Podziękowania
Niektóre postaci przyciągają człowieka odrobinę mocniej niż inne, a Mackennon Galbraith bez wątpienia był jedną z nich. Pisanie historii
miłosnej jego i Arro było czystą radością, a ich wspólna podróż zostanie
we mnie na zawsze. Mam nadzieję, że czytanie o ich epickiej, okupionej
ciężką walką miłości sprawi Wam tyle samo przyjemności, ile mi
przyniosło jej opisywanie.
Pisanie to w przeważającej mierze samotne zajęcie, ale wydawanie książek
z całą pewnością już nim nie jest. Muszę podziękować mojej wspaniałej
przyjaciółce, Catherine Cowles, za przeczytanie wczesnych wersji Zawsze
ty oraz za mądrość i rady, które pomogły uczynić historię Maca i Arro
tak autentyczną, jak to tylko możliwe. Jesteś niesamowitym źródłem
wsparcia i życzliwości w społeczności książkowej (i nie tylko!) i jestem
ogromnie wdzięczna za Twoją przyjaźń!
Oczywiście muszę podziękować mojej niesamowitej redaktorce, Jennifer
Sommersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze służy mi pomocą i sprawia, że staję się lepszą pisarką i narratorką. Dziękuję, że
pokochałaś Maca równie mocno jak ja!
Dziękuję Julie Deaton za korektę i wyłapanie absolutnie wszystkiego!
Masz niesamowite oko do szczegółów. I dziękuję, że Ty też pokochałaś
Maca! Zrobił nam się z tego niezły fanklub.
Dziękuję też mojej bestie i niezrównanej asystentce, Ashleen Walker,
za ogarnianie wszystkich drobiazgów i wspieranie mnie w każdej sytuacji.
Tak bardzo Cię doceniam. Kocham mocno!
Życie pisarza nie kończy się na samej książce. Nasza praca wykracza
daleko poza napisane słowo - obejmuje marketing, reklamę, projektowanie
graficzne, prowadzenie mediów społecznościowych i wiele więcej. Pomoc ze
strony profesjonalistów jest wtedy na wagę złota. Ogromne podziękowania
dla Niny Grinstead z Valentine PR za wsparcie, motywację, cenne
wskazówki i rady. Jesteś gwiazdą!
Dziękuję każdemu blogerowi, instagramerowi i miłośnikowi książek, który
pomógł głosić wieść o moich powieściach na świecie. Jestem Wam wszystkim
ogromnie wdzięczna! Skoro o tym mowa, wielkie dzięki dla fantastycznych
czytelników z mojej prywatnej grupy na Facebooku, Sam's Clan McBookish.
Jesteście naprawdę wyjątkowi i jesteście najwspanialszymi czytelnikami,
o jakich dziewczyna mogłaby marzyć! Wasze nieustające i niesłabnące
wsparcie budzi we mnie podziw. Dziękuję, że jesteście.
Ogromne podziękowania dla Hang Le za ponowne stworzenie olśniewającej
okładki, która buduje idealną atmosferę wizualną dla tej historii i całej serii. Nie przestajesz mnie zadziwiać! Dziękuję również Reginie
Wamba za piękne zdjęcie pary, które idealnie oddaje tęsknotę między
Makiem a Arro.
Jak zawsze dziękuję mojej agentce, Lauren Abramo, za to, że dzięki niej
czytelnicy na całym świecie mogą trafiać na moje książki. Jesteś
fenomenalna i to wielkie szczęście, że Cię mam!
Wielkie dzięki dla mojej rodziny i przyjaciół za to, że zawsze mnie
wspierają i motywują, oraz za wysłuchiwanie moich opowieści - czasem
powtarzanych w kółko - o światach, w których żyję.
Na koniec dziękuję Tobie - za to, że czytasz. To znaczy dla mnie
wszystko.
Prolog
Arro
Sześć lat i cztery miesiące wcześniej
Zamek Ardnoch, hrabstwo Sutherland
Szkocja
Widok rodzinnego domu, w którym kłębił się tłum eleganckich gości o znanych twarzach, w błyszczących sukniach wieczorowych, kiltach i smokingach, wydawał mi się dziwny. Załoga kelnerska, ubrana w tradycyjne
stroje - żakiety o kroju fraka, fulary zawiązane pod szyją i białe
rękawiczki - krążyła wśród zaproszonych, roznosząc tace z tartinkami i kieliszkami szampana.
Z dzieciństwa spędzonego w tym wspaniałym zamku zapamiętałam, że
nieustannie wymagał on remontów i napraw. Zajmowaliśmy wtedy tylko kilka
pokoi. Cała reszta, włącznie z przestronnymi korytarzami, była wilgotna,
chłodna i ponura. W zimie panował tu lodowaty ziąb.
Ale mój najstarszy brat, Lachlan Adair, zainwestował w naszą rodową
siedzibę część swojej fortuny, której dorobił się jako gwiazda
hollywoodzkich filmów akcji. Namówił też kilkoro bogatych znajomych,
żeby zrobili to samo. No i zmienili Ardnoch właśnie w to - prywatny klub
dla elity przemysłu filmowego i telewizyjnego.
Nie będę kłamać. Po części nienawidziłam tych zmian. Mam silny instynkt
terytorialny, obawiałam się więc, że goście nie wykażą należytego
szacunku dla siedziby i historii naszej rodziny. W głębi duszy
wiedziałam jednak, że tak się nie stanie, ponieważ Lachlan nigdy by na
to nie pozwolił. Zdawałam sobie też sprawę, że gdyby nie klub założony w zamku i posiadłości Ardnoch, nasza rodzina straciłaby swą siedzibę na
zawsze. Lachlan musiałby ją sprzedać. A tak przynajmniej pozostała w naszych rękach.
- Dlaczego stoisz tu samotnie? I skąd ta nieszczęśliwa mina? - Thane,
mój drugi z kolei starszy brat podszedł do mnie z żoną Francine u boku.
Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się do niego smutno.
- Nie wydaje ci się to dziwne?
Rozejrzał się wokół.
- Owszem, bardzo. Ale to jest wielka, wspaniała budowla, jakby stworzona
na takie okazje.
Przyznałam mu rację, lekko unosząc kieliszek.
- Przynajmniej pasujesz do otoczenia. - Francine objęła mnie ramieniem i lekko uścisnęła. - Wyglądasz olśniewająco i wcale nie różnisz się od
tych wszystkich hollywoodzkich gwiazd. Ja natomiast przypominam
wieloryba.
- Wcale nie - zaprotestowałam. - Jesteś zachwycająca i promienna. - Fran
była w piątym miesiącu ciąży. Oczekiwali z Thane'em drugiego dziecka.
Uwielbiałam swojego bratanka Lewisa i nie mogłam się już doczekać nowego
członka rodziny.
Fran przygładziła ciemne loki i przesunęła dłonią po zaokrąglonym
brzuchu.
- Dzięki, ale wcale się tak nie czuję.
- Jesteś piękna - rzekł Thane szorstkim tonem. Zauważyłam jednak, że
przyciągnął ją do siebie.
Mój brat i bratowa w miejscach publicznych zwykle okazywali sobie tyle
czułości, że na ten widok chciałam uciekać gdzie pieprz rośnie. Po
pierwsze, nie miałam ochoty patrzeć, jak przysysają się do siebie, po
drugie, czułam lekką zazdrość. Cieszyłam się szczęściem Thane'a, ale
czasami tęskniłam za taką miłością, jaką darzył żonę. Niestety,
prawdopodobieństwo, że kiedyś znajdę podobne uczucie, było nikłe,
wziąwszy pod uwagę, że zakochałam się bez wzajemności. Przerażała mnie
myśl, że nigdy się nie odkocham.
Nie byłam na tyle egocentryczna, żeby nie zauważyć napięcia między
Thane'em a Fran. Albo tego, że mój brat ostatnio odsunął się od ludzi.
Nie zdawałam sobie sprawy, jak intensywnie mu się przyglądam, dopóki nie
chwycił żony za rękę, tak jakby słyszał moje myśli. Ona zaś z widoczną
ulgą przylgnęła do jego boku.
- Gdzie są Brodan i Arran? - zapytał.
Wzruszyłam ramionami i poszukałam wzrokiem braci.
- Muszą gdzieś tu być. Pewnie szukają kogoś, kogo mogliby pocałować o północy.
- A ty, Arro? Znalazłaś kogoś takiego? - zapytała z szerokim uśmiechem
Fran.
"Owszem", pomyślałam, ale potrząsnęłam głową. Chociaż znalazłam kogoś, z kim mogłabym się całować do końca życia, wątpiłam, żeby odwzajemnił moje
pocałunki. A skoro już o tym mowa...
- Gdzie jest Mac? - zapytałam. - Nie widziałam go tu dzisiaj. Chyba nie
pracuje?
Fran wzruszyła ramionami.
- Przecież jest szefem ochrony.
- Nie pracuje - oznajmił Thane. - Lachlan dał mu wolny wieczór, żeby
mógł razem z nami powitać Nowy Rok. Ktoś z zespołu przejął jego
obowiązki.
- No to gdzie jest Mac?
Moja bratowa prychnęła rozbawiona.
- Pewnie ucieka przed stadem bab, które chcą go zaciągnąć do łóżka.
Wzdrygnęłam się lekko na te słowa, a Thane puścił do mnie oko.
- Skarbie - zwrócił się do żony. - Faceci przed tym nie uciekają.
- Ach, ty... - Odwróciła się, żeby przywołać go do porządku, ale
przyciągnął ją do siebie i pocałował.
Cieszyło mnie, że znów zachowują się wobec siebie normalnie, ale nie
chciałam na to patrzeć.
- Bawcie się dobrze! - zawołałam, przekrzykując muzykę, i ruszyłam w stronę wyjścia z sali balowej.
Maca na pewno tu nie było, a szczerze mówiąc, tylko jego twarz miałam
ochotę oglądać tego wieczoru.
Jak zwykle.
Tak było, odkąd zmarł tata.
A może dłużej. Poznałam Maca, kiedy miałam czternaście lat, ale wtedy
nie spędzałam z nim zbyt wiele czasu. On i Lachlan stale włóczyli się po
świecie - mój brat był aktorem, a Mac szefem jego ochrony. Dokładnie
pamiętam jednak Gwiazdkę, którą spędziliśmy razem, kiedy miałam
osiemnaście lat. Właśnie zaczęłam pierwszy semestr studiów na
Uniwersytecie w Aberdeen i cieszyłam się na święta w domu, z rodziną.
Mac i Lachlan również spędzili dwa tygodnie przerwy w Ardnoch, a ja
zadurzyłam się po uszy w dojrzałym mężczyźnie, którego mój brat uważał
za najbliższego przyjaciela. Mac miał wtedy trzydzieści jeden lat i nie
wykazywał najmniejszego zainteresowania nastoletnią siostrą przyjaciela.
Wtedy mnie to nie martwiło. Uwielbiałam takie przelotne zauroczenia,
które dostarczały mi dreszczyku emocji, pobudzały zmysły, uruchamiały
romantyczne fantazje o obiekcie fascynacji. To była świetna zabawa!
Miłość jednak wcale nie była zabawna.
Miłość raniła.
Po tym pierwszym zauroczeniu i odbudowaniu naszej posiadłości przez
Lachlana i Maca, po upływie niemal ośmiu lat zakochałam się w Mackennonie Galbraicie. Byłam przekonana, że nadal postrzega mnie
jedynie jako młodszą siostrzyczkę Lachlana.
I właśnie dlatego tak się dzisiaj wystroiłam. Chociaż ten jeden raz
wykorzystałam drobną część spadku, którą otrzymałam od Lachlana, kiedy
sprzedał położony w dużej odległości od Ardnoch kawałek ziemi należącej
do rodziny. Kupiłam sobie niedorzecznie drogą suknię, dzięki której
czułam się piękna i seksowna. Z zawodu byłam inżynierem leśnikiem, co
oznaczało, że najczęściej przebywałam w górach, ubrana w dżinsy lub
sportowe spodnie, wygodnie bluzy i T-shirty. Tym razem chciałam
podkreślić figurę.
Wygładziwszy dłońmi suknię, krążyłam w poszukiwaniu Maca po mniejszych
pokojach, zmienionych przez Lachlana w saloniki, w których goście mogli
swobodnie gawędzić i udzielać się towarzysko.
Lachlan miał nieco zirytowaną minę, kiedy mnie zobaczył, ale na
szczęście powstrzymał się przed komentarzem. Bardzo chciał nadal widzieć
we mnie swoją smarkatą siostrzyczkę, ale ja już nią nie byłam. Stałam
się kobietą. Miałam dwadzieścia pięć lat, prawie dwadzieścia sześć, i mogłam podejmować samodzielne decyzje. Jak tę, żeby włożyć długą suknię,
w której czułam się prawie naga. Była dopasowana, uszyta z jedwabiu w chłodnym odcieniu błękitu, który idealnie pasował do moich oczu. Gdyby
ozdobiono ją koronkami, wyglądałaby jak peniuar.
Poprosiłam stylistkę, żeby rozjaśniła moje naturalnie jasne włosy do
platynowego blondu. W efekcie moje oczy wydawały się jeszcze bardziej
niebieskie, co tak mi się spodobało, że postanowiłam nie upinać fryzury,
tylko pozwolić luźnym falom opaść na ramiona.
W ciągu pierwszej godziny przyjęcia flirtowało ze mną dwóch
hollywoodzkich gwiazdorów.
Rzadko potrzebowałam tego rodzaju zainteresowania, żeby dodać sobie
pewności siebie, ale Mac nie przypominał żadnego z facetów, którzy
wcześniej mi się podobali. Przede wszystkim był moją pierwszą miłością.
Nie należał do mężczyzn skłonnych do poważnych związków, ale widywałam
go w towarzystwie kobiet, z którymi spotykał się bez zobowiązań. Nie
zauważyłam, żeby miał swój ulubiony typ urody, istniała więc wielka
szansa, że mu się spodobam. Ze względu na to, jak zostałam wychowana,
nie brakowało mi pewności siebie i nie miałam kompleksów. Kogo zresztą
obchodzi, co myślą inni? O czymkolwiek! Dorastałam w miejscowości, w której wszyscy wszystko o sobie wiedzieli. Zwariowałabym, gdybym
przejmowała się opiniami innych.
Tego wieczoru występowałam bez stanika i miałam to gdzieś. Sukienka
miała wąskie ramiączka, a jedwab był tak cienki, że włożenie czegoś pod
spód nie wchodziło w grę.
No dobra. To był świadomy wybór. Chciałam sprawdzić, czy Mac zauważy.
Przyznaję się do winy.
Trudno jednak, by zauważył, skoro nie mogłam go nigdzie znaleźć.
Nagle przyszło mi do głowy, że mógł się skryć w swoim biurze. Zawróciłam
i unikając kontaktu wzrokowego z gośćmi, skręciłam w korytarz
przeznaczony dla personelu.
Drzwi do biura Maca były zamknięte.
Wzięłam głęboki wdech, po czym zapukałam i weszłam do środka.
Mac siedział w fotelu na środku niewielkiego pokoju wypełnionego półkami
na książki. Odwrócił się, a moje serce stopniało na widok jego pięknych
oczu i melancholijnego spojrzenia.
Bez słowa zrobiłam krok naprzód i zamknęłam za sobą drzwi.
- Mac?
Jego wzrok przesunął się po moim ciele, zatrzymując na biuście. Zabrakło
mi tchu, a z emocji ścisnęło w żołądku.
Mac jednak tylko skrzywił się lekko i spuścił oczy.
- Co tutaj robisz? Powinnaś się bawić na przyjęciu.
- Z gromadą nieznajomych ludzi? - Prychnęłam ironicznie i przysiadłam na
skraju biurka. - Nie, dziękuję.
Uparcie wpatrywał się w podłogę, a mnie emocje nadal zapierały dech w piersi.
Na ogół Mac zachowywał się tak czarująco, że trudno było z nim nie
flirtować. Uśmiechał się łobuzersko i zwykle miał coś miłego do
powiedzenia.
Jednak przez ostatnie dwa lata nieraz widywałam go pogrążonego w ponurej
zadumie. Lachlan nie chciał zdradzić, co go wpędzało w tak dziwny
nastrój, choć desperacko starałam się tego dowiedzieć. Żeby go
pocieszyć, ukoić ból, cokolwiek to było. Tak jak on i Lachlan pocieszali
mnie i wspierali po tym, jak ojciec zmarł w moich ramionach.
Na to wspomnienie łzy zapiekły mnie pod powiekami, odwróciłam wzrok.
- Co takiego jest w nocy sylwestrowej, że działa na ludzi tak
depresyjnie? - rzuciłam.
Usłyszałam szorstkie prychnięcie i znów spojrzałam na Maca. Nasze oczy
się spotkały, serce zaczęło mi bić szybciej.
Kurczę, czy kiedykolwiek jakiś inny mężczyzna będzie na mnie działał tak
mocno jak on?
- Nowy rok oznacza nowy początek - odrzekł.
Jego niski głos zdawał się przenikać moje ciało, wywołując we mnie nagły
dreszcz.
Nie. Głęboko wątpiłam, czy ktoś kiedyś będzie mnie pociągał tak jak
Mackennon Galbraith. Czułam się tak, jakby moje strefy erogenne łączyły
się z jego ciałem niewidzialnymi nićmi.
- A nowy początek, chcąc nie chcąc, przypomina nam o przeszłości i o tym, o czym chcemy zapomnieć.
Ostrożnie wypuściłam powietrze i odważyłam się na pytanie:
- A ty o czym chciałbyś zapomnieć, Mac?
Chociaż było to dość egoistyczne, bałam się, że chodzi o jakąś kobietę.
Nie odpowiedział. Wstał z wolna z fotela, a ja powiodłam za nim
wzrokiem. Był solidnie zbudowany, miał metr dziewięćdziesiąt pięć
wzrostu i sylwetkę filmowego superbohatera - szeroką w ramionach, a wąską w pasie. Kiedy pierwszy raz zauważyłam pod obcisłym T-shirtem jego
wydatne bicepsy, kolana się pode mną ugięły. Chyba byłam wyjątkowo
płytka.
Zawsze uważałam się za osobę, która nie zwraca uwagi na powierzchowność
- moi byli partnerzy prezentowali się różnie - ale bijąca od Maca siła
działała na mnie niesamowicie. Siła połączona z surową szorstkością.
Zupełnie nie przypominał gładkich przystojniaków, ale był niewiarygodnie
męski. Począwszy od wysokiego czoła przez orli nos aż po wyraźnie
zarysowaną szczękę, której kształtu nie zdołałby ukryć nawet lekki
zarost.
Wizerunek Maca Galbraitha mógł służyć za ilustrację słownikowego hasła
"męski". Mimo że uważałam się za osobę w pełni cywilizowaną, jego
fizyczność budziła we mnie jakieś pierwotne instynkty, których nie
umiałabym się wyprzeć.
I być może nawet potrafiłabym się oprzeć fizycznemu pociągowi do tego
faceta, gdyby nie to, że jednocześnie od dwóch lat był on moim
najcudowniejszym, najtroskliwszym przyjacielem.
Mac podszedł do kredensu stojącego pod ścianą i stanął przy nim,
odwrócony do mnie plecami. Wokół jego umięśnionych łydek kołysał się
kilt. Zagryzłam wargę, starając się nie myśleć o tym, jak ten szkocki
strój ułatwia dostęp do pewnych części ciała.
To zakrawało na zboczenie.
Maca wyraźnie coś gnębiło, tymczasem ja nie mogłam przestać myśleć o seksie.
Wróciłam do rzeczywistości i starałam się skupić myśli, podczas gdy on
wyjął butelkę whisky i dwie kryształowe szklanki.
- Napijesz się?
Wypiłam już dwa kieliszki szampana i tylko dzięki nim odważyłam się
wyruszyć na poszukiwanie Maca. Kto wie, do czego mogę być zdolna po
whisky?
- Jasne.
Podszedł do mnie ze szklanką w ręce, a ja cały czas patrzyłam mu prosto
w oczy.
- Dobrze ci w kilcie - stwierdziłam, gdy odbierałam od niego drinka.
Kąciki jego warg lekko się uniosły.
- Dzięki. - Obrzucił mnie spojrzeniem i uciekł wzrokiem w bok. -
Wyglądasz bardzo ładnie.
Zmarszczyłam nos.
- Dziękuję. - Chyba.
Pociągnęłam wzmacniający łyk whisky Clynelish i poczułam, jak przyjemnie
pali w gardle.
- A dlaczego ty jesteś dziś przygnębiona? - zapytał.
Nadal stał przy mnie, więc musiałam odchylić głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. Wyobrażałam sobie, że seks z Makiem musi być trochę jak poddanie
się podbojowi. Chociaż poza sypialnią byłam całkowicie niezależną
kobietą i jeżyłam się na samą myśl o tym, że ktoś mógłby mnie
kontrolować, to wizja Maca przezwyciężającego mój opór sprawiała mi
przyjemność. Ale fantazjowałam również o tym, że przywiązuję mu ręce do
ramy łóżka i ujeżdżam go, aż oboje niemal tracimy przytomność z rozkoszy. Tak to wyglądało.
Przełknęłam więcej trunku niż zazwyczaj, żeby zmusić się do powrotu do
rzeczywistości.
- Arro? - Mac zmarszczył brwi.
Przypomniałam sobie, o co spytał, i wzruszyłam ramionami.
- Po prostu dziwnie się czuję, kiedy widzę dom rodzinny wypełniony
tłumem gości... a nie ma wśród nich taty.
Stuart Adair był trudnym człowiekiem i niełatwo się było do niego
zbliżyć. Prawdę mówiąc, to Lachlan odgrywał wobec mnie rolę ojca, kiedy
byłam dzieckiem. Wiedziałam jednak, że tata mnie kocha, a kiedy wróciłam
do Ardnoch po studiach na Uniwersytecie Aberdeen, bardzo się do siebie
zbliżyliśmy.
Mijały już niemal dwa lata, odkąd zmarł na zawał serca. Spacerowaliśmy
po plaży z jego psem, Bramem, wielkim chartem szkockim, którego
adoptował, kiedy wyjechałam na studia.
Nie mogłam mu pomóc.
Nie mogłam go uratować.
Ta bezsilność była...
Przełknęłam jeszcze jeden łyk whisky, powstrzymując łzy wywołane
bolesnym wspomnieniem. I poczuciem winy.
- Hej. - Mac ujął mnie za podbródek i uniósł go lekko, żebym popatrzyła
mu w oczy. Spoglądał na mnie z niewypowiedzianą czułością. - Musisz się
pozbyć tego poczucia winy, Arro.
- Mackennonie, czyżbyś potrafił czytać w myślach?
Cofnął dłoń, nieco zdziwiony, kiedy jego imię w pełnej formie rozniosło
się echem po biurze. Nikt się tak do niego nie zwracał, więc w moich
ustach "Mackennon" zabrzmiało dziwnie intymnie.
Podobało mi się to.
Przez sekundę patrzył badawczo na moją twarz, a ja spoglądałam w jego
stale zmieniające się oczy. W zasadzie były brązowe, ale ich kolor
zależał od oświetlenia. W ostrym świetle biura przybrały barwę
niebieskoszarą.
- Nie, nie potrafię tego. Po prostu na odległość umiem rozpoznać
poczucie winy. Chyba dzisiaj dręczy nas ono oboje.
- Masz jakiś powód, by czuć się winny?
Westchnął ciężko.
- Jeśli ci powiem, będziesz źle o mnie myślała, a z tym pewnie nie
dałbym sobie rady.
Dotknęłam jego ramienia.
- Nigdy bym o tobie źle nie pomyślała.
Zanim odwrócił się i jednym haustem wypił resztę whisky, zauważyłam
drobny nerw drgający na jego szczęce. Podszedł do kredensu i nalał sobie
drugą szklankę alkoholu. Jego nastroje były tak zmienne i nieprzewidywalne. Nie podobało mi się to, tym bardziej że pod tym
względem bardzo się od niego różniłam.
- Mackennonie, proszę, powiedz mi, co się dzieje.
Rzucił mi przez ramię groźne spojrzenie.
- Dlaczego nazywasz mnie Mackennonem?
- Ponieważ jest to piękne imię i lubię je wymawiać.
Czekałam na reakcję, ale się nie doczekałam.
Mac nalał sobie kolejnego drinka i oparł się o kredens. Jakby celowo
chciał zachować dystans między nami.
- Powinnaś wrócić na przyjęcie - rzekł wreszcie.
Zsunęłam się z biurka, nie podeszłam jednak do niego.
- Nie wrócę tam, dopóki nie powiesz mi, co cię dręczy.
- Mam córkę! - wypalił nagle.
Znieruchomiałam, wstrząśnięta tym wyznaniem.
Mac lekko się skrzywił.
- Nie spodziewałaś się takiej nowiny, prawda?
- Co takiego? - zdziwiłam się i zrobiłam krok w jego stronę. - To
znaczy... kiedy...? Jak to...? - "Czy to świeża sprawa?", przemknęło mi przez
głowę.
Na myśl o tym, że jakaś baba mogła wkroczyć w jego życie i mi go
odebrać, wpadłam w panikę. Samolubna reakcja, ale tak właśnie było!
- Kiedy miałem piętnaście lat, zrobiłem dziecko pewnej dziewczynie.
O mój Boże.
- To było niedługo po tym, jak przeniosłem się do Stanów, żeby pracować
w warsztacie wujka.
Wiedziałam, że babcia wysłała go do wuja, do Bostonu, gdzie pracował
jako mechanik, a kiedy osiągnął odpowiedni wiek, wstąpił do bostońskiego
wydziału policji. Później przeniósł się do pracy w prywatnej firmie
ochroniarskiej.
Ale córka...?
- Mac?
- Nazywa się Robyn. Ma dwadzieścia trzy lata.
Na litość... Mac liczył zaledwie trzydzieści osiem lat, a wyglądał, jakby
był niewiele po trzydziestce. I on, na miłość boską, miał
dwudziestotrzyletnią córkę?
- Jak to możliwe, że nic o tym nie wiedziałam?
- Nie miałem z nią kontaktu, odkąd skończyła czternaście lat.
Uniemożliwiała mi to jej mama. - Potarł twarz dłonią. - Nie walczyłem
wystarczająco zażarcie. Wszystkie listy, wszystkie prezenty wracały do
mnie. Teraz jest dorosłą kobietą, policjantką. - Wzruszył bezradnie
ramionami. - To swojego ojczyma uważa za tatę. Ja jestem tylko dawcą
spermy. - Wychylił resztę whisky. - Dupkiem, który ją opuścił, tak samo
jak moja mama opuściła mnie. - Zdumiona dostrzegłam łzy w jego oczach. -
Nie wie, jak bardzo ją kocham. Szczerze mówiąc, nie zasługuję na taki
przywilej. Nie zasługuję na to, żeby się o tym dowiedziała.
- Och, Mac. - Podeszłam do niego, odstawiłam szklankę na stolik stojący
za nim i uściskałam przyjaciela.
Przytulił twarz do mojej szyi i objął mnie kurczowo. Poczułam, że drży z emocji, i łzy napłynęły mi do oczu.
Nie miałam o niczym pojęcia.
Zacieśniłam uścisk i przywarłam do niego tak mocno, jak tylko mogłam.
W końcu się rozluźnił i - nadal do mnie przytulony - podniósł głowę, by
spojrzeć mi w oczy. Cierpienie na jego twarzy zelżało. Przycisnęłam
dłonie do jego piersi i poczułam, jak szybko bije mu serce. Dotarły do
mnie jego bliskość, ciepło męskiego ciała, idąca od niego siła, zapach...
Starałam się tego nie dostrzegać, wydało mi się to całkiem nie na
miejscu, ale czułam, że jego dotyk wywołuje we mnie mrowienie i ciarki
na skórze.
- Sprawdziłem się jako tata małej Robyn - podjął. - Z jej mamą, Stacey,
rozstaliśmy się, kiedy Robbie była jeszcze malutka. Ale zawsze służyłem
jej wsparciem. Stacey miała wybuchową naturę i konfliktowy charakter.
Trudno się było z nią porozumieć, ale robiłem, co musiałem, byle tylko
nie stracić Robyn. Sytuacja się poprawiła, kiedy moja eks wyszła za mąż
za Setha. Wszyscy dobrze się dogadywaliśmy. Seth był kolegą z bostońskiej policji. Cieszyłem się, że będzie w życiu Robyn w chwilach,
w których ja nie mogłem przy niej być. I nigdy nie starał się odciąć
mnie od córki.
Wszystko się zmieniło, kiedy zacząłem pracę w firmie ochroniarskiej i musiałem częściej wyjeżdżać ze względu na obowiązki zawodowe. Stacey
znów stała się opryskliwa i agresywna. Kiedy Lachlan zaproponował mi
pracę u siebie, a to oznaczało przeprowadzkę na drugi koniec kraju, nie
chciała słyszeć o wspólnej opiece nad dzieckiem. Proponowałem, żeby
Robyn spędzała wakacje ze mną w Kalifornii. Ba! Zamierzałem odwiedzać ją
nawet w Bostonie, kiedy miałem kilka dni wolnego. Niestety Stacey
postawiła sprawę na ostrzu noża. Wszystko albo nic.
Wzruszył ramionami.
- A ja okazałem się samolubnym sukinsynem i wybrałem pracę. Dobrze mi
płacili. Mogłem kupować Robyn różne rzeczy, na co inaczej nie mógłbym
sobie pozwolić. Tyle że tę decyzję podjąłem nie tylko ze względu na
córkę. Podjąłem ją dla siebie. Byłem zbyt dumny, żeby pozwolić Stacey
dyktować warunki dotyczące mojego życia. Przedłożyłem dumę nad własne
dziecko.
- A gdybyś wiedział, że przyjęcie tej pracy oznacza utratę córki, też
wybrałbyś dumę?
- Nigdy - odrzekł szorstko, jakby błagał, żebym mu uwierzyła. - Arro,
nigdy. Robyn jasno dała mi do zrozumienia, że nie chce mieć ze mną nic
wspólnego. Rok w rok wysyłałem jej listy i prezenty, ale zawsze do mnie
wracały. Już tego nie naprawię. - Gładził mnie po nagich ramionach,
jakby to on mnie pocieszał. Robił to bezwiednie. - Kocham Lachlana jak
brata i kocham Ardnoch. Nie zamieniłbym tego na nic innego, z wyjątkiem
niej. Dla niej wyrzekłbym się wszystkiego, co dawało mi szczęście, byle
tylko znów zaistniała w moim życiu. Żałuję, że w ogóle przyjąłem tę
pracę.
Łzy współczucia napłynęły mi do oczu. Nie wiedziałam, że nosi w sobie
tyle bólu i żalu.
- Mackennonie - wyszeptałam, kładąc dłoń na jego policzku. Szorstki
zarost lekko mnie ukłuł, a nasze oczy się spotkały. - Nie zmienisz
przeszłości. Możesz się tylko z nią pogodzić. Chciałabym cofnąć czas,
ale w rzeczywistym świecie to tak nie działa. Żyjemy tu i teraz. To
jednak nie znaczy, że niczego nie można zmienić. - Bezwiednie przywarłam
do niego ciaśniej i poczułam, że oparł dłonie na moich biodrach. - Można
zmienić przyszłość.
- Nie zasługuję na przyszłość z córką.
Z bólem zrozumiałam, że on naprawdę tak myśli, że nie wierzy w swoją
wartość.
- Jesteś dobrym człowiekiem - wychrypiałam głosem pełnym emocji. -
Najlepszym.
Potrząsnął głową, ale unieruchomiłam go, kładąc mu dłonie na policzkach.
- To moje zdanie. I uważam, że jesteś wspaniały. Wiem, że nie
przetrwałabym ostatnich dwóch lat bez twojej pomocy. Szkoda, że nie
możesz spojrzeć na siebie moimi oczami.
Zacisnął dłonie na moich biodrach, wzrok mu pociemniał.
- Arro...
Wtedy ogarnęło mnie jakieś szaleństwo. Przyciągnęłam jego głowę do
siebie i przywarłam do ust. Kiedy poczułam na nich smak whisky, z podniecenia aż zadygotałam. Mac jęknął i zaskoczony rozchylił wargi.
Wykorzystałam to natychmiast i dotknęłam językiem jego języka.
Jego głuche stęknięcie zawibrowało w moim ciele. Poczułam, że odpowiada
pocałunkiem na mój pocałunek.
Natychmiast zapłonął we mnie ogień, mózg przestał pracować, otumaniony
pożądaniem i potrzebą bliskości. Całe lata tłumionych pragnień wybuchły
ze zwielokrotnioną siłą.
Nasz pocałunek stał się dziki i łapczywy. Wsunęłam palce w ciemne włosy
Maca, jego zarost drapał mi policzki, dłonie mięły jedwab sukni,
rozciągając ją na moich wrażliwych piersiach.
Tak, tak, TAK.
Nigdy jeszcze nie doznałam tak gwałtownego pożądania.
Chciałam czuć jego ręce na całym ciele.
Ale najbardziej pragnęłam je poczuć między nogami. Nie. Wolałabym, żeby
znalazły się tam jego usta.
Jęknęłam na samą myśl o tym.
Mac chwycił mnie mocno za ramiona.
I gwałtownie od siebie odsunął.
Zachwiałam się, gdy wpadłam na oparcie fotela.
Miałam wrażenie, że każdy centymetr mojej skóry rozgrzał się do
czerwoności. Wargi mi nabrzmiały.
Mac patrzył na mnie, jakby zobaczył mnie pierwszy raz w życiu. Opuścił
wzrok na moje piersi i oczy mu pociemniały. Odwrócił się, po czym mocno
zacisnął dłonie po bokach.
Zerknęłam w dół i spostrzegłam, że stwardniałe sutki odznaczały się
widocznie pod cienkim materiałem sukni. Policzki zapłonęły mi żywym
ogniem, ale postanowiłam się nie zasłaniać.
Spojrzałam wojowniczo na stojącego do mnie tyłem mężczyznę.
- Może byś tak na mnie spojrzał?
Odwrócił się gwałtownie. Twarz mu spochmurniała, malowało się na niej
uczucie, którego nie potrafiłam zidentyfikować, ale wiedziałam, że mi
się nie podoba. Przeczesał włosy palcami i zaklął pod nosem.
- Mac, wszystko jest w porządku.
- Nic nie jest w porządku. - Patrzył na mnie gniewnie. - Właśnie
dobrałem się do smarkatej siostry mojego przyjaciela. Do smarkatej
siostry szefa! Chryste, jesteś zaledwie trzy lata starsza od mojej
córki.
Skrzywiłam się z niezadowoleniem.
- Nie mów tak. Kiedy formułujesz to w ten sposób, brzmi gorzej, niż jest
w rzeczywistości. Jesteś ode mnie o trzynaście lat starszy, Mackennonie.
To nic wielkiego.
- Wręcz przeciwnie. - Mówił teraz ciszej, a jego twarz złagodniała,
przybierając niemal błagalny wyraz. - Arro... Lachlan to jedyna rodzina,
jaką mam. Nigdy nie zraniłbym ani jego, ani ciebie. - To... - wskazał
gestem dłoni na nas oboje - ...to, moja droga, nie może się stać. Nigdy
się nie wydarzy. Nie rozumuję dzisiaj jasno, więc nie powinienem... nie
powinniśmy... Nie myślę o tobie w ten sposób.
Odrzucił mnie, a to zabolało jak pchnięcie nożem.
Nie chciałam, żeby zauważył moją reakcję.
"Nie myślę o tobie w ten sposób".
W porządku. Teraz przynajmniej miałam pewność, prawda?
Czyżbym wykorzystała chwilę słabości przyjaciela? Ta myśl przeszyła mnie
na wylot.
Nie chciałam utracić jego przyjaźni z takiego powodu.
- Przepraszam, Mac. To był tylko pocałunek. Oboje za dużo wypiliśmy.
Nikt nie musi się o nim dowiedzieć i to się... to się nigdy więcej nie
powtórzy. Już nigdy tego nie zrobię. Przepraszam. Między nami wszystko w porządku. Już dobrze, prawda?
Lekko zmrużył oczy i spojrzał na mnie badawczo. Z całych sił starałam
się zachować neutralny wyraz twarzy. W końcu odetchnął z ulgą i wyraźnie
się rozluźnił.
- Moja droga, nie ma za co przepraszać. Wszystko w porządku. Między nami
jest dobrze.
- Świetnie. - Przygładziłam włosy, z wysiłkiem zachowując spokój. -
Lepiej będzie, jeśli wrócę na przyjęcie przed północą. Ty też powinieneś
tam pójść. Wejść między ludzi. Zająć czymś myśli, żeby choć przez chwilę
nie zadręczać się rozważaniami o Robyn.
Ponuro skinął głową.
- Zjawię się tam za chwilę.
Kiedy wyszłam z biura, na korytarzu owionął mnie nagły chłód.
Oszołomiona powędrowałam z powrotem do wielkiej sali, tym razem
skinieniem głowy witając kręcących się wokół gości. Na języku wciąż
czułam smak Maca, wargi nadal pulsowały od jego pocałunku, a ciało
wibrowało od niespełnionego pożądania.
"Otrząśnij się, Arro".
Usłyszałam donośny głos Lachlana. Brat wygłaszał właśnie noworoczne
przemówienie i dokładnie w chwili, w której weszłam do sali balowej,
zawołał, stojąc u szczytu schodów:
- Obyście byli szczęśliwi, a wasi wrogowie o tym wiedzieli! Slainte
Mhath!
Wszyscy goście unieśli kieliszki i odpowiedzieli okrzykiem:
- Slainte Mhath!
Czekałam pod ścianą, kiedy pojawił się personel z pledami ze sztucznego
futra dla gości. Ludzie zaczęli się nimi otulać, a ja nagle zobaczyłam,
że przede mną stoi Lachlan.
- Tu jesteś. - Narzucił mi pled na ramiona. - Czas na fajerwerki, zanim
dzwon wybije północ.
Skinęłam głową i pozwoliłam mu poprowadzić się na zewnątrz, dokąd
zmierzali również inni zaproszeni.
- Gdzie się podziewałaś?
- Musiałam chwilę odetchnąć - skłamałam. - Ta impreza nieco mnie
przytłacza.
Lachlan przyciągnął mnie do swojego boku.
- Wiem, skarbie. Ale zapewniam cię, że warto to wytrzymać.
Przytaknęłam i stanęłam obok niego na podjeździe, gdzie zgromadzili się
wszyscy goście. Z oddali rozległy się dźwięki Auld Lang Syne, grane
przez dudziarza.
Nagle powietrze przeszył ostry, świszczący dźwięk, a po sekundzie
rozległ się ogłuszający huk. Na ciemnym niebie eksplodowały srebrzyste,
niebieskie i różowe błyski, a goście zaczęli gromko wiwatować i bić
brawa.
Na chwilę zatraciłam się w tym wspaniałym pokazie światła i kolorów.
Poczułam go, zanim zobaczyłam.
Odwróciłam głowę i spojrzałam na Maca, który właśnie stanął u mojego
drugiego boku.
Nie odwrócił wzroku, tylko patrzył na mnie niepewnie, pełen wyrzutów
sumienia.
Absolutnie nie chciałam, żeby czuł się wobec mnie winny.
I tak już zbyt wiele musiał dźwigać na swoich barkach.
Nie powinien na dodatek żałować czegoś, co wiązało się ze mną. Wolałam
już pogodzić się z odrzuceniem.
Wsunęłam dłoń w jego rękę.
- Przyjaciele na zawsze - powiedziałam bezgłośnie.
Jego spojrzenie natychmiast pojaśniało i z wdzięcznością lekko uścisnął
moją dłoń.
A ja uniosłam wzrok ku niebu i obserwowałam pokaz sztucznych ogni,
udając, że przy każdej barwnej eksplozji serce nie pęka mi na tysiąc
kawałków.
1
Arro
OBECNIE
ARDNOCH, HRABSTWO SUTHERLAND
SZKOCJA
Przez siedem lat obserwowałam, jak w głównej sali mojego rodzinnego
zamku raz po raz odbywały się najróżniejsze imprezy i przyjęcia. Nigdy
dotąd żadna z tych uroczystości nie wydawała się jednak tak pasować do
tego miejsca jak obecna. Kroczyłam środkiem sali jako druhna na ślubie
mojego najstarszego brata. Po obu stronach długiego, wąskiego dywanu w jasnozłotym kolorze ustawiono rzędy krzeseł. Staromodne lampiony
znaczyły początek każdego rzędu, prowadząc do imponujących schodów na
końcu sali, które wiodły do podestu na półpiętrze, oświetlonego słońcem
wpadającym przez wysokie, witrażowe okna, które brat kazał pieczołowicie
odrestaurować. Czekali tam Lachlan, Thane, nasz pastor i mój mały
bratanek Lewis, prezentujący się zachwycająco w takim samym kilcie, jaki
mieli na sobie jego ojciec i wuj.
Córka Thane'a, Eilidh, szybkimi krokami wbiegła na schody, rozrzucając
wokół ostatnie płatki czerwonych róż. Osobiście wybrała na tę okazję
sukienkę, która przy każdym kroku podskakiwała, ukazując warstwę halek.
Właśnie taki efekt chciała osiągnąć. Wargi same rozciągnęły mi się w uśmiechu, kiedy patrzyłam, z jakim przejęciem moja bratanica wykonuje
swój obowiązek. Podniosła rozradowane oczy na wuja i ojca, a oni obaj
spojrzeli na nią z taką miłością, że aż coś mnie ścisnęło w sercu.
Zaledwie kilka miesięcy wcześniej Eilidh i Lewis znaleźli się w wyjątkowo dramatycznej sytuacji, jakiej nie powinno doświadczyć żadne
dziecko. Martwiłam się bardzo, czy przy naszej pomocy uda im się
odzyskać równowagę. Ale dzieci okazały się nadzwyczaj odporne i ku mojej
nieopisanej uldze znów wydawały się szczęśliwe i spokojne.
Regan Penhaligon, młodsza siostra narzeczonej Lachlana, szła wdzięcznym
krokiem przede mną, ubrana w suknię starszej druhny. Czułam do niej
wielką wdzięczność, ponieważ to w dużej mierze dzięki niej Eil i Lew
znów mogli się cieszyć szczęśliwym dzieciństwem. Wyglądała promiennie w srebrzystej sukni, z misternie upiętymi miedzianorudymi lokami. Lekko
weszła po schodach, unosząc skraj sukni, i stanęła naprzeciw Thane'a.
Spojrzeli na siebie z takim żarem, że aż ukłuła mnie zazdrość. Wzięła
Eilidh za rękę, a dziewczynka przytuliła się do jej boku. Mój brat
spogladał na nią z taką miłością, jakby za chwilę miał eksplodować z jej
nadmiaru.
Jeszcze nie widziałam Thane'a w takiej wersji. Ani kiedy dorastałam, ani
kiedy był w małżeństwie z Fran. Regan sprawiła, że na nowo przeżywał
młodość. Właściwie nigdy nie wydawał się tak młodzieńczy, nawet kiedy
był w jej wieku. Oboje martwili się dzielącą ich różnicą trzynastu lat,
ale nie na tyle, by z siebie zrezygnować. Rzucili się na oślep w swą
namiętną miłość, ponieważ wiedzieli, że nie potrafią inaczej.
Ta mieszanina radości i ulgi, jaką czułam ze względu na brata, łączyła
się ze świadomością, że jego uczucie stało się katalizatorem
unicestwienia mojej miłości.
"Przestań", upomniałam się w duchu, krocząc po schodach. Odepchnęłam od
siebie egoistyczne, melancholijne myśli i posłałam uśmiech Lachlanowi.
On również uśmiechnął się do mnie czule. Następnie, stanąwszy obok
Regan, wymieniłam uśmiechy też z nią. Dzisiaj to nie ja byłam ważna.
Powiodłam spojrzeniem po gościach, którzy reprezentowali najróżniejsze
środowiska i zawody. Stawili się mieszkańcy miasteczka i przyjaciele, z którymi dorastaliśmy, aktorzy, piosenkarze, sportowcy, znani reżyserzy,
pisarze. Dostrzegłam też kilka nieznajomych twarzy przyjaciół Robyn i jej rodziny z Bostonu. W pierwszym rzędzie siedziało dwóch moich braci,
Brodan i Arran, którzy wrócili na łono rodziny z okazji ślubu.
Arrana nie widzieliśmy od tak dawna, że jego obecność wprowadziła lekko
nerwową atmosferę. Jednak w takim szczęśliwym dniu pragnęłam czuć tylko
ulgę, że brat - najbardziej zbliżony do mnie wiekiem - za którym
biegałam jako dziecko, wrócił do domu i był tu bezpieczny. Przynajmniej
czasowo.
Nasze oczy się spotkały i Arran posłał mi swój charakterystyczny
chłopięcy uśmiech, tak bardzo podobny do uśmiechu Lachlana. Tyle że
natychmiast straciłam jego uwagę, ponieważ przeniósł ją na mijającą go
jedną z druhen.
Nasza przyjaciółka, Eredine Willows, prezentowała się niezwykle
elegancko w srebrzystej sukni. Miała tak bujne włosy, że stylistka
upięła tylko połowę jej ciemnobrązowych loków, a resztę rozpuściła luźno
na plecach. Połyskliwa srebrna tkanina pięknie kontrastowała ze
złotobrązową karnacją Eredine i zgrabnie opinała jej elegancką sylwetkę.
Ery wyglądała jak gwiazda filmowa lub supermodelka.
Nie tylko Arran nie mógł oderwać od niej oczu. Wiedziałam, że dziewczyna
nie znosi być w centrum uwagi, więc gdy zatrzymała się obok mnie,
przysunęłam się bliżej, by wesprzeć ją bez słów. Za Ery szła bostońska
przyjaciółka Robyn, Jasmine, a raczej Jaz, ponieważ tak właśnie chciała,
żeby się do niej zwracać. Wyglądała po królewsku. Srebro sukni
kontrastowało z jej ciemnobrązową skórą, a włosy splecione w warkoczyki
miała upięte tak misternie, że moja fryzura wyglądała przy nich nudno.
Nie wiem, jak Robyn udało się wybrać na suknie dla druhen metaliczną
tkaninę i krój, które pasowały do każdego odcienia karnacji i typu
figury. Może pomogło jej wprawne oko fotografki. Po prostu ogarniała
takie sprawy instynktownie, jak kompozycję i światło na zdjęciach.
A oto nadeszła i ona sama.
Robyn Penhaligon, już wkrótce Adair.
Oczywiście już dziś ją widziałam. Spędziłyśmy cały ranek w jednym z pokoi gościnnych, zmienionych dzisiaj w garderobę panny młodej.
W białej, rozszerzającej się ku dołowi sukni była najbardziej seksowną,
a jednocześnie najelegantszą panną młodą, jaką widziałam. Kreacja miała
głęboki dekolt, obszyty delikatną koronką. A ponieważ pod nią znajdował
się cieniutki przezroczysty materiał, koronka wyglądała tak, jakby ktoś
artystycznie wymalował ją na skórze. Rękawy również uszyto z koronki,
przez którą tu i ówdzie prześwitywała skóra. Suknia opinała ciało, jakby
i ona została na nim namalowana. Od kolan w dół rozszerzała się,
przechodząc w tren, także wykończony koronką. Wiedziałam, że dekolt na
plecach jest wyzywająco głęboki, a obciągnięty jedwabiem guzik w jego
dolnej części przyciągał wzrok do krągłej pupy, której kształt do
perfekcji doprowadziły bieganie i uprawianie mieszanych sztuk walki.
Jednym słowem, Robyn wyglądała olśniewająco.
Spojrzałam na Lachlana i wzruszyłam się, kiedy zobaczyłam go oniemiałego
z zachwytu, kiedy narzeczona szła ku niemu, cały czas patrząc mu w oczy.
Czy kiedykolwiek jakiś mężczyzna tak głęboko kochał kobietę? Coś
ścisnęło mnie boleśnie w piersi. Nikt bardziej od niego nie zasługiwał
na takie doznania. Lachlan opiekował się nami wszystkimi od lat, aż
nazbyt długo, i nadszedł najwyższy czas, żeby zyskał towarzyszkę życia,
dzięki której poczuje się mniej samotny.
Z trudem przeniosłam wzrok na Robyn, a właściwie na mężczyznę, na
którego ramieniu się wspierała w drodze do narzeczonego. Unikałam
spotkania z nim, kiedy przyjechał po córkę, ażeby poprowadzić ją do
ołtarza. Miała przed nim poślubić jego przyjaciela i zarazem szefa.
Mac Galbraith.
Zupełnie nie wyglądał na kogoś, kto mógłby mieć córkę w wieku Robyn, ale
przecież został ojcem jako szesnastolatek. Robyn pochyliła się ku niemu,
on wyszeptał jej coś do ucha, a ona uśmiechnęła się, patrząc na niego z miłością. Mac pewnie w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał, że
nadejdzie w jego życiu taka piękna chwila.
Rok wcześniej Robyn przybyła do Ardnoch właśnie po to, żeby spotkać się
z ojcem. Chciała uzyskać od niego wyjaśnienie, dlaczego zniknął z jej
życia. Nie wiedziała, że matka odsyłała jego listy i prezenty.
Zamartwiałam się wtedy, że przyjechała wzbudzać w nim poczucie winy z powodu zerwanych więzi rodzinnych, tymczasem prędko się okazało, że
Robyn bardzo kocha Maca i bardzo go potrzebuje.
Ich pojednanie z wielu powodów nie okazało się łatwe, ale byli do siebie
zbyt podobni, łączyło ich zbyt wiele, żeby do niego nie doszło. Nikt
nawet sobie nie wyobrażał, że podczas odtwarzania więzi z ojcem Robyn
zakocha się w moim najstarszym bracie ani że Lachlan straci dla niej
głowę do tego stopnia, że oświadczy się ledwie po kilku miesiącach
znajomości i będzie nalegał na poprowadzenie jej do ołtarza w ciągu
roku.
"Kiedy jest się czegoś pewnym, to jest się pewnym", mówił.
Ich związek okazał się bardzo korzystny dla Maca, ponieważ Robyn mogła
teraz pozostać w Szkocji na stałe i postanowiła to zrobić. Nie musiał
znów się z nią rozstawać. Wiedziałam, jak wiele to dla niego znaczy. Po
prostu uwielbiał córkę.
I właśnie z tego powodu, przez tę miłość łączącą go z Robyn i z całą
resztą mojej rodziny, moja przyszłość zapowiadała się okropnie. Za
każdym razem, kiedy znajdziemy się w jednym pomieszczeniu, będę musiała
udawać, że go nie nienawidzę. Że nie czuję do niego urazy i nie żałuję,
że go w ogóle poznałam.
Przysporzył mi jedynie bólu.
A teraz doszło do tego upokorzenie.
Nienawidziłam go.
Trzynaście lat różnicy między Regan i Thane'em.
Trzynaście lat różnicy między Makiem a mną.
Skoro oni mogli się ze sobą związać, to przecież my też możemy, prawda?
Tak naiwnie zakładałam.
Jednak Mac jednoznacznie wskazał mi błąd w rozumowaniu. Jego reakcja na
to, co między nami zaszło kilka tygodni temu, była brutalnie
upokarzająca. Postanowiłam nigdy mu tego nie wybaczyć.
Na samo wspomnienie poczułam ostry skurcz w gardle. Mac pochwycił moje
spojrzenie, zanim zdążyłam odwrócić wzrok.
Ten drań miał czelność przybrać nieszczęśliwą minę!
Z wysiłkiem skupiłam uwagę na Lachlanie.
Widać było, że z trudem doczekał chwili, kiedy Robyn odstąpiła od boku
Maka i podeszła do niego. Wbrew tradycji przyciągnął ją do siebie i wyszeptał ochryple:
- Jesteś taka piękna. - A potem lekko dotknął ustami jej warg.
On przynajmniej zdobył swoją miłość.
I Thane odnalazł swoją.
Cóż, skoro ja nie mogłam zdobyć własnej miłości, cieszyłam się, że
najbliżsi mi ludzie mieli więcej szczęścia.
* * *
Organizatorka przyjęcia zmieniła wielką jadalnię zamku w salę weselną.
Ustawiono w niej okrągłe stoły nakryte białymi obrusami i ozdobione
lampionami, a wszędzie wokół skrzyły się girlandy świetlne. Z części
jadalnej można było przejść do następnej sali, również odmienionej.
Zamontowano w niej tymczasowy parkiet. Później muzyką miał się zająć
didżej, ale na początek Lachlan sprowadził z Orkadów kapelę skrzypcową,
grającą współczesną muzykę szkocką. Ich występ zaplanowano po obiedzie;
wiedziałam, że szybka, radosna muzyka ludowa spodoba się gościom. Już
kiedyś zdarzyło się nam zatrudnić ten zespół i został doskonale przyjęty
przez wszystkich uczestników imprezy.
Gości poproszono o zostawienie telefonów komórkowych w pokojach lub
domkach na terenie posiadłości. Jedyną osobą, która mogła robić zdjęcia,
był wynajęty na tę okazję zawodowy fotograf. Lachlan nie chciał, żeby
fotki z jego wesela zdobiły strony tytułowe wszystkich brukowców w kraju. Kiedy porzucił karierę w Hollywood, żeby zająć się prowadzeniem
naszego ekskluzywnego klubu, wiedział, że nigdy nie zdoła całkiem zerwać
z dawnym życiem gwiazdy filmu. Chciał jednak, by jego ślub pozostał
uroczystością prywatną. I tak w ciągu ostatnich miesięcy wiadomości z życia rodziny Adairów zbyt często pojawiały się w mediach.
Siedziałam z boku stołu w kształcie podkowy. Na prawo od Robyn spoczął
Mac; Thane zajął miejsce na lewo od Lachlana; Regan siedziała obok
Thane'a, za nią Elilidh, Lewis i ja. Specjalnie umieściliśmy dzieci
między mną, Regan i Thane'em, ponieważ naszą trójkę darzyły największym
zaufaniem, a takie duże przyjęcie mogło być dla nich nieco
przytłaczające. Chcieliśmy, żeby czuły się bezpieczne i szczęśliwe,
zwłaszcza po tym, co je spotkało.
Obok Maka wyznaczono miejsce jego byłej dziewczynie, a matce Robyn,
Stacey. Kiedy się uśmiechała, było widać, że to ładna kobieta, niestety
przez większość dnia pokazywała światu grymas niezadowolenia. Obok
Stacey, po przeciwległej części stołu siedział ojczym Robyn, a ojciec
Regan, Seth Penhaligon. Polubiłam go. Był przyjacielski, trzeźwo myślący
i wyluzowany.
Robyn musiała podjąć trudną decyzję i wybrać, który z ojców poprowadzi
ją do ołtarza. Odbyła długą rozmowę z Sethem, a ten w końcu jej
poradził, żeby poprosiła o to Maca. Powiedziała mi, że jego zdaniem,
jeśli chciała, żeby Mac był jej ojcem już do końca życia, powinna tak
właśnie go traktować.
Moim zdaniem to wiele mówiło o tym, jakim człowiekiem jest Seth
Penhaligon. Przecież to on wychowywał Robyn przez większość jej życia.
Niestety, od chwili przyjazdu do Szkocji Stacey jasno dawała do
zrozumienia, jak bardzo ją wkurza, że to nie Seth wypełni ten obowiązek.
Wszyscy jednak, włącznie z mężem, ignorowali jej naburmuszoną minę i nieprzyjazne zachowanie.
Obok Setha usiadła Eredine, dalej Jaz, a przy okrągłym stole najbliżej
nas siedzieli Brodan, Arran, mąż Jaz, Autry, i ich dwie córki, Asia i Jada.
Podczas obiadu większość czasu spędziłam, pomagając Regan przy dzieciach
lub śmiejąc się z dowcipów, które opowiadał Brodan. Ani razu nie
spojrzałam na Maca.
W pewnej chwili muzyka ucichła i rozległ się cichy brzęk szkła. Ktoś
uderzał łyżeczką o kieliszek, sygnalizując, że za chwilę nastąpi
przemówienie. Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy Mac wolno wstał zza
stołu. Zerknął na mnie, a potem spojrzał na Robyn. Podniosła na niego
wzrok z nieskrywanym uwielbieniem, a wtedy - mimo że tak bardzo mnie
zranił - oprócz goryczy poczułam wielką radość. Przez całe swoje dorosłe
życie tęsknił za takim spojrzeniem córki.
Jednocześnie jednak radość z powodu jego szczęścia budziła we mnie
wściekłość.
Słyszałam, jak Regan ucisza paplającą Eilidh, ale nie mogłam oderwać
oczu od Maca.
Wziął do ręki mikrofon.
- Informacja dla tych, którzy nie wiedzą. Jestem Mac, ojciec Robyn.
Przez salę przeszedł szmer zaskoczenia.
- Czyli niektórzy jednak nie wiedzieli - prychnął z rozbawioną miną.
Goście się roześmiali, a ja sobie uświadomiłam, jak silnie działa na
mnie jego uśmiech.
- Owszem, to może być spora niespodzianka. - Spojrzał na Robyn, a ta
uśmiechnęła się porozumiewawczo. - Obawiam się, że jeśli Robyn usłyszy
jeszcze jeden komentarz w stylu: "Chyba jesteś za młody, żeby mieć córkę
w tym wieku", to może komuś zlecić sprzątnięcie mnie, żeby więcej nie
musieć tego słuchać.
Goście wybuchnęli śmiechem, ale Robyn lekko się skrzywiła.
- To nie zabrzmiało zbyt miło - powiedziała cicho, ale Lachlan otoczył
ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Wyszeptał jej do ucha coś, co ją
rozśmieszyło, i pocałował w skroń.
Znów poczułam w piersi ukłucie bólu.
- Kiedy Robyn przyszła na świat, byłem bardzo młody. - Mac mówił teraz
poważnym tonem. - Zbyt młody. Właściwie sam byłem jeszcze dzieckiem. I popełniłem więcej błędów, niż chciałbym pamiętać.
- Tato... - odezwała się Robyn bezgłośnie, po czym ścisnęła go za ramię.
Mac uśmiechnął się do niej blado.
- Kiedy jednak byłem nieobecny, matka Robyn, Stacey... - położył dłoń na
jej ramieniu, a ona drgnęła zaskoczona; potem wskazał na Setha - ... i jej
ojczym, Seth, wychowali niezwykłą kobietę, która jest świadectwem ich
miłości i troski.
Słowa Maca wycisnęły łzy z oczu Stacey. Twarz jej złagodniała, a Seth z wdzięcznością skinął głową.
Cały Mac. Zawsze sprawiedliwy. Zawsze życzliwy.
No... może nie zawsze.
Znów spojrzał na Robyn, a jego głos stał się ochrypły z emocji.
- Jesteś niezwykła, Robyn. Mówię to nie jako zaślepiony ojciec. Taka
jest prawda. Jesteś wyjątkowa na wiele sposobów, odważna, inspirująca,
dobra, lojalna i uczciwa. Wszystkie te cechy chciałem sam posiadać, a teraz widzę je u ciebie. A to największy dar od losu, o jaki rodzice
mogą prosić - żeby dziecko stało się lepsze od nich, żeby ich przerosło.
Wargi Robyn zadrżały. Zobaczyłam, że ściska Lachlana za rękę.
Kątem oka spostrzegłam, że Regan ociera łzy.
Ja czułam, jak palą mnie w gardle, ale postanowiłam nie płakać.
- Jako twój ojciec mam prawo uważać, że nikt nie jest ciebie godny -
ciągnął Mac. - Jeśli jednak już ktoś musiał się pojawić, cieszę się, że
to Lachlan. - Skupił uwagę na moim bracie. - Jesteś moim najlepszym
przyjacielem i powierzam ci osobę, którą kocham ponad wszystko.
Lachlan i Mac przez chwilę patrzyli sobie w oczy, rozmawiając bez słów.
Wyraźnie dało się wyczuć napięcie emocjonalne i z wielkim trudem udało
mi się powstrzymać te cholerne łzy.
Mac sięgnął po kieliszek z szampanem. Jego wzrok nagle pobiegł w moją
stronę, a potem znów do Robyn i mojego brata.
- Gdybyśmy wszyscy mogli znaleźć tak wielką miłość jak wasza, świat
stałby się lepszym miejscem. Za Robyn i Lachlana!
- Za Robyn i Lachlana! - Zgromadzeni unieśli zgodnie kieliszki.
Zerknęłam na gości siedzących przy drugiej części stołu. Wielu z nich
ocierało serwetami łzy z oczu, tak wzruszyła ich emocjonalna przemowa
Maca. Miał w sobie coś takiego. Dar wzbudzania miłości. Siłę
przyciągania.
Poczułam, że narasta we mnie gorycz, i próbowałam zdusić to uczucie.
Nagle napotkałam spojrzenie Maca. Nie wiem, co zobaczył w mojej twarzy,
ale drgnął lekko i natychmiast odwrócił wzrok. Ja również uciekłam
wzrokiem w inną stronę i spostrzegłam, że przygląda mi się Regan.
Zwężonymi oczami popatrywała to na mnie, to na Maca.
Cholera jasna.
Uśmiechnęłam się do niej nerwowo i szybko pochyliłam się nad Lewisem,
chcąc go zapytać, czy ma ochotę jeszcze coś zjeść. W tej samej chwili
Thane przejął mikrofon i wstał. Gwar rozmów znów ucichł.
- Jestem Thane Adair, jeden z braci Lachlana i jego drużba - przedstawił
się. - Bardzo żałuję, że wypadło mi przemówić tuż po Macu - dodał, jak
zwykle samokrytyczny.
Roześmiałam się wraz z innymi. Teraz, kiedy Mac zakończył swoją mowę,
nieco się rozluźniłam.
- Cóż mogę rzec o swoim starszym bracie? - Położył dłoń na ramieniu
Lachlana i spojrzał na jego świeżo poślubioną żonę. - Chyba już za
późno, żeby powiedzieć: "Uciekaj, Robyn! Uciekaj ile sił w nogach"!
Znów rozległy się wybuchy śmiechu, a Lachlan zmierzył brata żartobliwie
groźnym wzrokiem.
- Żartowałem. Lachlan to wspaniały materiał na męża. - Thane z przekonaniem skinął głową. - Teraz. Ale to dobrze, że Robyn nie poznała
go, kiedy miał dwadzieścia kilka lat... ponieważ była wtedy nieletnia,
więc... - Ze znaczącym grymasem na twarzy spojrzał na gości, a ci znów się
roześmiali.
- Naprawdę chcesz drążyć ten temat? - zapytał Lachlan, wskazując na
Regan.
Większość gości nie mogła tego usłyszeć, ale domyślili się, co
powiedział, i parsknęli śmiechem.
Thane uniósł ramiona w geście poddania.
- Zgoda - odrzekł rozbawiony.
Dobrze było usłyszeć, jak żartuje z różnicy wieku dzielącej jego i Regan. Do niedawna był to dla niego drażliwy temat.
- Chcę tylko powiedzieć, że jako dwudziestolatek Lachlan był zupełnie
innym człowiekiem - ciągnął. - Nie wiem, czy wtedy spodobałby się Robyn.
Z drugiej strony, o ile dobrze pamiętam, przez pierwsze miesiące
znajomości też nie bardzo jej się podobał.
Rozległy się ciche okrzyki zdziwienia. Robyn przytaknęła, a Lachlan z rezygnacją przewrócił oczami.
- To rodzi pewne podejrzenia - mówił Thane z zastanowieniem. Spojrzał na
Robyn, uśmiechając się porozumiewawczo, i wyszeptał do mikrofonu: -
Jeśli znalazłaś się tu pod przymusem, wystarczy, że mrugniesz. - Sam z przesadnym zapałem puścił do niej oko. - Uratujemy cię.
Wszyscy roześmiali się jeszcze głośniej, a Lachlan posłał bratu
mordercze spojrzenie, choć również zachichotał.
Całe to przedstawienie napełniło mnie radością.
To znów był Thane, którego pamiętałam z dzieciństwa. On i Lachlan zawsze
byli najpoważniejsi z braci, ale też wykazywali się sarkastycznym,
często przewrotnym poczuciem humoru. Gdzieś po drodze Thane zatracił tę
cechę. Aż do czasu, gdy pojawiła się Regan.
- Nie...? - zapytał teraz bratową, przeciągając tę scenkę.
Robyn ze śmiechem potrząsnęła głową.
- Skoro tak twierdzisz... - Udając, że jej nie dowierza, powiódł
znaczącycm spojrzeniem po zgromadzonych. Rozległy się głośnie chichoty.
Mój brat miał ukryty talent komediowy. Zaraz potem uśmiechnął się
szeroko i zwrócił do szczęśliwych nowożeńców. - Ale żarty na bok.
Niezmiernie się cieszę waszym szczęściem. Mac się martwił, czy
jakikolwiek mężczyzna będzie godny jego córki, a ja się martwiłem, czy
znajdzie się kobieta, która dorówna mojemu bratu duchem, poczuciem
lojalności, umiłowaniem rodziny i apetytem na życie. A później w nasze
życie wkroczyła Robyn Galbraith Penhaligon i już wiedziałem, że mimo
niezbyt udanego startu ci dwoje są dla siebie stworzeni.
Kiwnął głową.
- Byłeś dla mnie najlepszym bratem, jakiego mogłem sobie życzyć. - Thane
mocno chwycił Lachlana za ramię. - Jestem cholernie zadowolony, że
znalazłeś Robyn... - Jego uśmiech stał się łobuzerski. - Jestem zadowolony
ze względu na ciebie i na siebie, ponieważ Robyn sprowadziła tu... -
Spojrzał na Regan. - Cóż, Robyn wniosła w nasze życie wiele dobrego i jestem jej za to dozgonnie wdzięczny.
Thane wyraźnie musiał wytężyć całą siłę woli, żeby oderwać wzrok od
Regan. Po chwili odchrząknął i uniósł kieliszek z szampanem.
- Oboje musieliście się zmierzyć z dramatycznymi wydarzeniami i wyszliście z tego umocnieni, stając się dla nas wszystkich inspiracją i lekcją, jak powinna wyglądać miłość. Za Robyn i Lachlana!
Kiedy Lachlan podniósł się zza stołu, żeby wygłosić swoją mowę, nie
byłam pewna, czy moje serce to wytrzyma.
- Jako aktor pewnie was zaskoczę, ponieważ moja mowa będzie krótka i miła - powiedział do mikrofonu. - Po pierwsze, dziękuję Macowi i Thane'owi za wszystkie serdeczne słowa. Chociaż, drogi bracie, mogłeś
się powstrzymać przed insynuacją, że moja żona nie jest tu z własnej
woli.
Rozległy się salwy śmiechu.
- Moja żona - powtórzył ciszej, patrząc na Robyn z uwielbieniem. -
Cholera, jak to fantastycznie brzmi.
Odpowiedziały mu pełne zachwytu jęki gości.
- Po drugie, dziękuję wszystkim za przybycie na naszą uroczystość. To
dla nas wiele znaczy. - Zatoczył koło ręką z kieliszkiem. -
Postanowiliśmy z Robyn użyć tradycyjnych słów przysięgi małżeńskiej, ale
po namyśle chciałbym coś dodać. Jestem wielkim szczęściarzem - ciągnął,
patrząc w oczy żony. - Zjeździłem cały świat, przeżyłem niezwykłe
chwile, robiłem rzeczy, które tylko niewielkiej części ludzi udało się
zrobić. Mam dobrych przyjaciół, rodzinę, którą kocham nad życie.
Serce ścisnęło mi się w piersi.
- Doświadczyłem też straty. Poważnej straty. Może nie czyni to ze mnie
szczęściarza, ale dzięki temu dostałem lekcję, która mnie wiele
nauczyła. Teraz wiem, że liczą się ludzie, którymi się otaczasz. To
dzięki ludziom, których kochasz, życie jest coś warte. Robyn, kiedy
pojawiłaś się w moim życiu, po prostu zwaliłaś mnie z nóg. Stałaś się
dla mnie wszystkim. Jesteś najodważniejszą osobą, jaką spotkałem, i każdego dnia nieustannie mnie zdumiewasz.
Łzy ciurkiem popłynęły mi z oczu.
- Za Robyn, moją żonę. Moją najlepszą przyjaciółkę. - Wzniósł kieliszek.
- Za Robyn!
Kiedy Lachlan zajął miejsce za stołem, Robyn pocałowała go tak długo i głęboko, że dopiero gwizdy gości (to znaczy Brodana i Arrana) oderwały
ich od siebie.
Widok ich szczęścia sprawił, że zapomniałam o dręczącej mnie goryczy.
Znów poczułam się sobą.
2
Arro
- Wydajesz się trochę szczęśliwsza - zauważył Arran, kiedy tańczyliśmy
wolny utwór zespołu Idlewild.
- Szczęśliwsza? - Zmarszczyłam czoło, kołysząc się w wolnym rytmie
muzyki. - Doprawdy? A ja właśnie myślałam o tym, jaka ta piosenka jest
przygnębiająca.
Zespół ludowy grający radosną, szybką muzykę, która podrywała wszystkich
do tańca, zakończył swój występ. Teraz do dzieła przystąpił didżej i grał ulubione piosenki Robyn i Lachlana.
- Przestań unikać tematu.
- Jakiego tematu?
- Tematu swojego nastroju. Wiem, że od czasu mojego przyjazdu do domu
panuje między nami wszystkimi trochę napięta atmosfera, ale ciebie
dręczy coś innego. - Arran pochylił głowę, żeby zmusić mnie do
spojrzenia mu w oczy, równie niebieskie jak oczy Lachlana.
Wszyscy moi bracia byli przystojnymi niebieskookimi blondynami, ale
Lachlan i Thane prezentowali szorstki, surowy typ męskiej urody, Brodan
zaś był klasycznie przystojny, a Arran wyglądał jak młodsza, gładsza
wersja Lachlana.
Chociaż Lachlan i Thane nie pojmowali, dlaczego Arran odczuwa taką
potrzebę wyrwania się z domu i przebywania z dala od nas, ja starałam
się to zrozumieć. Kiedy dorastałam, Lachlan odgrywał wobec mnie rolę
ojca, Thane był typowym, nadopiekuńczym starszym bratem, ale Brodan i Arran byli nie tylko moimi starszymi braćmi, lecz także kumplami.
Zwłaszcza Arran. Odkąd pamiętałam, zawsze marzył o przygodach.
Przebywanie w jednym miejscu przez dłuższy czas po prostu nie leżało w jego naturze.
Musiałam jednak szczerze przyznać, że jego przedłużająca się nieobecność
mnie raniła. Nie rozumiałam tego. Arran był wędrowcem z wyboru, ale
jeszcze kilka lat temu jasno dawał do zrozumienia, że rodzina jest dla
niego najważniejsza.
- Gdzie się podziewałeś? - Zmieniłam temat rozmowy.
Zacisnął mocniej rękę na mojej dłoni.
- Przepraszam, że tak długo mnie nie było.
- Arranie - powiedziałam, przysuwając się bliżej, żeby nikt nas nie
podsłuchał. - W tym czasie ktoś próbował zamordować Lachlana. Pewien
człowiek porwał i związał twoją bratanicę i bratanka, żeby zastraszyć
Regan. Czy ty to w ogóle rozumiesz?
Zbladł i było widać, że ogarnia go poczucie winy.
- Tak mi przykro.
- Po prostu wyjaśnij mi - ciągnęłam błagalnie - dlaczego nie wróciłeś,
kiedy tak bardzo cię potrzebowaliśmy?
Jego mina stwardniała.
- Co się dzieje między tobą a Makiem? - wypalił.
Zesztywniałam.
- Nic się nie dzieje.
Uśmiechnął się z chłodną ironią.
- W takim razie nie ma chyba dobrego powodu, dla którego nie
przyjechałem tu wcześniej. Po prostu jestem zwykłym złamasem.
- Nie wierzę.
- W takim razie się mylisz. - Odwrócił wzrok, a drobny nerw na jego
policzku zdradził zdenerwowanie.
Znów ścisnął mocniej moją dłoń, a oczy mu się zwęziły. Podążyłam za jego
spojrzeniem i ze zdumieniem stwierdziłam, że patrzy na Eredine tańczącą
z Brodanem.
Brodan przyciągnął ją bardzo blisko siebie i szeptał jej do ucha coś, co
sprawiło, że nieśmiało się uśmiechała.
Podejrzewałam, że od dłuższego czasu Brodan czuje coś do Ery, ale z jakiegoś powodu nie wykonał żadnego ruchu. Ery była tak zamknięta w sobie, że jakiekolwiek działania z jego strony i tak najprawdopodobniej
nie spotkałyby się z życzliwym przyjęciem. Jednak czasami zdarzało mi
się spostrzec, że patrzy na niego w sposób, który świadczył, że i ona
jest nim zafascynowana.
Ze zmarszczonym czołem spojrzałam na Arrana. Nie znał zbyt dobrze
Eredine, ponieważ nie gościł w domu wystarczająco długo, by się
dowiedzieć o niej czegoś więcej. Nie dziwiło mnie, że zwrócił na nią
uwagę. Po pierwsze, była fantastyczną osobą, miłą i sympatyczną, a jednocześnie inteligentną i obdarzoną poczuciem humoru. Oczywiście tę
ostatnią cechę można było zauważyć dopiero po bliższym poznaniu. Po
drugie, przez całą młodość, odkąd zaczęli interesować się płcią
przeciwną (to znaczy, kiedy Arran skończył dziesięć lat - on i Brodan
szybko dojrzeli, jeśli chodzi o romantyczne zapędy), moi bracia
rywalizowali o te same dziewczyny. Niestety, jeśli chodzi o damską
urodę, mieli niepokojąco podobne gusty. Jakoś sobie z tym radzili,
dopóki Arran nie przespał się z bliską przyjaciółką Brodana, Monroe
Sinclair. Wtedy pokłócili się na dobre.
Brodan twierdził, że Arran przekroczył granicę, gdy poszedł do łóżka z tą dziewczyną, chociaż przedtem ustalili, że żaden z nich tego nie
zrobi. Ja podejrzewałam, że kryje się za tym coś jeszcze. Być może
Monroe znaczyła dla Brodana więcej, niż chciał sam przed sobą przyznać.
Jakkolwiek było, po tym zdarzeniu dziewczyna zostawiła moich braci i swoją rodzinę i wyjechała z Ardnoch. Arran i Brodan w końcu się
pogodzili i już nigdy więcej nie uganiali się za tą samą kobietą.
- Jest piękna, miła, bystra, powściągliwa i niełatwo się do niej
zbliżyć. Nawet ja, jej najbliższa przyjaciółka tutaj, tak naprawdę jej
nie znam.
Arran zmarszczył czoło, wciąż skupiony na Ery.
- Co?
- Mówię o Eredine.
Teraz patrzył na mnie.
- Ale że niby co?
- To zakazany teren - ostrzegłam. - Dla was obu.
Jego wargi zadrgały.
- Najdroższa siostrzyczko, nie mam żadnych zamiarów wobec twojej
przyjaciółki. Czy facet nie może gapić się na kobietę bez ukrytych
intencji?
- Jeśli tylko o to chodzi, to w porządku.
- Wiesz... - zaczął, prowadząc mnie w tańcu przesadnie zamaszyście. -
Spodziewałem się, że spośród całej rodziny to ty będziesz traktować mnie
najprzyjaźniej.
- Przecież jestem dla ciebie miła. Tańczymy, prawda?
- To taki taniec z litości. - Wyraźnie się ze mną drażnił. Oczy
rozbłysły mu łobuzersko. - Znam się na tym.
- Spadaj! - wymamrotałam pod nosem. - Przez całe życie muszę znosić
kobiety, które uganiają się za moimi braćmi. Dzisiejszy wieczór nie jest
wyjątkiem. Dziwię się, że jeszcze żadna nie rozdzieliła nas siłą, żeby
się do ciebie dobrać.
- Nie nasza wina, że skutkiem przekleństwa losu zostaliśmy obdarzeni
wybitną urodą i zwierzęcym magnetyzmem.
Udałam, że się krztuszę, jakbym zaraz miała zwymiotować, a mój brat
roześmiał się ubawiony.
Coś za moimi plecami przyciągnęło jego wzrok i nagle zmienił mu się
wyraz twarzy. Nie spodobało mi się to.
- Widzę, że nie tylko bracia Adairowie cieszą się dzisiaj powodzeniem u kobiet. Mac też nie ma na co narzekać.
Zamarłam, ale się nie odwróciłam.
- No tak - ciągnął mój brat. - Jego dzisiejsza przemowa na pewno
sprawiła, że kilka pań miało mokro w majtkach.
Otwartą dłonią uderzyłam go w głowę. Tylko częściowo żartobliwie.
- A za co to? - wyjęczał jak mały chłopiec.
- Nie mów do mnie w ten sposób. Jestem twoją siostrą. Okaż mi trochę
szacunku.
- Phi. Chyba bardziej chodzi tu o Maca niż o mnie - burknął. - O mało
nie wybiłaś mi oka - biadolił.
- To było tylko lekkie klepnięcie. Przestań się mazać.
- Dobry pomysł, Arro. - Lachlan i Robyn zbliżyli się do nas w tańcu.
Lachlan wyciągnął rękę i pacnął brata w tył głowy, dużo silniej, niż ja
to zrobiłam. - To za karę, że przez ostatnie dwa lata musiałem się o ciebie martwić.
- Ożeż, kurwa! - Arran wypuścił mnie z uścisku, żeby rozmasować
potylicę. - Czy to było konieczne?
- Zdecydowanie tak. Czuję się teraz o wiele lepiej. Powiem Thane'owi,
jakie to oczyszczające uczucie. Też powinien ci przyłożyć. Przygotuj
się. - Z łobuzerskim uśmiechem wraz z Robyn oddalił się w tańcu na drugi
koniec parkietu.
- Żartował, prawda? - Arran czujnie rozejrzał się wokół.
Nie wyglądał teraz na swoje trzydzieści pięć lat.
Roześmiałam się wesoło.
- Na twoim miejscu do końca imprezy zachowałabym wzmożoną czujność.
- Nie ma jak w domu - wymamrotał zrezygnowany.
* * *
Ledwo wróciłam na swoje miejsce obok Eredine, niosąc kolejny kieliszek
szampana, kiedy podszedł do mnie jakiś mężczyzna. Wyglądał znajomo, więc
doszłam do wniosku, że to jakiś aktor. Przywitał nas skinieniem głowy i uśmiechem. Potem wyciągnął do mnie rękę.
- Czy mogę prosić o następny taniec?
Grano właśnie piosenkę Adele.
- Idź. - Eredine wzięła ode mnie kieliszek i lekko popchnęła w kierunku
wyglądającego znajomo Amerykanina.
"Dlaczego nie?", pomyślałam.
Uśmiechnęłam się i podałam mu rękę. Kiedy szliśmy w stronę parkietu,
przedstawił mi się.
- Jestem Gray. Piętnaście lat temu grałem z twoim bratem w jednym
filmie. Zaprzyjaźniliśmy się.
Gdy podał swoje imię, skojarzyłam, kto to jest. Nie był sławnym aktorem,
ale pamiętałam, że Lachlan o nim mówił.
- Grayson Evans? - upewniłam się.
- To ja - potwierdził z uśmiechem. Weszliśmy na parkiet, gdzie lewą
dłonią ujął mnie za rękę, a prawą położył na mojej talii. - A ty jesteś
Arrochar. Dziwne, że znam Lachlana od dawna, a my dwoje nigdy dotąd się
nie spotkaliśmy.
- Nie pracuję w przemyśle filmowym. - "I nigdy bym tam nie chciała
pracować", dodałam w myślach.
- A powinnaś. Masz filmową urodę.
Odpowiedziałam mu chłodnym uśmiechem i przeniosłam wzrok w głąb sali,
ponad jego ramieniem.
- To znaczy... Oczywiście, mogłabyś wnieść do aktorstwa o wiele więcej niż
urodę.
Prychnęłam lekceważąco, a on pojął swój błąd.
- Bardzo w to wątpię. Bardziej nadaję się do inżynierii leśnictwa niż do
grania w filmach.
- Jesteś inżynierem leśnikiem? - Otworzył usta ze zdumienia.
Niestety, z takimi reakcjami miałam do czynienia przez całe życie
zawodowe. Pracowałam w branży zdominowanej przez mężczyzn. Odpowiadałam
za prace w terenie, za wykreślanie map topograficznych dla terenów
objętych wyrębem, za planowanie i kierowanie budową tras drogowych i szynowych, niezbędnych do transportu bali z poręby do składów drewna i punktów przeładunkowych. To ja musiałam nadzorować budowę obozowisk,
ramp, mostów, magazynów sprzętu i systemów dostawy wody. Wybierałam
metody i sprzęt do transportu bali, zarządzałam facetami wykonującymi tę
robotę. Oględnie mówiąc, byłam weteranką bitew z najróżniejszymi
przejawami mizoginii.
- Tak, jestem - odrzekłam krótko.
- Przepraszam. - Skrzywił się lekko. - Głupio to zabrzmiało. Zrobiłem
fatalne wrażenie. Ale po prostu jeszcze nigdy nie spotkałem leśniczki.
Tak naprawdę nawet nie wiem, na czym polega ta praca.
Zmiękłam, czując lekkie ukłucie winy za opryskliwe zachowanie, które
zupełnie nie leżało w mojej naturze. Wytłumaczyłam mu, na czym polega
mój zawód.
- O, kurczę. Czyli masz prawdziwą pracę!
Roześmiałam się pogodnie.
- A ty nie?
- Ludzie nie uważają aktorstwa za pracę.
- Ależ to jest prawdziwa praca - zapewniłam go. - Wiem od Lachlana,
jakie to ciężkie zajęcie.
- Miło, że tak mówisz.
- Nie mogę uwierzyć, że Galbraith jest ojcem Robyn - odezwała się jakaś
kobieta obok, odciągając moją uwagę od Amerykanina.
Rozpoznałam w niej angielską aktorkę, Angeline Potter. Nie wiedziałam,
kim jest jej towarzysz, ale oboje gapili się na Maca tańczącego z Jasmine. Tego wieczoru nie brakowało mu partnerek, ale przynajmniej
miałam pewność, że Jaz to teren, na który nie ma wstępu. Inne jego
partnerki budziły we mnie niechęć i zazdrość, o którą sama siebie nie
podejrzewałam.
- Właśnie. Nic dziwnego, że ludzie stale mu mówią, że jest za młody na
jej ojca. - Z akcentu wywnioskowałam, że towarzysz Angeline to
Amerykanin.
- Ciekawe, ile miał lat, kiedy się urodziła. Trzynaście? Nie może mieć
więcej niż czterdzieści, prawda?
- Wtedy Robyn musiałaby mieć dwadzieścia kilka, a jestem pewien, że ma
ze trzydzieści.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki