Zbig. Życie Zbigniewa Brzezińskiego proroka czasów zimnej wojny - Edward Luce

-
Proszę czekać
 
 

Dla Niamh

 
 
 
Prolog

Hitler nie żył. Wieść o samobójstwie dyktatora rozniosła się lotem błyskawicy, a ludzie po obu stronach Atlantyku wylegali na ulice i gromadzili się na placach, by świętować koniec najbardziej bezlitosnej wojny w dziejach świata. Nie inaczej działo się w Montrealu, stolicy francuskojęzycznej kanadyjskiej prowincji Quebec. W tłumie uczniów, którzy wybiegli z klas, był siedemnastoletni Zbigniew Brzeziński, drugi z czterech synów polskiego konsula generalnego w Montrealu. "Niemcy skapitulowały!"[1], napisał w dzienniku 8 maja 1945 roku. "Dziś rano, będąc w szkole, usłyszałem tę elektryzującą wiadomość. Miasto pełne flag, kwiatów, ludzi, radości! Tylko my, Polacy, nie bierzemy udziału w tej satysfakcji ze zwycięstwa". W zatrzęsieniu brytyjskich flag, czerwonych kanadyjskich bander oraz amerykańskich sztandarów gdzieniegdzie dało się dostrzec sierp i młot. Widok sowieckiej flagi tłumił radość młodego Polaka, który wkrótce miał się stać bezpaństwowcem. "Szliśmy ulicą i wiwatowaliśmy", wspominał pod koniec życia. "Ale miałem poczucie, że nie wszystko jest w porządku, bo przecież pół Europy tkwiło w rękach innej groźnej dyktatury, równie okrutnej jak hitleryzm"[2].

Kanadyjczykom można chyba wybaczyć pozytywne reakcje na widok czerwonych radzieckich flag. W tytanicznym starciu z nazizmem Związek Radziecki stracił o wiele więcej żołnierzy i cywilów niż Stany Zjednoczone oraz imperium brytyjskie łącznie. ZSRR okazał się tak ważny dla walki z nazizmem, że radziecki dyktator Józef Stalin wśród wielu mieszkańców Zachodu, najwyraźniej nieświadomych jego działań, zyskał przydomek "Wujek Joe". Dziesięć miesięcy później w Fulton Winston Churchill, w czasie wojny premier Wielkiej Brytanii, wzbudził powszechne zaniepokojenie, wspominając o "żelaznej kurtynie", która zapadła w poprzek Europy.

Jednak w euforii panującej tamtego majowego dnia tylko Polak mógł witać zwycięstwo z goryczą. Niespełna rok wcześniej zrozpaczony Brzeziński odnotował stłumienie powstania warszawskiego, podczas którego wojska niemieckie zrównały miasto z ziemią, czyniąc z niego najbardziej zrujnowaną stolicę w Europie. Armia Czerwona miesiącami stała na prawym brzegu Wisły i bezczynnie przyglądała się, jak Niemcy metodycznie niszczą miasto, w którym Brzeziński przyszedł na świat. Amerykański prezydent Franklin D. Roosevelt oraz Churchill od czasu do czasu próbowali wspomóc polski ruch oporu, lecz Stalin blokował alianckie zrzuty, aż w końcu było za późno. Wujek Joe, który polskich bojowników nazywał "przestępczą bandą", wolał, by Niemcy wyręczyli go w krwawym dziele, likwidując Armię Krajową i tym samym pozbawiając Polaków szansy na samodzielne wyzwolenie. W rzezi zginęło ćwierć miliona Warszawiaków. Nie ostał się niemal żaden większy budynek. Kiedy Niemców w końcu przepędzono, młody Brzeziński widział sytuację bardzo trzeźwo: "Wojska sowieckie wzięły Warszawę!", zapisał w styczniu 1945 roku. "Wszyscy Polacy rozumieją, że jest to nie "uwolnienie", ale po prostu zmiana formy terroru"[3].

Brzeziński walczył o pociągnięcie ZSRR do odpowiedzialności jeszcze trzy dekady później, kiedy w 1977 roku prezydent Jimmy Carter wybrał go na stanowisko swojego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego w końcowej fazie odprężenia (détente) w relacjach Wschód-Zachód. Brzeziński został pierwszym - i jak do tej pory ostatnim - Amerykaninem polskiego pochodzenia, który piastował tę funkcję. W międzyczasie doskonale opanował rosyjski, uzyskał stopnie naukowe na Harvardzie i Columbii, został jednym z najważniejszych amerykańskich sowietologów, doradzał prezydentowi Johnowi F. Kennedy'emu, pracował dla prezydenta Lyndona Bainesa Johnsona, służył jako doradca do spraw polityki zagranicznej w 1968 roku podczas niefortunnej kampanii prezydenckiej Huberta Humphreya i dał się poznać jako najbardziej zawzięty rywal Henry'ego Kissingera. Jego krytycy nieustannie określali go "Polakiem", co miało podważać jego niewzruszoną wierność Ameryce. On jednak, podobnie jak wielu imigrantów, podkreślał, że jest "szaleńczo" dumny z bycia Amerykaninem. Nie uważał swojego pochodzenia za źródło jakiegokolwiek napięcia. Kiedy w 1958 roku w Bostonie odbierał amerykańskie obywatelstwo, sędzia spytał go, czy chciałby nadać angielską formę swojemu trudnemu do wymówienia nazwisku. Brzeziński odmówił. "Ameryka to jedyny kraj, w którym człowiek nazywający się Zbigniew Brzeziński może pracować na swoje imię i nie musi go zmieniać", powtarzał często[4]. Miał rację. Jednak to trudne nazwisko - "wymawia się zbig-nief bre-szin-ski", instruował Carter swoich pracowników podczas pierwszego spotkania sztabu w Białym Domu w 1977 roku[5] - łączyło się zarówno z jego największą siłą, jak i najpoważniejszą słabością.

Siłę dawało mu poczucie życiowej misji, które towarzyszyło mu od bardzo młodego wieku. W 1953 roku jako student Harvardu, w ramach pierwszej transatlantyckiej podróży od czasu wypłynięcia z Polski do Ameryki, odwiedził w Monachium niedawno otwartą siedzibę Radia Wolna Europa (RWE). Poznał wówczas Jana Nowaka-Jeziorańskiego, szefa sekcji polskiej rozgłośni i legendarnego "kuriera z Warszawy". Nowak-Jeziorański podczas wojny utrzymywał łączność między stolicą a polskim rządem na uchodźstwie w Londynie i przekazywał Brytyjczykom oraz Amerykanom wojenne depesze, w tym informacje o Holocauście, którym nikt nie dowierzał. Encyklopedyczna wiedza dwudziestopięcioletniego polskiego studenta na temat ruchu oporu i dokonań Armii Krajowej wprawiła Nowaka-Jeziorańskiego w osłupienie[6]. Ojciec Brzezińskiego powiedział mu później, że jego syn miał ambicję wyzwolenia Polski z rąk Sowietów. Nowak-Jeziorański nie zanotował własnej reakcji na tę wypowiedź, ale można założyć, że graniczyła z niedowierzaniem. Nietuzinkowy człowiek potrzebuje czasem impulsu, tak jak rakieta wymaga zapłonu silnika. Dla Brzezińskiego była nim zraniona polskość oraz poczucie amputowanej historii jego kraju.

Dzięki jasno określonym celom stał się jednym z najważniejszych amerykańskich badaczy zimnej wojny. Biegła znajomość języków polskiego i rosyjskiego, a także relacje z wieloma emigrantami z Europy Wschodniej, do których zaliczała się między innymi jego czeska żona Emilie Beneš, dały mu przewagę nad innymi sowietologami. Wielu jego kolegów po fachu nie mówiło zbyt dobrze po rosyjsku, niektórzy wcale. Prace naukowe Brzezińskiego za sprawą jego różnorodnych doświadczeń kulturowych były szczególnie przenikliwe. W 1950 roku w pracy magisterskiej, złożonej na Uniwersytecie McGill w Montrealu, uznał "problem wielu narodowości" za piętę achillesową Związku Radzieckiego[7]. Narody nierosyjskie w ZSRR oraz krajach satelickich Układu Warszawskiego zachowały poczucie odrębności narodowej, twierdził. Nie będą w nieskończoność tolerować działań, które - niezależnie od internacjonalistycznych idei, w jakie przystroił się marksizm - powszechnie uważano za przejawy rosyjskiego imperializmu. Związek Radziecki to nie monolit, a niechęć wobec rosyjskiego kolonializmu można wykorzystać, aby przyspieszyć rozpad bloku wschodniego. Spostrzeżenie to wymykało się wielu analitykom, w tym Kissingerowi i większości współpracowników Brzezińskiego w administracji Cartera.

Jego pewność siebie sprawiała na niektórych wrażenie arogancji, a niekiedy brawury. Nie tylko podważał dogmat o konieczności podtrzymywania odprężenia, przy którym obstawał amerykański rząd, lecz także uważał, że trwałość Związku Radzieckiego - supermocarstwa, które w dobie atomowej należy na wszelki wypadek traktować jako równe Ameryce - opiera się na złudzeniu. Kraj ten na naszych oczach ulega erozji, twierdził, i wystarczy mu trochę pomóc. "Żelazna kurtyna" Churchilla w istocie okazała się zrobiona z "półprzepuszczalnej membrany"[8].

Carter, rolnik z Georgii i członek ruchu nowo narodzonych baptystów, z pozoru nie wydawał się oczywistym patronem Brzezińskiego, a jednak wbrew zastrzeżeniom mnóstwa ludzi, począwszy od Kissingera po prawej stronie po grono "mędrców" coraz bardziej ugodowo nastawionego establishmentu białych protestantów, nie tylko zatrudnił "Zbiga", jak go powszechnie nazywano, lecz także ignorował hałaśliwe wezwania, by go zwolnić, gdy polityczna gra stawała się coraz brutalniejsza. Nawet u szczytu irańskiego kryzysu zakładników, do którego częściowo doprowadziły działania Brzezińskiego - obstawał bowiem, że należy wpuścić do kraju na leczenie zdetronizowanego irańskiego szacha - Carter bronił swojego kontrowersyjnego doradcy. Nie tylko się z nim przyjaźnił, ale także twierdził, że spośród jego kadry wyłącznie Brzeziński dostarcza mu strategiczne ramy do przechytrzenia Związku Radzieckiego. Zimna wojna skończyła się za prezydentury George'a H.W. Busha, dziewięć lat po tym, gdy Carter opuścił stanowisko, lecz to właśnie za rządów Cartera Sowieci w dużej mierze utracili wiarę w siebie. Jego rząd "prowadził z Sowietami wojnę ideologiczną z determinacją i intensywnością, jakiej dotąd nie znano", napisał były dyrektor CIA Robert Gates, dla którego punktem zwrotnym kariery było objęcie stanowiska doradcy Brzezińskiego w Białym Domu[9]. "Nasionka", które zasiał Brzeziński - użycie praw człowieka jako broni przeciwko Moskwie i podsycanie w Europie Środkowej i Wschodniej nadziei na niepodległość - miały według Gatesa po latach obrodzić "zabójczymi owocami"[10]. Jednym z nich był polski ruch Solidarności. Przyjęło się, że żelazna kurtyna runęła 9 listopada 1989 roku wraz z upadkiem muru berlińskiego, lecz pękła już 4 czerwca, kiedy Solidarność odniosła zdecydowane zwycięstwo w polskich wyborach. Dwa miesiące później Moskwa zezwoliła Solidarności na stworzenie rządu, co zakończyło monopol komunistów na władzę. Trzy miesiące później to samo zdarzyło się w Berlinie. Polska skruszyła tamę. Brzeziński odegrał ważną rolę w ochronie stworzonego przez Lecha Wałęsę sojuszu między robotnikami a intelektualistami i poprowadzeniu go do zwycięstwa. Kilka miesięcy później w "Timie" ukazał się wywiad z Brzezińskim zatytułowany Zbigniew Brzezinski: Vindication of a Hard-Liner (Zbigniew Brzeziński: rehabilitacja dogmatyka). Jego autorem był Strobe Talbott, w latach Cartera jeden z najbardziej zagorzałych krytyków Brzezińskiego.

Rozpad ZSRR miał wiele przyczyn. Zdaniem Jana Nowaka-Jeziorańskiego, któremu wiele lat wcześniej w Monachium tak spodobał się buńczuczny młody Brzeziński, do najważniejszych należało użycie praw człowieka w charakterze broni. Wielu mieszkańców państw Europy Środkowo-Wschodniej przyznaje mu rację.

W Waszyngtonie swarliwy charakter Brzezińskiego stał się niemal jego piętą achillesową. W Kirgistanie - dawnej republice radzieckiej, a dziś kraju w Azji Środkowej - Brzezińskiego podczas wizyty w latach dziewięćdziesiątych okrzyknięto współczesnym Nostradamusem[11], ponieważ jako jedyny przewidział nadchodzącą zapaść systemu. W Rosji uważa się, że jego zabiegi stały się zasadniczym powodem rozpadu ZSRR, a on wciąż przedstawiany jest jako arcywróg. W 2014 roku Nikołaj Patruszew, były szef dawnej KGB (dziś FSB) i doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego Władimira Putina, powiedział, że ZSRR "rozpadł się wskutek planu opracowanego przez amerykańskiego politologa Zbigniewa Brzezińskiego i CIA, której celem było osłabienie rosyjskiej gospodarki"[12]. Trudno oddzielić te przerysowane osądy od kwestii polskich korzeni Brzezińskiego, które władze radzieckie zawsze uważały za oczywiste źródło uprzedzeń. Pod tym jednym względem Moskwa zgadzała się z dużą częścią waszyngtońskiego establishmentu.

Znaczenie dokonań Brzezińskiego podczas zimnej wojny jest dziś niedoceniane w Stanach, a przeceniane w Rosji. Podejrzenia o jego rzekomą wierność wobec Polski kosztem Ameryki padały z wielu stron. W. Averell Harriman, bodaj najważniejsza figura powojennych kręgów polityki zagranicznej, wyraził odczucia wielu osób ze swojego anglofilskiego otoczenia, gdy stwierdził, że Brzezińskiemu brakuje "amerykańskiego etosu" i "nie miałby nic przeciwko wciągnięciu Stanów Zjednoczonych w konflikt z Rosją w imię polskich interesów"[13]. Robert Lovett, sekretarz obrony na początku lat pięćdziesiątych i, podobnie jak Harriman, członek ekskluzywnego klubu Skull and Bones na Yale, a przy tym wzorowy przykład WASP-a, powiedział: "Nie powinniśmy stanowiska doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego powierzać człowiekowi, który w zasadzie nie jest Amerykaninem. Nikt nie prowadziłby z Rosjanami negocjacji z podobną pogardą i nieufnością"[14]. Brzeziński musiał się też mierzyć z ciągłymi oskarżeniami o - w najlepszym wypadku - niechęć do Izraela. Był członkiem zespołu Cartera podczas długotrwałych izraelsko-egipskich rozmów pokojowych w Camp David w 1978 roku, wskutek których pierwszy kraj arabski uznał państwowość Izraela. Jednocześnie podjęta próba otwarcia rozmów izraelsko-palestyńskich na temat rozwiązania dwupaństwowego pomimo wysiłków Cartera i Brzezińskiego spełzła na niczym. Krytycy wyciągali polskość Brzezińskiego przeciw niemu. Nigdy całkowicie nie wyzbył się polskiego akcentu, a ponieważ Polskę postrzegano jako kraj antysemicki, czyniło to z niego oczywisty cel. Bez wahania potępiał "izraelskie lobby" i między innymi dlatego w 2008 roku Barack Obama zdystansował się od niego podczas prawyborczych zmagań z Hillary Clinton, chociaż wcześniej sporo zyskał na publicznym poparciu otrzymanym od Brzezińskiego w momencie, gdy go najbardziej potrzebował.

Wysuwane wobec Brzezińskiego oskarżenia o antysemityzm nie mają żadnych podstaw. W 1977 roku Menachem Begin, dogmatyczny premier Izraela, mówiący zresztą po polsku, wręczył mu dokumenty z laudacją na cześć jego ojca, konsula w Lipsku w latach trzydziestych. Tadeusz Brzeziński wydawał wizy wyjazdowe niemieckim Żydom, a reżim Hitlera usiłował wymusić jego dymisję na polskich władzach. "Naród żydowski, drogi panie Brzeziński, nie zapomina przyjaciół", napisał Begin do ojca Zbigniewa kilka tygodni później[15]. Wykonany przed kamerami gest Begina poruszył Brzezińskiego. Był jednak człowiekiem zbyt dumnym, by odpowiadać na kampanię zakulisowych pomówień.

Trzecią grupą, która przeciw niemu występowała, były demokratyczne gołębie, ugodowcy z kręgów polityki zagranicznej. Brzeziński nazywał ich "mcgovernowcami" w nawiązaniu do katastrofalnej kampanii prezydenckiej George'a McGoverna z 1972 roku, który po klęsce w Wietnamie skierował Partię Demokratyczną w lewo. Brzeziński, który bezwarunkowo popierał wojnę, twierdził, że cierpią oni na "syndrom wietnamski". Zaliczał do tego grona Cyrusa Vance'a, wytwornego sekretarza stanu w rządzie Cartera i jednego z ostatnich wielkich WASP-ów. Vance nie był żadnym przeciwnikiem dla Brzezińskiego, który zwyciężył z nim w większości ważnych bitew politycznych, walcząc między innymi o normalizację relacji z Chinami, otwarte oskarżenie Moskwy o prześladowanie dysydentów (w tym żydowskich refuseników), zbrojenie afgańskich bojowników przeciw radzieckim najeźdźcom oraz modernizację amerykańskiego arsenału jądrowego prowadzącą do wielkich usprawnień w dziedzinie amerykańskiej broni strategicznej. Tę ostatnią inicjatywę błędnie przypisuje się Ronaldowi Reaganowi, następcy i nemezis Cartera.

Dlaczego Brzezińskiego w pełni nie doceniono? Waszyngton to wioska frakcji i grupek, w której liczy się głównie lojalność wobec swoich i popieranie reprezentowanej przez nich linii. Grupka Brzezińskiego składała się tylko z jednej osoby. Nie należał do żadnej konkretnej szkoły polityki zagranicznej i nie dało się go jednoznacznie określić ani jastrzębiem, ani gołębiem. Nie przejmował się etykietkami takimi jak "realista" czy "idealista". Nie był też niezachwianym demokratą. W 1972 roku głosował na Richarda Nixona, a nie McGoverna, a w 1988 roku poparł George'a H.W. Busha w zmaganiach przeciw Michaelowi Dukakisowi. Skrajnie różnił się od Kissingera, mistrza kokieterii, i nie miał cierpliwości do prasy. Niechęć wobec waszyngtońskiej gry negatywnie odbiła się na sile jego wpływu. Reagan dwukrotnie rozważał powołanie go na stanowisko swojego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego, lecz wskutek licznych sprzeciwów za każdym razem rezygnował. Z biegiem czasu Brzeziński narobił sobie więcej wrogów po prawej niż po lewej stronie. Stało się to szczególnie widoczne w 2003 roku, kiedy bezzwłocznie i stanowczo wypowiedział się przeciw wojnie z Irakiem, przez co został samotnikiem, który idzie pod prąd zasad waszyngtońskiej rozgrywki. Jak się później okazało - miał rację, ale nie podporządkował się bieżącej modzie politycznej. Popierający wojnę z Irakiem Kissinger dobrze znał zasady tej gry. Brzezińskiego one nie obchodziły.

Biografię tę postanowiłem napisać między innymi dlatego, że dzieje człowieka takiego pokroju pozwalają nam zajrzeć za kulisy działania świata i powstawania historii. Chociaż gdy żył, nie miałem pojęcia, że kiedyś zostanę jego biografem, przez ostatnią dekadę jego życia wielokrotnie z nim rozmawiałem - zwykle w jego ulubionych miejscach, takich jak restauracja Teatro Goldoni przy ulicy K czy Jefferson Hotel przy 16. Ulicy. Był uważnym obserwatorem światowych wydarzeń. Jego spostrzeżenia i wielki skarbiec pamięci historycznej bardzo się przydawały dociekliwemu dziennikarzowi. Pisanie tej książki było wyścigiem z zegarem biologii. Przeprowadziłem wywiady z ponad setką współczesnych Brzezińskiemu osób. Niestety, niektórzy - w tym wiceprezydent Cartera Walter Mondale, legendarny ambasador szacha Iranu Ardeszir Zahedi oraz Michaił Gorbaczow, ostatni przywódca ZSRR - odeszli, zanim zdążyłem z nimi porozmawiać. Inni, tacy jak Madeleine Albright, była sekretarz stanu i jedna z wielu protegowanych Brzezińskiego, zmarli podczas powstawania tej biografii, oddawszy mi wcześniej wielkie przysługi. Carter u schyłku długiego życia także okazał się dla mnie wspaniałomyślny. Większość odpowiedników Brzezińskiego w Chinach i Związku Radzieckim już za jego czasów składała się ze starszych osób. Jako badacz Brzeziński podkreślał, że ZSRR stał się skostniałą "gerontokracją".

Korzystałem z protokołów posiedzeń politbiura, radzieckich pamiętników, notatek ważnych postaci z Ameryki i innych krajów oraz archiwów amerykańskich instytucji związanych z bezpieczeństwem narodowym oraz dyplomacją. Znakomitym źródłem wiedzy była dla mnie Biblioteka Prezydencka Jimmy'ego Cartera w Atlancie. Bogatym, niekiedy niezamierzenie komicznym zasobem informacji okazały się teczki polskiej Służby Bezpieczeństwa. Otrzymałem również obfitą, w większości wcześniej nieudostępnianą korespondencję Brzezińskiego z Janem Pawłem II, polskim duchownym i pierwszym od ponad czterystu lat papieżem pochodzącym spoza Włoch, którego wybór KGB uważała za "spisek Brzezińskiego".

Dzieci Brzezińskiego, Ian, Mark i Mika, udzieliły mi bezwarunkowego dostępu (choć nie jest to biografia autoryzowana) do obszernych dzienników, listów i dokumentów ojca, a także pokaźnego zbioru materiałów przechowywanych w Bibliotece Kongresu. Brzeziński był starannym kronikarzem. Bez zaufania i wspaniałomyślności jego rodziny moje przedsięwzięcie przypominałoby syzyfową pracę. Żadne życie nie jest schludną przypowieścią moralną z filmowym zakończeniem. Byłoby to zresztą nudne i niewiarygodne. Historia Brzezińskiego pochłonęła mnie od chwili, gdy zacząłem ją badać. Biorąc pod uwagę znaczenie jego dokonań i specyfikę czasów, w których żył, nie mogłoby być inaczej. Zmarł w maju 2017 roku, zaledwie kilka miesięcy po inauguracji Donalda Trumpa. Urodził się natomiast w dobrze sytuowanej warszawskiej rodzinie w 1928 roku, tym samym, w którym Stalin doszedł do władzy. I w tym właśnie momencie zaczyna się ta książka.

1.
Warszawa międzywojenna

Polska zawdzięcza Ameryce cząstkę swojej duszy, a Ameryka - Polsce. Dwudziesty ósmy prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson ożywił nadzieje Polaków, kiedy w 1918 roku przedłożył Kongresowi swoją słynną czternastopunktową listę postulatów, które miały nie dopuścić do tego, by masowa rzeź podobna do I wojny światowej kiedykolwiek się powtórzyła. Francuski odpowiednik Wilsona Georges Clemenceau powiedział: "Bóg dał nam dziesięć przykazań, a my je złamaliśmy. Wilson dał nam czternaście punktów. Zobaczymy". Idealizm amerykańskiego prezydenta wykpiwano w większości europejskich placówek dyplomatycznych, Polacy jednak doceniali jego rozbudowany plan. Niepodległość Polski zapisano w punkcie trzynastym. Wilsonowi udało się zrealizować większość postulatów z tej listy życzeń, a zwycięskie mocarstwa, podpisując w 1919 roku traktat wersalski, uznały nowo proklamowaną II Rzeczpospolitą.

Lecz to Józef Piłsudski, kolos górujący nad życiem Brzezińskich i większości ludzi z ich kręgów, chwycił za broń i urzeczywistnił powstanie państwa. "Kiedy kończy się wojna olbrzymów - napisał Churchill - zaczyna się wojna karzełków"[1]. Piłsudski poprowadził polską armię pod znakiem orła białego do nieprawdopodobnego zwycięstwa nad Sowietami w 1920 roku. Jego zbrojny wyczyn nazwano Cudem nad Wisłą. Bitwa Warszawska zmieniła bieg historii. Zamknęła "czerwony most", za pomocą którego Włodzimierz Lenin i Lew Trocki zamierzali rozprzestrzenić rewolucję bolszewicką 1917 roku po całej Europie. Bez Piłsudskiego Polska by się nie odrodziła. Bez nowej Polski Niemcy i kraje leżące dalej na zachód znalazłyby się, wyczerpane, na drodze Armii Czerwonej. Historia współczesna mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Wydarzenie to wyryło się w pamięci Polaków, ale większość świata o nim zapomniała. Wicehrabia D'Abernon, Edgar Vincent, brytyjski dyplomata wysłany z misją do Polski, sklasyfikował później Bitwę Warszawską jako "osiemnastą decydującą bitwę świata"[2].

Trudno byłoby przecenić wpływ historii na polską wyobraźnię. Zbigniew Brzeziński urodził się wczesną wiosną 1928 roku w eleganckim mieszkaniu swoich rodziców w Warszawie. Żadne dziecko urodzone w takich okolicznościach i w takim momencie nie mogłoby liczyć na to, że prędzej czy później nie zostanie uwikłane w historyczne wydarzenia. Brzeziński przyszedł na świat w wyjątkowym okresie polskiej samorządności, który zaczął się proklamowaniem II Rzeczpospolitej w 1918 roku, a zakończył - jej upadkiem w 1939 roku, gdy chłopiec miał jedenaście lat. Na początku II wojny światowej, po brutalnej, zaplanowanej z kilkutygodniowym wyprzedzeniem wiwisekcji, Polska została rozdarta między ZSRR a Niemcy. Jej likwidację uzgodniono w sekretnym pakcie Ribbentrop-Mołotow (znanym też jako pakt Hitler-Stalin), w którym przywódcy Trzeciej Rzeszy i Związku Radzieckiego zobowiązywali się do wzajemnej nieagresji podczas nadchodzącej wojny z krajami demokratycznymi. 31 października 1939 roku, zaledwie dwa miesiące po podpisaniu paktu, radziecki minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow oznajmił: "Wystarczyło krótkie natarcie najpierw wojsk niemieckich, a następnie Armii Czerwonej, by nic nie pozostało po tym pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego"[3]. Brzeziński urodził się w kraju osieroconym przez historię - w oku cyklonu, którym w Polsce okazała się ulotna chwila międzywojennego spokoju.

Wychowywano go w duchu kosmopolityzmu, a zarazem gorliwego patriotyzmu. Był pierwszym dzieckiem Tadeusza Brzezińskiego, polskiego dyplomaty pnącego się po szczeblach kariery, który zyskał renomę dzięki temu, że jako młody oficer walczył w Bitwie Warszawskiej w wojskach Piłsudskiego pod flagą z białym orłem[4]. Wyszedł cało z walk i został odznaczony. Co prawda nie uczestniczył w ostatniej wielkiej szarży kawaleryjskiej w historii Europy, jednak jego udział w Cudzie nad Wisłą zawsze był źródłem rodowej dumy. Zbigniew był drugim dzieckiem Leonii Brzezińskiej, która po krótkim małżeństwie z polskim szlachcicem miała już syna Jurka (później przybrał imię George). Rozwód - rzadkość w pobożnej, katolickiej Polsce - nie wzbudził większych kontrowersji w warszawskich kręgach, o czym najlepiej świadczy fakt, że były mąż Leonii, Jerzy Żyliński, był świadkiem na jej drugim ślubie. Jednak nawet w postępowych kręgach socjety rozwód na tak polubownych warunkach należał do wyjątków. Leonia, kobieta o ciemnych falistych włosach i wyrazistej osobowości, przyciągała uwagę w każdym towarzystwie. Wykształcenie także odróżniało ją od ówczesnych kobiet, ukończyła bowiem warszawską Szkołę Nauk Politycznych i Konserwatorium Muzyczne. Była przy tym piękną kobietą, która rzadko pokazywała się inaczej niż w futrze i w otoczeniu grona admiratorów. Znano ją nawet w salach balowych Wiednia, gdzie Tadeusz studiował prawo. Była także, co bardziej zgadzało się z duchem czasów, utalentowaną pianistką i regularnie uczęszczała na msze.

Oboje rodzice Zbigniewa wywodzili się ze szlacheckich rodzin i dorastali u schyłku ery Habsburgów i Romanowów. Ich biografie obejmowały dwie różne rzeczywistości, tak jakby część życia spędzili w powieści Tołstoja, a część - w XX wieku. Kazimierz Brzeziński, urodzony w 1866 roku ojciec Tadeusza, służył jako sędzia w stolicach różnych prowincji Galicji Wschodniej pod austro-węgierskimi rządami[5]. Inaczej niż w zaborze rosyjskim, gdzie używanie języka polskiego w sytuacjach oficjalnych było zakazane i mogło mieć dotkliwe konsekwencje, w części kraju rządzonej przez Habsburgów akceptowano polską mowę w sądach, szkołach i innych instytucjach publicznych. Podczas trwających przez sto dwadzieścia trzy lata zaborów uczucia narodowe lokowano w języku, poezji, teatrze i innych sztukach. Wobec braku państwowości krajem kierował tak zwany rząd dusz. W poezji Adama Mickiewicza i muzyce Fryderyka Chopina "armaty kryły się wśród kwiatów". Polskie uczucia narodowe, żywione historią wielkich bitew i wspomnieniem posiadania ogromnych terytoriów, miały intelektualną specyfikę. Kazimierz otrzymał doktorat na Uniwersytecie Lwowskim, w największym mieście wschodniej Galicji. W Przemyślu, gdzie osiadła jego rodzina, był zagorzałym propagatorem polskojęzycznych teatrów, szkół podstawowych i bibliotek. Dziś miasto to znajduje się przy granicy polsko-ukraińskiej (natomiast Lwów - w zachodniej Ukrainie). Dzięki trzeźwości osądu i bezstronności Kazimierz szybko zdobył popularność na cesarskim dworze, a za sprawą doskonałego gustu modowego był powszechnie uważany za arbiter elegantiarum (sędziego w sprawach elegancji). Zbigniew nigdy nie poznał dziadka ze strony ojca, który zmarł w 1924 roku na atak serca. Spędził jednak wiele wspaniałych letnich wakacji z wdową po nim, babką Zofią, w wielkim domu rodzinnym w Przemyślu.

Tadeusz, starszy z dwóch synów, poszedł śladem ojca. Podobnie jak on potrafił się doskonale ubrać i również uzyskał doktorat (z prawa) na Uniwersytecie Lwowskim[6]. Zdawało się, że i jemu pisane jest objęcie ważnego prawniczego stanowiska w Polsce pod rządami Habsburgów, jednak wojna i odrodzenie ojczyzny radykalnie zmieniły jego życie. W 1919 roku, świeżo po obronie, wstąpił do powstającego Wojska Polskiego jako ochotnik 2. Pułku Strzelców Lwowskich. Walczył zarówno przeciw ukraińskim nacjonalistom w zwycięskich walkach o Lwów w 1919 roku, jak i w rok późniejszej, poważniejszej w skutkach Bitwie Warszawskiej. Po wojnie wstąpił do nowo sformowanej Służby Zagranicznej w Warszawie i na początku lat dwudziestych krótko pracował w regionie Westfalii i Nadrenii. Do jego zadań należało reprezentowanie interesów polskiej wielomilionowej mniejszości żyjącej w największym zagłębiu węglowym Europy, zwłaszcza w północno-zachodnich Niemczech i północnej Francji. W latach 1924-1927 pracował w Departamencie Konsularnym w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Warszawie. Tam poznał Leonię.

Rodzina Leonii Roman także miała szlacheckie korzenie[7]. Słowo "szlachta" bywa błędnie interpretowane przez obcokrajowców, a czasem nawet samych Polaków. Członków tego stanu często niepoprawnie określa się arystokracją, tymczasem stanowili oni ponad jedną dziesiątą populacji, a więc jakieś dziesięć razy więcej niż arystokraci w większości innych europejskich społeczeństw. Nie pasuje też do nich kojarzące się z zamożnością określenie mieszczan. Lepszą analogią byliby indyjscy radźputowie - dziedziczni wojownicy, nie zawsze posiadający ziemię czy bogactwa. Jednak nawet to porównanie wprowadza w błąd. Warstwa szlachecka rekrutowała się z obywateli Polski i powstała wraz z Rzeczpospolitą Obojga Narodów w XVI wieku. Szlachcice byli wojskowymi, klasą polityczną i arbitrami polskości. Z własnego grona wybierali władcę swego wspaniałego podwójnego królestwa. Arystokraci w średniowiecznej Anglii i Francji byli możnymi posiadaczami ziemskimi i rozporządzali pracą chłopów uprawiających ich ziemie, lecz zarazem dziedziczyli status poddanych suwerena. Szlachcice natomiast często nie posiadali znacznych obszarów, ale byli równi wybranemu przez siebie władcy i tak jak on dysponowali pełnią praw politycznych i osobistych. Działo się to na wiele pokoleń przed tym, nim w rewolucyjnej Francji i Ameryce narodziła się koncepcja obywatelstwa. Oboje rodzice Brzezińskiego wywodzili się właśnie ze szlachty.

Ród jego ojca żył w stosunkowo wolnościowej atmosferze zaboru austriackiego, natomiast Romanowie, ród Leonii, pochodzili z jawnie polonofobicznego zaboru rosyjskiego. Ich najchętniej wspominanym przodkiem był Wiktor Roman, który wsławił się walką w oddziałach polskiej kawalerii w armii Napoleona podczas wojny na Półwyspie Iberyjskim. Brał udział w szarży kawaleryjskiej, która doprowadziła do zwycięstwa wojsk napoleońskich w bitwie pod Somosierrą w 1808 roku. Bitni Polacy przemogli siły hiszpańskie i utorowali Napoleonowi drogę do Madrytu, a korsykański generał właśnie ich odwadze przypisał odniesiony sukces. Jako członkowie narodu, który niedawno został pozbawiony terytorium (ostatni rozbiór Polski między Rosję, Austrię i Prusy miał miejsce w 1795 roku), polscy kawalerzyści wsparli sprawę Napoleona, licząc, że dzięki temu uda im się odzyskać ojczyznę. Ich nadzieje rozwiały się w 1815 roku pod Waterloo. Mimo to rodzina Romanów dobrze prosperowała w Polsce pod rządami caratu. Dwaj przodkowie Brzezińskiego ze strony matki - pradziadek Antoni i dziadek Leon - wstąpili w Sankt Petersburgu do elitarnego pułku huzarów. W jednostce tej pierwsze szlify zdobywali niektórzy przyszli carowie. Aby się zakwalifikować, Polak musiał dowieść swojego szlacheckiego pochodzenia od przynajmniej siedmiu pokoleń wstecz i wpłacić znaczną sumę dwóch tysięcy rubli. Romanom te warunki nie nastręczały żadnych problemów.

W przeciwieństwie do Brzezińskich, którzy zbiegli z zaboru rosyjskiego do austriackiego w latach trzydziestych XIX wieku po udziale w powstaniu listopadowym, nieudanym zrywie przeciw caratowi, rodzina Romanów miała dwie spore posiadłości pod Warszawą. Przepadły w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dziadek Leonii zastawił je jako poręczenie długu zaciągniętego przez sąsiada. Gdy sąsiad zbankrutował, rodzina Romanów pogrążyła się w ubóstwie, lecz pomimo zajęcia jej włości przez sąd utrzymała wysoki status społeczny. Ojciec Leonii Leon Roman ukończył prawo na Uniwersytecie Petersburskim i służył w Złotych Huzarach. Większość kariery przepracował jako wysoki rangą urzędnik w Polsce pod zaborem rosyjskim, by po 1920 roku otrzymać jeszcze wyższe stanowisko w Polsce niepodległej. Jak wielu Polaków w Rosji późnych Romanowów w Sankt Petersburgu traktowany był z podejrzliwością, przeprowadził się więc do mniej opresyjnej Warszawy, gdzie przed wybuchem I wojny światowej zarządzał linią kolejową Warszawa - Wiedeń. Leonia spędziła tam dzieciństwo. Po wojnie jej ojciec służył jako wysoki rangą urzędnik w różnych częściach kraju, w tym w Poznaniu.

Brzeziński odziedziczył po rodzicach głębokie, pradawne przywiązanie do polskości, natomiast po rodzinie ojca, która zasłużyła się podczas powstań, a w nowszych czasach podejmowała różne przedsięwzięcia kulturalne, aby podtrzymywać ideę Polski, przejął ducha aktywizmu. Polacy z jego warstwy nie mieli wątpliwości, że ich kraj został zajęty i zdominowany przez kultury podrzędne, zwłaszcza rosyjską i pruską. Kulturę austro-węgierską postrzegano nieco łagodniej. Tadeusz często nazywał Polskę wywodzącym się z kręgów literackich określeniem "Chrystusa narodów"[8]. Kraj, tak jak Chrystus, miał zmartwychwstać po trzech pokoleniach. Tadeusz wpoił młodemu Zbigniewowi przekonanie, że Polska jest rozwiniętym, należącym do cywilizacji europejskiej krajem, który został upodlony przez chciwych, brutalnych sąsiadów, zwłaszcza Rosję. "Byliśmy ludźmi Zachodu na Wschodzie", mawiał. Polska umarła za sprawę zachodniej cywilizacji i dzięki niej się odrodzi[9].

Kiedy Leonia i Tadeusz się poznali, imperialny klimat ich młodych lat już się nieco rozwiał, ale wciąż dało się go wyczuć w manierach i sposobie bycia ludzi. W albumach ze zdjęciami z lat dwudziestych Leonia jaśnieje pełnym blaskiem. Tadeusz powiadał, że jego ulubionym miastem zawsze był Wiedeń - "nie tak przytłaczający jak wiele miast niemieckich"[10] - a Warszawę umieszczał na drugim miejscu. Zbigniew, choć się w niej urodził, do trzeciego roku życia mieszkał w przemysłowym Lille na północy Francji, gdzie jego ojciec piastował stanowisko konsula młodego polskiego państwa. W latach 1931-1935 jego rodzina mieszkała w Lipsku, największym mieście niemieckiej Saksonii, gdzie Tadeusz również był konsulem generalnym. Dla Zbigniewa był to okres formatywny. W Polsce żył bez przerwy tylko w latach 1935-1938, lecz przez pierwszych dziesięć lat życia przyjeżdżał tam także - głównie do rodzinnego domu Brzezińskich - na letnie wakacje.

Zbigniew dorastał wśród ludzi mówiących po francusku i niemiecku, jednak jego dom zawsze pozostawał polski. Leonia dopilnowała, by kucharz, pokojówka, kierowca i reszta służby pochodzili z ojczyzny. Troje dzieci, w tym najmłodszy, urodzony rok po Zbigniewie Adam, nauczyło się francuskiego dopiero po przeprowadzce do Montrealu. W Lipsku odbierali prywatne lekcje po niemiecku. Większość międzywojennego świata rodziny, włącznie z warszawskimi posiadłościami i dokumentami, przepadła w gruzach wojennych zniszczeń. Osobiste dzienniki Leonii i niewielka część urzędowych dokumentów pojechały z rodziną do Nowego Świata. Wyłania się z nich żywy, liryczny, emocjonalny obraz realiów, w których dorastał Zbigniew. Jego starszy przyrodni brat Jurek od wczesnych lat przebywał w warszawskiej szkole z internatem. Na wakacje przyjeżdżał do rodziny do Niemiec, a czasem w polskie Karpaty, górską arkadię, gdzie wspólnie spędzali lato pośród wierchów, wodospadów, górskich kościółków i uzdrowisk. Dzieci bardzo się od siebie różniły. Leonię martwiło to, że Jurkowi słabo idzie w szkole i łatwo się rozprasza, a w dodatku się jąka. Adam, najbardziej rozpieszczane dziecko w rodzinie, często chorował, miał tendencje do tycia i trudności z nauką, które także czasem niepokoiły rodziców. Nigdy nie wyzbył się problemów ze zdrowiem i koncentracją. Dla odmiany Zbigniew był wytrwały, niezależny i utalentowany akademicko, a przy tym nie bał się ryzyka.

Leonia lubiła popisywać się dziećmi. Na rodzinnych zdjęciach - czy to znad Bałtyku, czy z polskiego uzdrowiska, czy ze stacji kolejowej któregoś z europejskich miast - dzieci są zawsze ubrane stosownie do okazji: mają na sobie już to zakrywające całe ciało stroje kąpielowe, już to malutkie kożuchy i berety albo, latem, miniaturowe wersje stroju polskiego dżentelmena. Gdy Zbigniew miał zaledwie sześć lat, zwracał uwagę niezwykłą przenikliwością oraz wyglądem: jego wysokie kości policzkowe i lśniące, jasne włosy wyraźnie rzucały się w oczy. Na tle pozostałych Brzezińskich wyróżniał się dystansem emocjonalnym i wybrednością. "Zbysiu, mój Ty synu, czemuś taki zły, ostry", pytała Leonia w swoim dzienniku w Lipsku 1934 roku. "Zdaje Ci się, żeś mężczyzną, rycerzem, że nie potrzebujesz matki i jej pieszczoty - musisz się zmienić, bo choć bije me serce do Ciebie, jednak aż boli czasem, oj Ty mój dzielny, kanciasty chłopczyno!"[11].

Na późniejszym etapie życia Leonia opowiadała, że młody Zbigniew w pewnym momencie zaczął sypiać na podłodze i bez poduszki, aby posmakować niewygód, z jakimi musieli się mierzyć ludzie gorzej sytuowani[12]. Pewnego razu, po całym popołudniu spędzonym na górskich wędrówkach, postanowił nie pić wody aż do następnego ranka, by doświadczyć wielkiego pragnienia. Jego skłonność do ryzyka i upodobanie do żartów sprawiały, że był złotym dzieckiem Leonii. "Zbysiu już po 4tej lekcji sam biega. Adaś, jak twierdzi, iż jest za gruby, trochę gorzej, boi się i trzyma się p. Marysi [niani]"[13].

Zbigniew miał pięć lat, kiedy w połowie pobytu jego rodziny w Lipsku Hitler doszedł do władzy. Chłopiec wyraźnie zapamiętał częste i przerażające parady dzierżących pochodnie nazistów. Za sprawą nauk rodziców dzieci bały się ich i nimi gardziły. We wrześniu 1933 roku Leonia towarzyszyła mężowi podczas zorganizowanego w Lipsku procesu bezrobotnego holenderskiego komunisty Marinusa van der Lubbe oraz trzech przypadkowych komunistów z Bułgarii. Oskarżono ich o podpalenie Reichstagu, gmachu niemieckiego parlamentu, choć incydent ten upozorowali najprawdopodobniej sami naziści, aby Hitler zyskał pretekst do wprowadzenia stanu wyjątkowego. Wtedy właśnie wybrzmiało podzwonne dla niemieckiej demokracji parlamentarnej. Leonia i Tadeusz oglądali z antresoli otwarcie tego pokazowego procesu, który zakończył się skazaniem Holendra i uniewinnieniem Bułgarów. "Przed sądem policja, na wejściu sprawdzanie biletów. Bardzo szłam przejęta, trochę się nawet bałam. Niemiła osobista rewizja (dokładna, wstrętna)", napisała. "Jest to tylko szopka polityczna, teatr dla odegrania komedii, by pokazać światu, iż Hitler zbawił świat od komunistów, a do teatru potrzeba aktorów. Wrażenia b. niemiłe i przykre. Wyszliśmy po I przerwie"[14].

Kilka dni później Brzezińskich zaproszono na przyjęcie pożegnalne społeczności żydowskiej w Lipsku, która wyludniała się wskutek wprowadzenia przez Hitlera paragrafów aryjskich i bojkotu żydowskich biznesów. Podczas I wojny światowej wielu Żydów uciekło z Polski do Niemiec i teraz zostali bezpaństwowcami. Tadeusz wydał setki wiz typu laissez-passer i sporo polskich paszportów, by umożliwić im wyjazd. Te nieoficjalne działania dobroczynne przysporzyły mu problemów zarówno w Berlinie, jak i w Warszawie. Polska starała się zniechęcać zagranicznych Żydów do imigracji, a na tych polskich wywierała naciski - tragicznie bezskuteczne, biorąc pod uwagę ich przyszły los - by emigrowali do Palestyny. Leonia napisała: "Było pożegnanie kolonii żydowskiej. B. czuło, b. elegancko urządzili, fraki, wieczorowe suknie, przemówienia, kwiaty. Tatuś dostał piękny portret swój, potem część koncertowa, wina, ciasta, torty. Wpisano Tatusia do złotej księgi Keren Kayemeth, wręczenie dyplomu. Słowem, b. uczcili Tatusia, pochwalając jego zasługi"[15].

Według większości Polaków "kwestia żydowska" nie miała związku ze sprawami polskimi, mimo że Żydzi stanowili ponad 10 procent ludności kraju. Tadeusz, do którego obowiązków należała ochrona interesów całej polskiej społeczności, uważał problemy polskich Żydów, niezależnie od ich stanu prawnego, za równie ważne jak sprawy innych Polaków. "Zaskoczyło nas jednak tempo zmian: najpierw była dyskryminacja, potem bojkoty, a potem napisy "Jude" na witrynach i naziści w brunatnych mundurach obserwujący, kto wchodzi", powiedział Tadeusz kanadyjskiej gazecie kilka dekad później[16]. W odpowiedzi na liczne noty protestacyjne Tadeusza przeciwko złemu traktowaniu polskich Żydów saksońskie ministerstwo spraw wewnętrznych odpowiedziało, że działania te stanowią reakcję na zagrożenie ze strony "siatki światowego żydostwa". Stanowisko Tadeusza nie zgadzało się ze zmieniającym się klimatem politycznym w Polsce. Żywione przez Piłsudskiego przekonanie o wieloetniczności polskiej wspólnoty narodowej ustępowało mrocznej nacjonalistycznej ideologii Romana Dmowskiego, twórcy jawnie antysemickiego ruchu Narodowej Demokracji. "Dziękuję za wszystko, co zrobiłeś, aby pomóc moim rodakom w tych ciemnych dniach, kiedy w godzinie nieopisanej niedoli tylko nieliczni stanęli po ich stronie", napisał do Tadeusza izraelski premier Menachem Begin ponad czterdzieści lat później[17].

Zbigniew często opowiadał historię o tym, jak podczas jednego z wielkich przyjęć Leonia odmówiła podania ręki Hitlerowi, choć jej własne dzienniki milczą o tym odważnym geście. Rodzice Zbigniewa wzięli udział w koncercie zorganizowanym w drezdeńskim ratuszu przez Josepha Goebbelsa, naczelnego propagandystę Hitlera, podczas którego Führer był gościem honorowym. Mało kto na widowni dał się porwać sześciogodzinnej operze Richarda Wagnera Tristan i Izolda - większość obecnych wpatrywała się w austriackiego kaprala. "Po paru minutach wchodzi wolno, okrzyk na sali, kłania się i siada, twarz spuchnięta, zastarzała", napisała Leonia. "Byliśmy oboje szalenie zmęczeni. Nastrój bardzo oficjalny, wszyscy bardziej się interesują Hitlerem niż Tristanem". Okazało się jednak, że warto było cierpieć. Na kolacji, która zakończyła się około piątej nad ranem, Brzezińscy siedzieli w towarzystwie burmistrza Drezna, włoskiego attaché oraz premiera Saksonii. "Byłam bardzo adorowana, wyróżniali nas przy stole, honorując"[18]. Jakimś cudem udało im się uniknąć spotkania z niemieckim dyktatorem.

Pobożna katoliczka Leonia nie tylko unikała nazistów - "szwabów", jak ich nazywała - lecz w ogóle nie podobała jej się niemiecka kultura. "A tu tak obco, zimno", napisała w pewne święta Bożego Narodzenia. "Jakby Boga nie było, ani Kościoła, ani nastroju - inny, obcy świat, do którego się człowiek nigdy nie przywiąże, a z radością uciekać pragnie"[19]. Dzieci miały w Niemczech ustalony harmonogram: nauka domowa, regularne uczestnictwo we mszach (niekiedy codzienne) i dużo aktywności fizycznej - piłka nożna, łyżwy, wędrówki i spacery po parku. Na Boże Narodzenie i z okazji urodzin zwykle dostawały prezenty o charakterze militarnym: nóż w pochwie, żołnierzyki, książki o słynnych bitwach z polskim udziałem. Polacy brali udział w większości europejskich starć zbrojnych. Zbigniew był dumny z ich kluczowej roli w odparciu wojsk osmańskich pod Wiedniem w 1683 roku.

W weekendy szofer woził ich na wycieczki po saksońskich zamkach, średniowiecznych kościołach i górskich ustroniach. Pewnego dnia rodzina wybrała się do Eisleben, rodzinnego miasta Marcina Lutra, a zarazem miejsca upadku rewolucji protestanckiej. Zwiedzali ostatnie domostwo teologa. "Czuje się tam twardość, surowość życia, żadnego ciepła, żadnych wyższych wymagań. Spartańskie otoczenie nie robiące miłego wrażenia, a raczej grobu", zanotowała Leonia[20]. O niemieckich kobietach często pisała, że są szare, zaniedbane. W jej kraju było inaczej. W latach dwudziestych i trzydziestych Warszawa szybko się rozwijała i miała światowy polor. Mogła się poszczycić ponad sześćdziesięcioma kinami, salą balową z obrotową podłogą i secesyjnymi budowlami niegorszymi od tych berlińskich[21]. "Wróciliśmy z Warszawy. Dużo było radości i krzyku, podziwu nad moim wyglądem". Przy okazji kolejnej wizyty: "W Warszawie było tak miło, zawrotnie prędko czas uciekał, tyle przyjemności co dzień. Sztuki dobre, artyści świetni, nastrój pogodny, pełne kawiarnie, ładne kobiety, ładnie poubierane, piękne futra, muzyka gra"[22]. We współczesnej historii Europy zapomniano o buzującym optymizmie i galanterii międzywojennej Warszawy, jednak dla młodego Zbigniewa i jego matki były one ucieleśnieniem metropolitalnego blichtru.

Leonia miewała humory, była też niestała w ocenach czasu i miejsca, w których przyszło jej żyć. Na krótko przed przeprowadzką rodziny do Warszawy Tadeusz otrzymał zaproszenie w charakterze gościa honorowego na ceremonię odsłonięcia Pomnika Chopina, gdyż jako wysłannik Polski odpowiadał między innymi za promocję polskiej kultury. Poinformowano go, że pewien prywatny kolekcjoner trzyma w piwnicy wiele nieznanych utworów kompozytora, i Tadeuszowi udało się je odzyskać dla kraju. "Ale ocenić trzeba obiektywnie, iż tyle trudu, hałasu, pompy zadali sobie Niemcy, by nas ugościć, uczcić i uhonorować", napisała Leonia. "Dzięki Matce Bożej za wszystkie jasne dni, miesiące i lata tu spędzone. Żegnaj, Lipsku - może tu Cię jeszcze odwiedzę, z radością ciągnąć będę do Ciebie, bo było mi tu bardzo dobrze"[23].

Wahania nastrojów Leonii bywały doprawdy skrajne. Relacja Zbigniewa z urzekającą, lecz też skłonną do dramatycznych scen matką nigdy nie była spokojna. Wiele dzieci lubi, gdy się je rozpieszcza - Zbigniew taki nie był. Uważał, że wrodził się w ojca. W domu żywiołowa Leonia przyćmiewała Tadeusza, człowieka o wytwornych, powściągliwych manierach. Jeszcze długo po przeprowadzce do Kanady mówiono o nim jak o przybyszu z innego stulecia: całował kobiety w rękę, zawsze miał na podorędziu trafną uwagę lub niewinny żarcik. Był głodny wiedzy historycznej i miał encyklopedyczną pamięć.

Brzeziński senior, osoba publiczna, stanowił wzór dla aspiracji Zbigniewa. Przekazał mu też głęboką troskę o miejsce Polski w świecie. Idolem rodziny był marszałek Piłsudski. Brzezińscy podziwiali jednak także odleglejsze postaci historycznie, w tym Tadeusza Kościuszkę, polskiego generała, który walczył u boku amerykańskich powstańców przeciw Brytyjczykom podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych i został upamiętniony posągiem w Parku Lafayette'a naprzeciw Białego Domu. Sam markiz de Lafayette także był europejską gwiazdą w armii rewolucyjnej, lecz u szczytu chwały otrzymał wsparcie francuskiej floty, podczas gdy Kościuszko, przyjaciel Thomasa Jeffersona, bronił umocnionego nabrzeża w West Point bez wsparcia jakiejkolwiek obcej armii. Niektórzy historycy wojskowości uważają, że jego wkład w amerykańskie zwycięstwo przewyższał zasługi Lafayette'a. Kościuszko piętnował niewolnictwo na jednym brzegu Atlantyku z równą zaciętością, z jaką na drugim przeciwstawiał się pańszczyźnie i dyskryminacji Żydów. "Jeśli dane było mi w życiu poznać prawdziwego syna wolności, to był nim Kościuszko", powiedział Jefferson[24]. Innym polskim rewolucjonistą był Kazimierz Pułaski, generał w Armii Kontynentalnej, który pomógł ocalić Jerzego Waszyngtona przed brytyjską niewolą. Brzeziński dorastał, słuchając historii o tych bohaterach. Kościuszko po powrocie z Ameryki chwycił za broń przeciw rosyjskiej armii carycy Katarzyny. Zbiegło się to w czasie z ostatnim drgnieniem polskiej niepodległości. Po ustanowieniu nowoczesnej konstytucji w 1791 roku - drugiej spisanej w dziejach świata, zaledwie cztery lata po amerykańskiej - kraj został rozebrany między carską Rosję, królestwo Prus i cesarstwo austriackie. W 1795 roku Polska przestała istnieć. Podpisując tajne porozumienie, troje nowych imperialnych władców postanowiło na dobre zgnieść naród polski. Pruski król Fryderyk Wielki uważał Polaków za "niechlujne szumowiny" i twierdził, że z ich kulturą powinno się postąpić tak samo jak z kulturą amerykańskich Irokezów. Trudno byłoby dorastać wśród takich historii i nie pragnąć wyzwolenia narodowego.

Dziecięcą wyobraźnię Zbigniewa wypełniały szarże kawaleryjskie i zwycięskie bitwy. Wraz z dorastaniem nabywał świadomość historycznego istnienia polskiej cywilizacji. Wielu legendarnych Polaków, o których się uczył, zasłynęło w odległych krajach: Chopin we Francji, pisarz Joseph Conrad w Wielkiej Brytanii, znana naukowczyni Maria Curie-Skłodowska we Francji, wielki astronom Mikołaj Kopernik w Prusach. Polscy rewolucjoniści walczyli za sprawę amerykańską i w armiach Napoleona. Kwiat polskiej inteligencji zamieszkiwał każdą europejską stolicę. Patriotyczne skłonności Zbigniewa ukształtowała koncepcja Polski inkluzywnej, którą popularyzował Piłsudski, a Tadeusz popierał. W latach trzydziestych wizję Piłsudskiego zaczęła wypierać inna polityka narodowa, w ramach której Żydzi i inne zamieszkujące Polskę mniejszości, zwłaszcza Ukraińcy i Białorusini, byli obywatelami drugiej kategorii. Członkowie Klubu Prometeusz skupieni wokół Piłsudskiego widzieli Polskę jako największego gracza w wielonarodowym gronie mniejszych wschodnioeuropejskich państw, które wspólnie mogłyby się oprzeć nieustannemu zagrożeniu naporem Niemców z zachodu i Rosji ze wschodu. Klub miał zrzeszać wszystkie ludy rządzone dawniej przez carską Rosję, od Morza Bałtyckiego na północy po Kaspijskie i Czarne na południu. Podczas II wojny światowej Tadeusz moderował w Montrealu rozmowy między przywódcami Czechosłowacji i Polski, których celem było stworzenie unii polsko-czeskiej. Tę inicjatywę przekreśliły wydarzenia z 1941 roku, kiedy po zerwaniu paktu Ribbentrop-Mołotow Czechosłowacja połączyła siły z Sowietami. Prometeizm Tadeusza przetrwał jednak w Zbigniewie.

Przeprowadzka do Warszawy w 1935 roku nie okazała się dla Leonii tak radosnym powrotem do domu, jakiego się spodziewała. Warszawa wydawała się uboższa, mniej beztroska. Pogarszała się sytuacja gospodarcza. Nad Polską gromadziły się ciemne chmury, przypominały o tym regularne ćwiczenia przeciwlotnicze. Leon, ojciec Leonii, zmarł samotnie w mieszkaniu, kiedy rodzina wyjechała na krótką wycieczkę do Włoch. Jej jedyna siostra Marylka wraz z rodziną opuściła Polskę na dobre - w 1936 roku popłynęła do Nowego Jorku. Największym wstrząsem emocjonalnym okazała się jednak śmierć Piłsudskiego. Zbigniew w tłumie ludzi oglądał procesję niosącą trumnę marszałka ulicami Warszawy ku stacji kolejowej, skąd następnie zawieziono ją pociągiem do Krakowa, dawnej stolicy. Brzeziński nigdy nie zapomniał tamtej chwili. "Przedwczoraj umarł Józef Piłsudski!"[25], zapisała Leonia w maju 1935 roku. "Łzy ciekną po twarzy, serce się kraja na myśl, że tam w Belwederze już Cię nie ma, że w Polsce pusto, głucho, że patrzą oczy z przerażeniem, co dalej. Nie znałam Cię, Marszałku, lecz czułam Cię wszędzie, gdzie była Ojczyzna, Tyś był. Przeżyłam dzięki Tobie najpiękniejszą kartę w historii Polski. Będę uczyć i wychowywać synów moich na zawsze Twoich".

Sytuacji nie polepszał nadchodzący wyjazd Tadeusza. Za rok miał rozpocząć pracę w ukraińskim Charkowie. Była to trzecia ważna placówka, którą obejmował, lecz z uwagi na panujące w Związku Radzieckim niepokoje uznał, że tym razem rodzina nie może mu towarzyszyć. Pracę rozpoczynał trzy lata po tragedii Wielkiego Głodu. Doprowadził do niej Stalin, który na początku lat trzydziestych zarządził bezlitosną kolektywizację rolnictwa. Wskutek Hołodomoru w Ukrainie zmarły trzy miliony ludzi. Jednocześnie w Moskwie trwały bezwzględne stalinowskie procesy pokazowe. Charków od międzywojennej Warszawy, gdzie została rodzina Tadeusza, dzieliło ponad tysiąc kilometrów, ale miasto istniało jakby na innej planecie. O ile Leonia wychowywała synów w burżuazyjnych warszawskich luksusach, o tyle warunki życia Tadeusza w Charkowie pogarszały się z dnia na dzień. Jego znajomi niespodziewanie znikali po nocnych wizytach tajnej policji. Polski dyplomata nauczył się ograniczać krąg ludzi wokół siebie, aby nie narażać ich na niebezpieczeństwo. Leonia podczas jedynej wizyty w Charkowie - dzieci zostały z babką w Przemyślu - przygarnęła rasowego polskiego owczarka, który kręcił się wokół ambasady, i było to jedyne optymistyczne wydarzenie z tamtego okresu.

Misja Tadeusza trwała zaledwie osiemnaście miesięcy. Podczas urlopów spędzanych w Warszawie odzyskiwał rezon. Opowiadał Zbigniewowi mroczne historie o celowym wyniszczaniu Ukrainy przez Stalina. Ojciec i syn podzielali pogląd Piłsudskiego, że bez niepodległej Ukrainy Polska zbyt długo nie przetrwa. Przekonanie o tym, że losy obu krajów są ściśle powiązane, stanowiło zarówno dogmat wiary, jak i celną obserwację historyczną. Pobyt Tadeusza w Charkowie przypadł na wyjątkowy moment, w którym dzieje Polski i sowieckiej wówczas Ukrainy zupełnie się rozeszły. Granica między oboma krajami, zawsze mało stabilna, co kilka dekad przesuwała się o kilkaset kilometrów na zachód albo o kilka stopni na wschód - ale nigdy tak daleko jak w XX wieku. W latach międzywojnia, gdy Tadeusz był młody, rządzone przez Habsburgów wielkie miasto Lwiw, które Polacy nazywają Lwowem, znajdowało się w Polsce. Około dwustu kilometrów na wschód miliony radzieckich Ukraińców utkwiły w pułapce nowego, bezlitosnego świata, który Tadeusz usiłował zrozumieć.

Polska międzywojenna była pełnym energii, młodym krajem, który przez większość swojego krótkiego istnienia można było nazwać demokratycznym. Od połowy lat trzydziestych do ich końca kraj stał się jednak znacznie mniej tolerancyjny, a jego demokracja - mniej stabilna niż w czasach dorastania Leonii i Tadeusza. Odrodzona Polska była coraz bardziej zagrożona. Z jednej strony miała militaryzujące się nazistowskie Niemcy, z drugiej - rewolucyjny Związek Radziecki, który palił się do zdławienia polskiego reakcyjnego, jak powiadano, imperializmu w zalążku. Anglia i Francja, rzekomo przyjaciele niedawno powstałego państwa, wydawały się zbyt niezdecydowane, by skutecznie pomóc. Polska czuła się coraz bardziej osamotniona i ignorowana. Podczas zmagań Polaków z Armią Czerwoną brytyjskie związki zawodowe w ramach inspirowanej przez bolszewików kampanii "ręce precz od Rosji" bojkotowały wysyłane do Warszawy transporty. Z wyjątkiem Churchilla brytyjska prawica nie traktowała Polski poważnie. Na początku lat trzydziestych Polska podpisała układy o nieagresji zarówno z ZSRR, jak i z Niemcami.

Od 1934 roku Polska zaczęła traktować wizytujących nazistowskich dygnitarzy jak arystokrację. Hermann Göring, minister lotnictwa Trzeciej Rzeszy, co roku jeździł do Polski, by polować na wilki i niedźwiedzie w towarzystwie wysokich rangą polskich generałów. W 1936 roku polski rząd przyjął Goebbelsa z pełnymi honorami państwowymi. Nacjonalistyczna i antysemicka partia Narodowa Demokracja coraz częściej organizowała demonstracje. Nie taką Polskę wymarzył sobie Tadeusz. Na widok grupy endeków napastujących Żydów pobiegł ich odegnać, wymachując laską[26]. Skandowali: "Warszawa i Kraków są tylko dla Polaków. Wszystkie żydy i świnie mieszkają w Palestynie". Zbigniew, który był wtedy razem z nim, nigdy nie zapomniał, jak bardzo jego ojciec rozgniewał się na tych młodych ludzi. Chociaż Brzezińscy nie mieli Żydów w gronie przyjaciół, ich pomysł na Polskę był taki sam jak Piłsudskiego - miała być wielonarodową federacją, w której polscy Żydzi dysponują pełnymi prawami. W 1928 roku powstał rysunek satyryczny zatytułowany Jak prawica przedstawia rządy marszałka Piłsudskiego. Przywódca kraju jest na nim ukazany jako ortodoksyjny Żyd, który, przy chałce i gefilte fisz, w świetle menory czyta gazetę w jidysz[27]. Po śmierci Piłsudskiego polscy Żydzi pogrążyli się nie tylko w żałobie, ale i strachu.

Z pogarszającymi się perspektywami kraju w osobliwy sposób zbiegły się narastające niedole rodziny Brzezińskich. Chłopcy dobrze się zaadaptowali do warszawskiej szkoły - dostali marynarki i czapki z odznaką - ale w drugiej klasie obaj zachorowali na polio. Spędzili kilka ciężkich, przerażających tygodni pod intensywną opieką lekarską. Leonia nie wychodziła z sali szpitalnej, kiedy walczyli o życie. Wyzdrowieli, choć Adam przeszedł chorobę dużo ciężej niż jego brat. Wskutek zapalenia mózgu doznał częściowego paraliżu. Jeszcze kilka miesięcy po wyzdrowieniu Zbigniewa Leonia czuwała przy łóżku Adama. Choroba często kończyła się śmiercią. "Nie wiem, że jest świat poza pokojem moich biednych synów", napisała po ich wypisaniu ze szpitala. "Ratowaliśmy ich obu, co było w mocy ludzkiej, się robiło, najlepsi lekarze - ale wierzę w to głęboko, że Matka Boska uratowała ich obu"[28].

Dwa ostatnie lata Brzezińskich w Warszawie obracały się głównie wokół zdrowia synów. Sześć miesięcy po zakażeniu Adam wciąż nie chodził. Zbigniew mógł się poruszać, choć niepewnie. Leonia woziła dzieci do polskich uzdrowisk na kąpiele błotne i terapie solankowe. Ich życie wypełniły ciągłe konsultacje lekarskie. Wszystko w tym ponurym okresie kręciło się wokół medycyny: dopasowywanie ortez, zabiegi galwanizacyjne, masaże terapeutyczne, długie pobyty w szpitalach wojskowych. Zbigniew wciąż jeszcze nosił ortezy, kiedy wyruszyli za ocean. Z czasem wrócił do pełni sił, a wtedy uwagę jego matki całkowicie pochłonął Adam, który nigdy do końca nie wyzdrowiał. Zbigniew coraz częściej pozostawał sam. Wstąpił do miejscowej drużyny harcerskiej, co było ważnym elementem wychowania patriotycznego polskich chłopców. Uwielbiał swój mundurek, parady i poczucie wspólnoty. Większość jego rówieśników odegrała istotną rolę w podziemnej Armii Krajowej podczas II wojny światowej. Wielu zginęło.

Ponieważ jego ojciec był w ZSRR, a matka przesiadywała przy łóżku Adama w szpitalach i sanatoriach, Zbigniew w młodym wieku zasmakował niezależności. Wałęsał się do woli po ulicach Warszawy i poznał wszystkie jej zaułki. Kilka dekad później oprowadzał gości po stolicy tak swobodnie, jakby nigdy nie wyjeżdżał. Siedział też po uszy w książkach i uwielbiał oglądać dostojne parady wojskowe, zwłaszcza te z okazji Święta Konstytucji 3 maja oraz 11 Listopada. "Jak wielu z mojego pokolenia pokładałem wielkie zaufanie w sile oręża [wojska polskiego]"[29], powiedział Brzeziński pod koniec życia. Ponadto coraz lepiej zaczynał się orientować w sprawach świata poza jego zakątkiem Europy.

Andrzej Roman, Kuzyn Zbigniewa, który na całe życie miał się stać jego najbliższym przyjacielem (a po wojnie "oczami i uszami" w Polsce), wspominał ośmioletniego Zbyszka, w którym już wtedy można było się dopatrzyć cech późniejszego dorosłego Zbigniewa[30]. "Właśnie wybuchła wojna w Hiszpanii", powiedział. "Na Kruczej, gdzie mieszkali jego rodzice, mieliśmy się bawić w wojnę. Powiedziałem: "Pobawmy się w wojnę w Hiszpanii. Ja będę generałem Franco" - co wymówiłem po polsku, przez c. Zbigniew odpowiedział z uśmiechem: "Dobra. To ja będę generałem Franco" - i wypowiedział to prawidłowo przez k. Ta rozmowa utkwiła mi w pamięci. Poczułem, że ma nade mną przewagę. Wiedział, jak się wymawia nazwisko nacjonalistycznego wodza Hiszpanii". Zbigniew wciąż przechodził terapię po przebytym polio. Dopiero w Kanadzie zaczął sprawnie chodzić, choć nigdy nie był w stanie grać w hokeja, narodowy sport tego kraju. W Warszawie energię przelał w naukę. Zapałał pasją do lektur. Przepaść między Zbigniewem a Adamem stopniowo rosła.

Leonii zamarzyło się inne życie. Nie wiadomo, czy Tadeusz naciskał na przełożonych, by wysłali go na nową placówkę, a jeśli tak - czy robił to, licząc na lepszą opiekę lekarską, czy aby uchronić rodzinę od niebezpieczeństwa. Jakkolwiek było, oba te powody skłaniały go do spoglądania za ocean. Od co najmniej 1936 roku, kiedy Hitler ponownie zajął Nadrenię, każdy rozumny Europejczyk mógł się spodziewać wojny - a tym bardziej Polak o tak wyczulonym zmyśle politycznym jak Tadeusz. Leonia zaczęła namawiać rodzinę do przeprowadzki. "Życie w Warszawie szare, ludzie znękani, narzekają, wszędzie wyczuwa się pesymizm, brak warunków materialnych czyni tu życie szarym, brak większych, głębszych zainteresowań, żyją ludzie bez jutra, czczo i pusto", napisała. "Mam dość tego życia, ciasno, duszę się w tych pokojach i w tych warunkach!"[31].

Pod koniec 1937 roku szczęście znów zaczęło sprzyjać Brzezińskim. Tadeusz wrócił z Charkowa z psem, który później, w Kanadzie, dostał imię Johnny. Leonia nieoczekiwanie zaszła w ciążę i dziękowała za to Matce Boskiej. Leszek urodził się w warszawskim szpitalu w marcu 1938 roku. "Cudny, duży, rozkoszny!", pisała. "Urodził się bardzo dobrze, z Bożą pomocą bez żadnych komplikacji"[32]. Zajmowała się nim pogodna niania imieniem Lidia. Największą zmianą była jednak wiadomość o szykującej się przeprowadzce do Kanady. W krytycznym momencie historii Polski modlitwy Leonii zostały wysłuchane. Dzięki przenosinom do Montrealu Adam mógł skorzystać z najnowszych terapii powikłań polio.

Nad Europą zbierała się burza, przed którą ostrzegał Churchill, jednak Brzezińscy nie wiedzieli, że opuszczają Polskę na dobre. Wyruszyli 12 października 1938 roku statkiem "Batory", jednym z dwóch transatlantyków należących do linii Gdynia-Ameryka. Wypływały z niedawno zbudowanego bałtyckiego portu w Gdyni, uważanego za przemysłowy klejnot II Rzeczpospolitej. Choć leżał zaledwie dwadzieścia kilometrów od większego nadbrzeżnego Gdańska, zabezpieczał Polskę przed roszczeniami Niemiec wobec owego starego portu. Gdańsk przez Niemców nazywany był "Danzig", a w traktacie wersalskim ogłoszono go "wolnym miastem".

Brzezińscy wyruszyli w transatlantycką podróż zaledwie dwa tygodnie po tym, gdy brytyjski premier Neville Chamberlain i jego francuski odpowiednik Édouard Daladier podczas niesławnej konferencji ostatniej szansy w Monachium przekazali czechosłowacki niemieckojęzyczny region Kraju Sudetów Hitlerowi. Niemieckie dywizje pancerne zajęły ten obszar dwa dni po wypłynięciu Brzezińskich do Stanów Zjednoczonych. Na krótko przed Monachium Churchill powiedział: "Wygląda na to, że zaraz staniemy przed marnym wyborem między wojną a hańbą. Przeczuwam, że wybierzemy hańbę, po czym wojnę i tak dostaniemy, ale na jeszcze gorszych warunkach niż dziś"[33]. W marcu następnego roku Hitler złamał układ monachijski i zajął resztę Czechosłowacji. Polska ewidentnie była następna na liście, co skłoniło Wielką Brytanię do zagwarantowania jej pomocy w razie wojny (wcześniej podobnych gwarancji udzieliła Francja). Ale wówczas Brzezińscy już bezpiecznie mieszkali w Montrealu.

Na kilka tygodni przed wypłynięciem z Polski Leonia napisała: "Zmiana w naszym życiu - otwieram II epokę życia, ku pamięci moich synów piszę to, by kiedyś czytali. Dzieci moje ukochane, synkowie moi, czy wy pojmujecie, iż jedziemy tak daleko - na II półkulę świata!". Ich pamiętną atlantycką wyprawę wypełniały potężne sztormy, wytworne kolacje przy kapitańskim stoliku, sesje gry w bingo, bale i długie godziny spędzone na oglądaniu oceanu z górnego pokładu. Żadne z nich nie odbyło wcześniej podróży morskiej. Na grupę Brzezińskich składało się dziesięć osób: dwoje rodziców, czterech chłopców, opiekunka, nauczyciel, niania i pies. Chłopcom przydzielono kajuty numer 2 i 4, co wskazywało na wysoki status rodziny. Mierzący 160 metrów długości "Batory" zabierał na pokład 796 pasażerów, z czego 46 - w tym Brzezińskich - w pierwszej klasie.

Drugiego dnia rejsu statek zacumował na kilka godzin w Kopenhadze. Przyjaciele zabrali Brzezińskich z portu na samochodową wycieczkę po mieście. Leonia kupiła nowoczesny wózek dla Leszka. W połowie lat siedemdziesiątych, przy okazji pierwszego powrotu do tego miasta, Zbigniew Brzeziński w pewnej kopenhaskiej restauracji opowiadał znajomym w nietypowym dla niego emocjonalnym tonie, jak podziwiał słynną duńską figurę Małej Syrenki. Po siedemdziesięciu czterech latach od wyjazdu z Polski osiemdziesięcioczteroletni Brzeziński wrócił także do Gdyni. Ze łzami w oczach wspominał, że gdy statek odbijał, próbował wymóc na ojcu przyrzeczenie, że już następnego lata wrócą do Polski. "Byłem pewny, że niedługo będę znów w Polsce"[34], mówił później, choć ojciec niczego mu wówczas nie obiecał. Do Warszawy przyjechał dopiero w 1957 roku. W 2015 roku wziął udział w otwarciu Muzeum Emigracji w Gdyni. Na nabrzeżu obok tej instytucji znajduje się kamień z napisem upamiętniający początek morskiej podróży Brzezińskich w 1938 roku.

Atlantyk tamtej jesieni wydawał się wyjątkowo wzburzony, choć oficerowie zapewniali, że wszystko jest w normie. Rodzina spędziła znaczną część dwunastodniowego rejsu we własnych kajutach na wymiotowaniu. Na morzu byli nowicjuszami. Zachwyt siłą morza wywołał w Leonii religijne uczucia: "Jesteś zbyt groźne, zbyt żyjesz bujnie swoim życiem, spienione, rozwścieczone grzywy twych fal budzą lęk, pokorę, słowa modlitwy cisną się na usta - o Boże, jakiż Tyś wielki i nieodgadnięty w swej sile!"[35]. Pewnego popołudnia, gdy woda była spokojniejsza, Adam zdołał wyjść na górny pokład i stabilnie stanąć na własnych nogach, co Leonia przypisała łasce Matki Boskiej, aczkolwiek on także przez większość podróży wymiotował. Tylko Tadeusz pozostał obojętny na chybotanie Atlantyku. Zbigniew nie potrafił usiedzieć w kabinie zbyt długo. Biegał po pokładzie z lornetką, obserwował horyzont i rozpoznawał bandery statków.

Pierwszym skrawkiem suchego lądu, który Brzezińscy zobaczyli na półkuli zachodniej, był Halifax, stolica kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja. Miasto spowijały barwy jesieni. Podczas kilkugodzinnego postoju w porcie Brzezińscy objechali miasto taksówką i pomodlili się w tamtejszej katedrze. Przedostatnim etapem ich podróży był Nowy Jork, gdzie wsiedli do nocnego pociągu do Montrealu. Leonia wiedziała, że wbrew nadziejom Zbigniewa w ich życiu zaszła ogromna zmiana. Przeprowadzka nie miała być zwykłą wycieczką. Na początku podróży napisała: "Jedziemy! Po nowe szczęście, po nowe łaski u Boga, zaczynamy jakby drugie życie, bo gdzieś to się śniło naszym ojcom, dziadkom, być w Ameryce"[36].

Do Nowego Jorku "Batory" zawinął 24 października i można uznać, że to wówczas rodzina zaczęła nowe życie. Zbigniew nie należał do gromady pochylonych, głodnych migrantów. Podobnie jak matka miał na sobie świetnie skrojone ubranie. Jednak tak samo jak niezliczone rzesze przed nim - w tym piętnastoletni Heinz Kissinger, żydowski uciekinier z Niemiec, który wylądował w Nowym Jorku sześć tygodni wcześniej - po raz pierwszy ujrzał Statuę Wolności. Miał dziesięć lat i nie mówił po angielsku. Nie miał pojęcia, że wycieczka do Nowego Świata to przeprowadzka na całe życie.

 

[...]

 
Przypisy
Prolog
[1] Zbigniew Brzeziński, dziennik, 8 maja 1945 (dalej: Zbigniew Brzeziński, dziennik). Dziennik jest w posiadaniu rodziny Brzezińskiego.
[2] Zbigniew Brzeziński, wywiad z Justinem Va?sse'em, maj 2011.
[3] Zbigniew Brzeziński, dziennik, 17 stycznia 1945.
[4] Charles Gati, Zbigniew Brzezinski: The Professor-Strategist, "Politico", 28.12.2017.
[5] Zbigniew Brzeziński, wywiad z autorem, styczeń 2012.
[6] Patrick G. Vaughan, Zbigniew Brzezinski: The Political and Academic Life of a Cold War Visionary (praca doktorska, West Virginia University, 2003), s. 34.
[7] Zbigniew Brzezinski, Russo-Soviet Nationalism (praca magisterska, McGill University, 1950), pudełko I: 84.5, Zbigniew Brzezinski Papers, Manuscript Division, Library of Congress, Washington, DC (dalej: Archiwum Brzezińskiego, LoC).
[8] Według opisu Vaughana. Zbigniew Brzezinski, dz. cyt., s. 6.
[9] Robert M. Gates, From the Shadows: The Ultimate Insider's Story of Five Presidents and How They Won the Cold War, Simon & Schuster, New York 2006, s. 95.
[10] Tamże, s. 96.
[11] Opis Brzezińskiego autorstwa prezydenta Kirgistanu Askara Akajewa, dziennik podróży po Azji Środkowej i Gruzji, czwartek, 9 grudnia 1993, pudełko I: 103.6, Brzezinski Papers, LoC.
[12] Michaił Zygar, Wszyscy ludzie Kremla, tłum. Agnieszka Sowińska, Agora, Warszawa, 2017, s. 460.
[13] Cyt. za: Walter Isaacson, Evan Thomas, The Wise Men: Six Friends and the World They Made, Simon & Schuster, New York 2014, s. 728.
[14] Tamże, s. 736.
[15] Aleksandra Ziolkowska-Boehm, The Age of Brzezinski, pudełko II: 248.9, Brzezinski Papers, LoC.
Rozdział 1
[1] Winston Churchill, Druga wojna światowa, tłum. Kazimierz Mosiewicz, tom VI, ks. 2, Non Stop Press, Gdańsk 1996, s. 105.
[2] Informacje o historii Polski w tym rozdziale za: Joshua D. Zimmerman, Jozef Pilsudski: Founding Father of Modern Poland, Harvard University Press, Cambridge, MA 2022; John Connelly, From Peoples into Nations: A History of Eastern Europe, Princeton University Press, Princeton, NJ 2020; Timothy Snyder, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem, tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Świat Książki, Warszawa 2011; Timothy Snyder, Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa i Białoruś 1569-1999, tłum. Magdalena Pietrzak-Merta, Fundacja Pogranicze, Sejny 2006; Norman Davies, Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920, Znak, Kraków 2011; Norman Davies, Boże igrzysko. Historia Polski, tłum. Elżbieta Tabakowska, Znak, Kraków 2023; Wacław Jędrzejewicz, Józef Piłsudski 1867-1935. Życiorys, LTW, Dziekanów Leśny 2024.
[3] Maciej Wilamowski, Konrad Wnęka, Lidia A. Zyblikiewicz, Leksykon polskich powiedzeń historycznych, Znak, Kraków 1999, s. 105.
[4] Aleksandra Ziolkowska-Boehm, The Age of Brzezinski, pudełko II: 248.9, Brzezinski Papers, LoC.
[5] Józef Frankiewicz, Kazimierz Brzeziński 1866-1924, "Studia Przemyskie" 2004, t. 2, s. 230-235.
[6] Tadeusz Brzeziński, curriculum vitae, zdjęcia albumu przed demontażem, pudełko II: 246.4, Brzezinski Papers, LoC.
[7] Historia rodziny Romanów, archiwum prywatne, Lech Brzezinski.
[8] Przemówienie Tadeusza Brzezińskiego w Montrealu w 1940, archiwum rodziny.
[9] Tamże.
[10] Ziolkowska-Boehm, The Age of Brzezinski, dz. cyt.
[11] Leonia Brzezińska, dziennik, 24 grudnia 1934.
[12] Karen De Witt, Brzezinski, the Power and the Glory, "Washington Post", 4.02.1977.
[13] Leonia Brzezińska, dziennik, 19.12.1933.
[14] Tamże, 7.10.1933.
[15] Tamże, 21.10.1933.
[16] Aleksandra Ziolkowska-Boehm, The Age of Brzezinski, dz. cyt.
[17] Tamże.
[18] Leonia Brzezińska, dziennik, 28.05.1934.
[19] Tamże, 24.12.1933.
[20] Tamże, 21.01.1934.
[21] Juliette Bretan, The Glittering Nightlife and Thriving Culture of Interwar Warsaw, Notes from Poland, 28 maja 2021, https://notesfrompoland.com/2021/05/28/the-glittering-nightlife-and-thriving-culture-of-interwar-warsaw, dostęp: 30.11.2025.
[22] Leonia Brzezińska, dziennik, 15.08.1934 i 10.11.1934.
[23] Tamże, 24.02.1935.
[24] Thomas Jefferson do Horatio Gatesa, 21 lutego 1798, Founders Online, https://founders.archives.gov/documents/Jefferson/01-30-02-0083, dostęp: 30.11.2025.
[25] Leonia Brzezińska, dziennik, 14.05.1935.
[26] Patrick G. Vaughan, Zbigniew Brzeziński, tłum. Piotr Amsterdamski, Jadwiga Amsterdamska, Jacek Barczyński, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 8.
[27] Zimmerman, Józef Piłsudski, dz. cyt., s. 414.
[28] Leonia Brzezińska, dziennik, 11.05.1937.
[29] Zbigniew Brzeziński, wywiad z Justinem Va?sse'em, maj 2011.
[30] Z transkrypcji polskiego filmu dokumentalnego Ojciec i syn, reż. Zbigniew Kowalewski, 1990, tłum. Andrzej Grządkowski.
[31] Leonia Brzezińska, dziennik, 18.03.1938.
[32] Tamże, 18.03.1938.
[33] Richard M. Langworth, Churchill's Words: Choosing Between War and Shame - and Getting Both, Hillsdale College Churchill Project, 11.102019, https://richardlangworth.com/war-shame. Churchillowi często przypisuje się wypowiedź skierowaną do Chamberlaina: "Mogliście wybrać między wojną a hańbą. Wybraliście hańbę, a wojnę i tak dostaniecie". Nie znaleziono żadnych materiałów potwierdzających te słowa.
[34] Jerzy Koźmiński, wywiad z autorem, styczeń 2021.
[35] Leonia Brzezińska, dziennik, 20.10.1938.
[36] Tamże, 20.10.1938.

Tytuł oryginału: Zbig. The Life of Zbigniew Brzezinski, America' s Great power Prophet

 

Redakcja: Olga Gitkiewicz, Kamil Bałuk

Korekta: Danuta Sabała, Teresa Kruszona, Agata Nastula

Projekt okładki: Alison Forner

Zdjęcia na okładce: Czesław Czapliński

Zdjęcia pochodzą z prywatnej kolekcji rodziny Brzezińskich, o ile nie zaznaczono inaczej: (7) Newman House School, Ontario, Kanada; (11) Council on Foreign Relations; (12) Weatherhead Center for International Affairs, Uniwersytet Harvarda; (21) Narodowe Archiwa i Administracja Dokumentów USA; (46) Tom Williams; (48) Norweski Instytut Noblowski / Ken Opprann; (49) oficjalne zdjęcie Białego Domu autorstwa Pete'a Souzy; (50) Morning Joe.

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

Indeks: Michał Stachowski

Redaktorka prowadząca: Magdalena Kosińska

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? Edward Luce, 2025

Copyright for this edition ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

Copyright ? for Polish translation by Dariusz Żukowski, 2025

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-606-8

 

Wydanie pierwsze

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej