Rozmowa z Agatą Kuleszą
Rozmawiamy w okolicznościach, których byśmy sobie nie zaplanowali...
Nad Wisłą, jest ciepło, z maskami u brody.
Powiedziałaś o okresie pandemii, że czujesz się jak w dzieciństwie, gdy
ktoś wyłączył prąd. Myślisz, że ten czas zawieszenia zmieni cię jako
aktorkę?
Może mnie zmienić jako człowieka, a więc i jako aktorkę, bo moja praca
aktorska to jestem ja. Moje przemyślenia, moje refleksje, mój wygląd,
to, jaka jestem, ma wpływ na to, jak gram. Z tego czerpię, z samej
siebie, więc nie wiem, czy to będzie widoczne dla innych, ale dla mnie
może mieć znaczenie. Czasami oglądam swoje dawne role i rozpoznaję, na
jakim etapie życia byłam. Dobry reżyser umie to wykorzystać, bo mam
emocje na wierzchu. A po pandemii mam nadzieję, że nie będzie gorzej.
Współczuję wszystkim artystom, którzy nie mają teraz pracy i nie
dysponują oszczędnościami. Trochę też jestem zmęczona tymi wszystkimi
fejsbukowymi występami - poezja, piosenka... No, ale zawsze mogę tego nie
oglądać.
Facebook i te wszystkie internetowe zabawy zakładają, że teatr wciąż
jest, a tymczasem teatru obecnie nie ma.
Teatr musi być żywy, z wymianą energii z widownią. Nie ma inaczej. Teraz
tylko czekamy na teatr. Zobaczymy, czy ludzie się za nim stęsknią, mam
nadzieję, że tak. Mam w tej chwili w Teatrze Ateneum tylko dwa
przedstawienia w repertuarze i nie pamiętam, kiedy ostatnio grałam.
Teraz jest czas niegrania w ogóle. Mnie się podoba ten stan, bo mogę
naładować akumulatory. Trochę czytam, trochę oglądam, przeglądam
scenariusze, bo mam plany filmowe. Człowiek może rozejrzeć się po
świecie. Do tej pory czasami wstawałam o piątej rano i przez cały dzień
czekał mnie niekończący się pęd. Choć nie zapominajmy, że aktor musi być
w treningu.
Opowiadałaś mi kiedyś, że robisz jeden film albo coś, żeby zarobić
pieniądze, po czym przez pół roku ładujesz akumulatory.
Ostatnio tak nie było. W ciągu ostatniego roku zrobiłam cztery filmy
fabularne i dwa seriale. Bardzo dużo. Magnezja, Hejter, Parkiet,
Pułapka, Ultraviolet, 25 lat niewinności i jeszcze Śniegu już nigdy
nie będzie Małgorzaty Szumowskiej. Byłam cały czas w pracy, ale akurat
tego potrzebowałam, więc dobrze się złożyło. Ten zawód ciągle jest moją
pasją. To niewiarygodne szczęście dla aktora, że mogę wybierać
propozycje. Jak dostaję dobrą, nie potrafię odmówić. Czytam scenariusz i sprawdzam, czy mój kalendarz to udźwignie. Czasami jestem przemęczona,
ale mówię sobie: "Agata, przecież miałaś takie fajne role, spotkałaś
fajnych reżyserów". Praca nie jest moim życiem, jednak jest jego
bardzo ważną częścią. Oczywiście, niekiedy liczyłam sobie, jakie
rachunki zapłacę za dane honorarium, bo to jest mój zawód, rzemiosło.
Ale czasami zdarzają się reżyserzy, którzy uniosą ten zawód do wyższej
rangi. To ogromny luksus, że mam szanse na spotkania z takimi
reżyserami. Myślę, że w tym kraju pracowałam z najlepszymi.
Teraz nastawiasz budzik, żeby wstawać dla przyjemności...
Nastawiam, żeby pooglądać, jak słońce wschodzi. Podsumowań zawodowych
raczej nie robię, jeszcze sporo przede mną. Lubię moją drogę aktorską.
Wiele mnie nauczyło, że początki były nieproste. Bardzo dużo grałam w teatrze, świetnie, że grałam w serialach i w sitcomie, bo łyknęłam
aktorstwa z każdej strony. Wiem, jak to jest, gdy telefon milczy, i wiem, jak jest, kiedy się wszystko urywa. Staram się szukać równowagi,
żeby nie przegiąć w żadną stronę. Nie myśleć, że jestem beznadziejna, bo
telefon nie dzwoni, albo wyjątkowa, bo dzwoni cały czas. Widziałam pod
moimi zdjęciami podpisy: "Najlepsza polska aktorka". Co to znaczy?
Najlepszym można być w biegu na setkę, bo masz zmierzony czas. W aktorstwie to jest zawsze niewymierne. Albo widzowie za tobą pójdą, albo
nie. Na to się składa wiele spraw, możesz być na przykład źle obsadzony.
Dużo ludzi mnie pyta, która rola była najtrudniejsza. Nie ma roli
najtrudniejszej, gdy jestem dobrze obsadzona. Przeżyłam klęskę, kiedy w słuchowisku radiowym grałam Hankę w Moralności pani Dulskiej. Byłam
bezradna, to nie była rola dla mnie. Ale jeśli dostaję dobry materiał,
zaczynam budować rolę, to fizycznemu i psychicznemu zmęczeniu towarzyszy
zadowolenie i poczucie, że w gruncie rzeczy to jest wielka zabawa. Nie
mam tak, że: "O Jezu, muszę iść do pracy". Marudzę czasami, że jestem
niewyspana, ale zaczynam grać i widzę, jaką to mi sprawia satysfakcję.
Zakładam, że poniżej pewnego pułapu, jeśli nie będę źle obsadzona, nie
spadnę. Staram się w swoich wyborach zachować niezależność, co jest
trudne, bo to bardzo samotny zawód. Przestałam wierzyć w harcerską
drużynę w ramach wspólnego tworzenia. Muszę sama walczyć o swoją rolę.
Liczy się jednak zespół tworzący film lub serial. To może być powód, że
bierzesz rolę, bo spotkasz tam fajnych ludzi.
To prawda. Mówię o samotności, bo nie mogę w pracy podpierać się innymi.
Ogromne znaczenie ma to, z kim gram, bo są aktorzy, z którymi od razu
czujesz się bezpiecznie. Pójdziesz na plan z Kingą Preis, będziesz miał
scenę dialogową i czego ty nie zagrasz, ona zagra, albo tak ci poda
tekst, że wszystko się poukłada. Są zatem ludzie, z którymi bardzo lubię
pracować, bo wiem, że mamy aktorskie porozumienie. Ostatnio spotkałam
się z Piotrkiem Trojanem przy filmie 25 lat niewinności. Pierwszy raz
na zdjęciach próbnych się popłakałam, bo on tak grał, taka więź między
nami się narodziła. Już wiedziałam, że Tomasza Komendę powinien grać
tylko on, i tak się stało. Później na planie uwielbiałam z nim pracować.
To się czuje, to jest relacja aktorska, pozaludzka. Możemy sobie
pozwolić na brak wstydu i zaufanie. Tak samo mam z Marcinem Dorocińskim,
przy nim jestem absolutnie bezpieczna. Spojrzę w te oczy i pójdziemy
razem. A czasem z kimś nie zatrybisz i dajesz tylko aktorski poziom
podstawowy.
Jak się zaczęła twoja fascynacja aktorstwem, od kiedy wiedziałaś, że
będziesz próbować tej drogi?
Do siódmego roku życia byłam bardzo nieśmiałym dzieckiem. Jak miałam
siedem lat, to zrozumiałam, że muszę zaatakować i potrafię to zrobić...
