Zawładnięci - Elana Johnson

-
Proszę czekać

1

Dobre dziewczyny nie spacerują z chłopakami. Nawet z dobrymi chłopakami - a Zenn jest najlepszy. Szedł koło mnie, po wojskowemu z rękami założonymi do tyłu, w czarnym mundurze rekruta Sił Specjalnych. Zielone paski na rękawach koszuli błyskały srebrnymi techno-światłami, prawdopodobnie wszystko rejestrując. Prawdopodobnie? Kogo ja nabieram? Te cholerne paski z całą pewnością wszystko rejestrowały.

Teoretycznie, wieczorny spacer po parku nie jest wbrew przepisom. Dobre dziewczyny często tam spacerują. Ale spacer po parku z chłopakiem mógł wpakować mnie w kłopoty.

Gdyby zapadł zmrok, kolejna reguła zostałaby złamana.

Wysoko ponad drzewami rozległ się warkot poduszkoptera. W tym parku rosły młode okazy, wyższe ode mnie o centymetr czy dwa. Niektóre drzewa w Wodnym Mieście są bardzo stare - co najmniej stuletnie. Ale las objęty jest zakazem wstępu i nawet ja wiem, że tego prawa nie można łamać.

Brudnografitowy odcień nieba dorównywał nieczystościom, które filtrowałam w jeziorze podczas dzisiejszych zajęć. Wyobrażałam sobie, że to kolor podobny do ścian fabryki, gdzie pracował mój ojciec. Jednak nigdy w niej nie byłam, a taty nie widziałam od lat, więc nie mogłam mieć pewności.

Ze Złych Ziem ludzie nie wracają.

- Vi, cieszę się, że w końcu odpowiedziałaś na mój e-comm - odezwał się Zenn głosem równie gładkim, jak jego skóra i idealnie płynne ruchy.

- Znasz moją mamę. - Nie musiałam bawić się w detale. Nie z Zennem. - Powiedziałam jej, że pójdę, obojętnie czy się zgodzi, czy nie. - Usiłowałam ukryć, jak rozpaczliwie chciałam go zobaczyć i jaką radość sprawiło mi jego zaproszenie. Mógłby zaprosić mnie nawet na księżyc, a ja przyszłabym z ochotą. I poniosła dowolną karę.

Wymknęłam się ze szkoły podczas popołudniowej przerwy. Tereny, gdzie stacjonują Siły Specjalne, leżą o dwie godziny marszu na południe od Wodnego Miasta. Żeby zobaczyć Zenna, przekroczyłam granicę i przewędrowałam kilometr przez Ognisty Region. Przekraczanie granic jest również wbrew regułom, ale Zenn był wart każdego kroku.

Obserwowałam, jak poduszkoptery krążą coraz bliżej. Nasze milczenie nigdy mnie nie krępowało. Czasami mówiło więcej niż my sami.

Przed trzydziestoma minutami przestały działać chodniki. Widocznie w tym parku zaczynała się godzina policyjna. Kiedy jeden z poduszkopterów obniżył lot, musiałam zmobilizować całą odwagę, żeby się powstrzymać i chwyciwszy Zenna za rękę, nie rzucić się do ucieczki.

Dawniej mogłabym tak zrobić. Ale teraz coś się zmieniło. Coś, co kazało mi sądzić, że tym razem Zenn nie pobiegłby ze mną.

Kolejne ukradkowe spojrzenie utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Jego oczy. Nie było w nich blasku. Życia. Może Siły Specjalne za bardzo go eksploatowały.

Mój uroczy, wspaniały Zenn. Miałam nadzieję, że nic mu nie jest. Jego wzrok mnie niepokoił.

- Skoro przyszłaś, chciałem ci coś dać - powiedział z uśmiechem.

Przysunęłam się bliżej. W e-commie była mowa o tym, że Zenn ma dla mnie niespodziankę - na pewno coś, nad czym pracował, dopóki nie stało się absolutnie doskonałe. Jak on sam.

- W Siłach ciągle jestem zajęty - tłumaczył, sięgając do kieszeni. Wyglądało na to, że w ogóle nie zwraca uwagi na krążące po niebie poduszkoptery, ale w końcu nie żył wiecznie o krok od aresztowania. - Przez jakiś czas może nie będziemy się spotykać. Za parę tygodni masz urodziny, a przecież jesteś moją...

