Zazdrość - Gregg Olsen

-
Proszę czekać

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

od autora

rozdział 1

rozdział 2

rozdział 3

rozdział 4

rozdział 5

rozdział 6

rozdział 7

rozdział 8

rozdział 9

rozdział 10

rozdział 11

rozdział 12

rozdział 13

rozdział 14

rozdział 15

rozdział 16

rozdział 17

rozdział 18

rozdział 19

rozdział 20

rozdział 21

rozdział 22

rozdział 23

rozdział 24

rozdział 25

rozdział 26

rozdział 27

rozdział 28

rozdział 29

rozdział 30

rozdział 31

rozdział 32

rozdział 33

rozdział 34

rozdział 35

rozdział 36

rozdział 37

rozdział 38

rozdział 39

rozdział 40

rozdział 41

rozdział 42

rozdział 43

rozdział 44

rozdział 45

rozdział 46

rozdział 47

rozdział 48

rozdział 49

post mortem

prawda w fikcji

podziękowania

Bukowy Las poleca

Skrzydełko

Okładka

 

rozdział 5

Taki już pieski los miejscowości typu Port Gamble. Gęsty śnieg zaczął padać dopiero po świętach. Zarządcy, którzy utrzymywali miasto w nieskazitelnym stanie z punktu widzenia marketingu, złożyliby w ofierze dziewicę (oczywiście, gdyby jakaś była pod ręką), aby choć odrobina śniegu przyprószyła okolicę tydzień przed świętami podczas dorocznych tradycyjnych bożonarodzeniowych przygotowań. Ale nic z tego. Wtedy było zimno, mgliście i deszczowo. A kiedy w końcu pojawił się śnieg, napadało go od razu ponad dziesięć centymetrów, co według standardów zachodniego Waszyngtonu oznaczało prawdziwą śnieżycę. Gdyby szkoła była czynna, z pewnością odwołano by lekcje.

Miejscowe dzieciaki też się z tego nie cieszyły. Śnieg niewiele im dawał, jeżeli nie oznaczał dnia wolnego od szkoły. A teraz i tak miały ferie. Taki piękny atak zimy, a zupełnie zmarnowany.

Hayley i Taylor brnęły przez śnieg w odwiedziny do Beth Lee, która w przeddzień Bożego Narodzenia zerwała z chłopakiem, Zanderem Tomlinsonem, lecz z powodu niespodziewanej śmierci Katelyn Berkley temat rozstania zszedł na dalszy plan.

- Nie miałam wyboru, musiałam go rzucić - wyjaśniła, rozwijając treść SMS-a.

RZUCIŁAM Z. SZCZEGÓŁY PÓŹNIEJ.

Hayley napadła na nią jako pierwsza:

- Co to znaczy, że go rzuciłaś? Przecież dobrze się wam układało.

Beth, skupiona na pryszczu na swojej brodzie, nie patrzyła na bliźniaczki. Siedziała na podłodze przed kominkiem z lusterkiem w jednej dłoni i pęsetą w drugiej.

- Znalazłam naprawdę śliczną sukienkę, którą musiałam kupić.

- No i? - zainteresowała się Taylor, opadając na wielką brązową aksamitną kanapę narożną w domu numer 25. - Opowiadaj.

Beth naciągnęła skórę na podbródku i dziabnęła pryszcz pęsetą.

- Nie wystarczyłoby mi pieniędzy. Wiedziałam, że Zander zamierza mi coś dać na święta, a ja dla niego zupełnie nic nie miałam. No to go rzuciłam. Zadzwoniłam z centrum handlowego i powiedziałam, że już nic do niego nie czuję.

Taylor pokręciła głową.

- Żartujesz? Rzuciłaś go, bo wydałaś kasę na sukienkę?

Beth podniosła wzrok.

- Tak. I co z tego? Wolę go zranić, niż wyjść na głupią albo biedną.

- Słusznie - odrzekła Taylor. - Wyjście na biedną i samolubną jest znacznie gorsze niż zranienie czyichś uczuć. Przecież on cię naprawdę lubił!

Beth zignorowała szyderstwo, ale Hayley też dorzuciła swoje trzy grosze:

- Przykro mi to mówić, ale zachowujesz się jak Starla.

- Uznam twoje słowa za komplement - odparła przyjaciółka.

- To nie miała być pozytywna uwaga.

- Nieważne. W każdym razie słyszałam coś interesującego o Starli - Beth zmieniła temat, jakby zakładała nową przynętę na haczyk.

Oczywiście plotki na temat Starli Larsen zawsze budziły zaciekawienie. Była dziewczyną, którą ludzie albo kochali, albo nienawidzili.

Taylor pochyliła się do przodu w oczekiwaniu.

- Powiesz nam czy nie? Przebij już tego ohydnego pryszcza i gadaj!

- To takie niskie - krygowała się Beth. - I trochę podłe. - Odczekała chwilę, obserwując bliźniaczki i oceniając poziom ich zainteresowania. Przynęta została połknięta.

Jeszcze krótka chwila.

- Starla i Katelyn totalnie się pożarły - zdradziła w końcu.

- Jak bardzo? - zapytała Taylor.

- Całkowicie. Niedługo przed śmiercią Katelyn powiedziała mamie, że nienawidzi Starli i chciałaby, żeby umarła, czy coś w tym rodzaju.

Tym razem Hayley zachowywała się bardziej dociekliwie. Ojciec byłby z niej dumny.

- Skąd to wiesz?

Beth odsunęła lusterko, żeby lepiej się sobie przyjrzeć.

- Słyszałam parę tygodni temu rozmowę między panią Larsen i panią Berkley. Kupowały w sklepie kawę, lakier do włosów czy też coś, czego kobiety w ich wieku potrzebują, żeby przetrwać dzień. Pani Larsen broniła Starli, twierdząc, że to wielkie nieporozumienie. Ale pani Berkley nie dawała się przekonać.

Beth zamilkła. Jej twarz rozjaśnił pełen satysfakcji uśmiech.

- Mam go - oznajmiła, wyciągając pęsetę. - Wyciśnięty bez robienia paskudnej dziury. Kto chce coś zjeść?

Zdegustowane bliźniaczki zgodnie pokręciły głowami.

- To już wszystko? Mówiły coś jeszcze? - naciskała Taylor.

- Nie słuchałam dokładnie - zbyła ją Beth, wyraźnie znudzona tematem dramatu na linii Starla-Katelyn. - Zauważyłam tego nowego chłopaka, Eli, i chciałam zwrócić na siebie jego uwagę.

Taylor uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała na siostrę. Choć Beth starała się zachowywać z rezerwą i udawać obojętność, dokładnie wiedziała, kto jest kim. "Hay-Tay" to był jej sposób udawania, że otacza się murem. I co z tego, że Beth była całkowicie sobą pochłonięta? Potrafiła też trafnie ocenić, co warto podać dalej i kiedy. Lubiły ją.

Poza tym w Port Gamble nie dałoby się znaleźć zbyt wielu kandydatek do miana najlepszej przyjaciółki.

- Ale przecież ty naprawdę lubiłaś Zandera - nadal dziwiła się Hayley. - Ze wszystkich chłopaków on najdłużej cieszył się twoimi łaskami.

- A to niełatwy wyczyn - podkreśliła Taylor.

Beth zwinęła się na sofie.

- To jakiś atak na mnie czy co?

- Nie, no co ty! - zaprzeczyła Hayley.

Beth lekko wzruszyła ramionami.

- Szkoda. Lubię, jak się ze mną trochę droczycie. Czuję się wtedy jak trzecia siostra - dodała i zamilkła na moment. - Ta mądra. Ta ł a d n a.

Bliźniaczki wiedziały, że jest w tym ziarno prawdy. Nie dlatego, że Beth była ładniejsza czy mądrzejsza, ale dlatego że czasami czuła się samotna jako jedynaczka. One zawsze miały siebie nawzajem.

- Możesz być, kim chcesz, Beth. Ale błagam, obiecaj, że następnym razem, jak będziesz miała okazję podsłuchać jakieś ciekawe wiadomości, bardziej się wykażesz.

Beth uśmiechnęła się.

- W porządku. I na pewno znajdziecie się w pierwszej dziesiątce osób, którym o tym opowiem.

Telefony bliźniaczek zabrzęczały.

- To pewnie mama - uznała Hayley. - Zawsze pisze do nas obu naraz.

Taylor zerknęła na wiadomość i zamknęła telefon. Wyglądała na lekko zdenerwowaną, ale starała się to ukryć, wsuwając aparat do kieszeni.

- Co jest? - zainteresowała się Beth, widząc, że Hayley chowa telefon z taką samą miną.

- Jakaś reporterka odkryła, że Katelyn uczestniczyła w tamtym wypadku - wyjaśniła Hayley. - Pisze artykuł o jej śmierci.

Znów ten wypadek.

- Durna jakaś! Przecież wyciągnęli z tej historii już wszystko, co się dało - obruszyła się Beth.

- Nie w tym kontekście - wyjaśniła Taylor. - To, że Katelyn przeżyła wypadek, ale i tak umarła młodo, czyni jej śmierć jeszcze bardziej tragiczną.

Czuła, że jej serce zaczyna bić szybciej. Przerażała ją myśl, że będzie trzeba na nowo przeżywać wypadek, znów mówić o nim i słuchać, jak inni mówią. Zabawne, że słowo "wypadek" może wywoływać taką dziwną reakcję. Nie musiał to być wcale t e n wypadek, tylko jakikolwiek inny. I nie chodziło przecież o to, że wspomnienie tamtego wydarzenia było takie potworne.

Chodziło o to, że ani ona, ani jej siostra nie pamiętały nic z owego deszczowego popołudnia sprzed wielu lat.

Kompletnie nic.

 

rozdział 6

Zwłoki Katelyn Berkley ułożono na stole z nierdzewnej stali obrzeżonym rynienką z wodą. Z bieżącą wodą. Strumień wokół Katelyn miał pomóc usunąć krew, która wypłynie, gdy na jej ciele pojawią się głębokie cięcia. Dziewczyna miała zamknięte oczy i, co ważniejsze i niepodważalne, była martwa. Mimo to każdy, kto ją znał, dotkliwie by przeżył jej upokorzenie. A było to dopiero pierwsze z wielu poniżających wydarzeń, do których musi dojść, gdy umiera młoda, zdrowa osoba. Obcy ludzie będą oglądali jej ciało. N a g i e ciało. Potem zaczną ją patroszyć jak łososia, badając i mierząc zawartość klatki piersiowej, brzucha, a nawet głowy. Wraz z ostatnim tchnieniem bezwiednie oddała się tym obcym ludziom ze skalpelami. Jeżeli zabiła się, szukając ucieczki od poniżenia, prawdziwego czy wyimaginowanego, to popełniła błąd.

Katelyn nie rozpłynęła się w powietrzu ani nie odeszła w niebyt. Zamiast tego skończyła jako materiał dowodowy, leżący w bezwzględnym świetle reflektora w okręgowej kostnicy w Port Orchard - w miejscu, w którym każdy spłonąłby żywcem ze wstydu... gdyby jeszcze żył.

I niestety tu właśnie znalazła się Katelyn.

Choć nikt nie podejrzewał, by jej śmierć nosiła znamiona przestępstwa - nie było ku temu żadnych przesłanek - regulamin biura koronera hrabstwa Kitsap wymagał przeprowadzenia inwazyjnych badań, zanim Sandra i Harper Berkley będą mogli złożyć jedyną córkę do grobu na cmentarzu Buena Vista w Port Gamble. A ponieważ z powodu świąt większość personelu przebywała na urlopie, i do tego należało przeprowadzić szczegółowe śledztwo policyjne, wiadomo było, że wszystko się trochę przeciągnie.

Poza tym rodzice Katelyn nie potrafili przestać się kłócić nawet na chwilę i zadbać o to, by córka pozostała w ich pamięci za całą miłość, którą im dawała, a nie za ból, z którym ich pozostawiła.

Dziewczyna z pomalowanymi na zielono paznokciami u nóg leżała na stole patologa. Zaraz miała zostać pozbawiona ostatnich pozorów skromności. Katelyn Melissa Berkley zginęła tragiczną śmiercią w wannie swego domu, później w wieczór Bożego Narodzenia przewieziono ją karetką i niczym świąteczną szynkę pozostałą po wieczerzy trzymano przez trzy dni w chłodni w kostnicy okręgowej w starym domu przy Sidney Avenue, obok budynku sądu hrabstwa Kitsap.

Stanowa patolog sądowy Birdy Waterman, obok której stał asystent, przesunęła lampę ultrafioletową nad powierzchnią skóry Katelyn. Zaczęła od szyi, po czym omiotła światłem niewielkie piersi i brzuch dziewczyny.

- Nacięcia na ramionach. Więcej na brzuchu. Kolejne na ramionach - mówiła rzeczowym tonem, który maskował jej emocje. Doktor Waterman najbardziej na świecie nie cierpiała, kiedy na jej stole z nierdzewnej stali leżało dziecko.

- To przyczyna śmierci? - zapytał asystent, Terry Morris, żółtodziób udający jastrzębia.

Doktor Waterman pokręciła głową.

- Ależ skąd - zaprzeczyła. - Na pewno chciałbyś się z tym uwinąć i zająć się pisaniem SMS-ów czy czymś takim, ale tutaj robimy badania rzetelnie, metodycznie i zgodnie z zasadami. - Osłodziła wypowiedź łagodnym spojrzeniem znad okularów.

Nie ma potrzeby, żeby mnie od razu znienawidził. Będzie na to mnóstwo czasu później, pomyślała.

- A zatem po kolei - dodała, kierując wzrok na martwą dziewczynę.

Wskazała na nacięcia na udzie Katelyn i zmarszczyła brwi. Były najnowsze. Zupełnie świeże.

- Niezbyt głębokie - zauważyła.

- Ta dziewczyna musiała być całkiem pokręcona - wyraził swoją opinię Terry.

Doktor Waterman, Indianka Makah, która uzyskała tytuł naukowy na Uniwersytecie Waszyngtońskim w Seattle, była osobą poważną i uważała, że śmierć zasługuje na bezwzględny szacunek. Spojrzała gniewnie na młodzieńca. Nie będzie łatwo go ustawić. Ale nie miała nic przeciwko temu.

- Nie znasz mnie jeszcze zbyt dobrze, Terry. Ale ja się tak nie wyrażam. I nie chcę, żeby mój asystent tak się wyrażał.

- Martwi nic nie słyszą - zaprotestował.

Przeszyła go spojrzeniem ciemnych oczu i natychmiast znów skupiła całą uwagę na Katelyn.

- Skąd wiesz? - zapytała.

Terry, młody mężczyzna o dużych zielonych oczach, może nawet zbyt dużych jak na tak drobną twarz, zrobił sceptyczną minę, ale tym razem trzymał buzię na kłódkę. Uczył się. Śmiertelne porażenie prądem zdarza się niezmiernie rzadko. Doktor Waterman pamiętała tylko dwa takie wypadki w hrabstwie. W pierwszym zginął Indianin, pracownik kasyna Lucky Jim, który miał naprawić zepsuty kabel zasilający automaty do gry i uznał, że jego współpracownik wcześniej wyłączył zasilanie.

Cóż, pomyślała wówczas doktor Waterman, można powiedzieć, że szczęście w kasynie niezbyt mu dopisało.

W drugim ofiarą była młoda, ładna kobieta z Bremerton, która wybrała się na spacer ze swoim dalmatyńczykiem niedługo po tym, jak wichura spustoszyła okolicę, zrywając linie wysokiego napięcia i pogrążając w ciemnościach połowę hrabstwa. Zadowolony z życia pies puścił się biegiem, a ona wykorzystała tę chwilę, żeby zawiązać poluzowane sznurowadło. Gdy przyklękła, dotknęła kolanem przesłoniętego przez połamane gałęzie drzew kabla z zerwanej linii pod napięciem tysiąca woltów.

Oczywiście przypadek Katelyn był inny. Jej śmierć wywołało urządzenie domowe, które wpadło do wanny pełnej wody.

Doktor Waterman wskazała ślady po oparzeniu widoczne na prawym boku Katelyn.

- Tutaj nastąpił kontakt ze źródłem prądu - powiedziała. Oparzenie wyglądało okropnie, skóra była tak zaczerwieniona, że aż przypieczona.

- Tak, widzę - potwierdził zdawkowo Terry, bo nie chciał znów oberwać za wyrażanie opinii czy robienie żartów. Z ogromnym wysiłkiem powstrzymał się na przykład od uwagi: "To musiało być bardzo gorące źródło".

Potem cięcie i piłowanie. Dźwięk, jaki wydaje ludzkie ciało rozcinane przez stal, brzmi koszmarnie - nawet dla tych, którzy słyszą go na co dzień. Hałas wydawany przez piłę Birdy Waterman stanowił coś pośredniego między warkotem elektrycznego noża do krajania mięsa a wyciem małej piły łańcuchowej. Niektórzy lekarze sądowi puszczają w salach prosektoryjnych głośną muzykę, zmieniając je w jakąś piekielną wizję śródmiejskiego klubu nocnego. Inni podczas autopsji podkręcają głośność w iPodach. Ale nie Birdy Waterman. Mruczała tylko coś pod nosem i obserwowała, jak zielone oczy jej asystenta robią się coraz bardziej zielone.

- Miała kiedyś pęknięte żebra - powiedziała, wskazując jasne linie tam, gdzie kości się zrosły.

- Była maltretowana? - zainteresował się Terry, zaglądając lekarce przez ramię, żeby lepiej widzieć.

Doktor Waterman pokręciła głową.

- Według wywiadu medycznego zebranego od ojca przeżyła wypadek autobusowy, kiedy miała pięć lat. Nigdy więcej nie była hospitalizowana.

Serce zmarłej i inne organy zostały wyjęte, a następnie zważone, zmierzone i zbadane.

Autopsja potwierdziła podejrzenia Birdy Waterman. Serce Katelyn Berkley przestało bić z powodu wstrząsu wywołanego porażeniem elektrycznym.

- Zatem to zabójstwo? - zapytał Terry. - Czy przypadkowa śmierć? A może samobójstwo?

Doktor Waterman uniosła plastikową osłonę, chroniącą jej twarz przed krwią i fragmentami tkanek.

- Dziewczyna miała problemy emocjonalne - powiedziała, wskazując blizny po ranach, jakie zadawała sobie Katelyn. Większość wydawała się stara i wyblakła, ale było też kilka całkiem świeżych. - I choć to wysoce nieprawdopodobne, by próbowała się zabić ekspresem do kawy, chyba jednak tak właśnie się stało.

- Jakie więc będzie orzeczenie? - zapytał Terry.

Doktor Waterman zrobiła jeszcze kilka zdjęć, a po chwili zdjęła maskę oraz zielone lateksowe rękawiczki, upstrzone tkanką mózgową i drobinkami kości.

- Wypadek - odpowiedziała. - Policja nie znalazła na miejscu żadnych dowodów wskazujących na przestępstwo, a rodzice nie muszą żyć w dodatkowym poczuciu winy, zastanawiając się, jaki błąd popełnili - nawet jeśli jakiś rzeczywiście im się przydarzył. Dziewczyna nie żyje. Koniec sprawy.

Ruszyła w stronę przebieralni i łazienki.

- Możesz ją zamknąć. Żadnych klamer. Delikatne szwy, Terry. To młoda dziewczyna. Nie chcę, żeby w domu pogrzebowym uznano je za dzieło ślepej szwaczki. Katelyn... - Zamilkła i spojrzała w papiery, które dostarczono wraz z ciałem. - Katelyn Melissa Berkley zasługuje na więcej. Ma zaledwie piętnaście lat.

- I co z tego? Przecież jest martwa - mruknął Terry pod nosem, licząc na to, że kobieta z ostrym skalpelem i miękkim sercem go nie usłyszy.

Ale usłyszała.

- Będę o tym pamiętała, kiedy zobaczę cię na moim stole - zapewniła go.

* * *

Gdyby ktoś chciał wykazać, że warto przeczekać okres maniakalny, jakim jest gimnazjum, zanim bezwzględnie spisze się człowieka na straty, Colton James byłby dowodem rzeczowym numer jeden. Wystarczyły jedne letnie wakacje pomiędzy gimnazjum a liceum, by zmienił się w prawdziwe ciacho.

Colton, w jednej szesnastej Indianin ze szczepu S'Klallam, zamieszkującego Port Gamble jeszcze w czasach, gdy osada nosiła nazwę Memalucet, miał śniadą cerę, szopę niesfornych ciemnych włosów i tego rodzaju czarne oczy, które w świetle słońca wyglądają niemal na niebieskie. W dzieciństwie często zapraszał bliźniaczki na wędrówki wzdłuż brzegu Zatoki Port Gamble w poszukiwaniu krabów, ostryg i innych nadających się do jedzenia owoców morza. Żartował, że robi to, ponieważ jest rdzennym Amerykaninem, ale tak naprawdę chodziło o coś innego - jego rodzice nie zawsze mieli pieniądze. Tato Coltona, Henry, był inuickim rybakiem i często w sezonie wyjeżdżał na Alaskę, a mama, Shania, cierpiała na agorafobię, więc prawie nigdy nie wychodziła z domu. Ludzie szeptali, że Shania James to odludek, że jest leniwa i za gruba, żeby cokolwiek robić.

Oczywiście mylili się, a prawda była o wiele bardziej ponura. Shania została napadnięta na parkingu przed sklepem w Silverdale, kiedy Colton miał dwa lata. Chłopiec siedział przypięty w foteliku, podczas gdy napastnik robił Shanii rzeczy, o których nigdy potem nie chciała mówić. Nawet policji. Nawet swojej rodzinie. Ani w ogóle nikomu. Tylko Ryanowie podejrzewali, że Shania padła ofiarą brutalnego napadu. Pewnego dnia, kiedy Kevin kosił trawnik, zawołała go z okna.

Pomachała do niego egzemplarzem jego książki Niewinność odroczona.

- Dobrze to ująłeś, Kevin.

- Co takiego, Shanio?

- W tekście od autora. O to mi chodzi. Czasami ludzie nie potrafią się pozbierać po doznanej krzywdzie. Doktor Phil się myli. Nie zawsze można dojść do siebie.

- Niech doktor Phil pocałuje się w nos - odrzekł Kevin.

Shania zgodziła się lekkim skinieniem głowy. Zamknęła okno i zniknęła w głębi domu.

Colton zawsze był chłopakiem zza płotu, i to w sensie dosłownym. Hayley i Taylor nie pamiętały ani jednego letniego dnia, kiedy by się nie przekomarzali, nie robili wspólnych zakupów w sklepie wielobranżowym czy nie spali pod gołym niebem.

On na swoim podwórku, one na swoim.

A potem nagle wydoroślał, co obie zauważyły. Dziewczynki czuły, że ten "półbrat" czy w najlepszym razie kumpel zaczął je fascynować w sposób osobliwy i niepokojący.

Pewnego dnia Colton mył na podwórku starą toyotę camry, której jego matka nie umiała się pozbyć, choć nigdy nią nie jeździła, a Hayley właśnie wróciła z plaży w mandarynkowym biustonoszu od bikini i wyblakłych dżinsowych szortach, cała lepka i pachnąca kremem do opalania. Włosy dziewczyny pojaśniały od słońca, a na grzbiecie nosa wystąpiły nowe piegi.

- Pomożesz mi wytrzeć samochód? - zapytał.

Nie bardzo jej się chciało, ale ponieważ Colton nie miał koszuli, zmobilizowała się, żeby przejść przez podwórko i wziąć irchę.

Okazało się, że bardziej chodzi o polerowanie niż wycieranie, ale Hayley to nie przeszkadzało. Ukucnęła i zajęła się nadkolem.

- Tak się zastanawiałem - odezwał się po chwili Colton, a jego zęby wydawały się jeszcze bielsze w kontraście z mocno opaloną skórą - może miałabyś kiedyś ochotę gdzieś wyjść?

- Chcesz ze mną wyjść? Co właściwie rozumiesz przez "wyjście"? - zdziwiła się.

- No, wyjście.

- Tak jak na randkę?

- Nazywaj to, jak chcesz. Ale tak - przyznał, kucając obok niej. - Co myślisz?

Prawdę mówiąc, Hayley myślała, że to dziwne. Lubiła Coltona. Zawsze tak było. Taylor też go lubiła. Nawet rozmawiały o tym, że się zmienił i wyglądał doroślej, silniej, seksowniej, czym zdezaktualizował poprzednie siostrzane uczucia, które do niego żywiły.

- A co z Taylor? - zapytała w końcu.

Colton zaśmiał się.

- Nie wchodzę w to.

Hayley zmrużyła niebieskie oczy.

- W co dokładnie nie wchodzisz?

- Nieważne. Zapraszam na randkę ciebie. Tylko ty i ja.

Hayley miała ochotę cisnąć irchę i pobiec do domu zapytać siostrę, czy nie poczuje się urażona. Miała nadzieję, że nie, choć wiedziała, że to możliwe. W jej umyśle szalała burza.

- Chętnie - zgodziła się w końcu. - Kiedy?

Uśmiechnął się szeroko.

- Może jutro wieczorem? Sprawdzimy, co grają w Poulsbo?

Nie odpowiedziała od razu. W kinie puszczano tylko głupawe komedie romantyczne, ale nie chciała zniechęcać Coltona.

Chłopak natychmiast wyczuł jej nastawienie.

- W sumie nie, zapomnij. Tam lecą tylko śmieci. Dajmy spokój filmom i zróbmy coś innego.

W tym momencie Hayley Ryan ujrzała w Coltonie Jamesie kogoś wyjątkowego, kto rozumiał ją bardziej niż inni.

- No to jesteśmy umówieni - powiedziała, przenosząc wzrok na samochód i obserwując odbicie Coltona w lśniącym kołpaku. W głowie miała mętlik i nie umiała dojść do ładu ze swoimi uczuciami. Bez wątpienia cieszyła się, że Colton ją zaprosił, ale dotykając samochodu i polerując okrężnymi ruchami chromowane części, czuła delikatne igiełki smutku w czubkach palców.

Co takiego - zastanawiała się - było w tym samochodzie, że wywoływał takie wrażenie?

W noc śmierci Katelyn Hayley przypomniała się to uczucie, które ją naszło, kiedy polerowali toyotę i planowali swoją pierwszą randkę. Wrażenie, które ją ogarnęło, podobne było do tego teraz.

Napisała do Coltona, gdy tylko dowiedziała się o Katelyn. Chłopak przebywał w Portland u krewnych ojca i miał wrócić dopiero dzień po rozpoczęciu szkoły. Sporo się namęczyli, żeby namówić mamę na ten wyjazd.

HAYLEY: MYŚLĘ O KATELYN. MASAKRA.

COLTON: PRZYKRO. CO SIĘ STAŁO?

HAYLEY: NIE WIADOMO. NIKT NIE WIE. SAMOBÓJ? WYPADEK?

COLTON: PRZERĄBANE.

HAYLEY: TĘSKNIĘ.

COLTON: JA TEŻ.

Taylor przyłapała Hayley na pisaniu do Coltona i przewróciła oczami.

Czasami ta dwójka bardzo ją irytowała.

 

rozdział 7

Moira Windsor wiedziała, że nie zdobędzie sławy, pisząc do działu Nowin w "North Kitsap Herald", ale w wieku dwudziestu trzech lat stała w obliczu spłaty pożyczek studenckich i braku perspektyw na lepszą pracę, przynajmniej dopóki sytuacja ekonomiczna w kraju się nie poprawi. A kiedy zmiany miały nastąpić, tak naprawdę nikt nie wiedział. Uważała też, że jest to posunięcie taktyczne. Doświadczenie w prawdziwej pracy dziennikarskiej stanowiło podstawę budowania wiarygodności zawodowej, którą - była pewna - uda jej się kiedyś przekuć w miejsce u boku Matta Lauera w programie Today. To znaczy wtedy i tylko wtedy, gdy tej wiecznie uśmiechniętej Ann Curry powinie się noga i zostanie wylana z roboty.

Moira przystanęła na moment przed domem numer 19, żeby zebrać myśli, zanim zapuka do frontowych drzwi Ryanów. Była smukłą rudowłosą dziewczyną o zgrabnej figurze i potrafiła wykorzystać swoją urodę. Choć na dworze panował ziąb, rozpięła trochę kurtkę, żeby zaprezentować to, czym dysponowała dzięki naturze i biustonoszowi push-up z Victoria's Secret. Zajrzała przez szybki z pofałdowanego szkła wprawione w solidne, malowane drzwi. Kiedy usłyszała zbliżające się kroki, cofnęła się i przywołała na twarz uśmiech.

Kevin Ryan w szarych spodniach od dresu i rozciągniętej, poplamionej koszulce z napisem "Zgłoś przestępstwo", której Valerie usiłowała się pozbyć niejeden raz, upychając ją na samym dnie torby z ubraniami dla organizacji dobroczynnej, otworzył drzwi i się uśmiechnął.

Niewielki dekolt nigdy nie zaszkodzi. Moira nauczyła się tej techniki, próbując nakłonić mężczyzn do wyjawiania informacji, których w normalnych warunkach mogliby nie chcieć zdradzać. Miała w tych działaniach osiemdziesięciosiedmioprocentową skuteczność.

- Pan Ryan? Pracuję dla "North Kitsap Herald". Jestem pana wielką fanką. Możemy chwilę porozmawiać?

Kevin przyjrzał się jej dokładnie. Widział tę minę domniemanego "wielkiego fana" już dziesiątki razy. Dziewczyna była młoda i podekscytowana. Jak większość reporterów, którzy prosili o wywiad, prawdopodobnie bardziej zależało jej na spełnieniu marzeń o pisaniu książek niż na przeprowadzeniu z nim wywiadu na temat tego, co robił.

- Przepraszam - powiedział z wahaniem - ale nie dosłyszałem nazwiska.

- Moira Windsor - odrzekła z pewnością siebie, która miała sugerować, że powinien wiedzieć, kim ona jest. - Pracuję w Nowinach.

Kevin nigdy nie odrzucał okazji do promocji, ale przestrzegał jednej głównej zasady: nie flirtował z mediami, jeśli nie miał książki do sprzedania.

- Rozumiem. Moiro, przykro mi, ale nikt z "Heralda" nie zawiadomił mnie, że pani wpadnie. Niczego teraz nie publikuję.

- Jestem wielką fanką pańskiej twórczości - powtórzyła.

- Już to pani mówiła - zauważył najuprzejmiej, jak tylko umiał.

Moira pogrzebała w torebce i wyjęła cienki reporterski notebook.

- Prawdę mówiąc - wyjaśniła, otwierając go - chciałam z panem porozmawiać o Katelyn Berkley. Przepraszam, ale nie zebrałam jeszcze wszystkich wstępnych informacji. Zadzwonił do mnie wydawca i przekazał mi podstawowe fakty. Dopiero gromadzę dane, więc proszę o cierpliwość. No to słucham.

Valerie uprzedzała go, że jakaś reporterka węszy w okolicy. Kevinowi bardzo się nie podobało to, dokąd prowadziła ta zaimprowizowana - a właściwie podstępna - konfrontacja.

- Dlaczego miałaby pani o niej pisać? To sprawa osobista, tragedia rodzinna.

Moira zignorowała ostrzeżenie, które dosłyszała w jego głosie.

- Tak, samobójstwo lub wypadek. Wiem o tym.

- Oczywiście, że pani wie - odrzekł. Czuł, że podnosi mu się poziom adrenaliny i bardzo chciał zachować spokój. Być może pewnego dnia będzie potrzebował tej dziewczyny, żeby zapewnić sobie reklamę, ale to nie był ani ten dzień, ani ten temat. - A z tego, co ja wiem, pani gazeta nie pisze o tragediach osobistych.

Moira skinęła głową.

- Ta sprawa jest inna.

Jeżeli zamierzała obudzić jego ciekawość, postanowił jej na to pozwolić.

- Dlaczego? - spytał, wyraźnie ją sprawdzając.

- Chyba pan wie dlaczego.

Wiedział, ale był zdecydowany tego nie ujawniać.

- Nie, nie wiem.

- Katelyn przeżyła wypadek autobusu na moście nad kanałem Hood.

Kevin na sekundę odwrócił wzrok, tym razem myśląc nie o denerwującej młodej kobiecie stojącej przed nim, lecz o swoich dziewczynkach, które znajdowały się zaledwie kilka kroków od drzwi.

- Możliwe - przyznał. - I co z tego?

- Tak jak pańskie córki... które są teraz jedynymi dziećmi ocalałymi z wypadku.

Kevin zacisnął zęby.

- Z zasady nie poruszamy tego tematu.

- Gazeta naprawdę chciałaby opublikować ten materiał... Wie pan, z powodu tragicznej śmierci Katelyn i przy okazji dziesiątej rocznicy wypadku.

Śmierć dziecka oraz dziesiąta rocznica oznaczały dla reportera podwójną porcję sensacji zapewniającą miejsce na pierwszej stronie gazety.

- Przykro mi. Nie mogę i nie chcę pani pomóc.

- Wspomniałabym o pańskiej ostatniej książce.

- Dziękuję, ale nie. Proszę wyświadczyć przysługę sobie, a przede wszystkim mieszkańcom naszego miasteczka, i przestać drążyć ten temat.

- Nie mogę zrezygnować, a pan akurat powinien rozumieć to najlepiej. Pan też zawsze dąży do odkrycia prawdy, czyż nie?

Kevin Ryan kiwnął głową, ale jego zdawkowy uśmiech zniknął.

- Proszę odejść, panno Windsor. Wszyscy jesteśmy teraz trochę rozdrażnieni.

Zamknął drzwi gwałtowniej, niż wypadałoby człowiekowi uprzejmemu, ale nic nie mógł na to poradzić. Wisiała nad nimi wizja dziesiątej rocznicy tamtych wydarzeń, z każdą mijającą minutą niosąc coraz więcej bólu i wspomnień.

Przecież nikt nie wiedział, jaka była przyczyna wypadku ani dlaczego przeżyły tylko trzy dziewczynki i jedna osoba dorosła.

- Kto to był? - zapytała Hayley, gdy ojciec się odwrócił.

- Reporterka - odrzekł Kevin.

- Czemu pytała o Katelyn?

- Szuka tematu, to wszystko.

- Aha.

Kevin ruszył do kuchni, ale kolejne słowa Hayley zastopowały go niczym zasieki z drutu kolczastego.

- Kiedy zamierzasz porozmawiać z nami o wypadku, tato?

Odwrócił się z bijącym mocno sercem i zarumienioną twarzą.

- Już o nim rozmawialiśmy.

- Naprawdę? Nadal mam wiele pytań - nalegała dziewczyna.

- Słuchaj - powstrzymał ją, wyraźnie nie chcąc już o tym mówić ani z Hayley i Taylor, ani z kimkolwiek innym - czy nie możemy odłożyć tego na później?

Teraz dla odmiany Hayley zarumieniła się z irytacji.

- Jak długo jeszcze mamy odkładać ten temat? Nie będziemy o tym mówić do końca życia?

Kevin nie odpowiedział. Zamiast tego uniósł dłoń, jakby tym gestem chciał wszystko od siebie odsunąć. Ojcowie na całym świecie uważają, że potrafią wygrać z nastoletnimi córkami. Oznacza to, że są niezbyt mądrzy.

- Przepraszam, kotku - powiedział Kevin - ale nie teraz. Proszę, nie zadawaj więcej pytań.

Czasami dobro potrzebuje pomocy, żeby rozprawić się ze złem. I Taylor, i Hayley wiedziały, że owo stwierdzenie jest prawdziwsze, niż to, że mają niebieskie oczy czy że ich pies, Hedda, jamnik długowłosy, potrafi zająć w nocy całe łóżko. Zastanawiały się jednak, czy zawsze tak było na świecie. Czasami wydawało im się, że poza granicami Port Gamble ludzie są ciągle uwikłani w konflikty, w nienawiść, w nieustające podłości - można wybrać dowolne słowo na określenie krzywd, które rutynowo robią sobie nawzajem.

Bliźniaczki Ryanów miały dość nietypowy pogląd na przestępczość i system karny. Valerie jako mała dziewczynka mieszkała w więzieniu zarządzanym przez ojca, a teraz pracowała jako pielęgniarka w szpitalu psychiatrycznym. Kevin natomiast zarabiał na życie, pisząc o morderstwach. Rodzice nauczyli dziewczęta jednoznacznie, że istnieją dwa rodzaje zła: przypadkowe oraz rozmyślne.

Obie, a zwłaszcza Taylor, potrafiły współczuć pijanemu kierowcy z Seattle, który siadł za kółkiem i wpakował się w grupę nastolatków czekających przed klubem tanecznym. Przypadkowe zło można czasami wybaczyć. Kierowca nie zabił celowo. Poza tym dla prawdziwie skruszonych zawsze jest nadzieja.

Jednak bliźniaczki nie czuły litości dla tych, którzy czynili zło z premedytacją. Ich dusze tonęły w mroku i na zawsze miały w nim pozostać.

 

rozdział 1

Woda lejąca się z zardzewiałego kranu do poobtłukiwanej porcelanowej wanny wprawiała w ruch kilka pływających na dnie splątanych długich brązowych włosów. Miała dobre pięćdziesiąt stopni i była tak gorąca, że Katelyn Berkley z trudem zanurzyła w niej palce stóp o pomalowanych na zielono paznokciach. Pod wpływem temperatury jej blada skóra natychmiast pokryła się purpurowymi cętkami. Dziewczyna przysiadła na krawędzi wanny, prawą nogą mieszając wodę, i uśmiechnęła się. Ból był przyjemnym uczuciem.

A piętnastoletnia Katelyn wiele już o nim wiedziała.

Ludzie składają obietnice... a potem je łamią. Wszystko się zmienia. Wszyscy cię zawodzą, nawet najbliżsi. Rzadko kto stara się dotrzymać słowa.

Z otwartego okna sypialni powiało lodowatym powietrzem, a srebrne ostrze brzytwy, która leżała obok w połowie opróżnionej butelki szamponu z olejkiem z drzewa herbacianego, zalśniło kusząco. Katelyn przez chwilę wyobrażała sobie, że przejmuje kontrolę nad sytuacją - nad tą żałosną namiastką życia - w jedyny sposób, w jaki potrafi.

Spojrzała w wysokie lustro po drugiej stronie łazienki. Zaszło już mgłą od kłębów pary unoszących się nad falującą powierzchnią wody, ale widziała w nim wyraźnie, że oczy ma bardzo zaczerwienione. Żaden korektor na świecie nie ukryje śladów po łzach na jej twarzy.

- Wesołych świąt, frajerko - powiedziała do swego odbicia.

Zapadła się w głąb siebie, skryła w miejscu, w którym mogła znaleźć choć odrobinę wytchnienia.

Wanna była prawie pełna parującej wody. Czekała na Katelyn.

Dziewczyna nie miała pojęcia, że tuż obok ktoś robi dokładnie to samo - czeka na odpowiedni moment, żeby wykonać ruch.

Łzy znów potoczyły się po jej policzkach. Rozebrała się do końca, rzuciła ubrania na podłogę i zanurzyła się w wodzie.

Piętro niżej jej matka Sandra, stojąc przy kuchennym blacie, grzebała w stygnących resztkach pieczonego rostbefu. Poprawiła na ramionach niebieski sweter, otulając się nim ciaśniej, i prychnęła ze złością. Była zmarznięta i wściekła. Wkurzona i wyziębiona. Przejrzała właśnie wszystkie kuchenne szafki w poszukiwaniu ekspresu do kawy.

Gdzie on jest?

Sandra postawiła na blacie butelkę aromatycznego rumu Bacardi i mały dzbanek eggnogu*, który chciała spienić. Postanowiła wypić ostatniego drinka w tym roku. To była pusta obietnica, jak zwykle zresztą, ponieważ do sylwestra został ledwie tydzień. Przez cały wieczór Sandra obserwowała, jak poziom bursztynowej cieczy w butelce opada niczym słupek rtęci na termometrze za oknem z pojedynczą szybą, bo dom Berkleyów miał wartość historyczną i nie można go było modernizować.

Ostatni drink. Obiecuję. Gdzie jest ten ekspres?

Jej rodzice, Nancy i Paul, w końcu wyjechali, a Sandra po ich świątecznej wizycie zdecydowanie potrzebowała kojącego działania alkoholu. Przy każdej okazji rzucali jakąś bombę, a ta, z którą wystąpili dzisiejszego wieczoru, była prawdziwą atomówką, nawet jak na ich standardy. Tym razem postanowili się wycofać z obietnicy pokrycia wydatków na studia Katelyn, którą złożyli tuż po narodzinach wnuczki. Nancy wyznała przy kolacji, że już ich na to nie stać.

- Sandro, moje blaty kuchenne były wykonane z corianu, na litość boską! A przecież zasługuję na granit. I tak od rzemyczka do koniczka. Remont za dziesięć tysięcy dolarów jakoś się przerodził w budowę nowego skrzydła domu za sto tysięcy. Ale bardzo mi się ono podoba. Ty też będziesz zachwycona.

Katelyn, która nagle stanęła w obliczu konieczności zdobycia lepszych stopni lub osiągnięcia spektakularnych wyników w sporcie albo choćby znalezienia bogatszych rodziców, wstała od stołu ze łzami w oczach i za plecami babki bezgłośnie powiedziała do mamy:

- Nienawidzę jej.

- Ja też, Katie - odpowiedziała Sandra.

- Słucham? - zainteresowała się Nancy.

- Zapewniłam Katelyn, że też ją kocham.

Sandra zachowywała się tak, jakby nic się nie stało, jak to matki czasami potrafią, ale w środku aż wrzała. Jej mąż, Harper, wyszedł tuż po kolacji, żeby naprawić zepsutą zamrażarkę w należącej do nich restauracji Timberline, która mieściła się tuż obok.

Absolutnie każdego dnia, nawet w święta, Harper musiał znaleźć pretekst, żeby pójść do pracy.

- Katelyn! - zawołała w górę wąskiej klatki schodowej, która prowadziła do sypialni na piętrze. - Wiesz może, gdzie jest ekspres?

Żadnej odpowiedzi.

Sandra wróciła do swojej zniszczonej, przestarzałej kuchni, nalała na dwa palce aromatycznego rumu do szklaneczki z Disneylandu i opróżniła ją jednym haustem. Potem zakręciła butelkę, udając przed sobą, że wcale nie piła alkoholu. W końcu to było prawie jak lekarstwo.

Żeby ukoić nerwy. Tak, właśnie po to.

Tydzień przed świętami Katelyn zaniosła ekspres na górę, bo zamierzała zrobić americano.

- To niehigieniczne, Katie - zganiła ją Sandra. - Nie wnosimy żywności na górę.

Jej córka ostentacyjnie przewróciła oczami.

- Tylko właścicielka restauracji może nazywać mleko i cukier "żywnością", mamo.

- Nie w tym rzecz.

- Tja, kumam - odrzekła Katelyn, uznając, że nie musi przypominać, iż była zmuszona wyrobić sobie zezwolenie na pracę w gastronomii już w wieku dziewięciu lat, a temperatury obróbki mięsa, drobiu, mleka i warzyw miała tak wbite w pamięć, że mogła je recytować przez sen.

Wtem światła zamigotały i bezpieczniki w kuchni strzeliły.

Oto kolejny powód, by nienawidzić tego starego domu, mimo że na piętrze jest dodatkowa łazienka.

Sandra ostrożnie weszła po pogrążonych w ciemnościach schodach i po omacku ruszyła korytarzem. Słyszała szum płynącej wody.

Jeszcze raz zawołała córkę, po czym zastukała do drzwi jej sypialni.

Nic.

Przekręciła gałkę i natychmiast w twarz uderzył ją zimny podmuch. Katelyn zostawiła otwarte okno. Lampy też były zgaszone. Sandra przesunęła włącznik w górę i w dół kilka razy, choć wcale nie było to konieczne, żeby stwierdzić rzecz oczywistą. W pokoju nadal panowała ciemność.

Tylko plama bladego światła docierającego tu z sąsiedniego domu kładła się na drewnianej podłodze.

Sandra oparła się o parapet i zamknęła okno, zaniepokojona coraz większą beztroską córki. Temperatura w pokoju spadła do kilku stopni. Trzeba będzie grzać całą noc. Sandra pomyślała, że to zdumiewające, iż większość nastolatków dożywa dorosłego wieku.

- Katelyn Melisso, przeziębisz się!

Matka przeszła obok niepościelonego łóżka, które prezentowało się przyzwoicie tylko w niedziele, gdy zmieniała w nim pościel. Dżinsy córki i czarna koszulka marki Penneys (wyprzedaż u Marca Jacobsa) leżały rzucone na podłogę.

Co za bałagan!

Drzwi do łazienki były uchylone i Sandra, nadal drżąc z zimna, otworzyła je szerzej. Płomienie aromatyzowanych świeczek zamigotały.

- Co ty wyprawiasz? - zapytała oburzonym tonem.

Ale Katelyn nic nie wyprawiała.

Leżała z głową przewieszoną przez krawędź starej wanny na lwich łapach, jej oczy przypominały odłamki szkła, a twarz była zupełnie pozbawiona wyrazu. Woda z długich, mokrych włosów dziewczyny ściekała na podłogę.

Instynkt wziął górę i Sandra rzuciła się w stronę córki, ale poślizgnęła się na wilgotnej posadzce i upadła. Sięgając do krawędzi wanny, wrzasnęła:

- Mogłam sobie skręcić kark! Co się z tobą dzieje?

Nie usłyszała odpowiedzi na to co najmniej niewłaściwe pytanie.

Z łomoczącym sercem i rumem wgryzającym się w ściany żołądka próbowała jakoś się pozbierać. Poczuła w ustach smak krwi. Upadając, przygryzła sobie wargę i kilka czerwonych kropel kapnęło na podłogę. Ogarniała ją coraz większa panika, gdy w przytłumionym blasku świec patrzyła na Katelyn, która leżała bez ruchu. Co prawda w półmroku trudno było cokolwiek dostrzec dokładnie. Ciemnobrązowe włosy córki, z pasemkami wykonanymi domowym sposobem, zwisały poza krawędź wanny. Jedno ramię sterczało wyciągnięte krzywo, jakby dziewczyna odganiała od siebie coś niewidocznego.

Drugie kryło się w spienionej wodzie.

- Katie. Katie. Katie! - Z każdym powtórzeniem imienia córki Sandra podnosiła głos. Za trzecim razem był to wrzask słyszalny pewnie w całym Port Gamble.

Niespełna piętnastoletnia Katelyn Melissa Berkley nie żyła.

- To niemożliwe! - załkała Sandra, a łzy popłynęły po jej twarzy. Była zamroczona. Chora. Przerażona. Chciała zawołać Harpera, ale przecież wyszedł. Została sama w domu, w którym wydarzyła się potworna rzecz. Znów się poślizgnęła, ciągnąc Katelyn za ramiona - białe tam, gdzie schłodziło je zimne powietrze, różowawe tam, gdzie ogrzała je gorąca woda. Dwubarwne. Jak truskawka zanurzona w białej czekoladzie.

Katelyn uwielbiała białą czekoladę, chociaż jej matka twierdziła uparcie, że to wcale nie jest czekolada.

- Co ci się stało, maleńka? - Sandra odruchowo zakręciła wodę. - Obiecaj, że nic ci nie będzie!

Początkowo Sandra słyszała tylko martwą ciszę. A potem ciche kapanie z nieszczelnego kranu nad wanną. Nie otrzymała odpowiedzi na swoje pytanie. Nie mogła otrzymać. Już nigdy.

Gwałtownie potrząsnęła córką, czego nie robiła od tamtego razu, kiedy Katelyn była małą dziewczynką i skłamała w kwestii tak nieistotnej, że przerażona matka nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, co ją wówczas tak rozwścieczyło.

Sandra Berkley już miała pobiec po telefon, gdy zauważyła, że na dnie wanny coś leży. Jednak w półmroku nie widziała dokładnie co. W łazience było za ciemno. Pochyliła się, ocierając łzy, i zajrzała do wody.

Mały ekspres do kawy.

Podążyła wzrokiem za kablem. Wtyczka niczym gotowa do ataku kobra tkwiła sztywno wciśnięta do gniazdka na ścianie obok wanny.

W małych miasteczkach, takich jak Port Gamble w stanie Waszyngton, wieści rozchodzą się bardzo szybko. Kilka minut po tym, jak przebrzmiało echo pełnych udręki krzyków Sandry, mieszkańcy zaczęli się gromadzić pod schludnym czerwonym domkiem z białymi wykończeniami i okiennicami ozdobionymi wycięciami w kształcie ananasów. Białe, zielone i czerwone bożonarodzeniowe światełka migotały w mroźnym powietrzu. Przypadkowy przechodzień mógłby mylnie uznać zebranych za wyjątkowo liczną grupę kolędników.

Bo takie właśnie było Port Gamble. A przynajmniej do takiego wizerunku aspirowało.

Syrena karetki zjeżdżającej z autostrady z Kingston z każdą sekundą brzmiała głośniej.

Wszyscy już wiedzieli, że zmarła nastolatka, ale nikt nie był pewien, jak do tego doszło.

Ktoś z tłumu szepnął, że Katelyn poślizgnęła się w wannie i rozbiła sobie głowę. Ktoś inny zasugerował, że dziewczyna pewnie miała kłopoty i odebrała sobie życie.

- Może ze sobą skończyła? Teraz to się często zdarza. Dzieciak po raz ostatni woła o uwagę.

- No nie wiem, nie wyglądała na taką.

- Z nastolatkami nigdy nic nie wiadomo.

- Racja, ale mimo wszystko uważam, że to nie była taka dziewczyna, która popełniłaby samobójstwo.

W miejscach tragicznych wypadków panuje zazwyczaj pewnego rodzaju makabryczna hierarchia. Również tym razem najbliżej drzwi stali ci, którzy znali i kochali zmarłą dziewczynę: matka, ojciec, kilkoro kuzynów. Następny krąg tworzyli przyjaciele, pastor i zastępca szeryfa, który pilnował, żeby nikt nie zakłócał porządku. A za nimi zgromadzili się dalsi znajomi, sąsiedzi, a nawet gapie, dla których ten spektakl był ciekawszy niż powtórka jednej z wielu wersji programu Real Housewives.

Były czasy, gdy Hayley i Taylor Ryan mogłyby się znaleźć w grupce stojącej najbliżej frontowych drzwi. Teraz bliźniaczki nie były już tak zżyte z Berkleyami, mimo że dorastały z Katelyn. Jak to się często dzieje, ich drogi rozeszły się w gimnazjum. Niegdyś głęboka więź między trzema dziewczętami została osłabiona przez zazdrość i małostkowe plotki, które w nieunikniony sposób zmieniają przyjaciół we wrogów.

Zapewne przed końcem szkoły średniej zapomniałyby o tym, co je podzieliło. Mogłyby odbudować przyjaźń łączącą je jeszcze w piątej klasie, kiedy to nabijały się z beznadziejnych sportowych koszulek Coltona Jamesa, które stanowiły jego codzienny strój.

- Tylko cieniasy kibicują Marinersom - zaatakowała go kiedyś Katelyn, a Colton stanął w obronnej postawie, kościstymi ramionami obejmując chudą klatkę piersiową i potrząsając głową, jakby był gotów własnym ciałem bronić ulubionej drużyny.

Ale to było wtedy. Wydawało się, że milion lat temu. Tamte dzieci wyrosły już na nastolatków. Taylor i Hayley, podobne jak dwie krople wody, nadal miały jasne włosy i niebieskie oczy, ale czasami też pryszcze. Colton zamienił sportowy design na emblematy kapel rockowych z lat osiemdziesiątych i został chłopakiem Hayley. A Katelyn nie żyła.

- Kiedy rozmawiałaś z nią po raz ostatni? - zapytała Hayley, próbując jakoś uporządkować to, co się wydarzyło.

Taylor odgarnęła z czoła irytującą grzywkę, którą właśnie zapuszczała, i pokręciła głową.

- Nie jestem pewna. - Jej ciepły oddech zamienił się w obłok białej pary. - Chyba w zeszłym miesiącu.

- Myślisz, że miała depresję? Czytałam gdzieś, że odsetek samobójstw jest najwyższy właśnie w Boże Narodzenie.

Taylor zrobiła zdziwioną minę.

- Depresję? Skąd mam wiedzieć?

- Masz większe rozeznanie w sprawach towarzyskich niż ja - rzeczowo wyjaśniła Hayley. - Ludzie mówią, że się zabiła, bo coś ją gnębiło.

- A nadal się cięła?

Hayley wyglądała na zaskoczoną.

- Ty też o tym wiedziałaś?

- Pewnie - odrzekła Taylor, żałując, że w przeciwieństwie do siostry nie wzięła rękawiczek. Z zimna straciła już czucie w czubkach palców. - Wszyscy wiedzieli. Dylan, ten chłopak z ogoloną głową z drugiej liceum, co od Halloween nosi kółka w uszach, przezwał ją w zeszłym tygodniu "Sznytą".

Hayley wbiła wzrok w zalodzony chodnik i westchnęła cicho.

- Hm... Wydawało mi się, że przestała to robić.

Taylor pokręciła głową, a potem wzruszyła ramionami.

- Pamiętam, jak opowiadała ludziom, że lubi się ciąć, że lubi poczucie kontroli, które jej to daje.

- Gadasz bez sensu. Cięcie się dawało jej poczucie kontroli? Nad czym?

- Nie wyjaśniła.

Tłum rozstąpił się, żeby przepuścić nosze na kółkach. Leżało na nich zakryte ciało martwej dziewczyny. Niektórzy nie wytrzymywali i odwracali wzrok. Ten widok wydawał się zbyt brutalny i bezwzględny. Czuli, że nawet patrzenie jest jakieś niestosowne.

Karetka ruszyła, rzucając czerwone błyski na twarze zgromadzonych. Odjechała bez pośpiechu, bez syren. W ciszy. Niepostrzeżenie niczym odpływ.

Chwilę później tłum zafalował, gdy w otwartych drzwiach ukazała się imponująca sylwetka pani szeryf policji w Port Gamble, Annie Garnett. Miała na sobie ciemną wełnianą koszulę oraz kurtkę, a na mocnej szyi zamotany ręcznie robiony szalik. Długie ciemne włosy ściągnęła z tyłu głowy. Lekko załamującym się głosem nakazała wszystkim rozejść się do domów.

- Wydarzyła się tu dziś tragedia - dodała, nie do końca panując nad emocjami. Annie była dużą kobietą o dłoniach jak rękawice bejsbolowe i głębokim, dźwięcznym głosie, wyjątkowo wrażliwą na los nieszczęśliwych nastolatek. Śmierć Katelyn mogła być dla niej ciężkim ciosem, zwłaszcza gdyby okazało się, że dziewczyna popełniła samobójstwo.

Hayley trąciła łokciem zapłakaną siostrę.

- Powinnyśmy chyba iść do domu, Tay - zasugerowała łagodnie.

Nagle szok przeszedł w rozpacz. Oczy Hayley też wypełniły się łzami. Dziewczyna nie odebrała nawet SMS-a od swojego chłopaka Coltona, który wyjechał na święta, dlatego umknęło mu to najbardziej dramatyczne wydarzenie w Port Gamble od czasu tragicznego wypadku szkolnego autobusu. Bliźniaczki przyglądały się twarzom znajomych i sąsiadów.

Hayley wcisnęła dłonie w kieszenie płaszcza. Nie miała chusteczek, więc wytarła oczy palcami w wilgotnych rękawiczkach. Zimniej już nie mogło być. Wydawało się, że powietrze zamarza. Dziewczyna objęła siostrę.

- Niedobrze mi - powiedziała Taylor.

- Mnie też - wyznała Hayley, ale ponieważ jej smutek był podszyty ciekawością, dodała: - Chcę się dowiedzieć, co jej się stało i z jakiego powodu.

- Jak myślisz, dlaczego to zrobiła? - spytała Taylor.

- Co zrobiła? - spokojnie zaoponowała Hayley. - Nie wiemy, co się naprawdę wydarzyło.

- Powtarzam tylko to, co oni mówią. - Taylor wskazała stojących wokół gapiów.

- Wolałabym wiedzieć dokładnie. Ekspres do kawy w wannie? To chyba pierwszy taki wypadek.

Taylor pokiwała głową, wycierając łzy. Dostrzegła absurd całej sytuacji.

- Jakiś szyderczy bloger zaraz napisze, że wypadek dowodzi, iż kawa jest szkodliwa dla zdrowia.

- I da nagłówek w stylu: "Gorzki koniec nastolatki z Port Gamble" - dodała Hayley.

Zgromadzeni ludzie zaczęli się rozchodzić, całkowicie nieświadomi tego, że ktoś ich obserwuje. Wszystkich. Ktoś czerpał satysfakcję z tragedii, która spadła na Port Gamble i jego mieszkańców drżących w podmuchach lodowatego wiatru znad zatoki.

Ktoś delektował się tą smutną chwilą.

 * Eggnog - tradycyjny angielski koktajl na bazie mleka, śmietany, jajek i cukru, czasami również alkoholu.

 

rozdział 2

Niektórzy powiadają, że Port Gamble było przeklęte od czasu, gdy pojawili się tu pierwsi odkrywcy. Przedtem od setek lat brzeg zatoki zamieszkiwał szczep Indian S'Klallam. Jego członkowie w morzu znajdowali pożywienie, a na lądzie schronienie przed sztormami oraz spokój, który jakoś omijał inne odosobnione miejsca na wybrzeżu Pacyfiku.

Tutaj ziemia i wszechświat pozostawały w idealnej harmonii.

Tak jak zawsze powinno być.

A potem pierwsi osadnicy pojawili się na brzegu kanału Hood, odgałęzieniu Oceanu Spokojnego, które wbija się w stan Waszyngton bezpardonowo niczym szpikulec do lodu.

Stało się to przed stu pięćdziesięciu laty, czyli bardzo dawno temu według standardów Zachodniego Wybrzeża. Tartak stojący pod niewysokim klifem, na którym wybudowano miasteczko, nadal stanowił źródło dochodu większości mieszkańców, a także chmur gryzącego dymu. Zielone kapelusze (które wykonywały prawdziwą pracę w tartaku) i białe kapelusze (które mówiły zielonym, co mają robić) współegzystowały zgodnie w należących do kompanii osiedlach zabytkowych domów.

Domy te rozróżniano po numerach.

Taylor i Hayley Ryan mieszkały pod dziewiętnastką, w ostatnim budynku przy biegnącej wzdłuż zatoki drodze do Kingston, najbliższego większego miasta. Ten wzniesiony w roku 1859 dwupiętrowy, czekoladowo-biały dom rozbudowywano przynajmniej czterokrotnie. Był też najdłużej nieprzerwanie zamieszkiwaną nieruchomością w stanie Waszyngton. Mieszkańcy darzyli to dziwaczne, pełne przeciągów domostwo znacznie większą czułością, niż ta, która zwykle przypada w udziale czynszówkom.

Owej fatalnej nocy toczyła się w nim taka sama rozmowa jak w wielu innych domach w Port Gamble.

Choć może nie całkiem taka sama.

Rodzina Ryanów zebrała się wokół starego sosnowego stołu w kuchni. I chociaż był to wieczór Bożego Narodzenia, ich uwagi nie pochłaniały bynajmniej prezenty (zestaw do makijażu Bobby Brown dla Taylor, a dla Hayley książka na temat medycyny sądowej zatytułowana Nauka i historia zmarłych). Wszyscy myśleli tylko o Katelyn Berkley i o tym, jak doszło do tego, że zginęła tego wieczoru w wannie.

Kevin Ryan, ojciec bliźniaczek, który miał niedługo obchodzić trzydzieste ósme urodziny, wpadł niedawno w nawyk siedzenia do późnej nocy oraz urządzania półgodzinnych przebieżek po miasteczku. Dziewczęta zupełnie naturalnie przyjmowały to, że ich tato, twórca kryminałów opartych na faktach, ciągle grzebie w pudłach na dowody rzeczowe, włóczy się gdzieś z gliniarzami lub prokuratorami albo - co najlepsze - odwiedza w więzieniu owianych złą sławą morderców. Co roku na Boże Narodzenie ich skrzynkę na listy wypełniały pocztówki od zabójców dzieci, dusicieli i trucicieli.

WESOŁYCH ŚWIĄT! NIE RÓB NICZEGO, CZEGO JA BYM NIE ZROBIŁ!

Matka bliźniaczek, Valerie, pracowała jako pielęgniarka w stanowym szpitalu dla psychicznie chorych położonym w pobliżu Seattle. Zdaniem Hayley rodzice mieli symbiotyczną relację, ponieważ ojciec traktował matkę jak uosobioną Wikipedię, kiedy próbował rozgryźć psycholi, o których pisał.

Valerie była piękną blondynką o brązowych oczach i delikatnych rysach. W podstawówce Taylor uważała ją za najładniejszą kobietę w miasteczku. Z czasem zrozumiała, że mama jest również mądra i utalentowana - i że prawdziwy charakter człowieka ma większe znaczenie niż jego wygląd.

Oczywiście pod warunkiem że się nie pracuje w telewizji.

Valerie podmuchała na gorącą czekoladę - przygotowaną z prawdziwego mleka, cukru i kakao w proszku - żeby się napić, nie robiąc sobie wąsów z brązowej piany.

- Co powiedziała szeryf Garnett?

- Niewiele - odrzekł Kevin. - Tylko tyle, że prawdopodobnie doszło do wypadku.

Valerie uniosła brew, po czym podała wszystkim cukrowe laski.

- Ciekawe, jakim cudem? Zastanów się, Kevin, urządzenia kuchenne nie wpadają do wanien same z siebie.

Mężczyzna pokiwał głową i spojrzał przez stół na córki, które odpierały nawałnicę wiadomości tekstowych z dywagacjami na temat tego, co się przydarzyło Katelyn.

- Miała jakieś problemy? Wiecie cokolwiek, dziewczyny?

Taylor nie znosiła kakao, ale za bardzo kochała mamę, żeby ją zasmucić. Zamieszała parujący płyn cukrową laską. Jedyne, co sprawiało, że domowa czekolada wydawała się jeszcze ohydniejsza, to cukrowa laska.

- Nie. Katie jest...

- Była - poprawiła ją Hayley, jak zawsze precyzyjna.

Taylor spojrzała na siostrę.

- Słusznie, była. W każdym razie Katie była bardzo w coś wkręcona.

- Rzekomo miała chłopaka. To znaczy - szybko wyjaśniła Hayley, bo Taylor rzuciła jej poirytowane spojrzenie - tak słyszałam. Ale nigdy go nie spotkałam. Właściwie nie rozmawiałyśmy ze sobą w szkole.

Kevin powoli popijał kakao.

- Zrobiłaś je na chudym mleku, Val?

Jego żona kiwnęła głową, po czym odwróciła się do dziewcząt i mrugnęła.

- Tak, kochanie, na chudym.

Wszyscy wypłukali kubki, a Kevin wyłączył duże wielokolorowe lampki, które zdobiły rozłożystą daglezję rosnącą przed frontowym oknem.

- W Port Gamble raczej nie panuje świąteczna atmosfera - zauważył, spoglądając na ulicę i zatokę po drugiej stronie.

- Nie umiem sobie wyobrazić życia bez was, dziewczynki - odezwała się Valerie.

Trochę skłamała. Kiedyś była bardzo blisko doświadczenia tego, co przeżywała teraz Sandra Berkley. Hayley i Taylor otarły się o śmierć, lecz nikt w rodzinie nigdy nie mówił o tym wydarzeniu. Wspomnienie było zbyt bolesne i drażliwe, jak ropiejąca rana, która nigdy do końca się nie zagoiła.

Jeszcze tego nie wiedzieli, ale niedługo ktoś miał rozjątrzyć tę ranę, a gdy to zrobi, wielu mieszkańców Port Gamble stanie w obliczu przerażających konsekwencji.

 

rozdział 3

Przez całą szkołę podstawową Hayley i Taylor zajmowały wspólny pokój, dość duży, by pomieścić najpierw dwa łóżeczka dziecinne, a potem takie same łóżka młodzieżowe z identyczną pościelą. Była to większa z dwóch sypialni na piętrze domu numer 19, w którym mieszkały, od kiedy rodzice przywieźli je z Harrison Medical Centre w pobliskim Bremerton.

Drugą sypialnię ich ojciec wykorzystywał jako swój gabinet. Tam powstała jego najbardziej udana książka Zabójcze piękno - oparta na faktach opowieść o królowej piękności, która zamordowała sześć rywalek za pomocą truskawek oblanych czekoladą i posypanych trutką na szczury.

Kevin powtarzał swoim córkom:

- Gdyby tylko te ściany potrafiły mówić... Świat dowiedziałby się, jak trudno jest przekazać prawdę w historii, w której wszyscy kłamią.

Ale ściany nie mówiły.

Gdy bliźniaczki były w siódmej klasie, ich najlepsza przyjaciółka Beth Lee pewnego popołudnia podjudziła je, by zażądały osobnych pokojów. Siedziały całą trójką w salonie Ryanów, oglądając na Discovery Channel program o chirurgii plastycznej, a Beth popijała wodę ze sportowego bidonu - choć nie uprawiała żadnych sportów.

- Ludzie w szkole uważają, że to dziwne, że macie wspólny pokój - oznajmiła, zanim dziewczyna na ekranie poszła pod nóż, aby poprawić sobie nos.

- Skąd ktokolwiek w szkole może o tym wiedzieć? - zdziwiła się Hayley.

Beth wzruszyła kościstymi ramionami.

- Może coś tam mi się wypsnęło.

Taylor skrzywiła się.

- Jakżeby inaczej.

- Po prostu się o was martwię, Hay-Tay - odparowała Beth, jak zawsze zwracając się do dziewcząt podwójnym imieniem.

- Ten drugi pokój jest śmiesznie mały. Poza tym to gabinet tatusia - zaoponowała Hayley.

- No to mieszkajcie w nim na zmianę. Jakie to ma znaczenie? To przerażające, że jesteście nierozłączne, prawie jak bliźnięta syjamskie.

Taylor zaczerwieniła się.

- Nieprawda.

- Oho, ktoś się wkurzył - zakpiła Beth. - Ciekawe dlaczego? Może dlatego, że ktoś inny ma rację? Jak zwykle zresztą.

Bliźniaczki nie spierały się z nią dłużej, ale tego wieczoru przekonały tatę, żeby przeniósł swoją pracownię na dół. Potem rzucały monetą i mniejszy pokój przypadł Taylor. Siostry nie znosiły mieszkać osobno, ale drażniła je perspektywa, że Beth będzie rozpowiadała po szkole, iż są dziwaczne.

W końcu czy bliźnięta nie powinny być sobie bliskie?

Przystawiły łóżka wezgłowiami do wewnętrznej ściany, w której z obu stron była zaślepiona dziura po starym gniazdku. Pojedyncze śrubki ledwie się trzymały. Wystarczyło tylko lekko dotknąć, by odsunąć dekielek na bok. Nie był to interkom, ale tak właśnie działał. Nocami, gdy rodzice spali na dole, siostry rozmawiały o sprawach, które je zaprzątały: chłopakach, Beth Lee, kreaturach opisywanych przez ojca, pewnym daniu z makaronem, którego nie znosiły, o czym mama nie miała pojęcia, dziwnych uczuciach i wizjach, które miewały w niespodziewanych momentach. O nich było najtrudniej rozmawiać, ponieważ niezwykle ciężko ująć w słowa coś, co jest nie do pomyślenia i nie do uwierzenia.

Właściwie jak się opisuje uczucia? Albo jak można wiedzieć z absolutną pewnością coś, o czym nie powinno się, nie może się mieć żadnego pojęcia?

Bliźniaczki oczywiście różniły się od siebie. Być może powstały z jednej podzielonej komórki, ale to nie oznaczało, że były takie same, mimo identycznych genotypów. Poza podobieństwem fizycznym dziewczęta miały całkowicie różne gusta i upodobania.

Hayley skłaniała się ku muzyce alternatywnej. Uwielbiała lokalne zespoły z północnego zachodu takie jak Modest Mouse, Fleet Foxes czy staromodny Sleater-Kinney - wszystko poza utartymi ścieżkami i głównym nurtem. Podczas gdy ich przyjaciółka Beth wolała muzykę modną i na topie, Hayley bardziej interesowało szukanie sensu i oryginalnych, autentycznych głosów.

Taylor odmierzała wszystko emocjami, natomiast Hayley szukała sposobów, by skatalogować życie. Rozum tej analitycznej z natury dziewczyny niemalże zawsze wygrywał z sercem. Podoba mi się? Nie podoba? Nieważne, chcę to zrozumieć. I to jej dążenie, żeby poznawać wszystko od samych podstaw, było prawdopodobnie powodem, dla którego zakochał się w niej Colton James, chłopak z domu obok.

Inteligencja Taylor była bardziej intuicyjna, nie tak mocno oparta na logice. Podobał jej się jakiś kolor, bo poprawiał jej samopoczucie, a nie dlatego, że przy nim jej oczy wyglądały ładniej. Chlubiła się tym, że jest wygadana i postępowa - na przykład często przestawiała się nagle na wegetarianizm, narażając się na kpiny Hayley. Łatwo operowała słowami w przeciwieństwie do swojej bardziej nieśmiałej i introwertycznej siostry.

Ale poza różnicami łączyła je głęboka siostrzana więź, i coś znacznie więcej.

Taylor obserwowała z łóżka, jak łódź ozdobiona choinką na dziobie przecina Zatokę Port Gamble, płynąc w stronę tartaku. Był wieczór Bożego Narodzenia i wydawało się, że w okolicy panuje śmiertelny spokój. Delikatna smuga dymu snuła się nad szopami o zardzewiałych blaszanych dachach, nad prawie pustym parkingiem i porozrzucanymi wszędzie kłodami drewna wyglądającymi jak klocki jenga w zbyt wielkiej skali. Być może Taylor miała najmniejszy pokój, ale był z niego absolutnie najlepszy widok w całym domu. Stary holownik zostawiał za sobą spieniony kilwater, który falował na lśniącej, czarnej powierzchni wody. Dziewczyna usiadła i wpatrzyła się weń uważnie, a jej serce zaczęło bić szybciej.

Na wodzie pojawiły się litery:

PATRZ

Wiedząc, że to jedna z tych przedziwnych chwil, odwróciła się, podniosła plastikowy dekiel zakrywający dawne gniazdko i zawołała:

- Hayley, chodź tu! Musisz coś zobaczyć.

- Jestem zmęczona - zaprotestowała siostra. - Już widziałam ten obrzydliwy szalik, który dostałaś od ciotki Jolene.

Taylor westchnęła z rozdrażnieniem.

- Nie o to chodzi. Przyjdź tu. Szybko!

Chwilę później Hayley stała w drzwiach, a Taylor pokazywała za okno.

- No, holownik z ładną choinką. - dziewczyna zmarszczyła brwi i posłała siostrze poirytowane spojrzenie.

- Spójrz na wodę za jego rufą.

- Nie możesz mi po prostu powiedzieć, co powinnam zobaczyć?

- Czytaj.

Hayley ponownie przeniosła wzrok na zatokę. Przyjrzała się dokładniej i kiwnęła głową. Słowo na wodzie trochę się rozmyło, ale było czytelne, jakby dziecko naskrobało je grubym kawałkiem kredy na asfaltowym chodniku.

- Jak myślisz, co to może znaczyć? - zapytała Hayley.

Taylor rozsunęła zasłony, żeby mieć lepszy widok, po czym odwróciła się do siostry.

- Chodzi o Katelyn. Czuję to.

Błękitne oczy Hayley, identyczne jak oczy siostry, włącznie ze złotymi plamkami na tęczówkach, patrzyły twardo i badawczo.

- Jak to o nią? Gdzie niby mamy patrzeć? I na co?

Taylor pokręciła głową.

- Nie wiem.

Stały tak przez chwilę, aż grudniowy wiatr porwał i rozniósł wiadomość po wodzie.

- Ten szalik jest naprawdę potworny, Taylor.

- To prawda, koszmarny. Włożę go raz dla ciotki Jolene, a potem przypadkiem zostawię w autobusie.

Żadna z dziewcząt jeszcze tego nie wiedziała, ale noc, w którą umarła Katelyn Berkley, miała wiele zmienić.

Bardzo wiele.

Właściwie wszystko.

 

rozdział 4

Nazajutrz po Bożym Narodzeniu w Port Gamble panowała zupełnie inna atmosfera niż zazwyczaj w tym dniu. Niektóre rzeczy pozornie wydawały się niezmienione. Plastikowe torby z opakowaniami po prezentach i wstążkami składano obok śmietników albo palono ukradkiem w ogniskach za domami. Dzieci oglądały swoje łupy, sprawdzając, kto dał im najlepszy prezent, a kto zbył je czymś niewartym nawet oddawania do sklepu. Kilka osób wybrało się do miasta, żeby dokonać zwrotów najtrudniejszych podarunków, czyli przedmiotów wykonanych ręcznie. Głupio brzmiały argumenty, że wełniane rękawiczki mają zły rozmiar czy że już się posiada komplet malowanych kieliszków.

Artysta przyjmował zwrot i wtedy padały kłamstwa, zresztą z obu stron.

- Bardzo mi się podobają, ale mam już sześć par.

- Mogę zaproponować kapelusz, który będzie do nich idealnie pasował.

Cisza.

- Szkoda, że nie wiedziałam. Właśnie wczoraj kupiłam nowy kapelusz.

Przecież w dzień Bożego Narodzenia sklepy są nieczynne. Kolejne kłamstwo.

A rękawiczki były naprawdę brzydkie.

Kłamstwa z obu stron padały w sklepach i domach w całym mieście.

Jednak nikt nie mógłby pozazdrościć tych świąt Sandrze i Harperowi Berkleyom. Ich córka umarła. Odeszła. Leżała teraz w chłodni w kostnicy okręgu Kitsap w Port Orchard w oczekiwaniu na nóż, który sprofanuje jej skórę, na piłę, która otworzy jej czaszkę, na zimny głos patolog sądowej, która będzie cięła ciało i kości tej niegdyś pięknej dziewczyny.

Taki był koniec życia Katelyn, a jednocześnie początek czegoś całkiem innego.

Dziewczynka była ostatnią wielką nadzieją swojej mamy. A urządzenie kuchenne w wannie tę nadzieję jej odebrało. Sandra próbowała sobie poradzić z bólem i rozpaczą najlepiej, jak umiała.

Wypuściła zatrutą strzałę w Harpera.

- Gdybyśmy nie prowadzili tej durnej restauracji, częściej bywałbyś w domu.

Spuścił głowę. Spodziewał się jej ataku.

- Wszyscy pracują, Sandy. Naprawdę zamierzasz mnie obwiniać za śmierć Katelyn?

- Córka potrzebuje ojca.

Harper spojrzał na żonę, starając się znaleźć słowa, które uzmysłowiłyby jej prawdę, nie doprowadzając do wybuchu.

- Potrzebuje też trzeźwej matki.

To była zła odpowiedź.

Sandra zwinęła dłoń w pięść i wyprowadziła cios. Harper cofnął się, z łatwością unikając uderzenia, gdyż nadal był bardzo zwinny, a żona dość niezdarna. Po chwili emocje opadły na tyle, że Sandra zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła, i wybuchnęła płaczem.

Harper objął ją i też się rozpłakał.

Wspólna radość po narodzinach Katelyn bardzo ich ze sobą związała. Ona też stanowiła spoiwo, które trzymało ich razem, gdy małżeństwo przeżywało kryzys.

Kiedy leżeli w łóżku nad ranem po śmierci córki, Sandra cicho łkała w poduszkę. Oczy miała czerwone od wylanych łez i od nadmiaru alkoholu. Nie rozumiała, skąd Harper czerpie spokój pozwalający mu spać.

Ale on nie spał. Udawał tylko, żeby uniknąć rozmowy z żoną. Złość i pretensje przebijały ze wszystkiego, co mówiła. Już taką była osobą: rozgoryczoną, zazdrosną i wiecznie niezadowoloną ze swojego losu. W sytuacjach, w których ktoś mógłby cieszyć się z radości bliźnich, Sandrę tylko zatruwała myśl, dlaczego Bóg nie dał jej tego, co mieli inni.

Nowego samochodu.

Większego domu.

Brylantów zamiast cyrkonii.

Zadowolenia z przyjaźni.

Córki, która wyrwałaby ją z Port Gamble.

Leżąc obok siebie w milczeniu, oboje zastanawiali się, czy śmierć Katelyn spowoduje, że zbliżą się do siebie.

Czy też będzie pretekstem, by zakończyć ich małżeństwo?

W całym Port Gamble młodzi, starzy, znajomi i nieznajomi myśleli o Katelyn. Leżąc w łóżku i pisząc na laptopie, Taylor Ryan zerkała na atramentowe wody Zatoki Port Gamble. Targały nią uczucia bardziej bolesne niż oczyszczające. Ale w końcu łzy przestały płynąć.

Rozmawiała z Beth na czacie.

CZUJĘ SIĘ SAMOLUBNA. QRCZE! NIE POWINNAM SMUCIĆ SIĘ Z POWODU K., TYLKO DZIĘKOWAĆ ZA ŻYCIE MOJE I SIOSTRY. WYPADKI SIĘ ZDARZAJĄ. WIEM TEŻ, ŻE K. BYŁA :-(

Natomiast Hayley nie walczyła z myślami na temat Katelyn. Pozwoliła, by się z niej wylały, i przekazała Coltonowi swoje rozważania na temat przyczyn nieszczęścia.

KATELYN MIAŁA JAZDĘ NA PUNKCIE STARLI. TO NIE WPORZO. A TA, ZAMIAST JEJ POMÓC, WYRZUCIŁA JĄ JAK ŚMIECIA. LUDZIE NIE SĄ ŚMIECIAMI. NIKT NIE ZASŁUGUJE NA TAKIE ZDISSOWANIE. KATELYN CHCIAŁA TYLKO, ŻEBY STARLA ZNÓW JĄ LUBIŁA. NIEKTÓRZY SĄDZĄ, ŻE KATELYN BUJAŁA SIĘ W STARLI, ALE TO NIEPRAWDA. WREDNE PLOTKARY ROZPOWIADAJĄ TAKIE BZDURY, KIEDY CHCĄ KOGOŚ OŚMIESZYĆ.

Nocne marki Beth Lee i jej matka Kim mieszkające w domu pod numerem 25 przy Olympian Avenue nadal nie spały. Oglądały telewizję (Kim twierdziła, że to wzmacnia więzi między matką i córką), a Beth równocześnie pisała SMS-y. Robiła to bardzo sprawnie, jednym okiem śledząc akcję filmu, a drugim kontrolując ekran komórki. Co jakiś czas matka chichotała i klepała córkę po nodze, a Beth przerywała na chwilę i spoglądała jej w oczy. Gdy tylko Kim przenosiła wzrok na telewizor, dziewczyna znów zaczynała pisać.

MOŻE NIE WIDAĆ, ALE :-( NIE LUBIĘ :-( OCZY MI PUCHNĄ I ROBIĄ SIĘ MNIEJSZE NIŻ NORMALNIE. AMY JEST NIEZŁA :-P! POWIEDZIAŁA, ŻE MASKUJĘ UCZUCIA SARKAZMEM. WIDZIAŁAM, JAK MAMA K. PŁAKAŁA. CHYBA WSZYSCY ZAWIEDLIŚMY K.

Podczas gdy mąż u jej boku chrapał, wydając wizg niczym piła tarczowa, Valerie Ryan odmawiała cichą modlitwę. Chciała wysłać w kosmos jakąś kojącą myśl. Wierzyła w moc pozytywnych przesłań.

"Katelyn, bądź blisko mamy i taty. Oni cię potrzebują i nigdy nie przestaną cię kochać. Ziemia nie jest miejscem naszego ostatecznego przeznaczenia. Nie obrócisz się w proch. Żyjesz nie tylko w naszych wspomnieniach".

Tymczasem Colton James, przebywający w odległym o ponad trzysta kilometrów Portland, czuł mdłości na myśl od tym, co się wydarzyło w Port Gamble. Choć nie był aż tak zaskoczony jak jego rodzice. Colton obserwował, jak Katelyn w ciągu ostatnich miesięcy marniała i przeistaczała się z optymistycznej, energicznej nastolatki w osobę ponurą i wyalienowaną. Przeczytał wiadomość od Hayley. Zazwyczaj pisał lakonicznie, kilka słów albo nawet jedną literę wyrażającą to, co chciał powiedzieć. Tym razem opisał swoje przemyślenia dokładniej. Chciał się nimi podzielić. Chciał coś wyjaśnić.

TEŻ JESTEM W SZOKU. BYŁA OSTATNIO DZIWNA, ALE MNIE I MAMĘ ZAWSZE TRAKTOWAŁA MIŁO. PRZYNIOSŁA NAWET MAMIE SPECJALNE BLACHY DO PIZZY. ZROBIŁY 4 RÓŻNE. MAMA BARDZO LUBIŁA KATELYN. MÓWIŁA, ŻE JEST WYJĄTKOWA. SZKODA, ŻE NIE MOŻEMY COFNĄĆ CZASU I ZMIENIĆ TEGO DROBIAZGU, OD KTÓREGO WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO. GŁUPIO, NIE? TAKIE RZECZY NIE POWINNY SIĘ DZIAĆ.

Tymczasem w domu sąsiadującym z domem Berkleyów Starla Larsen odpaliła Facebooka na swoim telefonie. Na jej tablicy było mnóstwo wpisów na temat Katelyn, tak jak na profilach należących do wszystkich, którzy chodzili do liceum w Kingston. Weszła na tablicę Katelyn. Nie była tam od jakiegoś czasu.

Zdjęcie profilowe Katelyn przedstawiało je razem z czasów, gdy należały do zastępu harcerskiego. Dziewczynki prezentowały szerokie, szczerbate uśmiechy. Starla nienawidziła tego zdjęcia od dawna, lecz teraz wywołało na jej twarzy smutny uśmiech. Uznała, że też powinna coś napisać na tablicy Katelyn. Lubiła rzucać kąśliwe uwagi na temat ludzi, a potem dodawać uśmiechniętą buźkę, jakby żartowała, choć wcale tak nie było. Wiedziała, że robi to, bo inne dzieciaki spodziewają się, że będzie bystra, zabawna i trochę uszczypliwa. Uroda zobowiązuje - a Starla była o wiele więcej niż tylko ładna.

:-( Z POWODU KATIE. NIE WIEM, CZY DZISIAJ ZASNĘ. ŚWIAT NIGDY NIE BYŁ DLA NIEJ MIŁY. POZDRO, KATIE.

Starla sięgnęła po zmywacz do paznokci, jeszcze przez chwilę obserwując, jak kolejne osoby klikają "Lubię to". Kilka dzieciaków też zamieściło swoje komentarze.

MYŚLIMY O TOBIE, STARLA.

KATIE WYDAWAŁA SIĘ MIŁA. SZKODA, ŻE NIE POZNAŁAM JEJ LEPIEJ.

ŚWIAT JEST DO DUPY.

POZDRO, STARI! 3MAJ SIĘ!

Starla spojrzała na swoją kolekcję lakierów z Sephory ustawioną niczym kręgle na torze. Z tyłu zauważyła zieloną emalię, której razem z Katelyn używały w gimnazjum. Kupiły sobie po buteleczce i postanowiły się wylansować na dzień św. Patryka. Zieleń była bardziej butelkowa niż trawiasta. Obracając w palcach buteleczkę Rimmel London, szczerze uśmiechnęła się na to wspomnienie. Odcień nazywał się "Zazdrość".

Wtem do przejrzystych błękitnych oczu Starli napłynęły łzy, wywołane żalem i smutkiem zaprawionymi poczuciem winy.

- Tak mi przykro, Katie - powiedziała na głos. - Szkoda, że się o tym nie dowiesz.

A gdzieś blisko pewna osoba weszła do sieci i zaczęła usuwać zawartość folderu o nazwie KATELYN, zawierającego kopie e-maili, czatów i zdjęć, których jedynym zadaniem było zaszczucie i zgnębienie dziewczyny. Każdy element został pomyślany jako zemsta.

Usuń.

Usuń.

Usuń.