Co cię przekonało o tym, że potrafisz to zrobić?
Poczułam, że muszę. Do tej pory siedziałam w kącie i rysowałam. Kiedy
poszłam do pierwszej klasy, chyba zorientowałam się, że ten świat mnie
zje, jeśli nie wyzwolę w sobie czegoś, co prawdopodobnie mam. Nagle
ruszyłam na pozycję lidera. Uaktywnił się też gen występowania, bo sama
poszłam do klubu tanecznego w domu kultury na osiedlu. W domu zakładałam
trykot gimnastyczny - czarny z czerwoną lamówką. Moi rodzice grali w karty, a ja w przedpokoju stawałam na rękach. Gdzieś z boku, że niby dla
siebie to robię, ale... Śpiewałam w chórze Politechniki Szczecińskiej. Gdy
byłam w drugiej klasie liceum, chłopak z naszej szkoły dostał się do
szkoły teatralnej. Wtedy pomyślałam, że to jest możliwe, i pierwszy raz
pojechałam do Warszawy na Miodową na konsultacje. Weszłam do sali,
powiedziałam jakiś wiersz. W trzeciej klasie pojechałam na dzień otwarty
na PWST i postanowiłam, że zdaję. Jednocześnie złożyłam papiery na
germanistykę, bo na aktorski było dwadzieścia pięć osób na jedno
miejsce. No i się dostałam.
W szkole teatralnej nic nie wiedziałam, taka zupełna świeżynka. Może
dostałam się dlatego, że nie byłam niczym naznaczona, byłam jak
plastelina, mogli mnie lepić, jak chcieli. Szkoła to było spełnienie
moich marzeń. Nie wiem, czy dobrze wykorzystałam ten czas, ale spotkałam
się z wieloma osobowościami. Jestem zdania, że uczelnie artystyczne
polegają tylko na inspirowaniu. Doświadczenia nie nauczysz, wrażliwości
nie nauczysz, ale możesz pomóc jej wyjść na wierzch. Wiesiek Komasa czy
Maja Komorowska to byli moi wykładowcy, mogłam się na nich wściekać,
dyskutować z nimi, ale wiem, że mieli na mnie ogromny wpływ. Później,
przez lata nauczyłam się wielu rzeczy już w pracy. Przez cztery lata nie
nauczysz się tego zawodu, ale to jest świetny poligon doświadczalny.
Miałaś bardzo mocny rok.
Tak. Kaśka Herman, Dominika Ostałowska, Gośka Kożuchowska, Anka
Samusionek, Bartek Opania, Norbert Rakowski, Piotr Kaźmierczak, Andrzej
Szeremeta, Kasia Łochowska, nieżyjąca już, niestety, Agnieszka
Kotlarska, Jacek Sołtysiak, Zina Kerste. Nie chcę kogoś pominąć...
Lubiliście się, rywalizowaliście?
Byliśmy zlepkiem bardzo różnych osobowości. Ostatnio mieliśmy spotkanie
i mimo upływu lat czuliśmy się przy sobie swobodnie i spokojnie,
naprawdę fajnie. Dużo ludzi spośród nas uprawia ten zawód z satysfakcją
i uznaniem. Bardzo wielu osobom się udało. Chyba tylko jedna robi coś
zupełnie innego. A reszta pracuje, to był bardzo silny rok. Ale muszę
znów wspomnieć o profesorach - Wieśku Komasie czy Mai Komorowskiej. Ona
jest wzruszająca, czasami do mnie dzwoni i mam poczucie, że cały czas
się mną opiekuje.
Słyszałem, że w szkole byłaś liderką. Zadziorną, ostrą.
Byłam bezczelna. To chyba taki moment, który każdemu w życiu jest dany.
Młodość ma to do siebie, że jest bezczelna. Ale ten zawód jest potem
sprawiedliwy, bo każdemu da w ryj. Albo nie spełni twoich oczekiwań,
albo spełni je za szybko i masz inne kłopoty życiowe. I mnie życie też
tak potraktowało. Skończyłam szkołę z wyróżnieniem i myślałam, że jak
mają mnie zobaczyć, to mnie znajdą, nie będę biegać i dawać im zdjęć.
Nie rozumiałam tego rynku. Przez kilka lat grałam dużo w teatrze i byłam
zadowolona, ale wszyscy myśleli, że Kulesza ruszy tak jak Gośka
Kożuchowska - bardzo ostro. To był też moment mojego dojrzewania. Miałam
dwadzieścia trzy lata, gdy zrobiłam dyplom - myślę, że byłam jeszcze
dzieckiem. Uwierzyłam, że jestem wyjątkowa, bo się dostałam do tej
szkoły... Takie sito, a tu dobrze idzie, chwalą cię. Życie szybko wszystko
wyprostowało. Nauczyłam się dobrze pojętej pokory. W szkole co prawda
mówiono, że aktor musi być pokorny, ale ja nie do końca podzielam to
zdanie. Nie w ten sposób. Owszem, pokora jest potrzebna w tym zawodzie...
Ale szczera, nie fałszywa.
Szczera i twórcza. Jeśli mam swoje zdanie, coś czuję, robię to, choćbym
miała popełnić błąd. Nie powinno się zawsze słuchać starszych aktorów,
bo lepiej wiedzą. Może czasem wiedzą, ale dajmy młodym nauczyć się
doświadczenia. Bezczelność tworzenia jest czymś przepięknym. Kojarzy mi
się ona z dwoma aktorami. Pierwszy to Tomasz Schuchardt, drugi to teraz
wschodząca, barwna osobowość - Maciek Musiałowski. Może cię wkurzać, za
chwilę świat będzie chciał go utemperować za bycie jak diwa. Ale to jest
przepiękne - taka bezczelność. Często do mnie dzwoni, a ja, jak mama,
mówię: "Już przestań, obraziłeś się na reżysera" i się śmiejemy. Tak, on
też ma bezczelność tworzenia.
A ty zawsze miałaś bezczelność tworzenia?
Nie zawsze. Na początku miałam wpojoną źle pojętą pokorę, nikogo jednak
za to nie obwiniam. Chyba po Ptaszku Zielonopiórym w Teatrze
Dramatycznym w reżyserii Piotra Cieplaka podszedł do mnie Marek
Walczewski i powiedział: "Nareszcie pani, magisterku kochany, wyzbyła
się nerwicy wyrzucania z siebie tekstu i dała sobie prawo do pauzy".
Zapamiętałam to, i teraz czasami opowiadam młodym, że rola to jest twoja
własność. Zbuduj to sobie, masz te klocki. Nie musisz się nikomu
podobać, a twój partner nie musi cię lubić. Ta część należy tylko i wyłącznie do mnie. Trwało latami, zanim to zrozumiałam. Miałam odwagę,
ale nie miałam bezczelności tworzenia. Teraz mam.
A byłaś skłonna kłócić się o swoją wizję?
Kiedyś nie, teraz tak. Doświadczenie, które mam, świadomość środków
aktorskich, sprawiają, że jestem w stanie długo rozmawiać z reżyserem.
Jeśli go nie przekonam, to przynajmniej nagramy również moją wersję.
I sprawdzimy, co lepsze.
Tak. Teraz mam konieczną do tego asertywność. Bardzo dużo się nauczyłam
od Wojtka Smarzowskiego, od Iwony Siekierzyńskiej i od Pawła
Pawlikowskiego. Paweł mówi, że ma bardzo duży luksus pracy ze mną, bo ja
nie myślę, jak wyglądam, mnie to nie interesuje. Jest operator, są inni
fachowcy i jeżeli mam świetnie wyglądać, niech oni nad tym pracują. To
nie jest mój problem. Jeśli nie chcecie cieni pod oczami, to zróbcie
takie światło, żeby ich nie było. Większość ról dostaję, bo mam twarz
normalnego człowieka z ulicy i widz się ze mną identyfikuje. Jestem
podobna do zwyczajnego człowieka.
Największe aktorstwo jest wtedy, kiedy jest ludzkie, a ludzkie jest
wtedy, kiedy mamy odwagę pokazać słabość. Szukam słabości w moich
bohaterkach i momentu, gdy mogę ją pokazać. Oglądam wiele zagranicznych
aktorek i aktorów, ale jest jedna, którą uważam za wybitną. To Michelle
Williams - ona się nie boi. Blue Valentine, Manchester by the Sea,
serial Fosse/Verdon - we wszystkim jest wyśmienita i przejmująco
ludzka. Jest człowiekiem z krwi i kości. Takich ról nie zbudujesz bez
porozumienia z reżyserem. Wojtek Smarzowski ma taką wnikliwość
obserwacji, że jak cię zainspiruje, to oddasz mu wszystko. Zharatasz się
w lewo, w prawo. Nie wiem, jak on to robi. Cała ekipa zrobi dla niego
wszystko także dlatego, że ma wielki szacunek dla drugiego człowieka.
Kwestia zaufania.
Zaufania, bezpieczeństwa, wyzbycia się wstydu. Moja koleżanka Agnieszka
Roszkowska powiedziała kiedyś, że aktor to jest taki człowiek, który ma
na ciele dużo różnych blizn. I do roli je rozdrapuje, dokonując operacji
na sobie samym. Musisz też wiedzieć, komu oddać coś tak intymnego, swoją
wrażliwość, refleksje, przemyślenia. Uczyłam się tanga argentino do
rumuńskiego filmu Parkiet. Uczył mnie Rosjanin Siergiej, raz nam
wyszło pięknie przy wszystkich moich brakach technicznych i on mówi tak:
"Boh ty moj, ja wiem, po co my się spotkaliśmy, ty rozumiesz tango, ty
umiesz tańczyć tango. Tylko pamiętaj, nie pokazuj tego każdemu".
Taniec z gwiazdami wygrałaś.
To była jedna z najlepszych moich decyzji zawodowych.
Dlaczego?
Wszyscy się dziwili - Kulesza poszła do takiego show. A to było świetne,
lubię tańczyć, płacili mi, nie miałam za dużo pracy, niczego nie
ryzykowałam, miałam świetnego nauczyciela Stefana Terrazzina, jest moim
przyjacielem do tej pory. Wyjątkowy człowiek, który coś we mnie
otworzył. I nagle wygrałam. Ludzie za mną poszli, bo ja uwierzyłam
sobie. Instynkt prowadził mnie ku temu, żebym pokazała się ludziom taka,
jaka jestem, i oni mnie wzięli. W najmniejszym stopniu się tam nie
oszczędzałam. Mieliśmy wtedy próby, pracowaliśmy nad Borysem
Godunowem, pięć godzin treningów tanecznych, potem szłam do teatru.
Dzięki Tańcowi z gwiazdami zrobiłam sobie nazwisko. Ktoś kiedyś mówił,
że Kulesza dobra aktorka, ale za słabe nazwisko, żeby mnie obsadzić. Po
Tańcu z gwiazdami byłam już dobrym nazwiskiem, bo pół Polski mnie
znało z programu. Jednak nie poszłam w stronę komercji. Krótko po
Tańcu... zrobiłam Salę samobójców i Różę. Ani Wojtkowi
Smarzowskiemu, ani Jankowi Komasie nie przeszkadzało, że wygrałam show i jestem znana z tanga, rumby i cha-chy. Miałam szczęście.
To cię ośmieliło?
Tak, ośmieliło mnie, że mogę sobie zaufać. Stefano mówił: "O, moja drama
queen, kroków zapomina, a od razu zaczyna grać". Taniec to nie są tylko
kroki, ale emocje. I ja rozumiem taniec emocjonalnie. Ta wygrana
utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam iść spokojnie swoją drogą. Nie
muszę się popisywać, kreować, ale po prostu iść. Taka, jaka jestem.
Wojciech Smarzowski zebrał stałą ekipę aktorów, ale poza sprawami
zawodowymi wasze kontakty są raczej rzadkie.
W jego filmach dotyka się bardzo intymnych rzeczy. I nawet jeśli się
rzadko widzimy, odczuwamy bliskość. Bo bardzo dużo mu oddaliśmy,
podobnie jak on nam w tym ciągłym inspirowaniu. Aktorzy bardzo często
wyznają mu miłość na planie i to nie tylko kobiety, a również mężczyźni.
Jak mówią, wojsko łączy na całe życie. Nie to, że my razem jeździmy na
wakacje, grillujemy z Marianem Dziędzielem, Smarzolem, Więckiewiczem i jego rodziną. Nie, absolutnie. Teraz mam z nim kontakt, bo niebawem
wchodzimy na plan. A tak od czasu do czasu napiszemy sobie: "Jak tam u ciebie, OK?". "Tak, a u ciebie?". "Też OK". I tyle.
A jest jakimś miernikiem bliskości do reżysera to, że się za nim tęskni?
Tęsknoty na co dzień nie odczuwam, ale teraz, gdy wiem, że spotkam się z nim na planie, czuję wielką radość. I też trochę strachu, czy mam mu
tyle do oddania, choć rola w Weselu 2 jest niewielka. Po Róży byłam
tak wypłukana z emocji, że wiedziałam, że długo nie zagram u niego dużej
roli. Robił Pod Mocnym Aniołem, a ja wybrałam Idę, mimo że coś dla
mnie miał. Później ktoś zachorował i trzeba było jechać na drugi koniec
Polski zagrać epizod. I pojechałam dla Wojtka i zagrałam epizodzik w Pod Mocnym Aniołem. W Drogówce zagrałam, bo Kinga Preis nie mogła,
ale dłuższej wspólnej pracy dawno nie mieliśmy. Nie czuję presji, że
jestem w jego drużynie, więc powinnam zawsze grać. To byłby błąd w myśleniu. Jeśli coś dla mnie będzie miał, to zagram, ale to jego wybór.
Nie rozumiem, jak aktorzy mogą mieć pretensje, że nie zagrali u jakiegoś
reżysera.
Powiedziałaś o Róży, że ta rola cię wypłukała, ale stworzyła w jakimś
sensie nową Kuleszę.
Róża to moja pierwsza dramatyczna rola, jazda bez trzymanki. Ale jeśli
ktoś pyta, czy byłam zmęczona, to tak - byłam zmęczona tak gorzką
refleksją o człowieku, konstatowaniem, że ten świat jest tak okropny.
Weszłam w tę literaturę, czytałam o tych kobietach, to było coś
straszliwego. Nie mogłam się doczekać, kiedy pojadę na plan, byłam na
takiej adrenalinie; już, już chciałam to robić. A potem przyszło
zmęczenie. Tworzysz innego człowieka, a kiedy nadchodzi koniec, jesteś
zmęczony. Nie znaczy to, że wymagałam terapii. Wiem, kim jestem, wiem,
do którego momentu doprowadzę swoje emocje. Ale była taka chwila w Róży, która mnie zdziwiła. To krzyk Róży, moment, gdy ona wyje. Nigdy
nie myślałam, że potrafię wydobyć z siebie takie dźwięki bólu,
zwierzęcości. To było wspaniałe odkrycie, ale podobne sytuacje zdarzają
się bardzo rzadko.
Uważam Różę za najwybitniejszy film Smarzowskiego. A twoja Róża była
czystym człowieczeństwem.
Też tak uważam. Zdarza się, że zapominam, że w czymś zagrałam, a Różę
mam zawsze schowaną gdzieś obok. Ona jest żywym człowiekiem w mojej
pamięci i moim myśleniu.
Jeśli aktor miałby się utożsamiać ze swoim bohaterem i żyć z nim, to
wylądowałby w zakładzie zamkniętym.
Oczywiście. Musisz wiedzieć, kim jesteś. Musisz wrócić do domu i obrać
ziemniaki. To jest moja realność, tu jest życie. Chociaż praca też jest
życiem, bo my, aktorzy, jesteśmy trochę dysfunkcyjni, w jednym życiu
próbujemy równolegle prowadzić kilka żyć. Kiedyś myślałam, że trudniej
znosić porażki niż sukcesy, ale miałam największy problem po sukcesie,
po Idzie. Telefon dzwonił nieustannie, wszystkim, w tym mediom,
wydawało się, że jestem ich własnością. "A dlaczego pani nie przyjdzie,
a dlaczego pani nie chce udzielić wywiadu, a dlaczego pani nie opowie o ciężkich tornistrach dzieci?". Jezus Maria, ja chcę być aktorką!
Nie muszę znać się na wszystkim.
I się nie znam. Nie mogę chodzić do Śniadania mistrzów i rozmawiać na
tematy polityczne, bo nie mam pojęcia o polityce. I tego pilnowałam.
Joasia Kulig z tego powodu co chwilę zmienia numer telefonu.
Rozmawiałyśmy o tym i radziłam jej: "Obierz ziemniaki, obejrzyj film o zwierzętach". Trzeba zachować równowagę. Nie można uwierzyć, że jest
się wiecznie diwą w szpilkach i sukni wieczorowej. W domu mamy mnóstwo
innych ról. Jesteśmy matkami, żonami, kochankami, gospodyniami. Nie
można leżeć na kanapie, oglądać filmy ze sobą i zapraszać znajomych:
"Zobacz, jak świetnie zagrałam". Śmiejemy się ze Stefano, że jak ktoś
prosi, że chce zobaczyć jakiś mój występ w Tańcu z gwiazdami, pokażę
od razu moją cha-chę. Tylko to, bo jestem pełna podziwu dla siebie, że
byłam wysportowana, miałam takie mięśnie i byłam taka chuda. A filmy ze
swoimi rolami oglądam z reguły raz.
Rolę w Idzie budowałaś bardziej na chłodno niż w Róży.
Absolutnie. Tego się nauczyłam dzięki Pawłowi. Robię dużo min, a on
mówił: "Agata, rozluźnij twarz". Żeby nie było widać mojej ekspresji. Są
ludzie, którzy twierdzą, że to jest moja najlepsza rola. Każdy ma prawo
wybierać, co chce. Cieszę się, że te dwie role były tak różne. Pawła
filmy są trochę jak laboratorium, aktorstwo to tylko jedna z menzurek,
są jeszcze obraz, światło, rytm, muzyka. Jestem jednym z tych
składników.
Powiedziałaś kiedyś, że spotkanie z Pawlikowskim pokazało ci, jakie
porozumienie można mieć z reżyserem.
On na mnie mówi "pani energia". Czasami robi wrażenie zagubionego i udaje, że nie wie, czego chce, a wie doskonale. To jest intelektualista,
erudyta, a jednocześnie trochę dzieciak, chłopiec. Patrzyłam na niego na
Oscarach, wszyscy za nim biegali, wielkie gwiazdy ślą mu scenariusze, a on robi, co chce, sam wybiera filmy. Nie ma w nim pazerności zarabiania,
na pewno cieszy się z sukcesów, na pewno je przeżywa, ale jest normalny.
Po zdjęciach do Idy pojechał z operatorem Łukaszem Żalem łazić po
górach. To jest wolność. Przy Idzie byłam rozdrażniona liczbą dubli,
bo ile można. Mówiłam do niego: "Przecież ja tę scenę już nagrałam".
"Nie, Agata, to jest wariant". "Jaki wariant?". "No, bo najpierw było,
że to Jurek Trela zabił, a teraz będzie, że to jego syn". Jak mówiła o nim producentka Ewa Puszczyńska, to jest najgorszy sen producenta, bo on
pisze scenariusz kamerą, nigdy nie wiadomo, co wymyśli na drugi dzień.
Nagle potrzebuje krakowianki, ale ciemnoskórej, i szukaj, bo na jutro na
zdjęcia będzie potrzebna. To świetny gość, cieszę się, że Pawła
spotkałam.
A wasza wyprawa na Oscary, jak patrzysz na to z perspektywy czasu? To
było jak wyprawa na Księżyc?
Byłam tak zmęczona, że nie wiedziałam, co się dzieje. Wcześniej
jeździłam z planu na plan, miałam tylko walizki, które przepakowywałam.
Zabierali mnie z miejsca na miejsce, spałam w samochodzie. Teraz sobie
nigdy na to nie pozwolę. Byłam wrakiem. I potem Oscary. Pojechałam na
czterdzieści osiem godzin, zobaczyłam i wróciłam. Do mnie to wszystko
dotarło po dwóch latach, potrafiłam się tym cieszyć. Wcześniej nie.
Ze zmęczenia?
Tak. Pojechałam, zobaczyłam, że ta impreza jest dosyć długa i męcząca,
że właściwie jest tak jak na naszych Orłach, tylko większa sala, więcej
ludzi i są tam osoby znane na całym świecie.
Spotkałaś kogoś, kto zrobił na tobie wrażenie? Gdybym zobaczył Ala
Pacino na korytarzu...
Wchodziłam z Patricią Arquette na czerwony dywan. Ethan Hawke przyszedł
na śniadanie w hotelu, ale na ceremonii siedziałam na trzecim balkonie.
Na dół mogli wejść tylko Paweł Pawlikowski, Ewa Puszczyńska i producent
angielski. Zeszłyśmy z Agatą Trzebuchowską na dół do holu, żeby
pooglądać gwiazdy. Inny świat, ale to nie są inni ludzie, tylko mają
inny rynek. Po dwóch latach tak sobie pomyślałam: "Jezu, dziewczyno,
zastanów się, jak mieszkałyście na studiach z Gośką Kożuchowską w wynajętej kawalerce, i tak się zastanawiałyście dla wygłupów, jak to
będzie, gdy pojedziecie na Oscary... A ja tam już byłam". To jest
wspaniałe, jak John Malkovich mówił do charakteryzatorki: "Uwielbiam
rolę Wandy Agaty Kuleszy w Idzie. Nawet kiedyś chciałem do niej
zadzwonić". Dla Jima Carreya byłam "Women from Ida", on mnie zna z tego, co zrobiłam. Moja próżność jest nasycona. Ida poszła w świat, to
dla mnie bardzo miłe, ale tu jest mój rynek pracy, moje miejsce.
Ale grałaś z Jimem Carreyem.
Zagrałam też we francuskim filmie, w rosyjskim, w serialu BBC małą rolę.
Mam zrobić nowozelandzki film, zgłosił się też kanadyjski reżyser. Plany
są, może nie zawalczyłam bardziej. Nagrywałam dla Paola Sorrentino
casting dużej postaci w Młodym papieżu. Przegrałam, ale świat mi daje
szansę. Trzeba mierzyć siły na zamiary, czy jesteś w stanie temu
podołać, czy to nie jest za duży stres. Są aktorzy, co by sobie dali
radę, bo suną jak maszyny. Ja tak nie mam.
Wolisz zrezygnować niż walczyć?
Uważam, że co ma być moje, to będzie. Ale są sytuacje, kiedy myślę, że
nie pojadę gdzieś, bo daleko, boję się. A potem wzruszam ramionami:
"Weź, wyluzuj, jedź". Ale muszę samą siebie ośmielać. Czasem odmawiam,
bo jestem zbyt zmęczona.
I wolisz bezpieczeństwo w swoim świecie?
Tak, można to różnie oceniać. Z jednej strony możesz powiedzieć, że tyle
tracisz, a z drugiej nic nie tracisz.
Bo zyskujesz spokój.
Tak. Może to by cię wywaliło i miało przykre konsekwencje dla ciebie
jako dla człowieka. Nie wiem, ale muszę kierować się instynktem.
"Pani energia" mówił na ciebie Paweł Pawlikowski. To jest twój sposób
bycia na planie?
Tak.
Zarażanie ludzi energią, dynamika, ostrość...
Tak, zdecydowanie. Choć zdarza się, że jestem zmęczona i patrzę, gdzie
się położyć spać na pół godziny. Ale staram się utrzymać na odpowiednim
poziomie energetycznym, bo to jest mi potrzebne do pracy. Jeśli znam
całą ekipę z imienia, rozmawiam z nimi, to jestem w ciągłym kontakcie.
Ja ich znam, bo oni pracują ze mną, ale i ja pracuję z nimi. Na planie
jest hierarchia, aktorowi należy stworzyć dobre warunki, ale i ode mnie
zależy, żeby oni chcieli mi pomóc. Trzeba dać coś od siebie i szanować
ich pracę. A w kinie, niestety, wszyscy wychodzą podczas napisów
końcowych.
Jaka jesteś przed premierą? Z niektórymi aktorami wtedy trudno
wytrzymać.
Ze mną nie. Gdybyś zapytał członków mojej rodziny, toby nie wiedzieli,
że mam premierę. Nigdy nie było chodzenia na palcach. Jeśli
potrzebowałam spokoju, szłam trzy godziny wcześniej do teatru, żeby
sobie posiedzieć, skupić się. Wiadomo, że odczuwam tremę, na przykład
nie lubię śpiewać - kiedyś lubiłam, a teraz strasznie się denerwuję. Z benefisu Wojtka Młynarskiego niewiele pamiętam do dziś, mam czarną
dziurę. Zakładam z reguły do śpiewania spodnie, bo mi się nogi trzęsą.
Nie lubię tego napięcia. Nie ma wtedy rozluźnienia, przyjemności. Nie
umiem też grać komediowo. Ale bardzo lubię różnorodność, lubię na
przykład czytać audiobooki, chociaż to jest ciężka praca fizyczna.
Nagrywam mniej więcej cztery i pół godziny na raz i kończę, kiedy już
przestaję mówić r. Lubię to zamknięcie - mała lampka, ja, książka albo
czytnik, słowem intymność.
Jaka była najfajniejsza książka, którą czytałaś?
Wielką przyjemność sprawiło mi przeczytanie Prowadź swój pług przez
kości umarłych Olgi Tokarczuk - najwyższej miary literatura. Po prostu
czytasz i czytasz, a to płynie. I prawie się nie mylisz.
Zwracasz uwagę na pieniądze? Negocjujesz? Twoi agenci się targują?
Są rzeczy, które mogę zrobić za darmo. Są rzeczy, których nie odpuszczę,
a właściwie nie odpuszczą moje agentki. Pewnie ich nie lubią, bo są
twarde w negocjacjach. Długo się starały, żebym doszła do męskich
stawek. Rozmawiamy, czy coś wziąć, czy nie, ale to do mnie należy
końcowe zdanie.
Dużo odmawiasz?
Trochę odmawiam. Na przykład wtedy, gdy wiem, że już grałam coś bardzo
podobnego, albo opowieść mnie nie ciekawi, albo nie mam siły. Nie grała
amantek w komediach romantycznych, bo nie mam ani takiej urody, ani
takiej energii. Nie chodzi jednak o to, że interesują mnie tylko ambitne
filmy, nie będę grała seriali. Serial jest świetnym poligonem, można się
dużo nauczyć. Jeżeli rola jest interesująca, brać. Nie utknąć tam, ale
brać i ćwiczyć.
A w jaki sposób uciekasz od aktorstwa, ładujesz akumulatory, szukasz
inspiracji?
Mam dużo koleżanek aktorek, bo koleguję się z Agnieszką Suchorą, Kingą
Preis, Izą Kuną, Iwoną Bielską. Gdy się spotykamy, chwilę ponabijamy się
z siebie w zawodowych tematach, a potem już idziemy w inne rejony. Wśród
moich znajomych jest sporo osób, które nie mają nic wspólnego ani z filmem, ani z teatrem. Są w tym gronie architekci, historyk sztuki,
inni. Nasze życie nie polega na tym, że siedzę i opowiadam im o filmach.
Nie potrzebuję mieć wokół siebie wielu osób, bo je selekcjonuję, żeby
nie trafić na toksyczne, a łatwo to wyczuwam. Mam przyjaciół, mam córkę.
Pójdziemy na spacer, do kina, zrobimy imprezę w domu, pójdziemy nad
Wisłę. Czasem pojadę do lasu, wynajmę dom, żeby posiedzieć gdzieś, gdzie
jest cicho. Lubię ogniska, naturę, lubię zamknięcie się z książką. Lubię
nicnierobienie, trochę pozorne, bo sporo spraw kotłuje się w głowie, ale
potrafię leżeć na kanapie i patrzeć, i myśleć, nic nie robić. Jak trzeba
odłączyć mózg, wchodzę w seriale. Muszę uważać, żeby za długo nie
siedzieć w telefonie, walczę z tym, bo to mi źle robi.
Z powodu natłoku informacji? Dowiadujesz się o świecie rzeczy, których
wolałabyś nie wiedzieć?
To są śmieci, śmieci, śmieci. Jestem przebodźcowana i od razu
zdenerwowana. Dla odtrutki uwielbiam, jak moja koleżanka Grażyna Bastek
z Muzeum Narodowego coś mi opowie o malarstwie. Lubię luz, nie muszę się
przygotowywać, gdy przychodzą do mnie ludzie. Lubię spontaniczne, a nie
zaplanowane wizyty. Ktoś wpadnie, bo jest obok. Proszę bardzo. Dom
Agnieszki Suchory i Krzysia Kowalewskiego i ich córki Gabrysi jest jak
moja druga rodzina. Możesz tam pojechać, spać, możesz z nimi leżeć na
kanapach, spędzać czas w naturalny sposób. Uwielbiam Krzyśka
Kowalewskiego. Czasami usiądziemy i on coś opowie o wojnie - to jest
cudowne. Bardzo lubię, jak mi ludzie opowiadają o swojej rodzinie. I wiesz co jeszcze? Często mówi się: "Ona jest aktorką, to pewnie gra w życiu". Nie. My, aktorzy, bardzo rzadko używamy swojego zawodu poza
sceną i planem filmowym.
Nie unikałaś mandatów dzięki temu, że jesteś aktorką?
Nie. Bywa, że pójdę do urzędu i mnie zawołają, żebym podeszła bez
kolejki... Oczywiście czasami z tego skorzystam, ale mandatów nie. Raz nie
zapłaciłam, bo policjant zapytał: "Jak tu panią ukarać?". Powiedziałam
mu, że chłostą. To go rozśmieszyło i odpuścił. Raz się paliło u mnie w domu i przyszli strażacy. Po wszystkim powiedzieli: "Sprawdziliśmy cały
dom. Możemy sobie z panią zrobić zdjęcie?". To było sympatyczne. Ludzie
są dla mnie mili, ale nie sądzę, żebym tego nadużywała.
Wolisz być na swój sposób przezroczysta, a nie ciągnąć za sobą ciężaru
związanego z byciem osobą publiczną.
Największą nerwicę mam, gdy szykują się wyjścia związane z moim zawodem
i muszę się ubrać. Czasami czuję, że chodzę wycięta z tektury z szyldem
"Agata Kulesza, aktorka".
Jesteś stała w przyjaźniach. Z Katarzyną Nosowską znacie się...
Czterdzieści pięć lat... Czterdzieści sześć prawie.
Poznałyście się, jak miałyście...
Trzy lata. Później byłyśmy razem w szkole podstawowej i do tej pory
jesteśmy bardzo blisko. Kiedy mam gorszy dzień, Kaśka jest najlepszym
terapeutą na świecie. To niezwykle mądra osoba, dbająca o rozwój
osobisty, więc bardzo dużo wie na ten temat. Jak jest słabiej, to
dzwonię do niej i pijemy razem kawę - przez telefon. Mogę jej
opowiedzieć wszystko, i ona mnie... Z Agnieszką Suchorą przyjaźnię się od
ponad dwudziestu lat, jest niezwykle ważną postacią w moim życiu. Też
mogę jej opowiedzieć wszystko. Ale nie chodzi o to, że przyjacielowi
musisz opowiadać wszystko, chodzi o swobodę. Nie musisz się kreować.
Możesz też milczeć przy niej.
Mogę, to jest najlepsze. Mam wielu takich ludzi, z którymi możemy się
umówić nad Wisłą, siedzieć, nic nie mówić. Mam nawet jednego kumpla, z którym umiem milczeć przez telefon. I to jest też super.
A książki są twoimi przyjaciółmi?
Tak, chociaż ostatnio mam problemy z koncentracją... Bardzo lubię czytać,
ale miałam niedawno różne przejścia w życiu, więc trochę straciłam
umiejętności skupienia... Po tym poznaję, w jakiej jestem kondycji. Jak
mam gorzej w życiu, to widzę, że największą ulgę dałaby mi książka,
tylko niestety nie mogę się skoncentrować. Wtedy na siłę się
koncentruję, ale nie zawsze wychodzi. Przekonałam się do Kindle'a, choć
kiedyś myślałam, że nie, że tylko papier, papier. Kindle'a można wziąć
do torebki.
I nie jest ciężki.
No właśnie. Niedawno przeczytałam książkę, która bardzo mi się podobała
- Małe życie. Czytałeś to?
Przerwałem.
A mnie bardzo wciągnęła. W Kindle'u czytałam i nie wiedziałam, ile
jeszcze mam stron, bo nie umiałam sprawdzić.
To bardzo gruba książka.
A ja ciągle nie wiedziałam, czy to już koniec, czy nie. Myślałam: "Boże,
żeby ona się jeszcze nie skończyła". To książka dla mnie ważna.
Gdybyś miała na bezludną wyspę wziąć powiedzmy trzy książki?
Trzy? To się zdziwisz. Niezależnie, czy mam taki etap, że jestem
wierząca, czy etap, że jestem niewierząca, zawsze mam Biblię. Czasami ją
czytam na chybił trafił, czasami nic z tego nie rozumiem, a czasami do
mnie przemawia. Arcydzieło, do którego długo się zbierałam, to
Czarodziejska góra. Na pewno bym ją wzięła. Są książki, które kocham,
ale dawno ich nie czytałam. Jeżycjada Musierowicz - pamiętam, że jak
się pojawiał nowy tom, to ja się zamykałam w pokoju albo szłam do wanny
i czytałam na raz. Życie i los Grossmana, ale to bardzo smutne. Jedyna
książka, którą rzuciłam o ścianę, tak mnie zdenerwowała, ale w związku z tym jest ważna, bo spowodowała taką reakcję, to Gra w klasy Cortázara.
A filmy?
Chodzi ci o to, że wracasz do domu i zaraz musisz włączyć film, który
chcesz obejrzeć?
No właśnie.
Fanny i Aleksander... Pamiętam mój zachwyt, kiedy pierwszy raz to
oglądałam. Manchester by the Sea, wspaniały film. Na Wielkim pięknie
płaczę od początku do końca, kłócę się z moją przyjaciółką, która
twierdzi, że to są popłuczyny po Fellinim, a ja płaczę i mówię, że to
jest wielkie piękno.
A muzyka, obrazy? Jest coś ci szczególnie bliskiego?
Jest bardzo różnie, czasami będę słuchała kawałka Whiskey in the jar
Metalliki, czasami włączę Lacrimosę, czasami to, co wrzuci mi moja
córka, co jest teraz na czasie, czasami sobie włączę Beirut, czasami
Kabaret Starszych Panów, za chwilę Nenę czy Drupiego, od Sasa do Lasa.
Nie mam wyrobionego gustu, ale muzyki poważnej też czasami słucham.
Malarstwo lubię oglądać, a ponieważ przyjaźnię się z historyczką sztuki
Grażyną Bastek, to mam szansę, żeby fachowiec mi o tym opowiedział.
Jestem szczęśliwa, że ktoś potrafi mnie przeprowadzić przez ten świat.
Twoje aktorstwo i twoje życie składają się z sumy barw, smaków, odczuć,
emocji.
Trochę tak, niewątpliwie jest w tym nieco impresji, które ze sobą
współgrają. Tworząc rolę, najpierw analizuję. Ale później zaczynam już
to kolorować i używam wszystkiego - spotkań z moimi przyjaciółmi,
rozmów, zdań, barw, zapachów. I pęknięć. Pęknięcie w postaci, słabość w postaci, jest dla mnie podstawą. Nasze czasy nie są dobre dla
nieśmiałych ludzi. Ja lubię nieśmiałych ludzi. I lubię, gdy nagle widzę
moment w rozmowie, kiedy taki człowiek się otworzy. Lubię tę wrażliwość,
która jest na wierzchu. W świecie teraz jest to postrzegane jako
słabość. A ja uważam, że słabości są czasami największą siłą.
Rozmowa z Tomaszem Kotem
Stajesz się coraz bardziej aktorem międzynarodowym. Byłeś niedawno w Barcelonie robić postsynchrony do filmu, który jest już gotowy, kolejne
czekają na premierę. Jaki tytuł w twoim dorobku otworzył ci tę drogę?
W przypadku karier aktorskich są dwie perspektywy. Widoczna na zewnątrz
i ta wewnętrzna. Jeśli chodzi o perspektywę zewnętrzną, to Zimna wojna
jest moją wizytówką. Filmową kartą wstępu. Jednak dla mnie momentem
przełomu są Bogowie. Z Bogów bezpośrednio wynikała Zimna wojna, w trakcie pracy nad Bogami na nowo określiłem i zdefiniowałem się
zawodowo. Załóżmy, że nie czułeś się nigdy napastnikiem, bardziej
rozgrywającym, a tutaj musiałem być trochę jednym i drugim. Od Bogów
trwa fascynująca przygoda.
Ale już wcześniej bywałeś napastnikiem. Skazany na bluesa był
filmem, który opierał się na twojej roli.
Tak, ale dla mnie to był debiut, nie wiedziałem wówczas nic. Na planie
pytałem o wszystko. Kiedy skończyłem szkołę, pierwsze pięć lat w zasadzie nie wychodziłem z teatru. Non stop główna rola za główną rolą,
byłem bardzo mocno rozegrany. W dodatku bez rodziny, bez dzieci, więc w pełnej gotowości do pracy bez przerwy. Ważne jest, co człowiek ma w głowie. Ja wielu mądrych rzeczy nie miałem. To było raczej poznawanie
świata.
Ostatnie miesiące i praca za granicą dały ci kolejną perspektywę
patrzenia na siebie w tym zawodzie?
To jest tak jak z poznawaniem obcego języka. Przed filmem Bikini Blue
znałem angielski na poziomie false beginner - coś tam kojarzę, ale się
wstydzę odezwać. Mniej więcej od sześciu lat uczę się języka, przy
Zimnej wojnie rozmawiałem o tym z Pawłem Pawlikowskim. On posługuje
się wieloma językami i mówi, że każdy poszerza osobowość. Daje nam nowe
możliwości. Na festiwalu w Cannes kazali mi przedstawić dokładną
wizytówkę - co zrobiłeś do tej pory, ile konkretnie filmów. Wyszło chyba
trzydzieści sześć, aż mi się nie chciało wierzyć. Wypełniam ten druczek
i mówię: "Nie ma to sensu, kto będzie trzydzieści sześć filmów po polsku
oglądał?". Okazało się, że chodzi o co innego. Liczba filmów mówi o twoim doświadczeniu. Drugie pytanie brzmiało: "Ile razy ten sam reżyser
poprosił cię do pracy ponownie?". Ta informacja mówi z kolei o tym, czy
przypadkiem nie ma z tobą problemów w pracy.
Potem w Stanach Zjednoczonych zorientowałem się, że Amerykanie mają
obsesję szukania w rolach momentów. Moment jest najważniejszy, bo cię
określa. To może być wszystko, na przykład spojrzenie.
Moment wskazuje, że aktor ma w sobie coś niepowtarzalnego?
Jakąś magię. Może się zdarzyć, że pierwszy raz pojawia się na planie
amator, reżyser widzi go w kadrze i doznaje olśnienia. To jest ktoś,
wokół niego budujemy opowieść. Miałem gigantyczny zaszczyt spotkać się z Francisem Fordem Coppolą. Spotkałem go w Paryżu, było to bardzo istotne
wydarzenie w moim życiu. Trwało wiele godzin, i on w pewnym momencie
mówi: "Muszę tych Bogów obejrzeć". Chciałem mu opowiedzieć -
klasycznie, jak aktor reżyserowi - o swojej drodze, ale Coppola
powiedział, że każdy tę drogę ma swoją i on woli ze mną rozmawiać na
wszystkie inne tematy, ponieważ według jego teorii aktor na pewnym
etapie może zagrać wszystko, lepiej lub gorzej, a dla niego
najistotniejsze jest, co ten aktor ma w głowie, co ma w oczach i jaka
energia go napędza. W pewnym sensie poluje na moment - coś
charakterystycznego, niepowtarzalnego.
Jak doszło do twojego spotkania z Coppolą?
Był wrzesień ubiegłego roku, właśnie się dowiedziałem, że po raz kolejny
odwołano zdjęcia do filmu o Tesli. Jestem po pełnych przygotowaniach,
czuję się jak przed Bogami, tak naładowany. Codziennie zakładałem
kamizelkę, prasowałem koszulę i chodziłem na długie spacery,
przerabiając w głowie sceny. Nagle dostaję maila od agenta z Los
Angeles, że mam sześć dat do wyboru, bo pan Francis będzie w Paryżu i zaprasza mnie na spotkanie. W wielkim stresie poleciałem dzień
wcześniej, żeby nie ryzykować, że samolot się spóźni albo zdarzy się coś
nieprzewidzianego. Chciał mnie po prostu poznać. W Los Angeles zdarzało
mi się często być na spotkaniach z różnymi ważnymi branżowo ludźmi też
głównie z tego powodu, chcieli mnie poznać, zapytać o Pawła, o Zimną
wojnę, więc nie byłem zdziwiony, tylko bardzo szczęśliwy. I wiesz, co
jest najpiękniejsze w tej historii? Co mnie wysadza z butów? Pracując
nad Bogami, pomyślałem, że nie jestem w stanie odtworzyć wiernie
profesora Zbigniewa Religi. Problem był taki, że profesora ludzie
kojarzyli głównie z okresu sejmowych korytarzy i jego późniejszej
działalności, a ja miałem być profesorem z lat osiemdziesiątych.
Potrzebowałem więc inspiracji i pomyślałem wtedy, że nie będę ograniczał
się jedynie do polskiego podwórka. Uznałem, że najlepszym przykładem
jest Robert De Niro w drugiej części Ojca chrzestnego. Nie gra tam
młodego Marlona Brando, tylko własną wariację na ten temat. Delikatnie
moduluje głos, wydaje mi się, że tysiące razy obejrzał pierwszą część
tylko po to, żeby minimalnie odtwarzać Brando, ale go nie parodiuje, nie
naśladuje, jest jak jego cień. I jest szczupłym gościem z wąsami. Na
etapie konstruowania roli w Bogach ta myśl była jednym z moich
fundamentów i dodawała mi pewności siebie. W Paryżu usiadłem naprzeciwko
faceta, któremu to zawdzięczam. Mówię mu, że nie mogę uwierzyć, że mogę
mu osobiście za to podziękować. Za drugą część Ojca chrzestnego.
Zaczął się śmiać i mówi: "Boże, jak De Niro się bał, nie wiedział przez
godzinę, które buty założyć". Słuchając tej historii, myślałem: "Co ja
tu robię, to jest niewiarygodne!". To spotkanie dodało mi dużo siły.
Spotkanie z Francisem Fordem Coppolą musiało mieć dla ciebie znaczenie
wręcz formacyjne.
Było piorunujące. Wiesz, ja nie piję alkoholu, a dostaję od niego wódkę
"Pani Walewska". "Panie Francisie, niestety, tę wódkę oddam komuś w recepcji, bo nie piję, dobrze?". On na to: "Nie o wódkę chodzi, nie chcę
też z tobą rozmawiać o zawodzie, bardziej mnie interesujesz jako
człowiek. Co możesz mi powiedzieć o pani Walewskiej?". Natychmiast
wyskoczyłem z panią Walewską, z Napoleonem. Coppola jest wielkim fanem
Polski, doskonale zna Wajdę, Popiół i diament jest dla niego filmem
wstrząsającym, uważa, że Cybulski to jest James Dean przed Jamesem
Deanem. Pytał mnie co chwilę, czy dobrze wypowiada nazwisko Lutosławski.
Dużo wiedział, bardzo dużo...
To, co się wydarzyło po Zimnej wojnie - Cannes, a potem Oscary -
sprawiło, że musiałeś pożegnać się z Tomkiem Kotem, aktorem polskim
przyzwyczajonym do polskich warunków, do polskiej przaśności, troszkę
niemożności, braku profesjonalizmu.
Nie jest u nas tak źle. Tak to sobie nazwałem, że przy Bogach miałem
takie coś, że czuję się dobrym kierowcą. Czuję, że jest potencjał, ale
nie mamy torów do Formuły 1. I nie mamy sponsora, który by mnie wsadził
w taki samochód. Mogę jedynie teoretycznie zastanawiać się, jak by to
było. Uważam, że mamy świetnych aktorów, którzy nigdy nie przejechali
się po takim torze, więc nie wiedzą, czy się nadają, czy nie. Przed
kilkoma laty wejście na ten wyższy poziom wydawało się niemożliwe, teraz
na szczęście jest już inaczej. Widziałem ekipę Bożego Ciała na
Oscarach, po prostu serce rośnie. Myślę, że to jest fantastyczne, bo
ludzi, których ja poznałem rok temu, oni poznali teraz. To dla tych
ludzi kolejna informacja - Polacy znowu tu przyjechali. Mają Idę,
Zimną wojnę, zrobili ten cudowny film o van Goghu, a teraz Boże
Ciało - Polacy są w porządku. Gadałem z Rafałem Zawieruchą, on ma w sobie coś z genialnego organizatora. Jak przyleciałem do Stanów, pomógł
mi się zalogować do tamtej rzeczywistości, bo byłem bardzo
przestraszony. Rafał żyje tam, jest napompowany innym powietrzem i myślę, że o to chodzi.
Marzysz sobie czasami, żeby się tam znaleźć? Dopuszczasz myśl, że w pewnym momencie dzieci pójdą do amerykańskiej szkoły i ty będziesz w innym świecie?
W ogóle tak nie myślę, wiesz? Odpuściłem sobie myślenie o przyszłości.
Teraźniejszość jest naprawdę istotna. To, jak ją przerobimy, świadczy
później o naszej przyszłości i na podstawie tego, jak konsumujemy
teraźniejszość, wyrabia się nasza jakość na przyszłość. Na przykład
opinii człowieka punktualnego nie wyrabia się w trzy dni. Takie myślenie
pomogło mi w wielu sytuacjach, kiedy teoretycznie powinienem naprawdę
się załamać.
Na przykład?
Jest jedna rzecz, która się wydarzyła zaraz po Bondzie, o której nikt
nie wie. Nie mogę mówić o szczegółach, ale byłem już w obsadzie
gigantycznej produkcji, naprawdę gigantycznej. Najpierw to zamieszanie
wokół roli w Bondzie, kontakt z reżyserem Dannym Boyle'em, kiedy
przekonałem się, że naprawdę jestem na światowym rynku. Tamto nie
wypaliło, ale pojawiła się inna propozycja, bardzo poważna. Miałem
konkretne rozmowy typu: "Musisz się wykasować ze wszystkiego do
czerwca". Pomyślałem - OK, chcę przeżyć taką pełnowymiarową przygodę,
pozwalniałem się ze wszystkiego i wyczyściłem kalendarz.
Rozumiem, że to miał być duży, amerykański film?
Amerykańsko-brytyjski, międzynarodowy. Pamiętam, że kręcąc
Nieznajomych, myślałem, że jeżeli mam zacząć w grudniu tamtą
produkcję, a mamy początek listopada, to już ktoś powinien pytać o numer
buta, o ubezpieczenie. Robiłem Nieznajomych ze świadomością, że jak
skończę, mam dwa tygodnie przerwy i lecę przeżyć wielką przygodę. Coraz
bardziej przeczuwałem jednak, że nic z tego nie wyjdzie. I tak się
stało. Mogłem siąść i płakać, ale co by mi to dało? Myślę więc, że jak
nie to, będzie coś innego, nieważne, musimy iść do przodu, a rozpamiętywanie w tym momencie już w niczym nie pomoże. Każdy kolejny
film może i powinien być wspaniałą podróżą.
Wydaje mi się, że ten zawód wcale nie musi boleć. Tłumaczę to moim
dzieciom i każdej grupie, z którą mam aktorskie warsztaty. Może sprawiać
frajdę, dawać satysfakcję, być zabawą albo jak ciekawa zagadka
matematyczna. Od nas zależy, jak tę zagadkę rozwiążemy. W filmie
wypożyczamy siebie reżyserowi, żeby wcielić się w kogoś innego. Z takim
myśleniem coraz częściej czuję się jak dziwak. Mam wrażenie, że gdyby
nie te sukcesy, toby mnie odstawili na bocznicę.
Rozumiem, że w Bondzie byłeś przymierzany do czarnego charakteru?
Tak, to jest ta rola, którą ostatecznie zagrał Rami Malek. Jestem na
wakacjach, jadę samochodem, nagle dzwoni agent i mówi, że ludzie od
Danny'ego Boyle'a chcą, żebym nagrał self-tape'a. Dostałem kilka scen, z których miałem wybrać dwie. Jedna była z Javierem Bardemem, druga z Christophem Waltzem, kluczowe fragmenty. Takie sytuacje wydają się
nierealne, traktujemy je w kategoriach żartu. Tymczasem muszę się tego
nauczyć perfekcyjnie, bo ma być jedno ujęcie. Muszę opanować całość i zagrać na serio. A tam mamy teksty typu: "James, it was always me".
Największa walka, jaką muszę stoczyć, to uwierzyć w tę sytuację. Bo to
jest abstrakcyjne - to poczucie cały czas mi towarzyszy. Jeszcze
niedawno do Cannes jechałem jak turysta. Cieszyłem się, że mogę zobaczyć
wielki świat, przeżyć przygodę. Nie zakładałem sytuacji, że to się może
jakoś rozwinąć. Paweł Pawlikowski też podkreślał, że nie wie, jaka
będzie reakcja na nasz film, czarno-biały, mówiony po polsku. Tymczasem
rzeczywistość przerosła jakiekolwiek oczekiwania. Wiele pomnikowych osób
mówiło mi wspaniałe rzeczy. Cate Blanchett na przykład powiedziała mi,
że jestem partnerem marzenie, bo jestem dobry, ale potrafię się schować.
Pomyślałem: "Spoko Cate, zawsze dla ciebie się schowam, nie ma
problemu". W jury była reżyser Ava DuVernay. Pamiętam ostatnią kolację
- ludzie z jury, laureaci, wszystkie gwiazdy. Była tam również właśnie
Ava DuVernay. Podeszła do mnie i mówi: "Nie znam cię, ale nie wolno ci
teraz zniknąć. Najgorsze, co możesz zrobić, to zniknąć. Nie wolno ci
teraz zniknąć, obiecaj mi, że nie znikniesz". Pamiętam, że strasznie to
przeżyłem i wtedy tak cyknęło mi w głowie, że to wcale nie musi być aż
tak kurtuazyjna wizyta. Trzymam się mocno przy ziemi, ciężko mi
przyjmować komplementy, zawsze mam do tego dystans. Pamiętam też wyjazd
do Sewilli na rozdanie Europejskich Nagród Filmowych. Śmiałem się, że
gdybym mieszkał w Londynie, to może bym się zakolegował z Ralphem
Fiennesem, bo codziennie w Sewilli na siebie wpadaliśmy. Każde z tych
wpadnięć kończyło się jakąś rozmową, krótkim spacerem, Zimna wojna
bardzo mu się podobała. Kolejny dzień, znowu Ralph... Lubię tego gościa,
mam poczucie, że on mnie też lubi...
Poznaliście się też troszeczkę? Gadaliście o zawodzie? Czy może o angielskiej piłce nożnej?
Zaczęło się od Zimnej wojny. Stałem przy recepcji w kolejce i nagle
ktoś zaczął coś do mnie mówi. Śmieszne, bo on trochę łysiał, miał brodę,
więc dopiero w drugiej minucie się zorientowałem, kto to jest. Poza tym
oglądasz Angielskiego pacjenta i masz dziwne wrażenie, że oni wszyscy
mają po sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu albo i więcej.
Tymczasem spotykam faceta i patrzę w dół... Nieważne. Gadaliśmy o życiu w ogóle, o ludziach i festiwalach. Chodzi o taką chemię, która się
pojawia, dobrze się czułem w jego towarzystwie, a on też raczej nie
stronił ode mnie. Trzy dni później pytał, czy znam konkretną londyńską
knajpę. W tym czasie już jeździłem do Londynu na próby do filmu o Tesli,
więc mogłem ją sprawdzić... Przy pracy nad tym filmem, na razie
przerwanej, nie czułem jakiegokolwiek kompleksu, że nie jestem jednym z nich, bo przyjeżdżam z Polski. Wszyscy byli traktowani równo. Jesteśmy
kolegami z pracy. Najgorsze jest to, że my, Polacy, na co dzień
wtłaczamy sobie do głów dziwne poczucie, że jesteśmy gorsi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki