3
Na podjeździe po prawej stronie ich domu stał samochód, którego nigdy przedtem nie widziała, biała, limitowana toyota avalon. Nie miał tablic rejestracyjnych, tylko plakietkę z napisem TOYOTA PORTLAND, a do tylnej szyby przyklejone taśmą zezwolenie na udział w ruchu drogowym. Lynette zaparkowała na ulicy, wyszła z nissana, otworzyła drzwi Kenny'emu i pomogła mu wysiąść. Ruszyli przez trawnik przed domem. Po drodze zatrzymała się i zajrzała do toyoty. Siedzenia w czarnej skórze, wykładzina na podłodze zakryta folią. Nówka sztuka.
W domu wszystkie okna były zasłonięte, światła pogaszone. Matka leżała na kanapie pod elektrycznym kocem i oglądała telewizję. Usiadła, kiedy weszli.
- Chodź tu, daj mamie buzi - powiedziała do Kenny'ego. Ruszył powoli w jej stronę, a ona trzęsącymi się dłońmi zapaliła papierosa, włożyła go w usta i złapała Kenny'ego za ramię. - Siądź przy mnie. - Wolną dłonią poklepała kanapę. - Siądź obok mamusi.
Pokręcił głową.
- Czasem musisz zrobić coś, co ci każe ktoś inny, a nie tylko to, co ty chcesz. Więc siadaj.
Ścisnęła jego nadgarstek tak silnie, jak tylko mogła, przyciągnęła go do siebie. Jęknął, ale usiadł.
Lynette odłożyła torebkę i klucze na stolik przy drzwiach wejściowych.
- Czyj to samochód?
Matka nie odpowiedziała.
- Chryste Panie, ależ dziś okropna pogoda. - Lynette weszła do pokoju dziennego. - Nie mam pojęcia, czemu wciąż siedzisz tu tak po ciemku. Mogę podkręcić grzanie, przynajmniej na chwilę? Jakoś nie jestem w stanie się dziś rozgrzać.
- Pewnie - powiedziała matka.
Lynette ustawiła termostat na dwadzieścia stopni.
- Więc czyj to samochód? Naprawdę ładny. To auto Cheryl? Twój się rozkraczył?
Matka miała papierosa w lewej dłoni, w prawej wciąż trzymała nadgarstek Kenny'ego. Nie odwracała wzroku od telewizora, a mówiła tak cicho, że ledwie było ją słychać.
- To mój.
- Twój? - Lynette parsknęła śmiechem. - Aha, pewnie.
Głos matki stał się donośniejszy, ale też zaczął drżeć.
- Ja... ja go kupiłam.
Lynette spojrzała na nią, nagle zaniepokojona.
- Ale że jak to: kupiłaś? Znaczy, dziś kupiłaś sobie samochód? Kiedy mnie nie było? Nie poszłaś do roboty, jak mówiłaś, tylko kupiłaś sobie nówkę furę?
Matka miała pięćdziesiąt siedem lat i osiemnaście kilo nadwagi. Włosy farbowała na brązowo, ubrana była do pracy - czarna garsonka, kremowa bluzka. Na stopach miała grube, wełniane skarpety. Elektrycznym kocem okryła nogi Kenny'ego, przysunęła się bliżej do syna, wciąż zaciskając dłoń na jego nadgarstku.
- Nie mówiłam ci, bo wiedziałam, że się zdenerwujesz. Ale już od dawna rozglądałam się za nowym wozem, przecież wiesz, a ci ludzie z Toyoty Portland są tacy mili. Żadne tam śliskie typy. Umówiłam się więc, i akurat mieli taki, jaki chciałam. Nawet nie musiałam nic wyłożyć. Ani grosza, a raty też nie takie straszne. Dali mi nawet półtora tysiąca za saturna, a przecież wiesz, że ten to była śmierć na kółkach. Hamulce już wysiadały, źle wchodził w zakręty. Powinien też mieć zmienione opony. U Schwaba mówili mi, że w ogóle nie powinnam nim jeździć.
- Ile kosztował?
- Dostałam dobrą ofertę.
- Ile?
- Ze wszystkim i z rozszerzoną gwarancją trzydzieści dziewięć tysięcy.
Lynette siadła na drewnianym krześle przy drzwiach wejściowych. Zakryła twarz dłońmi, serce zaczęło jej łomotać.
- Nic nie rozumiem... W przyszłym tygodniu miałyśmy podpisać umowę na dom. Czy teraz dostaniemy kredyt, czy się zjebie? Myślałaś w ogóle o kredycie?
Matka pokręciła głową.
- Pamiętam, jak facet chciał go nam sprzedać za dziewięćdziesiąt tysięcy, a teraz chce trzysta? No to już trzeba mieć, kurwa, tupet.
- Dziewięćdziesiąt chciał piętnaście lat temu. To już są dawne czasy. A nam chce sprzedać za dwieście osiemdziesiąt. Schodzi dwadzieścia tysięcy z ceny, za jaką poszedłby ten dom, gdyby normalnie wystawił go na sprzedaż. Nie idzie też przez agencję, więc i na tym zaoszczędzimy. To naprawdę dobra okazja, sama wiesz. Sama ci mówiłam w zeszłym tygodniu, że ten niebieski kawałek dalej poszedł za czterysta.
- No bo to, cholera, o wiele fajniejsza chata i nie przy samej przelotówce.
- No, wiem, ale... Chryste, czemu akurat dziś musiałaś kupić sobie samochód?
- Już od dawna chciałam mieć nowy - odparła matka. - Więc dziś w końcu sobie kupiłam.
- I tyle? Nie myślałaś wcale, co to znaczy, jeśli mamy kupić sobie dom?
Matka nie odpowiedziała.
Kenny chciał wstać z kanapy, ale go nie puszczała.
- Teraz już nie chcesz kupić sobie domu? - zapytała Lynette.
Matka wciąż się nie odzywała.
- Wiesz, że jeśli my go nie kupimy, on po prostu opchnie go komuś innemu, nie? I wiesz równie dobrze jak ja, że na żaden inny w tej okolicy nas nie stać. Będziemy musiały wynająć sobie mieszkanie, a czynsz wyjdzie nas drożej niż rata kredytu. Za byle gównianą klitkę z dwiema sypialniami wołają tu tysiąc pięćset miesięcznie, a i to fartem. Teraz płacimy tylko osiemset. Jeśli kupimy ten dom, miesięczna rata będzie około tysiąca dwustu, ale to i tak oszczędność. Miesięcznie to o trzysta dolarów mniej niż za cokolwiek do wynajęcia i w końcu będziemy miały coś swojego.
Matka strąciła popiół z papierosa do puszki po coli.
- Facet lubi dużo gadać, ale wierz mi, nie sprzeda. Już się nasłuchałam tych jego pierdół.
- Tym razem jest inaczej, przecież wiesz. Już się zgodził, żeby nam sprzedać. Jeśli się wycofamy, wystawi ten dom normalnie na rynek. Była już agentka od nieruchomości. Porobiła zdjęcia i w ogóle. Przecież tu byłaś, kiedy przyszła. Jest już stary, zmęczony, chce sprzedać.
Matka drżącą dłonią sięgnęła po stojący na ławie kubek ze Starbucksa. Kenny chciał go przechwycić, ale spudłował.
- Przestań! - wrzasnęła na niego.
- Pan Claremont był dla nas dobry - ciągnęła Lynette. - Chce nam pomóc.
- Pomóc? Od lat niczego nie naprawił w tej budzie z gówna i patyków. Co niby w tym miłego?
- To nie fair.
- Taka prawda, halo.
Lynette zamknęła oczy. Serce galopowało jej tak, że aż żołądek podchodził do gardła.
- Postanowiłyśmy nie mówić mu o żadnych usterkach, bo bałyśmy się, że zacznie nam podnosić czynsz jak wszyscy. Więc ani my do niego nie dzwoniłyśmy, ani on nie chciał więcej. Taka jakby umowa. Przecież wiesz, że taki to był układ. Że niby z której strony wychodzi przez to na wała? Przez ostatnich pięć lat Bonnie czynsz wzrósł prawie dwukrotnie. Nawet tu u sąsiadów podnieśli o cztery stówy, a to przecież buda gorsza od naszej. On nie podniósł nam czynszu prawie od jedenastu lat. Od jedenastu... To nie jest zły człowiek. Po prostu ma już siedemdziesiąt pięć lat. Nie obchodzi go to miejsce, pieniędzy też nie potrzebuje. Chce, żebyśmy to my kupiły ten dom. Dlatego daje nam pierwokup i to za dobrą cenę.
- No to kupuj sama - powiedziała matka i parsknęła chrapliwym śmiechem.
Po twarzy Lynette pociekły nagle łzy.
- Przecież wiesz, że ja kredytu nie dostanę. - W jej głosie było słychać, jak pęka jej serce. - Przerabiałyśmy to już ze sto razy. Po prostu nie rozumiem, czemu akurat teraz to zrobiłaś. Tak się starałam, żeby uzbierać na wkład własny.
- Akurat, przecież nie masz osiemdziesięciu tysięcy.
- Mam, wiesz, że mam. Pokazywałam ci moje konto. Te pieniądze tam są.
Matka odstawiła kubek ze Starbucksa.
- Ale do kredytu przykuta będę ja.
- Czyli co, koniec tematu?
Matka nie odpowiedziała.
- Próbujemy do czegoś dojść - podjęła Lynette. - Staramy się zapewnić sobie dobrą przyszłość. To jest świetna oferta. Podoba mi się tutaj, Kenny'emu też, wszyscy w okolicy znają go i na niego uważają.
Matka skiepowała papierosa.
- Mam pięćdziesiąt siedem lat, a ciuchy wciąż kupuję sobie w sklepach charytatywnych. Już trochę za późno, żeby obchodziło mnie układanie sobie przyszłości. A Kenny'emu nic nie będzie, gdziekolwiek trafimy. - Wciąż wpatrywała się w telewizor, kaszlnęła. - Nie masz pojęcia, jak to jest. Inne kobiety w moim wieku jeżdżą na wakacje z wnukami, opowiadają o pakietach emerytalnych, inwestycjach. Ostatni raz byłam na wakacjach, kiedy pojechaliśmy razem do San Francisco, a to już ponad piętnaście lat temu. Będę musiała harować u Freda Meyera, aż zdechnę. Nigdy nie odłożę na emeryturę, takie są fakty, do cholery. Więc zaczęłam się ostatnio zastanawiać: po co mam się poświęcać nawet bardziej niż do tej pory? Czemu do końca życia musi nade mną wisieć dług? Co, mało z siebie dawałam? Czemu nie mogę mieć czegoś fajnego, tak dla odmiany? Choć raz tylko dla mnie. Jeździłam tym gównianym saturnem już siedemnaście lat. Dzień po dniu każdy inny kierowca widział, kim naprawdę jestem: przegraną, starą babą z nadwagą.
- Przecież to tylko samochód - powiedziała Lynette. - Jeździsz nim do pracy i z pracy, i tyle. Samochody się nie liczą.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.