- Hej, wy tam na dole! - Elektroniczny okrzyk zagłuszył jego gardłowy głos. Wzdrygnęłam się i cofnęłam o pół kroku za Zenna. Powietrzny technolot z jednoosobową załogą, poduszkopter, został wynaleziony specjalnie po to, by rujnować ludziom życie. Nikt nigdy nie zdoła przed nim uciec. Nawet ja.

Na dolnym sterze migotała w półmroku czerwona róża. Oddech zadrżał mi w piersi - ten poduszkopter już mnie zatrzymywał. Pomyślałam, że skoro Zenn jest rekrutem Sił Specjalnych i zaprosił mnie tutaj, to może nie wpadnę w tarapaty.

Jasne, oczywiście. Sprawiedliwość nie jest tym, czym dyrektor szczególnie się przejmuje.

- Dokumenty! - wrzasnął mechaniczny głos. Zenn wyciągnął limonkową kartę pracy i trzymał ją w uniesionej ręce. Z boku policyjnego pojazdu wyrosło elektryczne ramię i opadło w dół, by zeskanować kod kreskowy na odwrocie karty.

Powoli wydobyłam identyfikator. Nikt w Dobrych Ziemiach nie może nawet postawić stopy na chodniku, by jego kroki nie zostały elektronicznie zapisane.

Mój identyfikator był niebieski ze względu na Wodne Miasto. Uniosłam go trochę, kiedy ramię zaterkotało, usiłując zeskanować kod pod lepszym kątem. Zaraz miałam zostać zatrzymana za przebywanie poza granicami - w dodatku po zmroku.

Zenn przyglądał mi się nieufnie.

- Vi, nie dawaj im prawdziwych powodów do aresztowania. - Podszedł wystarczająco blisko, by ciepło jego ciała przeniknęło moje zmysły. Dotyk był sprzeczny z przepisami, ale Zenn łamał je wcześniej wielokrotnie.

Uśmiechnęłam się, chociaż miał rację. Areszt nie jest zabawnym miejscem. Już sam smród wystarcza, by naprostować osoby łamiące prawo. Mimo to, o mało nie cisnęłam identyfikatora w krzaki jeżyn, gdzie nikt by go nigdy nie znalazł.

Powstrzymała mnie mina Zenna. Usta zacisnął w wąską linię. Nasze kody kreskowe miały być powiązane - razem byliśmy w parku po zmroku (zgroza!) - więc gdybym wpadła w poważne kłopoty, on mógłby stracić szansę na awans w Siłach Specjalnych. Nie mogłam wziąć takiego ciężaru na swoje sumienie.

Zerknęłam na Zenna, przewracając oczami, czego nie dostrzegł przez szerokie rondo słomkowego kapelusza. To kolejna reguła, której akurat przestrzegałam. Skaner zapikał cicho i z poduszkoptera wydobyły się straszliwe piski.

- Co znowu zrobiłaś? - w zirytowanym głosie Zenna brzmiała odrobinka śmiechu.

- Nic - odparłam. - Tym razem nic. - Przez dwa miesiące zachowywałam się naprawdę dobrze.

- Tym razem?

- Violet Schoenfeld, pozostań tam, gdzie stoisz! - zagrzmiał mechaniczny głos. - Zieloni żądają przesłuchania.

- Vi! Zieloni? Poważnie, co zrobiłaś?

- Mogę teraz dostać mój prezent?

Każdy wie, że Zieloni to po prostu przezwisko Tych-Od-Myślenia. To właśnie oni nadają transmisje i klasyfikują ludzi. Oni zajmują się myśleniem, żeby zwyczajny człowiek nie musiał tego robić.

Po ukończeniu szkolenia w Siłach Specjalnych Zenn miał do nich dołączyć. Odkąd go znam, chciał być Zielonym, co nigdy nie psuło naszej przyjaźni. Ale to aresztowanie mogło zaszkodzić - agenci Sił nie spotykają się z kryminalistkami.

Wewnątrz poduszkoptera wielkie panele, pełne różnokolorowych guzików i skomplikowanych przyrządów, pokrywały deskę rozdzielczą. Kapsuła nadwozia była oszklona. Dzięki temu pilot mógł lepiej wypatrywać łamiących prawo. Okno w podłodze, pod pojedynczym - zajętym - metalowym fotelem, dawało dobry widok na teren w dole. Ponieważ nie miałam gdzie usiąść, stanęłam koło małych drzwiczek.

Pod napierającym wokół grafitowym niebem czułam się jak uwięziona w mydlanej bańce. Z każdą sekundą coraz mocniej zaciskało mi się gardło.

Skuwszy mnie kajdankami, mój prześladowca popatrzył spode łba.

- Droga powrotna zajmie nam dwa razy dłużej. Zwykle po zatrzymanych przysyłamy transportery.

Skrzywiłam się za jego plecami. Też mi odkrycie. Niemal równie okropne jak areszt, transportery są jeszcze mniej wygodne niż ciasne poduszkoptery. A ten brud i smród? Obrzydliwość.

Z dodatkowym obciążeniem na pokładzie pilot niezdarnie manewrował pojazdem, pędząc ku wieżom Południowego Krańca Dobrych Ziem.

- Za dwadzieścia minut zaczyna się moja przerwa. Nie mam na to czasu.

Więc mnie wypuść. Patrzyłam, jak Zenn maleje do rozmiaru odległego punkciku. Miałam nadzieję, że nie widzę go po raz ostatni.

Zwolniliśmy. Pilot odwrócił się, mierząc mnie wściekłym spojrzeniem.

- Nie próbuj ze mną swoich sztuczek, dziewuszko.

Nie miałam pojęcia, o czym mówił. Z całej siły złapałam się uchwytu nad drzwiami, gdy poduszkopter wziął kurs w lewo. W stronę wież.

Południowy Kraniec jest dostępny tylko dla Dobrych, którzy mają specjalną przepustkę albo jakąś ważną sprawę. Nigdy tam nie dotarłam, chociaż nie powiem, żebym się nie starała. Nikt, kogo znam, tam nie był - wodniacy nie rozrabiają.

Kiedy zbliżaliśmy się do celu, ogarnął mnie prawdziwy strach. Może faktycznie nie należało wykradać się na spotkanie. Ta myśl wydała mi się dziwna, zupełnie jakby nie była moja. Narastała, przytłaczając poczuciem winy. Nie powinnaś ryzykować wolności, żeby zobaczyć Zenna.

Głos w głowie zdecydowanie nie należał do mnie. Cholerni Myśliciele. Odrzuciłam wciskane mi pouczenia. Zeszłego lata Zenn zaryzykował dla mnie wolność.

Pod nami, w dole, przeplatały się małe kwadraty pól: brązowe, zielone i złociste. Uprawy w Regionie Centralnym dostarczają żywności Południowemu Krańcowi i reszcie Dobrych Ziem.

Wreszcie pola ustąpiły miejsca budynkom o wysokości dwóch, trzech pięter. Wzniesiono je podobnie jak wszystkie domy w Dobrych Ziemiach - szara lub brązowa cegła, migające technoświatła i czerwone czytniki tęczówki w każdych drzwiach.

Okna były starannie pozasłaniane przed zewnętrznym światem. Absolutnie nie chcemy, żeby do środka wpadały promienie słońca. Nie, to byłoby niedobrze. Przynajmniej według Tych-Od-Myślenia. Słoneczne światło niszczy skórę, obojętnie jakiego jest ona koloru. Ubrania zakrywają nas od nadgarstka aż po podbródek, od kostek do bioder i wszędzie pomiędzy. W przypadku biznesmenów są to garnitury. Wszyscy pozostali noszą dżinsy i jasnobeżowe koszule z długimi rękawami. A poza tym zawsze trzeba mieć na głowie szerokoskrzydły kapelusz.

Dobrzy są chodzącymi marionetkami, pozbawionymi osobowości... i mózgów.

Owszem, ze mną to się nie sprawdza. Nie chcę być marionetką. Właśnie dlatego łamię reguły i przestałam podłączać się do transmisji.

Pilot gwałtownie skręcił i okrążył wysokie gmachy. Nigdy nie widziałam miasta z tak bliska. Mój wzrok nie nadążał od jednej lśniącej konstrukcji do drugiej.

Kierowaliśmy się w stronę ostatniego i najwyższego budynku, tuż przy samej granicy naszych terenów. Tego z godłem, które można zobaczyć wszędzie w Dobrych Ziemiach.

Gałązka oliwna jest symbolem dobra. Oznacza naszą lojalność wobec dyrektoriatu. Czy raczej dyktatoriatu, gdybyście chcieli znać moje zdanie. Ale na ogół nikt nie chce.

- Więc już zobaczyłaś Południowy Kraniec - rzucił pilot. - Właśnie tego oczekiwałaś?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc trzymałam buzię na kłódkę - sytuacja u mnie niespotykana. To był Południowy Kraniec? Żadnych czarów, żadnych złotych dróg, żadnej idealnej ucieczki od mojego parszywego życia. Właśnie pojawił się przed nami mur, blokując wszelkie rozmyślania o wolności.

Poduszkopter zawisł bez ruchu. W murze uchyliły się drzwi. Cokolwiek czekało wewnątrz, skrywała to ciemność. Co znajdowało się po drugiej stronie? Czy mogłam stamtąd wrócić? Może już nigdy nie miałam zobaczyć Zenna? Całkiem zaschło mi w ustach.

- Lecimy do środka? - zapytałam.

- Kiedy przetworzę twoją kartotekę - odparł pilot. Wpisał coś na małym ekranie. Wyskoczyła długa lista. - Już składałem na twój temat meldunki - powiedział, uśmiechając się lekko.

Pamiętałam ostatni raz: opuściłam Wodne Miasto po zmierzchu, przemierzyłam uprawne pola w Regionie Centralnym i usiłowałam przedostać się do Południowego Krańca. Naprawdę ładnie się wystroiłam: w elegancką białą sukienkę i staroświeckie pantofelki na koturnach. Właśnie przez nie wpadłam. W takich butach nie da się biegać.

Przetrzymałam sześć tur przesłuchania, zanim przyznałam się, że ukradłam te pantofle z piwnicy domu w Opuszczonym Rejonie - kolejne zakazane miejsce, kolejne wykroczenia. Bo uprawiałam kontrabandę (czego wówczas nie wiedziałam), włożyłam rzeczy przeszmuglowane z nielegalnej strefy, próbowałam wtargnąć na inne zabronione terytorium. I do tego jeszcze ta okropna afera, że skłamałam. Jakby to była najgorsza rzecz pod słońcem.

Widzicie, Dobrzy nie kłamią. Nigdy. Uczciwość jest naszą wrodzoną cechą, ale moją jakimś cudem nie. Być może odkąd przestałam słuchać transmisji. A może dlatego, że mam wszystko w nosie.

Nieźle oszukuję. Akurat to zostało starannie udokumentowane w mojej kartotece, którą pilot właśnie z zainteresowaniem studiował.

- Mhm - mruknął. - Kłamczucha, złodziejka, a teraz Zieloni chcą cię dostać. Nic dziwnego, Vi.

Nienawidzę, kiedy obcy używają tego zdrobnienia, jakby byli moimi starymi przyjaciółmi, więc go zignorowałam. Zbliżyliśmy się do muru. Czerwony promień zeskanował różę pod poduszkopterem. Zamigotał sygnał. Pilot wprowadził maszynę do długiego tunelu o ciemnych ścianach, raczej do wnętrza budowli niż muru. Kiedy przechylaliśmy się w nim na boki, ogarnęła mnie panika - uczucie, którego ostatnio doświadczyłam na wieść o tym, że Zenn wstępuje do Sił Specjalnych. Żałowałam, że nie zdążył mi dać urodzinowego prezentu, zanim ten głupi facet mnie aresztował.

Wreszcie wylecieliśmy z tunelu. Widok, który się pode mną roztoczył, zapierał dech w piersiach.

Za murem wyłoniło się drugie miasto - całe miasto.

Na ulicach mrowili się ludzie. Z rozległej przestrzeni w dole mrugały do mnie srebrzyste przyrządy i różne lśniące gadżety. Mój żołądek ścisnął się boleśnie. Zmusiłam się do oddychania, żeby nie zemdleć.

Natłok zaawansowanej techniki palił mi mózg. Wyczuwam technikę, zawsze to potrafiłam. A cała ta nowa część Dobrych Ziem wytwarzała poważne technoszumy. Miałam wrażenie, jakby moja głowa zmieniła się w działający na pełnym gazie akcelerator.

- A więc jesteśmy - oznajmił pilot. - Oto Instytut, miejsce narodzin wszelkiej technologii.

Nic dziwnego, że czułam się, jakbym miała zwymiotować.