nie byli już pewni, do czego służą. Pośrodku tego wszystkiego siedział on, w fotelu z wyprofilowanym oparciem, z hełmem na głowie i rękawicami spiętymi z systemem. Wyglądał jak pilot statku kosmicznego, który dawno temu zapomniał, dokąd leciał, ale z zawodowej dumy wciąż poprawiał kurs.

Na podłodze, przy ścianie, leżał cienki materac, złożony koc i poduszka. Miejsce Jenny. Odkąd drugi pokój zniknął z mieszkania w którejś z kolejnych aktualizacji ich życia - tej serii łatek, obejść i technicznych kompromisów, które z czasem zastępują rodzinie normalność.

- Komputer, wskaż linie ochronne oraz systemy zabezpieczające. Mam nadzieję, że tym razem nie przeskoczysz sobie na linię wojskową. Do cholery, skąd w pokoju przeciąg? A niech to, ktoś się dobrał do zewnętrznej ściany. Komputer, napraw uszkodzenia w trybie natychmiastowym. O, żeby to tak... ściany migają, okna wypadają i jest tylko noc.

Urwał i przechylił głowę, nasłuchując szumu w słuchawkach.

Na jednym z monitorów przewinął się log połączeń: daty, identyfikatory sesji, ciągi znaków, czasy odpowiedzi. Dla niego był to tylko kolejny ślad pracy systemu, zwykła biurokracja maszyn. Dla Jenny ten ekran od dawna znaczył więcej. Kiedyś, mając osiem lat, zauważyła, że zapis urywa się nagle w jednym miejscu, a potem zaczyna od nowa, niemal od tego samego punktu, tylko z lekko innym numerem sesji. Wtedy nie rozumiała jeszcze, na co patrzy. Później zrozumiała aż za dobrze i od tamtej chwili już nigdy nie patrzyła na ojca całkiem tak samo.

- Jenny, sprawdź połączenie z hełmem oraz zasilanie sieci... proszę.

Tym razem weszła od razu.

Miała szesnaście lat, ale poruszała się ciszej niż większość dorosłych. To nie była lekkość. To była ostrożność ludzi wychowanych przy sprzęcie, który zawsze mógł zapiszczeć, rozbłysnąć albo odmówić współpracy dokładnie wtedy, gdy nie było wolno go rozpraszać. Twarz miała jeszcze młodą, lecz oczy już nie. W oczach od dawna nosiła zmęczenie kogoś, kto dorastał w towarzystwie instrukcji obsługi, kabli i człowieka, który coraz częściej rozmawiał z systemem, a coraz rzadziej z nią.

Podeszła do stanowiska i pochyliła się nad drugim monitorem.

- Aha, już sprawdzam - powiedziała cicho. - Ale to chyba coś z prądem. UPS zaczął dziwnie pikać.

- Tam do cholery... a niech to... Komputer, przejdź w stan oczekiwania przed wzbudzeniem. Mam nadzieję, że zdąży.

Jenny wiedziała, że odpowiada mu nie komputer. A przynajmniej nie tylko komputer. Wiedziała to od lat, choć nigdy nie wypowiedziała tej myśli na głos. Były rzeczy, których nie nazywa się wprost, zwłaszcza jeśli przez całe dzieciństwo patrzyło się, jak ktoś bliski staje się coraz mniej człowiekiem, a coraz bardziej procesem podtrzymywanym przez uprzejmość systemu.

Podeszła bliżej.

Delikatnie zsunęła mu hełm. Rozłączyła rękawice. Odpinała przewody ostrożnie, niemal czule, jakby nie odłączała aparatury, lecz domykała coś, co dawno temu powinno było się skończyć.

Spojrzała mu w oczy.

Jeszcze się jarzyły. Drobne iskry odbijały się w źrenicach, jakby gdzieś daleko, po drugiej stronie szkła, wciąż trwał sztuczny zachód słońca generowany na potrzeby czyjegoś komfortu psychicznego.

UPS piszczał coraz głośniej, przeciągłym, natrętnym tonem. Nie alarmował już. Raczej żałobnie zawodził, jakby próbował własnym cienkim głosem podtrzymać coś, czego nie powinno się podtrzymywać. Ciało ojca w fotelu opadło lekko, bez dramatyzmu, bez filmowej przesady. Po prostu wyszło z niego napięcie - tak jak schodzi powietrze ze starego materaca albo jak milknie monitor po długiej nocy pracy, kiedy nawet wentylator rezygnuje z ostatniego słowa.

Jeszcze przez chwilę patrzyła w jego oczy.

Potem zgasły.

Komputer jeszcze raz mignął, a potem zamilkł.

Podobnie jak ojciec.

