Rozdział 1
1
BETH
Edynburg, Szkocja
Byłam głodna, spocona i mocno spóźniona. Tymczasem drogę do mieszkania
blokowało mi trzech wyjątkowo przystojnych facetów z najbrzydszą kanapą
świata.
- Jeszcze raz powiesz "obróćcie", a wykończę cię od ręki - rzucił koleś
odwrócony do mnie plecami. Miał szerokie ramiona, wąską talię i fryzurę
na samuraja.
- Staram się rozładować napięcie odrobiną humoru - odgryzł się wciśnięty
między ścianę a oparcie kanapy gość z wyraźnym amerykańskim akcentem.
Zaprzątnięta własnymi sprawami przeoczyłam lśniącego czarnego Land
Rovera, obok którego zostawiłam samochód na prywatnym parkingu przy
Loverose Lane. Nie zwróciłam też uwagi na stojącą przed wejściem do
budynku furgonetkę firmy przeprowadzkowej, bo czytałam akurat wiadomość
od Cary, która dla jednego z naszych autorów kazała mi na powrót
zatrudnić zwolnioną niedawno influencerkę.
Odpisałam jej, przeciągnęłam przez czytnik przy wielkich szklanych
drzwiach kartę wejściową i zaczekałam, aż się rozsuną. Rodzice chętnie
pomogli mi opłacić depozyt właśnie dlatego, że było tu tak bezpiecznie.
Wejście tylko na kartę i kamery w hallu, a wszystko to raptem dziesięć
minut spacerkiem od ich domu przy Dublin Street, w którym się
wychowałam.
W budynkach ekskluzywnego osiedla na rogu Loverose Lane i Dundas Street
przewidziano oczywiście windy, ja jednak wracałam z siłowni i chciałam
podtrzymać przyjemne pulsowanie krwi, postanowiłam więc wejść schodami.
Żeby dotrzeć do swojego dwupokojowego mieszkania (bo tylko na takie było
mnie stać w samym sercu Edynburga), musiałam pokonać cztery kondygnacje.
Po drodze dobiegały mnie podniesione męskie głosy, odbijające się echem
w klatce schodowej. Faceci ewidentnie się kłócili. Wyszedłszy zza rogu,
odkryłam dlaczego.
Trzech gości utknęło między drugim a trzecim piętrem z wielką,
trzyosobową granatową kanapą w żółte kwiaty.
Zerknęłam na komórkę. W banku żywności w Leith, w którym w piątkowe
popołudnia pracowałam jako wolontariuszka, miałam być za godzinę.
Zostało mi niewiele czasu na lunch i prysznic. Bank zbierał żywność od
prywatnych darczyńców i przekazywał ją potrzebującym. Jego szefowa
bardzo pilnowała, żeby wolontariusze przestrzegali godzin dyżurów.
- Podnieśmy kanapę nad głowę. Może wtedy uda nam się skręcić?
Wkurzona spojrzałam na faceta stojącego przodem do mnie przy końcu
feralnego mebla. Światło wpadające przez długie prostokątne okno za jego
plecami otoczyło miękką poświatą jego ciemnowłosą głowę, więc chwilę
trwało, nim dostrzegłam rysy twarzy.
Rozpoznałam go. Serce fiknęło mi koziołka.
Callan Keen.
Kapitan i czołowy pomocnik Caledonia United, jednej z edynburskich
drużyn Szkockiej Ligi Zawodowej Piłki Nożnej. W meczach, w których grał,
nawet zawodnicy najlepszych drużyn, takich jak Dalmarnock Thistle czy
Kingston United, musieli się nieźle nabiegać. Zastanawiacie się pewnie,
skąd ktoś, kto niespecjalnie lubi futbol, tyle wie o Callanie Keenie.
Nie, nie chodzi o to, że jest diablo przystojny i wziął udział chyba we
wszystkich dobrych reklamach w Szkocji. Ani że grał w drużynie narodowej
w zeszłorocznym turnieju.
Nie, nic z tych rzeczy.
Znałam go od lat. Był synem faceta, który wbił mojemu ojcu nóż w plecy.
I co właśnie robił? Wnosił obrzydliwą kanapę po schodach budynku, w którym mieszkałam.
Zrobiło mi się zimno ze strachu.
Apartament nade mną został wystawiony na sprzedaż. Stał pusty od dwóch
tygodni. A to oznaczało jedno: kupił go Callan albo któryś z jego kumpli
od wnoszenia kanapy. Ci dwaj też pewnie grali w futbol. Bez wahania
postawiłabym na to swojego ukochanego elektrycznego Mini Coopera.
Do naszego budynku wprowadzi się piłkarz. Super. Tylko tego brakowało.
Wkurzona na maksa wizją hucznych imprez i wygłupów, które z pewnością
zakłócą spokój mego wymarzonego gniazdka, skrzyżowałam ręce na
piersiach.
- Powiecie mi, po jakie licho targacie kanapę schodami, skoro w budynku
jest duża winda? - warknęłam.
- O w mordę! - sapnął Samuraj. Zaskoczony za szybko obrócił głowę,
stracił równowagę i opadł ciężko na sofę.
Pozostali krzyknęli, próbując utrzymać rozchwiany mebel. Pan Samuraj
poprawił chwyt, po czym ponownie obrócił głowę i przez ramię zmierzył
mnie taksującym spojrzeniem. Trzeba przyznać, że był niemal równie
atrakcyjny jak Callan. Miał ciepłe brązowe oczy i oliwkową cerę. Kiedy
skończył mnie taksować, wykrzywił usta w przymilnym uśmiechu.
- Hejka - rzucił.
- No i co teraz? - burknęłam, wzruszając ramionami. Nie spojrzawszy
nawet na Samuraja, utkwiłam oskarżycielski wzrok w Callanie. Zauważyłam,
w którym momencie mnie rozpoznał, bo jego zielone oczy zwęziły się
niebezpiecznie.
- To ty? - wypluł z siebie, jakby natknął się na wyjątkowo obrzydliwe
nemezis.
Usta mi zadrżały, ale powstrzymałam uśmiech, w porę przypominając sobie,
jak bardzo ci trzej mnie irytują.
- To co? - Położyłam ręce na biodrach i wskazałam głową kanapę. - Może
jednak winda?
- Chwila... - Samuraj zerknął na Callana. - Kto to jest? Znacie się?
- Zaczekajmy z prezentacją, aż zatargamy to cholerstwo do mieszkania
Keena - jęknął koleś przyciśnięty kanapą do ściany.
Mieszkanie Keena. Oczywiście. Moim nowym sąsiadem będzie Callan.
- Cóż, panno Mądralińska... - Callan wykrzywił się w sarkastycznym
uśmiechu. - Kanapa nie zmieściła się do windy. Musieliśmy wybrać schody.
- Grasz w piłkę od lat. Nie stać cię na tragarzy?
- W przeciwieństwie do niektórych nie zakładam, że kasa załatwi
wszystko.
Przewróciłam oczami, wiedząc, że pije do mnie i moich rodziców.
- Wyobraź sobie, kapitanie - syknęłam - że tarasujesz wejście do mojego
mieszkania, a mnie się dzisiaj spieszy.
- Serio nazwała cię kapitanem?! - prychnął Samuraj.
- Przecież jest kapitanem waszej drużyny. - Spojrzałam na niego zimno. -
A jako kapitan z pewnością znajdzie sposób, żeby usunąć mi z drogi to
kwieciste obrzydlistwo. Jak mówiłam, spieszę się.
- Bardzo mi przykro, nic z tego. - Callan bynajmniej nie wyglądał na
skruszonego. - Nie krępuj się. Zadzwoń do kosmetyczki. Nałoży ci
maseczkę w innym terminie. Albo wiesz co... skorzystaj z windy.
Skinął na kumpli, unosząc swój koniec kanapy.
- W górę ją, panowie.
Z rękami założonymi na piersi patrzyłam drwiąco, jak szarpią się z granatowo-żółtym monstrum. Po kilku minutach wypełnionych posapywaniem i pełnymi irytacji warknięciami podnieśli wreszcie kanapę na
wyprostowanych ramionach. Muszę przyznać, że widok napiętych mięśni pod
gładką skórą poprawił mi nieco humor. I żeby popatrzeć dłużej,
postanowiłam odpuścić windę. Przeżyłam nawet chwilę niepokoju, kiedy
środkowy koleś za oparciem omal nie wyleciał razem z kanapą przez okno,
na które z impetem wpadł, zakręcając.
- To jak, powiesz mi wreszcie, coś za jedna? - sapnął Samuraj, kiedy
znaleźliśmy się w końcu w korytarzu.
Szłam tuż za nimi i pewnie powinnam była się skierować do windy, ale żal
mi było widoków. Poza tym po cichu liczyłam, że to wszystko jest tylko
ponurym żartem. Callan ściemnia i wcale nie wprowadza się do budynku, w którym mieszkam.
Nie widziałam go od lat - nie licząc oczywiście wywiadów w telewizji
albo reklam, w których występował, więc mimowolnie śledziłam wzrokiem,
jak taszczy na górę gigantyczną zwyciężczynię konkursu na najbrzydszą
kanapę świata. Powróciły wspomnienia, gasząc na chwilę irytację. Niemal
widziałam, jak pochyla ku mnie w klasie ciemną czuprynę, rzucając pod
nosem zabawne uwagi, po których nie umiałam opanować śmiechu. W czasach
szkoły wystarczyło, że zechciał na mnie spojrzeć, a już promieniałam.
- No i? - naciskał Samuraj.
Drgnęłam, otrząsając się ze wspomnień.
- Jestem Beth. Ciekawa ta wasza kanapa.
- Nie zaczynaj - sarknął Callan.
- Też mu dałem popalić - wyszczerzył się Środkowy. - Tylko dureń kupiłby
takie paskudztwo.
- Szlag by to - zaklął Callan. Jego głowa zniknęła nagle znad boku
kanapy, a granatowy potwór przechylił się niebezpiecznie w stronę
Samuraja.
Podbiegłam i oparłam się ramieniem o bok mebla, podtrzymując go.
- Przepraszam - wystękał Callan. - Potknąłem się.
- Dzięki. - Samuraj popatrzył na mnie z aprobatą.
- Drobiazg - odparłam, choć czułam, jak drżą mi napięte pod ciężarem
mięśnie. Zniosłam dzielnie ból, czekając, aż Callan poprawi chwyt i uniesie kanapę.
Podniósł głowę. Kiedy zauważył, co robię, zmarszczył groźnie brwi.
- Co ty wyprawiasz?
- Pomaga - wyręczył mnie Samuraj, krzywiąc się z niedowierzaniem. -
Przeszkadza ci seksowna sąsiadka?
- Dzięki. - Rozpromieniłam się na komplement. - Też jesteś niczego
sobie.
- Wiem. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Ale doceniam.
- Nic z tego. - Callan przytrzymał oparcie jedną ręką, wymierzając w nas
oskarżycielsko palec drugiej. - Zapomnij. Nie jesteście przyjaciółmi.
- No nie wiem... - Wzruszyłam ramionami. - Czuję, że mamy wiele wspólnego.
- Zdecydowanie - potwierdził Samuraj. - A przy okazji, jestem Baird.
Bramkarz Caley.
Nic dziwnego, biorąc pod uwagę jego wzrost i gabaryty, pomyślałam,
robiąc przy tym mądrą minę, jakbym o piłce nożnej wiedziała wszystko.
- A ja John. Nie żeby ktoś pytał. - Środkowy posłał mi krzywy uśmieszek.
Z bliska odkryłam, że jesteśmy do siebie zaskakująco podobni w kolorycie. Mieliśmy takie same ciemnoblond włosy, jasne, niebieskie oczy
i oliwkową skórę. Moglibyśmy uchodzić za rodzeństwo. Chyba dostrzegł
moje zaskoczenie, bo uśmiechnął się szeroko, jakby wiedział, o czym
pomyślałam, i podzielał moją opinię.
- Gram w środku pola.
Nie miałam pojęcia, co to oznacza, ale na wszelki wypadek pokiwałam
głową.
- I jesteś Amerykaninem albo Kanadyjczykiem?
- Brawo. Większość ludzi ma mnie za Jankesa, a ja pochodzę z Toronto. -
W nazwie miasta ominął drugie t.
- A ty jesteś Beth i... - Baird zawiesił głos, czekając, aż coś dorzucę.
- I ręce mnie bolą jak diabli - warknął Callan. - Beth chyba wspomniała,
że się spieszy do kosmetyczki.
- Nic takiego nie mówiłam.
- Mówiłaś.
- Powiedziałam, że się spieszę. Kosmetyczkę i maseczkę sam dodałeś.
- Maseczka, paznokcie, co za różnica? Grunt, żebyśmy wreszcie dotargali
na górę tę cholerną kanapę.
- Wow... Nie mówi się tak do przyjaciół.
- Ty i ja się nie przyjaźnimy - warknął.
Niby nie powinno mnie to obchodzić, a jednak zakłuło boleśnie. Zdobyłam
się na wymuszony uśmiech.
- Miałam na myśli Bairda i Johna.
- Na górę! - Callan pociągnął kanapę z taką siłą, że musieliśmy ruszyć
za nim.
Niedługo później dotarliśmy na moje piętro. Im zostało jeszcze jedno.
- Daj mi chwilę, ręce mi zdrętwiały. - John z rozmachem postawił kanapę.
Skorzystaliśmy z okazji, odsuwając się od niej o krok.
Callan i ja stanęliśmy oko w oko po raz pierwszy od ośmiu lat. Miał na
sobie T-shirt, niby luźny, ale ciasno opinający jego potężne ramiona i bicepsy, do tego dżinsy i przetarte czarne tenisówki. Wiedziałam, że to
buty od Diora, bo mój brat Luke miał świra na punkcie ciuchów tego
projektanta. Wszystko to jednak i tak się nie liczyło. Callan Keen nawet
owinięty w worek na śmieci wyglądałby jak milion dolarów. Przestałam się
dziwić, że zgarniał tyle reklam. Ponad metr osiemdziesiąt, atletyczna
budowa ciała, każdy garnitur leżał na nim jak ulał. I do tego twarz...
Ta jego cholerna gęba.
Właśnie dlatego w czasach szkolnych tak rozpaczliwie się w nim bujałam.
Był moją pierwszą miłością.
Wyglądał niemal jak kiedyś... Niemal. Bo dziś miał kilkudniowy zarost,
który sprawiał, że wydawał się jeszcze bardziej męski. Zielone oczy,
kiedyś pełne humoru i radości, teraz się zwęziły, gdy przyglądał mi się
czujnie. Skrzyżował ręce na piersi. Sapnęłam cicho, udając, że nie
patrzę na napinające się przy tym mięśnie jego ramion. Nie musiał
wiedzieć, że nadal mi się podoba.
- Serio tutaj mieszkasz?
- Serio zapłaciłeś za to coś? - Machnęłam lekceważąco w stronę kanapy.
Baird parsknął śmiechem, ale gdy Callan popatrzył na niego
oskarżycielsko, udał, że kaszle.
- Wszędzie pełno kurzu - wyjaśnił, poklepując dramatycznie szeroką
pierś.
Usta same złożyły mi się do uśmiechu. Cóż, chyba polubiłam tego gościa.
Callan przewrócił oczami i wrócił spojrzeniem do mnie.
- Ta kanapa jest wyjątkowo wygodna. W przeciwieństwie do niektórych nie
kupuję rzeczy tylko dlatego, że są drogie albo budzą czyjś zachwyt.
- I mówi to facet w butach od Diora - prychnęłam.
- Już ją lubię - stwierdził John, mrugając do Bairda, a ten pokiwał
głową z aprobatą.
Uśmiechnęłam się zachwycona nieoczekiwanym wsparciem.
- Stop! - Callan zamachał nam przed nosem rękami. - Nie jesteście
przyjaciółmi. A ty... - zwrócił się do mnie. - Ty już idź, bo się spóźnisz
do kosmetyczki.
W sumie miał rację, tyle że czekali na mnie w banku żywności.
- Na takiej kanapie raczej nie licz na numerek - rzuciłam zjadliwie.
- To samo mu powiedziałem. - Baird uniósł rękę, żebyśmy przybili piątkę.
Skwapliwie skorzystałam z okazji, wiedząc, jak bardzo moja zażyłość z kumplami działa mu na nerwy.
Callan popatrzył na mnie z wyższością.
- Nawet gdybym wytarzał się w kociej kuwecie, i tak znalazłbym chętną na
numerek - oznajmił, unosząc brew, jakby czekał na odpowiedź.
- Fuj. - Uniwersalne.
- Ma trochę racji - odezwał się John. - Choć jego gust mnie ostatnio
niepokoi.
- Niektóre laski lecą na piłkarzy, a reszta nie ma znaczenia - dorzucił
swoje trzy grosze Baird.
- O gustach się nie dyskutuje - ucięłam. - Ale żeby kocia kuweta? Serio
cię to kręci?
Callan tylko wzruszył ramionami.
- Mam nadzieję, że się mylisz, bo wolałabym nadal wierzyć w ludzkość. -
Spojrzałam na niego z politowaniem. - A teraz poważnie. Na twoim miejscu
pomyślałabym o zmianie tapicerki. Nawet moja przyszywana babcia ma
ładniejszą.
- Brednie.
- Jak to przyszywana babcia? - Baird uniósł pytająco brwi.
- Babcia Elodie. Nie jesteśmy spokrewnione, ale traktuje mnie jak
wnuczkę, więc odpłacam jej tym samym.
- Nie masz prawdziwej babci?
Pokręciłam głową. Rodzice mamy zmarli, kiedy była jeszcze nastolatką,
tak jak jej młodsza siostra, po której dostałam imię. Dziadek ze strony
ojca odszedł, zanim się urodziłam, babcia nie interesowała się naszym
życiem. Podobno - co wiem od ojca - zmarła kilka lat temu. Dlatego
przyrodnia siostra ojca, ciocia Ellie, jej matka Elodie i ojczym Clark
byli moją najbliższą rodziną. Przynajmniej się starali. Choć oczywiście
wiedziałam, że nie płynie we mnie krew żadnego z nich.
- Przykre. - Baird westchnął teatralnie, ale w jego oczach dostrzegłam
szczere współczucie.
- Też tak myślę.
- Moja babcia byłaby tobą zachwycona. Chętnie cię z nią poznam. A poza
tym... - zwrócił się do Callana - ...jej kanapa też jest ładniejsza od
twojej.
- Widzisz? - zapytałam, robiąc przy tym minę pod tytułem: a nie mówiłam?
Callan patrzył na nas przez chwilę z tępym wyrazem twarzy.
- O nie! - sapnął w końcu. - Ty nie poznasz jego babci, a ja nie oddam
kanapy do tapicera. Nie zaryzykuję, że będzie potem mniej wygodna. Dość
gadania, łapcie się za to cholerstwo. A ty... - Wycelował we mnie
paluchem. - Ty spadaj.
- Wierzysz w tę gadkę o kuwecie? - spytałam, pogardliwie wydymając usta.
- Bo coś mi się zdaje, że fajna babka nie tknęłaby cię nawet, gdybyś się
kąpał w Nutelli.
- Nutella i Callan. - John zachichotał. - Dobre.
- Ja bym ją zlizywał nawet z własnych jajek - zadeklarował Baird.
Zapadła cisza. Potrzebowaliśmy chwili, żeby to sobie wyobrazić. A potem
jak na komendę wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Wycierając z oczu łzy, z trudem złapałam oddech. Callan znów wskazał na mnie paluchem.
- Koniec z tym! - warknął. - Żadnych żartów z moimi kumplami.
- Dzieciak z ciebie. - Starłam spod oka rozmazany tusz. - W dodatku
dzieciak z obrzydliwą kanapą.
- A to mi dołożyłaś. - W teatralnym geście chwycił się za serce i zatoczył w tył. - Nie wiem, jak się teraz pozbieram.
- Powiedzcie nam wreszcie - wtrącił się John - skąd się znacie.
- I dlaczego tak się nie znosicie. - Baird mrugnął porozumiewawczo do
kumpla. - Laska jest ekstra. Sympatyczna i do zawieszenia oka.
- Pozory mylą. Szybko to zrozumiesz. Gdybyście nie grali w piłkę, pewnie
nawet by na was nie spojrzała.
Zabolało. Opadły mnie wyrzuty sumienia. Wiedziałam, dlaczego Callan tak
myśli, nawet jeśli nijak się to miało do prawdy.
Baird nie wyglądał na przekonanego.
- Co fakt, to fakt. - Spojrzałam wyzywająco na Callana, żeby ukryć
rumieniec wstydu. - Na ciebie też patrzę tylko dlatego, że się tarzasz
po boisku.
- Oczywiście. - Pokiwał głową.
- Wała z ciebie robi - zauważył Baird. - Naucz się wreszcie rozpoznawać
zjadliwy ton.
- Rusz się i pomóż mi z kanapą.
- Nie ma sprawy, ale jeśli coś sobie naciągnę, to ty będziesz się
tłumaczył trenerowi.
Nie wiedzieć czemu, straciłam nagle ochotę do żartów. Odwróciłam się i pomaszerowałam do drzwi swojego mieszkania.
- Hej, Beth! - zawołał za mną Baird.
Obejrzałam się przez ramię.
- Tak?
- Dzięki, o boska. - Mrugnął porozumiewawczo. Rozbroił mnie tym trochę.
Niechęć do Callana przygasła.
- Nie ma sprawy. Dla ciebie wszystko. O ile w pobliżu nie będzie amatora
kuwet.
John i Baird wybuchnęli śmiechem, a Callan burczał coś pod nosem nawet,
gdy wchodzili już na schody.
Nie zaszczyciłam go ani jednym spojrzeniem, zajęta myślami o tym, co
mnie czeka. Wygląda na to, że będziemy na siebie często wpadać. Minęło
osiem lat. Byliśmy wtedy dzieciakami. Przez chwilę jednak miałam
wrażenie, że widzieliśmy się wczoraj. W jego przypadku czas nie zaleczył
ran. Otwarta wrogość, jaką mi okazywał, niezbicie tego dowodziła.
Rozdział 2
2
CALLAN
Nacisnąłem przycisk pilota, żeby podnieść żaluzje. Wystarczył jeden klik
i wszystkie ruszyły w górę. Pomaszerowałem do garderoby.
- Myślałam, że piłkarze lubią sobie pospać.
Zerknąłem w prawo na babkę, która właśnie wychynęła z łazienki -
wyglądała o niebo lepiej niż w chwili, gdy w niej znikała. Zostawiła mi
na poduszce ślady tuszu, których pewnie trudno się będzie pozbyć, bo jak
zauważyłem, maskara schodzi z tkanin znacznie oporniej niż z rzęs
właścicielki.
Mruknąłem coś w odpowiedzi, wskakując w dżinsy i naciągając koszulkę.
Torba treningowa stała spakowana przy drzwiach. Spieszyłem się, bo kiedy
półtorej godziny temu zadzwonił budzik, moja przygoda na jedną noc tylko
coś wymamrotała i odmówiła wyjścia z łóżka.
Ładna brunetka zmierzyła mnie wzrokiem, gdy usiadłem na tapicerowanej
ławeczce na środku garderoby, żeby włożyć sportowe buty. Miałem ich
mnóstwo. Nigdy nawet nie marzyłem, że facet taki jak ja, który modlił
się po nocach, żeby jego jedyne tenisówki dotrwały do końca roku, teraz
będzie miał półki pełne sportowych butów.
- Uuu. - Zagwizdała z podziwem. - Ciuchów na tony. Ale po co ci tyle
sportowych butów?
Omiotłem spojrzeniem wielki stojak na obuwie. Zdecydowałem się na kupno
mieszkania głównie ze względu na dużą garderobę. Ktoś, kto jak ja
zaczynał od zera i sam się dorabiał wszystkiego, odczuwa zadziwiającą
potrzebę dbania o własne przedmioty.
- Nie przesadzaj. Mam raptem kilka par. - Wstałem i sięgnąłem do
szuflady po okulary przeciwsłoneczne. Ruszyłem do drzwi.
Babka się przesunęła, żeby mnie przepuścić.
- Rozmowny to ty nie jesteś.
- Spieszę się na trening.
- Jasne. - Pochyliła się, by podnieść z podłogi zrzucone wczoraj w pośpiechu szpilki. - Widziałeś gdzieś moją torebkę?
- Przy wejściu. - Skinąłem głową, żeby poszła za mną.
Minęliśmy drzwi do dużej łazienki i dwóch pokojów gościnnych.
Znaleźliśmy się w dużym salonie.
Światło wpadające przez ogromne, sięgające od podłogi po sufit okna było
zdecydowanie jednym z największych atutów penthouse'u. Balkon wzdłuż
dwóch narożnych ścian mieszkania wychodził na niewielki park za Loverose
Lane oraz na rozciągające się za nim budynki New Town. W okolicy było
mnóstwo zabytkowych kamienic, mnie jednak marzył się nowoczesny
apartament. Szybciej i taniej dostałbym pewnie coś w okolicach boiska w Carrick Knowe, ale podobnie jak John i Baird wolałem się trzymać centrum
miasta. To jednak oznaczało, że musiałem wyjeżdżać godzinę wcześniej,
żeby zdążyć na trening, bo choć w założeniu droga zajmowała dwadzieścia
minut, korki o tej porze dnia robiły swoje.
- Wczoraj nie zdążyłam się przyjrzeć, ale mieszkasz ekstra - rzuciła
brunetka, gdy holowałem ją dyskretnie do drzwi. - Tylko ta kanapa... Po
dziadkach?
- Nie. - Skrzywiłem się. - Kupiłem ją, bo jest wygodna.
Babka pochyliła się po torebkę, po czym jeszcze raz zerknęła z powątpiewaniem w głąb salonu. Przypomniałem sobie, co Beth mówiła o kwiecistej kanapie. Postanowiłem sprawdzić, czy miała rację.
- Czy gdybyś zauważyła ją wcześniej, zanim się bzyknęliśmy, to i tak
byśmy się bzyknęli?
- Jasne. - Parsknęła śmiechem. - Tyle że nie na kanapie babuni.
Zerknąłem przez ramię na zwalisty mebel w kwiatki. Nie miałem pojęcia, o co tyle szumu - wcale nie wydawał mi się brzydki. Usiadłem na nim w sklepie po tym, jak wypróbowałem setki innych kanap. Zapadłem się
wygodnie w poduszki i tylko to się dla mnie liczyło. Chociaż fakt,
granatowo-żółte obicie gryzło się trochę ze skórzanymi rozkładanymi
fotelami i z fikuśnymi nowoczesnymi meblami, które pomogła mi wybrać
siostra Bairda. Ale co z tego? Kanapa była najwygodniejsza na świecie.
Kropka. Koniec dyskusji.
- Chyba mam wszystko. - Głos brunetki wyrwał mnie z zamyślenia. Stała
przy drzwiach, grzebiąc w torebce.
- Ekstra - rzuciłem, łapiąc po drodze do wyjścia torbę na trening.
- Zobaczymy się jeszcze?
- Słuchaj... Georgia? Zgadza się?
- Pewnie powinnam się cieszyć, że zapamiętałeś. - Skrzywiła się w ironicznym uśmiechu.
- Byłem wczoraj trzeźwy, więc co cię tak dziwi?
- Coś mi się zdaje, że zgadywałeś.
- Nie mam głowy do imion. - Kłamałem, rzecz jasna. Kiedy ocknąłem się
rano i zobaczyłem ją w łóżku, przeżyłem moment paniki. Za nic nie mogłem
sobie przypomnieć, kto zacz. Dlaczego? Gdy wieczorem wróciłem do
mieszkania, byłem zalany w perełkę. Sezon wkrótce się zaczynał, a kiedy
graliśmy, nawet nie wąchałem alkoholu. Tak samo zresztą jak kumple z drużyny. Georgia wyglądała jak wszystkie laski, które wyrywałem na
jednorazowe dymanko. Co prawda ją jako pierwszą przyprowadziłem do
nowego mieszkania dwa tygodnie po przeprowadzce, co jednak wcale nie
znaczyło, że przez ten czas żyłem w celibacie.
Szczerze? Przez całą karierę piłkarską zaliczałem tylko pojedyncze
numerki. Po ośmiu latach byłem tym już trochę znużony.
Seks zrobił się nudny. Może dlatego, że omijałem grę wstępną i etap
żartobliwego przekomarzania się na drodze do randki z łóżkiem? O nic nie
musiałem się starać. Przy wymianie złośliwości z Beth Carmichael
powiedziałem prawdę. Wokół nie brakowało lasek, które chciały zaliczyć
piłkarza. Podchodziły i stawiały sprawę jasno: nie liczyły na romans, a jedynie na bliższą znajomość z moim kumplem spod rozporka. Apka
randkowa, z której korzystałem, przypominała długą listę oczekujących na
wizytę do lekarza. Okej, może i mówiąc w ten sposób, wychodziłem na
dupka, ale po co owijać w bawełnę? Seks nie powinien być nudny. Dobrze
by było, gdyby wzbudzał jakiekolwiek emocje. Chociaż... Pewnie nie
powinienem narzekać, bo większość facetów zazdrościła mi takiego życia.
Zapewne to ze mną coś było grubo nie tak.
- To na razie - rzuciła Georgia, idąc do windy.
Skręciłem na schody.
- Serio?
- Jedź windą. Nie obrażę się. - Wzruszyłem ramionami.
- Nieee... Zejdę z tobą. - Podreptała ku mnie na dziesięciocentymetrowych
obcasach, w których jej nogi wyglądały nieziemsko.
- Świetnie się bawiłem. - Kolejne kłamstwo, ale niech się babka lepiej
czuje. Przecież i tak ją spławiałem.
- Ja też. Może to powtórzymy? - Jej obcasy stukały głośno o betonowe
stopnie.
- Eee...
Fuknęła z niezadowoleniem. Skrzywiłem się. Niepotrzebnie starałem się
być miły. Skorzystaliśmy z apki i oboje wiedzieliśmy, do czego to
prowadzi.
- Nadal nie wierzę, że zrywasz się o świcie. - Georgia pospiesznie
zmieniła temat.
- Jest siódma. Nie idziesz do pracy?
- Zaczynamy o dziewiątej. Pracuję w biurze rachunkowym. Kończę o siedemnastej trzydzieści.
Nie do końca wiedziałem, po co mi to mówi, więc na wszelki wypadek tylko
mruknąłem w odpowiedzi. Niezręczną ciszę przerwało pojawienie się Beth
Carmichael, która akurat wyszła z mieszkania. Puls mi przyspieszył. Z irytacji, rzecz jasna.
Baird gadał o Beth niemal bez przerwy od dnia, gdy wpadliśmy na siebie w czasie przeprowadzki. Nie miałem pojęcia, czy się zadurzył jak małolat,
czy tylko próbował mnie wysondować.
Nadal nie ogarniałem, że mieszkamy z Beth w tym samym budynku. Kiedyś
się przyjaźniliśmy. Wycięła mi paskudny numer, po którym długo zbierałem
się do kupy. Pozostała blizna. Niestety. Nie znosiłem faktu, że aż tak
wpłynęła na moje życie.
Jej skośne oczy rozszerzyły się z zaskoczenia, gdy zauważyła nas na
schodach.
- Aaaa... - Chwila wahania. - Dzień dobry.
Georgia pomachała palcami w geście powitania. Rzuciłem jej ponure
spojrzenie, po cichu żałując, że jednak nie wsiadła do windy. Chwilę
później poziom mojej irytacji podskoczył gwałtownie, bo Beth ruszyła w naszą stronę w swojej kretyńsko kusej kiecce. Czułem, że pali mnie
skóra. Nie dziw się tak, chłopie, upomniałem się w duchu. Jest środek
lipca, lato gorące jak diabli i wszystkie laski noszą mini. Omiotłem
Beth spojrzeniem, czując, że im jest bliżej, tym szybciej wszystkie
myśli ulatują mi z głowy.
Miała na sobie króciutką sukienkę trzymającą się tylko na cienkich
paskach. Całą w kwiaty - więc pewnie znikłaby na mojej kanapie,
oczywiście, gdyby się teraz na niej znalazła. Przysunąłem się do
Georgii, żeby przepuścić ją na schodach, a potem starałem się, ile sił,
żeby się nie gapić na jej długie nogi, gdy zbiegała lekko w dół.
Beth zawsze była wysoka i gibka. Nawet jako piętnastolatka przyciągała
spojrzenia burzą jasnych włosów i kocimi oczami w kolorze jasnego
błękitu. Teraz zaokrągliła się przyjemnie dla oka w okolicach biustu i bioder.
- Ekstra kiecka! - zawołała za nią Georgia.
Beth obejrzała się przez ramię i posłała jej promienny uśmiech.
Poczułem, że ściska mnie w żołądku jak przed ważnym meczem.
- Dzięki - rzuciła, omiatając Georgię uważnym spojrzeniem. - Twoja też
mi się podoba. A ta torebka... mega.
- Super, co? Znalazłam ją za psie pieniądze w apce, przez którą ludzie
sprzedają używane ciuchy i dodatki od projektantów. Babka wyszła z nią
może parę razy.
- Poważnie? - Beth zatrzymała się na półpiętrze, czekając, aż Georgia do
niej dołączy. - Jak się nazywa ta apka?
Georgia wymieniła nazwę, po czym chwyciła Beth za nadgarstek.
- O rany! Od Tiffany'ego?
Wyciągnąłem szyję, żeby zobaczyć, o co jej chodzi. No tak. Bransoletka.
Delikatna. Srebrna, złożona z kilku okrągłych koralików i zawieszki w kształcie małego różowego serduszka.
- Tak. Prezent od rodziców na dwudzieste pierwsze urodziny.
- Śliczna. Marzy mi się coś od Tiffany'ego, ale takie drobiazgi powinno
się dostawać z okazji.
- Spraw sobie prezent sama. Nic prostszego. - Beth szturchnęła Georgię
porozumiewawczo, jakby znały się do lat. - Każdy od czasu do czasu
zasługuje na coś ładnego.
- Tak myślisz?
- Jasne. Popatrz na to. - Beth założyła za ucho pasmo włosów i wskazała
na kolczyk złożony z większej diamentowej kulki i dwóch mniejszych
srebrnych. Zerknąłem i trochę za głośno przełknąłem ślinę, bo odsłoniła
przy tym długą, smukłą szyję. - Kupiłam je, kiedy moja firma zaczęła
wreszcie przynosić zyski.
- Masz własną firmę? - pisnęła Georgia z zachwytem. - Czym się
zajmujesz?
- Prowadzę firmę zarządzającą mediami społecznościowymi. Social Queens.
Sama jestem sobie szefową.
- Super. Jesteś jeszcze młoda. Podziwiam. Też chciałam mieć coś
własnego.
Beth zaczęła paplać o urokach samozatrudnienia i chwilę później z Georgią u boku zniknęła za drzwiami do budynku. Obie kompletnie
zapomniały o moim istnieniu.
Rozdział 3
3
CALLAN
Nie mam pojęcia, jak Beth i Georgia to zrobiły, ale zanim do nich
doszedłem, stały już przy Mini Cooperze Beth. Wiedziałem, że to jej
auto, bo w ciągu ostatnich dwóch tygodni kilkakrotnie na siebie
wpadliśmy. Kiedy do mnie dotarło, że wychodzimy mniej więcej o tej samej
porze, zacząłem się wymykać na trening nieco wcześniej.
Dziś przez Georgię nie zdążyłem uniknąć spotkania.
Poirytowany pomaszerowałem dziarsko do swojego Land Rovera, nie
spuszczając wzroku z dziewczyn, które gawędziły swobodnie, gestykulując
i co chwila wybuchając śmiechem. Co tu się, do cholery, odwalało?
Ku mojemu przerażeniu wyciągnęły komórki i wymieniły się numerami!
Wyciągając Georgię z łóżka, obiecałem, że po drodze na trening podrzucę
ją do jej mieszkania. Czekałem więc niecierpliwie, znacząco spoglądając
na zegarek. Georgia roześmiała się na coś, co powiedziała Beth, po czym
się wychyliła, żeby ją uścisnąć. Co jest? Najpierw Baird, a teraz moja
jednorazowa przygoda. Co takiego miała w sobie Beth, że ludzie lgnęli do
niej jak muchy do miodu?
Georgia ruszyła w moją stronę, a Beth wyjechała z parkingu lśniącym
nowością autkiem, za które z pewnością zapłacili mama i tata
Carmichaelowie. Choć może tym razem źle ją oceniłem i sama sobie
sprawiła bryczkę z dochodów firmy, którą tak się chwaliła? Szczerze
mówiąc, niewiele teraz o niej wiedziałem. Przed laty bardzo jasno dała
mi do zrozumienia, że nie życzy sobie mieć ze mną nic wspólnego.
Trudno. Grunt, że utarłem jej nosa. Bo kto mieszkał w penthousie? Kto
występował w reklamach i reprezentował kraj w pucharach świata?
Tak. Ja. I Beth Carmichael nie ma prawa patrzeć na mnie z góry.
Wkurzony na maksa wspiąłem się na siedzenie Land Rovera w tym samym
czasie, co Georgia.
- Super ta twoja sąsiadka - zaszczebiotała. - Umówiłyśmy się na kawę w przyszłym tygodniu. Mam pomysł na własny biznes. Beth obiecała, że
wyjaśni mi to i owo. Pomoże mi zacząć. Wyobrażasz sobie?
Burknąłem coś pod nosem.
- Ponoć nazywa się Carmichael - ciągnęła niezrażona. - Myślisz, że ma
coś wspólnego z tymi Carmichaelami?
Nie odpowiedziałem, wykorzystując fakt, że właśnie wyjeżdżaliśmy z parkingu.
- Dokąd cię podrzucić?
- Na Comely Bank. Może i Beth należy do tej dzianej rodziny? - podjęła.
- Wygląda na kogoś, kto sypiał w złotej kołysce. Szkoda, że głupio mi
było o to zapytać. Nadrobię to przy następnym spotkaniu. Byłoby super. O Jocelyn Carmichael słyszeli chyba wszyscy, odkąd na podstawie jej
książek powstało parę filmów. Gruba ryba. A Braden Carmichael jest
królem rynku nieruchomości w Edynburgu.
Tak. Jocelyn i Braden Carmichaelowie byli rodzicami Beth i znanymi
postaciami w mieście. I owszem, uważano ich za "grube ryby", a Beth
dobrze o tym wiedziała. Dlatego nie miała ochoty się przyjaźnić z byle
kim, kto trafił do jej szkoły nieco przypadkiem. Miałem wtedy szesnaście
lat. Dostałem stypendium sportowe. Przeniesiono mnie do lepszej
placówki. Spędziłem tam tylko rok, bo szybko ściągnięto mnie do drużyny
juniorskiej Caledonia United. Potem awansowałem do zespołu i tak Caley
stała się moją rodziną.
Byłem rok starszy od Beth, ale chodziliśmy razem na dwoje zajęć, bo tak
to działało w ostatniej klasie. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Z czasem
przyjaźń przerodziła się w coś głębszego. Choć tylko dla mnie, Beth
bowiem błyskawicznie przecięła wszystkie łączące nas więzi.
Zwierzałem jej się z najskrytszych tajemnic, a ona nagle, tuż po swoich
szesnastych urodzinach, kilka miesięcy przed moim wyjazdem do Caley, z dnia na dzień przestała się do mnie odzywać. Unikała mnie na
korytarzach, w klasie siadała jak najdalej ode mnie i zaczęła randkować
z synem milionera, nawiasem mówiąc, totalnym palantem. A kiedy wreszcie
zebrałem się na odwagę, żeby zapytać wprost, co jest grane, odparła, że
"za bardzo się od siebie różnimy".
Zrozumiałem to dokładnie tak, jak chciała.
Nie byłem dość dobry, żeby bzykać Carmichaelównę.
Mocniej zacisnąłem ręce na skórzanej kierownicy Land Rovera. Tak...
Przynajmniej jej pokazałem. Udowodniłem wszystkim, na co mnie stać.
- Wszystko okej? - zapytała cicho Georgia.
- Tak. Gdzie się zatrzymać?
Podała mi numer budynku. Stanąłem przy krawężniku.
- To co?... Do zobaczenia?
Pokiwałem głową, rzucając jej zdawkowy uśmiech.
- Dzięki za tę noc.
- Nie ma sprawy - odpowiedziała, uśmiechając się z przymusem. Zeskoczyła
na chodnik. - Palant - usłyszałem jeszcze, jak mruknęła, nim z hukiem
zatrzasnęła drzwi.
Szczerze? Nie miałem pojęcia, czym zasłużyłem na te fochy.
Do klubu dotarłem na czas. Bez pośpiechu zaparkowałem niedaleko boiska i stadionu w południowej części Carrick Knowe. Za każdą minutę spóźnienia
trener naliczał grzywnę - dziesięć funtów.
Odetchnąłem. Napięcie, które towarzyszyło mi od rana, wreszcie zaczęło
odpuszczać. Przyjeżdżając tu, miałem wrażenie, że wracam do domu.
Ochroniarz Danny wpuścił mnie bez słowa. Zapytałem, co u jego żony,
która niedawno urodziła córeczkę. Odpowiedział krótko, bo wiedział o systemie kar i nie chciał narażać mnie na koszty. Pomachałem Janice z recepcji i kilku kręcącym się w pobliżu pracownikom klubu. Ruszyłem
korytarzem do szatni.
- Hej! - powitał mnie Baird, kiedy wszedłem. - Ciężka noc?
Nieważne, jak często tu sprzątano i jak bardzo nasz menadżer dbał o to
pomieszczenie, w powietrzu i tak unosił się specyficzny zapach
antyperspirantów zmieszanych ze smrodkiem przepoconych skarpet.
Chłopaki wybuchnęli śmiechem. Posypały się niewybredne żarty.
- Błagam, powiedz chociaż, że zaliczyłeś Beth. - Baird wychylił się zza
drzwi szafki i mrugnął do mnie znacząco.
- Wal się. Nie tknąłbym jej nawet kijem.
Baird zrobił urażoną minę, jakby poczuł się dotknięty w imieniu Beth.
- A to, stary, znaczy, że coś z tobą nie tak.
- Nawet nie myśl o tym, żeby się z nią kumplować. - Dźgnąłem go paluchem
w pierś.
- Zgoda, ale pod jednym warunkiem. Powiesz mi, za co jej tak nie
znosisz.
- Też chętnie posłucham. - John wychynął zza szafki po mojej drugiej
stronie.
- O czym?! - krzyknął z drugiego końca szatni Kaito Tanaka, jeden ze
środkowych obrońców. Japoniec miał zdecydowanie za dobry słuch. Był
jednym z trzech Azjatów grających w klubie. Brytyjskie drużyny coraz
chętniej rekrutowały jego rodaków, odkąd Japonia znalazła się w pierwszej dwudziestce rankingu Międzynarodowego Stowarzyszenia Piłki
Nożnej. Caley nie należała do wyjątków.
- O niczym.
- Za bardzo im zależy jak na nic. - Kaito odwrócił się do swojego kumpla
z Japonii, Botana, i zaczął paplać w ojczystym języku, co jakiś czas na
mnie wskazując.
Botan wyglądał na zaskoczonego.
- Problem z dziewczyną? - zapytał w końcu. - Ty? - A później dorzucił
coś po japońsku.
- Mówi - pospieszył z pomocą Kaito - że jeśli ty masz problem, to
wszyscy tu mamy przerąbane.
- Nie przejmuj się. Ty jesteś na to za ładny. - Wyszczerzyłem się w uśmiechu, mrugając do Botana. Liczyłem, że zamaskuję tym rosnącą
irytację.
Botan radził sobie z angielskim znacznie gorzej niż Kaito, ale
komplement zrozumiał w lot i odpowiedział aroganckim uśmieszkiem.
- Nic z tego. - Baird naciągnął kamizelkę z czujnikami zapisującymi
parametry podczas treningu. - Nie dam ci uciec od tematu. Gadamy o Beth.
Mów, co jest grane.
- Co ci tak zależy? - Machnąłem głową w jego stronę. - Chcesz ją
zerżnąć, to śmiało. - Ledwie to powiedziałem, już miałem ochotę wepchnąć
sobie słowa z powrotem do gardła.
- Może tak zrobię? - Baird zmierzył mnie spojrzeniem zmrużonych oczu.
Palant.
- Wszyscy już są? - Do szatni wpadł trener z nieodłącznym menadżerem
Svenem u boku.
Brian O'Kelly prowadził drużynę od dwóch lat. Dzięki niemu pierwszy raz
od długiego czasu trafiliśmy na drugie miejsce w tabeli Szkockiej Ligi.
Pewnie właśnie dlatego wyłamał się z tradycji dwuletnich kadencji
trenerów i pozostał w klubie, mimo że wcześniej Caley, jak większość
drużyn, zmieniała selekcjonerów z podziwu godną regularnością.
- Upiekło ci się... - mruknął Baird. - Ale jeszcze cię przycisnę.
- Jesteś gorszy niż wścibska ciotka - odszepnąłem. - I lepiej uważaj, bo
przez najbliższe sześć godzin każdą piłką będę celował w twoje jaja.
- Panowie! - zawołał Brian.
Spojrzeliśmy na niego jak na komendę.
- Macie ochotę nam coś opowiedzieć?
- Obiecywałem Bairdowi, że przyłożę się do treningu.
- Gdzieś mamy babki, które posuwa! - krzyknął z końca szatni nasz lewy
skrzydłowy Szwajcar Eric Baumann.
- Nie bądź zazdrosny, Baumann. - Wyszczerzyłem się do niego w uśmiechu.
- Dla ciebie też znajdę trochę czasu.
- Nie wejdę w drogę bestii. - Wskazał podbródkiem Bairda. - Wielkie
dzięki.
- Zamknij się, mendo - rzucił od niechcenia Baird. - I przestań nazywać
mnie bestią. Za fajny jestem.
Nie do końca przekonani, po co była ta wymiana zdań, wybuchnęliśmy
śmiechem.
- Dość tego - uciął Brian. - Zaczynamy od siłowni. I nie obijać się. Za
dwa tygodnie gramy pierwszy mecz z Dingwall Drovers. Zwycięstwo mi nie
wystarczy. Macie ich zetrzeć na proch. Czy to jasne?
- Tak jest, trenerze! - odkrzyknęliśmy chórem.
- McMillan? - Brian popatrzył na Bairda. - Po co ci ta kamizelka?
Zaczynamy od przedtreningu. Ściągaj cholerstwo.
- Koleś nie rusza się bez stanika - prychnął Etienne, nasz francuski
obrońca.
- Pyta cię obchodzi. - Baird ściągnął koszulkę przez głowę. Pochodził z Falkirk. Wyglądał jak model i przez lata spędzone w drużynie nauczył się
panować nad akcentem i gwarą, bywało jednak, że się zapominał. -
Przeszkadza ci mój stanik?
Kumple zachichotali, a Etienne zrobił głupią minę. Jako jeden z niewielu
w ogóle nie łapał dowcipów Bairda i nie rozumiał jego powiedzonek.
Klepnąłem ręcznikiem w tyłek Bairda, wykorzystując fakt, że ręce miał
zajęte kamizelką. Jak wszyscy sięgnąłem po wodę i wymaszerowałem za
Brianem z szatni.
W korytarzu Baird nachylił mi się do ucha. Zacisnąłem zęby, pewny, że za
chwilę doprowadzi mnie do furii kolejną wzmianką o Beth, miał jednak
inne plany.
- Chris odezwał się w sprawie zamku - szepnął.
- I co? - Rozejrzałem się, czy nikt nie podsłuchuje. Chris był naszym
radcą prawnym.
- Należy do Bradena Carmichaela.
Niech to szlag jasny trafi.
Obaj mieliśmy z Bairdem sporo oleju w głowie i myśleliśmy o przyszłości.
Szukaliśmy czegoś, co da nam utrzymanie, kiedy skończy się nasza kariera
na boisku. W przypadku piłkarzy oznaczało to zwykle trzydziesty któryś
rok życia. Na sporcie zarabialiśmy krocie, do tego dochodziły spore
zyski z reklam i promocji, ale i tak daleko nam było do Davida Beckhama.
Dlatego powoli, lecz konsekwentnie inwestowaliśmy w nieruchomości w środkowej Szkocji. Beth działała mi na nerwy jak sam diabeł, ale jej
ojca szczerze podziwiałem. Braden był potentatem na rynku nieruchomości.
Georgia się nie myliła, mówiąc, że traktowano go w naszym mieście niczym
księcia. Dla mnie i Bairda był wzorem. Obaj marzyliśmy, żeby mu kiedyś
dorównać. Kiedy wystawiono na sprzedaż stojący na wybrzeżu między
Edynburgiem a North Berwick zamek Blantyre, natychmiast złożyliśmy
ofertę.
Uznaliśmy, że jest hojna, zważywszy, że zamek trzeba jeszcze
wyremontować, nim będzie się nadawał na hotel i spa, o jakich
marzyliśmy. Tydzień temu z niedowierzaniem przyjęliśmy więc wiadomość,
że sprzedający ją odrzucił.
Tak. Teraz wszystko układało się w całość. To Braden nie miał ochoty
wchodzić z nami w interesy.
Dlaczego?
- Niech Chris umówi nam spotkanie z Carmichaelem.
- A co, jeśli odmówi? - Baird wzruszył ramionami.
Przed oczami mignęła mi śliczna buzia Beth.
- Coś wymyślimy - obiecałem.
Rozdział 4
4
BETH
Droga Pani Carmichael!
Jestem osobistą asystentką Sheery Green, dyrektorki Aura Beauty. Wie
Pani zapewne, że to jedna z najszybciej rozwijających się na rynku firm
z branży kosmetycznej. Poszukujemy firmy gotowej zająć się jej promocją
w mediach społecznościowych. Liczymy, że pomoże nam to osiągnąć jeszcze
wyższy poziom. Rozmawialiśmy już z kilkoma potencjalnymi
zleceniobiorcami, mamy jednak nadzieję, że zechce się Pani spotkać z Sheerą w piątek o dziesiątej w Hotelu Balmoral. Prosimy o potwierdzenie
do końca dnia.
Z poważaniem
Tellie Sutton
Osobista asystentka Sheery Green
Podniosłam głowę znad komórki, czując w trzewiach przyjemny ucisk
radości. Przymknęłam oczy, wystawiając twarz na promienie słońca
wpadające przez okno łazienki. Byłam wykończona. Nie spodziewałam się
dobrych wiadomości, a tu takie zaskoczenie...
Rano przyszło dwadzieścia parę maili, a ja jeszcze nie przejrzałam
wszystkich, które nagromadziły się w skrzynce przez ostatnie dni. Na
szczycie priorytetów wylądowała teraz jednak fantastyczna wiadomość od
Aura Beauty. Jasne, że ich kojarzyłam! Uwielbiałam ich wegański tusz do
rzęs. Taka okazja trafiała się raz na stulecie. Może i miałam na głowie
mnóstwo spraw, ale dla Sheery Green zawsze znajdę czas, choćby to
oznaczało trzy dni bez snu. Z Aura Beauty w portfolio klientów
awansujemy w branży o co najmniej jedno oczko!
Zajmowaliśmy się promowaniem w mediach społecznościowych prężnych małych
firm. Współpracowaliśmy z kilkunastoma pisarzami. Odpowiadaliśmy za
kreowanie wizerunku, tworzenie kampanii reklamowych, monitorowanie
kluczowych parametrów oglądalności i analizę danych. Zdobywaliśmy
obserwujących i subskrybentów. Dbaliśmy o networking, zwiększaliśmy
popularność stron, odpowiadaliśmy na komentarze i wiadomości.
W firmie było nas siedmioro. Na początku zatrudniłam tylko dwie
przyjaciółki ze studiów Carę i Michaelę, ale w ciągu dwóch ostatnich lat
dołączyli do nas jeszcze Janine, Mhairi, Paul i Mace. Cara, Janine i Mhairi zajmowały się tworzeniem treści, wydarzeniami i networkingiem.
Wzięły na siebie grafikę, montaż i kontakty z influencerami oraz ze
społecznością branżową. Michaela i Mace były specami od spraw
technicznych. Analizowały dane, prowadziły kampanie reklamowe w mediach
społecznościowych, budowały strony internetowe, pilnowały terminarzy i ustalały odbiorców docelowych.
Ja pozyskiwałam klientów i opracowywałam z nimi strategię, a szczegóły
pozostawiałam w rękach Cary i Michaeli. Paul pomagał mi w sprawach
biznesowych, dbał o nasze finanse, prowadził księgowość naszą i klientów. Wszyscy mieliśmy mnóstwo roboty. Czułam, że wkrótce będę
musiała zatrudnić kogoś nowego. Zwłaszcza jeśli uda mi się namówić na
współpracę Aura Beauty.
Działaliśmy w branży od trzech lat, czyli od chwili, gdy skończyłam
studia. Mama pomogła mi zacząć - została naszą pierwszą klientką.
Prowadziłam jej media społecznościowe od wielu lat, bo nie znosiła się
tam udzielać, ale kiedy skończyłam studia - na dwóch kierunkach: biznes
i marketing oraz projektowanie i media cyfrowe - uznałam, że pora, by mi
za to płaciła. Ha!
Nawet mnie zaskoczyło, że jej koledzy i koleżanki po piórze tak szybko
zaczęli szukać ze mną kontaktu. Lista klientów wydłużała się niemal z dnia na dzień. Później do ich grona dołączyli inni, już spoza branży
pisarskiej. Rekrutowali się głównie spośród właścicieli małych, za to
przynoszących spore dochody firm, gotowych hojnie płacić za nasze
usługi. Nim się obejrzałam, musiałam odmawiać zleceń, bo nie radziłam
już sobie z nawałem pracy. Nawet w siódemkę mieliśmy pełne ręce roboty.
A jednak obok propozycji Aura Beauty nie mogłam przejść obojętnie. W zeszłym roku zarobiliśmy ponad dwa miliony funtów. Koszty działalności
mieliśmy znikome, bo fantastyczny księgowy rodziców zdecydował się na
współpracę także ze mną. To oznaczało, że wszyscy siedmioro dostawaliśmy
niezłe wypłaty. Zbliżał się koniec lipca, a już wiedzieliśmy, że w tym
roku osiągniemy zysk większy niż w poprzednim. Jeśli Aura Beauty dołączy
do naszych klientów, kto wie, ile jeszcze uda nam się ugrać? Moglibyśmy
zatrudnić kolejne osoby i wreszcie trochę odetchnąć.
Na myśl, że firma mogłaby upaść - a w chwilach zwątpienia zdarzały mi
się takie myśli - czułam bolesny ucisk w piersi. Niewiele spałam.
Właściwie odkąd skończyłam studia, przestałam się wysypiać. Cierpiałam
na chroniczny niedobór snu. Miałam wrażenie, że mój mózg uporczywie
odmawia współpracy i nawet w nocy nie chce się wyłączyć. Byłam niczym
rozpędzony pociąg, nad którym nie panował maszynista. Martwiłam się byle
drobiazgiem. Snułam w głowie czarne scenariusze. Niepokój narastał.
Wyobrażałam sobie, że tracimy nagle wszystkich klientów, pracownicy
odchodzą jeden po drugim, a ja zostaję sama, bez pensa przy duszy,
znienawidzona przez cały świat.
Otworzyłam apteczkę nad umywalką w łazience i wyjęłam buteleczkę leków,
o których nikt prócz mnie nie wiedział. Tabletki antydepresyjne,
zapisane przez lekarza rodzinnego. Brałam je od dnia osiemnastych
urodzin.
Przełknęłam maleńką pastylkę i opryskałam twarz wodą, poklepując się
przy tym po policzkach, żeby rozproszyć zmęczenie. Ubierając się,
odpowiadałam na esemesy od Cary, Paula i Michaeli. Wysyłałam im
wiadomości głosowe, bo dzięki temu miałam wolne ręce i mogłam się zająć
czymś innym. Wsuwając stopy w sandałki, dyktowałam odpowiedzi na
zalegające w poczcie maile. Pamiętałam przy tym, żeby naśladować
amerykański akcent matki, bo ten cholerny program za nic nie łapał
mojego, z ojczystej Szkocji.
Jako pierwsza odpowiedź na maila dostała Tellie Sutton. Informowałam w nim, że bardzo chętnie spotkam się z Sheerą w piątek w Hotelu Balmoral.
Potem przyszła kolej na pozostałe maile.
- Przykro mi, Saro, że nie podobają ci się grafiki przygotowane przez
Carę. Podeślij, proszę, kilka fragmentów ulubionej książki, byśmy
wiedzieli, o jaki klimat ci chodzi. Bardzo nam zależy, żebyś była
zadowolona. - Wepchnęłam do plecaka strój do ćwiczeń. - Podeślemy nowe
projekty i zaczekamy na opinię. Zwróć uwagę, że grafiki w stylu Cary są
ostatnio modne w środowisku fanów suspensu. Rozumiem jednak, że mogą być
dla ciebie zbyt pikantne. Przyślij fragmenty, a ja zagonię Carę do
pracy. Odezwij się. Beth. - Przebiegłam wzrokiem tekst, sprawdzając, czy
wszystko jest w porządku, i wysłałam wiadomość do adresatki.
Wychodząc z mieszkania, otworzyłam kolejny mail. Na schodach piętro
wyżej usłyszałam stukot wysokich obcasów.
Kiedy Callan Keen wprowadził się do naszego budynku, wpadaliśmy na
siebie niemal codziennie. Po jakimś czasie przestałam go widywać, co
oznaczało, że pewnie unikał mnie celowo.
Tydzień temu byłam więc zaskoczona, kiedy natknęłam się na niego z Georgią. Jego widok z ładną brunetką u boku wywołał dziwne, bolesne
ukłucie w moim sercu, ale nie miałam czasu o tym rozmyślać, zajęta
ukrywaniem wstydliwej bądź co bądź emocji. Trzeba przyznać, że na
babkach Callan znał się jak nikt. Georgia była urocza. Spotkałyśmy się
wczoraj na kawie. Zgodnie z obietnicą podpowiedziałam jej, jak zacząć
własny biznes, bo zamierzała otworzyć biuro rachunkowe. Działałam
wprawdzie w innej branży, ale miałam za sobą mnóstwo uprzykrzonych
formalności, a Georgia nie wiedziała nawet, od czego zacząć. Przekonana,
że powinna mi się jakoś odwdzięczyć, wyznała, że Callan był tylko
jednorazową przygodą.
- Choć szkoda - dodała z żalem. - Bo ma w spodniach szatana.
Nie dopytywałam o szczegóły. Nie obchodziły mnie jego łóżkowe wyczyny.
Ale... o wilku mowa. Kiedy zamykałam drzwi, na schodach pojawił się Callan
- tym razem z inną laską u boku.
Wbrew moim obawom, odkąd się wprowadził, z góry nie dochodziły odgłosy
szalonych imprez. Nie widziałam też Johna ani Bairda. Nic dziwnego. W Szkocji rozpoczął się sezon piłkarski, więc pewnie całe dnie spędzali na
treningu. Ja zresztą także wiecznie gdzieś goniłam.
Szczerze mówiąc, Georgia i ta najnowsza zdobycz to jedyne babki, jakie
się u niego pojawiły. To jednak wystarczyło, żeby przypomnieć mi o jego
reputacji playboya.
Na mój widok skrzywił się z niesmakiem. Urocze.
- Dzień dobry. - Pomachałam im na powitanie, dostrzegając mimochodem
niebotyczne szpilki metalicznoróżowych sandałów blondynki uwieszonej u ramienia Callana. Nie mogłam się powstrzymać. - Ekstra buty.
- Dzięki. - Uśmiechnęła się szeroko. Wyglądała wyjątkowo schludnie jak
na kogoś, kto pewnie jeszcze przed chwilą tarzał się w pościeli. -
Uwielbiam Jimmy'ego Choo.
- Naprawdę śliczne. - Tym razem przyjrzałam się sandałkom otwarcie. Może
Luke miał rację, że tak się fascynował ciuchami od projektantów? - Marzę
o takich, ale boję się, że przerastałabym w nich wszystkich o głowę.
To akurat była prawda. Odziedziczyłam wzrost po ojcu. Miałam metr
siedemdziesiąt pięć. Gdybym wskoczyła w szpilki, przekroczyłabym metr
osiemdziesiąt.
- Żartujesz? - Blondi zrównała się ze mną i szła teraz obok. - Dałabym
się pokroić za parę dodatkowych centymetrów. Noś, na co masz ochotę, a inni niech się walą.
- Słusznie. - Już ją polubiłam. Poza tym upomniałam się w myślach, że
pora kupić nowe buty.
- Buty od Jimmy'ego Choo są najwygodniejsze na świecie. Polecam. A przy
okazji... jestem Hailey.
- Beth. Miło cię poznać.
- Niech to szlag - usłyszałam za plecami mamrotanie Callana.
Ukryłam uśmiech i postanowiłam jeszcze trochę go podręczyć.
- Jesteście parą? - zapytałam niewinnie, kiedy zeszliśmy na parter.
- Uchowaj Boże. - Hailey przewróciła oczami.
Uniosłam pytająco brwi. Kąciki ust drżały mi od tłumionego śmiechu.
Callan zmarszczył uroczo nos.
- Nie żebym się nie zgadzał, ale co to miało znaczyć?
- Umówiliśmy się tylko na seks. - Hailey wzruszyła ramionami.
- Jasne.
- Dobry jest? - drążyłam.
Callan zachłysnął się oburzeniem.
- Ujdzie.
Zaskoczona rozdziawiłam usta, choć przyznam, że jej nonszalancja
poprawiła mi humor. Callan pierwszy odzyskał głos.
- Słucham!?
Hailey wznów wzruszyła ramionami.
- Cały czas wyglądałeś na znudzonego.
- O ho, ho... - Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Musiałam się
zatrzymać i wyśmiać, ocierając palcem łzy zebrane w kącikach oczu.
- To nie jest śmieszne - warknął Callan do rozchichotanej Hailey.
Zgięta wpół wyciągnęłam rękę i ścisnęłam jej przedramię.
- Dzięki, serio - wysapałam. - Marzyłam, żeby to usłyszeć.
- Żaden problem. - Mrugnęła.
- Chcesz podwózkę czy nie? - zapytał ponuro Callan, otwierając przed
nami drzwi.
Szczerze? Nie znosiłam go teraz nieco mniej niż zwykle. Zrobiło mi się
ciepło na sercu na myśl, że mimo iż babka podała w wątpliwość jego
możliwości w sypialni, nadal był gotów odstawić ją do domu. To się
nazywa dżentelmen.
- Jedziemy. Trzymaj się... Beth, zgadza się?
- Tak. I jeszcze raz dzięki. Poprawiłaś mi dziś nastrój.
Hailey się roześmiała i minęła Callana. On zawahał się chwilę, a potem
spojrzał mi w twarz.
- Wyjaśnijmy coś sobie - rzucił. - Byłem wczoraj zajechany. Trener dał
nam popalić.
- Oczywiście, kapitanie - zaszczebiotałam, desperacko starając się
zachować powagę. - Byłeś bardzo zmęczony, bo zazwyczaj jesteś w łóżku
niczym diabeł tasmański.
Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, więc szybko dodałam:
- Hailey wspomniała może coś o kanapie?
Zmierzył mnie ponurym spojrzeniem, po czym pierwszy przeszedł przez
drzwi, puszczając szklane skrzydło tuż przed moim nosem.
- Zakładam, że to znaczy "tak"! - zawołałam za nim przez szybę.
Rozdział 5
5
BETH
Na resztę maili postanowiłam odpowiedzieć, gdy tylko znajdę wolną chwilę
w księgarni, w której autor poczytnych powieści miał podpisywać swoje
książki. Do jazdy przez centrum do Fort Kinnaird włączyłam sobie podcast
Lily.
Nosił tytuł Szukajcie, a znajdziecie i dotyczył poszukiwań drugiej
połówki. Wpadłam na jego pomysł jeszcze w czasie studiów na
Uniwersytecie Edynburskim. Tytuł nawiązywał do motta uczelni, a zainspirował mnie cel, jaki sobie w życiu postawiłam: zamierzałam
odnaleźć prawdziwą miłość. Tak, wiem, trąci kiczem. Za nic nie
przyznałabym się głośno, że o tym marzę, a słowa "prawdziwa miłość" nie
przeszłyby mi nawet przez gardło. Wychowali mnie jednak rodzice, którzy
do dziś kochali się do szaleństwa. Ich znajomi żyli w trwałych, pełnych
miłości związkach. Trudno się więc dziwić, że i ja takiego pragnęłam.
Mama poznała ojca, kiedy miała dwadzieścia dwa lata, a ja niedawno
skończyłam dwadzieścia cztery. Co oznaczało, że już od dwóch lat
powinnam mieć u swojego boku rycerza na białym koniu. Niestety, ten
wymarzony jedyny jak na razie świetnie się przede mną ukrywał.
W czasach studenckich podcast stanowił dla mnie coś w rodzaju koła
ratunkowego. Miałam osiemnaście lat, a już byłam zgorzkniała i pełna
lęków. Potrzebowałam czegoś, dzięki czemu będę miała ochotę podnieść się
z łóżka.
Przez cztery następne lata Cara, Michaela i ja dokumentowałyśmy w nim
swoje przygody miłosne. Z roku na rok zyskiwał na popularności. Słuchali
go ludzie w różnych zakątkach świata. Znalazłyśmy sponsorów,
zamieszczałyśmy reklamy, byłyśmy hitem mediów społecznościowych. Coś, co
zaczęło się jako pasmo utyskiwań na sercowe niepowodzenia, dla wielu
ludzi o podobnych problemach stało się lekiem na wewnętrzny niepokój.
Niestety, z czasem zaczęło brakować mi czasu na podcasty. I wtedy
pojawiła się Lily Sawyer, córka znajomych rodziców, Nate'a i Olivii.
Dołączyła do naszej ekipy, kiedy dostała się na studia. My byłyśmy wtedy
na czwartym, ostatnim roku. Zszokowała wszystkich, oznajmiając, że chce
współprowadzić program. Dlaczego? Bo otwarta, głośna i szczera była jej
siostra January. Lily przypominała lekko spłoszoną oswojoną mysz: była
zabawna, ale z dystansem, zawsze trochę w cieniu i pod parasolem
ochronnym starszej siostry. Jednakże przed mikrofonem zmieniała się nie
do poznania. Być może dlatego, że nikt jej nie widział, nabierała odwagi
i stawała się taka, jak January wśród ludzi. Prowadziła program od
trzech lat. Dzięki niej nadal był na fali.
- Witacie w Szukajcie, a znajdziecie. - Ciepły głos mojej przyszywanej
kuzynki wypełnił wnętrze auta, gdy wjechałam do zatłoczonego centrum. -
W dzisiejszym odcinku pogadamy o strzyżeniu. Nie, nie owiec czy piesków.
Pogadamy o naszych zapuszczonych boberkach.
Parsknęłam śmiechem i z niedowierzaniem pokręciłam głową. Skąd
wytrzasnęła taki temat? Mimo że rok akademicki zaczynał się dopiero za
parę tygodni, Lily i jej znajomi kontynuowali podcast, żeby nie zawieść
wiernych słuchaczy.
- Dlaczego właśnie o tym? - zapytała, jakby czytała mi w myślach. - Bo
mojej współprowadzącej Sarze zdarzyło się usłyszeć zjadliwy komentarz.
Tak, dobrze słyszycie. Nowy facet zarzucił jej tydzień temu, że za
bardzo się postarała. No bez przesady! A jakie z tego wnioski? Przede
wszystkim, jeśli już trafi wam się numerek, darujcie sobie złośliwości.
Poza tym, ile to właściwie za mało albo za dużo? Kiedyś myślałam, że
wiem wszystko, ale teraz... Cóż, przyjdźcie z pomocą i dzwońcie. Kto dziś
zacznie dyskusję, Sierro?
- Dodzwoniła się do nas Kylie. Studiuje na naszym uniwerku. I mam
nadzieję, że jest równie oburzona jak ja, że mały gnojek miał czelność
komentować mojego boberka. Ostatecznie to mój ogródek i moje krzaczki. I jeśli mam ochotę, o czym mu zresztą powiedziałam, mogę je sobie nawet
wykarczować do gołego. A on może sobie zabrać swój żałosny wąż ogrodowy
i poszukać innej parceli.
Zachichotałam, czując przypływ nostalgii. Co tydzień słuchałam podcastu
i wracałam wspomnieniami do studenckich czasów. Myślałam wtedy, że
jestem wykończona, a dziś dałabym wszystko, żeby cofnąć się do tamtych
chwil. Ostatnie trzy lata minęły jak z bicza trzasł, ale niewiele
użyłam. Dni, godziny i sekundy wypełniała mi praca. A na horyzoncie nie
pojawił się żaden książę na białym rumaku.
- Jesteś tam, Kylie? - zapytała Lily.
- Jasne - rzuciła jej rozmówczyni pogodnym tonem, choć z akcentem z wyższych sfer. - Nareszcie udało mi się dodzwonić. Uwielbiam wasze
pogaduchy. I wiem, że powinnam opowiedzieć coś o bobrach i krzaczkach...
Miałaś rację, Sierro, że pogoniłaś dupka, ale... najpierw zapytam o nowy
podcast, który pojawił się na kampusie. Słyszałyście o Kolesiach z Potterrow?
Nastawiłam uszu. Potterrow to był główny ośrodek spraw studenckich
naszej uczelni.
- Yyy... Coś kojarzę. - Lily była wyraźnie poirytowana. Nie wspomniała mi
o konkurencji. - Zaczęli, zdaje się, późną wiosną.
- Studiują na naszym uniwerku. Czterech anonimowych gości. Ich program
jest męską wersją waszego. Coraz więcej ludzi go słucha. Ostatnio jednak
częściej was atakują.
Nie usłyszałam odpowiedzi Lily, bo w głośnikach rozległ się dźwięk
mojego telefonu. Zerknęłam na wyświetlacz. Mama.
- Cześć, mamuś.
- Dzień dobry, słonko. - Nadal mówiła z wyraźnym amerykańskim akcentem,
choć spędziła w Szkocji prawie trzydzieści lat. Kiedyś przedrzeźniałam
ją na imprezach. Robiłam furorę. - Dlaczego komórka mi przypomniała, że
mam dzisiaj spotkanie na Instagramie?
Lekko schrypnięty głos mamy zazwyczaj kojarzył mi się z rodzinnym
ciepłem i bezpieczeństwem, ale dzisiaj działał na nerwy. Zacisnęłam
szczęki, tłumiąc irytację.
- Uprzedziłam cię, kiedy umówiłam termin. Za tydzień wychodzi twoja nowa
książka. Żeby ją sprzedać, musisz o niej opowiadać.
- Wiesz, że nie znoszę tych durnych wywiadów. - Westchnęła ciężko. -
Może ojciec mnie zastąpi? Zna tekst na wyrywki. I wygląda znacznie
lepiej ode mnie.
Tym razem udało jej się mnie rozbawić. Protestowała przeciwko wywiadom,
gdy tylko udało mi się jakiś załatwić. Ale nie zawsze - spierałyśmy się
wyłącznie, kiedy ukazywało się jej nowe dzieło.
- Opowiadałam już o książce w jakimś podcaście - ciągnęła niezrażona. -
Serio muszę się jeszcze wygłupiać w mediach społecznościowych?
Ten jej tak zwany podcast był w istocie znanym ogólnokrajowym programem
jeszcze bardziej znanego dziennikarza. Udział w nim załatwił mamie jej
wydawca Jeff. Wspólnie ustaliliśmy termin, żeby nie kolidował z żadnym z zaplanowanych przeze mnie wydarzeń. Mama miała wielu wiernych fanów,
praca dla niej nie wymagała więc ode mnie szczególnego wysiłku. Jej
popularność gwałtownie wzrosła dziesięć lat temu, gdy jeden ze
słynniejszych cyklów jej powieści osadzonych w Edynburgu został
zekranizowany i trafił do streamingu jako miniserial. Później adaptowano
jeszcze dwie kolejne książki. To jednak nie oznaczało, że mogłyśmy
spocząć na laurach, bo branża zmieniała się niemal z dnia na dzień.
- Influencerzy zachęcają czytelników, żeby kupowali twoje wypociny -
rzuciłam. - Chyba warto się postarać.
- Nie bądź złośliwa.
- Nie gadaj bzdur, które aż się proszą o złośliwy komentarz.
- Niech ci będzie. Muszę sobie strzelić make up?
- Gadałam z ciocią Jo. Pomoże ci. Przyjedzie do ciebie wieczorem, około
szóstej. Ja wpadnę godzinę później. Upewnię się, że weszłaś na żywo.
- Przecież wiem, jak to zrobić.
- Serio? Jak?
- Trzeba... wejść na Instagram...
- Aha...
- I wybrać opcję "Dołącz do spotkania".
- Nie. - Pokręciłam głową, choć i tak nie mogła tego zobaczyć. - Nie
masz pojęcia, jak to działa.
- W ogóle czy tylko w tym przypadku?
- Różnie bywa. - Zachichotałam.
- Masz szczęście, że cię kocham.
- Będę o siódmej. Też cię kocham. - Rozłączyłam się szybko, nie dając
jej okazji do narzekań na inne spotkania, które już zaklepałam.
Kiedy dojechałam do księgarni w Fort Kinnaird, pisarz Peter Wilkins już
na mnie czekał. Była z nim Cara, która miała cykać fotki i wrzucić je
później na konta Petera w mediach społecznościowych. Chwilę później
dołączyła do nas jego żona i zadręczała mnie pytaniami, kiedy Peter
spokojnie podpisywał książkę. Dopytywała, do kogo trafiają opłaty za
reklamę i grafiki, oraz niezbyt dyskretnie sugerowała, że "dodatkowe"
pieniądze, które liczymy za swoją pomoc, powinny przypaść autorowi.
Zniosłam jej tyradę z uśmiechem, z trudem powstrzymując cisnące mi się
na usta kąśliwe uwagi, po czym cierpliwie wyjaśniłam jej wszystko po raz
enty, starając się wreszcie do niej dotrzeć. Niestety, przez jej
skąpstwo straciłam czas, w którym miałam nadzieję odpowiedzieć na
zbierające się od rana maile.
- Cóż, faktycznie co miesiąc spływa na nasze konto sporo - przyznała
wreszcie niechętnie, kiedy Peter składał podpis w ostatniej książce.
O tak. Zarabiał dużo. A ja dokładnie wiedziałam ile, bo opracowując
strategie marketingowe, musiałam mieć w małym palcu informacje o zobowiązaniach i przychodach klientów. Co ciekawe, odkąd zatrudnił naszą
firmę, jego dochody wzrosły o co najmniej sześćdziesiąt procent. I byłam
tego pewna. A jego żona i tak narzekała.
- Jednak jako stali klienci powinniśmy chyba dostać zniżkę - wycedziła.
Serio?
- Rok to chyba niezbyt długo - rzuciłam, uśmiechając się z przymusem.
- Nie podoba mi się ten ton, młoda damo.
- Nazywam się Carmichael, pani Wilkins. A jeśli nie odpowiadają pani
nasze warunki, proszę pomówić z mężem. Choć liczę, że zechce z nami
pozostać, bo bardzo go cenimy.
Zdobyłam się na kolejny sztuczny uśmiech i odeszłam do Cary, która
przeglądała w komórce gotowe fotki.
- Przypomnij mi, że kocham tę robotę - poprosiłam cicho.
- Oczywiście. Uwielbiasz ją. - Spojrzała na mnie i zmarszczyła brwi,
widząc wyraz mojej twarzy. - Coś nie tak? Wyglądasz na zmordowaną.
- Wszystko okej. - Westchnęłam ciężko i wyciągnęłam telefon. - Mam
mnóstwo zaległej roboty.
- Domyślam się. - Poklepała mnie po ramieniu i znów spojrzała w komórkę.
- Wiem, jak jest.
- W piątek mam spotkanie z Sheerą Green, właścicielką Aura Beauty.
- Wywiad?
- Nie tym razem. - Zrobiłam tajemniczą minę. - Możliwe, że zleci nam
prowadzenie kampanii w mediach społecznościowych.
- Poważnie? - Jej oczy rozszerzyły się z niedowierzania.
- Jak najbardziej. Jeśli uda nam się nawiązać z nimi stałą współpracę,
trzeba będzie znów kogoś zatrudnić. Sami nie damy rady.
- Idź na całość i znajdź od razu ze trzy osoby, a będę zachwycona. Pomóc
ci czy sama wszystko załatwisz? - Jej ton świadczył o tym, że święcie
wierzy w moje możliwości i pyta tylko przez uprzejmość.
- Poradzę sobie.
- Nie mam cienia wątpliwości. Wiem, ile zrobiłaś dla Petera.
Zerknęłam w jego stronę. Rozmawiał żywo z jednym z czytelników. Tym
razem nie musiałam się zmuszać do uśmiechu - pojawił się mimowolnie.
Tak. To był jeden z powodów, dla których tak uwielbiałam swoją pracę.
Potęga mediów społecznościowych chyba nigdy nie przestanie mnie
zadziwiać - dzięki nim małe firmy, także moja, wznosiły się na wyżyny, o których kiedyś nie śmiały nawet marzyć.
Tyle że czasami... żałowałam, że praca przestała sprawiać mi frajdę.
Nagle, nie wiedzieć czemu, pomyślałam o Callanie Keenie... Pewnie dlatego,
że on wiedział, jak się dobrze bawić. Ja jednak nie miałam ochoty na
zabawy w jego stylu. Nie chciałam zmieniać facetów jak rękawiczki.
Marzyłam o związku, jaki tworzyli moi rodzice - Joss i Braden
Carmichaelowie. Może wtedy odetchnęłabym wreszcie od pracy?
Rozdział 6
6
CALLAN
Wygraliśmy z Dingwall Drovers dwa do jednego. Pewnie nie o takiej
"jatce" marzył trener, ale nowi zawodnicy, którzy dołączyli do drużyny w tym sezonie, szybko się odnaleźli na boisku i w zespole. Godnie
zastąpili tych, których wypożyczono do innych klubów. Byłem dumny, bo
zdobyłem z podania jednego gola. Drugi raz w okienko trafił John. Ci z Dingwall próbowali odrobić straty, ale Baird spisywał się fantastycznie
i nie dał im rozwinąć skrzydeł.
Trener nie był jednak zachwycony. Ponoć zbyt często udawało im się
przełamać naszą obronę.
Mecz nie potoczył się po naszej myśli, a Braden Carmichael nadal
odmawiał spotkania ze mną i z Bairdem. Poprzedniego wieczoru
potrzebowałem więc chwili wytchnienia i czegoś, co rozładowałoby stres.
Następnego dnia mieliśmy trening, wypiłem więc z chłopakami po jednym i grzecznie wróciłem do domu. Tyle że nie sam. Z Jules. Baird ostrzegł
mnie przed wyjściem, że laska sypiała z naszym rezerwowym bramkarzem,
Michaelem Holmesem, i buchnęła mu komórkę, żeby donieść jego dziewczynie
o zdradzie. Puściłem to mimo uszu. Karma, wiadomo. Może i nie wybraliby
mnie na faceta roku, ale nie puściłbym kantem dziewczyny, gdybym ją
miał. Zbyt dobrze wiedziałem, jak boli, gdy zawodzi ktoś, komu się
bezgranicznie ufało.
Seks z Jules był spoko. Po tym jak Hailey opowiedziała cholernej Beth
Carmichael, że średnio sobie radzę, tym razem bardziej się przyłożyłem.
Laseczce zależało, żeby zaliczyć piłkarza - fakt, ale to nie znaczy, że
mogłem leżeć i czekać na trzęsienie ziemi.
Niestety, Baird miał rację. Kiedy wspomniałem Jules, że pora spadać, bo
spieszę się na trening, omal nie ogłuchłem od jej wrzasków.
- Niech szlag trafi was, piłkarzy, i wasze wczesne pobudki! - rozdarła
się na dzień dobry.
Skrzywiłem się tylko i ugryzłem w język. Lepiej nie zadzierać z kimś,
kto robi z igły widły.
Czekając, aż zrobi się na bóstwo, i słuchając, jak wali obcasami w moje
wypieszczone drewniane podłogi, żałowałem po cichu, że poświęciłem jej
aż tyle uwagi, podczas gdy miła dziewczyna, taka jak Hailey, wyszła ode
mnie lekko zawiedziona, bo pokazałem się w łóżku z nienajlepszej strony.
Zdecydowanie nie byłem z tego dumny.
Postanowiłem, że zrobię sobie krótką przerwę od jednonocnych przygód.
Lepiej już pojechać na ręcznym, niż wysłuchiwać wrzasków i przekleństw
napalonej dziuni, która ma mi za złe, że o siódmej rano wyrzucam ją za
drzwi.
Wściekły otworzyłem usta, żeby ponaglić Jules, ale nim zdążyłem się
odezwać, gwałtownie otworzyła drzwi łazienki. Trzeba przyznać, że
wyglądała nieźle. Naprawdę nieźle. Patrząc na nią, nikt by nie zgadł, że
taka z niej jędza.
- Gotowe! - warknęła. - Zadowolony?
Pokręciłem głową z niedowierzaniem i powlokłem się do drzwi. Kątem oka
zauważyłem leżące na stoliku koperty. Poczułem wyrzuty sumienia.
Należałoby je pozbierać i odnieść. Zawahałem się... i chwilę później
wyszedłem z mieszkania.
W środę zgarnąłem pocztę ze skrzynki. Idąc na górę po schodach,
przeglądałem listy. Zdałem sobie sprawę, że listonosz przez pomyłkę
wrzucił do mojej skrytki także te adresowane do Beth. Jakiś chochlik
mnie opętał i zamiast wsunąć je pod jej drzwi, zabrałem je do domu. Nie
mam pojęcia, po co mi to było, bo teraz od kilku dni, wychodząc,
przypominałem sobie, że należałoby je wziąć i wpaść po drodze piętro
niżej.
A jednak wciąż tego unikałem. Również dzisiaj.
- Dokąd cię podrzucić? - zapytałem Jules.
- Do pracy - mruknęła. - Do solarium przy George Street.
- Nie ma sprawy.
Kiedy ruszyliśmy schodami w dół, z piętra Beth dobiegło skrzypienie
otwieranych drzwi. Tętno mi przyspieszyło. Wiedziałem, że za chwilę się
na nią natkniemy. Miała na sobie obcisły strój do ćwiczeń. Próbowałem
nie gapić się zbyt otwarcie, żeby nie zlecieć ze stopnia. Przebiegłem w myślach okoliczne siłownie, zastanawiając się, do której chodzi.
- Dzień dobry - zagadnęła radośnie. Co prawda, nigdy nie należała do
ludzi mrukliwych, ale ten poziom radości wydawał mi się przesadny.
Pewnie chciała mnie wkurzyć.
Nie zaszczyciłem jej odpowiedzią, skinąłem tylko głową. Moja... Jules
pogardliwie wydęła usta i pomaszerowała dalej.
Niezrażona Beth ruszyła za nami. Niemal czułem na karku jej spojrzenie.
- Zapowiada się kolejny ładny dzień - zagadnęła przyjaźnie.
Nie odpuszczała, żmija, więc tylko chrząknąłem.
- Gratuluję wygranej.
I tu mnie zaskoczyła. Omal nie spadłem ze schodów.
- Dobrze, że Baird jest świetnym brakarzem.
No i proszę. Wróciła dawna Beth.
- Przekaż mu ode mnie gratulacje. Dobrze, że się wam trafił.
Jules zmierzyła ją niechętnym spojrzeniem.
- A ty coś za jedna, do cholery?
Urocze. Ale Beth nie straciła rezonu.
- Jego sąsiadka. I przyjaciółka Bairda.
- Nie przyjaźnicie się - rzuciłem, nawet się nie odwracając.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki