Zawsze będę Cię kochać - Samantha Young

Kup ebooka

54.90 zł
46.67 zł (45,47 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

BETH

Edyn­burg, Szko­cja

Byłam głodna, spo­cona i mocno spóź­niona. Tym­cza­sem drogę do miesz­ka­nia blo­ko­wało mi trzech wyjąt­kowo przy­stoj­nych face­tów z naj­brzyd­szą kanapą świata.

- Jesz­cze raz powiesz "obróć­cie", a wykoń­czę cię od ręki - rzu­cił koleś odwró­cony do mnie ple­cami. Miał sze­ro­kie ramiona, wąską talię i fry­zurę na samu­raja.

- Sta­ram się roz­ła­do­wać napię­cie odro­biną humoru - odgryzł się wci­śnięty mię­dzy ścianę a opar­cie kanapy gość z wyraź­nym ame­ry­kań­skim akcen­tem.

Zaprząt­nięta wła­snymi spra­wami prze­oczy­łam lśnią­cego czar­nego Land Rovera, obok któ­rego zosta­wi­łam samo­chód na pry­wat­nym par­kingu przy Love­rose Lane. Nie zwró­ci­łam też uwagi na sto­jącą przed wej­ściem do budynku fur­go­netkę firmy prze­pro­wadz­ko­wej, bo czy­ta­łam aku­rat wia­do­mość od Cary, która dla jed­nego z naszych auto­rów kazała mi na powrót zatrud­nić zwol­nioną nie­dawno influ­en­cerkę.

Odpi­sa­łam jej, prze­cią­gnę­łam przez czyt­nik przy wiel­kich szkla­nych drzwiach kartę wej­ściową i zacze­ka­łam, aż się roz­suną. Rodzice chęt­nie pomo­gli mi opła­cić depo­zyt wła­śnie dla­tego, że było tu tak bez­piecz­nie. Wej­ście tylko na kartę i kamery w hallu, a wszystko to rap­tem dzie­sięć minut spa­cer­kiem od ich domu przy Dublin Street, w któ­rym się wycho­wa­łam.

W budyn­kach eks­klu­zyw­nego osie­dla na rogu Love­rose Lane i Dun­das Street prze­wi­dziano oczy­wi­ście windy, ja jed­nak wra­ca­łam z siłowni i chcia­łam pod­trzy­mać przy­jemne pul­so­wa­nie krwi, posta­no­wi­łam więc wejść scho­dami. Żeby dotrzeć do swo­jego dwu­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia (bo tylko na takie było mnie stać w samym sercu Edyn­burga), musia­łam poko­nać cztery kon­dy­gna­cje. Po dro­dze dobie­gały mnie pod­nie­sione męskie głosy, odbi­ja­jące się echem w klatce scho­do­wej. Faceci ewi­dent­nie się kłó­cili. Wyszedł­szy zza rogu, odkry­łam dla­czego.

Trzech gości utknęło mię­dzy dru­gim a trze­cim pię­trem z wielką, trzy­oso­bową gra­na­tową kanapą w żółte kwiaty.

Zer­k­nę­łam na komórkę. W banku żyw­no­ści w Leith, w któ­rym w piąt­kowe popo­łu­dnia pra­co­wa­łam jako wolon­ta­riuszka, mia­łam być za godzinę. Zostało mi nie­wiele czasu na lunch i prysz­nic. Bank zbie­rał żyw­ność od pry­wat­nych dar­czyń­ców i prze­ka­zy­wał ją potrze­bu­ją­cym. Jego sze­fowa bar­dzo pil­no­wała, żeby wolon­ta­riu­sze prze­strze­gali godzin dyżu­rów.

- Pod­nie­śmy kanapę nad głowę. Może wtedy uda nam się skrę­cić?

Wku­rzona spoj­rza­łam na faceta sto­ją­cego przo­dem do mnie przy końcu feral­nego mebla. Świa­tło wpa­da­jące przez dłu­gie pro­sto­kątne okno za jego ple­cami oto­czyło miękką poświatą jego ciem­no­włosą głowę, więc chwilę trwało, nim dostrze­głam rysy twa­rzy.

Roz­po­zna­łam go. Serce fik­nęło mi koziołka.

Cal­lan Keen.

Kapi­tan i czo­łowy pomoc­nik Cale­do­nia Uni­ted, jed­nej z edyn­bur­skich dru­żyn Szkoc­kiej Ligi Zawo­do­wej Piłki Noż­nej. W meczach, w któ­rych grał, nawet zawod­nicy naj­lep­szych dru­żyn, takich jak Dal­mar­nock Thi­stle czy King­ston Uni­ted, musieli się nie­źle nabie­gać. Zasta­na­wia­cie się pew­nie, skąd ktoś, kto nie­spe­cjal­nie lubi fut­bol, tyle wie o Cal­la­nie Keenie.

Nie, nie cho­dzi o to, że jest dia­blo przy­stojny i wziął udział chyba we wszyst­kich dobrych rekla­mach w Szko­cji. Ani że grał w dru­ży­nie naro­do­wej w zeszło­rocz­nym tur­nieju.

Nie, nic z tych rze­czy.

Zna­łam go od lat. Był synem faceta, który wbił mojemu ojcu nóż w plecy.

I co wła­śnie robił? Wno­sił obrzy­dliwą kanapę po scho­dach budynku, w któ­rym miesz­ka­łam.

Zro­biło mi się zimno ze stra­chu.

Apar­ta­ment nade mną został wysta­wiony na sprze­daż. Stał pusty od dwóch tygo­dni. A to ozna­czało jedno: kupił go Cal­lan albo któ­ryś z jego kum­pli od wno­sze­nia kanapy. Ci dwaj też pew­nie grali w fut­bol. Bez waha­nia posta­wi­ła­bym na to swo­jego uko­cha­nego elek­trycz­nego Mini Coopera.

Do naszego budynku wpro­wa­dzi się pił­karz. Super. Tylko tego bra­ko­wało.

Wku­rzona na maksa wizją hucz­nych imprez i wygłu­pów, które z pew­no­ścią zakłócą spo­kój mego wyma­rzo­nego gniazdka, skrzy­żo­wa­łam ręce na pier­siach.

- Powie­cie mi, po jakie licho tar­ga­cie kanapę scho­dami, skoro w budynku jest duża winda? - wark­nę­łam.

- O w mordę! - sap­nął Samu­raj. Zasko­czony za szybko obró­cił głowę, stra­cił rów­no­wagę i opadł ciężko na sofę.

Pozo­stali krzyk­nęli, pró­bu­jąc utrzy­mać roz­chwiany mebel. Pan Samu­raj popra­wił chwyt, po czym ponow­nie obró­cił głowę i przez ramię zmie­rzył mnie tak­su­ją­cym spoj­rze­niem. Trzeba przy­znać, że był nie­mal rów­nie atrak­cyjny jak Cal­lan. Miał cie­płe brą­zowe oczy i oliw­kową cerę. Kiedy skoń­czył mnie tak­so­wać, wykrzy­wił usta w przy­mil­nym uśmie­chu.

- Hejka - rzu­cił.

- No i co teraz? - burk­nę­łam, wzru­sza­jąc ramio­nami. Nie spoj­rzaw­szy nawet na Samu­raja, utkwi­łam oskar­ży­ciel­ski wzrok w Cal­la­nie. Zauwa­ży­łam, w któ­rym momen­cie mnie roz­po­znał, bo jego zie­lone oczy zwę­ziły się nie­bez­piecz­nie.

- To ty? - wypluł z sie­bie, jakby natknął się na wyjąt­kowo obrzy­dliwe neme­zis.

Usta mi zadrżały, ale powstrzy­ma­łam uśmiech, w porę przy­po­mi­na­jąc sobie, jak bar­dzo ci trzej mnie iry­tują.

- To co? - Poło­ży­łam ręce na bio­drach i wska­za­łam głową kanapę. - Może jed­nak winda?

- Chwila... - Samu­raj zer­k­nął na Cal­lana. - Kto to jest? Zna­cie się?

- Zacze­kajmy z pre­zen­ta­cją, aż zatar­gamy to cho­ler­stwo do miesz­ka­nia Keena - jęk­nął koleś przy­ci­śnięty kanapą do ściany.

Miesz­ka­nie Keena. Oczy­wi­ście. Moim nowym sąsia­dem będzie Cal­lan.

- Cóż, panno Mądra­liń­ska... - Cal­lan wykrzy­wił się w sar­ka­stycz­nym uśmie­chu. - Kanapa nie zmie­ściła się do windy. Musie­li­śmy wybrać schody.

- Grasz w piłkę od lat. Nie stać cię na tra­ga­rzy?

- W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych nie zakła­dam, że kasa zała­twi wszystko.

Prze­wró­ci­łam oczami, wie­dząc, że pije do mnie i moich rodzi­ców.

- Wyobraź sobie, kapi­ta­nie - syk­nę­łam - że tara­su­jesz wej­ście do mojego miesz­ka­nia, a mnie się dzi­siaj spie­szy.

- Serio nazwała cię kapi­ta­nem?! - prych­nął Samu­raj.

- Prze­cież jest kapi­ta­nem waszej dru­żyny. - Spoj­rza­łam na niego zimno. - A jako kapi­tan z pew­no­ścią znaj­dzie spo­sób, żeby usu­nąć mi z drogi to kwie­ci­ste obrzy­dli­stwo. Jak mówi­łam, spie­szę się.

- Bar­dzo mi przy­kro, nic z tego. - Cal­lan by­naj­mniej nie wyglą­dał na skru­szo­nego. - Nie krę­puj się. Zadzwoń do kosme­tyczki. Nałoży ci maseczkę w innym ter­mi­nie. Albo wiesz co... sko­rzy­staj z windy.

Ski­nął na kum­pli, uno­sząc swój koniec kanapy.

- W górę ją, pano­wie.

Z rękami zało­żo­nymi na piersi patrzy­łam drwiąco, jak szar­pią się z gra­na­towo-żół­tym mon­strum. Po kilku minu­tach wypeł­nio­nych posa­py­wa­niem i peł­nymi iry­ta­cji wark­nię­ciami pod­nie­śli wresz­cie kanapę na wypro­sto­wa­nych ramio­nach. Muszę przy­znać, że widok napię­tych mię­śni pod gładką skórą popra­wił mi nieco humor. I żeby popa­trzeć dłu­żej, posta­no­wi­łam odpu­ścić windę. Prze­ży­łam nawet chwilę nie­po­koju, kiedy środ­kowy koleś za opar­ciem omal nie wyle­ciał razem z kanapą przez okno, na które z impe­tem wpadł, zakrę­ca­jąc.

- To jak, powiesz mi wresz­cie, coś za jedna? - sap­nął Samu­raj, kiedy zna­leź­li­śmy się w końcu w kory­ta­rzu.

Szłam tuż za nimi i pew­nie powin­nam była się skie­ro­wać do windy, ale żal mi było wido­ków. Poza tym po cichu liczy­łam, że to wszystko jest tylko ponu­rym żar­tem. Cal­lan ściem­nia i wcale nie wpro­wa­dza się do budynku, w któ­rym miesz­kam.

Nie widzia­łam go od lat - nie licząc oczy­wi­ście wywia­dów w tele­wi­zji albo reklam, w któ­rych wystę­po­wał, więc mimo­wol­nie śle­dzi­łam wzro­kiem, jak tasz­czy na górę gigan­tyczną zwy­cięż­czy­nię kon­kursu na naj­brzyd­szą kanapę świata. Powró­ciły wspo­mnie­nia, gasząc na chwilę iry­ta­cję. Nie­mal widzia­łam, jak pochyla ku mnie w kla­sie ciemną czu­prynę, rzu­ca­jąc pod nosem zabawne uwagi, po któ­rych nie umia­łam opa­no­wać śmie­chu. W cza­sach szkoły wystar­czyło, że zechciał na mnie spoj­rzeć, a już pro­mie­nia­łam.

- No i? - naci­skał Samu­raj.

Drgnę­łam, otrzą­sa­jąc się ze wspo­mnień.

- Jestem Beth. Cie­kawa ta wasza kanapa.

- Nie zaczy­naj - sark­nął Cal­lan.

- Też mu dałem popa­lić - wyszcze­rzył się Środ­kowy. - Tylko dureń kupiłby takie paskudz­two.

- Szlag by to - zaklął Cal­lan. Jego głowa znik­nęła nagle znad boku kanapy, a gra­na­towy potwór prze­chy­lił się nie­bez­piecz­nie w stronę Samu­raja.

Pod­bie­głam i opar­łam się ramie­niem o bok mebla, pod­trzy­mu­jąc go.

- Prze­pra­szam - wystę­kał Cal­lan. - Potkną­łem się.

- Dzięki. - Samu­raj popa­trzył na mnie z apro­batą.

- Dro­biazg - odpar­łam, choć czu­łam, jak drżą mi napięte pod cię­ża­rem mię­śnie. Znio­słam dziel­nie ból, cze­ka­jąc, aż Cal­lan poprawi chwyt i unie­sie kanapę.

Pod­niósł głowę. Kiedy zauwa­żył, co robię, zmarsz­czył groź­nie brwi.

- Co ty wypra­wiasz?

- Pomaga - wyrę­czył mnie Samu­raj, krzy­wiąc się z nie­do­wie­rza­niem. - Prze­szka­dza ci sek­sowna sąsiadka?

- Dzięki. - Roz­pro­mie­ni­łam się na kom­ple­ment. - Też jesteś niczego sobie.

- Wiem. - Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. - Ale doce­niam.

- Nic z tego. - Cal­lan przy­trzy­mał opar­cie jedną ręką, wymie­rza­jąc w nas oskar­ży­ciel­sko palec dru­giej. - Zapo­mnij. Nie jeste­ście przy­ja­ciółmi.

- No nie wiem... - Wzru­szy­łam ramio­nami. - Czuję, że mamy wiele wspól­nego.

- Zde­cy­do­wa­nie - potwier­dził Samu­raj. - A przy oka­zji, jestem Baird. Bram­karz Caley.

Nic dziw­nego, bio­rąc pod uwagę jego wzrost i gaba­ryty, pomy­śla­łam, robiąc przy tym mądrą minę, jak­bym o piłce noż­nej wie­działa wszystko.

- A ja John. Nie żeby ktoś pytał. - Środ­kowy posłał mi krzywy uśmie­szek.

Z bli­ska odkry­łam, że jeste­śmy do sie­bie zaska­ku­jąco podobni w kolo­ry­cie. Mie­li­śmy takie same ciem­no­blond włosy, jasne, nie­bie­skie oczy i oliw­kową skórę. Mogli­by­śmy ucho­dzić za rodzeń­stwo. Chyba dostrzegł moje zasko­cze­nie, bo uśmiech­nął się sze­roko, jakby wie­dział, o czym pomy­śla­łam, i podzie­lał moją opi­nię.

- Gram w środku pola.

Nie mia­łam poję­cia, co to ozna­cza, ale na wszelki wypa­dek poki­wa­łam głową.

- I jesteś Ame­ry­ka­ni­nem albo Kana­dyj­czy­kiem?

- Brawo. Więk­szość ludzi ma mnie za Jan­kesa, a ja pocho­dzę z Toronto. - W nazwie mia­sta omi­nął dru­gie t.

- A ty jesteś Beth i... - Baird zawie­sił głos, cze­ka­jąc, aż coś dorzucę.

- I ręce mnie bolą jak dia­bli - wark­nął Cal­lan. - Beth chyba wspo­mniała, że się spie­szy do kosme­tyczki.

- Nic takiego nie mówi­łam.

- Mówi­łaś.

- Powie­dzia­łam, że się spie­szę. Kosme­tyczkę i maseczkę sam doda­łeś.

- Maseczka, paznok­cie, co za róż­nica? Grunt, żeby­śmy wresz­cie dotar­gali na górę tę cho­lerną kanapę.

- Wow... Nie mówi się tak do przy­ja­ciół.

- Ty i ja się nie przy­jaź­nimy - wark­nął.

Niby nie powinno mnie to obcho­dzić, a jed­nak zakłuło bole­śnie. Zdo­by­łam się na wymu­szony uśmiech.

- Mia­łam na myśli Bairda i Johna.

- Na górę! - Cal­lan pocią­gnął kanapę z taką siłą, że musie­li­śmy ruszyć za nim.

Nie­długo póź­niej dotar­li­śmy na moje pię­tro. Im zostało jesz­cze jedno.

- Daj mi chwilę, ręce mi zdrę­twiały. - John z roz­ma­chem posta­wił kanapę.

Sko­rzy­sta­li­śmy z oka­zji, odsu­wa­jąc się od niej o krok.

Cal­lan i ja sta­nę­li­śmy oko w oko po raz pierw­szy od ośmiu lat. Miał na sobie T-shirt, niby luźny, ale cia­sno opi­na­jący jego potężne ramiona i bicepsy, do tego dżinsy i prze­tarte czarne teni­sówki. Wie­dzia­łam, że to buty od Diora, bo mój brat Luke miał świra na punk­cie ciu­chów tego pro­jek­tanta. Wszystko to jed­nak i tak się nie liczyło. Cal­lan Keen nawet owi­nięty w worek na śmieci wyglą­dałby jak milion dola­rów. Prze­sta­łam się dzi­wić, że zgar­niał tyle reklam. Ponad metr osiem­dzie­siąt, atle­tyczna budowa ciała, każdy gar­ni­tur leżał na nim jak ulał. I do tego twarz...

Ta jego cho­lerna gęba.

Wła­śnie dla­tego w cza­sach szkol­nych tak roz­pacz­li­wie się w nim buja­łam. Był moją pierw­szą miło­ścią.

Wyglą­dał nie­mal jak kie­dyś... Nie­mal. Bo dziś miał kil­ku­dniowy zarost, który spra­wiał, że wyda­wał się jesz­cze bar­dziej męski. Zie­lone oczy, kie­dyś pełne humoru i rado­ści, teraz się zwę­ziły, gdy przy­glą­dał mi się czuj­nie. Skrzy­żo­wał ręce na piersi. Sap­nę­łam cicho, uda­jąc, że nie patrzę na napi­na­jące się przy tym mię­śnie jego ramion. Nie musiał wie­dzieć, że na­dal mi się podoba.

- Serio tutaj miesz­kasz?

- Serio zapła­ci­łeś za to coś? - Mach­nę­łam lek­ce­wa­żąco w stronę kanapy.

Baird par­sk­nął śmie­chem, ale gdy Cal­lan popa­trzył na niego oskar­ży­ciel­sko, udał, że kaszle.

- Wszę­dzie pełno kurzu - wyja­śnił, pokle­pu­jąc dra­ma­tycz­nie sze­roką pierś.

Usta same zło­żyły mi się do uśmie­chu. Cóż, chyba polu­bi­łam tego gościa. Cal­lan prze­wró­cił oczami i wró­cił spoj­rze­niem do mnie.

- Ta kanapa jest wyjąt­kowo wygodna. W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych nie kupuję rze­czy tylko dla­tego, że są dro­gie albo budzą czyjś zachwyt.

- I mówi to facet w butach od Diora - prych­nę­łam.

- Już ją lubię - stwier­dził John, mru­ga­jąc do Bairda, a ten poki­wał głową z apro­batą.

Uśmiech­nę­łam się zachwy­cona nie­ocze­ki­wa­nym wspar­ciem.

- Stop! - Cal­lan zama­chał nam przed nosem rękami. - Nie jeste­ście przy­ja­ciółmi. A ty... - zwró­cił się do mnie. - Ty już idź, bo się spóź­nisz do kosme­tyczki.

W sumie miał rację, tyle że cze­kali na mnie w banku żyw­no­ści.

- Na takiej kana­pie raczej nie licz na nume­rek - rzu­ci­łam zja­dli­wie.

- To samo mu powie­dzia­łem. - Baird uniósł rękę, żeby­śmy przy­bili piątkę.

Skwa­pli­wie sko­rzy­sta­łam z oka­zji, wie­dząc, jak bar­dzo moja zaży­łość z kum­plami działa mu na nerwy.

Cal­lan popa­trzył na mnie z wyż­szo­ścią.

- Nawet gdy­bym wyta­rzał się w kociej kuwe­cie, i tak zna­la­zł­bym chętną na nume­rek - oznaj­mił, uno­sząc brew, jakby cze­kał na odpo­wiedź.

- Fuj. - Uni­wer­salne.

- Ma tro­chę racji - ode­zwał się John. - Choć jego gust mnie ostat­nio nie­po­koi.

- Nie­które laski lecą na pił­ka­rzy, a reszta nie ma zna­cze­nia - dorzu­cił swoje trzy gro­sze Baird.

- O gustach się nie dys­ku­tuje - ucię­łam. - Ale żeby kocia kuweta? Serio cię to kręci?

Cal­lan tylko wzru­szył ramio­nami.

- Mam nadzieję, że się mylisz, bo wola­ła­bym na­dal wie­rzyć w ludz­kość. - Spoj­rza­łam na niego z poli­to­wa­niem. - A teraz poważ­nie. Na twoim miej­scu pomy­śla­ła­bym o zmia­nie tapi­cerki. Nawet moja przy­szy­wana bab­cia ma ład­niej­szą.

- Bred­nie.

- Jak to przy­szy­wana bab­cia? - Baird uniósł pyta­jąco brwi.

- Bab­cia Elo­die. Nie jeste­śmy spo­krew­nione, ale trak­tuje mnie jak wnuczkę, więc odpła­cam jej tym samym.

- Nie masz praw­dzi­wej babci?

Pokrę­ci­łam głową. Rodzice mamy zmarli, kiedy była jesz­cze nasto­latką, tak jak jej młod­sza sio­stra, po któ­rej dosta­łam imię. Dzia­dek ze strony ojca odszedł, zanim się uro­dzi­łam, bab­cia nie inte­re­so­wała się naszym życiem. Podobno - co wiem od ojca - zmarła kilka lat temu. Dla­tego przy­rod­nia sio­stra ojca, cio­cia Ellie, jej matka Elo­die i ojczym Clark byli moją naj­bliż­szą rodziną. Przy­naj­mniej się sta­rali. Choć oczy­wi­ście wie­dzia­łam, że nie pły­nie we mnie krew żad­nego z nich.

- Przy­kre. - Baird wes­tchnął teatral­nie, ale w jego oczach dostrze­głam szczere współ­czu­cie.

- Też tak myślę.

- Moja bab­cia byłaby tobą zachwy­cona. Chęt­nie cię z nią poznam. A poza tym... - zwró­cił się do Cal­lana - ...jej kanapa też jest ład­niej­sza od two­jej.

- Widzisz? - zapy­ta­łam, robiąc przy tym minę pod tytu­łem: a nie mówi­łam?

Cal­lan patrzył na nas przez chwilę z tępym wyra­zem twa­rzy.

- O nie! - sap­nął w końcu. - Ty nie poznasz jego babci, a ja nie oddam kanapy do tapi­cera. Nie zary­zy­kuję, że będzie potem mniej wygodna. Dość gada­nia, łap­cie się za to cho­ler­stwo. A ty... - Wyce­lo­wał we mnie palu­chem. - Ty spa­daj.

- Wie­rzysz w tę gadkę o kuwe­cie? - spy­ta­łam, pogar­dli­wie wydy­ma­jąc usta. - Bo coś mi się zdaje, że fajna babka nie tknę­łaby cię nawet, gdy­byś się kąpał w Nutelli.

- Nutella i Cal­lan. - John zachi­cho­tał. - Dobre.

- Ja bym ją zli­zy­wał nawet z wła­snych jajek - zade­kla­ro­wał Baird.

Zapa­dła cisza. Potrze­bo­wa­li­śmy chwili, żeby to sobie wyobra­zić. A potem jak na komendę wszy­scy wybuch­nę­li­śmy śmie­chem. Wycie­ra­jąc z oczu łzy, z tru­dem zła­pa­łam oddech. Cal­lan znów wska­zał na mnie palu­chem.

- Koniec z tym! - wark­nął. - Żad­nych żar­tów z moimi kum­plami.

- Dzie­ciak z cie­bie. - Star­łam spod oka roz­ma­zany tusz. - W dodatku dzie­ciak z obrzy­dliwą kanapą.

- A to mi doło­ży­łaś. - W teatral­nym geście chwy­cił się za serce i zato­czył w tył. - Nie wiem, jak się teraz pozbie­ram.

- Powiedz­cie nam wresz­cie - wtrą­cił się John - skąd się zna­cie.

- I dla­czego tak się nie zno­si­cie. - Baird mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo do kum­pla. - Laska jest eks­tra. Sym­pa­tyczna i do zawie­sze­nia oka.

- Pozory mylą. Szybko to zro­zu­miesz. Gdy­by­ście nie grali w piłkę, pew­nie nawet by na was nie spoj­rzała.

Zabo­lało. Opa­dły mnie wyrzuty sumie­nia. Wie­dzia­łam, dla­czego Cal­lan tak myśli, nawet jeśli nijak się to miało do prawdy.

Baird nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego.

- Co fakt, to fakt. - Spoj­rza­łam wyzy­wa­jąco na Cal­lana, żeby ukryć rumie­niec wstydu. - Na cie­bie też patrzę tylko dla­tego, że się tarzasz po boisku.

- Oczy­wi­ście. - Poki­wał głową.

- Wała z cie­bie robi - zauwa­żył Baird. - Naucz się wresz­cie roz­po­zna­wać zja­dliwy ton.

- Rusz się i pomóż mi z kanapą.

- Nie ma sprawy, ale jeśli coś sobie nacią­gnę, to ty będziesz się tłu­ma­czył tre­ne­rowi.

Nie wie­dzieć czemu, stra­ci­łam nagle ochotę do żar­tów. Odwró­ci­łam się i poma­sze­ro­wa­łam do drzwi swo­jego miesz­ka­nia.

- Hej, Beth! - zawo­łał za mną Baird.

Obej­rza­łam się przez ramię.

- Tak?

- Dzięki, o boska. - Mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo. Roz­broił mnie tym tro­chę. Nie­chęć do Cal­lana przy­ga­sła.

- Nie ma sprawy. Dla cie­bie wszystko. O ile w pobliżu nie będzie ama­tora kuwet.

John i Baird wybuch­nęli śmie­chem, a Cal­lan bur­czał coś pod nosem nawet, gdy wcho­dzili już na schody.

Nie zaszczy­ci­łam go ani jed­nym spoj­rze­niem, zajęta myślami o tym, co mnie czeka. Wygląda na to, że będziemy na sie­bie czę­sto wpa­dać. Minęło osiem lat. Byli­śmy wtedy dzie­cia­kami. Przez chwilę jed­nak mia­łam wra­że­nie, że widzie­li­śmy się wczo­raj. W jego przy­padku czas nie zale­czył ran. Otwarta wro­gość, jaką mi oka­zy­wał, nie­zbi­cie tego dowo­dziła.

Rozdział 2

2

CAL­LAN

Naci­sną­łem przy­cisk pilota, żeby pod­nieść żalu­zje. Wystar­czył jeden klik i wszyst­kie ruszyły w górę. Poma­sze­ro­wa­łem do gar­de­roby.

- Myśla­łam, że pił­ka­rze lubią sobie pospać.

Zer­k­ną­łem w prawo na babkę, która wła­śnie wychy­nęła z łazienki - wyglą­dała o niebo lepiej niż w chwili, gdy w niej zni­kała. Zosta­wiła mi na poduszce ślady tuszu, któ­rych pew­nie trudno się będzie pozbyć, bo jak zauwa­ży­łem, maskara scho­dzi z tka­nin znacz­nie opor­niej niż z rzęs wła­ści­cielki.

Mruk­ną­łem coś w odpo­wie­dzi, wska­ku­jąc w dżinsy i nacią­ga­jąc koszulkę. Torba tre­nin­gowa stała spa­ko­wana przy drzwiach. Spie­szy­łem się, bo kiedy pół­to­rej godziny temu zadzwo­nił budzik, moja przy­goda na jedną noc tylko coś wymam­ro­tała i odmó­wiła wyj­ścia z łóżka.

Ładna bru­netka zmie­rzyła mnie wzro­kiem, gdy usia­dłem na tapi­ce­ro­wa­nej ławeczce na środku gar­de­roby, żeby wło­żyć spor­towe buty. Mia­łem ich mnó­stwo. Ni­gdy nawet nie marzy­łem, że facet taki jak ja, który modlił się po nocach, żeby jego jedyne teni­sówki dotrwały do końca roku, teraz będzie miał półki pełne spor­to­wych butów.

- Uuu. - Zagwiz­dała z podzi­wem. - Ciu­chów na tony. Ale po co ci tyle spor­to­wych butów?

Omio­tłem spoj­rze­niem wielki sto­jak na obu­wie. Zde­cy­do­wa­łem się na kupno miesz­ka­nia głów­nie ze względu na dużą gar­de­robę. Ktoś, kto jak ja zaczy­nał od zera i sam się dora­biał wszyst­kiego, odczuwa zadzi­wia­jącą potrzebę dba­nia o wła­sne przed­mioty.

- Nie prze­sa­dzaj. Mam rap­tem kilka par. - Wsta­łem i się­gną­łem do szu­flady po oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Ruszy­łem do drzwi.

Babka się prze­su­nęła, żeby mnie prze­pu­ścić.

- Roz­mowny to ty nie jesteś.

- Spie­szę się na tre­ning.

- Jasne. - Pochy­liła się, by pod­nieść z pod­łogi zrzu­cone wczo­raj w pośpie­chu szpilki. - Widzia­łeś gdzieś moją torebkę?

- Przy wej­ściu. - Ski­ną­łem głową, żeby poszła za mną.

Minę­li­śmy drzwi do dużej łazienki i dwóch poko­jów gościn­nych. Zna­leź­li­śmy się w dużym salo­nie.

Świa­tło wpa­da­jące przez ogromne, się­ga­jące od pod­łogi po sufit okna było zde­cy­do­wa­nie jed­nym z naj­więk­szych atu­tów pen­tho­use'u. Bal­kon wzdłuż dwóch naroż­nych ścian miesz­ka­nia wycho­dził na nie­wielki park za Love­rose Lane oraz na roz­cią­ga­jące się za nim budynki New Town. W oko­licy było mnó­stwo zabyt­ko­wych kamie­nic, mnie jed­nak marzył się nowo­cze­sny apar­ta­ment. Szyb­ciej i taniej dostał­bym pew­nie coś w oko­li­cach boiska w Car­rick Knowe, ale podob­nie jak John i Baird wola­łem się trzy­mać cen­trum mia­sta. To jed­nak ozna­czało, że musia­łem wyjeż­dżać godzinę wcze­śniej, żeby zdą­żyć na tre­ning, bo choć w zało­że­niu droga zaj­mo­wała dwa­dzie­ścia minut, korki o tej porze dnia robiły swoje.

- Wczo­raj nie zdą­ży­łam się przyj­rzeć, ale miesz­kasz eks­tra - rzu­ciła bru­netka, gdy holo­wa­łem ją dys­kret­nie do drzwi. - Tylko ta kanapa... Po dziad­kach?

- Nie. - Skrzy­wi­łem się. - Kupi­łem ją, bo jest wygodna.

Babka pochy­liła się po torebkę, po czym jesz­cze raz zer­k­nęła z powąt­pie­wa­niem w głąb salonu. Przy­po­mnia­łem sobie, co Beth mówiła o kwie­ci­stej kana­pie. Posta­no­wi­łem spraw­dzić, czy miała rację.

- Czy gdy­byś zauwa­żyła ją wcze­śniej, zanim się bzyk­nę­li­śmy, to i tak byśmy się bzyk­nęli?

- Jasne. - Par­sk­nęła śmie­chem. - Tyle że nie na kana­pie babuni.

Zer­k­ną­łem przez ramię na zwa­li­sty mebel w kwiatki. Nie mia­łem poję­cia, o co tyle szumu - wcale nie wyda­wał mi się brzydki. Usia­dłem na nim w skle­pie po tym, jak wypró­bo­wa­łem setki innych kanap. Zapa­dłem się wygod­nie w poduszki i tylko to się dla mnie liczyło. Cho­ciaż fakt, gra­na­towo-żółte obi­cie gry­zło się tro­chę ze skó­rza­nymi roz­kła­da­nymi fote­lami i z fiku­śnymi nowo­cze­snymi meblami, które pomo­gła mi wybrać sio­stra Bairda. Ale co z tego? Kanapa była najwygod­niejsza na świe­cie. Kropka. Koniec dys­ku­sji.

- Chyba mam wszystko. - Głos bru­netki wyrwał mnie z zamy­śle­nia. Stała przy drzwiach, grze­biąc w torebce.

- Eks­tra - rzu­ci­łem, łapiąc po dro­dze do wyj­ścia torbę na tre­ning.

- Zoba­czymy się jesz­cze?

- Słu­chaj... Geo­r­gia? Zga­dza się?

- Pew­nie powin­nam się cie­szyć, że zapa­mię­ta­łeś. - Skrzy­wiła się w iro­nicz­nym uśmie­chu.

- Byłem wczo­raj trzeźwy, więc co cię tak dziwi?

- Coś mi się zdaje, że zga­dy­wa­łeś.

- Nie mam głowy do imion. - Kła­ma­łem, rzecz jasna. Kiedy ock­ną­łem się rano i zoba­czy­łem ją w łóżku, prze­ży­łem moment paniki. Za nic nie mogłem sobie przy­po­mnieć, kto zacz. Dla­czego? Gdy wie­czo­rem wró­ci­łem do miesz­ka­nia, byłem zalany w perełkę. Sezon wkrótce się zaczy­nał, a kiedy gra­li­śmy, nawet nie wącha­łem alko­holu. Tak samo zresztą jak kum­ple z dru­żyny. Geo­r­gia wyglą­dała jak wszyst­kie laski, które wyry­wa­łem na jed­no­ra­zowe dymanko. Co prawda ją jako pierw­szą przy­pro­wa­dzi­łem do nowego miesz­ka­nia dwa tygo­dnie po prze­pro­wadzce, co jed­nak wcale nie zna­czyło, że przez ten czas żyłem w celi­ba­cie.

Szcze­rze? Przez całą karierę pił­kar­ską zali­cza­łem tylko poje­dyn­cze numerki. Po ośmiu latach byłem tym już tro­chę znu­żony.

Seks zro­bił się nudny. Może dla­tego, że omi­ja­łem grę wstępną i etap żar­to­bli­wego prze­ko­ma­rza­nia się na dro­dze do randki z łóż­kiem? O nic nie musia­łem się sta­rać. Przy wymia­nie zło­śli­wo­ści z Beth Car­mi­chael powie­dzia­łem prawdę. Wokół nie bra­ko­wało lasek, które chciały zali­czyć pił­ka­rza. Pod­cho­dziły i sta­wiały sprawę jasno: nie liczyły na romans, a jedy­nie na bliż­szą zna­jo­mość z moim kum­plem spod roz­porka. Apka rand­kowa, z któ­rej korzy­sta­łem, przy­po­mi­nała długą listę ocze­ku­ją­cych na wizytę do leka­rza. Okej, może i mówiąc w ten spo­sób, wycho­dzi­łem na dupka, ale po co owi­jać w bawełnę? Seks nie powi­nien być nudny. Dobrze by było, gdyby wzbu­dzał jakie­kol­wiek emo­cje. Cho­ciaż... Pew­nie nie powi­nienem narze­kać, bo więk­szość face­tów zazdro­ściła mi takiego życia.

Zapewne to ze mną coś było grubo nie tak.

- To na razie - rzu­ciła Geo­r­gia, idąc do windy.

Skrę­ci­łem na schody.

- Serio?

- Jedź windą. Nie obrażę się. - Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Nieee... Zejdę z tobą. - Podrep­tała ku mnie na dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych obca­sach, w któ­rych jej nogi wyglą­dały nie­ziem­sko.

- Świet­nie się bawi­łem. - Kolejne kłam­stwo, ale niech się babka lepiej czuje. Prze­cież i tak ją spła­wia­łem.

- Ja też. Może to powtó­rzymy? - Jej obcasy stu­kały gło­śno o beto­nowe stop­nie.

- Eee...

Fuk­nęła z nie­za­do­wo­le­niem. Skrzy­wi­łem się. Nie­po­trzeb­nie sta­ra­łem się być miły. Sko­rzy­sta­li­śmy z apki i oboje wie­dzie­li­śmy, do czego to pro­wa­dzi.

- Na­dal nie wie­rzę, że zry­wasz się o świ­cie. - Geo­r­gia pospiesz­nie zmie­niła temat.

- Jest siódma. Nie idziesz do pracy?

- Zaczy­namy o dzie­wią­tej. Pra­cuję w biu­rze rachun­ko­wym. Koń­czę o sie­dem­na­stej trzy­dzie­ści.

Nie do końca wie­dzia­łem, po co mi to mówi, więc na wszelki wypa­dek tylko mruk­ną­łem w odpo­wie­dzi. Nie­zręczną ciszę prze­rwało poja­wie­nie się Beth Car­mi­chael, która aku­rat wyszła z miesz­ka­nia. Puls mi przy­spie­szył. Z iry­ta­cji, rzecz jasna.

Baird gadał o Beth nie­mal bez prze­rwy od dnia, gdy wpa­dli­śmy na sie­bie w cza­sie prze­pro­wadzki. Nie mia­łem poję­cia, czy się zadu­rzył jak mało­lat, czy tylko pró­bo­wał mnie wyson­do­wać.

Na­dal nie ogar­nia­łem, że miesz­kamy z Beth w tym samym budynku. Kie­dyś się przy­jaź­ni­li­śmy. Wycięła mi paskudny numer, po któ­rym długo zbie­ra­łem się do kupy. Pozo­stała bli­zna. Nie­stety. Nie zno­si­łem faktu, że aż tak wpły­nęła na moje życie.

Jej sko­śne oczy roz­sze­rzyły się z zasko­cze­nia, gdy zauwa­żyła nas na scho­dach.

- Aaaa... - Chwila waha­nia. - Dzień dobry.

Geo­r­gia poma­chała pal­cami w geście powi­ta­nia. Rzu­ci­łem jej ponure spoj­rze­nie, po cichu żału­jąc, że jed­nak nie wsia­dła do windy. Chwilę póź­niej poziom mojej iry­ta­cji pod­sko­czył gwał­tow­nie, bo Beth ruszyła w naszą stronę w swo­jej kre­tyń­sko kusej kiecce. Czu­łem, że pali mnie skóra. Nie dziw się tak, chło­pie, upo­mnia­łem się w duchu. Jest śro­dek lipca, lato gorące jak dia­bli i wszyst­kie laski noszą mini. Omio­tłem Beth spoj­rze­niem, czu­jąc, że im jest bli­żej, tym szyb­ciej wszyst­kie myśli ula­tują mi z głowy.

Miała na sobie kró­ciutką sukienkę trzy­ma­jącą się tylko na cien­kich paskach. Całą w kwiaty - więc pew­nie zni­kłaby na mojej kana­pie, oczy­wi­ście, gdyby się teraz na niej zna­la­zła. Przy­su­ną­łem się do Geo­r­gii, żeby prze­pu­ścić ją na scho­dach, a potem sta­ra­łem się, ile sił, żeby się nie gapić na jej dłu­gie nogi, gdy zbie­gała lekko w dół.

Beth zawsze była wysoka i gibka. Nawet jako pięt­na­sto­latka przy­cią­gała spoj­rze­nia burzą jasnych wło­sów i kocimi oczami w kolo­rze jasnego błę­kitu. Teraz zaokrą­gliła się przy­jem­nie dla oka w oko­li­cach biu­stu i bio­der.

- Eks­tra kiecka! - zawo­łała za nią Geo­r­gia.

Beth obej­rzała się przez ramię i posłała jej pro­mienny uśmiech. Poczu­łem, że ści­ska mnie w żołądku jak przed waż­nym meczem.

- Dzięki - rzu­ciła, omia­ta­jąc Geo­r­gię uważ­nym spoj­rze­niem. - Twoja też mi się podoba. A ta torebka... mega.

- Super, co? Zna­la­złam ją za psie pie­nią­dze w apce, przez którą ludzie sprze­dają uży­wane ciu­chy i dodatki od pro­jek­tan­tów. Babka wyszła z nią może parę razy.

- Poważ­nie? - Beth zatrzy­mała się na pół­pię­trze, cze­ka­jąc, aż Geo­r­gia do niej dołą­czy. - Jak się nazywa ta apka?

Geo­r­gia wymie­niła nazwę, po czym chwy­ciła Beth za nad­gar­stek.

- O rany! Od Tif­fany'ego?

Wycią­gną­łem szyję, żeby zoba­czyć, o co jej cho­dzi. No tak. Bran­so­letka. Deli­katna. Srebrna, zło­żona z kilku okrą­głych kora­li­ków i zawieszki w kształ­cie małego różo­wego ser­duszka.

- Tak. Pre­zent od rodzi­ców na dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny.

- Śliczna. Marzy mi się coś od Tif­fany'ego, ale takie dro­bia­zgi powinno się dosta­wać z oka­zji.

- Spraw sobie pre­zent sama. Nic prost­szego. - Beth szturch­nęła Geo­r­gię poro­zu­mie­waw­czo, jakby znały się do lat. - Każdy od czasu do czasu zasłu­guje na coś ład­nego.

- Tak myślisz?

- Jasne. Popatrz na to. - Beth zało­żyła za ucho pasmo wło­sów i wska­zała na kol­czyk zło­żony z więk­szej dia­men­to­wej kulki i dwóch mniej­szych srebr­nych. Zer­k­ną­łem i tro­chę za gło­śno prze­łkną­łem ślinę, bo odsło­niła przy tym długą, smu­kłą szyję. - Kupi­łam je, kiedy moja firma zaczęła wresz­cie przy­no­sić zyski.

- Masz wła­sną firmę? - pisnęła Geo­r­gia z zachwy­tem. - Czym się zaj­mu­jesz?

- Pro­wa­dzę firmę zarzą­dza­jącą mediami spo­łecz­no­ścio­wymi. Social Queens. Sama jestem sobie sze­fową.

- Super. Jesteś jesz­cze młoda. Podzi­wiam. Też chcia­łam mieć coś wła­snego.

Beth zaczęła paplać o uro­kach samo­za­trud­nie­nia i chwilę póź­niej z Geo­r­gią u boku znik­nęła za drzwiami do budynku. Obie kom­plet­nie zapo­mniały o moim ist­nie­niu.

Rozdział 3

3

CAL­LAN

Nie mam poję­cia, jak Beth i Geo­r­gia to zro­biły, ale zanim do nich dosze­dłem, stały już przy Mini Coope­rze Beth. Wie­dzia­łem, że to jej auto, bo w ciągu ostat­nich dwóch tygo­dni kil­ka­krot­nie na sie­bie wpa­dli­śmy. Kiedy do mnie dotarło, że wycho­dzimy mniej wię­cej o tej samej porze, zaczą­łem się wymy­kać na tre­ning nieco wcze­śniej.

Dziś przez Geo­r­gię nie zdą­ży­łem unik­nąć spo­tka­nia.

Poiry­to­wany poma­sze­ro­wa­łem dziar­sko do swo­jego Land Rovera, nie spusz­cza­jąc wzroku z dziew­czyn, które gawę­dziły swo­bod­nie, gesty­ku­lu­jąc i co chwila wybu­cha­jąc śmie­chem. Co tu się, do cho­lery, odwa­lało?

Ku mojemu prze­ra­że­niu wycią­gnęły komórki i wymie­niły się nume­rami!

Wycią­ga­jąc Geo­r­gię z łóżka, obie­ca­łem, że po dro­dze na tre­ning pod­rzucę ją do jej miesz­ka­nia. Cze­ka­łem więc nie­cier­pli­wie, zna­cząco spo­glą­da­jąc na zega­rek. Geo­r­gia roze­śmiała się na coś, co powie­działa Beth, po czym się wychy­liła, żeby ją uści­snąć. Co jest? Naj­pierw Baird, a teraz moja jed­no­ra­zowa przy­goda. Co takiego miała w sobie Beth, że ludzie lgnęli do niej jak muchy do miodu?

Geo­r­gia ruszyła w moją stronę, a Beth wyje­chała z par­kingu lśnią­cym nowo­ścią autkiem, za które z pew­no­ścią zapła­cili mama i tata Car­mi­cha­elo­wie. Choć może tym razem źle ją oce­ni­łem i sama sobie spra­wiła bryczkę z docho­dów firmy, którą tak się chwa­liła? Szcze­rze mówiąc, nie­wiele teraz o niej wie­dzia­łem. Przed laty bar­dzo jasno dała mi do zro­zu­mie­nia, że nie życzy sobie mieć ze mną nic wspól­nego.

Trudno. Grunt, że utar­łem jej nosa. Bo kto miesz­kał w pen­tho­usie? Kto wystę­po­wał w rekla­mach i repre­zen­to­wał kraj w pucha­rach świata?

Tak. Ja. I Beth Car­mi­chael nie ma prawa patrzeć na mnie z góry.

Wku­rzony na maksa wspią­łem się na sie­dze­nie Land Rovera w tym samym cza­sie, co Geo­r­gia.

- Super ta twoja sąsiadka - zaszcze­bio­tała. - Umó­wi­ły­śmy się na kawę w przy­szłym tygo­dniu. Mam pomysł na wła­sny biz­nes. Beth obie­cała, że wyja­śni mi to i owo. Pomoże mi zacząć. Wyobra­żasz sobie?

Burk­ną­łem coś pod nosem.

- Ponoć nazywa się Car­mi­chael - cią­gnęła nie­zra­żona. - Myślisz, że ma coś wspól­nego z tymi Car­mi­chaelami?

Nie odpo­wie­dzia­łem, wyko­rzy­stu­jąc fakt, że wła­śnie wyjeż­dża­li­śmy z par­kingu.

- Dokąd cię pod­rzu­cić?

- Na Comely Bank. Może i Beth należy do tej dzia­nej rodziny? - pod­jęła. - Wygląda na kogoś, kto sypiał w zło­tej koły­sce. Szkoda, że głu­pio mi było o to zapy­tać. Nad­ro­bię to przy następ­nym spo­tka­niu. Byłoby super. O Joce­lyn Car­mi­chael sły­szeli chyba wszy­scy, odkąd na pod­sta­wie jej ksią­żek powstało parę fil­mów. Gruba ryba. A Bra­den Car­mi­chael jest kró­lem rynku nie­ru­cho­mo­ści w Edyn­burgu.

Tak. Joce­lyn i Bra­den Car­mi­cha­elo­wie byli rodzi­cami Beth i zna­nymi posta­ciami w mie­ście. I ow­szem, uwa­żano ich za "grube ryby", a Beth dobrze o tym wie­działa. Dla­tego nie miała ochoty się przy­jaź­nić z byle kim, kto tra­fił do jej szkoły nieco przy­pad­kiem. Mia­łem wtedy szes­na­ście lat. Dosta­łem sty­pen­dium spor­towe. Prze­nie­siono mnie do lep­szej pla­cówki. Spę­dzi­łem tam tylko rok, bo szybko ścią­gnięto mnie do dru­żyny junior­skiej Cale­do­nia Uni­ted. Potem awan­so­wa­łem do zespołu i tak Caley stała się moją rodziną.

Byłem rok star­szy od Beth, ale cho­dzi­li­śmy razem na dwoje zajęć, bo tak to dzia­łało w ostat­niej kla­sie. Szybko się zaprzy­jaź­ni­li­śmy. Z cza­sem przy­jaźń prze­ro­dziła się w coś głęb­szego. Choć tylko dla mnie, Beth bowiem bły­ska­wicz­nie prze­cięła wszyst­kie łączące nas więzi.

Zwie­rza­łem jej się z naj­skryt­szych tajem­nic, a ona nagle, tuż po swo­ich szes­na­stych uro­dzi­nach, kilka mie­sięcy przed moim wyjaz­dem do Caley, z dnia na dzień prze­stała się do mnie odzy­wać. Uni­kała mnie na kory­ta­rzach, w kla­sie sia­dała jak naj­da­lej ode mnie i zaczęła rand­ko­wać z synem milio­nera, nawia­sem mówiąc, total­nym palan­tem. A kiedy wresz­cie zebra­łem się na odwagę, żeby zapy­tać wprost, co jest grane, odparła, że "za bar­dzo się od sie­bie róż­nimy".

Zro­zu­mia­łem to dokład­nie tak, jak chciała.

Nie byłem dość dobry, żeby bzy­kać Car­mi­cha­elównę.

Moc­niej zaci­sną­łem ręce na skó­rza­nej kie­row­nicy Land Rovera. Tak... Przy­naj­mniej jej poka­za­łem. Udo­wod­ni­łem wszyst­kim, na co mnie stać.

- Wszystko okej? - zapy­tała cicho Geo­r­gia.

- Tak. Gdzie się zatrzy­mać?

Podała mi numer budynku. Sta­ną­łem przy kra­węż­niku.

- To co?... Do zoba­cze­nia?

Poki­wa­łem głową, rzu­ca­jąc jej zdaw­kowy uśmiech.

- Dzięki za tę noc.

- Nie ma sprawy - odpo­wie­działa, uśmie­cha­jąc się z przy­mu­sem. Zesko­czyła na chod­nik. - Palant - usły­sza­łem jesz­cze, jak mruk­nęła, nim z hukiem zatrza­snęła drzwi.

Szcze­rze? Nie mia­łem poję­cia, czym zasłu­ży­łem na te fochy.

Do klubu dotar­łem na czas. Bez pośpie­chu zapar­ko­wa­łem nie­da­leko boiska i sta­dionu w połu­dnio­wej czę­ści Car­rick Knowe. Za każdą minutę spóź­nie­nia tre­ner nali­czał grzywnę - dzie­sięć fun­tów.

Ode­tchną­łem. Napię­cie, które towa­rzy­szyło mi od rana, wresz­cie zaczęło odpusz­czać. Przy­jeż­dża­jąc tu, mia­łem wra­że­nie, że wra­cam do domu. Ochro­niarz Danny wpu­ścił mnie bez słowa. Zapy­ta­łem, co u jego żony, która nie­dawno uro­dziła córeczkę. Odpo­wie­dział krótko, bo wie­dział o sys­te­mie kar i nie chciał nara­żać mnie na koszty. Poma­cha­łem Janice z recep­cji i kilku krę­cą­cym się w pobliżu pra­cow­ni­kom klubu. Ruszy­łem kory­ta­rzem do szatni.

- Hej! - powi­tał mnie Baird, kiedy wsze­dłem. - Ciężka noc?

Nie­ważne, jak czę­sto tu sprzą­tano i jak bar­dzo nasz mena­dżer dbał o to pomiesz­cze­nie, w powie­trzu i tak uno­sił się spe­cy­ficzny zapach anty­per­spi­ran­tów zmie­sza­nych ze smrod­kiem prze­po­co­nych skar­pet.

Chło­paki wybuch­nęli śmie­chem. Posy­pały się nie­wy­bredne żarty.

- Bła­gam, powiedz cho­ciaż, że zali­czy­łeś Beth. - Baird wychy­lił się zza drzwi szafki i mru­gnął do mnie zna­cząco.

- Wal się. Nie tknął­bym jej nawet kijem.

Baird zro­bił ura­żoną minę, jakby poczuł się dotknięty w imie­niu Beth.

- A to, stary, zna­czy, że coś z tobą nie tak.

- Nawet nie myśl o tym, żeby się z nią kum­plo­wać. - Dźgną­łem go palu­chem w pierś.

- Zgoda, ale pod jed­nym warun­kiem. Powiesz mi, za co jej tak nie zno­sisz.

- Też chęt­nie posłu­cham. - John wychy­nął zza szafki po mojej dru­giej stro­nie.

- O czym?! - krzyk­nął z dru­giego końca szatni Kaito Tanaka, jeden ze środ­ko­wych obroń­ców. Japo­niec miał zde­cy­do­wa­nie za dobry słuch. Był jed­nym z trzech Azja­tów gra­ją­cych w klu­bie. Bry­tyj­skie dru­żyny coraz chęt­niej rekru­to­wały jego roda­ków, odkąd Japo­nia zna­la­zła się w pierw­szej dwu­dzie­stce ran­kingu Mię­dzy­na­ro­do­wego Sto­wa­rzy­sze­nia Piłki Noż­nej. Caley nie nale­żała do wyjąt­ków.

- O niczym.

- Za bar­dzo im zależy jak na nic. - Kaito odwró­cił się do swo­jego kum­pla z Japo­nii, Botana, i zaczął paplać w ojczy­stym języku, co jakiś czas na mnie wska­zu­jąc.

Botan wyglą­dał na zasko­czo­nego.

- Pro­blem z dziew­czyną? - zapy­tał w końcu. - Ty? - A póź­niej dorzu­cił coś po japoń­sku.

- Mówi - pospie­szył z pomocą Kaito - że jeśli ty masz pro­blem, to wszy­scy tu mamy prze­rą­bane.

- Nie przej­muj się. Ty jesteś na to za ładny. - Wyszcze­rzy­łem się w uśmie­chu, mru­ga­jąc do Botana. Liczy­łem, że zama­skuję tym rosnącą iry­ta­cję.

Botan radził sobie z angiel­skim znacz­nie gorzej niż Kaito, ale kom­ple­ment zro­zu­miał w lot i odpo­wie­dział aro­ganc­kim uśmiesz­kiem.

- Nic z tego. - Baird nacią­gnął kami­zelkę z czuj­ni­kami zapi­su­ją­cymi para­me­try pod­czas tre­ningu. - Nie dam ci uciec od tematu. Gadamy o Beth. Mów, co jest grane.

- Co ci tak zależy? - Mach­ną­łem głową w jego stronę. - Chcesz ją zerżnąć, to śmiało. - Led­wie to powie­dzia­łem, już mia­łem ochotę wepchnąć sobie słowa z powro­tem do gar­dła.

- Może tak zro­bię? - Baird zmie­rzył mnie spoj­rze­niem zmru­żo­nych oczu.

Palant.

- Wszy­scy już są? - Do szatni wpadł tre­ner z nie­od­łącz­nym mena­dże­rem Sve­nem u boku.

Brian O'Kelly pro­wa­dził dru­żynę od dwóch lat. Dzięki niemu pierw­szy raz od dłu­giego czasu tra­fi­li­śmy na dru­gie miej­sce w tabeli Szkoc­kiej Ligi. Pew­nie wła­śnie dla­tego wyła­mał się z tra­dy­cji dwu­let­nich kaden­cji tre­ne­rów i pozo­stał w klu­bie, mimo że wcze­śniej Caley, jak więk­szość dru­żyn, zmie­niała selek­cjo­ne­rów z podziwu godną regu­lar­no­ścią.

- Upie­kło ci się... - mruk­nął Baird. - Ale jesz­cze cię przy­ci­snę.

- Jesteś gor­szy niż wścib­ska ciotka - odszep­ną­łem. - I lepiej uwa­żaj, bo przez naj­bliż­sze sześć godzin każdą piłką będę celo­wał w twoje jaja.

- Pano­wie! - zawo­łał Brian.

Spoj­rze­li­śmy na niego jak na komendę.

- Macie ochotę nam coś opo­wie­dzieć?

- Obie­cy­wa­łem Bair­dowi, że przy­łożę się do tre­ningu.

- Gdzieś mamy babki, które posuwa! - krzyk­nął z końca szatni nasz lewy skrzy­dłowy Szwaj­car Eric Bau­mann.

- Nie bądź zazdro­sny, Bau­mann. - Wyszcze­rzy­łem się do niego w uśmie­chu. - Dla cie­bie też znajdę tro­chę czasu.

- Nie wejdę w drogę bestii. - Wska­zał pod­bród­kiem Bairda. - Wiel­kie dzięki.

- Zamknij się, mendo - rzu­cił od nie­chce­nia Baird. - I prze­stań nazy­wać mnie bestią. Za fajny jestem.

Nie do końca prze­ko­nani, po co była ta wymiana zdań, wybuch­nę­li­śmy śmie­chem.

- Dość tego - uciął Brian. - Zaczy­namy od siłowni. I nie obi­jać się. Za dwa tygo­dnie gramy pierw­szy mecz z Din­gwall Dro­vers. Zwy­cię­stwo mi nie wystar­czy. Macie ich zetrzeć na proch. Czy to jasne?

- Tak jest, tre­ne­rze! - odkrzyk­nę­li­śmy chó­rem.

- McMil­lan? - Brian popa­trzył na Bairda. - Po co ci ta kami­zelka? Zaczy­namy od przed­tre­ningu. Ścią­gaj cho­ler­stwo.

- Koleś nie rusza się bez sta­nika - prych­nął Etienne, nasz fran­cu­ski obrońca.

- Pyta cię obcho­dzi. - Baird ścią­gnął koszulkę przez głowę. Pocho­dził z Fal­kirk. Wyglą­dał jak model i przez lata spę­dzone w dru­ży­nie nauczył się pano­wać nad akcen­tem i gwarą, bywało jed­nak, że się zapo­mi­nał. - Prze­szka­dza ci mój sta­nik?

Kum­ple zachi­cho­tali, a Etienne zro­bił głu­pią minę. Jako jeden z nie­wielu w ogóle nie łapał dow­ci­pów Bairda i nie rozu­miał jego powie­dzo­nek.

Klep­ną­łem ręcz­ni­kiem w tyłek Bairda, wyko­rzy­stu­jąc fakt, że ręce miał zajęte kami­zelką. Jak wszy­scy się­gną­łem po wodę i wyma­sze­ro­wa­łem za Bria­nem z szatni.

W kory­ta­rzu Baird nachy­lił mi się do ucha. Zaci­sną­łem zęby, pewny, że za chwilę dopro­wa­dzi mnie do furii kolejną wzmianką o Beth, miał jed­nak inne plany.

- Chris ode­zwał się w spra­wie zamku - szep­nął.

- I co? - Rozej­rza­łem się, czy nikt nie pod­słu­chuje. Chris był naszym radcą praw­nym.

- Należy do Bra­dena Car­mi­cha­ela.

Niech to szlag jasny trafi.

Obaj mie­li­śmy z Bair­dem sporo oleju w gło­wie i myśle­li­śmy o przy­szło­ści. Szu­ka­li­śmy cze­goś, co da nam utrzy­ma­nie, kiedy skoń­czy się nasza kariera na boisku. W przy­padku pił­ka­rzy ozna­czało to zwy­kle trzy­dzie­sty któ­ryś rok życia. Na spo­rcie zara­bia­li­śmy kro­cie, do tego docho­dziły spore zyski z reklam i pro­mo­cji, ale i tak daleko nam było do Davida Bec­khama. Dla­tego powoli, lecz kon­se­kwent­nie inwe­sto­wa­li­śmy w nie­ru­cho­mo­ści w środ­ko­wej Szko­cji. Beth dzia­łała mi na nerwy jak sam dia­beł, ale jej ojca szcze­rze podzi­wia­łem. Bra­den był poten­ta­tem na rynku nie­ru­cho­mo­ści. Geo­r­gia się nie myliła, mówiąc, że trak­to­wano go w naszym mie­ście niczym księ­cia. Dla mnie i Bairda był wzo­rem. Obaj marzy­li­śmy, żeby mu kie­dyś dorów­nać. Kiedy wysta­wiono na sprze­daż sto­jący na wybrzeżu mię­dzy Edyn­bur­giem a North Ber­wick zamek Blan­tyre, natych­miast zło­ży­li­śmy ofertę.

Uzna­li­śmy, że jest hojna, zwa­żyw­szy, że zamek trzeba jesz­cze wyre­mon­to­wać, nim będzie się nada­wał na hotel i spa, o jakich marzy­li­śmy. Tydzień temu z nie­do­wie­rza­niem przy­ję­li­śmy więc wia­do­mość, że sprze­da­jący ją odrzu­cił.

Tak. Teraz wszystko ukła­dało się w całość. To Bra­den nie miał ochoty wcho­dzić z nami w inte­resy.

Dla­czego?

- Niech Chris umówi nam spo­tka­nie z Car­mi­cha­elem.

- A co, jeśli odmówi? - Baird wzru­szył ramio­nami.

Przed oczami mignęła mi śliczna buzia Beth.

- Coś wymy­ślimy - obie­ca­łem.

Rozdział 4

4

BETH

Droga Pani Car­mi­chael!

Jestem oso­bi­stą asy­stentką She­ery Green, dyrek­torki Aura Beauty. Wie Pani zapewne, że to jedna z naj­szyb­ciej roz­wi­ja­ją­cych się na rynku firm z branży kosme­tycz­nej. Poszu­ku­jemy firmy goto­wej zająć się jej pro­mo­cją w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Liczymy, że pomoże nam to osią­gnąć jesz­cze wyż­szy poziom. Roz­ma­wia­li­śmy już z kil­koma poten­cjal­nymi zle­ce­nio­bior­cami, mamy jed­nak nadzieję, że zechce się Pani spo­tkać z She­erą w pią­tek o dzie­sią­tej w Hotelu Bal­mo­ral. Pro­simy o potwier­dze­nie do końca dnia.

Z powa­ża­niem Tel­lie Sut­ton Oso­bi­sta asy­stentka She­ery Green

Pod­nio­słam głowę znad komórki, czu­jąc w trze­wiach przy­jemny ucisk rado­ści. Przy­mknę­łam oczy, wysta­wia­jąc twarz na pro­mie­nie słońca wpa­da­jące przez okno łazienki. Byłam wykoń­czona. Nie spo­dzie­wa­łam się dobrych wia­do­mo­ści, a tu takie zasko­cze­nie...

Rano przy­szło dwa­dzie­ścia parę maili, a ja jesz­cze nie przej­rza­łam wszyst­kich, które nagro­ma­dziły się w skrzynce przez ostat­nie dni. Na szczy­cie prio­ry­te­tów wylą­do­wała teraz jed­nak fan­ta­styczna wia­do­mość od Aura Beauty. Jasne, że ich koja­rzy­łam! Uwiel­bia­łam ich wegań­ski tusz do rzęs. Taka oka­zja tra­fiała się raz na stu­le­cie. Może i mia­łam na gło­wie mnó­stwo spraw, ale dla She­ery Green zawsze znajdę czas, choćby to ozna­czało trzy dni bez snu. Z Aura Beauty w port­fo­lio klien­tów awan­su­jemy w branży o co naj­mniej jedno oczko!

Zaj­mo­wa­li­śmy się pro­mo­wa­niem w mediach spo­łecz­no­ścio­wych pręż­nych małych firm. Współ­pra­co­wa­li­śmy z kil­ku­na­stoma pisa­rzami. Odpo­wia­da­li­śmy za kre­owa­nie wize­runku, two­rze­nie kam­pa­nii rekla­mo­wych, moni­to­ro­wa­nie klu­czo­wych para­me­trów oglą­dal­no­ści i ana­lizę danych. Zdo­by­wa­li­śmy obser­wu­ją­cych i sub­skry­ben­tów. Dba­li­śmy o networ­king, zwięk­sza­li­śmy popu­lar­ność stron, odpo­wia­da­li­śmy na komen­ta­rze i wia­do­mo­ści.

W fir­mie było nas sied­mioro. Na początku zatrud­ni­łam tylko dwie przy­ja­ciółki ze stu­diów Carę i Micha­elę, ale w ciągu dwóch ostat­nich lat dołą­czyli do nas jesz­cze Janine, Mha­iri, Paul i Mace. Cara, Janine i Mha­iri zaj­mo­wały się two­rze­niem tre­ści, wyda­rze­niami i networ­kin­giem. Wzięły na sie­bie gra­fikę, mon­taż i kon­takty z influ­en­ce­rami oraz ze spo­łecz­no­ścią bran­żową. Micha­ela i Mace były spe­cami od spraw tech­nicz­nych. Ana­li­zo­wały dane, pro­wa­dziły kam­pa­nie rekla­mowe w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, budo­wały strony inter­ne­towe, pil­no­wały ter­mi­na­rzy i usta­lały odbior­ców doce­lo­wych.

Ja pozy­ski­wa­łam klien­tów i opra­co­wy­wa­łam z nimi stra­te­gię, a szcze­góły pozo­sta­wia­łam w rękach Cary i Micha­eli. Paul poma­gał mi w spra­wach biz­ne­so­wych, dbał o nasze finanse, pro­wa­dził księ­go­wość naszą i klien­tów. Wszy­scy mie­li­śmy mnó­stwo roboty. Czu­łam, że wkrótce będę musiała zatrud­nić kogoś nowego. Zwłasz­cza jeśli uda mi się namó­wić na współ­pracę Aura Beauty.

Dzia­ła­li­śmy w branży od trzech lat, czyli od chwili, gdy skoń­czy­łam stu­dia. Mama pomo­gła mi zacząć - została naszą pierw­szą klientką. Pro­wa­dzi­łam jej media spo­łecz­no­ściowe od wielu lat, bo nie zno­siła się tam udzie­lać, ale kiedy skoń­czy­łam stu­dia - na dwóch kie­run­kach: biz­nes i mar­ke­ting oraz pro­jek­to­wa­nie i media cyfrowe - uzna­łam, że pora, by mi za to pła­ciła. Ha!

Nawet mnie zasko­czyło, że jej kole­dzy i kole­żanki po pió­rze tak szybko zaczęli szu­kać ze mną kon­taktu. Lista klien­tów wydłu­żała się nie­mal z dnia na dzień. Póź­niej do ich grona dołą­czyli inni, już spoza branży pisar­skiej. Rekru­to­wali się głów­nie spo­śród wła­ści­cieli małych, za to przy­no­szą­cych spore dochody firm, goto­wych hoj­nie pła­cić za nasze usługi. Nim się obej­rza­łam, musia­łam odma­wiać zle­ceń, bo nie radzi­łam już sobie z nawa­łem pracy. Nawet w sió­demkę mie­li­śmy pełne ręce roboty.

A jed­nak obok pro­po­zy­cji Aura Beauty nie mogłam przejść obo­jęt­nie. W zeszłym roku zaro­bi­li­śmy ponad dwa miliony fun­tów. Koszty dzia­łal­no­ści mie­li­śmy zni­kome, bo fan­ta­styczny księ­gowy rodzi­ców zde­cy­do­wał się na współ­pracę także ze mną. To ozna­czało, że wszy­scy sied­mioro dosta­wa­li­śmy nie­złe wypłaty. Zbli­żał się koniec lipca, a już wie­dzie­li­śmy, że w tym roku osią­gniemy zysk więk­szy niż w poprzed­nim. Jeśli Aura Beauty dołą­czy do naszych klien­tów, kto wie, ile jesz­cze uda nam się ugrać? Mogli­by­śmy zatrud­nić kolejne osoby i wresz­cie tro­chę ode­tchnąć.

Na myśl, że firma mogłaby upaść - a w chwi­lach zwąt­pie­nia zda­rzały mi się takie myśli - czu­łam bole­sny ucisk w piersi. Nie­wiele spa­łam. Wła­ści­wie odkąd skoń­czy­łam stu­dia, prze­sta­łam się wysy­piać. Cier­pia­łam na chro­niczny nie­do­bór snu. Mia­łam wra­że­nie, że mój mózg upo­rczy­wie odma­wia współ­pracy i nawet w nocy nie chce się wyłą­czyć. Byłam niczym roz­pę­dzony pociąg, nad któ­rym nie pano­wał maszy­ni­sta. Mar­twi­łam się byle dro­bia­zgiem. Snu­łam w gło­wie czarne sce­na­riu­sze. Nie­po­kój nara­stał. Wyobra­ża­łam sobie, że tra­cimy nagle wszyst­kich klien­tów, pra­cow­nicy odcho­dzą jeden po dru­gim, a ja zostaję sama, bez pensa przy duszy, znie­na­wi­dzona przez cały świat.

Otwo­rzy­łam apteczkę nad umy­walką w łazience i wyję­łam bute­leczkę leków, o któ­rych nikt prócz mnie nie wie­dział. Tabletki anty­de­pre­syjne, zapi­sane przez leka­rza rodzin­nego. Bra­łam je od dnia osiem­na­stych uro­dzin.

Prze­łknę­łam maleńką pastylkę i opry­ska­łam twarz wodą, pokle­pu­jąc się przy tym po policz­kach, żeby roz­pro­szyć zmę­cze­nie. Ubie­ra­jąc się, odpo­wia­da­łam na ese­mesy od Cary, Paula i Micha­eli. Wysy­ła­łam im wia­do­mo­ści gło­sowe, bo dzięki temu mia­łam wolne ręce i mogłam się zająć czymś innym. Wsu­wa­jąc stopy w san­dałki, dyk­to­wa­łam odpo­wie­dzi na zale­ga­jące w poczcie maile. Pamię­ta­łam przy tym, żeby naśla­do­wać ame­ry­kań­ski akcent matki, bo ten cho­lerny pro­gram za nic nie łapał mojego, z ojczy­stej Szko­cji.

Jako pierw­sza odpo­wiedź na maila dostała Tel­lie Sut­ton. Infor­mo­wa­łam w nim, że bar­dzo chęt­nie spo­tkam się z She­erą w pią­tek w Hotelu Bal­mo­ral. Potem przy­szła kolej na pozo­stałe maile.

- Przy­kro mi, Saro, że nie podo­bają ci się gra­fiki przy­go­to­wane przez Carę. Pode­ślij, pro­szę, kilka frag­men­tów ulu­bio­nej książki, byśmy wie­dzieli, o jaki kli­mat ci cho­dzi. Bar­dzo nam zależy, żebyś była zado­wo­lona. - Wepchnę­łam do ple­caka strój do ćwi­czeń. - Pode­ślemy nowe pro­jekty i zacze­kamy na opi­nię. Zwróć uwagę, że gra­fiki w stylu Cary są ostat­nio modne w śro­do­wi­sku fanów suspensu. Rozu­miem jed­nak, że mogą być dla cie­bie zbyt pikantne. Przy­ślij frag­menty, a ja zago­nię Carę do pracy. Ode­zwij się. Beth. - Prze­bie­głam wzro­kiem tekst, spraw­dza­jąc, czy wszystko jest w porządku, i wysła­łam wia­do­mość do adre­satki.

Wycho­dząc z miesz­ka­nia, otwo­rzy­łam kolejny mail. Na scho­dach pię­tro wyżej usły­sza­łam stu­kot wyso­kich obca­sów.

Kiedy Cal­lan Keen wpro­wa­dził się do naszego budynku, wpa­da­li­śmy na sie­bie nie­mal codzien­nie. Po jakimś cza­sie prze­sta­łam go widy­wać, co ozna­czało, że pew­nie uni­kał mnie celowo.

Tydzień temu byłam więc zasko­czona, kiedy natknę­łam się na niego z Geo­r­gią. Jego widok z ładną bru­netką u boku wywo­łał dziwne, bole­sne ukłu­cie w moim sercu, ale nie mia­łam czasu o tym roz­my­ślać, zajęta ukry­wa­niem wsty­dli­wej bądź co bądź emo­cji. Trzeba przy­znać, że na bab­kach Cal­lan znał się jak nikt. Geo­r­gia była uro­cza. Spo­tka­ły­śmy się wczo­raj na kawie. Zgod­nie z obiet­nicą pod­po­wie­dzia­łam jej, jak zacząć wła­sny biz­nes, bo zamie­rzała otwo­rzyć biuro rachun­kowe. Dzia­ła­łam wpraw­dzie w innej branży, ale mia­łam za sobą mnó­stwo uprzy­krzo­nych for­mal­no­ści, a Geo­r­gia nie wie­działa nawet, od czego zacząć. Prze­ko­nana, że powinna mi się jakoś odwdzię­czyć, wyznała, że Cal­lan był tylko jed­no­ra­zową przy­godą.

- Choć szkoda - dodała z żalem. - Bo ma w spodniach sza­tana.

Nie dopy­ty­wa­łam o szcze­góły. Nie obcho­dziły mnie jego łóż­kowe wyczyny. Ale... o wilku mowa. Kiedy zamy­ka­łam drzwi, na scho­dach poja­wił się Cal­lan - tym razem z inną laską u boku.

Wbrew moim oba­wom, odkąd się wpro­wa­dził, z góry nie docho­dziły odgłosy sza­lo­nych imprez. Nie widzia­łam też Johna ani Bairda. Nic dziw­nego. W Szko­cji roz­po­czął się sezon pił­kar­ski, więc pew­nie całe dnie spę­dzali na tre­ningu. Ja zresztą także wiecz­nie gdzieś goni­łam.

Szcze­rze mówiąc, Geo­r­gia i ta naj­now­sza zdo­bycz to jedyne babki, jakie się u niego poja­wiły. To jed­nak wystar­czyło, żeby przy­po­mnieć mi o jego repu­ta­cji play­boya.

Na mój widok skrzy­wił się z nie­sma­kiem. Uro­cze.

- Dzień dobry. - Poma­cha­łam im na powi­ta­nie, dostrze­ga­jąc mimo­cho­dem nie­bo­tyczne szpilki meta­licz­no­ró­żo­wych san­da­łów blon­dynki uwie­szo­nej u ramie­nia Cal­lana. Nie mogłam się powstrzy­mać. - Eks­tra buty.

- Dzięki. - Uśmiech­nęła się sze­roko. Wyglą­dała wyjąt­kowo schlud­nie jak na kogoś, kto pew­nie jesz­cze przed chwilą tarzał się w pościeli. - Uwiel­biam Jimmy'ego Choo.

- Naprawdę śliczne. - Tym razem przyj­rza­łam się san­dał­kom otwar­cie. Może Luke miał rację, że tak się fascy­no­wał ciu­chami od pro­jek­tan­tów? - Marzę o takich, ale boję się, że prze­ra­sta­ła­bym w nich wszyst­kich o głowę.

To aku­rat była prawda. Odzie­dzi­czy­łam wzrost po ojcu. Mia­łam metr sie­dem­dzie­siąt pięć. Gdy­bym wsko­czyła w szpilki, prze­kro­czy­ła­bym metr osiem­dzie­siąt.

- Żar­tu­jesz? - Blondi zrów­nała się ze mną i szła teraz obok. - Dała­bym się pokroić za parę dodat­ko­wych cen­ty­me­trów. Noś, na co masz ochotę, a inni niech się walą.

- Słusz­nie. - Już ją polu­bi­łam. Poza tym upo­mnia­łam się w myślach, że pora kupić nowe buty.

- Buty od Jimmy'ego Choo są naj­wy­god­niej­sze na świe­cie. Pole­cam. A przy oka­zji... jestem Hailey.

- Beth. Miło cię poznać.

- Niech to szlag - usły­sza­łam za ple­cami mam­ro­ta­nie Cal­lana.

Ukry­łam uśmiech i posta­no­wi­łam jesz­cze tro­chę go podrę­czyć.

- Jeste­ście parą? - zapy­ta­łam nie­win­nie, kiedy zeszli­śmy na par­ter.

- Ucho­waj Boże. - Hailey prze­wró­ciła oczami.

Unio­słam pyta­jąco brwi. Kąciki ust drżały mi od tłu­mio­nego śmie­chu. Cal­lan zmarsz­czył uro­czo nos.

- Nie żebym się nie zga­dzał, ale co to miało zna­czyć?

- Umó­wi­li­śmy się tylko na seks. - Hailey wzru­szyła ramio­nami.

- Jasne.

- Dobry jest? - drą­ży­łam.

Cal­lan zachły­snął się obu­rze­niem.

- Ujdzie.

Zasko­czona roz­dzia­wi­łam usta, choć przy­znam, że jej non­sza­lan­cja popra­wiła mi humor. Cal­lan pierw­szy odzy­skał głos.

- Słu­cham!?

Hailey wznów wzru­szyła ramio­nami.

- Cały czas wyglą­da­łeś na znu­dzo­nego.

- O ho, ho... - Nie wytrzy­ma­łam i par­sk­nę­łam śmie­chem. Musia­łam się zatrzy­mać i wyśmiać, ocie­ra­jąc pal­cem łzy zebrane w kąci­kach oczu.

- To nie jest śmieszne - wark­nął Cal­lan do roz­chi­cho­ta­nej Hailey.

Zgięta wpół wycią­gnę­łam rękę i ści­snę­łam jej przed­ra­mię.

- Dzięki, serio - wysa­pa­łam. - Marzy­łam, żeby to usły­szeć.

- Żaden pro­blem. - Mru­gnęła.

- Chcesz pod­wózkę czy nie? - zapy­tał ponuro Cal­lan, otwie­ra­jąc przed nami drzwi.

Szcze­rze? Nie zno­si­łam go teraz nieco mniej niż zwy­kle. Zro­biło mi się cie­pło na sercu na myśl, że mimo iż babka podała w wąt­pli­wość jego moż­li­wo­ści w sypialni, na­dal był gotów odsta­wić ją do domu. To się nazywa dżen­tel­men.

- Jedziemy. Trzy­maj się... Beth, zga­dza się?

- Tak. I jesz­cze raz dzięki. Popra­wi­łaś mi dziś nastrój.

Hailey się roze­śmiała i minęła Cal­lana. On zawa­hał się chwilę, a potem spoj­rzał mi w twarz.

- Wyja­śnijmy coś sobie - rzu­cił. - Byłem wczo­raj zaje­chany. Tre­ner dał nam popa­lić.

- Oczy­wi­ście, kapi­ta­nie - zaszcze­bio­ta­łam, despe­racko sta­ra­jąc się zacho­wać powagę. - Byłeś bar­dzo zmę­czony, bo zazwy­czaj jesteś w łóżku niczym dia­beł tasmań­ski.

Otwo­rzył usta, żeby coś powie­dzieć, więc szybko doda­łam:

- Hailey wspo­mniała może coś o kana­pie?

Zmie­rzył mnie ponu­rym spoj­rze­niem, po czym pierw­szy prze­szedł przez drzwi, pusz­cza­jąc szklane skrzy­dło tuż przed moim nosem.

- Zakła­dam, że to zna­czy "tak"! - zawo­ła­łam za nim przez szybę.

Rozdział 5

5

BETH

Na resztę maili posta­no­wi­łam odpo­wie­dzieć, gdy tylko znajdę wolną chwilę w księ­garni, w któ­rej autor poczyt­nych powie­ści miał pod­pi­sy­wać swoje książki. Do jazdy przez cen­trum do Fort Kin­na­ird włą­czy­łam sobie pod­cast Lily.

Nosił tytuł Szu­kaj­cie, a znaj­dzie­cie i doty­czył poszu­ki­wań dru­giej połówki. Wpa­dłam na jego pomysł jesz­cze w cza­sie stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Edyn­bur­skim. Tytuł nawią­zy­wał do motta uczelni, a zain­spi­ro­wał mnie cel, jaki sobie w życiu posta­wi­łam: zamie­rza­łam odna­leźć praw­dziwą miłość. Tak, wiem, trąci kiczem. Za nic nie przy­zna­ła­bym się gło­śno, że o tym marzę, a słowa "praw­dziwa miłość" nie prze­szłyby mi nawet przez gar­dło. Wycho­wali mnie jed­nak rodzice, któ­rzy do dziś kochali się do sza­leń­stwa. Ich zna­jomi żyli w trwa­łych, peł­nych miło­ści związ­kach. Trudno się więc dzi­wić, że i ja takiego pra­gnę­łam.

Mama poznała ojca, kiedy miała dwa­dzie­ścia dwa lata, a ja nie­dawno skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia cztery. Co ozna­czało, że już od dwóch lat powin­nam mieć u swo­jego boku ryce­rza na bia­łym koniu. Nie­stety, ten wyma­rzony jedyny jak na razie świet­nie się przede mną ukry­wał.

W cza­sach stu­denc­kich pod­cast sta­no­wił dla mnie coś w rodzaju koła ratun­ko­wego. Mia­łam osiem­na­ście lat, a już byłam zgorzk­niała i pełna lęków. Potrze­bo­wa­łam cze­goś, dzięki czemu będę miała ochotę pod­nieść się z łóżka.

Przez cztery następne lata Cara, Micha­ela i ja doku­men­to­wa­ły­śmy w nim swoje przy­gody miło­sne. Z roku na rok zyski­wał na popu­lar­no­ści. Słu­chali go ludzie w róż­nych zakąt­kach świata. Zna­la­zły­śmy spon­so­rów, zamiesz­cza­ły­śmy reklamy, były­śmy hitem mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Coś, co zaczęło się jako pasmo uty­ski­wań na ser­cowe nie­po­wo­dze­nia, dla wielu ludzi o podob­nych pro­ble­mach stało się lekiem na wewnętrzny nie­po­kój.

Nie­stety, z cza­sem zaczęło bra­ko­wać mi czasu na pod­ca­sty. I wtedy poja­wiła się Lily Sawyer, córka zna­jo­mych rodzi­ców, Nate'a i Oli­vii. Dołą­czyła do naszej ekipy, kiedy dostała się na stu­dia. My były­śmy wtedy na czwar­tym, ostat­nim roku. Zszo­ko­wała wszyst­kich, oznaj­mia­jąc, że chce współ­pro­wa­dzić pro­gram. Dla­czego? Bo otwarta, gło­śna i szczera była jej sio­stra Janu­ary. Lily przy­po­mi­nała lekko spło­szoną oswo­joną mysz: była zabawna, ale z dystan­sem, zawsze tro­chę w cie­niu i pod para­so­lem ochron­nym star­szej sio­stry. Jed­nakże przed mikro­fo­nem zmie­niała się nie do pozna­nia. Być może dla­tego, że nikt jej nie widział, nabie­rała odwagi i sta­wała się taka, jak Janu­ary wśród ludzi. Pro­wa­dziła pro­gram od trzech lat. Dzięki niej na­dal był na fali.

- Wita­cie w Szu­kaj­cie, a znaj­dzie­cie. - Cie­pły głos mojej przy­szy­wa­nej kuzynki wypeł­nił wnę­trze auta, gdy wje­cha­łam do zatło­czo­nego cen­trum. - W dzi­siej­szym odcinku poga­damy o strzy­że­niu. Nie, nie owiec czy pie­sków. Poga­damy o naszych zapusz­czo­nych bober­kach.

Par­sk­nę­łam śmie­chem i z nie­do­wie­rza­niem pokrę­ci­łam głową. Skąd wytrza­snęła taki temat? Mimo że rok aka­de­micki zaczy­nał się dopiero za parę tygo­dni, Lily i jej zna­jomi kon­ty­nu­owali pod­cast, żeby nie zawieść wier­nych słu­cha­czy.

- Dla­czego wła­śnie o tym? - zapy­tała, jakby czy­tała mi w myślach. - Bo mojej współ­pro­wa­dzą­cej Sarze zda­rzyło się usły­szeć zja­dliwy komen­tarz. Tak, dobrze sły­szy­cie. Nowy facet zarzu­cił jej tydzień temu, że za bar­dzo się posta­rała. No bez prze­sady! A jakie z tego wnio­ski? Przede wszyst­kim, jeśli już trafi wam się nume­rek, daruj­cie sobie zło­śli­wo­ści. Poza tym, ile to wła­ści­wie za mało albo za dużo? Kie­dyś myśla­łam, że wiem wszystko, ale teraz... Cóż, przyjdź­cie z pomocą i dzwoń­cie. Kto dziś zacznie dys­ku­sję, Sierro?

- Dodzwo­niła się do nas Kylie. Stu­diuje na naszym uni­werku. I mam nadzieję, że jest rów­nie obu­rzona jak ja, że mały gno­jek miał czel­ność komen­to­wać mojego boberka. Osta­tecz­nie to mój ogró­dek i moje krzaczki. I jeśli mam ochotę, o czym mu zresztą powie­dzia­łam, mogę je sobie nawet wykar­czo­wać do gołego. A on może sobie zabrać swój żało­sny wąż ogro­dowy i poszu­kać innej par­celi.

Zachi­cho­ta­łam, czu­jąc przy­pływ nostal­gii. Co tydzień słu­cha­łam pod­ca­stu i wra­ca­łam wspo­mnie­niami do stu­denc­kich cza­sów. Myśla­łam wtedy, że jestem wykoń­czona, a dziś dała­bym wszystko, żeby cof­nąć się do tam­tych chwil. Ostat­nie trzy lata minęły jak z bicza trzasł, ale nie­wiele uży­łam. Dni, godziny i sekundy wypeł­niała mi praca. A na hory­zon­cie nie poja­wił się żaden książę na bia­łym rumaku.

- Jesteś tam, Kylie? - zapy­tała Lily.

- Jasne - rzu­ciła jej roz­mów­czyni pogod­nym tonem, choć z akcen­tem z wyż­szych sfer. - Naresz­cie udało mi się dodzwo­nić. Uwiel­biam wasze poga­du­chy. I wiem, że powin­nam opo­wie­dzieć coś o bobrach i krzacz­kach... Mia­łaś rację, Sierro, że pogo­ni­łaś dupka, ale... naj­pierw zapy­tam o nowy pod­cast, który poja­wił się na kam­pu­sie. Sły­sza­ły­ście o Kole­siach z Pot­ter­row?

Nasta­wi­łam uszu. Pot­ter­row to był główny ośro­dek spraw stu­denc­kich naszej uczelni.

- Yyy... Coś koja­rzę. - Lily była wyraź­nie poiry­to­wana. Nie wspo­mniała mi o kon­ku­ren­cji. - Zaczęli, zdaje się, późną wio­sną.

- Stu­diują na naszym uni­werku. Czte­rech ano­ni­mo­wych gości. Ich pro­gram jest męską wer­sją waszego. Coraz wię­cej ludzi go słu­cha. Ostat­nio jed­nak czę­ściej was ata­kują.

Nie usły­sza­łam odpo­wie­dzi Lily, bo w gło­śni­kach roz­legł się dźwięk mojego tele­fonu. Zer­k­nę­łam na wyświe­tlacz. Mama.

- Cześć, mamuś.

- Dzień dobry, słonko. - Na­dal mówiła z wyraź­nym ame­ry­kań­skim akcen­tem, choć spę­dziła w Szko­cji pra­wie trzy­dzie­ści lat. Kie­dyś prze­drzeź­nia­łam ją na impre­zach. Robi­łam furorę. - Dla­czego komórka mi przy­po­mniała, że mam dzi­siaj spo­tka­nie na Insta­gra­mie?

Lekko schryp­nięty głos mamy zazwy­czaj koja­rzył mi się z rodzin­nym cie­płem i bez­pie­czeń­stwem, ale dzi­siaj dzia­łał na nerwy. Zaci­snę­łam szczęki, tłu­miąc iry­ta­cję.

- Uprze­dzi­łam cię, kiedy umó­wi­łam ter­min. Za tydzień wycho­dzi twoja nowa książka. Żeby ją sprze­dać, musisz o niej opo­wia­dać.

- Wiesz, że nie zno­szę tych dur­nych wywia­dów. - Wes­tchnęła ciężko. - Może ojciec mnie zastąpi? Zna tekst na wyrywki. I wygląda znacz­nie lepiej ode mnie.

Tym razem udało jej się mnie roz­ba­wić. Pro­te­sto­wała prze­ciwko wywia­dom, gdy tylko udało mi się jakiś zała­twić. Ale nie zawsze - spie­ra­ły­śmy się wyłącz­nie, kiedy uka­zy­wało się jej nowe dzieło.

- Opo­wia­da­łam już o książce w jakimś pod­ca­ście - cią­gnęła nie­zra­żona. - Serio muszę się jesz­cze wygłu­piać w mediach spo­łecz­no­ścio­wych?

Ten jej tak zwany pod­cast był w isto­cie zna­nym ogól­no­kra­jo­wym pro­gra­mem jesz­cze bar­dziej zna­nego dzien­ni­ka­rza. Udział w nim zała­twił mamie jej wydawca Jeff. Wspól­nie usta­li­li­śmy ter­min, żeby nie koli­do­wał z żad­nym z zapla­no­wa­nych przeze mnie wyda­rzeń. Mama miała wielu wier­nych fanów, praca dla niej nie wyma­gała więc ode mnie szcze­gól­nego wysiłku. Jej popu­lar­ność gwał­tow­nie wzro­sła dzie­sięć lat temu, gdy jeden ze słyn­niej­szych cyklów jej powie­ści osa­dzo­nych w Edyn­burgu został zekra­ni­zo­wany i tra­fił do stre­amingu jako mini­se­rial. Póź­niej adap­to­wano jesz­cze dwie kolejne książki. To jed­nak nie ozna­czało, że mogły­śmy spo­cząć na lau­rach, bo branża zmie­niała się nie­mal z dnia na dzień.

- Influ­en­ce­rzy zachę­cają czy­tel­ni­ków, żeby kupo­wali twoje wypo­ciny - rzu­ci­łam. - Chyba warto się posta­rać.

- Nie bądź zło­śliwa.

- Nie gadaj bzdur, które aż się pro­szą o zło­śliwy komen­tarz.

- Niech ci będzie. Muszę sobie strze­lić make up?

- Gada­łam z cio­cią Jo. Pomoże ci. Przy­je­dzie do cie­bie wie­czo­rem, około szó­stej. Ja wpadnę godzinę póź­niej. Upew­nię się, że weszłaś na żywo.

- Prze­cież wiem, jak to zro­bić.

- Serio? Jak?

- Trzeba... wejść na Insta­gram...

- Aha...

- I wybrać opcję "Dołącz do spo­tka­nia".

- Nie. - Pokrę­ci­łam głową, choć i tak nie mogła tego zoba­czyć. - Nie masz poję­cia, jak to działa.

- W ogóle czy tylko w tym przy­padku?

- Róż­nie bywa. - Zachi­cho­ta­łam.

- Masz szczę­ście, że cię kocham.

- Będę o siód­mej. Też cię kocham. - Roz­łą­czy­łam się szybko, nie dając jej oka­zji do narze­kań na inne spo­tka­nia, które już zakle­pa­łam.

Kiedy doje­cha­łam do księ­garni w Fort Kin­na­ird, pisarz Peter Wil­kins już na mnie cze­kał. Była z nim Cara, która miała cykać fotki i wrzu­cić je póź­niej na konta Petera w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Chwilę póź­niej dołą­czyła do nas jego żona i zadrę­czała mnie pyta­niami, kiedy Peter spo­koj­nie pod­pi­sy­wał książkę. Dopy­ty­wała, do kogo tra­fiają opłaty za reklamę i gra­fiki, oraz nie­zbyt dys­kret­nie suge­ro­wała, że "dodat­kowe" pie­nią­dze, które liczymy za swoją pomoc, powinny przy­paść auto­rowi. Znio­słam jej tyradę z uśmie­chem, z tru­dem powstrzy­mu­jąc cisnące mi się na usta kąśliwe uwagi, po czym cier­pli­wie wyja­śni­łam jej wszystko po raz enty, sta­ra­jąc się wresz­cie do niej dotrzeć. Nie­stety, przez jej skąp­stwo stra­ci­łam czas, w któ­rym mia­łam nadzieję odpo­wie­dzieć na zbie­ra­jące się od rana maile.

- Cóż, fak­tycz­nie co mie­siąc spływa na nasze konto sporo - przy­znała wresz­cie nie­chęt­nie, kiedy Peter skła­dał pod­pis w ostat­niej książce.

O tak. Zara­biał dużo. A ja dokład­nie wie­dzia­łam ile, bo opra­co­wu­jąc stra­te­gie mar­ke­tin­gowe, musia­łam mieć w małym palcu infor­ma­cje o zobo­wią­za­niach i przy­cho­dach klien­tów. Co cie­kawe, odkąd zatrud­nił naszą firmę, jego dochody wzro­sły o co naj­mniej sześć­dzie­siąt pro­cent. I byłam tego pewna. A jego żona i tak narze­kała.

- Jed­nak jako stali klienci powin­ni­śmy chyba dostać zniżkę - wyce­dziła.

Serio?

- Rok to chyba nie­zbyt długo - rzu­ci­łam, uśmie­cha­jąc się z przy­mu­sem.

- Nie podoba mi się ten ton, młoda damo.

- Nazy­wam się Car­mi­chael, pani Wil­kins. A jeśli nie odpo­wia­dają pani nasze warunki, pro­szę pomó­wić z mężem. Choć liczę, że zechce z nami pozo­stać, bo bar­dzo go cenimy.

Zdo­by­łam się na kolejny sztuczny uśmiech i ode­szłam do Cary, która prze­glą­dała w komórce gotowe fotki.

- Przy­po­mnij mi, że kocham tę robotę - popro­si­łam cicho.

- Oczy­wi­ście. Uwiel­biasz ją. - Spoj­rzała na mnie i zmarsz­czyła brwi, widząc wyraz mojej twa­rzy. - Coś nie tak? Wyglą­dasz na zmor­do­waną.

- Wszystko okej. - Wes­tchnę­łam ciężko i wycią­gnę­łam tele­fon. - Mam mnó­stwo zale­głej roboty.

- Domy­ślam się. - Pokle­pała mnie po ramie­niu i znów spoj­rzała w komórkę. - Wiem, jak jest.

- W pią­tek mam spo­tka­nie z She­erą Green, wła­ści­cielką Aura Beauty.

- Wywiad?

- Nie tym razem. - Zro­bi­łam tajem­ni­czą minę. - Moż­liwe, że zleci nam pro­wa­dze­nie kam­pa­nii w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

- Poważ­nie? - Jej oczy roz­sze­rzyły się z nie­do­wie­rza­nia.

- Jak naj­bar­dziej. Jeśli uda nam się nawią­zać z nimi stałą współ­pracę, trzeba będzie znów kogoś zatrud­nić. Sami nie damy rady.

- Idź na całość i znajdź od razu ze trzy osoby, a będę zachwy­cona. Pomóc ci czy sama wszystko zała­twisz? - Jej ton świad­czył o tym, że świę­cie wie­rzy w moje moż­li­wo­ści i pyta tylko przez uprzej­mość.

- Pora­dzę sobie.

- Nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści. Wiem, ile zro­bi­łaś dla Petera.

Zer­k­nę­łam w jego stronę. Roz­ma­wiał żywo z jed­nym z czy­tel­ni­ków. Tym razem nie musia­łam się zmu­szać do uśmie­chu - poja­wił się mimo­wol­nie. Tak. To był jeden z powo­dów, dla któ­rych tak uwiel­bia­łam swoją pracę. Potęga mediów spo­łecz­no­ścio­wych chyba ni­gdy nie prze­sta­nie mnie zadzi­wiać - dzięki nim małe firmy, także moja, wzno­siły się na wyżyny, o któ­rych kie­dyś nie śmiały nawet marzyć.

Tyle że cza­sami... żało­wa­łam, że praca prze­stała spra­wiać mi frajdę.

Nagle, nie wie­dzieć czemu, pomy­śla­łam o Cal­la­nie Keenie... Pew­nie dla­tego, że on wie­dział, jak się dobrze bawić. Ja jed­nak nie mia­łam ochoty na zabawy w jego stylu. Nie chcia­łam zmie­niać face­tów jak ręka­wiczki. Marzy­łam o związku, jaki two­rzyli moi rodzice - Joss i Bra­den Car­mi­cha­elo­wie. Może wtedy ode­tchnę­ła­bym wresz­cie od pracy?

Rozdział 6

6

CAL­LAN

Wygra­li­śmy z Din­gwall Dro­vers dwa do jed­nego. Pew­nie nie o takiej "jatce" marzył tre­ner, ale nowi zawod­nicy, któ­rzy dołą­czyli do dru­żyny w tym sezo­nie, szybko się odna­leźli na boisku i w zespole. God­nie zastą­pili tych, któ­rych wypo­ży­czono do innych klu­bów. Byłem dumny, bo zdo­by­łem z poda­nia jed­nego gola. Drugi raz w okienko tra­fił John. Ci z Din­gwall pró­bo­wali odro­bić straty, ale Baird spi­sy­wał się fan­ta­stycz­nie i nie dał im roz­wi­nąć skrzy­deł.

Tre­ner nie był jed­nak zachwy­cony. Ponoć zbyt czę­sto uda­wało im się prze­ła­mać naszą obronę.

Mecz nie poto­czył się po naszej myśli, a Bra­den Car­mi­chael na­dal odma­wiał spo­tka­nia ze mną i z Bair­dem. Poprzed­niego wie­czoru potrze­bo­wa­łem więc chwili wytchnie­nia i cze­goś, co roz­ła­do­wa­łoby stres.

Następ­nego dnia mie­li­śmy tre­ning, wypi­łem więc z chło­pa­kami po jed­nym i grzecz­nie wró­ci­łem do domu. Tyle że nie sam. Z Jules. Baird ostrzegł mnie przed wyj­ściem, że laska sypiała z naszym rezer­wo­wym bram­ka­rzem, Micha­elem Hol­me­sem, i buch­nęła mu komórkę, żeby donieść jego dziew­czy­nie o zdra­dzie. Puści­łem to mimo uszu. Karma, wia­domo. Może i nie wybra­liby mnie na faceta roku, ale nie puścił­bym kan­tem dziew­czyny, gdy­bym ją miał. Zbyt dobrze wie­dzia­łem, jak boli, gdy zawo­dzi ktoś, komu się bez­gra­nicz­nie ufało.

Seks z Jules był spoko. Po tym jak Hailey opo­wie­działa cho­ler­nej Beth Car­mi­chael, że śred­nio sobie radzę, tym razem bar­dziej się przy­ło­ży­łem. Laseczce zale­żało, żeby zali­czyć pił­ka­rza - fakt, ale to nie zna­czy, że mogłem leżeć i cze­kać na trzę­sie­nie ziemi.

Nie­stety, Baird miał rację. Kiedy wspo­mnia­łem Jules, że pora spa­dać, bo spie­szę się na tre­ning, omal nie ogłu­chłem od jej wrza­sków.

- Niech szlag trafi was, pił­ka­rzy, i wasze wcze­sne pobudki! - roz­darła się na dzień dobry.

Skrzy­wi­łem się tylko i ugry­złem w język. Lepiej nie zadzie­rać z kimś, kto robi z igły widły.

Cze­ka­jąc, aż zrobi się na bóstwo, i słu­cha­jąc, jak wali obca­sami w moje wypiesz­czone drew­niane pod­łogi, żało­wa­łem po cichu, że poświę­ci­łem jej aż tyle uwagi, pod­czas gdy miła dziew­czyna, taka jak Hailey, wyszła ode mnie lekko zawie­dziona, bo poka­za­łem się w łóżku z nie­naj­lep­szej strony. Zde­cy­do­wa­nie nie byłem z tego dumny.

Posta­no­wi­łem, że zro­bię sobie krótką prze­rwę od jed­no­noc­nych przy­gód. Lepiej już poje­chać na ręcz­nym, niż wysłu­chi­wać wrza­sków i prze­kleństw napa­lo­nej dziuni, która ma mi za złe, że o siód­mej rano wyrzu­cam ją za drzwi.

Wście­kły otwo­rzy­łem usta, żeby pona­glić Jules, ale nim zdą­ży­łem się ode­zwać, gwał­tow­nie otwo­rzyła drzwi łazienki. Trzeba przy­znać, że wyglą­dała nie­źle. Naprawdę nie­źle. Patrząc na nią, nikt by nie zgadł, że taka z niej jędza.

- Gotowe! - wark­nęła. - Zado­wo­lony?

Pokrę­ci­łem głową z nie­do­wie­rza­niem i powlo­kłem się do drzwi. Kątem oka zauwa­ży­łem leżące na sto­liku koperty. Poczu­łem wyrzuty sumie­nia. Nale­ża­łoby je pozbie­rać i odnieść. Zawa­ha­łem się... i chwilę póź­niej wysze­dłem z miesz­ka­nia.

W środę zgar­ną­łem pocztę ze skrzynki. Idąc na górę po scho­dach, prze­glą­da­łem listy. Zda­łem sobie sprawę, że listo­nosz przez pomyłkę wrzu­cił do mojej skrytki także te adre­so­wane do Beth. Jakiś cho­chlik mnie opę­tał i zamiast wsu­nąć je pod jej drzwi, zabra­łem je do domu. Nie mam poję­cia, po co mi to było, bo teraz od kilku dni, wycho­dząc, przy­po­mi­na­łem sobie, że nale­ża­łoby je wziąć i wpaść po dro­dze pię­tro niżej.

A jed­nak wciąż tego uni­ka­łem. Rów­nież dzi­siaj.

- Dokąd cię pod­rzu­cić? - zapy­ta­łem Jules.

- Do pracy - mruk­nęła. - Do sola­rium przy Geo­rge Street.

- Nie ma sprawy.

Kiedy ruszy­li­śmy scho­dami w dół, z pię­tra Beth dobie­gło skrzy­pie­nie otwie­ra­nych drzwi. Tętno mi przy­spie­szyło. Wie­dzia­łem, że za chwilę się na nią natkniemy. Miała na sobie obci­sły strój do ćwi­czeń. Pró­bo­wa­łem nie gapić się zbyt otwar­cie, żeby nie zle­cieć ze stop­nia. Prze­bie­głem w myślach oko­liczne siłow­nie, zasta­na­wia­jąc się, do któ­rej cho­dzi.

- Dzień dobry - zagad­nęła rado­śnie. Co prawda, ni­gdy nie nale­żała do ludzi mru­kli­wych, ale ten poziom rado­ści wyda­wał mi się prze­sadny. Pew­nie chciała mnie wku­rzyć.

Nie zaszczy­ci­łem jej odpo­wie­dzią, ski­ną­łem tylko głową. Moja... Jules pogar­dli­wie wydęła usta i poma­sze­ro­wała dalej.

Nie­zra­żona Beth ruszyła za nami. Nie­mal czu­łem na karku jej spoj­rze­nie.

- Zapo­wiada się kolejny ładny dzień - zagad­nęła przy­jaź­nie.

Nie odpusz­czała, żmija, więc tylko chrząk­ną­łem.

- Gra­tu­luję wygra­nej.

I tu mnie zasko­czyła. Omal nie spa­dłem ze scho­dów.

- Dobrze, że Baird jest świet­nym bra­ka­rzem.

No i pro­szę. Wró­ciła dawna Beth.

- Prze­każ mu ode mnie gra­tu­la­cje. Dobrze, że się wam tra­fił.

Jules zmie­rzyła ją nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

- A ty coś za jedna, do cho­lery?

Uro­cze. Ale Beth nie stra­ciła rezonu.

- Jego sąsiadka. I przy­ja­ciółka Bairda.

- Nie przy­jaź­ni­cie się - rzu­ci­łem, nawet się nie odwra­ca­jąc.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki