1.
Warszawa międzywojenna
Polska zawdzięcza Ameryce cząstkę swojej duszy, a Ameryka - Polsce. Dwudziesty ósmy prezydent Stanów Zjednoczonych Woodrow Wilson ożywił nadzieje Polaków, kiedy w 1918 roku przedłożył Kongresowi swoją słynną czternastopunktową listę postulatów, które miały nie dopuścić do tego, by masowa rzeź podobna do I wojny światowej kiedykolwiek się powtórzyła. Francuski odpowiednik Wilsona Georges Clemenceau powiedział: "Bóg dał nam dziesięć przykazań, a my je złamaliśmy. Wilson dał nam czternaście punktów. Zobaczymy". Idealizm amerykańskiego prezydenta wykpiwano w większości europejskich placówek dyplomatycznych, Polacy jednak doceniali jego rozbudowany plan. Niepodległość Polski zapisano w punkcie trzynastym. Wilsonowi udało się zrealizować większość postulatów z tej listy życzeń, a zwycięskie mocarstwa, podpisując w 1919 roku traktat wersalski, uznały nowo proklamowaną II Rzeczpospolitą.
Lecz to Józef Piłsudski, kolos górujący nad życiem Brzezińskich i większości ludzi z ich kręgów, chwycił za broń i urzeczywistnił powstanie państwa. "Kiedy kończy się wojna olbrzymów - napisał Churchill - zaczyna się wojna karzełków"[1]. Piłsudski poprowadził polską armię pod znakiem orła białego do nieprawdopodobnego zwycięstwa nad Sowietami w 1920 roku. Jego zbrojny wyczyn nazwano Cudem nad Wisłą. Bitwa Warszawska zmieniła bieg historii. Zamknęła "czerwony most", za pomocą którego Włodzimierz Lenin i Lew Trocki zamierzali rozprzestrzenić rewolucję bolszewicką 1917 roku po całej Europie. Bez Piłsudskiego Polska by się nie odrodziła. Bez nowej Polski Niemcy i kraje leżące dalej na zachód znalazłyby się, wyczerpane, na drodze Armii Czerwonej. Historia współczesna mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Wydarzenie to wyryło się w pamięci Polaków, ale większość świata o nim zapomniała. Wicehrabia D'Abernon, Edgar Vincent, brytyjski dyplomata wysłany z misją do Polski, sklasyfikował później Bitwę Warszawską jako "osiemnastą decydującą bitwę świata"[2].
Trudno byłoby przecenić wpływ historii na polską wyobraźnię. Zbigniew Brzeziński urodził się wczesną wiosną 1928 roku w eleganckim mieszkaniu swoich rodziców w Warszawie. Żadne dziecko urodzone w takich okolicznościach i w takim momencie nie mogłoby liczyć na to, że prędzej czy później nie zostanie uwikłane w historyczne wydarzenia. Brzeziński przyszedł na świat w wyjątkowym okresie polskiej samorządności, który zaczął się proklamowaniem II Rzeczpospolitej w 1918 roku, a zakończył - jej upadkiem w 1939 roku, gdy chłopiec miał jedenaście lat. Na początku II wojny światowej, po brutalnej, zaplanowanej z kilkutygodniowym wyprzedzeniem wiwisekcji, Polska została rozdarta między ZSRR a Niemcy. Jej likwidację uzgodniono w sekretnym pakcie Ribbentrop-Mołotow (znanym też jako pakt Hitler-Stalin), w którym przywódcy Trzeciej Rzeszy i Związku Radzieckiego zobowiązywali się do wzajemnej nieagresji podczas nadchodzącej wojny z krajami demokratycznymi. 31 października 1939 roku, zaledwie dwa miesiące po podpisaniu paktu, radziecki minister spraw zagranicznych Wiaczesław Mołotow oznajmił: "Wystarczyło krótkie natarcie najpierw wojsk niemieckich, a następnie Armii Czerwonej, by nic nie pozostało po tym pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego"[3]. Brzeziński urodził się w kraju osieroconym przez historię - w oku cyklonu, którym w Polsce okazała się ulotna chwila międzywojennego spokoju.
Wychowywano go w duchu kosmopolityzmu, a zarazem gorliwego patriotyzmu. Był pierwszym dzieckiem Tadeusza Brzezińskiego, polskiego dyplomaty pnącego się po szczeblach kariery, który zyskał renomę dzięki temu, że jako młody oficer walczył w Bitwie Warszawskiej w wojskach Piłsudskiego pod flagą z białym orłem[4]. Wyszedł cało z walk i został odznaczony. Co prawda nie uczestniczył w ostatniej wielkiej szarży kawaleryjskiej w historii Europy, jednak jego udział w Cudzie nad Wisłą zawsze był źródłem rodowej dumy. Zbigniew był drugim dzieckiem Leonii Brzezińskiej, która po krótkim małżeństwie z polskim szlachcicem miała już syna Jurka (później przybrał imię George). Rozwód - rzadkość w pobożnej, katolickiej Polsce - nie wzbudził większych kontrowersji w warszawskich kręgach, o czym najlepiej świadczy fakt, że były mąż Leonii, Jerzy Żyliński, był świadkiem na jej drugim ślubie. Jednak nawet w postępowych kręgach socjety rozwód na tak polubownych warunkach należał do wyjątków. Leonia, kobieta o ciemnych falistych włosach i wyrazistej osobowości, przyciągała uwagę w każdym towarzystwie. Wykształcenie także odróżniało ją od ówczesnych kobiet, ukończyła bowiem warszawską Szkołę Nauk Politycznych i Konserwatorium Muzyczne. Była przy tym piękną kobietą, która rzadko pokazywała się inaczej niż w futrze i w otoczeniu grona admiratorów. Znano ją nawet w salach balowych Wiednia, gdzie Tadeusz studiował prawo. Była także, co bardziej zgadzało się z duchem czasów, utalentowaną pianistką i regularnie uczęszczała na msze.
Oboje rodzice Zbigniewa wywodzili się ze szlacheckich rodzin i dorastali u schyłku ery Habsburgów i Romanowów. Ich biografie obejmowały dwie różne rzeczywistości, tak jakby część życia spędzili w powieści Tołstoja, a część - w XX wieku. Kazimierz Brzeziński, urodzony w 1866 roku ojciec Tadeusza, służył jako sędzia w stolicach różnych prowincji Galicji Wschodniej pod austro-węgierskimi rządami[5]. Inaczej niż w zaborze rosyjskim, gdzie używanie języka polskiego w sytuacjach oficjalnych było zakazane i mogło mieć dotkliwe konsekwencje, w części kraju rządzonej przez Habsburgów akceptowano polską mowę w sądach, szkołach i innych instytucjach publicznych. Podczas trwających przez sto dwadzieścia trzy lata zaborów uczucia narodowe lokowano w języku, poezji, teatrze i innych sztukach. Wobec braku państwowości krajem kierował tak zwany rząd dusz. W poezji Adama Mickiewicza i muzyce Fryderyka Chopina "armaty kryły się wśród kwiatów". Polskie uczucia narodowe, żywione historią wielkich bitew i wspomnieniem posiadania ogromnych terytoriów, miały intelektualną specyfikę. Kazimierz otrzymał doktorat na Uniwersytecie Lwowskim, w największym mieście wschodniej Galicji. W Przemyślu, gdzie osiadła jego rodzina, był zagorzałym propagatorem polskojęzycznych teatrów, szkół podstawowych i bibliotek. Dziś miasto to znajduje się przy granicy polsko-ukraińskiej (natomiast Lwów - w zachodniej Ukrainie). Dzięki trzeźwości osądu i bezstronności Kazimierz szybko zdobył popularność na cesarskim dworze, a za sprawą doskonałego gustu modowego był powszechnie uważany za arbiter elegantiarum (sędziego w sprawach elegancji). Zbigniew nigdy nie poznał dziadka ze strony ojca, który zmarł w 1924 roku na atak serca. Spędził jednak wiele wspaniałych letnich wakacji z wdową po nim, babką Zofią, w wielkim domu rodzinnym w Przemyślu.
Tadeusz, starszy z dwóch synów, poszedł śladem ojca. Podobnie jak on potrafił się doskonale ubrać i również uzyskał doktorat (z prawa) na Uniwersytecie Lwowskim[6]. Zdawało się, że i jemu pisane jest objęcie ważnego prawniczego stanowiska w Polsce pod rządami Habsburgów, jednak wojna i odrodzenie ojczyzny radykalnie zmieniły jego życie. W 1919 roku, świeżo po obronie, wstąpił do powstającego Wojska Polskiego jako ochotnik 2. Pułku Strzelców Lwowskich. Walczył zarówno przeciw ukraińskim nacjonalistom w zwycięskich walkach o Lwów w 1919 roku, jak i w rok późniejszej, poważniejszej w skutkach Bitwie Warszawskiej. Po wojnie wstąpił do nowo sformowanej Służby Zagranicznej w Warszawie i na początku lat dwudziestych krótko pracował w regionie Westfalii i Nadrenii. Do jego zadań należało reprezentowanie interesów polskiej wielomilionowej mniejszości żyjącej w największym zagłębiu węglowym Europy, zwłaszcza w północno-zachodnich Niemczech i północnej Francji. W latach 1924-1927 pracował w Departamencie Konsularnym w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Warszawie. Tam poznał Leonię.
Rodzina Leonii Roman także miała szlacheckie korzenie[7]. Słowo "szlachta" bywa błędnie interpretowane przez obcokrajowców, a czasem nawet samych Polaków. Członków tego stanu często niepoprawnie określa się arystokracją, tymczasem stanowili oni ponad jedną dziesiątą populacji, a więc jakieś dziesięć razy więcej niż arystokraci w większości innych europejskich społeczeństw. Nie pasuje też do nich kojarzące się z zamożnością określenie mieszczan. Lepszą analogią byliby indyjscy radźputowie - dziedziczni wojownicy, nie zawsze posiadający ziemię czy bogactwa. Jednak nawet to porównanie wprowadza w błąd. Warstwa szlachecka rekrutowała się z obywateli Polski i powstała wraz z Rzeczpospolitą Obojga Narodów w XVI wieku. Szlachcice byli wojskowymi, klasą polityczną i arbitrami polskości. Z własnego grona wybierali władcę swego wspaniałego podwójnego królestwa. Arystokraci w średniowiecznej Anglii i Francji byli możnymi posiadaczami ziemskimi i rozporządzali pracą chłopów uprawiających ich ziemie, lecz zarazem dziedziczyli status poddanych suwerena. Szlachcice natomiast często nie posiadali znacznych obszarów, ale byli równi wybranemu przez siebie władcy i tak jak on dysponowali pełnią praw politycznych i osobistych. Działo się to na wiele pokoleń przed tym, nim w rewolucyjnej Francji i Ameryce narodziła się koncepcja obywatelstwa. Oboje rodzice Brzezińskiego wywodzili się właśnie ze szlachty.
Ród jego ojca żył w stosunkowo wolnościowej atmosferze zaboru austriackiego, natomiast Romanowie, ród Leonii, pochodzili z jawnie polonofobicznego zaboru rosyjskiego. Ich najchętniej wspominanym przodkiem był Wiktor Roman, który wsławił się walką w oddziałach polskiej kawalerii w armii Napoleona podczas wojny na Półwyspie Iberyjskim. Brał udział w szarży kawaleryjskiej, która doprowadziła do zwycięstwa wojsk napoleońskich w bitwie pod Somosierrą w 1808 roku. Bitni Polacy przemogli siły hiszpańskie i utorowali Napoleonowi drogę do Madrytu, a korsykański generał właśnie ich odwadze przypisał odniesiony sukces. Jako członkowie narodu, który niedawno został pozbawiony terytorium (ostatni rozbiór Polski między Rosję, Austrię i Prusy miał miejsce w 1795 roku), polscy kawalerzyści wsparli sprawę Napoleona, licząc, że dzięki temu uda im się odzyskać ojczyznę. Ich nadzieje rozwiały się w 1815 roku pod Waterloo. Mimo to rodzina Romanów dobrze prosperowała w Polsce pod rządami caratu. Dwaj przodkowie Brzezińskiego ze strony matki - pradziadek Antoni i dziadek Leon - wstąpili w Sankt Petersburgu do elitarnego pułku huzarów. W jednostce tej pierwsze szlify zdobywali niektórzy przyszli carowie. Aby się zakwalifikować, Polak musiał dowieść swojego szlacheckiego pochodzenia od przynajmniej siedmiu pokoleń wstecz i wpłacić znaczną sumę dwóch tysięcy rubli. Romanom te warunki nie nastręczały żadnych problemów.
W przeciwieństwie do Brzezińskich, którzy zbiegli z zaboru rosyjskiego do austriackiego w latach trzydziestych XIX wieku po udziale w powstaniu listopadowym, nieudanym zrywie przeciw caratowi, rodzina Romanów miała dwie spore posiadłości pod Warszawą. Przepadły w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dziadek Leonii zastawił je jako poręczenie długu zaciągniętego przez sąsiada. Gdy sąsiad zbankrutował, rodzina Romanów pogrążyła się w ubóstwie, lecz pomimo zajęcia jej włości przez sąd utrzymała wysoki status społeczny. Ojciec Leonii Leon Roman ukończył prawo na Uniwersytecie Petersburskim i służył w Złotych Huzarach. Większość kariery przepracował jako wysoki rangą urzędnik w Polsce pod zaborem rosyjskim, by po 1920 roku otrzymać jeszcze wyższe stanowisko w Polsce niepodległej. Jak wielu Polaków w Rosji późnych Romanowów w Sankt Petersburgu traktowany był z podejrzliwością, przeprowadził się więc do mniej opresyjnej Warszawy, gdzie przed wybuchem I wojny światowej zarządzał linią kolejową Warszawa - Wiedeń. Leonia spędziła tam dzieciństwo. Po wojnie jej ojciec służył jako wysoki rangą urzędnik w różnych częściach kraju, w tym w Poznaniu.
Brzeziński odziedziczył po rodzicach głębokie, pradawne przywiązanie do polskości, natomiast po rodzinie ojca, która zasłużyła się podczas powstań, a w nowszych czasach podejmowała różne przedsięwzięcia kulturalne, aby podtrzymywać ideę Polski, przejął ducha aktywizmu. Polacy z jego warstwy nie mieli wątpliwości, że ich kraj został zajęty i zdominowany przez kultury podrzędne, zwłaszcza rosyjską i pruską. Kulturę austro-węgierską postrzegano nieco łagodniej. Tadeusz często nazywał Polskę wywodzącym się z kręgów literackich określeniem "Chrystusa narodów"[8]. Kraj, tak jak Chrystus, miał zmartwychwstać po trzech pokoleniach. Tadeusz wpoił młodemu Zbigniewowi przekonanie, że Polska jest rozwiniętym, należącym do cywilizacji europejskiej krajem, który został upodlony przez chciwych, brutalnych sąsiadów, zwłaszcza Rosję. "Byliśmy ludźmi Zachodu na Wschodzie", mawiał. Polska umarła za sprawę zachodniej cywilizacji i dzięki niej się odrodzi[9].
Kiedy Leonia i Tadeusz się poznali, imperialny klimat ich młodych lat już się nieco rozwiał, ale wciąż dało się go wyczuć w manierach i sposobie bycia ludzi. W albumach ze zdjęciami z lat dwudziestych Leonia jaśnieje pełnym blaskiem. Tadeusz powiadał, że jego ulubionym miastem zawsze był Wiedeń - "nie tak przytłaczający jak wiele miast niemieckich"[10] - a Warszawę umieszczał na drugim miejscu. Zbigniew, choć się w niej urodził, do trzeciego roku życia mieszkał w przemysłowym Lille na północy Francji, gdzie jego ojciec piastował stanowisko konsula młodego polskiego państwa. W latach 1931-1935 jego rodzina mieszkała w Lipsku, największym mieście niemieckiej Saksonii, gdzie Tadeusz również był konsulem generalnym. Dla Zbigniewa był to okres formatywny. W Polsce żył bez przerwy tylko w latach 1935-1938, lecz przez pierwszych dziesięć lat życia przyjeżdżał tam także - głównie do rodzinnego domu Brzezińskich - na letnie wakacje.
Zbigniew dorastał wśród ludzi mówiących po francusku i niemiecku, jednak jego dom zawsze pozostawał polski. Leonia dopilnowała, by kucharz, pokojówka, kierowca i reszta służby pochodzili z ojczyzny. Troje dzieci, w tym najmłodszy, urodzony rok po Zbigniewie Adam, nauczyło się francuskiego dopiero po przeprowadzce do Montrealu. W Lipsku odbierali prywatne lekcje po niemiecku. Większość międzywojennego świata rodziny, włącznie z warszawskimi posiadłościami i dokumentami, przepadła w gruzach wojennych zniszczeń. Osobiste dzienniki Leonii i niewielka część urzędowych dokumentów pojechały z rodziną do Nowego Świata. Wyłania się z nich żywy, liryczny, emocjonalny obraz realiów, w których dorastał Zbigniew. Jego starszy przyrodni brat Jurek od wczesnych lat przebywał w warszawskiej szkole z internatem. Na wakacje przyjeżdżał do rodziny do Niemiec, a czasem w polskie Karpaty, górską arkadię, gdzie wspólnie spędzali lato pośród wierchów, wodospadów, górskich kościółków i uzdrowisk. Dzieci bardzo się od siebie różniły. Leonię martwiło to, że Jurkowi słabo idzie w szkole i łatwo się rozprasza, a w dodatku się jąka. Adam, najbardziej rozpieszczane dziecko w rodzinie, często chorował, miał tendencje do tycia i trudności z nauką, które także czasem niepokoiły rodziców. Nigdy nie wyzbył się problemów ze zdrowiem i koncentracją. Dla odmiany Zbigniew był wytrwały, niezależny i utalentowany akademicko, a przy tym nie bał się ryzyka.
Leonia lubiła popisywać się dziećmi. Na rodzinnych zdjęciach - czy to znad Bałtyku, czy z polskiego uzdrowiska, czy ze stacji kolejowej któregoś z europejskich miast - dzieci są zawsze ubrane stosownie do okazji: mają na sobie już to zakrywające całe ciało stroje kąpielowe, już to malutkie kożuchy i berety albo, latem, miniaturowe wersje stroju polskiego dżentelmena. Gdy Zbigniew miał zaledwie sześć lat, zwracał uwagę niezwykłą przenikliwością oraz wyglądem: jego wysokie kości policzkowe i lśniące, jasne włosy wyraźnie rzucały się w oczy. Na tle pozostałych Brzezińskich wyróżniał się dystansem emocjonalnym i wybrednością. "Zbysiu, mój Ty synu, czemuś taki zły, ostry", pytała Leonia w swoim dzienniku w Lipsku 1934 roku. "Zdaje Ci się, żeś mężczyzną, rycerzem, że nie potrzebujesz matki i jej pieszczoty - musisz się zmienić, bo choć bije me serce do Ciebie, jednak aż boli czasem, oj Ty mój dzielny, kanciasty chłopczyno!"[11].
Na późniejszym etapie życia Leonia opowiadała, że młody Zbigniew w pewnym momencie zaczął sypiać na podłodze i bez poduszki, aby posmakować niewygód, z jakimi musieli się mierzyć ludzie gorzej sytuowani[12]. Pewnego razu, po całym popołudniu spędzonym na górskich wędrówkach, postanowił nie pić wody aż do następnego ranka, by doświadczyć wielkiego pragnienia. Jego skłonność do ryzyka i upodobanie do żartów sprawiały, że był złotym dzieckiem Leonii. "Zbysiu już po 4tej lekcji sam biega. Adaś, jak twierdzi, iż jest za gruby, trochę gorzej, boi się i trzyma się p. Marysi [niani]"[13].
Zbigniew miał pięć lat, kiedy w połowie pobytu jego rodziny w Lipsku Hitler doszedł do władzy. Chłopiec wyraźnie zapamiętał częste i przerażające parady dzierżących pochodnie nazistów. Za sprawą nauk rodziców dzieci bały się ich i nimi gardziły. We wrześniu 1933 roku Leonia towarzyszyła mężowi podczas zorganizowanego w Lipsku procesu bezrobotnego holenderskiego komunisty Marinusa van der Lubbe oraz trzech przypadkowych komunistów z Bułgarii. Oskarżono ich o podpalenie Reichstagu, gmachu niemieckiego parlamentu, choć incydent ten upozorowali najprawdopodobniej sami naziści, aby Hitler zyskał pretekst do wprowadzenia stanu wyjątkowego. Wtedy właśnie wybrzmiało podzwonne dla niemieckiej demokracji parlamentarnej. Leonia i Tadeusz oglądali z antresoli otwarcie tego pokazowego procesu, który zakończył się skazaniem Holendra i uniewinnieniem Bułgarów. "Przed sądem policja, na wejściu sprawdzanie biletów. Bardzo szłam przejęta, trochę się nawet bałam. Niemiła osobista rewizja (dokładna, wstrętna)", napisała. "Jest to tylko szopka polityczna, teatr dla odegrania komedii, by pokazać światu, iż Hitler zbawił świat od komunistów, a do teatru potrzeba aktorów. Wrażenia b. niemiłe i przykre. Wyszliśmy po I przerwie"[14].
Kilka dni później Brzezińskich zaproszono na przyjęcie pożegnalne społeczności żydowskiej w Lipsku, która wyludniała się wskutek wprowadzenia przez Hitlera paragrafów aryjskich i bojkotu żydowskich biznesów. Podczas I wojny światowej wielu Żydów uciekło z Polski do Niemiec i teraz zostali bezpaństwowcami. Tadeusz wydał setki wiz typu laissez-passer i sporo polskich paszportów, by umożliwić im wyjazd. Te nieoficjalne działania dobroczynne przysporzyły mu problemów zarówno w Berlinie, jak i w Warszawie. Polska starała się zniechęcać zagranicznych Żydów do imigracji, a na tych polskich wywierała naciski - tragicznie bezskuteczne, biorąc pod uwagę ich przyszły los - by emigrowali do Palestyny. Leonia napisała: "Było pożegnanie kolonii żydowskiej. B. czuło, b. elegancko urządzili, fraki, wieczorowe suknie, przemówienia, kwiaty. Tatuś dostał piękny portret swój, potem część koncertowa, wina, ciasta, torty. Wpisano Tatusia do złotej księgi Keren Kayemeth, wręczenie dyplomu. Słowem, b. uczcili Tatusia, pochwalając jego zasługi"[15].
Według większości Polaków "kwestia żydowska" nie miała związku ze sprawami polskimi, mimo że Żydzi stanowili ponad 10 procent ludności kraju. Tadeusz, do którego obowiązków należała ochrona interesów całej polskiej społeczności, uważał problemy polskich Żydów, niezależnie od ich stanu prawnego, za równie ważne jak sprawy innych Polaków. "Zaskoczyło nas jednak tempo zmian: najpierw była dyskryminacja, potem bojkoty, a potem napisy "Jude" na witrynach i naziści w brunatnych mundurach obserwujący, kto wchodzi", powiedział Tadeusz kanadyjskiej gazecie kilka dekad później[16]. W odpowiedzi na liczne noty protestacyjne Tadeusza przeciwko złemu traktowaniu polskich Żydów saksońskie ministerstwo spraw wewnętrznych odpowiedziało, że działania te stanowią reakcję na zagrożenie ze strony "siatki światowego żydostwa". Stanowisko Tadeusza nie zgadzało się ze zmieniającym się klimatem politycznym w Polsce. Żywione przez Piłsudskiego przekonanie o wieloetniczności polskiej wspólnoty narodowej ustępowało mrocznej nacjonalistycznej ideologii Romana Dmowskiego, twórcy jawnie antysemickiego ruchu Narodowej Demokracji. "Dziękuję za wszystko, co zrobiłeś, aby pomóc moim rodakom w tych ciemnych dniach, kiedy w godzinie nieopisanej niedoli tylko nieliczni stanęli po ich stronie", napisał do Tadeusza izraelski premier Menachem Begin ponad czterdzieści lat później[17].
Zbigniew często opowiadał historię o tym, jak podczas jednego z wielkich przyjęć Leonia odmówiła podania ręki Hitlerowi, choć jej własne dzienniki milczą o tym odważnym geście. Rodzice Zbigniewa wzięli udział w koncercie zorganizowanym w drezdeńskim ratuszu przez Josepha Goebbelsa, naczelnego propagandystę Hitlera, podczas którego Führer był gościem honorowym. Mało kto na widowni dał się porwać sześciogodzinnej operze Richarda Wagnera Tristan i Izolda - większość obecnych wpatrywała się w austriackiego kaprala. "Po paru minutach wchodzi wolno, okrzyk na sali, kłania się i siada, twarz spuchnięta, zastarzała", napisała Leonia. "Byliśmy oboje szalenie zmęczeni. Nastrój bardzo oficjalny, wszyscy bardziej się interesują Hitlerem niż Tristanem". Okazało się jednak, że warto było cierpieć. Na kolacji, która zakończyła się około piątej nad ranem, Brzezińscy siedzieli w towarzystwie burmistrza Drezna, włoskiego attaché oraz premiera Saksonii. "Byłam bardzo adorowana, wyróżniali nas przy stole, honorując"[18]. Jakimś cudem udało im się uniknąć spotkania z niemieckim dyktatorem.
Pobożna katoliczka Leonia nie tylko unikała nazistów - "szwabów", jak ich nazywała - lecz w ogóle nie podobała jej się niemiecka kultura. "A tu tak obco, zimno", napisała w pewne święta Bożego Narodzenia. "Jakby Boga nie było, ani Kościoła, ani nastroju - inny, obcy świat, do którego się człowiek nigdy nie przywiąże, a z radością uciekać pragnie"[19]. Dzieci miały w Niemczech ustalony harmonogram: nauka domowa, regularne uczestnictwo we mszach (niekiedy codzienne) i dużo aktywności fizycznej - piłka nożna, łyżwy, wędrówki i spacery po parku. Na Boże Narodzenie i z okazji urodzin zwykle dostawały prezenty o charakterze militarnym: nóż w pochwie, żołnierzyki, książki o słynnych bitwach z polskim udziałem. Polacy brali udział w większości europejskich starć zbrojnych. Zbigniew był dumny z ich kluczowej roli w odparciu wojsk osmańskich pod Wiedniem w 1683 roku.
W weekendy szofer woził ich na wycieczki po saksońskich zamkach, średniowiecznych kościołach i górskich ustroniach. Pewnego dnia rodzina wybrała się do Eisleben, rodzinnego miasta Marcina Lutra, a zarazem miejsca upadku rewolucji protestanckiej. Zwiedzali ostatnie domostwo teologa. "Czuje się tam twardość, surowość życia, żadnego ciepła, żadnych wyższych wymagań. Spartańskie otoczenie nie robiące miłego wrażenia, a raczej grobu", zanotowała Leonia[20]. O niemieckich kobietach często pisała, że są szare, zaniedbane. W jej kraju było inaczej. W latach dwudziestych i trzydziestych Warszawa szybko się rozwijała i miała światowy polor. Mogła się poszczycić ponad sześćdziesięcioma kinami, salą balową z obrotową podłogą i secesyjnymi budowlami niegorszymi od tych berlińskich[21]. "Wróciliśmy z Warszawy. Dużo było radości i krzyku, podziwu nad moim wyglądem". Przy okazji kolejnej wizyty: "W Warszawie było tak miło, zawrotnie prędko czas uciekał, tyle przyjemności co dzień. Sztuki dobre, artyści świetni, nastrój pogodny, pełne kawiarnie, ładne kobiety, ładnie poubierane, piękne futra, muzyka gra"[22]. We współczesnej historii Europy zapomniano o buzującym optymizmie i galanterii międzywojennej Warszawy, jednak dla młodego Zbigniewa i jego matki były one ucieleśnieniem metropolitalnego blichtru.
Leonia miewała humory, była też niestała w ocenach czasu i miejsca, w których przyszło jej żyć. Na krótko przed przeprowadzką rodziny do Warszawy Tadeusz otrzymał zaproszenie w charakterze gościa honorowego na ceremonię odsłonięcia Pomnika Chopina, gdyż jako wysłannik Polski odpowiadał między innymi za promocję polskiej kultury. Poinformowano go, że pewien prywatny kolekcjoner trzyma w piwnicy wiele nieznanych utworów kompozytora, i Tadeuszowi udało się je odzyskać dla kraju. "Ale ocenić trzeba obiektywnie, iż tyle trudu, hałasu, pompy zadali sobie Niemcy, by nas ugościć, uczcić i uhonorować", napisała Leonia. "Dzięki Matce Bożej za wszystkie jasne dni, miesiące i lata tu spędzone. Żegnaj, Lipsku - może tu Cię jeszcze odwiedzę, z radością ciągnąć będę do Ciebie, bo było mi tu bardzo dobrze"[23].
Wahania nastrojów Leonii bywały doprawdy skrajne. Relacja Zbigniewa z urzekającą, lecz też skłonną do dramatycznych scen matką nigdy nie była spokojna. Wiele dzieci lubi, gdy się je rozpieszcza - Zbigniew taki nie był. Uważał, że wrodził się w ojca. W domu żywiołowa Leonia przyćmiewała Tadeusza, człowieka o wytwornych, powściągliwych manierach. Jeszcze długo po przeprowadzce do Kanady mówiono o nim jak o przybyszu z innego stulecia: całował kobiety w rękę, zawsze miał na podorędziu trafną uwagę lub niewinny żarcik. Był głodny wiedzy historycznej i miał encyklopedyczną pamięć.
Brzeziński senior, osoba publiczna, stanowił wzór dla aspiracji Zbigniewa. Przekazał mu też głęboką troskę o miejsce Polski w świecie. Idolem rodziny był marszałek Piłsudski. Brzezińscy podziwiali jednak także odleglejsze postaci historycznie, w tym Tadeusza Kościuszkę, polskiego generała, który walczył u boku amerykańskich powstańców przeciw Brytyjczykom podczas wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych i został upamiętniony posągiem w Parku Lafayette'a naprzeciw Białego Domu. Sam markiz de Lafayette także był europejską gwiazdą w armii rewolucyjnej, lecz u szczytu chwały otrzymał wsparcie francuskiej floty, podczas gdy Kościuszko, przyjaciel Thomasa Jeffersona, bronił umocnionego nabrzeża w West Point bez wsparcia jakiejkolwiek obcej armii. Niektórzy historycy wojskowości uważają, że jego wkład w amerykańskie zwycięstwo przewyższał zasługi Lafayette'a. Kościuszko piętnował niewolnictwo na jednym brzegu Atlantyku z równą zaciętością, z jaką na drugim przeciwstawiał się pańszczyźnie i dyskryminacji Żydów. "Jeśli dane było mi w życiu poznać prawdziwego syna wolności, to był nim Kościuszko", powiedział Jefferson[24]. Innym polskim rewolucjonistą był Kazimierz Pułaski, generał w Armii Kontynentalnej, który pomógł ocalić Jerzego Waszyngtona przed brytyjską niewolą. Brzeziński dorastał, słuchając historii o tych bohaterach. Kościuszko po powrocie z Ameryki chwycił za broń przeciw rosyjskiej armii carycy Katarzyny. Zbiegło się to w czasie z ostatnim drgnieniem polskiej niepodległości. Po ustanowieniu nowoczesnej konstytucji w 1791 roku - drugiej spisanej w dziejach świata, zaledwie cztery lata po amerykańskiej - kraj został rozebrany między carską Rosję, królestwo Prus i cesarstwo austriackie. W 1795 roku Polska przestała istnieć. Podpisując tajne porozumienie, troje nowych imperialnych władców postanowiło na dobre zgnieść naród polski. Pruski król Fryderyk Wielki uważał Polaków za "niechlujne szumowiny" i twierdził, że z ich kulturą powinno się postąpić tak samo jak z kulturą amerykańskich Irokezów. Trudno byłoby dorastać wśród takich historii i nie pragnąć wyzwolenia narodowego.
Dziecięcą wyobraźnię Zbigniewa wypełniały szarże kawaleryjskie i zwycięskie bitwy. Wraz z dorastaniem nabywał świadomość historycznego istnienia polskiej cywilizacji. Wielu legendarnych Polaków, o których się uczył, zasłynęło w odległych krajach: Chopin we Francji, pisarz Joseph Conrad w Wielkiej Brytanii, znana naukowczyni Maria Curie-Skłodowska we Francji, wielki astronom Mikołaj Kopernik w Prusach. Polscy rewolucjoniści walczyli za sprawę amerykańską i w armiach Napoleona. Kwiat polskiej inteligencji zamieszkiwał każdą europejską stolicę. Patriotyczne skłonności Zbigniewa ukształtowała koncepcja Polski inkluzywnej, którą popularyzował Piłsudski, a Tadeusz popierał. W latach trzydziestych wizję Piłsudskiego zaczęła wypierać inna polityka narodowa, w ramach której Żydzi i inne zamieszkujące Polskę mniejszości, zwłaszcza Ukraińcy i Białorusini, byli obywatelami drugiej kategorii. Członkowie Klubu Prometeusz skupieni wokół Piłsudskiego widzieli Polskę jako największego gracza w wielonarodowym gronie mniejszych wschodnioeuropejskich państw, które wspólnie mogłyby się oprzeć nieustannemu zagrożeniu naporem Niemców z zachodu i Rosji ze wschodu. Klub miał zrzeszać wszystkie ludy rządzone dawniej przez carską Rosję, od Morza Bałtyckiego na północy po Kaspijskie i Czarne na południu. Podczas II wojny światowej Tadeusz moderował w Montrealu rozmowy między przywódcami Czechosłowacji i Polski, których celem było stworzenie unii polsko-czeskiej. Tę inicjatywę przekreśliły wydarzenia z 1941 roku, kiedy po zerwaniu paktu Ribbentrop-Mołotow Czechosłowacja połączyła siły z Sowietami. Prometeizm Tadeusza przetrwał jednak w Zbigniewie.
Przeprowadzka do Warszawy w 1935 roku nie okazała się dla Leonii tak radosnym powrotem do domu, jakiego się spodziewała. Warszawa wydawała się uboższa, mniej beztroska. Pogarszała się sytuacja gospodarcza. Nad Polską gromadziły się ciemne chmury, przypominały o tym regularne ćwiczenia przeciwlotnicze. Leon, ojciec Leonii, zmarł samotnie w mieszkaniu, kiedy rodzina wyjechała na krótką wycieczkę do Włoch. Jej jedyna siostra Marylka wraz z rodziną opuściła Polskę na dobre - w 1936 roku popłynęła do Nowego Jorku. Największym wstrząsem emocjonalnym okazała się jednak śmierć Piłsudskiego. Zbigniew w tłumie ludzi oglądał procesję niosącą trumnę marszałka ulicami Warszawy ku stacji kolejowej, skąd następnie zawieziono ją pociągiem do Krakowa, dawnej stolicy. Brzeziński nigdy nie zapomniał tamtej chwili. "Przedwczoraj umarł Józef Piłsudski!"[25], zapisała Leonia w maju 1935 roku. "Łzy ciekną po twarzy, serce się kraja na myśl, że tam w Belwederze już Cię nie ma, że w Polsce pusto, głucho, że patrzą oczy z przerażeniem, co dalej. Nie znałam Cię, Marszałku, lecz czułam Cię wszędzie, gdzie była Ojczyzna, Tyś był. Przeżyłam dzięki Tobie najpiękniejszą kartę w historii Polski. Będę uczyć i wychowywać synów moich na zawsze Twoich".
Sytuacji nie polepszał nadchodzący wyjazd Tadeusza. Za rok miał rozpocząć pracę w ukraińskim Charkowie. Była to trzecia ważna placówka, którą obejmował, lecz z uwagi na panujące w Związku Radzieckim niepokoje uznał, że tym razem rodzina nie może mu towarzyszyć. Pracę rozpoczynał trzy lata po tragedii Wielkiego Głodu. Doprowadził do niej Stalin, który na początku lat trzydziestych zarządził bezlitosną kolektywizację rolnictwa. Wskutek Hołodomoru w Ukrainie zmarły trzy miliony ludzi. Jednocześnie w Moskwie trwały bezwzględne stalinowskie procesy pokazowe. Charków od międzywojennej Warszawy, gdzie została rodzina Tadeusza, dzieliło ponad tysiąc kilometrów, ale miasto istniało jakby na innej planecie. O ile Leonia wychowywała synów w burżuazyjnych warszawskich luksusach, o tyle warunki życia Tadeusza w Charkowie pogarszały się z dnia na dzień. Jego znajomi niespodziewanie znikali po nocnych wizytach tajnej policji. Polski dyplomata nauczył się ograniczać krąg ludzi wokół siebie, aby nie narażać ich na niebezpieczeństwo. Leonia podczas jedynej wizyty w Charkowie - dzieci zostały z babką w Przemyślu - przygarnęła rasowego polskiego owczarka, który kręcił się wokół ambasady, i było to jedyne optymistyczne wydarzenie z tamtego okresu.
Misja Tadeusza trwała zaledwie osiemnaście miesięcy. Podczas urlopów spędzanych w Warszawie odzyskiwał rezon. Opowiadał Zbigniewowi mroczne historie o celowym wyniszczaniu Ukrainy przez Stalina. Ojciec i syn podzielali pogląd Piłsudskiego, że bez niepodległej Ukrainy Polska zbyt długo nie przetrwa. Przekonanie o tym, że losy obu krajów są ściśle powiązane, stanowiło zarówno dogmat wiary, jak i celną obserwację historyczną. Pobyt Tadeusza w Charkowie przypadł na wyjątkowy moment, w którym dzieje Polski i sowieckiej wówczas Ukrainy zupełnie się rozeszły. Granica między oboma krajami, zawsze mało stabilna, co kilka dekad przesuwała się o kilkaset kilometrów na zachód albo o kilka stopni na wschód - ale nigdy tak daleko jak w XX wieku. W latach międzywojnia, gdy Tadeusz był młody, rządzone przez Habsburgów wielkie miasto Lwiw, które Polacy nazywają Lwowem, znajdowało się w Polsce. Około dwustu kilometrów na wschód miliony radzieckich Ukraińców utkwiły w pułapce nowego, bezlitosnego świata, który Tadeusz usiłował zrozumieć.
Polska międzywojenna była pełnym energii, młodym krajem, który przez większość swojego krótkiego istnienia można było nazwać demokratycznym. Od połowy lat trzydziestych do ich końca kraj stał się jednak znacznie mniej tolerancyjny, a jego demokracja - mniej stabilna niż w czasach dorastania Leonii i Tadeusza. Odrodzona Polska była coraz bardziej zagrożona. Z jednej strony miała militaryzujące się nazistowskie Niemcy, z drugiej - rewolucyjny Związek Radziecki, który palił się do zdławienia polskiego reakcyjnego, jak powiadano, imperializmu w zalążku. Anglia i Francja, rzekomo przyjaciele niedawno powstałego państwa, wydawały się zbyt niezdecydowane, by skutecznie pomóc. Polska czuła się coraz bardziej osamotniona i ignorowana. Podczas zmagań Polaków z Armią Czerwoną brytyjskie związki zawodowe w ramach inspirowanej przez bolszewików kampanii "ręce precz od Rosji" bojkotowały wysyłane do Warszawy transporty. Z wyjątkiem Churchilla brytyjska prawica nie traktowała Polski poważnie. Na początku lat trzydziestych Polska podpisała układy o nieagresji zarówno z ZSRR, jak i z Niemcami.
Od 1934 roku Polska zaczęła traktować wizytujących nazistowskich dygnitarzy jak arystokrację. Hermann Göring, minister lotnictwa Trzeciej Rzeszy, co roku jeździł do Polski, by polować na wilki i niedźwiedzie w towarzystwie wysokich rangą polskich generałów. W 1936 roku polski rząd przyjął Goebbelsa z pełnymi honorami państwowymi. Nacjonalistyczna i antysemicka partia Narodowa Demokracja coraz częściej organizowała demonstracje. Nie taką Polskę wymarzył sobie Tadeusz. Na widok grupy endeków napastujących Żydów pobiegł ich odegnać, wymachując laską[26]. Skandowali: "Warszawa i Kraków są tylko dla Polaków. Wszystkie żydy i świnie mieszkają w Palestynie". Zbigniew, który był wtedy razem z nim, nigdy nie zapomniał, jak bardzo jego ojciec rozgniewał się na tych młodych ludzi. Chociaż Brzezińscy nie mieli Żydów w gronie przyjaciół, ich pomysł na Polskę był taki sam jak Piłsudskiego - miała być wielonarodową federacją, w której polscy Żydzi dysponują pełnymi prawami. W 1928 roku powstał rysunek satyryczny zatytułowany Jak prawica przedstawia rządy marszałka Piłsudskiego. Przywódca kraju jest na nim ukazany jako ortodoksyjny Żyd, który, przy chałce i gefilte fisz, w świetle menory czyta gazetę w jidysz[27]. Po śmierci Piłsudskiego polscy Żydzi pogrążyli się nie tylko w żałobie, ale i strachu.
Z pogarszającymi się perspektywami kraju w osobliwy sposób zbiegły się narastające niedole rodziny Brzezińskich. Chłopcy dobrze się zaadaptowali do warszawskiej szkoły - dostali marynarki i czapki z odznaką - ale w drugiej klasie obaj zachorowali na polio. Spędzili kilka ciężkich, przerażających tygodni pod intensywną opieką lekarską. Leonia nie wychodziła z sali szpitalnej, kiedy walczyli o życie. Wyzdrowieli, choć Adam przeszedł chorobę dużo ciężej niż jego brat. Wskutek zapalenia mózgu doznał częściowego paraliżu. Jeszcze kilka miesięcy po wyzdrowieniu Zbigniewa Leonia czuwała przy łóżku Adama. Choroba często kończyła się śmiercią. "Nie wiem, że jest świat poza pokojem moich biednych synów", napisała po ich wypisaniu ze szpitala. "Ratowaliśmy ich obu, co było w mocy ludzkiej, się robiło, najlepsi lekarze - ale wierzę w to głęboko, że Matka Boska uratowała ich obu"[28].
Dwa ostatnie lata Brzezińskich w Warszawie obracały się głównie wokół zdrowia synów. Sześć miesięcy po zakażeniu Adam wciąż nie chodził. Zbigniew mógł się poruszać, choć niepewnie. Leonia woziła dzieci do polskich uzdrowisk na kąpiele błotne i terapie solankowe. Ich życie wypełniły ciągłe konsultacje lekarskie. Wszystko w tym ponurym okresie kręciło się wokół medycyny: dopasowywanie ortez, zabiegi galwanizacyjne, masaże terapeutyczne, długie pobyty w szpitalach wojskowych. Zbigniew wciąż jeszcze nosił ortezy, kiedy wyruszyli za ocean. Z czasem wrócił do pełni sił, a wtedy uwagę jego matki całkowicie pochłonął Adam, który nigdy do końca nie wyzdrowiał. Zbigniew coraz częściej pozostawał sam. Wstąpił do miejscowej drużyny harcerskiej, co było ważnym elementem wychowania patriotycznego polskich chłopców. Uwielbiał swój mundurek, parady i poczucie wspólnoty. Większość jego rówieśników odegrała istotną rolę w podziemnej Armii Krajowej podczas II wojny światowej. Wielu zginęło.
Ponieważ jego ojciec był w ZSRR, a matka przesiadywała przy łóżku Adama w szpitalach i sanatoriach, Zbigniew w młodym wieku zasmakował niezależności. Wałęsał się do woli po ulicach Warszawy i poznał wszystkie jej zaułki. Kilka dekad później oprowadzał gości po stolicy tak swobodnie, jakby nigdy nie wyjeżdżał. Siedział też po uszy w książkach i uwielbiał oglądać dostojne parady wojskowe, zwłaszcza te z okazji Święta Konstytucji 3 maja oraz 11 Listopada. "Jak wielu z mojego pokolenia pokładałem wielkie zaufanie w sile oręża [wojska polskiego]"[29], powiedział Brzeziński pod koniec życia. Ponadto coraz lepiej zaczynał się orientować w sprawach świata poza jego zakątkiem Europy.
Andrzej Roman, Kuzyn Zbigniewa, który na całe życie miał się stać jego najbliższym przyjacielem (a po wojnie "oczami i uszami" w Polsce), wspominał ośmioletniego Zbyszka, w którym już wtedy można było się dopatrzyć cech późniejszego dorosłego Zbigniewa[30]. "Właśnie wybuchła wojna w Hiszpanii", powiedział. "Na Kruczej, gdzie mieszkali jego rodzice, mieliśmy się bawić w wojnę. Powiedziałem: "Pobawmy się w wojnę w Hiszpanii. Ja będę generałem Franco" - co wymówiłem po polsku, przez c. Zbigniew odpowiedział z uśmiechem: "Dobra. To ja będę generałem Franco" - i wypowiedział to prawidłowo przez k. Ta rozmowa utkwiła mi w pamięci. Poczułem, że ma nade mną przewagę. Wiedział, jak się wymawia nazwisko nacjonalistycznego wodza Hiszpanii". Zbigniew wciąż przechodził terapię po przebytym polio. Dopiero w Kanadzie zaczął sprawnie chodzić, choć nigdy nie był w stanie grać w hokeja, narodowy sport tego kraju. W Warszawie energię przelał w naukę. Zapałał pasją do lektur. Przepaść między Zbigniewem a Adamem stopniowo rosła.
Leonii zamarzyło się inne życie. Nie wiadomo, czy Tadeusz naciskał na przełożonych, by wysłali go na nową placówkę, a jeśli tak - czy robił to, licząc na lepszą opiekę lekarską, czy aby uchronić rodzinę od niebezpieczeństwa. Jakkolwiek było, oba te powody skłaniały go do spoglądania za ocean. Od co najmniej 1936 roku, kiedy Hitler ponownie zajął Nadrenię, każdy rozumny Europejczyk mógł się spodziewać wojny - a tym bardziej Polak o tak wyczulonym zmyśle politycznym jak Tadeusz. Leonia zaczęła namawiać rodzinę do przeprowadzki. "Życie w Warszawie szare, ludzie znękani, narzekają, wszędzie wyczuwa się pesymizm, brak warunków materialnych czyni tu życie szarym, brak większych, głębszych zainteresowań, żyją ludzie bez jutra, czczo i pusto", napisała. "Mam dość tego życia, ciasno, duszę się w tych pokojach i w tych warunkach!"[31].
Pod koniec 1937 roku szczęście znów zaczęło sprzyjać Brzezińskim. Tadeusz wrócił z Charkowa z psem, który później, w Kanadzie, dostał imię Johnny. Leonia nieoczekiwanie zaszła w ciążę i dziękowała za to Matce Boskiej. Leszek urodził się w warszawskim szpitalu w marcu 1938 roku. "Cudny, duży, rozkoszny!", pisała. "Urodził się bardzo dobrze, z Bożą pomocą bez żadnych komplikacji"[32]. Zajmowała się nim pogodna niania imieniem Lidia. Największą zmianą była jednak wiadomość o szykującej się przeprowadzce do Kanady. W krytycznym momencie historii Polski modlitwy Leonii zostały wysłuchane. Dzięki przenosinom do Montrealu Adam mógł skorzystać z najnowszych terapii powikłań polio.
Nad Europą zbierała się burza, przed którą ostrzegał Churchill, jednak Brzezińscy nie wiedzieli, że opuszczają Polskę na dobre. Wyruszyli 12 października 1938 roku statkiem "Batory", jednym z dwóch transatlantyków należących do linii Gdynia-Ameryka. Wypływały z niedawno zbudowanego bałtyckiego portu w Gdyni, uważanego za przemysłowy klejnot II Rzeczpospolitej. Choć leżał zaledwie dwadzieścia kilometrów od większego nadbrzeżnego Gdańska, zabezpieczał Polskę przed roszczeniami Niemiec wobec owego starego portu. Gdańsk przez Niemców nazywany był "Danzig", a w traktacie wersalskim ogłoszono go "wolnym miastem".
Brzezińscy wyruszyli w transatlantycką podróż zaledwie dwa tygodnie po tym, gdy brytyjski premier Neville Chamberlain i jego francuski odpowiednik Édouard Daladier podczas niesławnej konferencji ostatniej szansy w Monachium przekazali czechosłowacki niemieckojęzyczny region Kraju Sudetów Hitlerowi. Niemieckie dywizje pancerne zajęły ten obszar dwa dni po wypłynięciu Brzezińskich do Stanów Zjednoczonych. Na krótko przed Monachium Churchill powiedział: "Wygląda na to, że zaraz staniemy przed marnym wyborem między wojną a hańbą. Przeczuwam, że wybierzemy hańbę, po czym wojnę i tak dostaniemy, ale na jeszcze gorszych warunkach niż dziś"[33]. W marcu następnego roku Hitler złamał układ monachijski i zajął resztę Czechosłowacji. Polska ewidentnie była następna na liście, co skłoniło Wielką Brytanię do zagwarantowania jej pomocy w razie wojny (wcześniej podobnych gwarancji udzieliła Francja). Ale wówczas Brzezińscy już bezpiecznie mieszkali w Montrealu.
Na kilka tygodni przed wypłynięciem z Polski Leonia napisała: "Zmiana w naszym życiu - otwieram II epokę życia, ku pamięci moich synów piszę to, by kiedyś czytali. Dzieci moje ukochane, synkowie moi, czy wy pojmujecie, iż jedziemy tak daleko - na II półkulę świata!". Ich pamiętną atlantycką wyprawę wypełniały potężne sztormy, wytworne kolacje przy kapitańskim stoliku, sesje gry w bingo, bale i długie godziny spędzone na oglądaniu oceanu z górnego pokładu. Żadne z nich nie odbyło wcześniej podróży morskiej. Na grupę Brzezińskich składało się dziesięć osób: dwoje rodziców, czterech chłopców, opiekunka, nauczyciel, niania i pies. Chłopcom przydzielono kajuty numer 2 i 4, co wskazywało na wysoki status rodziny. Mierzący 160 metrów długości "Batory" zabierał na pokład 796 pasażerów, z czego 46 - w tym Brzezińskich - w pierwszej klasie.
Drugiego dnia rejsu statek zacumował na kilka godzin w Kopenhadze. Przyjaciele zabrali Brzezińskich z portu na samochodową wycieczkę po mieście. Leonia kupiła nowoczesny wózek dla Leszka. W połowie lat siedemdziesiątych, przy okazji pierwszego powrotu do tego miasta, Zbigniew Brzeziński w pewnej kopenhaskiej restauracji opowiadał znajomym w nietypowym dla niego emocjonalnym tonie, jak podziwiał słynną duńską figurę Małej Syrenki. Po siedemdziesięciu czterech latach od wyjazdu z Polski osiemdziesięcioczteroletni Brzeziński wrócił także do Gdyni. Ze łzami w oczach wspominał, że gdy statek odbijał, próbował wymóc na ojcu przyrzeczenie, że już następnego lata wrócą do Polski. "Byłem pewny, że niedługo będę znów w Polsce"[34], mówił później, choć ojciec niczego mu wówczas nie obiecał. Do Warszawy przyjechał dopiero w 1957 roku. W 2015 roku wziął udział w otwarciu Muzeum Emigracji w Gdyni. Na nabrzeżu obok tej instytucji znajduje się kamień z napisem upamiętniający początek morskiej podróży Brzezińskich w 1938 roku.
Atlantyk tamtej jesieni wydawał się wyjątkowo wzburzony, choć oficerowie zapewniali, że wszystko jest w normie. Rodzina spędziła znaczną część dwunastodniowego rejsu we własnych kajutach na wymiotowaniu. Na morzu byli nowicjuszami. Zachwyt siłą morza wywołał w Leonii religijne uczucia: "Jesteś zbyt groźne, zbyt żyjesz bujnie swoim życiem, spienione, rozwścieczone grzywy twych fal budzą lęk, pokorę, słowa modlitwy cisną się na usta - o Boże, jakiż Tyś wielki i nieodgadnięty w swej sile!"[35]. Pewnego popołudnia, gdy woda była spokojniejsza, Adam zdołał wyjść na górny pokład i stabilnie stanąć na własnych nogach, co Leonia przypisała łasce Matki Boskiej, aczkolwiek on także przez większość podróży wymiotował. Tylko Tadeusz pozostał obojętny na chybotanie Atlantyku. Zbigniew nie potrafił usiedzieć w kabinie zbyt długo. Biegał po pokładzie z lornetką, obserwował horyzont i rozpoznawał bandery statków.
Pierwszym skrawkiem suchego lądu, który Brzezińscy zobaczyli na półkuli zachodniej, był Halifax, stolica kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja. Miasto spowijały barwy jesieni. Podczas kilkugodzinnego postoju w porcie Brzezińscy objechali miasto taksówką i pomodlili się w tamtejszej katedrze. Przedostatnim etapem ich podróży był Nowy Jork, gdzie wsiedli do nocnego pociągu do Montrealu. Leonia wiedziała, że wbrew nadziejom Zbigniewa w ich życiu zaszła ogromna zmiana. Przeprowadzka nie miała być zwykłą wycieczką. Na początku podróży napisała: "Jedziemy! Po nowe szczęście, po nowe łaski u Boga, zaczynamy jakby drugie życie, bo gdzieś to się śniło naszym ojcom, dziadkom, być w Ameryce"[36].
Do Nowego Jorku "Batory" zawinął 24 października i można uznać, że to wówczas rodzina zaczęła nowe życie. Zbigniew nie należał do gromady pochylonych, głodnych migrantów. Podobnie jak matka miał na sobie świetnie skrojone ubranie. Jednak tak samo jak niezliczone rzesze przed nim - w tym piętnastoletni Heinz Kissinger, żydowski uciekinier z Niemiec, który wylądował w Nowym Jorku sześć tygodni wcześniej - po raz pierwszy ujrzał Statuę Wolności. Miał dziesięć lat i nie mówił po angielsku. Nie miał pojęcia, że wycieczka do Nowego Świata to przeprowadzka na całe życie.
[...]