Zazdrość Kocmołucha - Molier

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCENA II

DOKTOR, KOCMOŁUCH.

KOCMOŁUCH: Właśnie miałem udać się do pana z prośbą, w sprawie nader dla mnie ważnej. DOKTOR: A to mi z ciebie nielada gbur, prostak, figura bez wychowania! cóż to? przystępujesz tak do mnie, nie zdejmując nawet kapelusza i nie obserwując rationem loci, temporis et personae. Zaczynać mi od jakiegoś bajdurzenia bez sensu, zamiast powiedzieć, jak należy: Salve, vel salvus sis, doctor doctorum eruditissime. Ejże! za kogo ty mnie bierzesz, przyjacielu? KOCMOŁUCH: Na honor, chciej mi pan wybaczyć; jakoś mi się dowcip zbakierował, straciłem głowę; ale wiem dobrze, że pan jesteś godnym człowiekiem. DOKTOR: Czy wiesz przynajmniej, skąd pochodzi słowo godny? KOCMOŁUCH: A niechże sobie pochodzi z Mościsk czy z Pacanowa, co mnie do tego. DOKTOR: Wiedz tedy, że słowo godny pochodzi od układny, jeżeli bowiem zamiast głosek u, k, i ł weźmiesz głoskę g, zaś następujące po niej a, zamienisz na o, będziesz miał słowo godny, dodając zaś do niego wyraz człowiek, otrzymasz godny człowiek. Ale, jeszcze raz pytam, za kogo ty mnie bierzesz? KOCMOŁUCH: Biorę pana za doktora. Zatem, pomówmy nieco o sprawie, którą chcę właśnie przedstawić; trzeba panu wiedzieć... DOKTOR: Wiedz przedewszystkiem, że ja nie jestem tylko raz doktorem lecz jestem raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, ośm, dziewięć i dziesięć razy doktorem: 1° ponieważ, jako że jedność jest podstawą, podwaliną i wogóle pierwszą ze wszystkich cyfr; więc też i ja jestem pierwszym ze wszystkich doktorów, najuczeńszym z pośród uczonych. 2° ponieważ istnieją dwie własności konieczne dla zupełnego poznania wszystkich rzeczy: zmysły i pojęcie; że zaś ja wcielam w sobie całkowicie i zmysły i pojęcie, przeto jestem po dwa razy doktorem. KOCMOŁUCH: Zgoda. Otóż... DOKTOR: 3°. Ponieważ liczba trzy jest liczbą doskonałości, według Arystotelesa; zatem, ponieważ jestem doskonałym i wszystkie moje utwory są również doskonałemi, przeto jestem po trzy razy doktorem. KOCMOŁUCH: A zatem, panie doktorze... DOKTOR: 4°. Ponieważ filozofja posiada cztery części: naukę logiki, moralności, fizyki i metafizyki; że zaś ja posiadłem wszystkie te cztery nauki i osiągnąłem w takowych biegłość iście najdoskonalszą, jestem przeto cztery razy doktorem. KOCMOŁUCH: Tam do licha, ależ nie wątpię. Niech pan posłucha. DOKTOR: 5°. Ponieważ istnieje pięć pojęć ogólnych: rodzaj, gatunek, różnica, właściwość i przypadkowość, bez znajomości których nie jest podobieństwem przeprowadzić jakiekolwiek ścisłe rozumowanie; że zaś ja posługuję się niemi z pożytkiem, i świadom jestem wysokiej ich użyteczności, przeto jestem pięć razy doktorem. KOCMOŁUCH: Trzeba tu cierpliwości nielada. DOKTOR: 6°. Ponieważ cyfra sześć jest cyfrą pracy; że zaś ja pracuję nieustannie dla pomnożenia swej chwały, jestem przeto sześć razy doktorem. KOCMOŁUCH: Ech, gadaj sobie zdrów ile zechcesz. DOKTOR: 7°. Ponieważ cyfra siedm jest cyfrą szczęśliwości; że zaś ja posiadam zupełną znajomość wszystkiego co może człowieka uczynić szczęśliwym, i jestem nim w istocie dzięki swym talentom, czuję się zniewolony powiedzieć o samym sobie: O ter quaterque beatum! 8°. Ponieważ cyfra ośm jest cyfrą sprawiedliwości, a to z przyczyny równości jaka się w niej zawiera, a zatem, sprawiedliwość i roztropność, z jaką mierzę i ważę wszystkie czynności, czynią mnie po ośm razy doktorem. 9°. Ponieważ jest dziewięć Muz, ja zaś jestem jednako ukochany przez wszystkie. 10°. Ponieważ, jako że nie można przejść cyfry dziesięciu bez powtórzenia innych cyfr i jako że ona jest niejako cyfrą uniwersalną, otóż, kto ze mną mówi, mówi z doktorem uniwersalnym; ja zawieram w sobie wszystkich innych doktorów. Tak zatem, widzisz, dzięki tym słusznym, prawdziwym, demonstratywnym i przekonywującym racjom, że jestem raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedm, ośm, dziewięć i dziesięć razy doktorem. KOCMOŁUCH: Kiż-to znów za djabli? Myślałem, że znajdę człowieka co się zowie uczonego, i że mi użyczy dobrej rady, a tymczasem spotkałem kiepskiego warjata, który, miast ze mną pogadać, zabawia się liczeniem palców niby przy grze w morę. Raz, dwa, trzy, cztery: ech, do stu kaduków! Mój panie, nie o to chodzi; proszę byś raczył mnie wysłuchać. Wierzaj, nie jestem człowiekiem, któryby chciał pana przyprawić o daremną stratę czasu i trudu; bądź pewien, że, jeśli zdołasz mi wygodzić w tem o co proszę, dam ci co tylko zapragniesz: pieniędzy, ile sam zechcesz. DOKTOR: Co? pieniędzy? KOCMOŁUCH: Tak, pieniędzy i wogóle wszystko czegobyś zażądał. DOKTOR ujmując suknię w obie garście i podkasując ją z tyłu: Więc ty mnie bierzesz za człowieka, który za pieniądze gotów jest do wszystkiego; za człowieka kierującego się interesem, duszę przedajną? Wiedz, mój przyjacielu, że, gdybyś mi dawał sakiewkę pełną dukatów, i gdyby ta sakiewka mieściła się w bogatej szkatułce, szkatułka w kosztownem puzdrze, puzdro w cudownej skrzyni, skrzynia w ozdobnym alkierzu, alkierz we wspaniałej komnacie, komnata w cudownem mieszkaniu, mieszkanie w przepysznym zamku, zamek w potężnym grodzie, gród w słynnej stolicy, stolica na żyznej wyspie, wyspa w bogatej prowincji, prowincja w kwitnącem mocarstwie, mocarstwo w całym świecie i ten cały świat, w któremby było to kwitnące mocarstwo, w któremby była ta bogata prowincja, w którejby była ta żyzna wyspa, w którejby była ta słynna stolica, w którejby był ten potężny gród, w którymby był ten przepyszny zamek, w którymby było to cudowne mieszkanie, w któremby był ten ozdobny alkierz, w którymby była ta cudowna skrzynia, w którejby było to kosztowne puzdro, w któremby była ta bogata szkatułka, w którejby była zamknięta ta sakiewka pełna dukatów, o, tyle dbałbym o twoje pieniądze i o ciebie całego, tyle! Wychodzi.

KOCMOŁUCH: Na honor, omyliłem się: ponieważ jest ubrany niby jaki lekarz, myślałem że trzeba zacząć od pieniędzy: ale skoro nie chce, nic łatwiejszego niż go zadowolić w tej mierze; spieszę aby go dogonić. Wychodzi.