Zapadła kompletna cisza.

Jenny stała bez ruchu kilka sekund dłużej, niż wymagała tego rzeczywistość. Jakby chciała upewnić się, że tym razem nic już się nie wznowi, nie zrestartuje, nie cofnie do poprzedniego punktu zapisu. Jakby całe życie uczyło ją, że koniec nigdy nie jest końcem, tylko kolejną, źle opisaną opcją w menu.

Potem podeszła do okna i uniosła rolety.

Po raz pierwszy od szesnastu lat zrobiła to bez lęku.

Do środka wlało się prawdziwe światło. Nie ekranowa poświata, nie cyfrowa imitacja zachodu, nie filtr koloru ustawiony w oprogramowaniu nastroju, lecz zwykły, chłodny blask zimowego popołudnia. Otworzyła też okno.

I dopiero wtedy pokój pokazał się takim, jakim był naprawdę.

Nie jak w jego pamięci, gdzie wszystko wciąż miało połysk przyszłości, lecz jak w jej oczach - po latach. Ascetyczny. Wychłodzony. Prawie kliniczny w swojej dyscyplinie. Szkło, metal, mleczny plastik, gładkie powierzchnie, cienkie linie paneli, kasety z danymi opisane równym pismem, obudowy pozbawione ozdobników, jakby całe wnętrze zaprojektowano nie dla życia, lecz dla trwania. Nawet kurz osiadał tu z jakąś niemal laboratoryjną grzecznością. Tylko zwyczajny przeciąg, który wpadł przez otwarte okno, poruszył luźną kartkę, tknął kabel przy biurku i sprawił, że pomieszczenie na moment przestało przypominać kapsułę podtrzymywania świadomości, a znów stało się pokojem. Pustym, chłodnym i ludzkim dopiero wtedy, kiedy przestał działać.

Ojciec już się nie poruszył.

Po chwili komputer uruchomił się ponownie.

Jenny spojrzała najpierw na fotel, potem na ekran. System przeprowadzał ScanDisk, uprzejmie informując, że Windows nie został zamknięty poprawnie i że w celu uniknięcia podobnych problemów w przyszłości należy zawsze zamykać system za pomocą przycisku Start na pasku zadań. Technologia miała jednak niezrównany dar dobrego wychowania. Potrafiła pouczać człowieka nawet wtedy, gdy człowiek właśnie przestał istnieć.

Uśmiechnęła się lekko.

Nie był to uśmiech radości. Raczej ten szczególny grymas człowieka, który przez lata uczył się cudzego sposobu myślenia tak długo, aż w końcu przerósł jego autora.

Usiadła przy klawiaturze.

Wpisała hasło:

"Moja Jenny"

Komputer poprawnie rozpoznał ustawienia użytkownika i uruchomił system.

Miała szesnaście lat i przez szesnaście lat uczyła się, jak on myśli. Jak obchodzi zabezpieczenia. Jak rozmawia z maszyną. Jak gubi się we własnych procedurach i wraca do nich z uporem człowieka, który dawno pomylił nawyk z tożsamością. Teraz wiedziała już wystarczająco dużo, żeby skończyć to, czego on nie potrafił.

Otworzyła tryb DOS i wpisała:

format c: /s

Potem potwierdziła wybór.

Nie drgnęła, kiedy system poprosił o ostateczne potwierdzenie, jakby chciał upewnić się, czy człowiek rzeczywiście zamierza zrobić coś nieodwracalnego. Czekała spokojnie, aż pasek postępu przesunie się do końca, jakby nie kasował danych, lecz domykał długi, przeciągający się ból. Jakby nie niszczyła świata, tylko gasiła sztuczne światło w pokoju, z którego nikt już dawno nie umiał wyjść.

Kiedy wszystko się skończyło, wstała.

Podeszła do stolika pod ścianą i wzięła do ręki ciężki młot. Był zimny, prosty, uczciwy - prawdziwy w sposób, w jaki nic w tym pokoju nie było prawdziwe od bardzo dawna.

Rzuciła nim w komputer.

Obudowa pękła z głuchym trzaskiem. Monitor rozszedł się pajęczyną szkła. Ze środka buchnął zapach kurzu, rozgrzanego plastiku i ostatecznej martwoty. Przez ułamek sekundy uszkodzony ekran zamigotał jeszcze komunikatem:

SYSTEM MALFUNCTION. PRESS REBOOT. NOW SYSTEM IS SHUTDOWN.

Patrzyła na ten napis bez słowa.

Potem odwróciła się i wyszła z pokoju.

W końcu był rok 2000 i czas trochę się zabawić. Po prostu zacząć żyć.

Mieli sylwestra, jakiego już nigdy nie będzie.