Zawsze będę cię strzec - Rachel Givney

Kup ebooka

36.90 zł

-
Proszę czekać

1. Klepki

1

Klepki

KRA­KÓW, POL­SKA, LUTY 1939

Gdy Maria przy­mie­rzała się, by wtar­gnąć do sypialni ojca, czuła, jak wzbiera w niej poczu­cie winy z powodu tego braku lojal­no­ści. Pro­to­pla­sta cie­szył się na mie­ście sza­cun­kiem, nie wtrą­cał się do cudzych spraw i uczęsz­czał do kościoła osiem razy w tygo­dniu (co rano, a w nie­dzielę dwa razy). Nie inte­re­so­wało go nic poza ado­ra­cją Naj­święt­szego Sakra­mentu oraz cyklami repro­duk­cyj­nymi bak­te­rii. Nie zasłu­żył sobie na taki brak sza­cunku ze strony jedy­nej córki. Nie­stety Maria nie potra­fiła już poskro­mić palą­cego pra­gnie­nia, by dowie­dzieć się cze­goś - cze­go­kol­wiek - o swo­jej matce. Owo śro­dowe popo­łu­dnie, gdy oka­załe, grube kro­ple desz­czu spa­dały na bruk za oknem, sta­no­wiło zatem rów­nie dobry ter­min, żeby go zdra­dzić, jak każdy inny.

"Ludzie widzą tylko to, co chcą". Tak zawsze powta­rzał ojciec. Rzadko kiedy udzie­lał ojcow­skich rad - był to jego jedyny flirt z bana­łem. Jeżeli przyj­muje się do wia­do­mo­ści jedy­nie naj­węż­sze zna­cze­nie osoby czy przed­miotu, świat staje się znacz­nie pośled­niej­szym i mniej cie­ka­wym miej­scem.

Nie była pewna, co ojciec miał na myśli ani dla­czego lubił to powta­rzać, ale teraz zamie­rzała wyko­rzy­stać powie­dzonko, by wedrzeć się do jego pokoju. Wyjęła wsuwkę z blond wło­sów. Nie miała doświad­cze­nia w zakre­sie wła­mań, ale Olaf, miej­scowy mło­do­ciany prze­stępca, który jeź­dził tym samym co Maria tram­wa­jem w te dni, gdy aku­rat posta­no­wił zawi­tać do szkoły, prze­chwa­lał się ostat­nio, że można otwo­rzyć zamek cien­kim kawał­kiem metalu. "Trzeba wsa­dzić i poru­szać", cheł­pił się, krztu­sząc się cyga­retką.

Maria z uśmie­chem unio­sła mosiężny paty­czek. Więk­szość wła­ści­cie­lek wsu­wek widziała w nich wyłącz­nie coś, co przy­trzyma im włosy. Maria dostrze­gła w niej coś wię­cej. Klucz.

Nie spo­dzie­wała się cudów po poszu­ki­wa­niach w pokoju tatki, ale wie­działa, że coś się tam musi kryć. Listy, może nowy adres matki? Ojciec nie zamy­kał w domu żad­nego innego pomiesz­cze­nia, nawet swo­jego gabi­netu, gdzie leżały ważne notatki z badań nauko­wych. Prze­cież nikt nie ryglo­wałby drzwi, gdyby w środku nie znaj­do­wało się nic war­to­ścio­wego.

Kiedy wcho­dziła po scho­dach do pokoju ojca, z zewnątrz dobiegł ją zna­jomy odgłos, który dało się okre­ślić jedy­nie jako łoskot. Sąsiadka, pani Nowa­kowa, znów ukła­dała worki z pia­skiem w stosy. Kor­pu­lentną kobietę mie­rzącą nie­spełna pół­tora metra tra­wiła obse­sja, że Herr Hitler za dzień czy dwa naje­dzie Pol­skę. Od trzech lat prze­strze­gała sąsia­dów, przy­ja­ciół i każ­dego, kto tylko chciał słu­chać, przed nie­uchronną, rychłą wizytą Führera. Oto­cze­nie krę­ciło gło­wami i uzna­wało ją za pomy­loną, ona jed­nak nie usta­wała w pracy. Wokół głów­nego wej­ścia do domu budo­wała mur z wor­ków z pia­skiem, by zaba­ry­ka­do­wać się na noc... wraz z pozo­sta­łymi loka­to­rami budynku, nie bio­rąc pod uwagę, czy oni tego chcieli, czy nie. Odpra­wiała tę cere­mo­nię codzien­nie i dokła­dała na stertę kolejne worki, w miarę jak znaj­do­wała wię­cej pia­chu. Pada­jący dzi­siaj deszcz jej nie powstrzy­mał, nawet hura­gan nie sta­nąłby kobie­cie na prze­szko­dzie. Lecz mimo że huk wor­ków z pia­skiem draż­nił Marię, obec­nie miała waż­niej­sze sprawy na gło­wie. Dotarła pod drzwi sypialni ojca i schy­liła się, by się im przyj­rzeć.

Zamek był nowo­cze­sny i znaj­do­wał się we wnę­trzu klamki. Żadna inna klamka w domu nie została wypo­sa­żona w taki mecha­nizm, ojciec więc zapewne zamon­to­wał go samo­dziel­nie. Wyjęła z wło­sów drugą wsuwkę, jako że według ambit­nego mło­do­cia­nego prze­stępcy Olafa do otwar­cia zamka potrzebne były dwie. Uwol­niony przez usu­nię­cie wsuwki pukiel wło­sów opadł jej na twarz, zakrył lewe oko i utrud­nił widze­nie. Zdmuch­nęła włosy, a potem zatknęła je za ucho. Wsa­dziła wsuwki - jedną w dół zamka, a drugą tuż nad pierw­szą - i zgod­nie z zale­ce­niami Olafa poczęła nimi gme­rać.

Dłu­bała i dłu­bała. Wier­ciła nimi tak mocno, że aż roz­bo­lał ją łokieć. Nic to jed­nak nie dało. Gdy pra­co­wała, klamka się chyba polu­zo­wała, ale sam zamek ani drgnął. Co począć? Zer­k­nęła na zegar w głębi kory­ta­rza. Wska­zówki poka­zy­wały już nie­mal szó­stą po połu­dniu. Ojciec nie­ba­wem wróci do domu. Będzie musiała zre­zy­gno­wać z zamy­słu. Zwy­my­ślała sie­bie i wsuwki, które tyle jej naobie­cy­wały, zło­rze­czyła Ola­fowi za jego nie­sku­teczne rady, a na dobitkę rów­nież pani Nowa­ko­wej na­dal budu­ją­cej na zewnątrz pia­skowy mur. Spró­buje innym razem, gdy będzie miała wię­cej czasu na zmie­rze­nie się z tym zada­niem. Cof­nęła rękę, by wyjąć wsuwki z zamka. Jedna spa­dła jej na dłoń, druga jed­nak ani drgnęła. Maria pocią­gnęła za nią jesz­cze raz, ale zamek zła­pał metal w sidła swo­ich szczęk.

Zaparła się nogami, chwy­ciła wsuwkę mocno i szarp­nęła ze wszyst­kich sił. Z wysiłku prze­wró­ciła się na pod­łogę, ale wsuwka wyszła z drzwi. I to razem z zam­kiem. Cały mecha­nizm - w środku któ­rego na­dal tkwiła wsuwka - spo­czy­wał obec­nie w dłoni Marii. W drzwiach w miej­scu nie­gdy­siej­szej klamki ziała teraz poszar­pana dziura.

Popa­trzyła prze­lot­nie na zegar w kory­ta­rzu - dwie po szó­stej. Ojciec powi­nien być w domu o szó­stej czter­na­ście, a spóź­nial­stwo nie leżało w jego natu­rze.

Maria zasta­no­wiła się, czy jest szansa, że ojciec nie zauważy, co zro­biła. Był chi­rur­giem w szpi­talu miej­skim i dla roz­rywki stu­dio­wał na przy­kład maleń­kie orga­ni­zmy pod mikro­sko­pem. Praw­do­po­do­bień­stwo, że dostrzeże dzie­się­cio­cen­ty­me­trową dziurę w drzwiach do wła­snej sypialni, wyda­wało się bar­dzo wyso­kie.

Przy­mie­rzała się wła­śnie, by wsu­nąć klamkę z powro­tem na miej­sce, gdy drzwi się uchy­liły i dały jej wgląd do pokoju. Przez okno w głębi pomiesz­cze­nia do wnę­trza wpa­dała smuga popo­łu­dnio­wego świa­tła. Maria wyobra­żała sobie sypial­nię ojca wiele razy. Nie­kiedy, gdy leżała nocą w łóżku i sły­szała skrzy­pie­nie par­kietu, snuła fan­ta­zje o tym, co on wła­śnie robi. Pisuje sekretne listy do jej matki, w któ­rych błaga, by wró­ciła? Spraw­dziła godzinę. Nim zdą­żyła się roz­my­ślić, wpa­dła do środka. Rozej­rzy się prędko, a potem naprawi drzwi.

Powio­dła spoj­rze­niem po pokoju. Pod­łogę pokry­wał wypu­co­wany drew­niany par­kiet. Ze sztyw­nej od kroch­malu pościeli wzbi­jała się woń mydła kar­bo­lo­wego. W gło­wie łóżka leżała nie­równa poduszka - spra­wiała wra­że­nie, jakby ojciec wypchał ją kamie­niami. Ani odro­bina kurzu nie kalała para­pe­tów, żaden ślad pyłu nie bru­kał kle­pek - naj­traf­niej dałoby się opi­sać tę prze­strzeń jako "szpi­talną salę opa­trzoną przez zawziętą oddzia­łową". Czuła roz­cza­ro­wa­nie, lecz zara­zem ulgę. W głębi serca zasta­na­wiała się, czy w alko­wie ojca nie natrafi przy­pad­kiem na jaski­nię nie­pra­wo­ści; może cho­wał u sie­bie ołtarz ku czci sił nie­czy­stych albo gro­ma­dził doku­menty z misji, jakie odbył, pra­cu­jąc w cha­rak­te­rze podwój­nego agenta na rzecz Sta­lina. Tym­cza­sem prze­ko­nała się, że w pry­wat­nej prze­strzeni ojciec zacho­wy­wał się tak samo jak w publicz­nej - niczym czło­wiek stro­niący od zbyt­ków, który łatał szkolne bluzki Marii i piekł dla niej chleb, a za zamknię­tymi drzwiami był tak samo pod­le­gły kon­we­nan­som jak na oczach świata. Jawił się jako sta­bilny towa­rzysz i nie­bez­za­sad­nie można by nazwać go nud­nym. Sto­sow­ność zacho­wa­nia ojca stała w jaskra­wym kon­tra­ście z roz­wią­złym ponoć postę­po­wa­niem jej matki, która, jak suge­ro­wała sytu­acja, opu­ściła ich z sobie zna­nych, samo­lub­nych i lubież­nych przy­czyn.

Ojciec spał na wąskim łóżku. Szafkę nocną zdo­biła jedna jedyna foto­gra­fia: zdję­cie w skó­rza­nej ramce przed­sta­wiało uśmiech­niętą sze­ścio­let­nią Marię. Jeśli w jej ciele kryły się jesz­cze jakieś zaka­marki, gdzie mogłyby się zagnieź­dzić nowe wyrzuty sumie­nia, teraz zostały zasie­dlone. Wszystko wska­zy­wało na to, że Maria była jedyną kobietą w życiu ojca, a wła­śnie wła­mała się mu do sypialni.

Zauwa­żyła komodę ze zma­to­wia­łego maho­niu. Otwo­rzyła górną szu­fladę, prze­grze­bała skar­petki i bie­li­znę uło­żone w dwóch rów­nych rzę­dach. Dziw­nie się czuła, oglą­da­jąc zwi­nięte skar­pety ojca - wcze­śniej widy­wała je wyłącz­nie na jego sto­pach. W sza­fie zna­la­zła wykroch­ma­loną na sztywno odzież i zapa­sowy gor­set, który nosił, by sko­ry­go­wać sko­liozę, jakiej naba­wił się w dzie­ciń­stwie. W szafce stały dwie pary skó­rza­nych butów, wypo­le­ro­wa­nych do skrom­nego poły­sku.

Wszyst­kie rze­czy, które poprze­sta­wiała, odło­żyła na miej­sce. Nie było to trudne, bo mate­ma­tyczna pre­cy­zja ich pier­wot­nego uło­że­nia poma­gała umie­ścić je pra­wi­dłowo. Maria zosta­wiła wnę­trze w takim sta­nie, w jakim je zastała. Była cie­kawa, po co ojciec zawraca sobie głowę zamy­ka­niem drzwi. Nie ist­niało tu nic, co warto by ukry­wać.

Nagle jed­nak nastą­piła na jakąś luźną klepkę i w pokoju roz­le­gło się iry­tu­jące skrzy­pie­nie. Zatrzy­mała się. Drugi raz naci­snęła pod­łogę stopą. Drew­niana klepka była polu­zo­wana.

Pomknęła na dół po nóż do sma­ro­wa­nia, by pod­wa­żyć nim drewno. Klepka się unio­sła. Odło­żyła ją na bok, a potem wytę­żyła wzrok, patrząc na otwór w pod­ło­dze. Przed oczyma Marii roz­cią­gała się spora prze­strzeń, ale ciem­ność utrud­niała roze­zna­nie się. Maria zaczęła oddy­chać szyb­ciej. Wsa­dziła rękę do dziury, a jej skórę musnęło cie­płe, suche powie­trze. Grze­bała w otwo­rze dło­nią po omacku, z głową i resztą ciała na górze.

Wycią­gnęła rękę wkoło i macała pod­łoże. Wzdry­gnęła się, czu­jąc pod pal­cami baweł­nianą, gąb­cza­stą, paję­czą sieć. Cof­nęła dłoń z prze­ra­że­niem i zoba­czyła, że spo­wi­jają ją białe nici.

Wytarła rękę do czy­sta o spód­nicę, zaci­snęła zęby i wsa­dziła dłoń z powro­tem pod pod­łogę. Skrzy­wiła się, prze­świad­czona, że paję­czyna czai się tam na nią, i już miała wyjąć rękę, gdy nagle natra­fiła na sze­ścienny przed­miot. Postu­kała w niego kilka razy, prze­ko­nała się, że nie jest to żywy orga­nizm, i wyjęła go.

Obej­rzała przed­miot ze wszyst­kich stron. W jej dłoni spo­czy­wało małe pude­łeczko na biżu­te­rię z wybla­kłego kasz­ta­no­wa­tego aksa­mitu. Serce zabiło jej w piersi moc­niej: to puz­derko nale­żało do jakiejś kobiety.

Już miała je otwo­rzyć, lecz się zawa­hała. Czy chciała wie­dzieć, co się w nim kryje? Klepka, zamek w drzwiach - wszystko nabrało głęb­szego zna­cze­nia. Nagle na dole roz­brzmiał nowy odgłos, zatrwa­ża­jąco zna­jomy. Do innego zamka wsu­nięto klucz, tym razem praw­dziwy. Usły­szała, jak ojciec otwiera drzwi fron­towe i wcho­dzi do domu.

- Mario? - zawo­łał.

Krew zasty­gła jej w żyłach. Odło­żyła klepkę na miej­sce i czmych­nęła z pokoju, wło­żyw­szy kasz­ta­no­wate pude­łeczko do kie­szeni.

Klamka na­dal leżała na pod­ło­dze. Marii zaparło dech z prze­ra­że­nia. Mecha­nizm klamki w isto­cie skła­dał się z dwóch czę­ści, czego dziew­czyna wcze­śniej nie spo­strze­gła. Pierw­sza część klamki wycho­dziła na zewnątrz, drugą sta­no­wił ele­ment skie­ro­wany do wewnątrz drzwi.

- Mario? - zawo­łał ponow­nie ojciec. Musiała się ode­zwać.

- Już idę, tatku - oznaj­miła pogod­nym tonem.

- Chcę ci coś poka­zać. - Usły­szała szczęk garnka; ojciec robił coś w kuchni. Maria w myślach zakli­nała go, by tam pozo­stał.

- Zaraz zejdę, tatku - zapew­niła.

Szanse, że się jej upie­cze, nie wyda­wały się duże. W drzwiach sypialni ojca ziała dziura. Nie dałoby się roz­sąd­nie wyja­śnić jej ist­nie­nia, chyba że powie­dzia­łaby prawdę.

Maria wyobra­ziła sobie, co by było, gdyby ojciec odkrył, że wtar­gnęła do jego pry­wat­nej prze­strzeni. Łączyła ją z nim cie­pła zaży­łość, jaką nie mogła się pochwa­lić więk­szość dziew­cząt w mie­ście wzglę­dem wła­snych rodzi­ców. Domi­nik Kar­ski dbał o swoją córkę i dobrze się nią opie­ko­wał. Obse­syj­nie wręcz zadrę­czał się jej odży­wia­niem i tęży­zną fizyczną, w stop­niu wykra­cza­ją­cym poza zawo­dową dumę i zakra­wa­ją­cym na tro­skę irra­cjo­nalną. Ile­kroć skar­żyła się na ból głowy czy uda­wała, że jest chora, przy­no­sił ste­to­skop i w nie­skoń­czo­ność ana­li­zo­wał brzmie­nie jej odde­chu oraz rytm serca, aż w końcu nawet Marię zaczy­nało to nużyć. Wygła­szał następ­nie dia­gnozę, jak zawsze, że córka jest w pełni zdrowa, a wyniki badań jej wzor­co­wych para­me­trów życio­wych prze­cho­wy­wał w teczce. Wyobra­ziła sobie wyraz jego twa­rzy, gdyby ją nakrył na wła­ma­niu do sypialni. Jej łagodny, wspa­nia­ło­myślny ojciec. Nie oka­załby gniewu, lecz coś znacz­nie gor­szego. Roz­cza­ro­wa­nie. Zadrżała na tę myśl - nie mogła do tego dopu­ścić.

Zebrała ele­menty klamki i przyj­rzała się im. Z jed­nego z nich zwi­sały luzem dwie śrubki. Nie roz­krę­ciła zamka, lecz wyjęła z drzwi cały mecha­nizm. Wsu­nęła dwie klamki z powro­tem na miej­sce i zaczęła je skrę­cać nożem do sma­ro­wa­nia.

- Skoń­czyli Świę­tego Bar­tło­mieja. Naresz­cie! - zawo­łał znów z dołu ojciec. Maria wzdry­gnęła się i upu­ściła nóż. Brzęk garn­ków na dole ustał. Prze­łknęła ślinę. Ojciec na­dal mówił o kościele, a głos roz­le­gał się coraz dono­śniej, bo fale dźwięku miały do poko­na­nia krót­szy dystans. Wcho­dził po scho­dach. Dłoń Marii spo­tniała i dziew­czyna zaklęła. Udało jej się upo­rać tylko z jedną śrubką. Wzięła nóż i zaczęła dokrę­cać drugą, ale ojciec wła­śnie dotarł na górę. Wsa­dziła więc śrubkę do kie­szeni i zerwała się na równe nogi.

Ojciec nie patrzył na nią, lecz na ulotkę, którą trzy­mał w ręku. Podał ją córce.

- Pro­szę.

Ulotka infor­mo­wała o ukoń­cze­niu okna w kościele, do któ­rego z ojcem cho­dzili. Na foto­gra­fii w peł­nej oka­za­ło­ści wid­niał witraż przed­sta­wia­jący Świę­tego Bar­tło­mieja żyw­cem obdzie­ra­nego ze skóry - oprawca odci­nał mu nożem pasma tkanki. Mimo że skóra odcho­dziła od ciała krwa­wymi zwo­jami niczym zwi­nięta kora od pnia, twarz Świę­tego Bar­tło­mieja wyra­żała spo­kój, a męczen­nik spo­glą­dał w górę ku Bogu z aniel­skim uśmie­chem. Maria usi­ło­wała wziąć z niego przy­kład i tak jak on zapa­no­wać nad sobą.

- Alle­luja - odparła, tłu­miąc zadyszkę. - Nie spie­szyli się - dodała.

- Mogło to potrwać jesz­cze dłu­żej - zauwa­żył ojciec. Zasia­dał w komi­sji, która miała nad­zo­ro­wać wyko­na­nie okna, uczęsz­czał więc na spo­tka­nia z biu­ro­kra­tami i kle­rem. Maria przy­pa­try­wała mu się badaw­czo, czy nie odkrył jej występku, ale on wodził wzro­kiem wyłącz­nie po swym skó­ro­wa­nym świę­tym. Głos miał jak zwy­kle łagodny i spo­kojny. - Co to takiego? - spy­tał, poka­zu­jąc coś, co miała z boku.

Oto nastała ta chwila, przy­ła­pał ją. On jed­nak się­gnął dło­nią ponad kie­szeń Marii i uniósł jej rękaw.

- Dżem tru­skaw­kowy - odpo­wie­działa z ukry­waną ulgą. Wcze­śniej wytarła usta man­kie­tem. - Prze­pra­szam, tatko.

Ojciec zapo­wie­dział, że kola­cja będzie o siód­mej, jak co wie­czór. Wyra­ził życze­nie, by namo­czyć przez noc bluzkę z tru­skaw­kową plamą, Maria poszła więc do sie­bie, żeby się prze­brać.

Serce dziew­czyny waliło jak mło­tem. Nie miała poję­cia, jakim cudem się jej upie­kło. Cze­kała, aż ojciec wma­sze­ruje do pokoju i oskarży ją o wła­ma­nie. Zauważy brak śrubki. Albo coś innego, czego nie odło­żyła we wła­ściwe miej­sce. Ale ojciec nie przy­szedł. Wes­tchnęła i się roze­brała.

Wyjęła kasz­ta­no­wate pudełko, które paliło ją w kie­szeni przez cały czas, gdy roz­ma­wiała z ojcem. W końcu znaj­dzie spo­sób, by zwró­cić je ojcu i umie­ścić tam, gdzie było. Teraz jed­nak obcho­dziło ją wyłącz­nie to, co znaj­dzie w środku. Przyj­rzała się puz­derku jesz­cze raz, obra­cała je w dłoni, a potem spró­bo­wała otwo­rzyć. Wieczko trzy­mało mocno - nie było skle­jone, lecz zabez­pie­czone czymś innym. Szarp­nęła ponow­nie, tym razem moc­niej, i puściło.

W środku leżało pasmo wło­sów.

Wyjęła je. Przy­po­mi­nało jej wła­sne zło­ci­sto­blond kosmyki, ale wyglą­dało na dłuż­sze i grub­sze - Maria nie miała ni­gdy tak dłu­gich pukli. Nie pocho­dziło z głowy dziecka, nie były to deli­katne loczki, które rodzic zacho­wałby po pierw­szym strzy­że­niu lato­ro­śli. Trzy­mała w dłoni grube pasmo blond wło­sów, sple­cione w war­kocz ciężki niczym sznur. Ktoś zwi­nął je i wci­snął do pudełka. Były to włosy doro­słej kobiety.

Ści­snęło ją w żołądku na myśl o tym, że ojciec ukry­wał pod pod­łogą jakąś cząstkę innej osoby, a ona to odkryła. Włosy ode­rwane od głowy, nawet nie­mow­lę­cej, miały w sobie coś ohyd­nego i choć czuła teraz podobny wstręt, nie mogła się oprzeć, dotknęła war­ko­cza i wtu­liła w niego nos. Pła­wiła się we wła­snym prze­ra­że­niu, porów­ny­wal­nym z pra­gnie­niem wyta­rza­nia się w bło­cie albo pową­cha­nia mleka, które wyglą­dało na zepsute - dla czy­stego dozna­nia i zdo­by­cia wie­dzy o czymś, czego się wcze­śniej nie zaznało. Roz­tarła splot mię­dzy pal­cami. Pasma wło­sów ustą­piły pod jej doty­kiem i się roz­dzie­liły, a na kolana opa­dły czą­steczki kurzu i pyłu. W powie­trze wzbiła się olśnie­wa­jąca nuta wody róża­nej. Słodka woń świe­żych płat­ków cof­nęła ją do chwili, gdy ostatni raz widziała matkę - teraz sobie przy­po­mi­nała, prze­cież jej matka pach­niała wodą różaną! Był to jeden z nie­licz­nych okru­chów wie­dzy o rodzi­cielce, które Maria posia­dała. Nabrała tchu gwał­tow­nie, gdy zaświ­tała jej w gło­wie myśl.

Włosy nale­żały do jej matki.

Maria odno­siła wra­że­nie, jakby trzy­mała ją żywą w dło­niach. Gdyby jesz­cze raz pową­chała włosy, może usły­sza­łaby jej śmiech. Nagle poczuła się jedy­nie na wpół ufor­mo­wana, niczym nie­pełna osoba, któ­rej od ciała odrą­bano frag­ment jeste­stwa. Maria pisała lewą ręką, ojciec prawą. Kim była lewo­ręczna osoba, która ofia­ro­wała jej połowę swo­ich genów i stwo­rzyła pięć­dzie­siąt pro­cent Marii? Palce Marii miały inny kształt niż palce ojca - jej paznok­cie były podłużne i zwień­czone ele­ganc­kimi pół­księ­ży­cami, pod­czas gdy kwa­dra­towe i kan­cia­ste paznok­cie rodzica osa­dzone były mocno na koń­cach pal­ców. Czy odzie­dzi­czyła je po matce? Ist­niały też inne, głęb­sze kwe­stie niż paznok­cie czy lewo­ręcz­ność. Jak na dłoni widać było, że Maria nie przy­po­mina ojca ani z wyglądu, ani z cha­rak­teru. O ile Domi­nik ni­gdy nie pod­no­sił głosu, o tyle Maria czer­pała satys­fak­cję z krzyku. Uwiel­biała się śmiać, pod­czas gdy jej dobry i wyzbyty rado­ści ojciec ni­gdy się nie uśmie­chał. Domi­nik trwał na podo­bień­stwo głę­bo­kiej sadzawki czy tysiąc­let­niego jeziora, któ­rego powierzchni ni­gdy nie zabu­rzały fale. Maria żyła niczym pożoga tra­wiąca napo­ty­kany po dro­dze las. Patrzyła nie­kiedy na rodzica i zasta­na­wiała się, czy w ogóle go zna. Marzyła o tym, by spo­tkać osobę, która obda­rzyła ją swym ogniem.

Maria prze­żyła na świe­cie nie­spełna dwa lata, gdy ode­szła jej matka. Od szes­na­stu lat ojciec utrzy­my­wał, że opu­ściła ich z przy­czyn nie­zna­nych. Ni­gdy nic wię­cej na ten temat nie mówił, a jeśli pró­bo­wała dopy­ty­wać, jesz­cze moc­niej się w sobie zamy­kał. Dla­czego prze­cho­wy­wał włosy matki przez te wszyst­kie lata? Ni­gdy nie uwa­żała go za roman­tyka. Czy mil­cząco i w skry­to­ści serca za nią tęsk­nił? Czy na­dal ją kochał?

Otarła wil­goć, która zebrała się jej w oku, po czym zmu­siła się, by z powro­tem zwi­nąć włosy i wło­żyć do pudełka. Doci­snęła wieczko, by jak naj­le­piej je zatrza­snąć. Tej nocy jesz­cze trzy razy otwie­rała puz­derko, aby pową­chać i pogła­dzić kosmyk. Następ­nego ranka odło­żyła włosy na miej­sce pod pod­łogę u ojca, gdy ten był w pracy, potem porząd­nie napra­wiła uszko­dzone drzwi i zamknęła je za sobą.

Maria wła­mała się do sypialni ojca w nadziei, że znaj­dzie strzęp infor­ma­cji, dzięki któ­remu oznajmi sąsia­dom, iż matka ode­szła ze szla­chet­nych pobu­dek, i zmaże zosta­wioną przez jej nie­obec­ność skazę na wła­snej repu­ta­cji. Teraz jed­nak, gdy zna­la­zła coś, co naprawdę nale­żało do matki, nie dbała już o zaspo­ko­je­nie wymo­gów popraw­no­ści w oczach miesz­czan, lecz poczuła chęć po sto­kroć gor­szą. Roz­warła się w niej otchłań tęsk­noty, z oko­wów wyrwał się potwór. Odkry­cie pukla wło­sów - tak maka­bryczne, oso­bliwe, nie­spo­dzie­wane - wszystko zmie­niło. Nie mogła już wró­cić do prze­szło­ści. Odło­żyła na bok docie­ka­nie przy­czyn odej­ścia matki i sku­piła się na tym, by ją odszu­kać.

Gdyby Maria Kar­ska wie­działa, ile przyj­dzie jej się dowie­dzieć w roku tysiąc dzie­więć­set trzy­dzie­stym dzie­wią­tym, może życzy­łaby sobie cze­goś innego. Teraz jed­nak pewna była jed­nego: nie spo­cznie, dopóki nie odkryje, co spo­tkało jej matkę.

2. Bak­te­rio­bój­stwo

2

Bak­te­rio­bój­stwo

Domi­nik Kar­ski od pra­wie sze­ściu mie­sięcy nie stra­cił ani jed­nego pacjenta, co praw­do­po­dob­nie zakra­wało na rekord w szpi­talu, w któ­rym pra­co­wał. Kra­ków cie­szył się złą sławą ze względu na wysoką śmier­tel­ność, mia­sto nękały bowiem typowe dole­gli­wo­ści i plagi, jak rów­nież kilka egzo­tycz­nych przy­pa­dło­ści. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że spory odse­tek popu­la­cji sta­no­wili rol­nicy, któ­rzy naj­wy­raź­niej uparli się toczyć boje ze swo­imi żni­wiar­kami. Mimo to dok­tor Kar­ski w ciągu ostat­nich stu sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech dni nie był świad­kiem zgonu ani jed­nej osoby znaj­du­ją­cej się pod jego pie­czą. Rzadko kiedy można było liczyć na takie szczę­ście. Pie­lę­gniarki zakła­dały się nawet mię­dzy sobą, jak długo potrwa szczę­śliwa passa. Jed­nak gdy spoj­rzał na leżące na łóżku dziecko i jego spa­ni­ko­waną matkę, uznał, że nie­ba­wem ktoś zgar­nie pulę.

Chłop­czyk mar­niał w oczach na szpi­tal­nym łóżku. Matka ocie­rała mu brew, trzy­ma­jąc w drżą­cej dłoni fla­ne­lową ście­reczkę. Sio­stra Emi­lia ścią­gnęła Domi­nika z obchodu i zapro­wa­dziła go na oddział dzie­cięcy.

- Pomy­śla­ły­śmy, że może pan spoj­rzy, dok­to­rze - wymam­ro­tała. Nie patrzyła mu w oczy. Może było jej głu­pio, że prze­rwie jego mistrzow­ską serię.

Domi­nik sta­nął przy łóżku chłop­czyka i prze­su­nął oku­lary na nosie. Dziecko leżało bez­wład­nie, przy­kuc­nął więc, by popa­trzeć mu w oczy.

- Jak się nazy­wasz, mło­dzień­cze?

Chłop­czyk prze­to­czył głowę w jego stronę.

- Daniel - odparł ponu­rym tonem.

Tcha­wicę miał pełną śluzu. Gdy dziecko się ode­zwało, z jego ust dobył się paskudny fetor. Domi­nik nie wzdry­gnął się, czu­jąc odór, wręcz prze­ciw­nie - pochy­lił się w stronę pacjenta i zaczerp­nął tchu, by prze­ana­li­zo­wać cha­rak­ter infek­cji.

- Czy mogę osłu­chać ci płuca, Danielu?

Dziecko ski­nęło głową. Domi­nik zdjął ste­to­skop z szyi, roz­piął koszulę chłopca i obrzu­cił spoj­rze­niem tułów. W drob­nej syl­wetce podob­nej do ptaszka odzna­czał się ogromny, wysta­jący brzuch. Oboj­czyki ster­czały pod cie­niutką jak papier skórą, guzki wyła­ziły ku górze jak śle­dzie od namiotu. Ich zarys przy­po­mniał Domi­nikowi o daw­niej­szym życiu, które z wdzięcz­no­ścią zosta­wił za sobą.

Roz­grzał ste­to­skop chu­cha­niem, a potem wło­żył go dziecku pod koszulę i popro­sił, by chłop­czyk zro­bił wdech. Daniel nabrał powie­trza z łatwo­ścią, lecz skrzy­wił się, gdy je wypusz­czał. Domi­nik nasłu­chi­wał odgło­sów. Oddech zdro­wego czło­wieka rezo­nuje i szumi, uka­zu­jąc swo­bodny prze­pływ powie­trza przez płuca. Odde­chowi tego dziecka nie towa­rzy­szyły żadne dźwięki tego rodzaju - chrzę­ścił niczym opony na nie­utwar­dzo­nej nawierzchni drogi. Nie doce­nia się rado­ści pły­ną­cej ze swo­bod­nego oddy­cha­nia, dopóki się jej nie utraci. Ten chło­piec, bio­rąc haust powie­trza, musiał się czuć, jakby oddy­chał przez mokrą szmatę.

Każdy prak­ty­ku­jący lekarz przy­go­to­wuje się na znaki umie­ra­nia, które są zawsze takie same. Oddech przy­spie­sza i staje się płyt­szy, członki opa­dają. Trze­wia się roz­kur­czają. Jest jesz­cze jeden symp­tom, nieco bar­dziej sub­telny i swo­isty dla ssa­ków - spoj­rze­nie utkwione w nico­ści, sygna­li­zu­jące rezy­gna­cję ciała, zmianę nastroju, zgodę na to, że życie szy­kuje się do drogi. Wbrew domi­nu­ją­cym prze­świad­cze­niom więk­szość kona­ją­cych odcho­dzi łatwo, nie wyra­ża­jąc gniewu, lecz z akcep­ta­cją kolei rze­czy. U tego malu­cha widać było każdą pozy­cję na liście oznak śmierci oprócz tej jed­nej. Dziecko nie spo­glą­dało w dal, pogod­nie ocze­ku­jąc końca; nie chciało odcho­dzić. Oczy patrzą­cego na Domi­nika chłopca nie wyra­żały łagod­nej akcep­ta­cji, lecz gorący bunt. Przy­po­mi­nały parę gra­na­to­wych mar­mu­ro­wych kulek - kolo­rem dorów­ny­wały pió­rom modraszki. Lustro­wały szybko twarz leka­rza, wpa­try­wały się w niego dziko, roz­pacz­li­wie. Chło­piec nie oka­zy­wał nawet śladu chęci, by przejść na drugą stronę. Spoj­rzał za Domi­nika, jak gdyby sama Śmierć stała za jego ple­cami, zakap­tu­rzona i spo­wita pele­ryną, macha­jąc kosą, a on mie­rzył się z nią wzro­kiem buń­czucz­nie: "Dziś mnie nie zabie­rzesz". Potem znów wbił sza­leń­cze spoj­rze­nie w leka­rza, jak gdyby zawie­rał umowę. "Pomóż mi", mówił Daniel. "Pró­buj wszyst­kiego". Wła­śnie ten wyraz oczu dziecka, rzadki w podob­nym kon­tek­ście i nie­po­ko­jący, wywarł na Domi­niku wra­że­nie tak wiel­kie, że lekarz poczuł się zmu­szony do dzia­ła­nia.

- Pokaż mi się na sie­dząco, mło­dzień­cze - roz­ka­zał Domi­nik.

Daniel popa­trzył na niego nie­pew­nie.

- On jest zmę­czony, panie dok­to­rze - zaopo­no­wała matka.

Lekarz wie­dział, że jego prośba jawi się jako para­dok­salna - pro­sić kona­ją­cego, by usiadł.

- Wiem, że wymaga to ogrom­nego wysiłku, lecz jesteś sil­nym chłop­cem. Pew­nie szybko bie­gasz i wysoko ska­czesz?

Chło­piec poki­wał głową z prze­ję­ciem, potwier­dza­jąc, że jest atletą, i spró­bo­wał się unieść do pozy­cji sie­dzą­cej. Chude ramiona chwiały się i trzę­sły, spo­cił się z wysiłku, nie udało mu się. Wysta­wił język bokiem z ust i zamie­rzył się jesz­cze raz. Zaparł się łok­ciami z deter­mi­na­cją i w końcu się pod­niósł. Spoj­rzał na Domi­nika, cze­ka­jąc na pochwałę.

- Dosko­nale - rzekł lekarz. W jed­nej chwili oddech się popra­wił, w miej­sce mokrego szmeru poja­wił się kla­row­niej­szy i bar­dziej suchy sze­lest. - Sio­stro. Pozy­cja Fow­lera.

Sio­stra Emi­lia pode­szła pospiesz­nie i unio­sła opar­cie łóżka do czter­dzie­stu pię­ciu stopni, by chło­piec mógł sie­dzieć.

Matka chłopca - sio­stra Emi­lia zwra­cała się do niej imie­niem Rut - uśmiech­nęła się z rado­ścią. Domi­nik skwi­to­wał roz­wój sytu­acji lek­kim ski­nię­ciem głowy, potem jed­nak na powrót sku­pił się na pacjen­cie, albo­wiem sku­tecz­ność tego roz­wią­za­nia miała się wyczer­pać. Obec­nie zaka­żony płyn zbie­rał się na dnie płuc, lecz jego poziom będzie wzra­stał i jeśli nie podej­mie się lecze­nia, obez­władni cały narząd. Ten pacjent utopi się od środka.

- Próżny trud, to przy­pa­dek bez­na­dziejny - oświad­czył jakiś męż­czy­zna za ich ple­cami. Domi­nik roz­po­znał głos i poha­mo­wał wes­tchnie­nie. Dok­tor Igor Wolań­ski poma­sze­ro­wał ku niemu z roz­sier­dzoną miną i pul­su­jącą na czole żyłką. - Ma zaawan­so­waną influ­encę - orzekł. Sły­sząc to słowo, matka Daniela zady­go­tała, jak gdyby zaklął albo wypo­wie­dział bluź­nier­stwo. Całe poko­le­nie Pola­ków przy­pła­ciło życiem tę zarazę. - Zabija go to - dodał dok­tor Wolań­ski nie­po­trzeb­nie. - Nic nie da się zro­bić. Po co go sadzasz? Musi się poło­żyć, żeby umrzeć w spo­koju. To mój oddział i mój pacjent. Wra­caj do sie­bie, Domi­niku.

Domi­nik był chi­rur­giem, lecz coraz czę­ściej pro­szono go o pomoc w spra­wie infek­cji. W zszytą ranę w ciągu kilku godzin może się wdać zaka­że­nie, jeżeli się o nią pra­wi­dłowo nie zadba. Z tego względu stał się wręcz eks­per­tem w tej dzie­dzi­nie, a pie­lę­gniarki z oddziału zakaź­nego - a wła­ści­wie każ­dego - czę­sto pro­siły, by zer­k­nął na ich pacjen­tów. Nie­rzadko oglą­dał nęka­nych gron­kow­cem czy pacior­kow­cem ludzi leżą­cych na oddzia­łach dla cho­rych na cho­roby wene­ryczne, płucne, a nie­kiedy na dzie­cię­cym.

Tutaj to dok­tor Wolań­ski ucho­dził za spe­cja­li­stę - był wszak pedia­trą - Domi­nik wkra­czał zatem na jego teren. Inny lekarz może oka­załby wdzięcz­ność za pomoc, ale nie dok­tor Wolań­ski. Kro­iła się kłót­nia.

- Co mu podano? - zapy­tał Domi­nik, zwra­ca­jąc się do pie­lę­gniarki i igno­ru­jąc Wolań­skiego.

- Lau­da­num. Cztery kro­ple - odparła.

Domi­nik mil­czał. Taka ilość opium zwa­li­łaby z nóg doro­słego męż­czy­znę.

- Po lau­da­num prze­sta­wał kasz­leć - wtrą­cił dok­tor Wolań­ski ostrym tonem. - I cier­pieć. Dziecko nie powinno zazna­wać bólu. Nie zamie­rzam się tłu­ma­czyć ze swo­ich decy­zji, Domi­niku - dodał, choć dokład­nie to wła­śnie robił.

- Ból jest przy­datny - odpo­wie­dział Kar­ski spo­koj­nie i ski­nął głową. - Zdra­dza, że coś jest nie tak, jak powinno. Kaszel także odgrywa istotną rolę. Usuwa tok­syny z orga­ni­zmu. - Mówił łagod­nym tonem, który przy­bie­rał pod­czas każ­dej roz­mowy z dok­to­rem Wolań­skim. Nie chciał go roz­draż­nić. - Zga­dzam się z two­imi począt­ko­wymi uwa­gami, lecz z całym sza­cun­kiem, z pozo­sta­łymi już nie.

Dok­tor Wolań­ski pio­ru­no­wał Domi­nika wzro­kiem.

- Może odbę­dziemy tę roz­mowę na osob­no­ści. - Kar­ski zer­k­nął prze­lot­nie na matkę chłopca, Rut, która gor­li­wie przy­słu­chi­wała się wymia­nie zdań.

- Wyklu­czone - odpa­ro­wał Wolań­ski. - Moja dia­gnoza i zasto­so­wane lecze­nie są wła­ściwe. Jeśli bra­kuje ci wie­dzy w tej mate­rii, to już twoje zmar­twie­nie.

- Dosko­nale. - Domi­nik popra­wił oku­lary na nosie i cią­gnął roz­mowę przy łóżku dziecka. - Twój pacjent ma zaawan­so­waną influ­encę. Lecz to nie grypa go zabija. I można by coś wskó­rać.

Pedia­tra się roze­śmiał.

- Twier­dzisz, że influ­enca nie zbiera śmier­tel­nego żniwa? Że cho­roba, która zmio­tła ćwierć naszych mło­dych żoł­nie­rzy, naj­sil­niej­szych i naj­dziel­niej wal­czą­cych pod­czas Wiel­kiej Wojny, nie zabija? - Czę­sto wygła­szał podobne tyrady, usta­wia­jąc się na tle sta­ty­styk i wyda­rzeń histo­rycz­nych, jak gdyby nie był leka­rzem, lecz poli­ty­kiem prze­ma­wia­ją­cym do tłumu i ubie­ga­ją­cym się o urzędy.

- Influ­enca rzadko pro­wa­dzi do zgonu - odparł Domi­nik. Takie uwagi na ogół wywo­ły­wały pogar­dliwe prych­nię­cia i dzi­siaj nie było ina­czej. Dok­tor Wolań­ski zaśmiał się drwiąco i cmok­nął, a matka chłopca popa­trzyła na Domi­nika, jakby osza­lał. Nawet Daniel na łożu bole­ści zadarł brew. - Ten chło­piec nie umrze na grypę, cho­ciaż rze­czy­wi­ście kona.

Dok­tor Wolań­ski zało­żył rękę na rękę.

- Na co więc umrze?

- Na zapa­le­nie płuc. - Domi­nik się rozej­rzał. Wszy­scy mil­czeli, więc cią­gnął: - Wirus grypy zaata­ko­wał i osła­bił jego sys­tem odpor­no­ściowy. Drob­no­ustroje opor­tu­ni­stycz­nie wyko­rzy­stały oka­zję i zało­żyły w jego płu­cach nie­wielką osadę.

Dok­tor Wolań­ski mach­nął ręką.

- Dobrze, w takim razie cierpi rów­nież na zapa­le­nie płuc. Co za róż­nica, zapa­le­nie płuc jest rów­nie śmier­telne jak grypa. Nie ist­nieje na to lekar­stwo. Już nie­ba­wem będzie tot.

Domi­nik ścierpł, sły­sząc nie­miecki wyraz. Dok­tor Wolań­ski miał zwy­czaj okra­szać dys­ku­sje ger­ma­ni­zmami. Podzi­wiał obecną nie­miecką poli­tykę medyczną, któ­rej pewne ele­menty można by uznać za anty­spo­łeczne.

- Mam lekar­stwo na zapa­le­nie płuc - odparł Domi­nik.

- Co pro­szę? - zapy­tał zdu­miony Wolań­ski.

- To nowy lek. - Domi­nik wbił wzrok w pod­łogę. - Sam go zro­bi­łem.

Dok­tor Wolań­ski wybuch­nął grom­kim śmie­chem.

- Oto pan i zbawca! - Zwró­cił się do Rut: - Sza­lony nauko­wiec, co warzy elik­siry u sie­bie w wychodku. Pro­szę go nie słu­chać, nic nie da się zro­bić. Niech pani nie naraża swo­jego chłopca na nie­po­trzebny ból.

Domi­nik pokrę­cił głową.

- Pro­szę wyba­czyć, dok­to­rze, ale jeśli będziemy kon­ty­nu­ować tera­pię bez zmian, dziecko umrze.

Wolań­ski znów zwró­cił się do matki dziecka:

- Wybór należy do dro­giej pani. Możemy kon­ty­nu­ować lecze­nie prze­pi­sane przez waszego leka­rza, zgod­nie z tym, co dla uśmie­rze­nia bólu od dzie­sią­tek lat zale­cają wszy­scy cie­szący się sza­cun­kiem fachowcy. Albo może pani pozwo­lić, by ten sza­le­niec zadał swoim toni­kiem wię­cej cier­pie­nia.

Kar­ski przy­glą­dał się kobie­cie, która wodziła wzro­kiem po leka­rzach, sta­ra­jąc się pod­jąć decy­zję. Gdyby opie­rać się wyłącz­nie na wyglą­dzie, wybór byłby oczy­wi­sty. Domi­nik nie spraw­dziłby się w roli pedia­try. Nie znał żar­tów, a minę robił tak kwa­śną, że na jej widok zsia­dłoby się mleko. Syl­wetkę miał drobną, lecz krzepką, nosił cięż­kie oku­lary w masyw­nych opraw­kach. Poza tym ni­gdy, przeni­gdy się nie uśmie­chał. Ponie­kąd przed kimś wła­śnie takim jak on matki mogłyby ostrze­gać swoje potom­stwo: był niczym zbir z bajki czy pory­wacz dzieci.

Jego kolega za to pre­zen­to­wał pozorną pogodę i jeśli się go dobrze nie znało, można było go uznać za wyba­wi­ciela dzia­twy. Policzki dok­tora Wolań­skiego kwi­tły weso­łym rumień­cem, a obli­cze miał nie­mal ide­al­nie okrą­głe. Z ramion i postury koja­rzył się mile z wańką-wstańką, a głowę zdo­biły mu puszy­ste blond włosy. Gdyby zapu­ścił brodę, byłby z niego zna­ko­mity Święty Miko­łaj na nowo­cze­sną modłę. Gdy szło zatem o sam wygląd, nale­żało roz­strzy­gnąć mię­dzy pory­wa­czem dzieci a Świę­tym Miko­łajem. Domi­nik nie dzi­wiłby się kobie­cie, gdyby wybrała jego prze­ciw­nika. Tak się jed­nak nie­szczę­śli­wie zło­żyło, że Święty Miko­łaj doko­ny­wał stop­nio­wej euta­na­zji jej dziecka za pomocą opium, pod­czas gdy pory­wacz chciał przy­naj­mniej spró­bo­wać ura­to­wać chłopcu życie.

Matka Daniela popa­trzyła na Wolań­skiego, na Domi­nika, a potem znowu na pedia­trę.

- Dzię­kuję, panie dok­to­rze - zwró­ciła się do niego. Mówiła cicho i z pokorą. - Ni­gdy nie zdo­łamy się panu odwdzię­czyć za oka­zaną tro­skę. - Domi­nik roz­po­zna­wał ten głos, ten układny, kobiecy ton. - Ale jestem córką pro­stego szewca - dodała. - Chcia­ła­bym wypró­bo­wać cza­ro­dziej­ski elik­sir.

Dok­tor Wolań­ski pokra­śniał jak burak. Zro­bił wdech, wydech, potem ski­nął głową, jak gdyby z nagła wez­brała w nim burza, która rów­nie szybko minęła. Czę­sto się tak zacho­wy­wał - ogar­niało go roz­tar­gnie­nie, popa­dał w obse­sję na jakimś punk­cie, a potem sku­piał się na czymś innym, jakby ni­gdy nic.

- Bie­daczko. Ale nie wie pani, co czyni. Modlę się za duszę pani syna. - Wolań­ski odwró­cił się do Domi­nika i wymam­ro­tał szorstko: - Niech ci będzie. Krew tego dziecka będziesz miał na rękach. - Potem ode­zwał się do pie­lę­gniarki: - Sio­stro, ja umy­wam ręce od tego przy­padku, a na akcie zgonu tego chłopca jako przy­czynę śmierci należy podać: "Mor­der­stwo doko­nane przez dok­tora Kar­skiego".

Domi­nik zasta­na­wiał się, czy wspo­mnieć, że na akcie zgonu na ogół nie ma rubryczki na imię i nazwi­sko zabójcy, ale ugryzł się w język. Dok­tor Wolań­ski odda­lił się nie­zdar­nie kory­ta­rzem, poty­ka­jąc się po dro­dze o sta­lowy wózek z przy­rzą­dami medycz­nymi. Meta­liczny brzęk odbił się echem po całym oddziale.

Trzeba przy­znać uczci­wie, że w kwe­stii lecze­nia tego dziecka Domi­nik miał nad dok­to­rem Wolań­skim nie­jaką prze­wagę. Po pierw­sze, dawno temu widy­wał wiele podob­nych przy­pad­ków. Po dru­gie, przez ostat­nie jede­na­ście lat łączyła go ukrad­kowa zaży­łość z bak­te­riami, tymi nowymi zwie­rzę­tami, które choć drob­niej­sze niż główka szpilki, zdolne były oba­lić sło­nia. Podzi­wiał ich moc i stu­dio­wał ich oso­bliwe wędrówki przez ściany i tkanki, przez arte­rie do żył. Cza­sami nawet, gdy pie­lę­gniarki poszły już do domu, mówił do nich w swoim labo­ra­to­rium. "Spry­ciula z cie­bie", rzu­cał do gram-dodat­niej komórki gron­kowca.

Pie­lę­gniarka nachy­liła się w jego stronę.

- Co pan zamie­rza, dok­to­rze?

- Podam mu lekar­stwo - odparł Domi­nik drżą­cym gło­sem.

- Które sam pan zro­bił?

Poki­wał głową.

- Z czego je pan zro­bił?

- Z ple­śni. - Odchrząk­nął.

- Z ple­śni? - powtó­rzyła pie­lę­gniarka, jakby dzięki temu słowa miały się oka­zać nie­praw­dziwe. - Zamie­rza pan wstrzyk­nąć dziecku pleśń? - Na­dal się w niego wpa­try­wała.

- Niech sio­stra przy­nie­sie z chłodni fiolkę z żółtą ety­kietą. Pro­szę nabrać sześć jed­no­stek. - Osza­co­wał wagę dziecka z namy­słem. - Osiem jed­no­stek. Igła dwu­dziestka szóstka.

Sio­stra Emi­lia wes­tchnęła i wyszła na kory­tarz.

Domi­nik, podob­nie jak zapewne co drugi lekarz w Euro­pie, prze­czy­tał pracę Szkota Ale­xan­dra Fle­minga o tym, jak zabić bak­te­rie za pomocą ple­śni. Więk­szość ją odrzu­ciła, jego jed­nak arty­kuł zafa­scy­no­wał. Jako nauko­wiec był sta­ro­świecki i wyzna­wał zasadę nul­lius in verba - nie wie­rzyć nikomu na słowo, wypró­bo­wał więc kon­cep­cję wysu­niętą przez Fle­minga. W pierw­szej kolej­no­ści odkrył, że Fle­ming nie znał się na che­mii orga­nicz­nej. Gdy umiesz­czało się pleśń na szalce Petriego, wbrew zapo­wie­dziom szkoc­kiego medyka nie zabi­jała ona bak­te­rii. W nie­któ­rych przy­pad­kach wręcz pod­no­siła dłu­gość życia drob­no­ustro­jów. Jed­nakże choć Fle­ming nie doli­czył się mole­kuł węgla, Domi­nik nie popeł­nił takiego błędu. Ponow­nie wymie­szał roz­twór i za dwu­na­stym razem pędz­lak zabił bak­te­rie. Było to raczej osią­gnię­cie inży­nie­ryjne niż zaawan­so­wane odkry­cie naukowe: pleśń prze­nik­nęła ścianę komór­kową i osła­biła ją, a komórka się zło­żyła i umarła.

Domi­nik popa­trzył na matkę chłopca. Nie miała na nogach poń­czoch. W ustach w miej­scu lewego sie­ka­cza ziała czarna dziura.

- Nie gwa­ran­tuję, że wszystko się powie­dzie, pro­szę pani - ode­zwał się do niej. - Nie­wy­klu­czone, że zabije to syna.

Brak zęba przy­da­wał jej swo­istego hartu, twar­do­ści niczym u ste­ra­nego przez bitwy żoł­nie­rza, który napa­trzył się, jak jego przy­ja­ciele idą na śmierć.

- A czy on i tak umrze? - zapy­tała.

- Tak - odparł.

Umil­kła i owi­nęła się cia­śniej płasz­czem. Mate­riał okry­cia zda­wał się zbyt cienki jak na luty. Zbli­żała się wio­sna, lecz w nocy był przy­mro­zek. Czy całą zimę cho­dziła w tym zno­szo­nym płasz­czu? Sły­szał, jak szczęka zębami, i wyobra­ził sobie, jakie to uczu­cie mar­z­nąć przez dłu­gie mie­siące, ni­gdy się nie roz­grze­wać. Popa­trzyła leka­rzowi w oczy, a on odniósł wra­że­nie, że odpy­tuje go spoj­rze­niem, tak samo jak wcze­śniej jej syn - się­ga­jąc w głąb niego. Wów­czas Domi­nik pomy­ślał o wła­snym dziecku; on także był rodzi­cem. Rozu­miał, co ta kobieta prze­żywa w tej chwili. Roz­wa­żała wielce praw­do­po­dobną per­spek­tywę rychłej utraty syna i prze­czu­wała bez­sens, który póź­niej może zawład­nąć jej życiem. Nie będzie już matką. Domi­nik prze­łknął ślinę, czu­jąc brze­mię czy­je­goś ist­nie­nia, które spo­czy­wało w jego rękach.

- Niech pan to zrobi - rze­kła w końcu, kiwa­jąc głową. - Niech pan mu poda mik­sturę.

Sio­stra Emi­lia wró­ciła ze strzy­kawką. Cze­kała na końcu kory­ta­rza, Domi­nik musiał więc do niej podejść, zosta­wia­jąc matkę przy leżą­cym w łóżku dziecku.

- Asy­sto­wał pan kie­dyś przy takim zabiegu? - zapy­tała go.

Spoj­rzał na nią.

- Sam pod­ją­łem próbę. Na świni.

- Jaki był rezul­tat?

Odkaszl­nął.

- Zwie­rzę zmarło. - Pie­lę­gniarka zro­biła minę, jakby żało­wała, że skie­ro­wała pacjenta do Domi­nika. - Choć nie­po­dobna z pew­no­ścią stwier­dzić, czy przy­czyną była pleśń - zauwa­żył pogod­nym tonem, chcąc dodać jej otu­chy. - Nie wycią­gam nauko­wych wnio­sków z próby ogra­ni­cza­ją­cej się do jed­nego wie­prza.

- Nie uważa pan, że nale­ża­łoby wypró­bo­wać pre­pa­rat na oso­bie doro­słej, zanim poda się go dziecku?

Domi­nik wes­tchnął.

- Próby kli­niczne potrwają dłu­gie mie­siące, sio­stro. Chło­piec umrze dziś po połu­dniu, nie­za­leż­nie od tego, czy podam mu zastrzyk.

Pie­lę­gniarka mil­czała. Wpa­try­wał się w nią przez chwilę, potem wes­tchnął ponow­nie. Wziął strzy­kawkę i prze­szedł za róg do pokoju zabie­go­wego, odsło­nił pośla­dek i wra­ził igłę we wła­sne ciało. Wci­snął tłok, a spo­rzą­dzona przez niego mik­stura roze­szła się pod skórą, gdzie wchłoną ją naczy­nia krwio­no­śne, następ­nie zaś powę­druje żyłami do jego serca, które będzie roz­pro­wa­dzać tru­jącą pleśń po jego ciele, aż trafi do każ­dego organu i wszyst­kich komó­rek. Wró­cił do pie­lę­gniarki.

- Co pan dok­tor zro­bił? - zapy­tała, wbi­ja­jąc wzrok w strzy­kawkę.

- Zgod­nie z zale­ce­niem poda­łem to naj­pierw oso­bie doro­słej, nim wypró­buję pre­pa­rat na dziecku.

Wyba­łu­szyła oczy.

- Co teraz będzie?

- Pro­szę odcze­kać pół godziny. - Domi­nik zer­k­nął na zega­rek. - Jeżeli w tym cza­sie mnie to nie zabije, pro­szę podać chłopcu połowę tej dawki.

Sio­stra Emi­lia spraw­dziła czas na wła­snym zegarku, który wisiał na łań­cuszku przy­pię­tym na jej piersi.

- Odcze­kajmy godzinę. Pan dok­tor jest więk­szy niż on. - Uśmiech­nęła się. - Uśmier­ce­nie pana może zająć mik­stu­rze wię­cej czasu.

Domi­nik ski­nął głową, wyszedł z dzie­cię­cego i wró­cił na obchód. Odwie­dził pacjenta, któ­remu dzień wcze­śniej wyciął śle­dzionę, oraz cię­żarną, któ­rej dziecko uło­żyło się poślad­kowo, więc nie­wy­klu­czone, że potrzebne będzie cesar­skie cię­cie. Gdy ją badał, by się prze­ko­nać, czy dziecko się odwró­ciło, wyobra­żał sobie, jak pleśń, którą sobie wstrzyk­nął, prze­miesz­cza się po jego ciele i wnika w każdą komórkę. Przed oczyma miał taką pleśń, jaką zdra­puje się z chleba - te zie­lo­no­szare kręgi wykwi­ta­jące pie­rza­stymi obło­kami, które obec­nie falo­wały w jego krwio­biegu. Po godzi­nie wciąż żył, wró­cił więc na dzie­cięcy. Pod jego dyk­tando sio­stra Emi­lia podała chłopcu cztery jed­nostki ple­śni z pędz­laka.

- I co teraz? - zapy­tała.

- Cze­kamy - odparł Domi­nik. Oboje odwró­cili się i obser­wo­wali chłopca.

Dziecko pode­rwało się w ataku kaszlu.

- Co się dzieje? - krzyk­nęła jego matka prze­szy­wa­jąco. - On się dławi!

- Panie dok­to­rze? - zapy­tała sio­stra Emi­lia oskar­ży­ciel­skim tonem. Mie­rzyła go takim wzro­kiem, jakby już zabił dziecko. - Czy pleśń wywo­łała u pacjenta nie­ko­rzystne skutki, ina­czej niż u pana? - Chło­piec krztu­sił się, oddy­cha­jąc głę­boko, z udręką. Potem poczer­wie­niał i zła­pał się za gar­dło, jak gdyby pró­bo­wał odpę­dzić duszącą go zjawę.

Domi­nik pokrę­cił głową.

- Nie sądzę. - Odsło­nił pierś dziecka i osłu­chał je ponow­nie ste­to­sko­pem. - To nie pędz­lak. Lau­da­num prze­stało dzia­łać. Tłu­miło skur­cze klatki pier­sio­wej, teraz jed­nak kaszel wraca. To dobrze. - Dziecko rzę­ziło. - Trzeba roz­bić flegmę, nim się w niej utopi.

Sio­stra Emi­lia wie­działa, co robić. Wzięła mied­nicę.

- Pluj! - roz­ka­zała.

To zwró­ciło uwagę dziecka, które pod­nio­sło na nią wzrok, jakby chciało się upew­nić co do nie­grzecz­nego nakazu. Pie­lę­gniarka poki­wała głową, a ból uległ wobec dzie­cię­cego impulsu. Chło­piec wypluł do miski dużą brą­zową grudkę flegmy. Przyj­rzał się ośli­zgłej kulce z uśmie­chem.

- Dosko­nale! - zakrzyk­nął Domi­nik. Dziecko wydęło wątłą, zajętą cho­robą pierś z dumą. - Nie prze­sta­waj, dopóki wszyst­kiego nie wykasz­lesz.

- W takim razie jesz­cze raz! - pole­ciła chłopcu pie­lę­gniarka niczym gene­rał wyda­jący roz­kaz naj­dziel­niej­szemu kapra­lowi. Pokle­pała go po ple­cach zde­cy­do­wa­nie i ryt­micz­nie jak do mar­sza.

Chło­piec chwy­cił mied­nicę. Pobu­dził płuca jesz­cze raz, tym razem moc­niej i głę­biej. Do miski wpa­dła kolejna grudka. W ciągu godziny wypluł jesz­cze dzie­sięć zie­lo­nych kulek, pod­bar­wio­nych czer­wo­na­wym, rdza­wym brą­zem.

Domi­nik poszedł do domu przy­go­to­wać dla córki kola­cję, a gdy poło­żyła się spać, wró­cił do szpi­tala. Gdy przy­szedł, dziecko spało spo­koj­nie. Gorączka zelżała. Skoro pierw­sza iniek­cja go nie zabiła, Domi­nik zle­cił, by o pół­nocy podano mu drugą, dwu­krot­nie więk­szą dawkę. Przy­niósł sobie skó­rzany fotel z gabi­netu i spał na dyżurce pie­lę­gnia­rek. Oddzia­łowa dzienna zbu­dziła go o siód­mej.

- Niech pan pój­dzie odwie­dzić pacjenta, dok­to­rze - powie­działa, kła­dąc mu dłoń na ramie­niu.

Domi­nik prze­łknął ślinę i poszedł szyb­kim, acz rów­nym kro­kiem, nie chcąc oka­zać paniki. Jeżeli dziecko zmarło, konieczna okaże się dal­sza praca, należy zmie­nić para­me­try. Będzie musiał nieco się cof­nąć. Dotarł na koniec kory­ta­rza i skrę­cił za róg. Szedł prędko, więc pośli­zgnął się i zatrzy­mał na skraju łóżka Daniela. Chło­piec sie­dział i pił z kubka rosół. Policzki miał zaru­mie­nione. Domi­nik pomo­dlił się w duchu z wdzięcz­no­ści.

Dziecko opu­ściło szpi­tal w pod­sko­kach cztery dni póź­niej. W ręku trzy­mało kan­dy­zo­wane jabłko, które dała mu sio­stra Emi­lia, i lizało je z ucie­chą. Zale­d­wie jeden na dzie­sięć tysięcy leka­rzy w Euro­pie wypró­bo­wał tech­nikę Fle­minga. Ponoć woj­sko ame­ry­kań­skie nad czymś pra­co­wało, podob­nie jak Wehr­macht. W ciągu wie­ków bak­te­rie zabiły miliardy ludzi. Teraz, w swoim jed­no­oso­bo­wym labo­ra­to­rium, Domi­nik opra­co­wał metodę, by je powstrzy­mać, przy uży­ciu kuchen­nej ple­śni. Ame­ry­ka­nie mówili na to "anty­bio­tyki".

Gdy wycho­dzili, matka chłopca pode­szła do Domi­nika, a następ­nie uklę­kła przed nim na pod­ło­dze jak rycerz przed kró­lem. Leżący w łóż­kach pacjenci odwra­cali się i szep­tem komen­to­wali nie­sto­sowny widok.

- Niech pani wsta­nie - powie­dział do niej Domi­nik.

Pokrę­ciła głową i nie ruszyła się z pod­łogi, a potem zdjęła z szyi cynową bły­skotkę i wetknęła mu ją do ręki. Były to dwa trój­kąty - pierw­szy zwró­cony do góry, drugi w dół. Uło­żone jeden na dru­gim, two­rzyły gwiazdę Dawida.

- Jeśli czło­wiek ratuje jedno życie, to jest tak, jak gdyby ura­to­wał cały świat - rze­kła do niego. Domi­nik roz­po­znał słowa z Tal­mudu, sły­szał je już wcze­śniej.

Ujął gwiazdę i musnął kciu­kiem jej powierzch­nię. Pro­mie­nie poran­nego słońca wpa­da­jące przez oprawne w ołów okna oddziału migo­tały na taniej lśnią­cej powierzchni. Chciał oddać kobie­cie gwiazdę, lecz ona zaopo­no­wała gwał­tow­nie.

- To moja zapłata - oznaj­miła. Nie pokry­łaby w ten spo­sób dzie­sią­tej czę­ści kosz­tów pobytu dziecka w szpi­talu.

Domi­nik poki­wał głową, a potem pomógł matce chłopca wstać z pod­łogi. Deli­katne zmarszczki na twa­rzy suge­ro­wały, że miała około trzy­dzie­stu lat, lecz praw­do­po­dob­nie była znacz­nie młod­sza. Gdy ujął ją pod rękę, jej łokieć ukłuł go jak igła. Pew­nie ważyła led­wie czter­dzie­ści kilo­gra­mów.

- Resztę długu odpra­cuję - oznaj­miła.

- Wszystko jest opła­cone. Pro­szę zabrać syna do domu.

Domi­nik przy­jął od reszty per­so­nelu gra­tu­la­cje, że ura­to­wał komuś życie, a pie­lę­gniarki powin­szo­wały mu nie­prze­rwa­nej zwy­cię­skiej passy. Potem udał się do swo­jego gabi­netu, by w ciszy i samot­no­ści świę­to­wać oca­lone życie. Osu­nął się na fotel i przez chwilę cie­szył się tym uczu­ciem, lecz potem prze­ko­nał się, że w ciszy jak zwy­kle ucie­kał myślami do wła­snego dziecka, Marii. Zna­lazł się w tym miej­scu ze względu na swoją córkę - wszystko to robił dla niej. I nagle zakra­dło się do niego wspo­mnie­nie tego, co uczy­nił, jak wiele lat temu usu­nął matkę Marii z życia córki. Owład­nęło nim zna­jome mroczne uczu­cie, popra­wił więc oku­lary i odwró­cił się w stronę okna, by je odpę­dzić. Był zły, że wła­śnie teraz wró­ciło do niego wspo­mnie­nie o tym wyda­rze­niu. W takie dni, gdy dopi­sał do bilansu czy­jąś duszę, powi­nien mieć prawo powie­dzieć, że warto było popeł­nić ten dwu­znaczny czyn, jakiego się dopu­ścił pięt­na­ście lat temu.

3. Moje wojaże po Niem­czech

3

Moje wojaże po Niem­czech

Dwa tygo­dnie wcze­śniej dyrek­tor do spraw medycz­nych - jak ele­gancko nazy­wano głów­nego kroj­czego i zszy­wa­cza w szpi­talu - zdra­dził Domi­ni­kowi, że z koń­cem lata wybiera się na eme­ry­turę. Była to zasłu­żona zmiana. Pro­fe­sor Jerzy Maklew­ski miał sie­dem­dzie­siąt pięć lat i god­nie słu­żył mia­stu. Pro­fe­sor, typ chi­rurga dżen­tel­mena ze sta­rej gwar­dii, cie­szył się wciąż kla­row­nym umy­słem, a ręce miał pewne i wolne od drże­nia, lecz czuł się zmę­czony i chciał wró­cić do domu, czy­tać i spę­dzać czas z żoną, która, gdy się ją lepiej poznało, oka­zy­wała się cał­kiem przy­jemną nie­wia­stą. Domi­nik na wła­sne oczy widział, jak pro­fe­sor napra­wia aortę za pomocą zale­d­wie trzech szwów i wyko­nuje cesar­skie cię­cie w nie­całe sie­dem minut. Bez zastrze­żeń twier­dził, że czło­wiek ów to wyjąt­kowy lekarz.

Star­szy kolega odwie­dził Domi­nika w gabi­ne­cie, by prze­ka­zać nowiny. Domi­nik oka­zał smu­tek wywo­łany tą decy­zją, lecz także radość, że dane mu było pra­co­wać pod kie­run­kiem tak wybit­nego chi­rurga. Win­szo­wał uda­nej zasłu­żo­nej eme­ry­tury. Pro­fe­sor ocią­gał się z wyj­ściem, jak gdyby miał jesz­cze coś do doda­nia. Przej­rzał biblio­teczkę młod­szego kolegi, lecz nie wybrał sobie nic do czy­ta­nia, wyglą­dał przez okno bez celu, zer­kał na akta pacjen­tów, nie mógł ich jed­nak czy­tać zbyt uważ­nie, bo leżały do góry nogami. Domi­nik zapro­po­no­wał mu her­batę, ale pro­fe­sor podzię­ko­wał. Wresz­cie odchrząk­nął i wygło­sił mowę.

- Trak­tuję cię jak syna, Domi­niku - zagaił.

Domi­nik zadarł brew.

- Nie­wiele to zna­czy, pro­fe­so­rze, ma pan same córki.

Star­szy lekarz wzru­szył ramio­nami.

- Cóż, no tak. Nie­mniej to prawda. I moim zda­niem lubisz tego słu­chać. - Uśmiech­nął się. - Chciał­bym, żebyś po moim odej­ściu prze­jął moje sta­no­wi­sko. Został ordy­na­to­rem.

- Schle­bia mi to - odparł Domi­nik zdę­biały. Przez chwilę cie­szył się zaszczy­tem, który go spo­tkał, a potem odmó­wił. - Oczy­wi­ście nie mogę się zgo­dzić. Naru­sza­łoby to regu­la­min.

W szpi­tal­nej hie­rar­chii Domi­nik pla­so­wał się na trze­ciej pozy­cji - wyprze­dzał go dok­tor Wolań­ski, czyli podobny do Świę­tego Miko­łaja pedia­tra sza­fu­jący lau­da­num. Wolań­ski świę­to­wał nie­dawno pięć­dzie­siąte piąte uro­dziny. Gdyby kto spraw­dził w aktach per­so­nal­nych Domi­nika, wyczy­tałby tam, że lekarz ma czter­dzie­ści cztery lata. Ponadto Wolań­ski pra­co­wał w szpi­talu o dzie­sięć lat dłu­żej niż Domi­nik. Wybu­chłby skan­dal - a przy­naj­mniej byłby wielki amba­ras - gdyby młod­szy lekarz wyprze­dził kolegę prze­wyż­sza­ją­cego go zarówno wie­kiem, jak i doświad­cze­niem.

- Zresztą i tak nie chcę tej funk­cji - powie­dział Domi­nik pro­fe­so­rowi. - Wymaga obco­wa­nia z doku­men­tami i udziału w spo­tka­niach. Wolał­bym spę­dzać ten czas z pacjen­tami. Był­bym zachwy­cony, gdyby któ­ryś z kole­gów wziął na sie­bie tę odpo­wie­dzial­ność. Okażę dok­to­rowi Wolań­skiemu pełne wspar­cie.

Star­szy czło­wiek poki­wał głową. Domi­nik sądził, że przyj­mie taką odpo­wiedź, więc zasko­czyło go, gdy pro­fe­sor nie ustą­pił.

- Zapew­niam, że nie stra­cił­byś czasu spę­dza­nego z pacjen­tami. Zapew­ni­li­by­śmy ci sekre­ta­rza, który peł­niłby obo­wiązki admi­ni­stra­cyjne.

Domi­nik zmarsz­czył brwi. Dla­czego men­tor nalega na tak nie­lo­giczne dzia­ła­nia?

- Pro­fe­so­rze, to z pew­no­ścią bar­dziej odpo­wia­da­łoby dok­to­rowi Wolań­skiemu - odparł bez ogró­dek. - Czuł­bym, że się ośmie­szam, uzur­pu­jąc sobie posadę, któ­rej wcale nie chcę.

W końcu Maklew­ski prze­szedł do sedna.

- Uwa­żamy, że ty lepiej byś się przy­słu­żył szpi­ta­lowi - oznaj­mił.

Spu­ścił oczy na swój far­tuch i pró­bo­wał zdra­pać z klapy żół­tawą plamę, może po twa­rogu. Pro­fe­sor jadał biały ser codzien­nie i zarze­kał się, że dobro­czynny wpływ twa­rogu na jelita to klucz do dłu­go­wiecz­no­ści. Bio­rąc pod uwagę, jak żwawy był pro­fe­sor mimo tylu lat na karku, Domi­nik nie miał powodu się z nim o to sprze­czać.

- Powiedz, byłeś kie­dyś na wykła­dzie dok­tora Wolań­skiego? - zapy­tał star­szy czło­wiek. - Raz w tygo­dniu wygła­sza poga­danki na tematy medyczne. Wstęp jest wolny, odby­wają się w auli imie­nia Pił­sud­skiego.

- Nie mia­łem tej przy­jem­no­ści - odparł Domi­nik. Prze­szył go dreszcz na myśl o tym, jak Wolań­ski może edu­ko­wać w zakre­sie medy­cyny.

Pro­fe­sor się uśmiech­nął.

- Ja byłem ze dwa razy.

- Czy wiele mnie omija?

- Tak. Lecz bez obaw, bo nie­ba­wem wysłu­chasz wykładu. Umówmy się, synu. Chodź ze mną na jego pre­lek­cję, a potem mi powiesz, czy twoim zda­niem dok­tor Wolań­ski to odpo­wiedni czło­wiek na funk­cję ordy­na­tora. Jeśli uznasz, że się nadaje, wię­cej o tym nie wspo­mnę. Jeśli doj­dziesz do prze­ko­na­nia, że nie powi­nien kie­ro­wać szpi­ta­lem, zgo­dzisz się ubie­gać się o tę posadę. Przy­sta­jesz na takie warunki?

Domi­nik mil­czał chwilę zain­try­go­wany.

- Dobrze.

Pro­fe­sor wycią­gnął rękę.

- Podajmy sobie dło­nie.

Domi­nik się zawa­hał. Uścisk dłoni nada­wał spra­wie nie­ocze­ki­wa­nie for­malny cha­rak­ter. Ujął rękę Maklew­skiego. Skóra pro­fe­sora była deli­katna i miękka jak u uko­cha­nego dziadka, ale chwyt miał na­dal pewny i mocny. - Chodź. Wykład się zaczyna.

Domi­nik poszedł za pro­fe­so­rem do auli Pił­sud­skiego. Na drzwiach wisiał napi­sany odręcz­nie afisz: "Moje wojaże po Niem­czech".

- Och - wes­tchnął Domi­nik. - Cze­kają nas prze­źro­cza z waka­cji dok­tora Wolań­skiego? Zaata­kuje nas zdję­ciami, na któ­rych pozuje wśród fla­min­gów w Tier­gar­ten?

- Ponie­kąd - odparł star­szy lekarz i wpro­wa­dził go na salę.

W auli Pił­sud­skiego z przodu było miej­sce na zabiegi i sek­cje zwłok, oto­czone amfi­te­atral­nie uło­żo­nymi rzę­dami, z któ­rych leka­rze i pie­lę­gniarki mogli się przy­pa­try­wać. Na stole nie leżał jed­nak pacjent, bra­ko­wało tac z przy­szy­ko­wa­nymi narzę­dziami chi­rur­gicz­nymi. Scena była nie­mal pusta. Znaj­do­wał się na niej wyłącz­nie dok­tor Wolań­ski oraz szta­lugi z wyczu­ciem dra­ma­ty­zmu zakryte baweł­nia­nym szpi­tal­nym prze­ście­ra­dłem, które spo­wi­jało tajem­ni­czą zawar­tość. Dok­tor Wolań­ski uśmiech­nął się pro­mien­nie na ich widok.

- Witaj­cie! Jakże się cie­szę, że przy­szli­ście. Moje bada­nia naresz­cie zdo­będą zasłu­żone uzna­nie. Pro­fe­so­rze, zają­łem dla pana miej­sce tu z przodu. Domi­niku, ty też możesz ewen­tu­al­nie dołą­czyć.

Inni słu­cha­cze zajęli już mniej wię­cej jedną trze­cią miejsc. Kilku szpi­tal­nych woź­nych sie­działo w rzę­dzie przy drzwiach.

- Widzia­łem, jak dok­tor Wolań­ski każe im przyjść - zauwa­żył pro­fe­sor, kiwa­jąc głową w tamtą stronę.

Inny rząd zaj­mo­wały sekre­tarka Wolań­skiego oraz kilka pie­lę­gnia­rek. Po ich minach można było wno­sić, że znaj­dują się tu wbrew wła­snej woli. Wszy­scy się roz­sie­dli, a Wolań­ski zamknął drzwi i zagaił:

- Przed­sta­wiam pań­stwu moją podróż na nie­dawną wystawę w Mona­chium - ogło­sił publicz­no­ści, pod­cho­dząc do szta­lug. - Ubie­głej jesieni mia­łem szczę­ście odwie­dzić eks­po­zy­cję, która otwo­rzyła mi oczy na ogromną tra­ge­dię. Wybra­łem się tam na spe­cjalne zapro­sze­nie izby kul­tury Rze­szy, gdyż jej człon­kiem jest mój przy­ja­ciel. - Wydął pierś i uśmiech­nął się dum­nie. - Pozna­li­śmy się w zeszłym roku na kon­fe­ren­cji i pod­trzy­ma­łem tę zna­jo­mość. Zapre­zen­to­wał mi fascy­nu­jące doku­menty. Pro­szę spoj­rzeć.

Teatral­nie i z namasz­cze­niem odsu­nął szpi­talną pościel. Pod spodem krył się pla­kat. Wid­niał na nim gro­te­skowy męż­czy­zna odziany w czarny kaftan. Zmierz­wiona broda pora­stała mu twarz dłu­gimi czar­nymi kęp­kami. W pra­wej dłoni trzy­mał trzy złote monety, a w lewej bicz. Na gło­wie miał nie­dużą czarną czapkę, podobną do tych noszo­nych na wscho­dzie. Krą­głe obli­cze oka­lały tłu­ste pukle, a krzywy kar­to­flo­waty nos ster­czał wydat­nie. Postać sta­no­wiła ucie­le­śnie­nie kosz­ma­rów anty­se­mity - był to spo­cony poborca podat­kowy z kie­sze­niami peł­nymi sło­dy­czy, by zwa­biać młode dziew­częta, demon miaż­dżący blond nie­mow­lęta na macę. Ten kurio­zalny obra­zek zna­lazł w oso­bie dok­tora Wolań­skiego skwa­pli­wego odbiorcę. W pra­wym rogu znaj­do­wała się naszki­co­wana ręcz­nie mapa Nie­miec, na któ­rej z mocą przy­bito pie­częć z sier­pem i mło­tem. Czer­wony tusz ście­kał po rysunku niczym krew.

- Spójrz­cie na tego czło­wieka - powie­dział Wolań­ski do nie­wiel­kiego tłumu zgro­ma­dzo­nych. - Czy on was nie prze­raża?

Nie­któ­rzy widzo­wie poki­wali gło­wami z prze­ję­ciem. Pro­fe­sor uniósł brew i odwró­cił głowę w stronę Domi­nika. Ten poru­szył się na sie­dze­niu nie­spo­koj­nie.

Dok­tor Wolań­ski prze­szedł do rzut­nika i włą­czył go. Na ekra­nie uka­zała się foto­gra­fia przed­sta­wia­jąca małe dziecko. Kucało ono w rynsz­toku pod sze­re­giem brud­nych od sadzy kamie­nic. Chło­piec miał na sobie podarte krót­kie spodenki, cienką koszulę i był boso. Jego głowę pokry­wał puszy­sty meszek - ktoś ją nie­dawno ogo­lił. Osoba, która to zro­biła, ska­le­czyła chłopca na czubku głowy, a gojącą się ranę pokry­wał krwawy strup. Dzieci na ogół uwiel­biały, gdy robiło się im zdję­cia. Teraz apa­raty reje­stro­wały obrazy szybko i nie trzeba było stać bez ruchu, więc malu­chy prze­py­chały się wśród wrzawy i pozo­wały do zdjęć z uśmie­chami od ucha do ucha. Jed­nak ten chło­piec się nie uśmie­chał. W ogóle nie patrzył w obiek­tyw, lecz głę­biej - na foto­gra­fu­ją­cego - i wycią­gał rękę, żebrząc o pomoc.

Domi­nik widy­wał takie dzieci pod­czas klęsk głodu po Wiel­kiej Woj­nie i wie­dział z wła­snego doświad­cze­nia, co to zna­czy nie mieć co wło­żyć do ust. Kolana dziecka przy­po­mi­nały spodki w porów­na­niu z jego paty­ko­wa­tymi, cien­kimi łyd­kami. Domi­nik nie zdzi­wiłby się, gdyby dziecko zmarło wkrótce po wyko­na­niu zdję­cia, może tego samego popo­łu­dnia, gdy foto­graf wró­cił do pen­sjo­natu na kola­cję.

- Przyj­rzyj­cie się temu obra­zowi peł­nemu żało­ści - zaape­lo­wał Wolań­ski do zgro­ma­dzo­nych. - To dziecko utrzy­muje się z tego, co znaj­dzie w śmie­ciach, i ma objawy tyfusu. Nie trwoń­cie na niego lito­ści: para się ono zło­dziej­stwem, a matka przy­słu­ży­łaby się światu, gdyby po naro­dzi­nach je udu­siła.

- Dok­tor Wolań­ski nie może prze­cież ocze­ki­wać, że potrak­tu­jemy jego słowa poważ­nie - szep­nął Domi­nik do pro­fe­sora. Sta­rzec nie odpo­wie­dział.

- Byłem świad­kiem bul­wer­su­ją­cych przy­kła­dów cho­roby i degren­go­lady - oznaj­mił dok­tor Wolań­ski prze­ra­żo­nym tonem.

Dal­sze prze­źro­cza uka­zy­wały rosyj­skie wio­ski bez kana­li­za­cji, zbli­że­nia wychod­ków na wol­nym powie­trzu i kolejne chude bose dzieci, nie­zwra­ca­jące uwagi na apa­rat, bła­ga­jące foto­grafa o jedze­nie i pie­nią­dze.

- Żałuję, że pań­stwo tego nie widzieli - stwier­dził dok­tor Wolań­ski z prze­ję­ciem, wkła­da­jąc do rzut­nika kolejne prze­źro­cze. - Te zdję­cia nie oddają spra­wie­dli­wo­ści wysta­wie. W gło­wie się nie mie­ści taka nie­go­dzi­wość! W tych żydow­skich wio­skach higiena jest zupeł­nie zanie­dbana. Musimy bro­nić takim żywio­łom dostępu do szpi­tala. Już lep­sze rezul­taty bym osią­gnął, lecząc dżumę na statku peł­nym szczu­rów.

Prze­źro­cza nie­ustan­nie pre­zen­to­wały obsce­niczne wizje, żywe obrazy ludz­kiego cier­pie­nia. Zwłoki zagło­dzo­nych w rynsz­to­kach, bez­zębni ludzie ze zgnę­bio­nymi twa­rzami żebrzący o jedze­nie. Gdy wykład dobiegł końca, Domi­nik się skrzy­wił i mruk­nął:

- Cóż za oso­bliwy pokaz.

Skoń­czyw­szy, dok­tor Wolań­ski pod­szedł do nich.

- Jakie jest zda­nie panów?

- Grun­towna pre­zen­ta­cja, dok­to­rze. Nie mia­łem poję­cia, że żywi pan takie... pasje - odparł Domi­nik.

Dok­tor Wolań­ski poki­wał głową nie­pew­nie, potem posta­no­wił widocz­nie wziąć słowa za dobrą monetę.

- Dzię­kuję. A pan, panie pro­fe­so­rze?

- Tak, dok­to­rze. Gra­tu­luję - odparł pro­fe­sor.

- W poło­wie przed­sta­wi­łem treść nieco po łeb­kach. Nie­które z zapre­zen­to­wa­nych prze­źro­czy to nie są nawet moje naj­bar­dziej udane zdję­cia. Gdy­bym wie­dział, że pano­wie przyjdą, zor­ga­ni­zo­wał­bym jesz­cze dłuż­szy pokaz. Zapra­szam do swo­jego gabi­netu, pra­gnę poka­zać panom swoją bro­szurę.

Domi­nik oba­wiał się, że wię­cej nie zdzierży.

- Żałuję, dok­to­rze, ale jeste­śmy już umó­wieni - rzekł i chciał odejść.

- To może pocze­kać, Domi­niku - zaopo­no­wał stary pro­fe­sor, chwy­ta­jąc go za ramię. - Niech dok­tor Wolań­ski pokaże nam swoją pracę.

Kar­ski poszedł za nimi do gabi­netu. Gdy wszedł do środka, prze­łknął zdu­szony okrzyk. Nie zaglą­dał wcze­śniej do lokum Wolań­skiego. Wyglą­dało, jakby prze­szedł przez nie hura­gan. Papiery zale­gały na każ­dej półce i pokry­wały więk­szą część pod­łogi. W maszy­nie do pisa­nia tkwiła do połowy zapi­sana kartka. Skądś na biurko wycie­kał atra­ment. Kolejne sterty zapi­sa­nych na maszy­nie kar­tek pię­trzyły się na para­pe­cie. Fili­żanki z nie­do­pitą her­batą stały na rega­łach i pomię­dzy sto­sami doku­men­tów, stop­niowo zara­sta­jąc ple­śnią. Domi­nik zaj­rzał do jed­nej z nich ze zgrozą, lecz także zain­te­re­so­wa­niem - moż­liwe, że roz­wi­jał się tam nie­zgor­szy pędz­lak. W pokoju uno­sił się odór zepsu­tego jedze­nia. Prze­strzeń jawiła się nie jako gabi­net leka­rza, lecz buda sza­leńca, który zaba­ry­ka­do­wał się w środku i pisze mani­fest. Domi­nik zacho­dził w głowę, jak Wolań­ski znaj­duje czas dla pacjen­tów.

Gospo­darz poczę­sto­wał ich her­batą, którą przy­jęli z grzecz­no­ści. Podał im dwie brudne fili­żanki napeł­nione let­nią czarną cie­czą, a potem zaczął mysz­ko­wać po gabi­ne­cie, gesty­ku­lu­jąc z prze­ję­ciem i pod­nie­ce­niem.

- Tak! Naresz­cie zna­la­złem. Sekre­tarka mi je scho­wała, głu­pia krowa - rzu­cił. - Pro­szę, przy­jem­nej lek­tury. - Wrę­czył im po bro­szu­rze wydru­ko­wa­nej na zwy­kłym papie­rze. - Pro­szę sia­dać i czy­tać.

Zdjął stertę doku­men­tów z krze­sła i pod­su­nął je pro­fe­so­rowi. O Domi­nika się w ten spo­sób nie zatrosz­czył. Pro­fe­sor usiadł, a Domi­nik sta­nął obok niego. Roz­ło­żyli bro­szury i prze­glą­dali je w mil­cze­niu. Domi­nik prze­stą­pił z nogi na nogę.

- Nie rozu­miem, dok­to­rze. Z tej ulotki wynika, że nie będziemy w szpi­talu leczyć żydow­skich pacjen­tów - zauwa­żył pro­fe­sor.

- Otóż to! - odparł Wolań­ski z bło­gim uśmie­chem. - Cóż, to oczy­wi­ście nie jest jesz­cze regu­la­mi­nowa zasada, lecz jedna ze zmian na lep­sze, które wpro­wa­dzę, uhm, gdy przyj­dzie na to pora.

- To nie­do­rzecz­ność, dok­to­rze - stwier­dził Domi­nik. - I tak nie­wielu tra­fia do nas. Więk­szość udaje się do szpi­tali żydow­skich.

- Ależ ow­szem! Nie zauwa­ży­łeś tego, bo w odróż­nie­niu ode mnie nie śle­dzisz takich kwe­stii. Dwa­dzie­ścia pro­cent leczo­nych u nas to Żydzi. Nie­kiedy nawet trzy­dzie­ści. To woła o pomstę do nieba.

- Jakie to ma zna­cze­nie, ilu Żydów, albo zresztą wyznaw­ców jakiej­kol­wiek innej reli­gii, leczymy u sie­bie? - zapy­tał pro­fe­sor.

- Żydzi roz­no­szą cho­roby. Było to tema­tem mojego wykładu. Przez nich źle wypa­damy, bo przy­cho­dzą tu na wpół żywi i nam umie­rają. Zani­żają sta­ty­styki.

- Nie zaob­ser­wo­wa­łem więk­szej zakaź­no­ści cho­rób - stwier­dził Domi­nik kate­go­rycz­nie.

- Oczy­wi­ście, ale prze­cież nie widzia­łeś tej wystawy - odciął się Wolań­ski z iry­ta­cją.

Domi­nik wró­cił myślami do swych nie­daw­nych pacjen­tów.

- W tym mie­ście jakieś trzy­dzie­ści pro­cent oby­wa­teli to Żydzi. Nic w tym dziw­nego. Z kolei pięć­dzie­siąt pro­cent to rol­nicy. Jeśli chcesz zmniej­szyć sta­ty­styki zapa­dal­no­ści na cho­roby, prze­stań leczyć chło­pów. Każda egzo­tyczna wysypka czy każdy czy­rak, który do nas tra­fia, pocho­dzi z zadka jakie­goś pańsz­czyź­niaka. - Zato­pił się na powrót w bro­szu­rze. - Ślij swo­ich żydow­skich pacjen­tów do mnie, dok­to­rze - dodał cicho. - Z przy­jem­no­ścią będę ich leczył.

- Dzię­kuję, dok­to­rze Wolań­ski. Czu­jemy się oświe­ceni - rzekł pro­fe­sor, wsta­jąc z tru­dem.

Wolań­ski rzu­cił się mu z pomocą, zła­pał za ramię i pocią­gnął mocno - zbyt rap­tow­nie jak na leka­rza, który powi­nien wie­dzieć, jak się obcho­dzić z mię­śniami i kośćmi starca. Maklew­ski skrzy­wił się, czu­jąc szarp­nię­cie.

Wyszli z walą­cego się gabi­netu i udali się do pokoi pro­fe­sora, gdzie Domi­nik przy­go­to­wał men­to­rowi drugą fili­żankę her­baty. Parzył her­batę dwie minuty, tak jak pro­fe­sor lubił.

- Czy teraz rozu­miesz, dla­czego się mar­twię? - ode­zwał się star­szy lekarz. - Dzię­kuję - dodał, gdy Kar­ski nalał her­batę.

- Na pewno nie mówi poważ­nie. - Domi­nik wska­zał zaka­zu­jącą Żydom wstępu bro­szurę Wolań­skiego, którą cisnęli na sto­lik. - To groch z kapu­stą. Źle napi­sał "higie­niczny". Zarówno po pol­sku, jak i po nie­miecku. Kto mu to pisał? I dru­ko­wał?

- Naj­wy­raź­niej nie Man­del­bau­mo­wie. - Pro­fe­sor się zaśmiał.

- Ow­szem. Moj­sze Man­del­baum prze­pięk­nie składa książki. Dok­tor Wolań­ski ciął koszty. Okropna zecerka.

Pro­fe­sor upił łyk her­baty i ski­nął głową. Na jego twa­rzy malo­wał się nie­po­kój. Domi­nik sta­rał się go uspo­koić.

- Dok­tor Wolań­ski na pewno będzie zbyt zajęty spra­wami lekar­skimi, by wdra­żać jakieś regu­la­miny - powie­dział. - To zwy­kłe głu­poty, które jego zda­niem chciałby pan usły­szeć, zanim go pan nomi­nuje. Gdy już będzie miał tę posadę, pochło­nie go pre­stiż z nią zwią­zany i nie zabroni pacjen­tom dostępu do szpi­tala. To doprawdy idio­tyczny pomysł.

- Wręcz prze­ciw­nie: on nie będzie dużo leczył, o czym moim zda­niem dobrze wiesz - zaopo­no­wał pro­fe­sor. - Podej­rze­wam, że wolałby do końca życia nie tknąć ste­to­skopu. Naj­gorsi są tacy leka­rze jak on. To mizan­trop z głową w chmu­rach i nie­tę­gim umy­słem. Brak mu wytrwa­ło­ści i uporu. Sam widzia­łem, jak podał małej dziew­czynce podwójną dawkę lau­da­num, żeby ją uci­szyć. Spóź­nia się na obchody, a ile­kroć się pomyli, zawsze obar­cza winą kogoś innego. Nie nada­wałby się nawet na czy­ści­ciela okien, bo szyba zawsze byłaby brudna po prze­ciw­nej stro­nie. Jeżeli uda mu się prze­jąć moje sta­no­wi­sko, wdroży te reguły - rzu­cił, wska­zu­jąc bro­szurę.

- Nie dosta­nie prze­cież takiej wła­dzy.

Pro­fe­sor pokrę­cił głową.

- Pra­cuje tu jako lekarz wyłącz­nie dla­tego, że nie możemy się go pozbyć. Jego rodzina wspiera szpi­tal finan­sowo. Zna w mie­ście każ­dego. Prze­ko­nasz się, że mam rację: obsa­dzi zarząd szpi­tala swo­imi poplecz­ni­kami i współ­pra­cow­ni­kami ojca, a oni prze­gło­sują, co tylko zapro­po­nuje. Nie u wszyst­kich jego pomy­sły wzbu­dzają sprze­ciw. W mie­ście jest wiele osób, które chęt­nie zna­la­złyby win­nego swo­ich pro­ble­mów.

- Ja też znam w tym mie­ście wiele osób. - Domi­nik się nastro­szył. - Mam przy­ja­ciół. Dobrą pozy­cję.

- I w tym rzecz - stwier­dził star­szy czło­wiek. - Ty jako jedyny masz dość siły i cie­szysz się takim sza­cun­kiem, że mógł­byś się z nim zmie­rzyć. Nikt inny nie zdo­łałby go poko­nać.

- Nie jestem czło­wie­kiem ambit­nym - odparł Domi­nik, dra­piąc się po gło­wie.

Pro­fe­sor się uśmiech­nął.

- Nie znam nikogo ambit­niej­szego. - Popra­wił sobie muszkę. - Spo­koj­nie, Domi­niku, to kom­ple­ment. Jesteś ambitny, prze­cież sam o tym wiesz. Pło­nie w tobie ogień, który każe ci być naj­lep­szym. Na szczę­ście rze­czy­wi­ście taki jesteś. Potra­fisz odcze­kać i się zasta­no­wić, zanim zabie­rzesz głos. Słu­chasz swo­ich pacjen­tów. Roz­wa­żasz obie strony medalu. Cechuje cię wytrzy­ma­łość i dzia­łasz z tak­tem. Pora wyko­rzy­stać te dary. Musisz pokrzy­żo­wać plany Wolań­skiego.

Domi­nik wes­tchnął. Na samą myśl o tym poczuł się wyczer­pany.

- Nie chcę się anga­żo­wać w poli­tykę. Pra­gnę po pro­stu być leka­rzem - wyznał.

Pro­fe­sor ujął go za ramię.

- Nie pro­sił­bym cię o to, gdy­bym oba­wiał się jedy­nie, że będzie tyra­ni­zo­wał pie­lę­gniarki i urzą­dzał sobie dłu­gie prze­rwy obia­dowe. Ale on narobi praw­dzi­wych szkód. Jeżeli uda mu się otrzy­mać tę posadę, zacznie odpra­wiać pacjen­tów, a oni umrą. Zgło­sisz się?

Domi­nik pod­szedł do okna i roz­wa­żył sprawę. Doszedł do przy­krego wnio­sku, że nie­po­dobna pro­fe­so­rowi odmó­wić.

- Dobrze - rzekł z cięż­kim ser­cem. - Może mnie pan wysu­nąć na to sta­no­wi­sko.

- Zna­ko­mi­cie - odparł pro­fe­sor. - Latem odbę­dzie się spo­tka­nie. Wszy­scy kan­dy­daci przed­sta­wią odczyt przed obec­nym zarzą­dem oraz przede mną. Nie martw się. Przez pewien czas dok­tor Wolań­ski będzie się dąsał, że stra­cił sta­no­wi­sko na twoją rzecz, ale mu przej­dzie.

Domi­nik poki­wał głową. Ostat­nim, czym zaprzą­tał sobie myśli, były ewen­tu­alne nie­zręczne sto­sunki z kolegą. Znie­sie świ­dru­jące spoj­rze­nia Wolań­skiego i krę­pu­jące spo­tka­nia na sto­łówce dla per­so­nelu.

Nękała go wizja znacz­nie gor­szych kon­se­kwen­cji tej decy­zji. Zarząd szpi­tala, chcąc uza­sad­nić wybór Domi­nika na ordy­na­tora, będzie musiał z nale­żytą sta­ran­no­ścią zba­dać jego prze­szłość: zwierzch­nicy zapra­gną wie­dzieć, jaki lekarz ma kie­ro­wać ich szpi­ta­lem, zresztą słusz­nie. Zażą­dają przy­naj­mniej indeksu uni­wer­sy­tec­kiego, aktu uro­dze­nia. Doku­men­tów o prze­biegu służby woj­sko­wej. Będą pytać o jego córkę, o jej matkę, o to, co się z nią stało. A na to pyta­nie Domi­nik nie miał dobrej odpo­wie­dzi.

Godził się z myślą, że jego dni w szpi­talu są poli­czone.

4. Naj­strasz­niej­szy pokój w biblio­tece

4

Naj­strasz­niej­szy pokój w biblio­tece

Maria szła przez park szyb­kim kro­kiem. Dziś na­dal padał silny deszcz. Prze­mo­czył jej buty, lecz dziew­czy­nie to nie prze­szka­dzało. Ścieżka do matki stra­ciła na dłu­go­ści, a Maria zamie­rzała odszu­kać rodzi­cielkę. Na świe­cie żyły ponad dwa miliardy ludzi, a ona w razie potrzeby odpyta każ­dego z nich. Zacznie od biblio­teki.

- Cześć, Lolek - przy­wi­tała się z biblio­te­ka­rzem, wcho­dząc do potęż­nej gotyc­kiej budowli, która wyło­niła się zza drzew. Mło­dzie­niec za ladą czy­tał gazetę. Maria zer­k­nęła na pierw­szą stronę. - Co dziś zbroił Herr Hitler?

- Widzisz, wła­śnie na tym polega jego pro­blem - odparł Lolek. Wska­zał foto­gra­fię pod nagłów­kiem. Wąsaty przy­wódca krzy­czał na kogoś czy na coś z pod­wyż­sze­nia. - To wszystko przez archi­tek­turę. Zbu­do­wali pałac w Pocz­da­mie tak, że bal­kon wycho­dzi wprost na wschód. Ile­kroć Führer wygła­sza mowę, patrzy dokład­nie w naszą stronę. Gdyby jego taras wycho­dził na pół­noc, nie byłoby kło­potu. Tara­paty mia­łoby tylko morze. Biedne rybki w Bał­tyku musia­łyby się zbroić i wdzie­wać malut­kie hełmy.

- Może podał­byś mu tro­chę mszal­nego wina, Lolku - zasu­ge­ro­wała Maria.

Mło­dzie­niec ski­nął głową. Miał rumiane policzki i wło­ski niczym złote runo, co nada­wało mu apa­ry­cję mini­stranta. Korzy­stał z tych przy­mio­tów co rano, słu­żąc do mszy z księ­dzem Wik­to­rem w kościele Świę­tych Pio­tra i Pawła. Był ulu­bio­nym ako­litą Marii - nie ze względu na nie­winny wygląd czy sprawną obsługę kadziel­nicy, lecz przez pro­por­cje wina, jakie sto­so­wał w Naj­święt­szym Sakra­men­cie. Ksiądz Wik­tor lubił stra­szyć wier­nych pie­kłem i pluł, gdy z impe­tem odcho­dził, życząc wszyst­kim tygo­dnia peł­nego wyrzu­tów sumie­nia i wstydu. Odkąd jed­nak Lolek prze­jął obo­wiązki przy­go­to­wa­nia Sakra­mentu, po komu­nii ksiądz Wik­tor nabie­rał rumień­ców, uśmie­chał się w nie­okre­śloną stronę i win­szo­wał trzódce uda­nego dnia. Raz nawet przy­snął pod­czas cichej modli­twy.

- Nie­stety, Herr Hitler nie pije - odparł Lolek. - Cie­kawy język ten nie­miecki. - Wska­zał w swo­jej gaze­cie jakiś nie­miec­ko­ję­zyczny frag­ment.

- Ile ty znasz języ­ków, Lolku? Jede­na­ście? Dwa­na­ście?

- Wiel­kie nieba, skądże - zaopo­no­wał. - Dzie­sięć.

- Znasz każdą książkę w tej biblio­tece?

- Chciał­bym znać je wszyst­kie - przy­znał. - Na trze­cim pię­trze jest regał pełen ksią­żek z dzie­dziny geo­me­trii, a ja nie znam nawet trzech spo­śród nich. Mate­ma­tyka zawsze była moją piętą achil­le­sową. Pita­go­ras miał znacz­nie wię­cej cier­pli­wo­ści do trój­ką­tów niż ja.

- Ale znasz histo­rie dla dzieci? Legendy i klechdy. Baśnie.

- Te to znam.

- Więc mam dla cie­bie łatwe zada­nie. Szu­kam pew­nej baśni, książki dla dzieci.

- Cho­dzi o Bajki Ezopa? Baśnie braci... Grimm?

- Mam na myśli kon­kretną opo­wieść. O pew­nym czło­wieku. Wspina się... po czymś. - Zmarsz­czyła czoło. Wię­cej nie potra­fiła sobie przy­po­mnieć.

- Jaś i magiczna fasola? - pod­su­nął Lolek. - Jak można wywnio­sko­wać z tytułu, główny boha­ter wspina się po fasoli. Tro­chę to nacią­gane, no ale to prze­cież baśń.

- Nie. Cho­dzi o doro­słego, który pod­jął się misji.

- Dokąd się udał?

- Nie wiem.

- Czego szuka?

- Nie jestem pewna.

- Jakiego koloru ma włosy?

- Trudno powie­dzieć. - Maria przy­gry­zła wargę. Zasób infor­ma­cji, jakim dys­po­no­wała, oka­zał się szczu­plej­szy, niż sądziła. Spu­ściła głowę.

- Mniej­sza z tym. Pan Jezus nie miał mapy, a i tak wró­cił z pustyni. - Uśmiech­nął się pro­mien­nie i popro­wa­dził dziew­czynę w głąb budynku. - Uprze­dzam cię jed­nak, Mario, że choć mamy przed sobą prze­strzeń z lite­ra­turą dla dzieci, jest to w isto­cie naj­strasz­niej­sze miej­sce w biblio­tece. - Gdy dotarli do pomiesz­cze­nia w głębi, Lolek sze­ro­kim gestem zapro­sił ją do środka. - Spójrz. Oto zbiory nie­świa­do­mo­ści zachod­niego świata. I więk­szo­ści wschod­niego. Na tych rega­łach gnież­dżą się wszel­kie kosz­mary, morały i nadzieje.

Maria się rozej­rzała. W kącie leżało pudło z zabaw­kami, w któ­rym poukła­dane były rów­niutko lalki i wago­niki kolejki.

- To sala dla dzieci. A gdzie dzieci?

Lolek się zaśmiał.

- Ni­gdy tu nie przy­cho­dzą. Czy­ta­nie bajek orga­ni­zu­jemy od frontu. - Maria ścią­gnęła brwi. - Malu­chy uwa­żają, że ten pokój jest nawie­dzony, a ja ponie­kąd się z nimi zga­dzam.

Maria zaczerp­nęła tchu gwał­tow­nie. Jakaś poczciwa i pełna dobrych inten­cji, acz pomy­lona dusza przy­ozdo­biła ścianę w głębi kom­po­zy­cją baśnio­wych postaci. W rogu wilk ści­gał Czer­wo­nego Kap­turka przez las, obna­ża­jąc lśniące, żółte kły. Na dru­gim krańcu malo­wi­dła Baba-Jaga z Jasia i Mał­gosi pie­kła dzieci w piecu w swoim domku z pier­nika. Na środku stał Staś Stra­szy­dło, któ­rego paznok­cie uro­sły aż do ziemi i zda­wały się ostre jak brzy­twa. Chło­piec jedną ręką machał w górę, a drugą w dół, jakby pró­bo­wał ściąć komuś głowę. Maria zupeł­nie się nie dzi­wiła, że dzieci nie chciały tu wcho­dzić. Podobne malunki prze­ra­zi­łyby nawet doro­słego. W tej chwili sama się ich bała.

Na rega­łach uło­żono stosy zaku­rzo­nych ksią­żek róż­nych roz­mia­rów o popę­ka­nych skó­rza­nych grzbie­tach.

- Ja bym zaczął od tego - orzekł Lolek. Zdjął z półki baśnie braci Grimm i podał jej, życząc powo­dze­nia.

Maria polo­wała na baśń nie bez kozery. Aż do wczo­raj całość jej doświad­czeń z matką spro­wa­dzała się do jed­nego wspo­mnie­nia - tego, jak czy­tała Marii, gdy ta była malut­kim dziec­kiem. Nie pamię­tała, co to była za opo­wieść, kto w niej wystę­po­wał ani co się działo. Wię­cej tej histo­rii nie sły­szała. Istotna była nie sama baśń, lecz to, co matka powie­działa do córki póź­niej, tuż przed tym, jak ode­szła z jej życia na zawsze.

Matka powie­działa Marii, dokąd się udaje i dla­czego.

Od tam­tej pory Maria pie­lę­gno­wała to wspo­mnie­nie. Przez szes­na­ście lat pró­bo­wała przy­wo­łać słowa matki. Teraz zain­spi­ro­wało ją odkry­cie wody róża­nej i jej związku z tym, co pamię­tała. Jeżeli znaj­dzie tę baśń, może zdoła odtwo­rzyć w pamięci prze­bieg tam­tego dnia.

Maria usi­ło­wała wci­snąć się z powro­tem w swoje młod­sze ciało, ujrzeć tę scenę oczyma dziecka. Na razie odtwo­rzyła z pamięci roz­myte wizje mebli i wra­żeń. Pło­nął nie­wielki ogień. Żarzyła się samotna grudka węgla. Nie potra­fiła przy­pi­sać matce twa­rzy ani ubrań, ale teraz, po odkry­ciu, któ­rego doko­nała pod pod­łogą u ojca, mogła przy­ozdo­bić jej głowę blond wło­sami. Obraz tkwił na skraju jej świa­do­mo­ści i draż­nił się z nią. Gdy wycią­gała ku niemu rękę, odska­ki­wał i ucie­kał. Jeżeli jed­nak przy­po­mni sobie baśń, może uzu­pełni ramę dal­szymi szcze­gó­łami i raz na zawsze odzy­ska pełne wspo­mnie­nie, włącz­nie ze sło­wami, które zosta­wiła jej matka.

Maria zaczerp­nęła głę­boko tchu i otwo­rzyła książkę. Grzbiet zatrzesz­czał. Wzdry­gnęła się z pod­nie­ce­nia, czuła, jakby połknęła petardę. Czy wła­śnie tę książkę czy­tała jej matka? Zer­k­nęła na pierw­szą stronę i roz­ba­wił ją widok zasta­na­wia­ją­cej listy wypo­ży­czeń wkle­jo­nej po wewnętrz­nej stro­nie okładki. Jej uwagę zwró­ciło kilka nazwisk, które znała z mia­sta. Dok­tor Igor Wolań­ski, kli­ni­cy­sta pra­cu­jący z ojcem, za któ­rym tenże, jak podej­rze­wała, zbyt­nio nie prze­pa­dał, wypo­ży­czał tę książkę dwu­krot­nie, za każ­dym razem na mie­siąc. Pozo­stałe nazwi­ska w reje­strze budziły podobne zdzi­wie­nie. Jedną z lini­jek zaj­mo­wał czło­nek rady mia­sta, kolejne kilku księży i trzech człon­ków Naro­do­wego Zjed­no­cze­nia Ludo­wego. Oso­bliwa zbie­ra­nina miej­skich dygni­ta­rzy prze­ja­wiała zain­te­re­so­wa­nie nie­miec­kimi baśniami ludo­wymi. Maria pokrę­ciła głową, obró­ciła stronę i zaczęła prze­glą­dać spis tre­ści w poszu­ki­wa­niu opo­wie­ści, w któ­rych mógłby wystę­po­wać wspi­na­jący się czło­wiek.

Prze­czy­tała książkę od deski do deski. Doszły do głosu każda wróżka, zły duch czy potwór. Ludzie zwa­biali dzieci, gra­jąc na fle­cie, a potem zamy­kali je w ciem­nicy. Mon­stra poże­rały nie­mow­lęta, olbrzymy miaż­dżyły kości w pył. Zmu­szała się, by czy­tać szo­ku­jące opo­wie­ści. Po czymś takim przez mie­siąc nie zmruży oka.

Gdy była dziec­kiem, bała się ciem­no­ści. Mia­sto, w któ­rym miesz­kała, na­dal ją prze­ra­żało. Euro­pej­scy kró­lo­wie poczy­nali sobie z Kra­ko­wem śmiele, wpro­wa­dzali się, budo­wali zamki i domy, potem opusz­czali to miej­sce, zosta­wia­jąc lud­no­ści same ruiny, znisz­czone kanały i chy­lący się ku upad­kowi zamek. Z każ­dej sypią­cej się wieży zwi­sały gar­gulce pię­ciu róż­nych impe­riów. Syczały na prze­chod­niów w języ­kach ich panów: po nie­miecku, szwedzku, rosyj­sku. Teraz sadza z tysięcy pale­nisk czer­niła budynki, two­rząc tań­czące mię­dzy murami upiory. Od wzbi­ja­ją­cego się z roz­grza­nych ście­ków fetoru włosy sta­wały dęba. Nie­ustan­nie uno­siła się mgła. Jak gdyby w odpo­wie­dzi na cza­jące się wszę­dzie zło na każ­dym rogu wzno­sił się kościół. Kato­li­cyzm jed­nak budził w Marii jesz­cze więk­szą trwogę - ci wszy­scy oskó­ro­wani święci, zakon­nice goto­wane żyw­cem w kadziach z oliwą, suche kości i reli­kwie. W tej samej biblio­tece, w któ­rej wła­śnie sie­działa, znaj­do­wała się książka oprawna w ludzką skórę, wyko­nana zręcz­nymi pal­cami jakie­goś here­tyka.

Długi czas Maria sądziła, że ogólny nie­po­kój, który ją tra­pił - jej kosz­mary i lęki, obawy i ner­wo­wość - brał się wła­śnie z tych potwor­no­ści, z tego upior­nego miej­sca, gdzie przy­szło jej żyć. Teraz jed­nak uznała, że był jesz­cze inny sprawca, któ­rego nale­ża­łoby obwi­nić. To przez znik­nię­cie jej matki i nie­chęć ojca do roz­mowy na ten temat miała wra­że­nie, jakby zie­mia stale osu­wała jej się spod stóp. Gar­gulce na dachach i tomy oprawne w ludzką skórę jedy­nie wzma­gały nur­tu­jące ją i tak odczu­cia. Wła­śnie z tego powodu zmu­szała się do dal­szej lek­tury. Żadna maka­bra przed­sta­wiona na tych kar­tach nie mogła się rów­nać okro­pień­stwom takim jak zagi­nię­cie matki i jej włosy ukryte przez ojca w domu pod par­kie­tem.

Gdy Lolek wró­cił o szó­stej wie­czo­rem, sie­działa przy­gnę­biona na pod­ło­dze. Ota­czały ją stosy roz­rzu­co­nych ksią­żek. Maria prze­czy­tała każdą baśń, jaką zna­la­zła w biblio­tece. Wśród kla­syki opo­wie­ści o boha­te­rach i nik­czem­ni­kach nie zna­la­zła ani jed­nej o wspi­na­ją­cym się czło­wieku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki