PIEKARZ Piotrek
Piekarz Piotrek jak zwykle miał bardzo pracowitą noc. Całe miasto przewracało się z boku na bok, pogrążone w słodkim śnie, kiedy w piekarni Bułeczka, w ogromnych dzieżach, miękkie, pachnące ciasto chlebowe pięło się w górę, unoszone oddechem pracowitych drożdży. Zręczne ręce piekarza Piotrka, jak z delikatnej, ciepłej gliny, lepiły z niego kule, kulki, placki i wałeczki. Blade i chude ciastowe kształty rosły na drożdżach jak pompowane balony, a potem całymi zastępami powędrowały w czeluście chlebowego pieca. Godzinę później w przeciwnym kierunku wyjechały równiutkie szeregi gorących, rumianych, chrupiących chlebów, bułek, rogali i chałek. Cudowny zapach świeżego pieczywa wypełnił całą zaparowaną piekarnię, uleciał na zewnątrz i wpełzł w uchylone okna sąsiednich domów, a ludziom przez sen ciekła ślinka. Nad ranem piekarz Piotrek załadował skrzynki pełne wypieków do swojej białej furgonetki, rozwiózł pieczywo do okolicznych sklepów i wrócił zmęczony do domu.
Żona piekarza Piotrka i jego synek, Piotr junior - rumiany jak dobrze wypieczona bułeczka - wstali już z łóżek i właśnie zaczynali śniadanie. Zaspany piekarz siadł ciężko przy rodzinnym stole i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku splótł dłonie na wielkim kubku pachnącej kawy.
- No i jak tam, synek - zagadnął serdecznie. - Dobrze się spało?
Piotrowi juniorowi jak zwykle spało się świetnie, ale nie to w tej chwili zaprzątało jego czteroletni umysł.
- Ulosła, tato? - spytał, wpatrując się w ojca oczyma pełnymi ciekawości.
- Co urosło? - uśmiechnął się piekarz Piotrek.
- Fulgonetka - wyjaśnił chłopiec takim tonem, jakby to było zupełnie oczywiste.
Piekarz Piotrek nadal nie bardzo rozumiał, ale jego ojcowski nos podpowiedział mu, że prawdopodobnie powinien zacząć się niepokoić.
- Jaka furgonetka, syneczku? - zapytał już bez uśmiechu, ale jeszcze spokojnie.
Nastąpiły długie i dość zawiłe wyjaśnienia, w których najczęściej padały słowa "fulgonetka", "dlozdze" i "ulośnie". Ogólnie chodziło o to, że zabawkowa furgonetka Piotra juniora była denerwująco mała. Wszyscy, a szczególnie synowie piekarzy, wiedzą, że dzięki drożdżom małe rzeczy zmieniają się w duże. Stąd wziął się pomysł, żeby wieczorem zakraść się do piekarni, wrzucić samochodzik do ciasta i rano, zamiast śmiesznej dziecinnej furgonetki, otrzymać wielką furgonetę.
Piekarz Piotrek słuchał z coraz szerzej otwartymi oczami i wyglądał przy tym jak pieczony wspak chleb - był coraz bledszy, coraz mniejszy i coraz bardziej oklapły.
- Wrzuciłeś furgonetkę do ciasta? - wykrztusił wreszcie. - Przecież wiesz, że nie wolno ci wchodzić do piekarni!
- Zapomniałem - żałośnie miauknął Piotr junior, który, jeśli chodzi o rzeczy zabronione, miewał problemy z pamięcią.
- Ty wiesz, jak to się może skończyć? - zapytał piekarz Piotrek, a Piotr junior przeraził się, czy nie straci furgonetki.
Na szczęście chodziło tylko o to, że ktoś mógłby ugryźć chleb z samochodzikiem i połamać sobie zęby albo w całości połknąć zabawkę. Ojciec mówił coś jednak o rozcinaniu brzucha i wyciąganiu auta w szpitalu, więc chyba raczej dałoby się je odzyskać.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej