Zbaw nas ode Złego - Ralph Sarchie, Lisa Collier Cool

Reflow text when sidebars are open.
NIE MOŻE NAZYWAĆ SIEBIE CHRZEŚCIJANINEM, a już na pewno nie katolikiem ten, kto wątpi bądź nie wierzy w istnienie diabła. Chrystus został zesłany, aby wyzwolić ludzkość spod władzy szatana i jego renegackich legionów upadłych aniołów. "Teraz odbywa się sąd nad tym światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie" (J 12, 31-32). Opisywane w Ewangeliach sceny, w których Jezus wypędza diabły z opętanych, pokazują, jak bardzo realne są te niewidzialne byty, które - mówiąc słowami tradycyjnej Modlitwy do świętego Michała Archanioła - "na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą".
A dziś jest ich więcej niż kiedykolwiek! Stale pogłębia się otchłań zepsucia, a wraz z nią świat coraz bardziej ulega nadnaturalnej demonicznej zarazie. Jesteśmy oswojeni z tym, że zepsucie to dzieło szatana - jest on wszak bezsprzecznie opiekunem grzeszników - lecz 1musimy pamiętać, że demoniczna zaraza pozwala mu atakować zarówno umysł, jak i ciało. Gdy przyjmowałem święcenia, jakieś czterdzieści lat temu, o opętaniu przez diabła czy przejęciu przez niego kontroli nad człowiekiem niemal się nie słyszało. Przeciętny ksiądz, nawet jeśli go wyświęcono na egzorcystę, mógł przez całe życie nie zetknąć się z takim przypadkiem. Czytano o tym jedynie w podręcznikach teologii. Lecz obecnie, dla tych, którzy mają oczy zdolne do widzenia, jest to zjawisko niemal powszechne.
Egzorcyzm często - o ile nie najczęściej - ujawnia diabła ukrytego w "przypadku psychiatrycznym". Diabeł do nas przemawia, prowokuje nas i nam grozi. Dręczy swoją ofiarę na naszych oczach i potrafi poddać próbie każdą cząstkę duszy tego, który próbuje go okiełznać. Nie zawsze tak jest - czasem bowiem udaje głuchego i głupiego - lecz manifestuje się na tyle często, że można ustalić jego metodę działania.
Skąd ta epidemia? Jej źródłem jest rozpowszechnianie się - a raczej plaga - okultyzmu. W dziewięciu przypadkach na dziesięć ofiara opętania przez diabła miała jakiś, bezpośredni bądź pośredni, w postaci jawnej lub ukrytej, związek z czarną magią. Mogła być w posiadaniu przedmiotów związanych z okultyzmem, jak plansze Ouija czy pozornie niewinne wisiorki, albo wręcz brać udział w jawnie satanistycznych obrzędach. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami umiejscowić należy najróżniejsze ruchy pseudo-religijne i new age. Satanizm jako taki został uznany za religię i istnieje nawet "Biblia szatana". Ci, którzy chcą posiąść wiedzę i władzę wykraczającą poza porządek ustalony przez Boga, mogą wszystko to znaleźć u Jego wrogów, i aby mogli naprawić swój błąd, trzeba ich przekazać w Jego władanie i pozwolić im ponieść wszelkie konsekwencje.
Ralph Sarchie, autor tej książki, posiada doskonałe kwalifikacje do wypowiadania się na temat diabła. Przez lata badał przypadki, w których siły zła miały swój udział i nieraz był jednym z tych, którzy pomagali mi podczas egzorcyzmów. Bez pomocy ludzi, którzy są w stanie powstrzymać kogoś zdolnego do zachowań skrajnie agresywnych, wypędzanie demonów z osoby opętanej, jak wspomniałem, może być dla egzorcysty śmiertelnie niebezpieczne. Powiedziałbym wręcz, że nie ma tematu, którego omówienie byłoby bardziej celowe, a może nawet pilniejsze niż ten. Oby ta książka spełniła swój humanitarny cel, dla którego powstała.
Biskup Robert F. McKenna OP
Kaplica Matki Boskiej Różańcowej, Monroe, Connecticut
NIGDY NIE SĄDZIŁEM, ŻE NAPISZĘ KSIĄŻKĘ o zjawiskach nadprzyrodzonych. Jestem sierżantem nowojorskiej policji, więc powinienem pisać o dzielnych policjantach i ich pracy na ulicach, a nie o demonach, duchach i egzorcyzmach. Lecz żyję jakby w dwóch światach: w jednym jestem typowym gliną poruszającym się w miejskim szlamie i krwi, z realną, ciągłą świadomością bliskości śmierci, a w drugim muszę się mierzyć ze zbrodnią zupełnie innej natury, zbrodnią dokonywaną przez siły tak złe, że wykraczają poza nasze pojmowanie. Większość ludzi sądzi, że te światy są od siebie bardzo odległe. Ludzie często pytają: "Jak to możliwe, że po szesnastu latach obcowania z twardą, brutalną rzeczywistością potrafiłeś uwierzyć w duchy?". Ja jednak przekonałem się, że większość policjantów w nie wierzy i - co ważniejsze - ogromna większość z nich wierzy również w Boga i jest bardzo religijna. To mnie cieszy, ponieważ rzeczy, z jakimi policjanci stykają się na co dzień, mogą być dla duszy niszczące. Wiem to z autopsji.
Myślę, że właśnie praca w policji pomaga mi odróżnić oba te światy od siebie i przekonać się, że istnieją zjawiska nadprzyrodzone i siły nadnaturalne. Funkcjonując na co dzień w porządku zbrodni i kary, nauczyłem się radzić sobie w sytuacjach, w których bardzo prawdziwe zło w najczystszej postaci atakuje ludzi równie prawdziwym przerażeniem. Jak mądrze mawia Joe Forrester, mój partner w śledztwach dotyczących zjawisk nadprzyrodzonych, istnieją dwa rodzaje zła: zło pierwotne, które pochodzi od diabła, i zło wtórne, które wyrządzają ludzie. I choć każde zło pochodzi od szatana, nie zawsze winię go za okrucieństwo, do którego człowiek jest zdolny wobec drugiego człowieka. Stykając się ze złem, potrafię orzec, czy ma ono charakter ludzki czy nieludzki.
Nie miałem pojęcia, na co się porywam, kiedy przed dziesięciu laty rozpocząłem "Pracę" polegającą na wyjaśnianiu przypadków nawiedzania domów przez duchy i opętania ludzi przez demony. Podobnie jak praca w policji, również ta Praca wyniszcza człowieka, lecz nie żałuję, że się jej podjąłem. Praca umocniła we mnie wiarę, a moja miłość do Jezusa Chrystusa jest teraz tak realna jak uczucie, którym darzę żonę i dzieci. Czytając tę książkę, pamiętajcie o jednym: to nie jest książka o jakimś gliniarzu ani o szatanie - to jest książka o Bogu. Czytając o historiach, które uwikłanym w nie ludziom wydają się beznadziejne, nie zapominajcie, że z Bogiem nic nie jest niemożliwe. I choć niektóre z opisanych tu osób nadal zmagają się ze swymi problemami, jedno się w ich życiu zmieniło: wpuścili do swojego życia Boga, a On sprawił, że łatwiej im znosić duchowe męki.
Zanim podziękuję tym wszystkim, z którymi się zaprzyjaźniłem dzięki mojej Pracy - przyjaciołom, których na mój własny sposób uczyniłem bliskimi memu sercu - pragnę podkreślić, że każdą sprawę prowadzę w sposób szczery, bezpośredni i w pełni profesjonalny. Wszystkie wydarzenia, o których przeczytacie w tej książce, pochodzą ze spraw, które badałem i opisałem je dokładnie tak, jak opisali mi je naoczni świadkowie, albo jak sam je widziałem. Wszystkie są udokumentowane w moich notatkach oraz na taśmach wideo i audio, które nagrywałem podczas dochodzenia. W żaden sposób nie próbowałem upiększać czy przerysowywać moich doświadczeń. Chcąc chronić prywatność rodzin bądź osób, które zwróciły się do mnie o pomoc, zmieniłem niektóre imiona i pewne szczegóły pozwalające zidentyfikować świadków.
Do moich córek - Christiny i Danielli - nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo kocham was obie, i nie ma dnia, bym nie dziękował Bogu za szczególny dar, jakim dla mnie jesteście. Jesteście moją dumą i radością i będę was kochał po wsze czasy.
Do mojej mamy, Lillian, która w każdej sytuacji była dla mnie źródłem radości i inspiracji - niech uśmiech zawsze rozświetla twoją twarz. Do mojego ojca, Ralpha Seniora, który nauczył mnie więcej, niż mu się wydaje - to ty pomogłeś mi dojść w życiu do miejsca, w którym teraz jestem. Do mojej siostry, Lisy - choć wiem, że Praca przeraża cię do głębi, wiem również, że mnie wspierasz, a twoja troska i życzliwość płyną z głębi serca. Do mojego chrześniaka, Josepha, moich siostrzenic Stephanie i Jessiki i siostrzeńca Vincenta - niech dobry Bóg strzeże was i obdarza każdy wasz dzień uśmiechem. Moim kolegom i koleżankom z Wydziału Policji Miasta Nowy Jork - odwalacie kawał świetnej roboty w służbie mieszkańcom tego miasta.
Do biskupa McKenny- wielu zrozpaczonych nie podniosłoby się z cierpienia, gdyby nie twoja miłość do Boga i ludzi. Mnie i niezliczonym rzeszom innych pomagasz iść dalej. Do siostry Mary Philomeny - jestem siostrze winien szczególną wdzięczność za to, że mnie siostra miłosiernie zaprowadziła do Najświętszej Dziewicy i pokazała, że różaniec powinien na zawsze stać się częścią mojego życia. Wszystkim siostrom z Kaplicy Matki Boskiej Różańcowej dziękuję za życzliwość i modlitwę. Do Jego Eminencji Richarda M. - dziękuję Waszej Wielebności za szczodrość i ogromnie sobie cenię naszą przyjaźń. Do ojca Mike'a S., ojca Mike'a T., ojca Franka P. i ojca Johna F. - radują mnie wasza przyjaźń i wasze modlitwy. Bracie Andrew - nie potrafię słowami wyrazić mojego szacunku do brata i podziwu dla wszystkiego, co brat dla mnie zrobił, zarówno w mojej Pracy, jak i życiu osobistym. Nie wiem, jak by się to dla mnie skończyło bez brata, zresztą sam brat wie najlepiej, ile mu zawdzięczam.
Bez tych wszystkich osób Praca nie mogłaby stać się rzeczywistością. Dziękuję im wszystkim za to, ile z siebie dają i za zaangażowanie w służbę dzieciom Bożym: Philowi W., Rose W., Chrisowi W., Tony'emu B., Antoniowi i Vicky B., Kathy D., Fredowi K., Dennisowi M., Millie M., Marie P. (niech spoczywa w pokoju), Scottowi S., Johnowi Z., Joemu Z., Deanowi L., Stece I., Davidowi A. i Mattowi M. . Choć z niektórymi z was straciłem kontakt, na zawsze pozostaniecie w mojej pamięci i modlitwie.
Do Lisy Collier Cool - dziękuję, że wytrwałaś ze mną w tej podróży. Nie mogłem trafić na lepszą osobę zdolną do napisania ze mną tej książki. Jimmy Vines - to wszystko to był twój pomysł i dziękuję ci, że we mnie uwierzyłeś. Doug Montero - twoje niesłabnące zainteresowanie pozwoliło nam nie ustawać w pracy i za to jestem ci wdzięczny. Joe Veltre i Joe Cleemann - wasza wiedza redaktorska była niezastąpiona dla przesłania tej książki do publikacji.
I wreszcie - ostatni w kolejności, lecz nie co do znaczenia - mój wyjątkowy przyjaciel i partner, Joe Forrester: od samego początku to od ciebie najwięcej się uczę o Pracy, a twoja wierna przyjaźń jest dla mnie cennym darem. Już tyle razy bez wahania zawierzyłem ci swoje życie. Dziękuję ci za wszystkie wskazówki i pomoc przy pisaniu tej książki. Z Bożą łaską nasza przyjaźń będzie trwać wieki, w tym życiu i w następnym.
Nim cię opuszczę, Czytelniku, chciałbym Ci poddać jedną rzecz pod rozwagę. Otóż możesz powiedzieć, że nie wierzysz w ani jedno moje słowo o dochodzeniach, które prowadziłem i nieczystych siłach, z którymi się zetknąłem. Jeśli po lekturze tej książki pozostaniesz sceptyczny, to trudno, masz do tego prawo. Lecz jeśli choć jedna osoba po przeczytaniu tych opowieści powie, że uwierzyła w Boga, będę mógł dokończyć ten projekt z uśmiechem. Wiem, że jeśli jesteś tą osobą, to twoja walka w połowie jest już wygrana.
Niech Bóg ma w opiece Was wszystkich,
Ralph Sarchie
Bethpage, New York
NIE CIERPIĘ HALLOWEEN. Ale nie zawsze tak było. Kiedy byłem mały, lubiłem się przebierać i prosić sąsiadów o cukierki. A kiedy byłem trochę starszy, ganiałem z chłopakami po okolicy, uzbrojony w jajka i piankę do golenia, gotowy do świtu robić ludziom złośliwe psikusy. Dopiero gdy jako policjant patrolowałem niebezpieczne dzielnice mojego miasta, poznałem mroczną stronę tego święta: każdy nowojorski zboczeniec i wariat dochodzi do wniosku, że tej nocy otwiera się sezon polowań na dzieci. W okręgu Czterdziestym Szóstym w Południowym Bronxie, gdzie pracuję jako sierżant, zaczynają napływać telefony z alarmowego numeru 911. Pędzimy z jednego miejsca przestępstwa na drugie przy rozdzierającym wyciu syren i próbujemy najszybciej, jak się da, wyłapać bestie, które wyszły żerować na beztroskiej dziecięcej naiwności. Jakkolwiek ohydne by nie były zbrodnie dokonywane przez ludzi - a w ciągu szesnastu lat w policji widziałem więcej krwi i wyprutych wnętrzności, niż bym chciał - to nie są one jedynym złem, które nasila się w dniu 31 października.
Halloween ma niechlubną historię: zgodnie z liczącymi dwa tysiące lat podaniami tej nocy dusze zmarłych nawiedzają świat, aby siać zamęt swoimi przerażającymi sztuczkami. Aby je obłaskawić, nasi przodkowie zostawiali przed domami dary z jedzenia i składali ofiary ze zwierząt. Pierwsi mieszkańcy Europy obawiali się, że nękające ich duchy mogą mieć znacznie bardziej złowrogie zamiary: że polują na ciała żywych, aby w nich zamieszkać. Chcąc się uchronić przed zawładnięciem przez ducha, ludzie w Dniu Zmarłych - jak w niektórych krajach nazywa się to święto - zakładali maski albo się przebierali. Kiedy zacząłem zajmować się tym, co dziś nazywam Pracą - czyli badać przypadki nawiedzania domów i demonicznego opętania - odkryłem, że prastary lęk przed tą datą ma jednak swoje źródła w czymś więcej niż ludowe podania czy przesądy. Niemal zawsze pod koniec października - albo w samo Halloween, albo dzień wcześniej, w dniu, który trafnie nazywa się Nocą Diabła albo Mischief Night1 - nagle dostajemy wyjątkowo dużo zgłoszeń.
Jedna z moich najbardziej wstrząsających spraw związanych z działalnością sił nadprzyrodzonych zaczęła się w Halloween 1991 roku. Mój partner w Pracy, Joe Forrester, częstował akurat cukierkami grupkę małoletnich łowców łakoci, gdy zadzwonił telefon. Ojciec Hayes, egzorcysta z katolickiej diecezji w sąsiednim stanie, otrzymał zgłoszenie o obecności sił nieczystych w Westchester County, bogatym hrabstwie na północy, niedaleko Nowego Jorku, i chciał, abyśmy się tym zajęli. Choć podczas rozmowy telefonicznej z rodziną, która się do niego zwróciła, ksiądz rozpoznał niektóre oznaki obecności diabła, to, rozmawiając z Joem, nie ujawnił żadnych szczegółów. Oboje z moim partnerem znaliśmy jednak ojca Hayesa z wcześniejszych dochodzeń i wiedzieliśmy, że nie wzywałby nas, gdyby nie widział ku temu realnych przesłanek.
***
Joe, podobnie jak ja, pracuje w służbach porządkowych, lecz stoi po drugiej stronie barykady - dla Towarzystwa Pomocy Prawnej przesłuchuje z użyciem wariografu podejrzanych i świadków. I choć ze swoją okrągłą, pogodną twarzą i paskiem brązowych włosów dookoła łysiejącej głowy wygląda raczej jak rubaszny mnich w średnim wieku, w rzeczywistości jest niezwykle zdolnym demonologiem. Joe nie tylko jest chodzącą encyklopedią okultyzmu - w każdej chwili jest w stanie zaprezentować krótkie zestawienie nigeryjskich kultów czczących krokodyle czy brazylijskie obrzędy czarnej magii, ale również, jako odznaczony orderem weteran wojny w Wietnamie, ma wystarczająco dużo zimnej krwi, by stawić czoła paranormalnemu przerażeniu. Jeśli dodać do tego wbudowany wykrywacz kłamstw, który wykształcił się u niego przez lata konfrontacji z najróżniejszym elementem: od kanciarzy, bandziorów i wszelkiej maści oprychów aż po niewinnych ludzi niesłusznie oskarżonych o popełnienie przestępstwa. Nie ma wątpliwości, że Joe jest detektywem najwyższego sortu.
Joe i ja pracujemy jako demonologowie w czasie wolnym od pracy zawodowej i nie bierzemy za to wynagrodzenia. Niesienie pomocy ludziom, którzy mają problemy ze światem duchowym, traktujemy jak powołanie. Jesteśmy żarliwymi katolikami i dosłownie rozumiemy biblijne wezwanie Chrystusa, aby "w Jego imię złe duchy wyrzucać".
Gdy mamy jechać w teren, odkładam broń i odznakę policyjną i zbroję się w wodę święconą i relikwię z Krzyża Świętego.
Nie chciałbym, aby to zostało źle zrozumiane. Nie jestem fanatykiem religijnym i z całą pewnością nie jestem święty, co potwierdzi każdy z chłopaków, który pracuje ze mną w okręgu Czterdziestym Szóstym. Jestem gliną i łatwiej mi przychodzi kopniakiem wyważyć drzwi i gołymi rękoma skuć dziesięciu uzbrojonych oprychów, niż brać się za bary z demonami. Mówiąc wprost, diabeł przeraża mnie bardziej niż wszystko, co kiedykolwiek widziałem, patrolując ulice - a w ciągu tych wszystkich lat w policji widziałem niemal każdy potworny akt przemocy, do którego jest zdolny człowiek wobec człowieka. Niezliczoną ilość razy wzywano mnie do strzelanin czy pchnięć nożem. Skuwałem ludzi, którzy dokonali gwałtu bądź morderstwa, a zachowywali się tak, jakby to, czego się dopuścili, nie robiło na nich wrażenia.
Musiałem informować ludzi, że ich bliscy zginęli w wypadku samochodowym albo padli ofiarą najpotworniejszych zbrodni, jakie można sobie wyobrazić. Widziałem połamane ciała małych dzieci, które ucierpiały w bezsensownych wypadkach, bo rodzice byli zbyt naćpani, aby się nimi zaopiekować. Aresztowałem dilerów sprzedających truciznę, od której ich bliźni zmieniają się w zombie, i aresztowałem matkę, która prostytuowała swoją dziesięcioletnią córeczkę, żeby mieć na działkę cracku. Niedawno wezwano mnie do mieszkania, w którym zastałem kobietę kompletnie zamroczoną narkotykami. Samo w sobie nie byłoby to niczym niezwykłym w dzielnicy, którą patroluję, lecz ta kobieta obijała się od ścian, ciągnąc za sobą noworodka połączonego z nią pępowiną. Była w takim stanie, że nie wiedziała nawet, że urodziła dziecko. Dziecko okazało się być jej dziesiątym - starsze zostały jej odebrane przez opiekę społeczną, bo była uzależniona od kokainy.
Tak w praktyce wygląda każdej nocy moja praca. I do pewnego stopnia obcowanie z tragedią i zniszczeniami, które powoduje zbrodnia, pomaga mi w Pracy. W policji nauczyłem się już na pierwszy rzut oka rozpoznawać zło. Kiedy moi koledzy dowiadują się, że pomagam przy wypędzaniu demonów i badam działanie sił nieczystych, wielu z nich pyta: "Co tobie, gościowi niestroniącemu od przemocy i chwilami naprawdę nieprzyjemnemu, daje prawo podejmować się tak zbożnej misji?". Odpowiadam im pytaniem: "A czy to nie piękne, że Bóg wykorzystuje takiego grzesznika jak ja do zwalczania zła na świecie?". Prawda natomiast jest taka, że lubię pomagać ludziom. Wstępując do policji, złożyłem przysięgę, że będę przeganiał z ulic mojego miasta tych, którzy czynią zło, i póki co aresztowałem ich ponad trzystu. A jako zdeklarowany chrześcijanin mam jeszcze jedną misję do wypełnienia: niszczyć szatana i jego demony.
Oficjalnie nigdy nie prowadziłem żadnej sprawy na zlecenie Kościoła rzymskokatolickiego, lecz na życzenie poszczególnych księży zdarzało mi się pracować nad sprawami, które były oficjalnie prowadzone przez Kościół katolicki. Sporo z nich prowadziłem we współpracy z biskupem Robertem McKenną, gorliwym kapłanem i egzorcystą, który nigdy nie unika konfrontacji z szatanem i jego armią ciemności. Asystując mu przy ponad dwudziestu egzorcyzmach w ciągu ostatnich dziesięciu lat, nabrałem najwyższego szacunku dla tego świętego sługi Bożego. Jeśli kiedykolwiek będzie potrzebował, żebym wraz z nim zszedł do piekielnej otchłani, pójdę za nim bez wahania.
W większości głównych religii istnieją obrzędy wypędzania złych duchów. Rzymski obrządek egzorcyzmu swymi początkami sięga niemal czterystu lat wstecz. Wiele lat temu katoliccy księża otrzymali święcenia mniejsze, stając się egzorcystami i za zgodą biskupów ze swoich diecezji mogli wykonywać czynności związane z tą funkcją. Dziś duży problem stanowi fakt, iż wielu księży, duchownych innych wyznań, a nawet biskupów Kościoła katolickiego nie wierzy w diabła, mimo że sam Jezus dokonywał egzorcyzmów. Kiedy pewien znajomy ksiądz opowiadał o szatanie w jednym ze swoich kazań, czuł się zmuszony powiedzieć swojej kongregacji: "Diabeł naprawdę istnieje. Przepraszam, moi drodzy". Oboje z żoną wyglądaliśmy, jakbyśmy mieli wyskoczyć z ławek. Gdybym to ja stał przy kazalnicy, nie przepraszałbym, że muszę ludziom powiedzieć, że diabeł jest realnym bytem. Na własne oczy widziałem szatańskie dzieło jego armii demonów.
Ludzie, którzy proszą Joego i mnie o pomoc, najczęściej również nie wierzyli w diabła - do czasu, gdy dziwne, niedające się wytłumaczyć niczym innym zdarzenia nie zmieniły ich życia w koszmar. Ponieważ w żaden sposób się nie ogłaszamy ani nie rozpowiadamy o naszej Pracy, ludzie zwykle trafiają do nas z polecenia. Obaj wierzymy, że jeśli Bóg chce, aby ludzie otrzymali pomoc, to dopilnuje, aby ją otrzymali - od nas albo od kogoś innego. Szukanie pomocy u demonologa rzadko jest pierwszym, co przychodzi do głowy zrozpaczonym rodzinom, które do nas trafiają. Przeważnie jesteśmy dla nich ostatnią deską ratunku po tym, jak wyczerpali wszelkie możliwości racjonalnego wyjaśnienia przerażających zjawisk, których doświadczają, i nierzadko zaczynają podejrzewać, że mogą tracić rozum. W chwili, gdy wykręcają numer Joego bądź mój, są na krawędzi obłędu i nie mają już do kogo się zwrócić. Albo zostali do nas skierowani przez któregoś z naszych licznych znajomych księży - jak to miało miejsce w Halloween 1991 roku.
***
Po telefonie od ojca Hayesa postanowiliśmy z Joem odwiedzić rodzinę Villanova 2 listopada. W katolickim kalendarzu liturgicznym jest do Dzień Zaduszny, w którym księża odprawiają Oficjum Zmarłych, a wierni modlą się o łaskę dla dusz cierpiących w czyśćcu. Ponieważ nie mieliśmy pojęcia, z czym przyjdzie nam się zmierzyć, popełniliśmy parę potencjalnie niebezpiecznych błędów. Po pierwsze, poproszono nas jedynie o nagranie kamerą wideo wywiadu, który miał ocenić egzorcysta, i zapewniono, że później dołączy do nas ksiądz z pobliskiej parafii. Dlatego weszliśmy do domu sami, bez towarzyszącej nam zwykle ekipy śledczych. I ponieważ nie zakładaliśmy, że jakiekolwiek obrzędy religijne będziemy wykonywać sami, zabraliśmy ze sobą jedynie odrobinę wody święconej i innych sakramentaliów. Patrząc wstecz, przypominało to patrolowanie niebezpiecznej okolicy z tylko jedną kulą w broni.
Na szczęście - jak się potem okazało - miałem przy sobie moją najpotężniejszą broń, drzazgę z Krzyża Prawdziwego.
Zaparkowaliśmy przed skromnym, dwurodzinnym domem Dominicka Villanovy w Yonkers i od razu rzuciło mi się w oczy, że kawałek dalej na tej samej ulicy stała kaplica katolicka. Ed Warren, znany demonolog, z którym miałem okazję pracować, mawiał, że diabeł chętnie działa w cieniu kościoła i wielokrotnie przekonałem się, że Ed ma rację. Zdumiewające, jak często nawiedzane domy znajdują się w zasięgu wzroku od miejsc kultu. Nie wyciągajcie jednak pochopnych wniosków: to, że w pobliżu waszego domu znajduje się kościół, nie czyni was automatycznie potencjalnym celem ataku szatana. Mnóstwo ludzi mieszka w pobliżu ośrodków religijnych i nigdy nie spotyka się z tym problemem. Lecz jeśli coś innego - klątwa albo satanistyczne obrzędy - skieruje moce piekła w waszą stronę, to obecność miejsca świętego w najbliższym otoczeniu może nasilać nienawiść i wściekłość nękającego was ducha.
Choć sztywno trzymam się zasady, aby nie przywiązywać się emocjonalnie do osób, którym pomagam, niemal się rozkleiłem, widząc w drzwiach Dominicka z jego pięcioletnim synkiem przy boku. Pierwsze, co mnie uderzyło, to przerażenie w oczach dziecka. Chłopiec patrzył na mnie tym mętnym, oszołomionym wzrokiem, które miewają dzieci, kiedy z krzykiem budzą się z koszmaru. Tyle, że to dziecko się nie obudziło, widok znanych, bezpiecznych kształtów wokół nie ukoi jego lęku ani nie pozwoli znaleźć spokoju w ramionach matki czy ojca. Patrząc na jego chudą postać o zaskakująco dużych stopach, pomyślałem: ten dzieciak powinien ganiać z kolegami i grać w piłkę, zamiast odchodzić od zmysłów ze zgrozy we własnym domu!
Jego ojciec również miał twarz zastygłą w przerażeniu. Miał około czterdziestu pięciu lat, był wysoki, łysy i nosił grube okulary. Cała jego zgarbiona postać wyrażała rezygnację - przypominał mi broczącego krwią boksera, który na chwiejnych nogach próbuje utrzymać się w ringu, czekając już tylko na następny cios. Jego bezsilność i strach budziły współczucie. Jako mężczyzna mogę tylko próbować sobie wyobrazić, jak musiał się czuć, gdy jego rodzina padła ofiarą nienazwanego, bezcielesnego zła, wobec którego on sam był całkowicie bezsilny.
Zaprowadził nas do salonu, który wyglądał jak obóz uchodźców. W środku tłoczyli się smutni, posępni ludzie, wyglądający na chorych i wycieńczonych, a pod ścianami piętrzyły się ubrania i zwinięte materace. "Czyżby cała rodzina spała w tym jednym pokoju?". Widziałem już podobne sceny w domach, w których zjawiska paranormalne były tak przerażające, że ludzie w końcu przestawali funkcjonować jako jednostki i nigdzie, nawet do łazienki, nie odważali się chodzić w pojedynkę. Dom powinien być bezpieczną przystanią, w której człowiek może odpocząć po ciężkim dniu, miejscem spokojnym, w którym wszyscy czują się swobodnie. Ewidentnie żadne z pomieszczeń w tym domu nie pełniło już podobnej roli. I, jak się miałem wkrótce przekonać, w piwnicy czaił się szczególny rodzaj strachu.
- Przepraszam za bałagan - powiedział Dominick. Szukając przez chwilę słów na wyrażenie tego, co niewyrażalne, dodał - ostatnio mieliśmy tu sporo... problemów.
Odwiedzamy tych ludzi, jako osoby zupełnie obce, dlatego tak ważne jest nawiązanie porozumienia i zbudowanie zaufania. Wiedząc o tym, Joe przejął kontrolę nad rozmową w przyjacielski, lecz rzeczowy sposób. To znacznie lepsze, niż pozwolić ojcu rodziny na chaotyczne relacjonowanie ostatnich wydarzeń. Wieloletnie doświadczenie w badaniach z wariografem nauczyło Joego doskonale odczytywać ludzkie zachowania, hamować w ludziach ulotne emocje i docierać do sedna sprawy.
- Panie Villanova, nazywam się Joe Forrester, a to mój partner, Ralph Sarchie. Jak pan wie, jesteśmy tu na prośbę ojca Hayesa i mamy zbadać istotę problemów, które pana dotykają. Zgodził się pan tu z nami spotkać i został pan poinformowany, że swoje usługi świadczymy bezpłatnie.
- Proszę mi mówić Dominick - powiedział już znacznie spokojniejszym tonem. Następnie przedstawił nam swoją żonę, Gabby, kobietę tuż po czterdziestce o uderzającej urodzie. Miała gęste czarne włosy z białymi pasmami po obu stronach twarzy, a jej rysy były tak wyraziste, że przypominała profil wybity na awersie monety. Nadwaga nie przeszkadzała jej ubierać się dość ekstrawagancko - miała na sobie sukienkę z wściekle czerwonego materiału w kolorowe ptaki, a na każdym nadgarstku pobrzękiwało mnóstwo wielkich, srebrnych bransoletek. W dawnych, bardziej radosnych czasach, była pewnie gwiazdą każdej imprezy, lecz teraz, pomimo krzykliwego stroju, wydawała się bardzo spięta i drżącą ręką odpalała jednego papierosa od drugiego. Zanim zaprosiliśmy oboje rodziców, czwórkę ich dzieci i troje przyjaciół, którzy zebrali się, by podzielić się swoimi opowieściami, każdemu z nich wręczyliśmy medalik ze świętym Benedyktem, prosząc, by je sobie zawiesili na szyi. Święty Benedykt dokonał wielu cudów i miał ogromną moc zwalczania demonów.
Gdy nakładałem medalik DJ-owi (Dominickowi Juniorowi), chłopcu, którego poznałem w drzwiach, stało się coś bardzo dziwnego. Po zaledwie kilku sekundach medalik spadł na podłogę, mimo że rzemyk, na którym był zawieszony, był cały. Dokładnie go obejrzałem i ponownie włożyłem chłopcu na szyję. I medalik znowu upadł na ziemię, i to samo powtórzyło się po raz trzeci. "To musi być wyjątkowo bezczelny demon, skoro tak sobie poczyna z medalikiem, który na moich oczach pobłogosławił sam biskup". Większość złych duchów tchórzliwie ucieka przed wodą święconą, świętymi medalikami i relikwiami. Tylko najpotężniejsze z szatańskich mocy, prawdziwe diabły są w stanie dotykać przedmiotów poświęconych.
Podczas rozmowy stopniowo docierało do nas, z jak groźnym demonem mieliśmy do czynienia. Początkowo atakował z ukrycia, pojawiając się któregoś jesiennego wieczoru w swoistym piekielnym przebraniu halloweenowym w sypialni Gabby i Dominicka:
- W pokoju nagle zrobiło się bardzo zimno, mimo że noc była ciepła - powiedziała Gabby, mocno gestykulując i pobrzękując bransoletkami. - W kącie zobaczyłam biały dym, a z niego wyłoniła się kobieta. Widziałam ją tylko od pasa w górę. Nie odrywając od niej wzroku, zawołałam koleżankę i męża, którzy wbiegli do pokoju: "Widzicie ją?". Lecz oni powiedzieli, że niczego nie widzą. Zjawa powiedziała, że nazywa się Virginia Taylor. Nic więcej nie pamiętam.
Lecz Dominick zapamiętał nieco więcej:
- Przez jakieś trzy minuty moja żona znajdowała się w transie i w tym czasie Virginia przemawiała przez nią: "Żadnej krzywdy, żadnego strachu" - powiedziała - czyli, że nie powinniśmy się bać. "Chcę tylko prosić was o pomoc" - powiedziała, lecz nie wyjaśniła, dlaczego potrzebowała pomocy. Potrząsałem Gabby, aż się obudziła, a ostatnie, co powiedziała, zanim w pełni doszła do siebie, to: "Pomoc, rodzice".
Mimo, że to, co mówiła "Virginia", miało nas uspokoić, Joe i ja już wiedzieliśmy, kim naprawdę była zjawa - demonem, który posługiwał się aliasem. W swej maskaradzie popełnił jednak błąd, dzięki któremu wiedzieliśmy, że ta niby-ludzka dusza dosłownie zionęła piekielnym dymem - zjawa ukazała się jako kobieta tylko od pasa w górę. To typowe dla demonów - gdy chcą się pokazać jako istoty ludzkie, w ich wyglądzie zawsze występuje jakaś anomalia.
Inną cechą zdradzającą, że mamy do czynienia z wysłannikiem sił piekielnych, było zastosowanie zasady "dziel i rządź". Ukazując się tylko jednej osobie, demon zasiał ziarno niepewności, dezorientował spanikowaną Gabby i sprawił, że niedowierzała już własnym zmysłom. "Czy to się dzieje naprawdę, czy tylko to sobie wyobrażam?" - zadają sobie pytanie ludzie w takich wypadkach. Często obawiają się opowiedzieć znajomym bądź rodzinie o tym, co ich spotkało, bojąc się, że inni pomyślą, że stracili rozum. Wolą zamknąć się w sobie, przez co czują się coraz bardziej samotni w swej dziwacznej, pokrętnej męce. Naturalnie o to właśnie chodzi demonowi - zwątpienie w siebie i cierpienie emocjonalne niszczą w człowieku, który padł ich ofiarą, wolę walki, pozwalając demonowi posiąść jego duszę.
Jak dotąd wszystko, co usłyszeliśmy, było typowym sposobem postępowania sił nieczystych - w tej sprawie nastąpił jednak pewien niespodziewany zwrot. Duch szatański, zamiast stopniowo przełamywać opór Gabby, atakując ją coraz bardziej niepokojącymi sztuczkami, co na ogół stanowi pierwszy etap działalności diabła i polega na straszeniu ofiary stukaniem w środku nocy, dziwnymi telefonami czy wyciem zwierząt - najwyraźniej postanowił z miejsca przystąpić do prześladowania z całą swoją niszczycielską mocą. Prześladowanie to drugi etap działalności diabła i polega na przerażających atakach na umysł i ciało ofiary. To, jak demon zachowywał się w sypialni Gabby, przypominało mi trochę niektóre z wezwań, które otrzymywałem w policji, gdzie ludzie dosłownie stawali się więźniami w swoim domu po tym, jak przyjęli kogoś pod swój dach na pewien, niezbyt długi czas, a ich gość ostatecznie przejmował kontrolę nad całym domem.
Ten "gość" był początkowo nadzwyczaj uroczy. Według relacji Gabby duch wkrótce powrócił w środku dnia, kiedy akurat była w piwnicy.
- Coś kazało mi spojrzeć na duże lustro, które tam wisi, a w nim zobaczyłam Virginię - opowiadała. - I znów do mnie przemówiła: "Rodzice, pomoc", a potem opowiedziała, że skończyła właśnie naukę za granicą i przyjechała tu do swoich rodziców. Posługując się dziwnym, staroświeckim językiem, zapytała: "Jakież to może być miejsce?", a po chwili, rozejrzawszy się wokół i zmierzywszy mnie wzrokiem, zapytała: "Czy taki strój uchodzi za obyczajny?". Wyjaśniłam jej, że tak się ubieramy w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, ale ona upierała się, że jest rok 1901. Ani trochę się jej nie bałam i długo wtedy rozmawiałyśmy.
Byliśmy z Joe pod wrażeniem tego, jak sprytnie zły duch z wolna snuł swą opowieść niczym pająk, który przygotowuje sieć dla niczego niepodejrzewającej zdobyczy. Demon bez trudu uśpił czujność Gabby - gospodyni domowej z przedmieść - wciągając ją w kobiece rozmowy o trendach w modzie i o tym, jak to jest być młodym i właśnie skończyć naukę; ta przebiegła strategia wskazuje, że mamy do czynienia z duchem wyjątkowo wyrafinowanym. W relacji Gabby rzuciło mi się w oczy również to, jak demon w niemal niedostrzegalny sposób próbował wymóc na niej matczyne współczucie: ów niby-duch w jakiś sposób utracił kontakt z rodzicami i teraz próbuje ich odnaleźć.
Gabby była zafascynowana Virginią i z niecierpliwością czekała na kolejne odcinki porywającej opery mydlanej, którą karmiła ją zjawa. Jednocześnie intuicja zaczęła już ostrzegać ją przed prawdziwą naturą nowej znajomości.
- Za trzecim razem również odwiedziła mnie w piwnicy. Poczułam jej obecność i powiedziałam: "Jeśli zechcesz przemówić, nie wstępuj we mnie. Ja powtórzę każde twoje słowo". Zignorowała moją prośbę i od razu we mnie wniknęła. Będąc we mnie, powtarzała w kółko, jąkając się: "Rodzice, pomoc".
Choć Gabby nie zdawała sobie w pełni sprawy z tego, co się z nią dzieje - a jej obawy były regularnie usypiane przez powtarzane przez zjawę zapewnienia: "żadna krzywda i żaden lęk" - gdzieś w środku czuła, że jej umysł i ciało są w stanie oblężenia. Instynktownie opierała się wnikaniu ducha do jej ciała - lecz nie robiła tego dość stanowczo. Demon nie zważa na ludzkie prośby, błagania czy nawet rozkazy, by opuścić ciało swojej ofiary - chyba że rozkazuje mu się w imię Jezusa Chrystusa.
Choć miała złe przeczucia względem ducha, który narzucał jej się wbrew jej woli, głos zjawy wydawał się Gabby tak pociągający, że mimowolnie się w niego wsłuchiwała. Tymczasem fałszywy duch, wyczuwając najwyraźniej, że najwyższa pora podkręcić tempo, wrócił z teatralnym rozmachem w chwili, gdy Gabby rozmawiała z inną mieszkanką domu, Ruth.
Ruth była kobietą w średnim wieku i niedawno wprowadziła się do domu razem ze swoim dwudziestopięcioletnim synem, Carlem, który niedawno zaręczył się z najstarszą córką rodziny Villanova, Lucianą. Obie matki siedziały w sypialni przyszłej panny młodej, omawiając zbliżające się wesele, kiedy duch przyszedł, by opowiedzieć o swej chwytającej za serce tragedii.
Tym razem zjawa nie bawiła się już w żadne fizyczne akcesoria dla podkreślenia swojej obecności, jak dym czy zwierciadło, lecz od razu zawładnęła umysłem Gabby i porozumiewała się z nią telepatycznie, a Gabby głośno jej odpowiadała.
- Virginia szlochała histerycznie, a ja w kółko próbowałam się dowiedzieć, co się stało. W końcu powiedziała, że została zamordowana w dniu swojego ślubu! O zbrodnię niesłusznie oskarżono jej narzeczonego, który z rozpaczy popełnił samobójstwo w więziennej celi. Dopiero po jego śmierci zorientowano się, że aresztowano niewłaściwego człowieka. Zapytałam Virginię, kto w takim razie ją zabił, lecz ona powiedziała tylko: "Nie wolno zdradzić".
Wirtuozi kanciarstwa, których zdarzyło mi się aresztować, nie byli nawet w połowie tak sprytni jak ta zjawa - i pewnie dlatego są dziś w więzieniu. Pamiętam gościa, który podając się za policjanta, próbował wyłudzić od pewnej kobiety kilka tysięcy dolarów. Radość ze zwycięstwa zmieniła się w gorycz porażki, gdy kobieta już miała mu wręczyć pieniądze, lecz w ostatniej chwili się rozmyśliła. Draniowi puściły nerwy. Uderzył ją i porwał łup - miał pecha, bo właśnie w tym momencie mijałem ich w drodze do pracy. Półautomatem kalibru dziewięć dość szybko przekonałem go do zaniechania napaści, oddania gotówki i podsunięcia mi nadgarstków, bym mógł nałożyć na nie kajdanki. Chciałbym, aby walka z demonami była tak prosta.
To zdumiewające, lecz Gabby nie zauważyła zbieżności opowieści zjawy ze swoim własnym życiem. Często zresztą ze zdziwieniem odkrywam, jak doskonale złe moce potrafią wykorzystać dobroduszność człowieka. Można by pomyśleć, że ludzie powinni być bardziej sceptyczni wobec istoty nadprzyrodzonej, która się zjawia w chmurze dymu akurat, gdy oni planują wesele swojej córki, i ogłasza, że jest - tadam! - duchem zamordowanej przyszłej panny młodej! Ale tak już jest, że demony doskonale znają ludzką psychikę - i posiadają informacje o faktycznych wydarzeniach - dlatego dokładnie wiedzą, które guziki wciskać, aby zjednać sobie ludzkie serca i umysły.
W tym wypadku najwyraźniej wątek z weselem, które miało dramatyczny finał, okazał się strzałem w dziesiątkę - zarówno matka przyszłego pana młodego, jak i Gabby dosłownie zalały się łzami, słysząc tragiczną opowieść Virginii. Ruth szczególnie wstrząsnęło samobójstwo niesłusznie oskarżonego chłopaka. Jeden z jej krewnych również został kiedyś aresztowany i spędził krótki czas w więzieniu za przestępstwo, którego nie popełnił. Wkrótce niemal wszyscy domownicy byli bez reszty zafascynowani opowieścią ducha i nie mogli się doczekać, aż usłyszą, co dalej. Tylko Dominick widział w tym wszystkim coś złowieszczego. Na co dzień pracował w księgowości, był pragmatykiem i miał poczucie, że mnóstwo z tego, co słyszy, po prostu nie trzyma się kupy.
- Mimo, że żona w ogóle nie wyglądała na przerażoną, ja zdecydowanie byłem. Absolutnie mi się nie podobało to, co się działo! Virginia przychodziła do mojej żony coraz częściej i zaczynałem mieć wrażenie, że zjawa ją tak jakby... posiadła, jeśli tak to można nazwać.
Spojrzał na nas speszonym wzrokiem chłopca, który wywołany do tablicy powiedział coś niewiarygodnie głupiego i za chwilę zostanie wyśmiany przez całą klasę.
- Co masz na myśli, mówiąc "posiadła" - zapytał Joe tonem celowo możliwe najbardziej obojętnym. Ponieważ obaj wywodziliśmy się ze służb porządkowych, uczono nas, aby nie kierować zeznaniami świadków ani nie podsuwać im żadnych wyjaśnień, gdy dochodzenie jest na etapie zdobywania informacji.
- No... dosłownie: duch wnikał w moją żonę i próbował mówić jej ustami - wytłumaczył. - Często na przykład się jąkała, choć normalnie się jej to nie zdarza. Albo bełkotała tak, że nie mogliśmy zrozumieć ani słowa. Podczas tych transów - czy jak to się nazywa - stawała się sztywna jak deska. Była całkowicie nieobecna, ale gdy zapalałem światło albo wołałem ją po imieniu, Virginia zwykle opuszczała jej ciało. Czasem musiałem nią potrząsnąć, a nawet uderzyć ją w twarz, żeby się obudziła. Duch mówił: "żadnej krzywdy, żadnego strachu", ale kiedy widziałem moją żonę w takim stanie - zesztywniałą, mamroczącą i niemającą pojęcia, co się z nią dzieje - czułem, że to coś wyrządza nam krzywdę i że mamy wszelkie powody się bać.
Był to kolejny dowód prześladowania - intensywna kampania strachu, którą demon toruje sobie drogę do swojego ostatecznego celu: zawładnięcia ofiarą i jej opętania. I choć w krótkich okresach dochodziło już do nawiedzenia, demon nie złamał jeszcze Gabby na tyle, aby w pełni nią zawładnąć. Nie podejrzewając, w jak wielkim są niebezpieczeństwie, Gabby i jej liczna rodzina ignorowała złe przeczucia Dominicka. Jak można się domyśleć, prowadziło to do coraz częstszych kłótni i wrogości pomiędzy małżonkami, co oczywiście było zgodne z intencjami demona. Każdego wieczora Dominick - kochający porządek księgowy - zastawał po pracy dom w nieładzie i pustą lodówkę, ponieważ jego żona i Ruth całymi dniami przesiadywały w bibliotece i próbowały rozwiązywać tajemnicze zagadki, o których opowiadała im zjawa. Również Joe i ja wyczuwaliśmy istniejące między małżonkami napięcie, kiedy siedząc u nich, zauważyliśmy, że często sobie przerywają albo prostują nieistotne szczegóły opisywanych wydarzeń.
Tymczasem dla obu matek opowieść zjawy była wspaniałą odskocznią od codziennego domowego kieratu i beztroską zabawą w detektywów. Virginia podsycała jeszcze entuzjazm kobiet, opowiadając, że jej rodzice - Nathaniel i Sarah - zniknęli w tajemniczych okolicznościach niedługo po samobójstwie narzeczonego. "Mam obawy, że i oni mogli zostać zabici - wyznała ze łzami w oczach - gdybym tylko wiedziała, jaki los ich spotkał, być może wtedy wreszcie mogłabym spocząć w spokoju". Niemal codziennie duch podsuwał kobietom nowe wskazówki, które rzekomo miały je naprowadzić na trop jej rodziców: przyjechali do Ameryki mniej więcej na początku wieku, z jakiegoś nieokreślonego kraju w Europie, i zamieszkali ze swoimi kuzynami - rodziną Clarke'ów, a Virginia została w ojczyźnie, by tam skończyć szkołę.
Aby zaostrzyć ciekawość Gabby i Ruth i wzbudzić w nich jeszcze większe współczucie, Virginia, szlochając, zdradziła kilka nowych szczegółów, które poruszyłyby serce każdej matki. Otóż Clarke'ów również dotknęła tragedia - ich syn przyszedł na świat martwy. Nie mogąc mieć więcej dzieci, adoptowali synka, Olivera, który potem zakochał się w Virginii i poprosił ją o rękę.
Joe, nieco już zniecierpliwiony zawiłościami szatańskiego przekrętu, przerwał Gabby pytaniem o meritum:
- I co? Czy historia opowiedziana przez zjawę się potwierdziła?
- Niezupełnie - odparła Gabby. - Przejrzałyśmy stare gazety, książki telefoniczne i księgi w urzędzie miasta. Nigdzie nie znalazłyśmy ani słowa o Virginii, ani o jej rodzicach. Tylko jakieś wzmianki o rodzinie, u której się zatrzymali. Wygląda na to, że ci Clarke'owie kiedyś posiadali ziemię w tej okolicy, ale nie było żadnych informacji, aby mieli syna o imieniu Oliver.
Choć ciemne moce dokładnie znają wydarzenia z przeszłości, a życie ludzi, którzy odeszli, mogą oglądać jak film na wideo, kłamliwe bestie zawsze mieszają fakty z obłudną, szyderczą fikcją w dokładnie takich proporcjach, żeby uzależnić swoje ofiary od opowieści, którą im serwują. Gabby i Ruth udało się potwierdzić tylko to, że ktoś o bardzo przecież popularnym nazwisku Clarke mieszkał kiedyś w Westchester. A gdyby spędziły w bibliotece jeszcze więcej czasu, niewątpliwie znalazłyby również niejakiego Taylora.
To, że nigdzie nie było nawet wzmianki o tragedii, która przecież musiałaby trafić na pierwsze strony gazet - panna młoda zamordowana w dniu ślubu, a pan młody aresztowany! - nie zachwiało wiary, z jaką cała rodzina chłonęła snutą przez Virginię opowieść. Zjawa wkrótce postawiła przed nimi jeszcze jedną zagadkę do rozwiązania:
- Chciała, abyśmy znalazły grób jej narzeczonego - powiedziała Gabby. - Po jego śmierci całą sprawę zamieciono pod dywan i nikt nie wiedział, gdzie go pochowano.
Tu wtrącił się Dominick:
- Doprowadziła moją żonę do łez. Gabby czuła, że zawiodła Virginię, ponieważ nie dowiedziała się niczego o losie jej rodziców, a teraz duch płaczliwym głosem mówił o grobie narzeczonego, który nie wiadomo gdzie się znajduje.
Również tym razem mara podsunęła kobietom wskazówkę: ciało pochowano prawdopodobnie na cmentarzu Sleepy Hollow. Ponieważ następny dzień był dniem wolnym od szkoły, Gabby, Ruth i piątka ich dzieci wsiadły w samochód i pojechały na piękny, stary cmentarz w North Tarrytown, gdzie spoczywa Washington Irving i jego przyjaciele, którzy byli pierwowzorami postaci z Legendy o Sennej Kotlinie. Po wielu godzinach bezowocnej wędrówki pomiędzy współczesnymi i dawnymi nagrobkami obie wymęczone rodziny dały za wygraną i postanowiły wracać do domu.
Gdy całą grupą zbliżały się do kościoła znajdującego się przy cmentarzu, Gabby wpadła w trans.
- Coś mną szarpało i zaciągnęło mnie ścieżką z powrotem na cmentarz. Zatrzymałam się przy nagrobku z inskrypcją: "Catherine Clarke, 1859-1926". Virginia była ogromnie wzruszona i powiedziała, że znalazłyśmy matkę Olivera. Obok stał jeszcze jeden, mniejszy nagrobek, lecz był tak zniszczony, że nie mogłam odczytać wypisanego na nim imienia. Może to był grób Olivera? Virginia nic nie powiedziała.
Ten diabeł naprawdę zaczął mnie intrygować. Wyprawa na cmentarz była posunięciem wprost genialnym: ponieważ duch zaciągnął Gabby na grób w pobliżu kościoła, wszyscy logicznie uznali, że mają do czynienia z życzliwym, chrześcijańskim duchem. To całkowicie uśpiło ich czujność, a tymczasem znajdowali się w ulubionym miejscu łowów diabła!
Gabby przestała opierać się duchowi i wręcz pozwoliła, by zjawa w nią wnikała, aby w ten sposób domownicy mogli poznać dalszy ciąg jej historii.
- Moja najstarsza córka poszła do towarzystwa historycznego i znalazła tam stare mapy Westchester. Rozłożyłam je na naszym stole, wzięłam ołówek i poprosiłam Virginię, żeby mi wskazała, gdzie mieszkała. Ręka zaczęła mi się trząść z lewej na prawą, a na koniec coś przesunęło ją w określone miejsce. Ołówkiem napisała literę, którą uznaliśmy za "M" bądź "W".
Wszystko to pasowało do znanego nam diabelskiego modus operandi. Działalność demonów to odwrotność świętości, ale nie tylko - diabły również piszą wspak, dlatego ich pismo trzeba czytać z lusterkiem, albo dołem do góry. Ich pismo często jest nierówne, jakby ktoś praworęczny pisał lewą ręką. Dziwne słowa, czasem obsceniczne, profanujące Boga, albo zwroty w tajemniczych, słabo znanych językach to również znaki rozpoznawcze nękania przez siły zła. Tu diabeł celowo posłużył się nieskładną bazgraniną, która była tym samym co puszczanie dymu i miała jeszcze bardziej zdezorientować Gabby.
Kobieta, która była nadal wyraźnie zafascynowana Virignią, zaproponowała Joemu, by obejrzał mapę i sam spróbował odgadnąć ukryte znaczenie pozostawionego przez demona znaku. Joe potrząsnął jednak głową - nie przyjechał tu po to, by rozszyfrowywać diabelskie komunikaty ani przysparzać złym mocom, które opanowały ten dom, jakiejkolwiek niepotrzebnej sławy.
Nadszedł czas, by wyjaśnić tym ludziom, z czym mają do czynienia.
- Gabby, wyjaśnijmy sobie jedno. Nie będziemy już nazywać tego ducha Virginią, ponieważ on nie zasługuje na ludzkie imię. To nie jest ludzki duch ani zjawa - to demon.
Joe wyjaśnił naturę takich duchów, a potem zaczął demaskować opowieść diabła.
- Historia z weselem to bujda, za pomocą której demon wzbudził w tobie współczucie i wkroczył psychicznie do waszego życia. Od tej chwili, mówiąc o wszystkim, co zrobił duch, będziemy mówić, że zrobił to demon.
Łagodna i nieco otępiała twarz Dominicka wyraźnie się ożywiła i przybrała wyraz triumfu, który niemal krzyczał: "A nie mówiłem!".
Gabby zresztą również nie trzeba było długo przekonywać. Ze szczegółami opisała, co demon zrobił w Halloween, zaraz po tym, jak Dominick zadzwonił do księdza, ojca Williamsa, z prośbą o pomoc.
- Virginia - to znaczy demon - powiedział mi, że nie jest zły.
Kiedy do sprawy włączono księdza, demon wiedział już, że jest kwestią czasu, kiedy zostanie ujawniona jego prawdziwa natura. Dlatego wydarzenia nabrały tempa.
Jeszcze tego samego dnia duch próbował zwabić Gabby do swojej siedziby w piwnicy. Gabby dodała:
- Zapewniła, że nie zrobi mi krzywdy. Gdy jednak nadal nie chciałam zejść na dół, powiedziała: miałam już do czynienia z ojcem Hayesem i tym razem to ja będę górą!
Nawet Gabby przyznała, że zabrzmiało to co najmniej złowieszczo, kiedy duch najpierw twierdzi, że nie chce nikogo skrzywdzić - i że ma wyłącznie pokojowe zamiary - a po chwili ostrzega, że gotów jest walczyć z posłańcem Bożym. Jeszcze dziwniejsze było jednak nazwisko księdza, o którym mówił duch. Nie był to ksiądz, z którym kontaktował się Dominick, lecz egzorcysta z innego stanu, który został powiadomiony, lecz rodzina Villanova jeszcze o tym nie wiedziała.
Jąkając się i bełkocząc, demon wygłosił swe ostateczne ultimatum: "Ś-ś-święci nie mogą wejść!".
Powinienem był odczytać to ostrzeżenie, lecz go nie odczytałem. Widząc, że Joe nie potrzebuje mojej pomocy przy wywiadzie z członkami rodziny, postanowiłem zrobić to, co zawsze: przejść się po domu i poczuć, jakie wrażenie robi na mnie to miejsce. Wiele mogę powiedzieć o mieszkańcach, kiedy trochę się rozejrzę po miejscu, w którym żyją. Szukam rzeczy, które mogłyby wskazywać na zainteresowanie czarną magią, patrzę, jakie przedmioty religijne mają w domu, jakie książki czytają jego mieszkańcy, szukam oznak używania narkotyków, czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na styl życia odbiegający od ideału. Jeśli znajdę coś, co mnie zaniepokoi, to później pytam o to członków rodziny.
Podczas oględzin domu czasem potrafię wyczuć wibracje wokół sytuacji, jaka w nim panuje. Nie jestem jasnowidzem, więc nie mogę w stu procentach polegać na swojej intuicji, lecz każdy człowiek od urodzenia posiada w jakimś stopniu szósty zmysł - jako dar od Boga. W tym przypadku moim wielkim błędem było chodzenie po domu w pojedynkę. Zacząłem od góry, gdzie niedawno zwolniło się mieszkanie, które normalnie rodzina wynajmowała. Kiedy wszedłem do środka, gałka w drzwiach jednego z pokoi zaczęła się trząść. Zetknąłem się już z podobnymi tanimi sztuczkami demonów, więc zapamiętałem sobie te drzwi i postanowiłem uważniej się im przyjrzeć.
W pomieszczeniach panował nienaturalny mrok. Kiedy zapaliłem światło, zrozumiałem dlaczego: wszystko pomalowano na głęboką, intensywną czerń. Nawet okna były zamalowane tak szczelnie, że żaden promień światła nie przenikał do środka. Przeszukałem pokój, lecz poprzedni lokator nie zostawił po sobie absolutnie nic. A szkoda - chętnie bym sobie obejrzał rzeczy tego jegomościa, ponieważ byłem gotów założyć się o następną wypłatę, że ten człowiek - kimkolwiek był - na pewno nie spędzał wolnego czasu na modlitwie różańcowej. Pomyślałem, że koniecznie muszę wypytać rodzinę o ich byłego lokatora.
W mieszkaniu na pierwszym piętrze, które zajmowała rodzina Villanova, w sypialni Gabby i Dominicka nie znalazłem niczego niezwykłego, podobnie w pokojach trójki ich młodszych dzieci. W pokoju przyszłej panny młodej zobaczyłem nieskończenie jasną, lśniącą kulę światła, która ze świstem przemknęła obok mnie i zniknęła na końcu korytarza. Widziałem już coś podobnego, kiedy pracowałem nad inną sprawą, dlatego nieszczególnie się przestraszyłem. Wróciłem do salonu, by zapytać rodzinę, czy ktokolwiek z nich także zetknął się z tym dziwnym zjawiskiem.
Moje pytanie wzbudziło poruszenie:
- Tak, widziałam to światło - krzyknęła Luciana.
- Ja też - dodała Gabby. - Wydało mi się straszne.
Jeden po drugim pozostali członkowie rodziny opisali sytuacje, w których ukazała się im kula światła.
Tylko Dominick milczał. Wyglądał na rozżalonego. W końcu nie wytrzymał i przerwał rozmowę o kuli, mówiąc z wyrzutem:
- A ja tego nie widziałem! Jak to możliwe, że pan, panie Sarchie, może to zobaczyć, a ja nie? - Brzmiało to tak, jakby się poczuł autentycznie urażony, że jemu zły duch się nie pokazał.
- Proszę się tym nie martwić - powiedziałem. - Powinien pan raczej być wdzięczny, że pan tego nie widzi.
Niechętnie skinął głową, a ja wróciłem do oglądania reszty domu. Pozostałe pomieszczenia wyglądały zupełnie normalnie, choć w kuchni panował spory bałagan, a w zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Przyszła pora obejrzeć dół. W pierwszej chwili, gdy wszedłem do piwnicy, nie poczułem w niej obecności złego ducha. Gdy jednak skierowałem się w stronę składziku, do którego prowadziły podwójne drzwi, z odległości pięciu metrów mogłem wyczuć siły ciemności. To uczucie było tak silne, że zastygłem z przerażenia. Pracowałem w policji na tyle długo, że strach nie był mi obcy, zwykle w takich sytuacjach reagowałem agresją - nauczyłem się tak reagować. W tamtej piwnicy natomiast stało się inaczej - nie byłem w stanie oderwać wzroku od podwójnych drzwi, serce waliło mi jak oszalałe i nie potrafiłem złapać oddechu. Potem zaczęła mnie boleć głowa i nie był to zwykły ból głowy, lecz przeszywający ból w prawej skroni, który już wcześniej odczuwałem podczas innych dochodzeń albo w czasie egzorcyzmów.
W miarę jak nasilał się ból, który rozsadzał mi czaszkę, czułem coraz większe skurcze w żołądku i myślałem, że zwymiotuję. Nie odnotowałem żadnych zewnętrznych fizycznych oznak, że coś jest nie tak, jak być powinno - prócz piekielnego przerażenia i poczucia obecności zła absolutnego. Stałem jak sparaliżowany, nie mogąc poruszyć ustami, by cokolwiek powiedzieć, jedynie w myślach rozkazywałem demonowi, by w imię Jezusa Chrystusa opuścił to miejsce. I rzeczywiście - na chwilę rozluźnił żelazny uścisk wokół mego ciała akurat na tyle, że udało mi się sięgnąć do kieszeni po butelkę wody święconej. Rzuciłem nią w drzwi i mogłem już wycofać się w kierunku schodów - wciąż nie mając odwagi oderwać wzroku od tych przeklętych drzwi.
Gdy znalazłem się w salonie, gdzie wszyscy siedzieli, ból i mdłości minęły całkowicie. Wziąłem Joe na stronę i powiedziałem, co zaszło przed chwilą.
- Ralph, myślę, że powinieneś to zobaczyć - powiedział, wręczając mi notatkę, którą "duch" podyktował Gabby poprzedniej nocy.
Na kartce widniało jedno zdanie: "Nieszczęście spotka tych, co na dole" i ostrzeżenie: "Strzeżcie się nocy!".
KIEDY W PIWNICY DEMON TRZYMAŁ MNIE w swych szponach, Joe odkrył nowy, niepokojący szczegół naszej sprawy. Dwa tygodnie po tym, jak demon rozpoczął swą grę oszustw i złudzeń, najstarsza córka Gabby, Luciana, padła ofiarą serii wyjątkowo okrutnych ataków. Choć była bardzo ładna, miała długie, falujące czarne włosy, oliwkową cerą, ogniste spojrzenie czarnych oczu i niewątpliwie mogłaby być ozdobą całej rodziny, to jej twarz była ponura, niemal wroga. Otaczała ją tak intensywna aura nieszczęścia, że miało się wrażenie, jakby spowijała ją gęsta, czarna mgła. Czuło się, że wystarczy jedno nieostrożne słowo, a zaatakuje i posypią się gromy.
Kiedy Joe grzecznie poprosił, by założyła medalik ze świętym Benedyktem, który położyła przed sobą na stole, odfuknęła z wściekłością:
- Nosiłam na szyi medalik z Matką Boską, ale dziś rano zniknął - i rozejrzała się po pokoju, jakby podejrzewała, że ktoś z rodziny ukradł go, gdy spała - a był z prawdziwego złota!
- Nie martw się - powiedział Joe pojednawczym tonem. - Demon mógł sprawić, że medalik zniknął, aby podburzyć cię przeciwko pozostałym członkom rodziny. Te duchy chcą, abyście skakali sobie do oczu. Może więc założysz ten drugi medalik?
- Rzemyk jest za długi - marudziła. Podała medalik Carlowi, który siedział za nią i wyglądał, jakby próbował chronić swoją wściekłą narzeczoną, a jednocześnie się jej bał. Mimo że miał dopiero dwadzieścia pięć lat, już miał duże zakola, przez co jego szerokie czoło i wielki, orli nos stawały się jeszcze bardziej wydatne. Cały był ubrany na czarno, a w lewym uchu miał złoty kolczyk. Wyjął z kieszeni szwajcarski scyzoryk i ostrożnie przyciął rzemyk.
- Coś ty zrobił?! Teraz jest za krótki!
Pod ostrzałem groźnego spojrzenia Luciany, Carl odciął nowy kawałek z motka, który ze sobą przywieźliśmy.
- Taki wystarczy?
Wyrwała mu medalik i nałożyła na głowę, uważając, by nie zahaczyć o gruby koński ogon.
- Chyba tak - przyznała niechętnie. Po czym dodała, jakby nagle zawstydził ją własny wybuch złości - przepraszam, zachowuję się jak zołza. Ale dziś w nocy spałam góra pół godziny.
- Nic się nie stało - pocieszał ją Joe. - Rozumiem, jak bardzo się martwisz i boisz. Opowiedz Ralphowi o problemach, które cię nękają.
Lucianie wyraźnie minęła złość i osunęła się ciężko w fotelu, jakby na swoich wątłych ramionach nosiła ogromny ciężar.
- Kilka tygodni temu, około drugiej w nocy, czytałam u siebie w pokoju. Siostra była na imprezie, dlatego wstałam, żeby zapalić jej światło w korytarzu, i wtedy szklanka z wodą, która stała koło łóżka, przeleciała tuż obok mojej głowy.
Był to pierwszy atak na jej osobę i Luciana swoim krzykiem postawiła na nogi cały dom. Po tym bała się spać sama, więc następną noc spędziła w pokoju siostry. W środku nocy, piętrowe łóżko, na którym spały dziewczęta, zaczęło się mocno trząść i skakać po podłodze. I znów ich krzyki obudziły domowników, lecz gdy wpadli do pokoju i zapalili światło, trzęsienie ustało.
To jedna z cech wyróżniających atak - pierwszy etap opętania przez siły nieczyste. To, co przeraża ofiarę, dzieje się w ciemności i ustaje, gdy zapala się światło. Typowa gra złudy, której celem jest wzbudzenie w ofierze strachu i niedowierzania, żeby sama siebie pytała: "Czy łóżko stukało naprawdę, czy tylko mi się to przyśniło? Czy to możliwe, że obie to sobie wyobraziłyśmy?". Choć zły dych początkowo działał potajemnie, z każdym dniem poczynał sobie śmielej. Atak szybko przeszedł w jawne prześladowanie: złe moce nie uciekały już po wciśnięciu kontaktu i zaczęły atakować również w biały dzień.
I za każdym razem na swą ofiarę demon wybierał tę samą osobę: Lucianę.
- Codziennie mam jakieś zadrapania - powiedziała. - Najczęściej są to szerokie, czerwone ślady wzdłuż ramion, które bardzo szybko znikają, czasem w ciągu kilku minut. Którejś nocy około drugiej nad ranem poczułam silny piekący ból na skórze, a gdy się obudziłam, na brzuchu miałam wydrapany pentagram. Innym razem ramię zaczęło mnie szczypać i palić, jakbym je włożyła w ogień. Kiedy spojrzałam w lustro, widniała na nim liczba szatana, 666, wypisana wielkimi czerwonymi cyframi.
Zagadką jest, dlaczego demon wybrał akurat Lucianę - obie jej nastoletnie siostry mówiły, że jest z nich wszystkich najsilniejsza; że jest dla nich kimś w rodzaju pięknej, pełnej energii i dość wojowniczej przywódczyni. Mimo to w mojej Pracy nieraz już się przekonałem, że nie da się określić reguły, według której diabeł wybiera na swoją ofiarę tego, a nie innego członka rodziny, poza tym, że ludzie są atakowani przez swoje słabości, zręcznie wykorzystywane przez diabła. Demony bardzo często koncentrują swoje ataki na dzieciach - jako dręczyciele uwielbiają nękać dzieci. Ta strategia jest okrutna, lecz nad wyraz skuteczna: skoro demon chce posiąść matkę, to czy istnieje lepszy sposób na złamanie jej ducha - i osłabienie oporu przed opętaniem - niż wyrządzenie krzywdy jej dziecku?
Choć demon mógł się uwziąć na którekolwiek z czwórki dzieci Gabby, ukułem teorię, dlaczego właśnie Luciana padła ofiarą przemocy. W tym, że siła nieczysta objawiła się rodzinie jako budząca litość zjawa kobiety zamordowanej w dniu swojego ślubu, była jakaś perwersyjna logika, ponieważ wzbudziła w Gabby większe współczucie właśnie dlatego, że jej własna córka - prawdziwa przyszła panna młoda - również doznała cierpienia.
Jeśli tak było, to plan się powiódł: Gabby od razu zapytała "Virginię", jakie jeszcze duchy znajdowały się w ich domu. I demon oczywiście miał gotową odpowiedź:
- Powiedziała, że w domu znajdują się dwa poltergeisty - opowiadała Gabby. - Jeden dobry, a drugi wyjątkowo złośliwy i groźny.
Joe się skrzywił - obaj nie znosiliśmy tego określenia, które stało się bardzo modne wśród ludzi zajmujących się parapsychologią - przynajmniej wśród tych, którzy wierzą w duchy. Przypadki ataków, prześladowania bądź faktycznego opętania przez demony tłumaczą jednym, zręcznym hasłem: "zjawisko poltergeist". Słowo pochodzi z niemieckiego i oznacza hałasującego lub złośliwego ducha. (Inni twierdzą, że poltergeisty powstają w wyniku działania sił natury takich jak pole elektromagnetyczne albo podziemne cieki wodne - i nie mają nic wspólnego z demonami). To określenie sprawia, że siły nieczyste jawią się jako grupa żartownisiów, ot, takie tam strachy na lachy. Tymczasem to tak, jakby powiedzieć, że ci, którzy gwałcą i napadają, po prostu lubią się zabawić i choć powinni być może popracować nad swymi kompetencjami społecznymi, to nie są realnym zagrożeniem dla porządku publicznego.
Nie obchodzi mnie, czy wierzycie w diabła - i tak będę się modlił, abyście wy i wasze rodziny nigdy nie doświadczyli jego gniewu i niesłabnącej nienawiści. Przeszkadza mi natomiast bardzo, gdy parapsychologowie "wyjaśniają" przypadki nawiedzania z naukowego punktu widzenia, wchodząc do domów z kamerami i magnetometrami zamiast wody święconej i relikwii. Robią pomiary, strzelają parę efektownych fotek energii duchowej i bardzo z siebie zadowoleni idą dalej, a mieszkańcy nawiedzanego domu zostają ze swoim koszmarem. Szatan musi być zachwycony! Czy cokolwiek mogłoby bardziej przysłużyć się jego misji zniszczenia ludzkości niż stwierdzenie, że jego armia to nic innego jak zbieranina niegroźnych, psotnych poltergeistów?
Joe postanowił zareagować.
- Demon chciał się pobawić w dobrego i złego glinę, czy raczej dobrego i złego poltergeista. Tyle, że nie istnieją dobre poltergeisty. To słowo to eufemizm, którym ludzie nazywają demony. Nie daj się zwieść - jedyne duchy przebywające w waszym domu to złe duchy, naprawdę groźne demony.
Gdy Gabby na poważnie przestraszyła się złowieszczej przestrogi, demon przeszedł do drugiego etapu swojej oszukańczej gry i ofiarował rodzinie "pomoc" w rozwiązaniu problemu, który sam na nią sprowadził. Przypomina mi to zachowanie przestępców, którzy potajemnie tłuką sklepową witrynę, a po kilku godzinach niczego niepodejrzewającemu sklepikarzowi proponują wygórowaną cenę za jej ponowne wstawienie.
Demon na tym nie poprzestał. Jeszcze tego dnia wysłał innego "ducha", aby zaświadczył o jego dobrych intencjach.
- Stanął przede mną mój zmarły przed dwoma laty ojciec - wyjaśniła Gabby. - Nazywał Virginię "panią" i zapewniał, że to dobra osoba. Ukazał mi się cztery albo pięć razy i za każdym razem długo rozmawialiśmy. Którejś nocy DJ również go zobaczył i rozmawiał z nim dobrą godzinę.
- Czy zauważyłaś w jego wyglądzie coś niezwykłego? - zapytał Joe.
- Nie miałam wątpliwości, że to mój ojciec - podkreśliła Gabby. - Opowiadał o wydarzeniach z mojego dzieciństwa, o których wiedzieliśmy tylko ja i on. Ty go widziałeś, DJ, twoim zdaniem jak wyglądał?
Chłopiec przez chwilę się wahał, ale zdecydował się powiedzieć prawdę:
- Nie gniewaj się, mamo, ale nie za dobrze pamiętam dziadka z czasu, kiedy był, no wiesz, żywy. Kiedy siedziałem z nim na kanapie, twarz miał całą w zmarszczkach i wyglądał naprawdę staro. Miał brązowy garnitur i biżuterię. Mówił mi prosto do ucha, dosyć głośno i powiedział, że mama powinna słuchać "tej miłej pani".
Widać było, że chłopiec czuje się niekomfortowo i nie wie, co ze sobą zrobić, unikał patrzenia matce w oczy.
- Raz rozmawiał ze mną w szkole i nauczycielka nakrzyczała na mnie, że nie uważam - przerwał na chwilę, po czym rzucił ze złością. - Wcale mi się nie podobało, kiedy dziadek przychodził. Zawsze się wtedy robiło strasznie zimno i miałem w brzuchu takie dziwne uczucie.
Choć ani DJ, ani jego matka nie zauważyli niczego dziwnego w postaci staruszka, byłem pewien, że było to kolejne oszustwo szatana, aby przydać "Virginii" wiarygodności drobnymi napomknięciami o jej dobrych intencjach. Znajomość szczegółów z dzieciństwa Gabby niczego nie dowodziła - mieszkańcy piekła mają dostęp do ludzkich życiorysów i mogą z nich czerpać wszystko, co może się przysłużyć ich demonicznym celom. To niewinne dziecko najwyraźniej wyczuło jednak coś niepokojącego w duchu dziadka, który mu się ukazał, mimo że nie potrafiło powiedzieć dokładnie co. Szatan zawsze zdradza swoją obecność, choć nie zawsze w sposób tak oczywisty jak ślady kopyt.
Mimo że demon może przybrać dowolną postać - nawet osoby świętej - zawsze jest jakiś znak, który go zdradzi, coś, co nie pasuje do reszty, trzeba tylko wiedzieć, jak tego szukać. Diabeł wielokrotnie ukazywał się pod różnymi postaciami jednemu z uczniów świętego Franciszka z Asyżu i próbował złamać jego wiarę. Za każdym razem uczniowi udawało się przejrzeć jego intencje, aż szatan przyszedł pod postacią krucyfiksu. Podając się za Syna Bożego, powiedział pobożnemu mnichowi, że jego modlitwy i pokuta są bezcelowe, ponieważ zarówno on jak i święty Franciszek zostali już naznaczeni jako przeklęci. Mężczyzna dał się oszukać i stracił wiarę w swojego duchowego przywódcę, dopóki ten nie przypomniał mu, że Jezus swoim słowem nigdy by nie pogrążył człowieka w rozpaczy i rozgoryczeniu, lecz zawsze go napełnia miłością i radością.
Święty Franciszek wyjaśnił następnie bratu, jak zdemaskować wroga jego duszy. Następnym razem podczas ukazania się mu fałszywego krucyfiksu mnich miał rozkazać postaci Chrystusa, aby otwarła usta. Ponieważ diabeł nie może przemawiać przez usta Jezusa, został obnażony jako podły kłamca, którym był w istocie, i uciekł z taką wściekłością, że ogromne głazy zaczęły się staczać ze zbocza pobliskiej góry, a uderzając o siebie, krzesały iskry, zamieniając krajobraz w płonące inferno. Brat poprosił Boga o wybaczenie, że posłuchał diabelskich podszeptów. Wtedy stanął przed nim prawdziwy Syn Boży i powiedział: "Dobrześ zrobił, synu, żeś zawierzył świętemu Franciszkowi, bo ten, który cię uczynił nieszczęśliwym, był diabłem". Słowa te napełniły serce mężczyzny taką słodyczą, że na nowo zachwycił się Bogiem i nigdy już nie zwątpił, że zostanie zbawiony.
Podobnie radzę ludziom, którym diabeł ukazuje się pod postacią zmarłych krewnych, budzących litość zjaw, świętych, a nawet samego Jezusa Chrystusa - mówię im, aby poprosili zjawę, by powiedziała: "Kocham Boga". Diabeł nigdy, przenigdy nie wypowie tych słów, dlatego to polecenie jest pewnym sposobem na zdemaskowanie sił zła. Można też rozkazać duchowi, aby nas opuścił w imię Jezusa - to polecenie działa tylko na siły ciemności, natomiast duchy ludzi na nie nie reagują. Ważne jest również, abyśmy pamiętali, co powiedział święty Franciszek swojemu bratu: święte duchy niosą radość, a demony sprowadzają na ludzi nieszczęścia, konflikty, przerażenie i nienawiść.
Tak było niewątpliwie również w tym przypadku: po tym, jak pojawił się duch dziadka, ataki na Lucianę nasiliły się i stała się ona ofiarą wielu napaści w ciągu dnia w odstępach, których nie sposób było przewidzieć. Przyszła panna młoda nigdy nie mogła wiedzieć, kiedy coś kopnie ją brzuch, rzuci nią o ścianę, wywlecze z łóżka, pogryzie czy poszarpie za włosy. Jej życie zmieniło się w koszmar, w którym doznawała każdej wyobrażalnej formy przemocy. Na początku naszej rozmowy przekonaliśmy się, że jest strzępkiem nerwów, a teraz wiedzieliśmy już dlaczego. Demon atakował ją każdej nocy, karmiąc się jej strachem i przez nią zdobywając władzę nad jej matką. Nic dziwnego, że dziewczyna była zła, wyczerpana i popadała w skrajną rozpacz.
Spróbujcie sobie przez chwilę wyobrazić, że jesteście w tym domu i pomyślcie, jak musiała się czuć ta młoda kobieta i jej rodzina. Wyobraźcie sobie, że jest późno i leżycie sobie wygodnie w swoim łóżku, lecz wiecie, że w waszym domu czai się zło, więc nie możecie zmrużyć oka. Leżycie w przerażeniu, czekając, co się wydarzy za moment - czy zło zaatakuje was, czy któregoś z waszych najbliższych. I nagle słyszycie rozdzierający krzyk córki. Zrywacie się i pędzicie co sił w nogach, serce wali jak młotem i z trudem łapiecie powietrze. W takim koszmarze, przez okrągłą dobę od niemal trzech upiornych miesięcy żyła cała ta rodzina.
Dlatego przestali spać w swoich pokojach i tłoczyli się w salonie w śpiworach, na prowizorycznych posłaniach. Nawet taki odpoczynek był nieustannie przerywany i nie pozwalał zregenerować sił. Przerażone krzyki w środku nocy nie dawały chwili wytchnienia, a odrażający demon zostawiał na ciele Luciany krwawe ślady szponów, terroryzując całą rodzinę. Przedmioty w ich domu fruwały jak śmieci unoszone wiatrem. Zabawkowe klauny, starannie kolekcjonowane przez przyszłą pannę młodą, raz po raz lądowały na podłodze, a jej książki ciągle spadały z półek, uderzając czasem o ściany z taką siłą, że w tynku zostawało wgniecenie. Jeszcze dziwniejsze było, gdy Gabby zobaczyła, że jedwabne kwiaty, które trzymała na toaletce, tajemniczym sposobem opuściły wazon i ułożyły się na łóżku w znak krzyża.
Ciężkie meble zaczęły się same przesuwać, podskakując jak podczas trzęsienia ziemi albo unosząc się nad podłogą. Wielkie fotele - a raz nawet łóżko Luciany - zaczęły fruwać po pokoju, uderzać o ściany i strącać na podłogę rodzinne zdjęcia w kaskadach potłuczonego szkła. Demon stosował także inne strategie terroru: jedną z najbardziej przerażających sztuczek było niespodziewane włączanie na cały regulator telewizora albo wieży stereo w środku nocy. Z piwnicy dobiegały potworne jęki i wycie, a Ruth powiedziała, że czasem rano na lustrze w łazience widniały budzące grozę wiadomości.
- Wielokrotnie widzieliśmy na lustrze słowo "pomóż" napisane wspak.
Członkowie rodziny zaczęli chodzić do łazienki w grupach, ponieważ bali się zostawać sami nawet podczas korzystania z toalety czy kąpieli. Ruth tłumaczyła, że razem czuli się bezpieczniej. Po tym, jak dwukrotnie zaatakowały ją fruwające przedmioty - raz pudełko chusteczek uderzyło ją w twarz, kiedy sama zeszła do piwnicy, a innym razem w kuchni puszka groszku poderwała się z półki i przefrunęła o milimetry obok jej głowy - poprosiła przyszłą synową, aby stała na straży, kiedy będzie brała prysznic.
- Wycierałam się, gdy Luciana krzyknęła: "Uważaj!". Pochyliłam się i w tym momencie ciężka mydelniczka przeleciała nad drzwiami prysznicowymi i uderzyła w ścianę tuż za mną. Gdyby Luciana mnie nie ostrzegła, bez wątpienia by mnie trafiła! Czymkolwiek jest to coś, ma ogromną siłę!
Ruth zauważyła również, że siła nieczysta w sposób szczególny wpływa na jej ciało:
- Kiedy jest w pobliżu, mnie jako jednej z pierwszych robi się zimno i zaczynam niekontrolowanie się trząść. Kiedy coś zaczyna się dziać z Lucianą, czuję, jakby igły wbijały mi się w uda i mięśnie nóg zaczynają wariować. Coś takiego wielokrotnie zdarzało się, kiedy Luciana była w innym pomieszczeniu i nie mogłam wiedzieć, że coś ją drapie albo gryzie. Na chwilę przed tym, jak coś za włosy wytargało ją z łóżka, widziałam przemykający biały pocisk albo kulę.
- Właściwie był tylko jeden schemat, który się powtarzał - dodała przyszła panna młoda. - Kiedy coś się działo mojej matce, zwykle uderzało to we mnie.
Wyrzucenie z siebie tych słów wiele ją kosztowało i teraz ciężko osunęła się w fotelu. Widać było, jak ponure żniwo zbiera koszmar na jawie, w którym nieustannie żyła - sińce pod oczami były tak ciemne, że wyglądała jak ofiara pobicia, a jej mowa była przerywana, jak u osoby starszej i przewlekle chorej. Narzeczony próbował dodać jej otuchy, biorąc ją za rękę, lecz odtrąciła go jak natrętną muchę.
I choć widać było, że poczuł się nieco urażony tym odtrąceniem, Carl nic nie powiedział. Zamiast tego pomógł nam nabrać nieco lepszego pojęcia o tym, przez co przechodzi Luciana, pokazując nam dziennik ataków, który zaczął prowadzić zaraz po tym, jak Dominick wezwał egzorcystę. Miał nadzieję, że spisane wydarzenia pomogą nam w śledztwie.
Oto jak jego udręczona narzeczona i jej rodzina spędzili Halloween:
18.20 Coś dwukrotnie uderzyło Lucianę w twarz.
20.03 Popielniczka przefrunęła przez pokój.
23.28 L. ma zadrapanie na brzuchu - kształt litery "N".
23.31 L. popchnięta na ścianę.
23.39 Na twarzy L. pojawia się wydrapany krąg.
23.46 Głowa L. uderzyła silnie o stół.
23.48 L. zwleczona z krzesła.
23.52 Słychać jęki.
23.56 Krzesło przesuwa się przez całą jadalnię.
00.05 L. popchnięta na Ruth.
2.14 L. brutalnie wyciągnięta z łóżka.
2.16 L. kopnięta w brzuch.
2.17 L. ponownie zepchnięta z krzesła.
2.18 Błysk światła, zapach zgniłego jajka.
3.15 L. uderzona butem w głowę.
3.56 Coś przytrzasnęło L. palce.
Kiedy czytaliśmy tę listę, Luciana wpadła niemal w stan otępienia, po czym przebudziła się i powiedziała, że wczoraj było jeszcze gorzej.
- Naprawdę się przestraszyłam. Materac, na którym spałam, uniósł się na pół metra albo metr i coś zrzuciło mnie na podłogę. Zobaczyłam wtedy coś upiornego, to coś siedziało i śmiało się ze mnie. Już raz to widziałam: biały stwór, cały włochaty, wpatrujący się we mnie intensywnie pustymi, czarnymi oczodołami. Próbowałam go przepędzić, a on pokazał mi środkowy palec! A potem zniknął.
Potwór - teraz niewidzialny - ponownie się roześmiał - przerażający chichot, od którego najmniejszy włosek stanął Lucianie dębem.
- Wtedy coś rozsunęło mi nogi. Próbowałam wołać o pomoc, ale nie potrafiłam wydusić słowa. To było jak straszny sen. Mój ojciec, Carl i Ruth próbowali w trójkę złączyć mi nogi, ale nie potrafili. I wtedy to coś nagle zniknęło - wiedząc, jak niewiarygodnie brzmi jej opowieść, Luciana ze łzami w oczach zwróciła się do swojego chłopaka - Carl, ty też to widziałeś! Na krótko zanim zniknęło.
Uświadomiłem sobie, że przyjechaliśmy w samą porę. To chore, perwersyjne monstrum planowało zbrodnię najgorszą z możliwych - demon chciał zgwałcić żywą kobietę. Ta młoda, niewinna dziewczyna nie zdawała sobie nawet sprawy, że omal nie padła ofiarą napaści wręcz niedorzecznej w swojej potworności. Nie miałem wątpliwości, że gdybyśmy nie przyjechali właśnie teraz, Luciana w końcu zostałaby wykorzystana w sposób tak podły, że aż trudny do opisania.
Carl potwierdził wszystko, co powiedziała, a potem dodał, że w wieczór Halloween doszło do jeszcze jednego koszmaru. Odwrócił kartkę w swoim dzienniku i opisał, jak razem z narzeczoną, około 4.00 wyszli po papierosy, które skończyły się Gabby. Nikt w domu nie spał, demon atakował nieustannie, przez całą dobę, bez chwili przerwy. Tak działa diabeł - pozbawione snu ofiary są stale podenerwowane i diabeł bez trudu może nastawiać ludzi przeciwko sobie. Ta taktyka pomaga również złamać wolę walki i wywołuje warunki konieczne do opętania.
Carl wszedł do sklepu, a Luciana czekała w samochodzie. Nagle gumowa piłeczka, która wisiała na lusterku, stanęła w płomieniach. Luciana najpierw próbowała zgasić ogień, a potem zaczęła w panice wciskać klakson, aż przybiegł Carl, zerwał piłeczkę i wdeptał ją w ziemię.
Po powrocie do domu Carl położył się i niespokojnie czekał na sen. I gdy wreszcie udręczona świadomość zaczynała zapadać w sen, Carl poczuł, że ktoś - albo coś - czai się tuż obok.
- Próbowałem nie zwracać na to uwagi, bo byłem naprawdę zmęczony i rozpaczliwie potrzebowałem odpocząć. Moje ciało było jak sparaliżowane i nie mogłem się ruszyć. Usłyszałem, jak Luciana woła: "Co się dzieje, Carl? Czy to coś z tobą robi?". W końcu odpuściło i znów zapadłem w niespokojny sen. Wróciło jednak później i zaatakowało z jeszcze większą siłą. Czułem, jak przesuwa się po mojej prawej nodze, a potem we mnie "wchodzi". Cały się trząsłem, zwłaszcza dłonie, kiedy próbowałem to z siebie zrzucić.
Carl dosłownie czuł w swoim ciele czyjąś obecność. Wiele osób opisywało mi, jakie to uczucie. Niektórzy opowiadali, że zaczynają wówczas z trudem oddychać, jakby ktoś przyciskał im do twarzy gorącą ścierkę, inni mówili o silnym ucisku na klatce piersiowej, paraliżu całego ciała albo wrażeniu, jakby przeszedł ich prąd. Jeszcze inni doświadczyli połączenia tych wrażeń. Tym, co łączyło wszystkie opisy, było skrajne przerażenie wywołane obecnością demona - przerażenie, które dodaje siły złym duchom.
Kiedy Carl opowiadał o ataku, którego padł ofiarą, zrozumiałem, że przeżył to, czego starożytni druidzi tak bardzo się bali w Halloween: że zawładnie nimi któryś z drapieżnych duchów błąkających się po ziemi w poszukiwaniu ludzkiego ciała, które mogłyby zamieszkać.
- Po chwili to coś mnie wypuściło i pomyślałem, że już po wszystkim - jak się okazało, przedwcześnie. To wróciło i uniosło moje ciało nad łóżkiem. Kiedy ponownie odzyskałem świadomość, mówiłem różnymi językami i walczyłem z wszystkich sił. Potem znów odpłynąłem i pamiętam tylko, że gdy się obudziłem, to coś zniknęło.
Wstrząśnięty do głębi poprosił Gabby, aby zapytała "Virginię", czy wie cokolwiek o potwornej napaści, której padł ofiarą. Piekielny duch udzielił kobiecie możliwej do przewidzenia, złowieszczej odpowiedzi: w domu przebywało obecnie pięć demonów.
- Powiedziała, że nie odejdą, dopóki nie poleje się krew! Najwyraźniej pozbyły się "dobrego poltergeista" i chciały dostać "dziecko płci żeńskiej" - moją Lucianę!
Nawet Joe, który zwykle potrafi zachować zimną krew, wyglądał na poruszonego. Z nietypową dla siebie złością zagrzmiał:
- Nikt nie odbierze wam Luciany, więc o to nie musicie się martwić!
Skąd jednak brały się te wszystkie złe duchy? Kiedy rozmawialiśmy z członkami rodziny, z pustych pokojów stale dobiegały nas odgłosy szarpania klamek. Za każdym razem cała, skrajnie wyczerpana rodzina, ożywiała się, dowodząc po raz kolejny, że to, co się tu dzieje, to nie zbiorowa histeria, jak mogliby sądzić sceptycy, lecz prawdziwe miejsce ataku demona, przed którym nie uchronił się nikt, nawet pies, który słysząc upiorne dźwięki, zrywał się, skowyczał i wył.
Joe zapytał rodzinę, czy ktokolwiek z nich bawił się kiedyś planszą Ouija. Obie nastolatki przyznały, że kiedyś na imprezie trochę się wygłupiały, zadając duchom niepoważne pytania o to, czy wpadły w oko temu albo innemu chłopakowi.
- Plansza odpowiadała "tak" lub "nie" i nic poza tym, więc szybko nam się znudziło i ją odłożyłyśmy - powiedziała średnia siostra, szczupła brunetka o imieniu Monica. - To był jedyny raz, przysięgam.
Joe zmarszczył czoło i powiedział, że to był jeden raz za dużo.
- Kiedy się wkracza na teren parapsychologii, nigdy nie wiadomo, co się może stać. To nie wasza wina, że nie miałyście o tym pojęcia, lecz bawiąc się tablicą Ouija, otwiera się drzwi, za którymi można trafić na zło w najczystszej postaci.
Słysząc to, Luciana wściekle zaatakowała siostry:
- Jak mogłyście się tak zabawiać?! To wy sprowadziłyście na nas to coś!
Wyobrażam sobie teraz, że niektórzy z was myślą: "Zaraz zaraz, ja też się kiedyś bawiłem w wywoływanie duchów i nic strasznego się nie stało". Skoro tak, to możecie uważać się za szczęściarzy. Bo to jest jak gra w rosyjską ruletkę. Kiedy przykładasz sobie broń do głowy i nie usłyszysz wystrzału, to ci się udało. Podobnie z tą zabawą: im częściej pociągasz za spust, tym większe ryzyko, że po następnym strzale wokół zapanuje ciemność. Miałem raz do czynienia z przypadkiem pewnej młodej matki, która bawiła się planszą Ouija na imprezie i skutki tej zabawy były przerażające - i tragiczne.
Wkrótce uzależniła się od tej zabawy, kupiła własną planszę i codziennie z nią rozmawiała. Któregoś razu pokazał się "duch-przewodnik" i przedstawił się jako duch siedemnastoletniego chłopca, który popełnił samobójstwo. Upiór podsunął kobiecie wyszukaną bajkę o nieoznaczonym grobie, który miała dla niego znaleźć, i udało mu się do tego stopnia zawładnąć jej umysłem, że zaczęła zaniedbywać męża i maleńkie dzieci. To nieuchronnie doprowadziło do inspirowanych siłami piekielnymi kłótni pomiędzy małżonkami, lecz żonę nadal obchodziła tylko plansza i duch, który zdawał się rozumieć ją lepiej niż własny mąż.I wtedy sprawy przybrały straszliwy obrót. Którejś nocy matce przyśnił się najgorszy koszmar w życiu o tym, że gonił ją potężny mężczyzna z maczetą, który chciał ją zabić. Wszystko wydało jej się tak realne, że obudziła się z krzykiem, zlana potem. Tak, wiem, każdemu czasem zdarza się taki sen, lecz nie każdej nocy, jak to było w przypadku tamtej kobiety. Prawdziwy koszmar zaczął się po tym, jak skończyły się sny. Na jawie zaczęła słyszeć pewien głos. Głos mówił jej rzeczy perwersyjne, obsceniczne aż w końcu wydał jej polecenie, które ją zmroziło - kazał jej wziąć nóż i zadźgać dzieci. Przerażona opowiedziała o wszystkim mężowi, a potem zgłosiła się do szpitala psychiatrycznego, bojąc się, że może skrzywdzić swoją rodzinę.
Szczegółowe testy psychologiczne i neurologiczne nie wykazały żadnych możliwych do zdiagnozowania zaburzeń. Kobieta została wypisana i pierwsze kroki skierowała do biskupa McKenny, aby poprosić o egzorcyzm. W czasie obrzędu nic szczególnego nie działo się do momentu, gdy biskup przytknął do czoła kobiety relikwię i wypowiedział słowa: "Diable, jeśli przebywasz w tej kobiecie, nakazuję ci w imię Jezusa Chrystusa, Pana Naszego, byś się ujawnił".
Demon przemówił naturalnym głosem kobiety: "Jestem duchem człowieka". To go zdradziło - ludzkie duchy nie reagują na egzorcyzmy.
Biskup zignorował słowa demona i zapytał: "Dlaczego w nią wniknąłeś?".
Odpowiedź wiele tłumaczyła: "Zaofiarowała mi się przez planszę Ouija". Do dziś pamiętam, jak kobieta przez cały czas obrzędu siedziała nieruchomo jak posąg i tylko oczami wykonywała dziwne, okrężne ruchy. To w istocie bardzo smutna historia, ponieważ ostatecznie tamten egzorcyzm się nie powiódł. Nigdy więcej nie widzieliśmy tej kobiety i mogę się tylko modlić, aby się nie poddała w walce z demonem, który ją zniewolił za pomocą "planszy do zabawy".
W sprawie z Westchester obaj z Joem czuliśmy jednak, że niemądre zabawy dwóch nastolatek prawdopodobnie nie sprowadziły na ich rodzinę tego nieszczęścia. Ich kontakt z planszą Ouija mógł wprawdzie przywołać demona, lecz nie chcieliśmy wpędzać dziewczynek w poczucie winy, zwłaszcza że mieliśmy innego podejrzanego. W trakcie rozmowy okazało się, że tajemniczy były lokator miał mroczną stronę, która przejawiała się nie tylko upodobaniem do czerni. Choć nikt z rodziny Villanova nie był w stanie powiedzieć o nim zbyt wiele, niedawno wyszło na jaw, że Pan Pomalujmy-wszystko-na-czarno był wcześniej karany i mówiono, że interesują go najróżniejsze dziwne klimaty, nie wyłączając okultyzmu. Co prawda, dowody przeciwko niemu były poszlakowe, lecz obaj czuliśmy, że to on sprowadził potężnego demona - bądź demony - do tego domu.
Kończyliśmy właśnie zadawanie pytań, kiedy Luciana wydała z siebie potworny pisk. Demon wściekle zaatakował - na naszych oczach! Na jej gładkim policzku pojawiło się okrągłe cięcie, jakby diabeł zostawił nam porażającą wizytówkę. I kiedy filmowaliśmy ślad na twarzy dziewczyny, znów krzyknęła. Niewidzialna siła szarpnęła ją za włosy tak, że głowa przechyliła się jej na bok.
To przesądziło o sprawie: choć powiadomiono egzorcystę, zło obecne w tym domu było tak silne, że postanowiliśmy jeszcze tej nocy wykonać nasz własny obrzęd. Nie byliśmy przygotowani tak dobrze, jak byśmy chcieli, ale nie po to zaczęliśmy naszą Pracę, aby porzucać ludzi w potrzebie. Zostawienie ich samym sobie w tej sytuacji byłoby zbrodnią.
Zaczęliśmy odmawiać modlitwę papieża Leona XIII, będącą mniejszą formą egzorcyzmu, z której korzystamy w czasie Pracy, i chwilę później wszystkie psy w okolicy, włącznie z psem rodziny Villanova, który chodził za nami od pokoju do pokoju z własnym medalikiem świętego Benedykta przy obroży - nadzwyczajnie się pobudziły. Ani Joe ani ja nigdy jeszcze nie słyszeliśmy tak ogłuszającego szczekania i wycia, więc zapytaliśmy rodzinę, czy coś podobnego zdarzyło się wcześniej. Gdy powiedzieli, że nie, wiedzieliśmy już, że dokładnie teraz demony uciekają z domu.
Najpotężniejszy z nich nie dał się jednak tak łatwo spłoszyć. Wiedział, że jest bliski pełnego opętania, dlatego zdecydował się zostać i walczyć, gdy słabsze demony pierzchały przed naszymi relikwiami i święconą wodą. Kiedy byliśmy w piwnicy, niedaleko drzwi, spod których wcześniej tego dnia się wycofałem, demon przypuścił kolejny śmiały atak.
Schodami zbiegł do nas Carl:
- Chodźcie szybko, coś się dzieje z Gabby!
W salonie matka trzęsła się niekontrolowanie, jakby dostała ataku. Demon próbował ją opętać - tu i teraz. Dysząc, powiedziała, że czuje, jak wnika w jej ciało. A potem zupełnie zesztywniała. Jej usta otwarły się mechanicznie, jak u marionetki i wyjąkała: "Ś-ś-święci, precz! K-k-krzywda spadnie na wszystkich!".
Nie wierzyliśmy własnym oczom - widzieliśmy już ludzi opętanych, leczy nigdy jeszcze moc diabelska nie zawładnęła człowiekiem w naszej obecności, kiedy z wodą święconą w ręku odprawialiśmy egzorcyzm. Wiedzieliśmy już, że mamy przed sobą jednego z najgroźniejszych demonów, jakie skrywa piekło.
Nie zamierzaliśmy jednak dać się spłoszyć żadnemu z nich, jaką straszliwą mocą by nie dysponował. Stanęliśmy przed nim silni i z bronią gotową do użycia. Dobyliśmy relikwie z Prawdziwego Krzyża - Joego i moją, i przyłożyliśmy cenne drzazgi do głowy Gabby, używając jednocześnie najpotężniejszej z wszystkich broni - imienia Jezusa Chrystusa - rozkazując sile nieczystej, by opuściła ciało tej kobiety i pozostawiła ją w spokoju. I choć duch był naprawdę potężny, tej skrajnej męki nie zdołał wytrzymać i niechętnie wypuścił Gabby ze swoich szponów. Kobieta powoli dochodziła do siebie i wyglądała, jakby się budziła ze snu, nie pamiętając nic z tego, co się wydarzyło.
W pomieszczeniu wciąż było śmiertelnie niebezpiecznie, dlatego sprawdziliśmy, czy wszyscy mają na szyi medaliki ze świętym Benedyktem, a potem namaściliśmy kolejno każdego poświęconym olejem. Teraz, gdy cała rodzina była bezpieczna, wróciliśmy do przerwanego obrzędu, niezliczoną liczbę razy odmawiając modlitwę papieża Leona XIII w każdym z pomieszczeń tego domu, aż obaj niemal straciliśmy głos. Lecz to nie wystarczyło, by zamknąć sprawę - wiedzieliśmy, że udało nam się jedynie osłabić demona i powstrzymać jego próbę zawładnięcia człowiekiem, ale żeby pozbyć się go całkowicie, potrzebny był wyświęcony kapłan biegły w egzorcyzmach albo przynajmniej pełen zespół śledczych.
Naprawdę nie chcieliśmy opuszczać tego domu, wiedzieliśmy bowiem, że zjawiska dręczące jego mieszkańców nie ustaną, choć ich intensywność powinna nieco osłabnąć. Pocieszaliśmy się jednak myślą, że rodzina Villanova już wie, jak walczyć ze złem. Obnażyliśmy demoniczną szaradę i położyliśmy kres wszelkiej komunikacji ze złym duchem. Zostawiliśmy im również zapas broni: wodę święconą, pobłogosławioną sól i - nade wszystko - imię Jezusa Chrystusa.
Nie przestawaliśmy się modlić aż do przyjazdu ojca Williamsa. Kiedy go wprowadziliśmy w nasze dochodzenie, zgodził się otoczyć tę rodzinę opieką, dopóki ojciec Hayes nie będzie mógł przeprowadzić egzorcyzmu. Kiedy się pakowaliśmy, wyraz twarzy chłopca był dla mnie jak cios w samo serce.
- Tatusiu - krzyknął - nie pozwól, żeby ci panowie sobie poszli!
Nie chcieliśmy wyjeżdżać, ale mieliśmy pewność, że zostawiamy rodzinę w dobrych rękach. Niestety - myliliśmy się. Wiele miesięcy później rodzina Villanova skontaktowała się z nami ponownie, mówiąc, że nadal znajdują się pod ostrzałem sił nadprzyrodzonych. Trzeba oddać sprawiedliwość miejscowemu księdzu, że wywiązał się ze swojej obietnicy, lecz egzorcysta ostatecznie nie mógł przyjechać z powodu problemów zdrowotnych.
Joe i ja doskonale zapamiętaliśmy lekcję z poprzedniej wizyty i tym razem solidnie się przygotowaliśmy. Któregoś sobotniego popołudnia wróciliśmy do Yonkers z trójką śledczych i zapasami, które wystarczyłyby do wypędzenia demona z całej dzielnicy. Od naszego ostatniego spotkania Dominick popadł w poważne kłopoty finansowe - przez problemy, które nękały jego rodzinę, opuścił zbyt wiele dni w pracy i został zwolniony. Jeśli wkrótce nie znajdzie nowego zajęcia, bank zlicytuje jego dom. Gdy się o tym dowiedzieliśmy, z jeszcze większą determinacją przystąpiliśmy do wypędzania demona, aby ten porządny, przyzwoity człowiek mógł się wreszcie zająć swoim życiem.
Na początek kobiety i dzieci wysłaliśmy do pobliskiego kościoła z Chrisem, jednym z naszych śledczych dla ochrony. Potem usiedliśmy z Dominickiem, żeby dokładnie opowiedział nam, jak się przedstawia sytuacja. Po naszym pierwszym egzorcyzmie duch na dzień czy dwa przestał nękać rodzinę - to ich normalna taktyka; demony uwielbiają psychologiczne manipulacje. Akurat gdy wszyscy uwierzyli, że są bezpieczni, ataki powróciły. Buty, książki i słoiki znów fruwały po domu, choć rzadko w kogokolwiek uderzały. Drzwi trzaskały bez powodu, a na suficie w jadalni pojawił się odcisk twarzy.
Ataki na Lucianę osłabły, choć wciąż zdarzały się pojedyncze zadrapania - teraz demon wyładowywał swój gniew na trzymanych w domu dewocjonaliach. Woda święcona, którą zostawiliśmy po poprzedniej wizycie, w tajemniczy sposób zmieniła kolor na brązowy, a z różańca jednego z dzieci oderwano figurkę Jezusa Chrystusa. Po tym, jak dwaj księża pobłogosławili dom, na lustrze w piwnicy pojawił się rysunek zwierzęcej czaszki. Ale jedną z najdziwniejszych form ukazania się demona było blade ramię odłączone od ciała, które chwyciło Lucianę, kiedy siedziała na sofie w salonie, po czym ze schodów spłynęła bezkształtna, czarna zjawa.
Być może zastanawiacie się, dlaczego ojciec Williams, ksiądz parafialny, sam nie przeprowadził egzorcyzmu. Otóż nie udało mu się niestety uzyskać zgody biskupa - Kościół katolicki wymaga tego, zanim księdzu wolno będzie przeprowadzić obrzęd. Mimo wszystko robił, co w jego mocy, aby pomóc rodzinie i zapewnić jej wsparcie, nie tylko poprzez kierownictwo duchowe, ale także spędzając wraz z innym księdzem całą noc w ich domu. Szczerze podziwiam ich odwagę: musiało im być naprawdę ciężko spędzić tyle czasu w nawiedzonym przez diabła domu. W dodatku przebywając w domu, byli świadkami przerażającego zdarzenia, gdy komoda w pokoju zaczęła podskakiwać na ich oczach.
Przez dwie godziny walczyliśmy z diabłem w kolejnych pomieszczeniach domu. Uzbrojeni w kadzidło, wodę święconą, pobłogosławioną sól i najpotężniejszą z wszystkich broni - relikwie z Krzyża Prawdziwego, rozmieściliśmy naszych ludzi na każdym z poziomów domu, abyśmy mogli odprawiać obrzęd równocześnie, atakując demona z góry i z dołu. Pracowaliśmy w parach, aby jedna osoba mogła się skupić na przeprowadzaniu obrzędu, a druga na wypatrywaniu oznak działalności demona. Co ważniejsze, śledczy trzymający wartę miał się uważnie przyglądać partnerowi i pilnować, aby przy dokonywaniu egzorcyzmu sam nie padł ofiarą ataku. Taki atak nie zawsze się uwidacznia: czasem demon atakuje psychicznie, paraliżując ofiarę strachem, jak się to przytrafiło mnie w piwnicy przy pierwszej wizycie. Jeśli osoba walcząca z demonami posiada jakiekolwiek zdolności parapsychiczne, ciemne moce mogą je wykorzystać do ataku. A ponieważ atak może nastąpić w każdej chwili, a jego ofiarą może paść którykolwiek z partnerów, wszyscy muszą cały czas zachowywać najwyższą czujność.
Najpierw w każdym z pokoi, w których dokonywaliśmy egzorcyzmu, otwieraliśmy wszystkie szafy, szafki i szuflady, aby nie było w nich miejsc ciemnych i zamkniętych, w których demon mógłby się ukryć. Ponieważ nie posiada on ciała, może się schować wszędzie. Potem zapalaliśmy kadzidło, co pomaga rozpraszać atmosferę zła i płoszy złe duchy, które nie znoszą wszystkiego, co święte bądź błogosławione. Jak zwykle zaczęliśmy od modlitwy świętego Michała, jednej z dwóch, które Bóg objawił papieżowi Leonowi XIII. W 1884 roku, gdy Ojciec Święty odprawiał mszę, nagle dostał tak silnego ataku, że osunął się na podłogę i nie dawał znaku życia. Gdy odzyskał świadomość, opowiedział kardynałom o straszliwej wizji, którą miał, w której diabeł szydził z Jezusa, mówiąc, że jeśli będzie miał wystarczająco dużo czasu i siły, to może zniszczyć ludzkość. Zbawca zgodził się, by szatan przez następne kilka dekad poddawał ludzi próbie. Papież nie skończył nawet relacjonować usłyszanego proroctwa, gdy poprosił o pióro i kartkę, by zapisać modlitwy, które pomagają pokonać szatana.
Papież Leon XIII nakazał, aby pierwszą z tych modlitw, nazywaną oficjalnie Modlitwą do świętego Michała Archanioła, dołączono do rytu mszy świętej. Modlitwa wzywa archanioła, by "przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha był naszą obroną" i aby "złe duchy, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strącił do piekła". Ta modlitwa kończyła mszę świętą do roku 1968, kiedy po zmianach II Soboru Watykańskiego została wycofana. Nadal jednak odmawia się ją w katolickich kościołach tradycyjnych, a papież Jan Paweł II postulował jej ponowne wprowadzenie do współczesnej mszy katolickiej, ponieważ czuł, że świat stoi w obliczu śmiertelnego zagrożenia mocami zła i potrzebuje opieki świętego Michała bardziej niż kiedykolwiek.
Druga modlitwa papieża Leona XIII, Egzorcyzm przeciwko szatanowi i upadłym aniołom, która w skrócie nazywana jest modlitwą papieża Leona XIII, jest niezwykle silną bronią przeciwko siłom nieczystym. Ojciec Święty wzywał księży, by odmawiali ją jak najczęściej, aby osłabić diabła i przeszkodzić mu w czynieniu zła. Pozwolił im odmawiać modlitwę we własnym imieniu, podobnie jak to robią z każdą zatwierdzoną modlitwą, "kiedy tylko istnieje podejrzenie działalności diabła, który sieje w ludziach zło, gwałtownie kusi do grzechu, a nawet sprowadza na ludzi burze i inne katastrofy". Właśnie tak uczyniliśmy w domu rodziny Villanova, przechodząc w modlitewnym skupieniu od pokoju do pokoju. W każdym z pokoi kropiliśmy wodą święconą wszystkie cztery kąty i wnętrze każdej szafy, aby poświęcić te miejsca, a potem powtarzaliśmy święcenie solą, która pełni tę samą funkcję, co woda, lecz dłużej się utrzymuje.
Podczas obrzędu wypaliliśmy tyle błogosławionego kadzidła, że dom wyglądał, jakby się palił. Jest w tym jakaś ironia, że sprawa, której początkiem była zjawa wyłaniająca się z chmury dymu, kończyła się pośród wijących się ku górze, pachnących słodko nitek dymu świętego kadzidła i dźwięków żarliwych modlitw, od których miejsce to stało się dla demona tak wrogie, że "pani" była zmuszona do ucieczki - tym razem na dobre. W domu zapanował absolutny spokój, co było dla nas znakiem, że udało nam się przepędzić demona. Kiedy kobiety z dziećmi wróciły z kościoła, ogromnie się uradowały, że skończyła się ich męka.
Wdzięczność, jaką nam okazała cała rodzina, onieśmielała nas, wiedzieliśmy bowiem, że to nie nam należały się słowa podzięki, lecz Bogu, którego Syn pozwolił nam pokonać zło w swoim imieniu, i to Jemu należały się wszystkie pochwały. Razem z rodziną Villanova odmówiliśmy modlitwę dziękczynną do Tego, który stoi ponad wszystkim.