Styczeń, 1992
Lubiła nową pracę. W końcu. Nie męczyły jej nawet nocne audyty ani
wyjazdy z dala od domu. Przeciwnie, każdy budynek, który miała sprawdzić
i wycenić, jawił się jako niespodzianka, coś do odkrycia i zgłębienia.
Miła odmiana po policyjnym biurku.
Nawet stara fiesta, której kaprysy musiała znosić od rana, nie była w stanie popsuć jej humoru. Helen mijała kolejne wystające spod czap
śniegu wsie, nie mogąc nacieszyć oczu zachodem, który ostatnim
tchnieniem starał się podpalić świat. Mimo eksplozji czerwieni, która
nadawała zaspom barwy lawy, styczniowy dzień dogasał bezpowrotnie.
Po trzech kwadransach podjechała pod szlaban i odsunęła szybę. Lodowaty
wiatr wdarł się do wnętrza auta, sprawiając, że przeszedł ją dreszcz.
Biurowiec laboratorium tylko kilkoma punktami rozświetlonych okien
odznaczał się na czarnym niebie, z którego coraz mocniej padał śnieg.
Helen nacisnęła przycisk domofonu i przedstawiła się. Charczący głośnik
przepuścił tylko kilka sylab, ale mimo to szlaban się uchylił i mogła
wjechać na teren laboratorium.
Ochroniarka wskazała jej miejsce parkingowe na końcu ogromnego placu,
który powoli przykrywał się białym kocem śniegu. Helen zajęła pierwsze z brzegu i wyszła z auta. Otworzyła torebkę, by wrzucić do niej kluczyki,
ale widok spoczywającej w jednej z przegródek koperty zmroził ją na
chwilę. Powinna ją nadać jeszcze dziś, żeby doszła na poniedziałek.
Zawaliła. Miała tylko nadzieję, że adresat wybaczy jej zwłokę.
- Pani przestawi to auto tam, gdzie pokazałam. - Wyrwało ją z zamyślenia. - To jest dla dyrekcji.
- Przecież jest noc, nikt tu nie przyjedzie. - Helen opatuliła się
szczelniej szalem. Czuła, że napierający wiatr odbierał jej oddech, a ostre igły śniegu wbijały się w policzki.
- Przyjedzie albo nie. Ja tu jestem od porządku i ten porządek ma być.
Helen wróciła do samochodu, usiłując zapanować nad wściekłością.
Wiedziała jednak, że wojowanie z pracownikami może zakończyć się
wyłącznie obniżeniem poczucia własnej wartości. Poza tym miała z tą
kobietą spędzić najbliższe parę godzin w pustym budynku na odludziu.
Lepiej się nie narażać, pomyślała, uśmiechając się w duchu. Włączyła
silnik i zaparkowała dokładnie w rogu, uderzając w zaspę tylnym
zderzakiem.
- Przyjechałam zrobić wycenę dla Serco - wyjaśniła, podchodząc do
ochroniarki, która wciąż wpatrywała się w forda z niesmakiem.
- Coś mi tam mówili, ale miała być pani chyba trochę później. - Kobieta
skrzywiła się i bez słowa przeszła przez szklane drzwi. Helen poszła za
nią, choć nie była pewna, czy było to zaproszenie. Czuła, że znów
narasta w niej złość.
- Da sobie pani radę sama czy mam oprowadzić? - Ochroniarka nie wysiliła
się na zachęcający ton. Weszła do swojego biura i zajęła miejsce za
monitorem. Unoszące się niebieskawe strzępy papierosowego dymu drażniły
nos i gardło. Helen ze wstrętem wyobraziła sobie, że przenika on jej
drogi płaszcz i apaszkę. Chciała jak najszybciej opuścić pomieszczenie.
- Myślę, że sobie poradzę. Byłam tu już wcześniej. Teraz tylko chodzi mi
o ostateczną ocenę.
- No to droga wolna - burknęła kobieta i sięgnęła po leżącą na biurku
paczkę marlboro.
Helen zostawiła płaszcz na jednym z krzeseł w biurze open space, które
było wyposażone we wszystko, co oferowała technologiczna końcówka lat
osiemdziesiątych - na każdym biurku duży dwunastocalowy monitor
ustawiony na stacji dysków. Z uśmiechem pomyślała o laptopie
spoczywającym na tylnym siedzeniu forda fiesty, którego ozdobiła
indywidualizowaną tablicą rejestracyjną. Jak słyszała, komputeryzacja
jej dawnej komendy miała się rozpocząć dopiero w przyszłym roku.
Tak jak podejrzewała, biurowiec nie był sterylny, o czym gorliwie
zapewniała ją przy pierwszej wizycie dyrektorka laboratorium. Po wyjściu
pracowników wszystko wyglądało inaczej - brudne toalety, ubłocona
wykładzina na wszystkich ośmiu piętrach, pokryte kurzem listwy
przypodłogowe, wszystkie kosze wypełnione papierami i opakowaniami po
jedzeniu wymagały więcej pracy, niż zakładał pierwszy kosztorys. Do tego
nieotwierane okna, które będą wymagały zatrudnienia kogoś do prac na
wysokościach. Notowała każdy szczegół, który przykuł jej uwagę, po
godzinie uznając, że potrzeba będzie trzech, może nawet pięciu ludzi,
żeby pomieszczenia wyglądały przyzwoicie. Wchodząc po wyłożonych
wykładziną schodach, zastanawiała się, czy agencja przyśle kogoś
przeszkolonego. Obawiała się, że do tej walijskiej dziury nikt nie
będzie chciał dojeżdżać. Z tą myślą wdrapała się na ostatnie piętro,
gdzie znajdowało się coś, co mogła nazwać magazynem - zastawione
kartonami i rupieciami ogromne pomieszczenie bez okien. Oświetlone tylko
żarówką bez oprawki przypominało piwnicę. Helen weszła do środka i opisała w notatniku, co zauważyła. Tego raczej firma nie
zakontraktuje, pomyślała, chyba że za wyższą stawkę. Nagle usłyszała
dobiegający z korytarza odgłos czyichś kroków, który wyraźnie zbliżał
się do niej. Jednak zanim podeszła do drzwi, nastała cisza. Helen
wyjrzała na korytarz, ale nikogo na nim nie było. Zawołała niepewnie,
jednak odpowiedź nie nadeszła. Czując, jak adrenalina rozpycha jej żyły,
opuściła magazyn i, sama nie wiedząc czemu, poszła wzdłuż holu, starając
się, by jej kroki były jak najcichsze.
W końcu korytarza Helen znalazła jeszcze dwie łazienki. Weszła do
męskiej, która była najzimniejszym z pomieszczeń. Przeszedł ją dreszcz.
Była pewna, że przy tej temperaturze zobaczy swój oddech. Spodziewała
się bałaganu, jednak nie poczuła nawet charakterystycznego ostrego
zapachu tabletek dezynfekujących, które zwykle spoczywały w pisuarach.
Najwyraźniej nikt jej nie używał, choć była w niej nawet kabina
prysznicowa. Światło jarzeniówki drgało, drażniąc wzrok, co sprawiło, że
poczuła się niepewnie. Opatuliła się szczelnej marynarką i zajrzała do
kabin. W lustrach wiszących nad umywalkami kątem oka widziała swoje
ciemne odbicia, których mnogość wprawiała wyobraźnię w drżenie. Jakby
przechodziła z jednego obrazu na drugi, z jednej mrocznej rzeczywistości
do kolejnej.
Kiedy pchnęła drzwi ostatniej kabiny, pomieszczenie rozdarł huk, sekundę
później kolejny. Łazienka pogrążyła się w nieprzeniknionej czerni. Helen
krzyknęła. Gorączkowo tłumaczyła sobie, że to tylko ciemne
pomieszczenie, a awarie prądu są czymś normalnym, ale nie umiała
uspokoić myśli.
Gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, dostrzegła cieniutką smużkę
światła sączącą się spod drzwi. Wystawiając przed siebie ręce, ostrożnie
brnęła do wyjścia. Wydostała się na korytarz, który tonął w bladej
poświacie awaryjnych lamp. Helen zbiegła na parter, ale nie znalazła
ochroniarki, która najpewniej robiła obchód po awarii.
Raport uznała za skończony, więc mogła wracać do Cardiff. Nie czekając
na pracownicę laboratorium, założyła pozostawiony na krześle płaszcz i udała się do wyjścia. Pchnęła szklane drzwi, ale te nie ustąpiły.
Szarpnęła ponownie za klamkę, z podobnym skutkiem. Wiatr ze śnieżycą
rozkręciły się w swym szaleńczym tańcu, rozsypując wokoło trupio blade
konfetti. Świat utonął w korowodzie lodowych igieł. Helen patrzyła przez
chwilę na ten hipnotyzujący obrazek, wsłuchując się w wycie
przeciskającego się szczelinami powietrza. Nagle w tumanach śniegu
dostrzegła sylwetkę, która natychmiast rozpłynęła się w ciemnościach.
Helen była pewna, że nie należała ona do kobiety, która ją wpuściła do
budynku. Wzdrygnęła się i poszła do dyżurki. Musiała spokojnie poczekać
na ochroniarkę, nie chciała jednak siedzieć w cuchnącym dymem biurze. W poczekalni zobaczyła skórzany fotel, w którym zapadła się jak w puchu.
Sięgnęła po czasopismo ze stolika i przejrzała pobieżnie kolorowe
artykuły. Gdy skończyła, zegar wybił pierwszą. Obchód kobiety trwał
zdecydowanie za długo i z każdą chwilą w Helen rosło przekonanie, że coś
było nie tak.
Wróciła do biura ochroniarki, by znaleźć telefon. Podniosła słuchawkę,
ale odpowiedziała jej tylko cisza, która napawała ją coraz większym
niepokojem. Burza śnieżna musiała zerwać linię, co w tej części kraju
nie było rzadkością, jednak Helen poczuła, że ten wieczór coraz bardziej
odbiega od jej normalnego planu pracy.
Podejrzewała, że śnieżyca tego kalibru nie była też w planie pracownicy
ochrony. Helen zastanawiała się, dlaczego kobieta zamknęła budynek i ją
zostawiła. Przecież musiała widzieć jej forda stojącego na parkingu. Jej
umysł przeszyła nagła i przerażająca myśl, że ochroniarka wcale nigdzie
nie pojechała.
Helen pomyślała o wyjściu awaryjnym, które powinno umożliwić opuszczenie
budynku w każdej sytuacji. Wsłuchując się w szmer, który co jakiś czas
przerywał dojmującą ciszę, obeszła spowity półmrokiem budynek, ale nie
znalazła żadnych otwartych drzwi. Zrezygnowana wróciła do głównego holu
i usiadła w fotelu, który wcale nie wydawał się już taki przytulny.
Zastanawiała się, czy nie wybić jednej z szyb stałych okien. Obawiała
się jednak, że były wzmocnione. Spojrzała na jedną z nich i dostrzegła
na szkle dziwny utworzony przez śnieg okrągły kształt. Zaciekawiona
podeszła do okna i dotknęła lodowatej powierzchni. Po chwili wiedziała,
co narysowało tajemniczy okrąg i wywołało hałas, który słyszała z góry.
Wiatr porwał wielki suchy konar i cisnął nim w budynek. Mimo banalnego
wyjaśnienia wciąż czuła się nieswojo.
W obiekcie robiło się coraz zimniej. Zdjęła płaszcz, a następnie
przykryła się nim jak kocem. Skórzany fotel miał być dziś jej łóżkiem.
Już kiedyś to przeżyła, wtedy jednak nie miała na sobie kostiumu od
Dorothy Perkins, ale piżamę, i nie otaczały jej luksusowe wnętrza
biurowca, ale spleśniałe półki piwnicy jej domu. Podobieństwem były
tylko głód, zamknięte drzwi i groza, która szalała za nimi.
*
Obudziło ją stłumione tupanie i przeraźliwe skrzypnięcie, które
nastąpiło zaraz po nim. Helen otworzyła oczy i odszukała źródło dźwięku,
którym były wchodząca do budynku ochroniarka i towarzyszący jej
mężczyzna. Przekraczając próg, musiał się schylić, by nie uderzyć głową
o futrynę. Założona na drelichowe ogrodniczki pikowana kurtka miała
oberwane kieszenie, wytarte do podszewki rękawy, a naciągnięta na czoło
czapka niemal zasłaniała ogorzałą, okoloną brodą twarz. Zatrzymał się w wiatrołapie i, milcząc, przyglądał się kobiecie.
Helen odwróciła wzrok. Z ulgą zauważyła, że opady wyraźnie się
zmniejszyły, choć za oknem wciąż panowała ciemność. Będzie mogła wrócić
do domu.
- Jak pani mogła mnie tu zostawić? - zaatakowała, zrywając się z fotela.
- Szukałam pani, ale pani nie było. - Ochroniarka wzruszyła ramionami i sięgnęła do kieszeni. Widok paczki papierosów sprawił, że w Helen
zawrzało. - Linia telefoniczna się zerwała, więc pojechałam do domu, by
sprawdzić, czy z moimi dzieciakami w porządku. Same w domu były, to
trzeba było sprawdzić, nie? A potem rozpętało się piekło.
- A samochód? Nie widziała pani samochodu? - spytała zbyt piskliwym
głosem.
- W tej śnieżycy to ja czubków własnych butów nie widziałam - odparła i spokojnie zapaliła papierosa. Zaciągnęła się mocno, uciekając wzrokiem
za okno, po czym wypuściła z ust błękitnawy obłok. - Przecież nic się
nie stało.
- Nic? - zapiszczała Helen. - Spędziłam całą noc w lodowatym budynku.
- Witaj w moim świecie, kochaniutka. - Rozciągnęła usta w kpiącym
uśmiechu.
Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę, by podkreślić swoją obecność, na co
ochroniarka zwróciła się do niego, wciąż jednak wpatrując się w Helen
wzrokiem przesyconym podejrzliwością.
- No - przeciągnęła ostatnią zgłoskę, jakby nad czymś się zastanawiając
- Edgarze, weź sobie taczkę i łopatę z magazynku za budynkiem i możesz
zaczynać.
Mężczyzna zatrzymał na chwilę wzrok na Helen, mrużąc oczy, jakby
próbował sobie coś przypomnieć. Nagle odwrócił się i wyszedł, po chwili
znikając z pola widzenia.
- Edgar - ochroniarka przerwała milczenie, ale zdawała się szukać
właściwych słów - przyjechał odśnieżyć, a ja wracam do miasteczka.
- To nie zostaje pani? - zdziwiła się Helen.
- Żeby tu utknąć? - Wskazała na gęstniejące opady śniegu. - Co to, to
nie.
Helen wyszła w lodowaty poranek, który jeszcze nie myślał rozświetlić
nieba choć strzępem słońca. Widziała, jak ochroniarka mija postawiony na
sztorc szlaban i wsiada do zaparkowanego przy drodze vana. Żołądek Helen
zagrał marsza żałobnego, który sprawił, że znów ogarnęła ją złość, ale
gdy zobaczyła zaśnieżony parking, przestała mieć pretensje do
ochroniarki. Nawet teraz, gdy nie padało, auto zarysowywało się tylko
białawą czapą na tle zasp.
W oddali słychać było jedynie szuranie łopaty, którą Edgar odśnieżał
przylegający do budynku teren. Helen podeszła do auta i włożyła kluczyk
do zamka, który natychmiast odskoczył. Szarpnęła za klamkę i oderwała
przymarznięte drzwi, a spoczywający na dachu śnieg srebrną chmurą wdarł
się do środka. Pod siedzeniem znalazła szczotkę i skrobaczkę, którą
włożyła sobie do kieszeni, i przystąpiła do odśnieżania. Śnieg był mokry
i ciężki, przez co łatwo zsuwał się z gładkich powierzchni samochodu.
Pozostało odkopanie tyłu forda, którym wczoraj zaryła w zaspę. Szczotka
ześlizgnęła się z szyby i Helen uderzyła w czapę śniegu, czując, że
natrafiła na coś twardego. Coś, co nie pasowało do zimowej scenerii.
Zaczęła nerwowo odgarniać biały puch, aż jej oczom ukazał się przedmiot,
który sprawił, że szczotka wypadła jej z dłoni.
Helen wpatrywała się w wystające z zaspy ludzkie kolano. Rozejrzała się
nerwowo w poszukiwaniu mężczyzny, który odśnieżał parking, ale dźwięk
szurania ustał, a okolicę ogarnęła napierająca na zmysły cisza. Zrobiła
kilka kroków w stronę laboratorium. Miała nadzieję, że telefony znów
działają i będzie mogła zadzwonić na policję. Nagle poczuła na sobie
czyjś wzrok. Odwróciła się i zobaczyła stojącego za zaspą,
uśmiechającego się szyderczo Edgara. Nie mógł widzieć tego, na co
ukradkowo zerkała Helen. Stał nieruchomo i przyglądał się jej, a ona nie
mogła zapanować nad drżeniem rąk. Kolano i osnuwająca je tkanina nagle
wydały się jej znajome.
- Czy naprawiono linię? - zapytała zdławionym głosem. - Muszę zadzwonić.
- Doprawdy? - Edgar przeszedł przez zaspę i stanął naprzeciwko Helen,
wlepiając wzrok w odkrycie kobiety.
- Muszę powiadomić policję.
- Nic nie musisz - odparł i założył sobie łopatę na ramię, jakby
przymierzał się do oddania ciosu. - Ten człowiek nie zasłużył na nic
lepszego, prawda, pani sierżant?
Helen milczała przerażona.
- Prawda, pani sierżant? - Ruchem głowy wskazał jej drzwi samochodu.
- Prawda.
Wsiadła do auta i - nie dbając o nie do końca odśnieżone szyby -
przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik odpowiedział natychmiast, ale ona
nie mogła się zdobyć na wrzucenie biegu. Zacisnęła dłonie na kierownicy,
czując, że siła, z jaką to robi, sprawia, że bolą ją palce. Z zamyślenia
wyrwało ją uderzenie w dach. Mężczyzna pacnął w niego, dając sygnał, że
Helen ma odjechać.
Jechała parkingiem, przedzierając się przez śnieg, który ze stłumionym
trzeszczeniem ustępował pod naporem kół. Miała wrażenie, że jedzie po
kościach. Minęła szlaban, nerwowo zerkając we wsteczne lusterko.
Mężczyzna w brązowej kurtce wciąż stał na wzniesieniu, odprowadzając ją
wzrokiem. Helen czuła na sobie jego przeszywające spojrzenie, dopóki nie
zjechała w dół drogi, choć nawet wtedy nie opuściło ją odczucie bycia
obserwowaną.
*
Jak na tandetnej kartce świątecznej czerwonym prostokątem odcinała się w krajobrazie budka telefoniczna. Helen zjechała na pobocze i dopadła
przeszklonych drzwi. Przykładając lodowatą słuchawkę do ucha, wiedziała
już, że telefon nie działa. Zastanawiała się, gdzie na tym pustkowiu
może być komisariat. Wróciła do auta, ale wyciągnięta ze schowka mapa
nie odpowiedziała na jej pytanie. Ruszyła więc w stronę Chester, licząc
na to, że po drodze znajdzie choć posterunek policji.
Jadąc zaśnieżonymi wąwozami, nie mogła pozbyć się powidoku twarzy
mężczyzny. Była przekonana, że nigdy wcześniej go nie widziała, choć z każdym kilometrem na ten monolit nakładała się drżąca powłoka
niepewności. Przerażeniem napawała ją myśl, że mężczyzna ją zna, że
dowiedział się o jej tajemnicy, którą szczelnie zamknęła za drzwiami
przeszłości. Odkąd wyjechała z Birmingham, nikt nie zwracał się do niej
per pani sierżant, z wyjątkiem jej ojca. Myśl, która przeszyła ją
niczym błyskawica, zakiełkowała kolejnym ziarnem niepewności. Nie mogła
jej jednak sprawdzić, póki nie dotrze do jakieś cywilizacji, a to z każdą chwilą robiło się coraz trudniejsze. Napierający na szyby śnieg
ograniczył widoczność do kilku metrów, a w Helen znów napęczniały
wspomnienia poranka. W głowie pulsowały jej wciąż żywy obraz wystającej
z zaspy kończyny oraz coś, co dotarło do niej dopiero teraz.
Podbiegnięty czerwienią śnieg. Widok, od którego chce się uciec jak
najdalej, jednocześnie nie mogąc oderwać wzroku.
Zasłona z wirujących płatków śniegu zdawała się gęstnieć, gdy Helen
zbliżała się do pierwszych zabudowań. Nieliczne rozświetlone punkty
okien sugerowały, że tylko szczęśliwi posiadacze generatorów mieli tego
dnia prąd, choć dziś trudno było oddzielić noc od świtu, który tylko
lekko zmienił barwę nieba z czerni na grafitową szarość. W tej
zawierusze Helen dostrzegła na słupie drewniany znak wskazujący drogę do
posterunku policji. Skręciła w nią, ale pierwotny zamiar stopniał w obliczu widoku, który ukazał się jej oczom. Z przypominającej cylinder
czerwonej skrzynki listonosz wyciągał listy, wkładając je do jutowego
worka. Helen wciąż miała szansę nadać przesyłkę o czasie. Zahamowała
gwałtownie i wypadła z auta z kopertą. Zaczerwieniony z zimna mężczyzna
skomentował ze śmiechem, że takiego uroczego ekspresu jeszcze nie
widział. Helen odwzajemniła uśmiech i podziękowała za przyjęcie listu.
Wróciła do samochodu i ruszyła. Po chwili ujrzała charakterystyczny
szyld. Podświetlona biało-niebieska szachownica raz po raz przygasała,
jakby jedna ze świetlówek kurczowo, choć z coraz większym trudem
trzymała się życia. Helen zaparkowała niedbale wzdłuż ulicy i,
zostawiwszy auto, wbiegła do budynku, który, gdyby nie tabliczka, nie
odróżniałby się niczym w szarym szeregu kamienic.
Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, otuliły ją cisza i przyjemne
ciepło. Pomieszczenie przypominało jej poczekalnię w przychodni
lekarskiej, w której była niedawno. Nie zdążyła się dobrze rozejrzeć,
kiedy zza przeszklonej witryny wychylił się dyżurny.
- W czym mogę pomóc? - zapytał znad kubka, który trzymał w dłoni.
Dopiero teraz Helen zdała sobie sprawę, że nie przemyślała tego, co
dokładnie powiedzieć policji. Ta myśl przygniotła ją z taką siłą, że
znieruchomiała.
- Proszę pani? - zagadnął policjant. - Dobrze się pani czuje?
- Ja... tak - bąknęła, po czym dodała pewniej: - Chciałam zgłosić
morderstwo.
- Morderstwo? - zdziwił się dyżurny, ale nie na tyle, by odstawić kubek.
- Widziałam martwego mężczyznę niedaleko Kingspool.
- Martwego mężczyznę - powtarzał bezmyślnie. - Gdzie konkretnie?
- Zna pan laboratoria Eurofin za Kingspool? Pracuję tam - uprościła. -
Wyjeżdżając stamtąd, natrafiłam na ludzkie szczątki. Z jednej z zasp
wystawała noga, najprawdopodobniej mężczyzny.
- Przyjrzała się pani uważnie? Siedząc w samochodzie, jeszcze w takiej
zawierusze, można się pomylić. Może się pani przywidziało? - Mężczyzna
przekrzywił głowę jak kogut, który usiłuje coś dostrzec jednym okiem.
Helen stwierdziła, że zwisająca na grdyce skóra bardzo upodabnia go do
przedstawiciela drobiu.
- Nic mi się nie przywidziało - powiedziała z naciskiem.
- No dobrze - westchnął, jakby zgłoszenie Helen zburzyło mu plan dnia,
na który składać się miały krzyżówki i nieskończone dolewki kawy.
Podniósł się z krzesła i wskazał korytarz po lewej. - Proszę wejść do
sali, tam na końcu. Zaraz kogoś przyślę.
Pomieszczenia do połowy wyłożonego drewnianymi panelami nie można było
nazwać salą, a raczej pokoikiem z dwiema poobijanymi ławkami szkolnymi
zestawionymi tak, że tworzyły stół, i kilkoma krzesłami z salki
parafialnej. Helen zajęła jedno z nich, zastanawiając się, jak przekonać
policjanta do interwencji. Wciąż nie mogła zapanować nad myślami, które
krążyły wokół słów Edgara.
Rozedrgane przeczucie podpowiadało jej, że powinna się wycofać i jak
najszybciej wrócić do domu, że jeśli zrobi jakiś krok, to wejdzie do
gry, której zasad nie rozumiała. Strumień myśli przerwał jej wchodzący
do sali policjant. Wysoki mężczyzna wyciągnął trzymany pod pachą
formularz zgłoszenia i notatnik, które następnie ułożył na blacie.
- Młodszy sierżant O'Donnel - przedstawił się i usiadł naprzeciwko
Helen, która pomyślała, że to dość wysoka ranga jak na takie wygwizdowo.
Krzesło skrzypnęło pod ciężarem jego barczystego ciała, a guziki munduru
zabrzęczały o brzeg stołu. Policjant przejrzał zapiski dyżurnego, po
czym zwrócił się do kobiety:
- Posterunkowy powiedział mi, że odkryła pani w naszej okolicy ciało
mężczyzny.
- To prawda.
- Nazywa się pani? - Wyciągnął z kieszeni koszuli długopis i zaczął
notować w skoroszycie.
- Helen Harris.
- Mieszka pani w...?
Helen podała swój adres w Cardiff, uważając, by nie pomylić go z poprzednim, pod którym mieszkała jeszcze rok temu.
- Gdzie dokładnie znajduje się to laboratorium, o którym opowiadała pani
posterunkowemu?
Zapomniała. Wyciągnęła z torby adres firmy, który otrzymała od szefowej,
i podyktowała go policjantowi.
- Co pani tam robiła? - zapytał, nie odrywając się od pisania.
- Sporządzałam raport pod wycenę usługi sprzątania biurowca. Tym się
zajmuję.
- Szybko się pani uwinęła - skwitował, patrząc na zegar, który wskazywał
ósmą trzydzieści.
- Zaczęłam wczoraj - wyznała zakłopotana.
- Nie bardzo rozumiem. Tyle zajmuje taka wycena?
- Utknęłam w budynku na całą noc - odrzekła niechętnie, ale widząc
wyczekujący wzrok policjanta, dodała: - Była awaria prądu, a potem
ochroniarka budynku niechcący zamknęła mnie w środku i...
- Pozwoli pani, że tu przerwę - powiedział, celując w nią palcem i mrużąc podejrzliwie oczy. - Dlaczego nie zadzwoniła pani po pomoc?
- Bo zerwało linię telefoniczną - wyjaśniła, czując, że rozmowa idzie w złym kierunku.
- Nic nie wiem o żadnej zerwanej linii, a proszę mi wierzyć, że ja wiem
o tym mieście wszystko - słowo "ja" policjant wypowiedział z taką siłą,
że wszystkie inne zaniknęły w jego echu.
- Tym bardziej wydaje się to dziwne, prawda? - zapytała. - Dlatego
proszę pana, żeby pan to sprawdził...
Policjant znów coś zanotował w dokumentach. Helen widziała, jak równym
pismem powstaje niebieski napis "Eurofin", potem "awaria" i kilka znaków
zapytania.
- Może była pani zmęczona po nieprzespanej nocy i coś się pani
przywidziało? - dociekał, nie podnosząc głowy znad kartki.
- Nie - odparła trochę za głośno. - W śniegu leżał człowiek.
- W porządku. Zapiszę pani dane i sprawdzę, gdy tylko to - wskazał za
okno - ustanie. Nie sądzę, by nasz nieboszczyk się odkopał do tego
czasu.
- Zgłaszam panu morderstwo, a pan będzie czekał na bardziej sprzyjającą
aurę? To chyba jakiś żart.
- Zgłaszała już pani morderstwo?
Helen chciała przytaknąć, ale w porę się powstrzymała.
- Nie, ale znam procedury. Byłam policjantką.
Pożałowała swoich słów. Była wściekła, że ambicja wzięła nad nią górę i niepotrzebnie się odsłoniła.
- O, to ciekawe - zainteresował się O'Donnel. - Z którego rejonu?
- Z Birmingham.
- Uuu, to nie zazdroszczę. - Cmoknął z wyrazem ironicznego podziwu.
- Nie było aż tak źle. - Wzruszyła ramionami, kryjąc kłamstwo.
- A jednak jest pani byłą policjantką - podsumował z kpiącym uśmiechem i wsadził sobie do ust papierosa, którego wydobył zza ucha.
Helen nie odpowiedziała, uciekając wzrokiem w okno, za którym szarość
mieszała się z bielą jak w starym telewizorze, który zgubił kanał. Takim
samym jak ten, który stał w piwnicy, gdzie spędzała długie, pełne
przerażenia godziny.
Styczeń, 1992
Mimo że starała się stąpać na palcach, kamienne schody potęgowały każdy
jej krok. Szarość dnia na cuchnącej moczem klatce schodowej wydawała się
jeszcze bardziej ponura. Helen podeszła do drzwi i przegrzebała torebkę
w poszukiwaniu kluczy, które swoim zwyczajem utknęły gdzieś na dnie
jednej z kilku przegródek. Gdy wreszcie wyciągnęła pęk, znalazła
niebieski klucz i zanurzyła go w zamku, który gładko ustąpił. Odszukała
różowy klucz, włożyła w szparę i przekręciła. Trzeci zamek, ten, który
otwierał klucz żółty, ku jej zaskoczeniu stawiał opór. Była pewna, że
gdy opuszczała mieszkanie, dokładnie zamknęła drzwi, a jednak ostatni
rygiel nie był zasunięty. Miała swój niezawodny sposób, by nie zapomnieć
- zamykając pierwszy zamek, przygryzała język, przy drugim szczypała się
w ramię, a ostatni zaznaczała w pamięci, pstrykając palcami. Zmienna
kolejność, by mózg nie spychał czynności do tych machinalnych. Tego
ranka zrobiła tak samo - ramię, język, pstryknięcie, trzy zamki, trzy
klucze. Nie było mowy o pomyłce.
Nacisnęła klamkę i weszła do środka, spodziewając się najgorszego.
Jednak w łunie wpadającej z klatki wszystko miało normalny, choć pozorny
tylko kształt. Helen dotknęła przełącznika światła, ale cofnęła rękę.
Paradoksalnie w ciemnościach czuła się najlepiej, jakby czerń była dla
niej najlepszym kamuflażem w nierównej walce ze strachem. Odliczając
każdy bezszelestny krok, posuwała się w głąb mieszkania, które pierwszy
raz od ucieczki z Birmingham wydało jej się obce. Żałowała, że nie
wynajęła tego z otwartym salonem. Nie musiałaby teraz zastanawiać się, z której strony wyskoczy napastnik. Wytężyła wzrok i w ułamku sekundy już
wiedziała.
Drzwi do jej sypialni poruszyły się nieznacznie, a ona czuła napierającą
na nogi adrenalinę, która kazała jej natychmiast uciekać. Albo rzucić
się do ataku. Odliczyła do pięciu, oddzielając każdą cyfrę głębokim
oddechem.
Jak wystrzał armatni ciszę rozdarł dzwonek telefonu. Helen podskoczyła i wróciła do przedpokoju, wciąż wpatrując się w kołyszące się skrzydło.
- Halo? - szepnęła do słuchawki.
- Dzięki Bogu, jesteś!
- Darcy?
- No a kto? - przyjaciółka wydawała się zdenerwowana. - Dlaczego się nie
odzywasz? Pojechałaś na to zadupie i znaku życia nie dajesz.
- Przepraszam, przez tę śnieżycę dłużej mi zeszło - wyznała, czując, że
strach ją opuszcza. Drzwi znieruchomiały.
- Tom się odzywał? Nie martwi się?
- Nie, jakoś dziwnie milczy - odparła niechętnie, a jej myśli zawisły
nad wspomnieniem niedawnej kłótni z partnerem.
- O co tym razem poszło?
- Jak zwykle o drobiazg.
- Od tego się zaczyna - zawyrokowała Darcy.
- Pamiętam - mruknęła Helen.
- A pamiętasz, że uważam, że Tom jest dupkiem?
- Nie dajesz mi o tym zapomnieć ani na chwilę.
- A ty uparcie nie korzystasz z tej wiedzy - Darcy odparła z rozbawieniem. - Dobra, nie truję. Wpadnę jutro, to mi opowiesz o ekscytujących przygodach na zadupiu.
- Jasne. Dobrej nocy.
Chciała poprosić przyjaciółkę, żeby przyjechała jeszcze dziś, ale
oplatający jej łydki chłód uświadomił jej, dlaczego drzwi sypialni znów
się poruszyły. Gdy tylko pożegnała się z Darcy, pewnym krokiem poszła do
pokoju i z hukiem zatrzasnęła okno, jakby hałasem chciała wypłoszyć z ciała przerażenie.
Nie musisz się bać, zganiła się w myślach, już nie.
Z całego pakietu wygód jej mieszkanie oferowało tylko ciszę i bieżącą
wodę, choć i z tym pierwszym bywały problemy, gdy sąsiad w przypływie
promili postanawiał przypomnieć żonie, gdzie jej miejsce. Helen
wierzyła, że wzywana za każdym razem policja raz na zawsze rozwiąże
problem, ale kolejne dni pokazywały, że jest on nie do rozwiązania.
Znała ten schemat.
Wróciła do przedpokoju i zamknęła za sobą drzwi - trzy zamki oraz
łańcuch i zdjęła buty. Czując, jak zimne powietrze nieprzyjemnie drażni
nos, postanowiła pozostać w płaszczu.
Droga dyplomatka była cenna tylko na zewnątrz - zapewniała jej kamuflaż.
Tutaj stanowiła tylko rekwizyt, który przypominał jej, że ten zakup
kosztował ją zimne kaloryfery i lodówkę zapełnioną tylko produktami z żółtymi naklejkami. Wolność nie ma ceny.
Przy progu znalazła kilka kopert, które wpadły przez zardzewiałą klapkę
w drzwiach. Nie musiała ich otwierać, by wiedzieć, że wyciągną z jej
portfela kolejnych kilkadziesiąt funtów. Tak jak koperta, którą nadała w Kingspool.
Poszła do kuchni i przygotowała kolację, do której nalała sobie
kieliszek wina. Białego. Bała się, że czerwone osiądzie jej całym swym
ciężarem na żołądku i że nie zmruży oka. Po latach bezsenności starała
się wykroić z doby jak najwięcej czasu na sen i nie zakłócać go niczym.
Odłożyła nawet czytanie, choć na półce czekała na nią najnowsza powieść
Iana Rankina. Jednak nawet Mętna woda, wokół której zrobił się spory
skandal, nie była jej w stanie przyciągnąć.
Położyła się w zimnej pościeli zła, że zapomniała zamknąć okno, i analizowała to, co zobaczyła na parkingu. Nie wydawało jej się - w śniegu leżał człowiek. Wciąż jednak nie mogła uwierzyć, że mogła go
znać. Zanim sen szeroką i ciepłą falą zebrał ją z klifu rzeczywistości,
pomyślała, że rano zadzwoni w jedyne miejsce, które może przynieść
odpowiedzi.
Styczeń, 1992
Niemożliwie ostry promień słońca przebijał się przez jej powieki, jakby
mróz panujący za oknem naostrzył jego grot. Odwróciła się na drugi bok i zerknąwszy na zegarek, stwierdziła, że przespała przepisowe osiem
godzin. Z zadowoleniem podniosła się i naciągnęła kołdrę pod brzuch,
sięgając po książkę. Jednak zamarła w pół gestu zmrożona obrazami
wczorajszego dnia.
Musiała się dowiedzieć.
Przyciągnęła za kabel leżący na podłodze telefon, położyła aparat na
łóżku i podniosła słuchawkę. Przez ulotną chwilę wydawało jej się, że w ciągłym, nieco piskliwym sygnale słyszy głos, który mówi jej, by nie
wybierała znajomego numeru. Wzięła głęboki oddech, jakby chciała
wypchnąć z ciała wahanie, i nacisnęła kolejno dziesięć cyfr.
- Halo, mówi Helen Harris - przedstawiła się na wszelki wypadek.
- Pani Harris, dobrze, że pani dzwoni - przerwała jej kobieta, ale nagle
zamilkła.
- A coś się stało?
Helen usłyszała, że recepcjonistka osiedla emerytów wypuszcza powietrze
przez nos, najwyraźniej zastanawiając się, co powiedzieć.
- Pani ojciec wyszedł przedwczoraj z mieszkania i nie wrócił na noc.
- To już się wcześniej zdarzało. Ojciec jest mieszkańcem, a nie
podopiecznym. Może wychodzić, kiedy chce.
- Tak, ale tym razem niczego nie zabrał. Nawet portfela. Mam wrażenie,
że...
- Że? - ponagliła
- Że rozpłynął się w powietrzu.
*
Helen ubrała się pospiesznie i zbiegła na parking. W pierwszym odruchu
chciała pojechać prosto na zamknięte osiedle emerytów, gdzie od lat
mieszkał jej ojciec. Zakupił to mieszkanie zaraz po sprzedaży jej
rodzinnego domu. Nie czuła żalu. W tych czterech ścianach pokrytych
omszałą dachówką nie spotkało jej nic, co można by wkleić do rodzinnego
albumu w okładce w kolorowe motyle, jaki Helen widziała u jednej ze
szkolnych koleżanek i jakiego po cichu jej zazdrościła.
W Theorii ojciec miał mieć zapewnioną całodobową opiekę pielęgniarek,
które były niczym dżin wyskakujący z lampy, gotowe służyć mieszkańcom
nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach. W praktyce Ben Harris poza
tym, że od ponad sześciu lat nie wypowiedział ani słowa, nie wymagał
żadnych specjalnych zabiegów. Nawet początkowo podejrzewaną afazję
szybko zweryfikowały badania lekarskie. Psychiatra, z którym rozmawiała
wtedy Helen, obstawiał stres pourazowy. Słuchając jego wywodu, była w stanie tylko kiwać głową, wściekła, że ojciec wykpił się w ten sposób.
Po tym wszystkim, co jej zrobił, odgrodził się od winy tchórzowskim
milczeniem.
Teraz też nie miała zamiaru jechać do niego. Musiała się upewnić, że
przedwczorajsza noc nie była tylko przewidzeniem. Wrzuciła wsteczny i ruszyła. Nagle kątem oka dostrzegła cień. Z impetem nacisnęła hamulec i zatrzymała się w miejscu. Odsunęła szybę i wrzasnęła:
- Patrz, jak idziesz!
- Patrz, jak jedziesz! - usłyszała w odpowiedzi. Mimo że głos
zniekształciła wielka przestrzeń garażu, wiedziała, do kogo należał.
Mężczyzna podszedł do samochodu i wsiadł na miejscu pasażera.
- Dlaczego się nie odzywasz? - zaczął z pretensją i przeczesał ręką
blond włosy. Jego szczęki poruszały się nerwowo, naciągając pozbawioną
tkanki tłuszczowej skórę.
- Cześć, Tom.
- Zadałem ci pytanie - rzucił, nie patrząc na nią. Sięgnął do osłony
przeciwsłonecznej i odchylił ją. Przesunął klapkę, spod której wyłoniło
się podręczne lusterko. Rozciągnął wargi, ukazując rząd równych zębów.
Wyglądał przy tym jak warczące zwierzę, jednak zamiast wydać z siebie
dźwięk, przejechał językiem po białym szkliwie, usiłując wydostać coś,
co utknęło po niedawno spożytym posiłku. Helen wzdrygnęła się z obrzydzeniem.
- No więc? - zapytał z naciskiem. - Znikasz na całą noc i nie masz mi
nic do powiedzenia?
- Mam. Byłam w pracy, a teraz jadę do niej z powrotem. Jak każdy
normalny człowiek.
- W niedzielę?
- W niedzielę - potwierdziła odrobinę za głośno, co pozwoliło jej
przykryć kłamstwo. - Zapomniałam papierów z jednego budynku i muszę po
nie wrócić.
- To pojadę z tobą.
- Nie.
- Nie? - Tom spojrzał na nią podejrzliwie.
- To laboratorium. Można wejść tylko z przepustką - zmyśliła na
poczekaniu.
- No jak tam chcesz - rzucił nieprzekonany. - To do wieczora.
- Wieczorem będę pracować nad raportem. Odezwę się.
- Nie pogrywaj ze mną, Helen, OK? - Złapał ją za kolano i ścisnął
zdecydowanie za mocno.
- Nie pogrywam. Mam dużo pracy.
- Rozumiem, kochanie. - Zwolnił uścisk i nachylił się, by ją pocałować.
Nadstawiła policzek, ale Tom ujął jej podbródek i przekręcił twarz w swoją stronę. Jego zimne wargi dotknęły jej ust, a ona w myślach
odliczała sekundy, czekając na koniec. - To do wieczora.
Wlepiła nieruchomy wzrok w kierownicę, starając się nie patrzeć na
oddalającego się Toma. Ciekawość była jednak silniejsza i kątem oka
zobaczyła, że zanim zniknął za drzwiami garażu, obejrzał się i posłał
jej uśmiech. Nie odwzajemniła go. Przekręciła kluczyk w stacyjce i zanim
skrzydło dotknęło framugi, ford sunął już po Benner Road.
*
Skrzące się w słońcu czapy śniegu zachęcały do podróży, w niczym nie
przypominając wczorajszej grozy. Zupełnie jakby biały krajobraz miał
stanowić swoiste przeprosiny za wczorajszy wybuch gniewu pogody. Helen
mijała kolejne miejscowości, zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby po
prostu odpuścić i wrócić do domu. Nawet jeśli w zaspie leżał człowiek,
to najprawdopodobniej był jej zupełnie obcy. W myślach strofowała się,
że wszystko, co złe, zatrzasnęła za pancernymi drzwiami i powinna dbać,
by nigdy się nie otworzyły. Mimo to niewyobrażalnie potężna siła
przyciągała ją do Kingspool.
Z tą myślą wjechała na parking i zatrzymała auto zaraz za szlabanem.
Wysiadła z auta i rozejrzała się. W obliczu słońca wydawało się, że mróz
schował ostre pazury i teraz jedynie lekko szczypał w policzki. Budynek
laboratorium wciąż zdawał się uśpionym w śniegu monumentem. W rogu, w którym nocą parkowała, dostrzegła granatowego pikapa. Może to zmiana
światła, ale w całym tym obrazie coś jej nie pasowało, choć jeszcze nie
potrafiła określić co.
- O, co za spotkanie - usłyszała za sobą, kiedy przecinała szybkim
krokiem odśnieżony parking.
Odwróciła się gwałtownie, a jej wzrok znów padł na zaparkowany w końcu
placu samochód, z którego uśmiechała się do niej znajoma twarz.
Policjant pomachał ręką, po czym wysiadł, zamknął auto i podbiegł do
Helen.
- Dzień dobry - bąknęła pod nosem. - Sprawdza pan trop?
- Nie inaczej. - Uśmiechnął się głupkowato. - Nic jednak nie wskazuje na
to, by pani opowieść miała pokrycie w faktach. - Jego wzrok powędrował
za jej ramię. Helen odruchowo się odwróciła i zobaczyła, że zbliża się
do nich ochroniarka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki