Zawsze będę walczył - Marcin Kraska

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Nie pamiętam wszystkiego. Nie pamiętam wielu dat, twarzy ani wszystkich rozmów.

Z najwcześniejszych lat zostały mi obrazy - krótkie sceny, zapachy, miejsca i uczucia. I jedna niewielka blizna na kolanie, którą mam do dzisiaj.

Dla większości ludzi to zwyczajny ślad. Dla mnie jest jak drzwi do jednego z najstarszych wspomnień. Byłem małym chłopcem. Pojechałem z mamą na grzyby.

Biegałem po lesie, przewróciłem się i rozbiłem kolano. Płakałem. Mama mnie przytuliła. Nie pamiętam, co powiedziała. Pamiętam tylko, że była obok. Dlatego ta blizna przypomina mi mamę - jedno z niewielu wspomnień, które mi po niej zostały.

Kiedy patrzę na swoje życie z perspektywy ponad czterdziestu lat, widzę drogę, której jako dziecko nie potrafiłbym sobie wyobrazić. Byłem chłopcem z domu dziecka.

Wstydziłem się swojej choroby. Marzyłem o własnym domu, rodzinie i pracy.

Chciałem być komuś potrzebny. Później dorosłem. Kochałem. Zostałem mężem i ojcem. Pracowałem, założyłem firmę, budowałem swoje życie, traciłem i zaczynałem od początku.

Przyszły problemy finansowe, choroba i szpital. Ból, strach i bezsilność. Były chwile, kiedy nie wiedziałem, co będzie jutro. A jednak wstawałem - czasami szybko, czasami bardzo powoli.

Dzisiaj wiem, że życie składa się przede wszystkim z ludzi. Z pani Magdaleny, która mówiła: "Marcinku, kochanie". Z Mariusza, który podał mi rękę, kiedy jej potrzebowałem. Z ludzi z domu dziecka. Z nauczycieli i wychowawców. Z Asi i Kamili, które były przy mnie podczas pobytu w szpitalu. Z Bezy, która nie potrzebowała ode mnie niczego poza obecnością. Z moich córek, które dawały mi powód, żeby walczyć. I z mamy. To właśnie ludzie tworzą moją historię. Reszta to tylko daty.

Moja mama chorowała na epilepsję. Nasza sytuacja rodzinna była trudna. Do taty przez wiele lat miałem żal, przede wszystkim z powodu nadużywania przez niego alkoholu. Jako dziecko mogłem wychowywać się w zwyczajnym domu, ale życie potoczyło się inaczej. Dzisiaj patrzę na to spokojniej. Mamie nigdy nie chciałem przypisywać winy za jej chorobę. A tacie, mimo żalu, po latach wybaczyłem. Nie zmienię przeszłości. Nie chcę też przeżyć reszty życia, nosząc ją w sobie jak ciężar.

ROZDZIAŁ 1 - Rok 1986 - kiedy zabrano mnie z domu

Nie pamiętam momentu, kiedy przyjechali. Miałem kilka lat. Wiem, że był rok 1986.

Przyjechała milicja i zostałem zabrany z domu. Najpierw trafiłem do pogotowia opiekuńczego w Nałęczowie, a później do domu dziecka w Kazimierzy Wielkiej, gdzie oczekiwałem na decyzję sądu dotyczącą dalszego pobytu w placówce.

Jako dziecko nie rozumiałem choroby mamy, problemów ojca ani decyzji dorosłych.

Dziecko przede wszystkim czuje. A jednym z najsilniejszych uczuć jest strata. Nagle znika dom, znane ściany, głosy i codzienne rytuały. Pojawiają się obcy ludzie, obce łóżko i obce zasady.

Mógłbym powiedzieć, że trafienie do domu dziecka było najgorszą rzeczą, jaka mogła mnie spotkać. Ale nie byłaby to cała prawda. Dzisiaj myślę, że dom dziecka mógł uratować mi życie. Nie wiem, jak potoczyłaby się moja historia, gdybym pozostał w tamtym środowisku.

Pierwszych dni właściwie nie pamiętam. Wszystko jest zamazane. Zostały tylko fragmenty. Były to jeszcze czasy PRL-u i dom dziecka wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż dzisiejsze placówki. Z perspektywy czasu potrafię jednak powiedzieć coś, co dla niektórych może zabrzmieć zaskakująco: dobrze, że tam trafiłem. To miejsce mnie ukształtowało.

Spotkałem tam ludzi, którzy próbowali dać nam bezpieczeństwo, zasady, codzienność i szansę. Nie mogli zastąpić rodziny, a wychowawca mający pod opieką dużą grupę dzieci nie był w stanie każdemu poświęcić tyle czasu i miłości, ile potrzebuje dziecko.

Ale wielu z nich robiło tyle, ile mogło.

Bardzo dobrze wspominam panią dyrektor Małgorzatę Dziubińską. Była wobec mnie empatyczna i bardzo mi pomagała. Była również pani Magdalena Ciepielewska. Jej nie zapomnę. "Marcinku, kochanie..." - te słowa zostały ze mną na całe życie.

Od dzieciństwa zmagałem się z chorobą Hirschsprunga i jej konsekwencjami.

Problemy z jelitami sprawiały, że przez wiele lat zdarzało mi się w nocy nie kontrolować wypróżnień i moczenia. Dla dziecka mieszkającego z wieloma rówieśnikami było to niezwykle trudne. Bywałem wyśmiewany i bardzo się tego wstydziłem.

Pani Magdalena nigdy mnie nie poniżała. Pamiętam, jak rano przychodziła do naszego pokoju i spokojnie pytała: "Marcin, czy coś się wydarzyło w nocy?". Kiedy coś

się stało, mówiła: "Idź, Marcinku, kochanie. Idź się wymyj i zmień bieliznę". Dzisiaj jestem dorosłym człowiekiem, a nadal pamiętam jej spokój i zwyczajną ludzką życzliwość. Jestem jej za to bardzo wdzięczny.