ROZDZIAŁ 68
Wspomnienie o końcu świata
Jakub
Wybiegł z sali tak szybko, jakby gonił go rój pszczół. Tyle głosów towarzyszyło mu w tej ucieczce, tyle błysków fleszy, pytań, na które nie zamierzał odpowiadać. Otworzył drzwi do małej charakteryzatorni. Na szczęście było pusto, bo nie miał ochoty prowadzić nic nieznaczących pogawędek, kiedy jedyne, o czym marzył, to żeby rozpłynąć się w powietrzu. Telefon nie przestawał dzwonić, setki powiadomień, ale wszystkie ignorował. To już było nieistotne. Zaczął pakować rzeczy do plecaka, kiedy usłyszał skrzypienie drzwi.
Idź, nieważne, co by się działo, idź przed siebie! Nie oglądaj się, już podjąłeś decyzję! - strofował się w głowie raz za razem. Powtarzał te słowa niczym mantrę. Ale ciało go nie słuchało. Od razu zareagowało na znajomy zapach, który był coraz bliżej i bliżej.
- To był żart, prawda? Powiedz, że to jakiś okrutny żart - wysyczał Oli tuż za jego plecami.
- Chyba coś ci się pomyliło... Oliwier - szepnął, a jego ciało opanowała drętwota. Tak dawno nie używał pełnego imienia.
- Pomyliło?
- Bo mówisz do mnie..., a jeśli dobrze pamiętam, miałeś tego nie robić. Spoko, możemy uznać, że tego nie było.
Odwrócił się, aby ruszyć do drzwi, i od razu tego pożałował.
Nie patrz na niego, po prostu idź! - Ale to na nic się zdało. Nie patrzył w te zielone oczy od kilku miesięcy i teraz, nawet jeśli bolało, nie mógł sobie tego odmówić. Choćby raz. Ostatni.
- To tak wygląda koniec? - Głos Oliwiera był na granicy szeptu. Taki, który rezerwuje się dla czegoś intymnego, dla modlitwy.
- Przecież tego właśnie chciałeś, nie?
Zaledwie kilka metrów dzieliło go od drzwi, ale Oliwier nie pozwolił mu odejść.
- Nie zostawiaj mnie, Kuba. Zostań...
Nie rób mi tego... Nie możesz mi tego robić! - wrzeszczał głos w głowie Jakuba, ale na zewnątrz wydostało się tylko ciche:
- Dlaczego?
Czuł na sobie wzrok Oliwiera, ale to było za wiele. Jakuba już nie powinno tu być. Powinien właśnie robić krok w nieznane, do tego życia potem, którego się bał, którego nie potrafił pojąć. Ale to nie miało znaczenia. Bo nieważne, jak wielki był to strach, to życie, ta dziwna przyszłość, której nigdy nie brał pod uwagę, nosiła jego imię.
- Dla mnie... dla nas...
Jakiś dziwny dźwięk wydostał się z gardła Jakuba. Coś pomiędzy śmiechem a ledwo tłumioną rozpaczą. Coś skrobało go od środka, błagając, by pozwolił temu czemuś wyjść. Ale Jakub za bardzo się bał, bo był przekonany, że to coś, co szarpało teraz jego wnętrznościami, gdyby tylko dostało szansę, przylgnęłoby do Oliwiera i Kuba nigdy nie wyszedłby już z tego pokoju. A on miał teraz nowe życie, historię, którą musiał napisać sam, a nie ktoś inny.
- Dla nas? Jakich nas? Nie ma już żadnych... nas.
Szeptał, ale nie miało to znaczenia. To było jak dzwon uderzający raz po raz w jego serce, czekający, aż się rozsypie. Chociaż ono dawno leżało rozbite. Wyobrażał sobie wielki worek pełen odłamków tego, co kiedyś było sercem. To wystarczyło, aby egzystować, ale nie był pewny, czy wystarczało, by żyć.
- Przecież to nie może się tak skończyć.
Tak? - zadumał się Jakub. Ale wiedział, że to jest rzeczywistość, reszta to tylko marzenia, mrzonki, "co, jeśli?". On nie mógł trwać, opierając się na cobybyłogdybaniu.
- To już się skończyło - zaznaczył i to coś, co jeszcze przed chwilą tylko drapało go od środka, wrzasnęło i zaczęło uderzać z taką siłą, że obawiał się, że to koniec. Może jeszcze chwila i się rozpadnę - przebiegło mu przez myśl.
Zagubiony we własnej głowie, nie spodziewał się siły, która pochwyciła jego ciało. I zanim się zorientował, stał przyciśnięty do ściany. To wydarzyło się między jednym a drugim oddechem, między jednym a drugim uderzeniem spękanego serca.
- Spójrz na mnie, kiedy to mówisz - błagał Oliwier.
Jakub odwrócił wzrok. Chciał zniknąć, a jednocześnie pragnął trwać zawieszony w tej chwili, kiedy byli tak blisko. Oliwier zrobił krok naprzód, tak że dzieliła ich tylko bariera zbudowana przez serce Jakuba, która tak łatwo kruszyła się pod naporem Oliwiera. Zupełnie jakby była zrobiona z papieru. Czuł oddech na policzku. I czuł coś jeszcze. Bezwiednie poruszył nogą i z drugich ust wydostało się ciche jęknięcie. Tak bardzo go chciał, pragnął paść na kolana i udawać, że nic złego się nie wydarzyło. Zatrzymać bieg czasu. Ukraść ten moment dla siebie. Dla nich. Bo na dnie świadomości wiedział, że to tylko moment. Ten moment.
Nie pozwól mi tu stać, nie pozwól mi, bo nigdy stąd nie odejdę - modlił się, nie bardzo wiedząc do kogo, bo od dawna czuł, że tych modlitw nikt nie słucha. Trafiają gdzieś w próżnię, na to cmentarzysko niespełnionych marzeń, obietnic i słów bez pokrycia.
Dłonie Oliwiera sięgnęły jego bioder, ciała przywarły do siebie, zupełnie jakby ta mała przestrzeń, która do tej pory istniała między nimi, nie większa niż kciuk, i tak była za duża.
- Spójrz na mnie, Kuba...
Muszę iść. Nie, nie chcę iść. Ale muszę. Chcę zostać. Nie możesz. Idź. Ratuj siebie. Ratuj jego. Kłócił się sam ze sobą czy raczej z tym czymś, co wrzeszczało na niego od dnia, w którym wyszedł z ich wspólnego mieszkania, po tym, jak cały świat zajrzał do jego życia. Do tej jednej chwili, której nie pamiętał, ale która wyznaczyła całą przyszłość.
Drzwi były tak blisko. Czuł klamkę pod palcami, kilka centymetrów od miejsca, w którym stały ich splecione ciała. I wtedy doszło go:
- Pocałuj mnie, Kuba...
Pewnie się przesłyszał. Tak, to musiało być to. Ale wtedy w przestrzeni wypełnionej ich rwanym oddechem pojawiło się:
- Pocałuj mnie, Kuba... Proszę.
Nabrał powietrza. Słyszał ten racjonalny głos, który kazał mu uciekać, pociągnąć za klamkę i biec, nie patrząc na to, co za plecami. Ten głos nie miał jednak szans z sercem Jakuba. Jedyne, o czym marzył, to zbliżyć wargi do tych drugich warg. Język, ciche westchnienie połknięte przez splecione usta. I ten coraz cichszy głos, ukryty pod pożądaniem. Jeden pocałunek, potem kolejny. Przecież to znał. Tak mogło teraz być. To było jak droga do domu. Jak jazda na rowerze. Jak ulubiony smak z dzieciństwa. Jak zapach świeżego chleba i koszonej trawy, jak pierwsze uderzenie deszczu o ziemię po wielu dniach suszy.
Nagle drzwi się otworzyły, niczym wybawienie, niczym przekleństwo. Jakub się zatrzymał, próbował uspokoić oddech, ciągle kąpiąc się w tym znajomym zapachu i uczuciu.
Mógłbym teraz umrzeć, to mógłbym zrobić, proszę.
Kolejna niewysłuchana modlitwa.
Emilia
Stała w lesie, ale każda droga, jak sięgał wzrok, wyglądała tak samo. Wszędzie tylko ciemna zieleń i chaszcze. Zupełnie jakby utknęła. Gdziekolwiek by się ruszyła, w jakimkolwiek kierunku by poszła, wszędzie widziała to samo. W końcu przycupnęła na polanie pod rozłożystym dębem, który dawał schronienie. Wiatr szeleścił pomiędzy liśćmi, niósł wiele historii, które porwał gdzieś po drodze, o ludziach, których ona nigdy nie pozna. Ale dla wiatru nie było różnicy. On był tylko nośnikiem, pośrednikiem między miejscami.
Usłyszała kroki. Ktoś się zbliżał. Bała się? Nie, chyba nie. Tutaj było inaczej. Jakby tylko... trwała w zawieszeniu "pomiędzy". Nie była pewna, co znajdowało się na dwóch biegunach tego "pomiędzy".
- Czemu tu siedzisz? - zapytał Leo, jakby wcale a wcale nie było dziwne to, że spotykają się w środku tego nieznanego lasu.
- Odpoczywam - odparła, nie chcąc się przyznać, że nie wie, dokąd pójść.
- Tutaj? - dziwił się Leon, rozglądając się niespokojnie.
- Miejsce dobre jak każde inne.
To wydawało się kończyć dyskusję.
- Jesteś prawdziwa? - zapytał Leon, mierząc ją uważnie wzrokiem.
- Ja? A ty?
Leon nachmurzył się i szepnął:
- Nie wiem.
Spojrzała w dół. Miała na sobie dresy i jakiś T-shirt z Myszką Miki. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz go nosiła. Chyba jeszcze w podstawówce. Tak, to musiało być wtedy. Skąd on się wziął?
Spojrzała na Leo. Blady niczym duch, mierzył ją spojrzeniem ciemnych oczu.
- Co tam jest? - Wskazał ręką w kierunku gęstniejącego lasu.
- Las - wypaliła, bo dokładnie to widziała.
- Nie, nie o tym mówię, chodzi mi o światło.
Spojrzała w tym samym co Leo kierunku, ale nic się nie zmieniło.
- Jakie światło?
- No światło - irytował się Leon. - Złote i pomarańczowe, zupełnie jakby chciało, żebym tam poszedł. Jakby mnie wołało.
- Tam nie ma żadnego światła.
Kropelki strachu spłynęły jej po karku.
- Oczywiście, że jest - fuknął lekko urażony. - Chyba zobaczę, co to.
Nie rozumiała tego miejsca, ale wiedziała jedno: nie mogła pozwolić mu odejść.
- Nie możesz tam iść. Po prostu usiądź tu ze mną. - Klepnęła miejsce obok, a mech ugiął się pod jej palcami. Był tak miękki, jakby nigdy wcześniej nikt tutaj nie chodził. I kiedy to pomyślała, z jakiegoś powodu uznała, że taka właśnie jest prawda. Oni byli pierwsi.
Leon wyraźnie się wahał, ale w końcu usiadł po jej prawej stronie.
- Jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz - szeptał wiatr nad jej głową.
- Co on mówi? - zapytała, nadstawiając ucha.
- Kto mówi? - Tym razem zdziwił się Leon.
- No ktoś mówi, że jeszcze nie dziś - irytowała się, tak jak Leon przed chwilą.
- Nic nie słyszę, Emi...
Spojrzała do góry. Kropla zawisła na krawędzi liścia, a potem zaczęła spadać. Emi śledziła jej ruch, dopóki nie uderzyła jej w czoło. Odruchowo zamknęła powieki. Ale zanim na powrót otworzyła oczy, poczuła na sobie kolejną kroplę, a potem następną i nim się obejrzała, zaczęła tonąć.
- Jeszcze nie dziś, Emi. Jeszcze nie dziś.
- Skąd znasz moje imię? - sapnęła. - Nie, to niemożliwe, to tylko krople, to tylko...
Ale więcej słów nie zdołało wydostać się z jej gardła. Zaczęła się szamotać.
- Jeszcze nie dziś. Musisz wrócić, Emi. Otwórz oczy!
- Przecież nie śpię. - Ale głos utknął jej w gardle, bo płuca wypełniała woda, a potem była już tylko nieskończoność pozbawiona światła.
Edward
Miał wrażenie, że korytarze ciągną się w nieskończoność. Wszędzie tylko głosy, plątanina rąk i nóg. Ktoś go pochwycił, spróbował zatrzymać, ale on nie mógł przecież przestać biec. Wydawało mu się, że już tu był, w tym miejscu, że krąży jak w pętli, mijając ciągle te same drzwi, tych samych ludzi.
- Edi, spójrz na mnie. Edi, proszę.
Zatrzymał się w pół kroku. Zamrugał. Szare oczy otulone ciemnymi rzęsami. Dom. Dom. Dom.
- Muszą cię opatrzyć.
Edward nie rozumiał. Przecież to nie on umierał, to nie jego zostawili na tym szarym chodniku, aby wykrwawił się na śmierć. Kiedy ją znalazł, wydawała się taka mała i brudna. Leżała na ziemi niczym szmaciana lalka, którą nikt nie chce się już bawić. Kończyny ułożone nienaturalnie, jakby ktoś sprawdzał, jak daleko da się je wygiąć, zanim zaczną stawiać ostateczny opór, a może zwyczajnie chciał ten opór przezwyciężyć. Ciemna ciecz płynęła strużką, a on pragnął ją zagarnąć i wepchnąć do środka, aby Emi znów była cała. To dziwne, ale kiedy tak klęczał koło jej ciała, zjawiło się jakieś zwierzę. Bo jak inaczej miałby wytłumaczyć ten dźwięk? Niczym ryk zranionego zwierzęcia. Wydawało mu się, że odgłos ten rozerwał niebo. Rozpadło się na pół i z tej szczeliny zaczęło lać się strumieniami. Kiedy był mały, tata mówił, że kiedy pada, to niebo płacze, może nawet i sam Bóg. Edward nie potrzebował teraz jego łez, tylko żeby tutaj przyszedł i ją naprawił. By na powrót była całością.
Spojrzał w bok, ale obok nie siedziało zwierzę, tylko mały chłopiec, który w strugach deszczu tracił kontury. Edi obserwował, jak ciałem przyjaciela raz po raz wstrząsa szloch i niebo znów pęka, i gdyby nie te ręce, które trzymały Jakuba, Edward był przekonany, że chłopak położyłby się obok Emi, aby odejść razem z nią. Żeby, gdziekolwiek pójdzie, nie poszła tam sama.
***
- Jak ona się czuje? - zapytał Filip kilkadziesiąt minut później.
- A jak ma się czuć? Operują ją... ona...
Edward nie potrafił łączyć myśli. Tego było za dużo. Ten dzień wydawał się nie mieć końca, jakby uznał, że musi wykorzystać cały dramat w ciągu jednej doby. Serce Edwarda wydawało się kruszyć z każdą mijającą godziną.
- Nic nie wiemy. Lekarze nic nam nie mówią, bo nie jesteśmy rodziną - wyjaśnił, szukając w sobie chociaż namiastki spokoju.
- A kim, kurwa, jesteśmy? Niektóre rodziny nie kochają się tak jak my - wysyczał Oliwier, unikając patrzenia na Jakuba, którego ciało na tę uwagę po prostu zesztywniało.
- W takim razie jesteśmy chujową rodziną - oznajmił nagle Jakub. Mówił tak cicho, że Edi był przekonany, że nie chciał, by inni go słyszeli. A może tamten był pewny, że to dzieje się tylko w jego głowie.
- Kuba, przecież to... - zaczął Edi, ale nie skończył, bo nie był pewien, co chciał powiedzieć. On też czuł się winny, że zostawił ją samą. A jeśliby umarła, odeszłaby sama... tak jak Mikołaj, i wtedy żaden z nich by sobie tego nie wybaczył. Nie był pewny, czy zostałaby w nim jeszcze jakaś część duszy, która pozbierałaby się, gdyby jej zabrakło. Nie myśl o tym, nie myśl - karcił się raz za razem.
- To nie co? - syknął Kuba, czytając w głowie Edwarda. - Nie moja wina? Ja pierdolę! Oczywiście, że moja. Przestań mi mówić, co jest, a co nie jest moją winą! - wrzasnął i kilka osób odwróciło głowy w ich kierunku. - To ja powinienem tam leżeć, nie ona. Tylko ja. Od początku to powinienem być ja. Wtedy to by się nie wydarzyło, to wszystko by się nie wydarzyło.
Jakub wstał i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, zniknął za zakrętem. Widział, że Oliwier chce za nim pobiec, bo usłyszał:
- Nie zatrzymasz mnie, Edi.
Na jasne wargi, na których w kilku miejscach widniały pieprzyki, wypłynął blady uśmiech.
- Nie mam zamiaru, Oli. Po prostu przygotuj się na to, że będzie walczył.
- Mam zostać?
- Nie, on zawsze będzie cię chciał, ale nie sądzę, że teraz to do siebie dopuści.
Oliwier przyglądał mu się jeszcze kilka sekund, a potem przytaknął i ruszył za Jakubem. Edward odprowadzał go wzrokiem. Patrzył w głąb korytarza, pomimo że przyjaciel dawno zniknął z pola widzenia.
Jakub
Słyszał kroki za sobą, ale nie był w stanie spojrzeć w zielone oczy. Trzeba było zostać tam, gdzie jesteś - przemknęło mu przez myśl, ale jakaś jego część chciała zamknąć się w ramionach Oliwiera i nigdy stamtąd nie wychodzić. I nagle znalazł się w korytarzu bez wyjścia. Drzwi były zamknięte jakimś elektronicznym zamkiem wymagającym kodu. Była tylko jedna droga. Z powrotem. Pomimo że znał rezultat, i tak szarpnął klamkę, ale drzwi nawet nie drgnęły.
Długie palce pojawiły się na jego dłoni, która nie mogła przestać szarpać klamki. Wiedział, że to głupie, powtarzać to samo działanie, oczekując zmiany efektu, ale tylko to teraz potrafił. Tylko to mógł. Nie było tutaj nic, co mógłby zrobić.
- Zostaw, nie możesz tam wejść - usłyszał przy prawym uchu. Czuł ten znajomy zapach, a głos w głowie krzyczał: Dom. Dom. Dom!
- To powinienem być ja, tylko ja...
Gdyby świat pozwolił, zamieniłby się z Emi bez wahania.
Oliwier nie odsunął się. Był jeszcze bliżej. Jego ciało przywarło do ciała Jakuba.
- Nie mów tak. Emi by tego nie chciała.
- Tego też, kurwa, na pewno nie chciała - syknął ostrzej, niż chciał, a potem dodał łagodniejszym tonem: - To moja wina.
- Nie, Kuba. Nie twoja. - Widocznie Oliwier wyczuł, że chce się z nim kłócić, bo dodał pojednawczo: - Jeśli już, to nasza. Każdy z nas położyłby się za nią na tym łóżku.
- Powinniśmy wiedzieć, że tak się to skończy. Powinniśmy ją ochronić. Ja powinienem być przy niej.
- Kuba, spójrz na mnie.
Ale Jakub jedynie pokręcił głową. Kilka godzin wcześniej spojrzał w te zielone oczy i wiedział już, czym to grozi.
- Może gdybyśmy zostali w szopie, gdybyśmy... Może powinienem zniknąć, wtedy on by żył, a ona... wszyscy byliby szczęśliwi.
- Nie możesz tak mówić. Szczęśliwi? Ja bez ciebie... - szepnął Oliwier i Jakub chciał coś powiedzieć, czuł, że powinien, ale nie mógł, bo w środku jedynie tonął.
Edward
- Wiem, że jesteś zdenerwowany. - Głos Filipa sprowadził go na ziemię.
- To jest niedomówienie - wymamrotał przez zaciśnięte zęby. - Kuba ma rację.
Filip zmrużył oczy.
- Uważasz, że to Tomiego wina? - zapytał menedżer z niedowierzaniem.
Edi pokręcił głową. Jego ciało się poddało. Adrenalina odpłynęła, została jedynie rezygnacja.
- Nie, oczywiście, że nie. Po prostu to my powinniśmy tam leżeć, nie ona.
Łzy zaczęły mu ściekać po policzkach.
- Przepraszam, Edi - sapnął Filip, siadając obok. Edward zdziwił się, że nie wybrał krzesła, aby nie zniszczyć swojego garnituru, tylko wsunął się obok niego pod ścianę. Edi widział, że się wahał, ale w końcu wyciągnął ramię, tak że Edi mógł się pod nim schować. Położył głowę na piersi menedżera. Było to dziwne, ale on też potrzebował się schować. Żeby ktoś powiedział mu, że będzie dobrze.
- Za co?
- Za wszystko.
Edward się zaśmiał.
- Dzięki, wiem, że na swój sposób chciałeś dobrze.
- Może jakbym bardziej o was walczył... to wszystko by się teraz nie posypało.
Edward pragnął dowiedzieć się więcej, ale teraz nie było na to czasu. Najpierw usłyszał klekot szpilek po lastryko. Kilka sekund później zjawiła się Joanna, jak zwykle z dwoma telefonami, które nie przestawały dzwonić. Zaczęła wykonywać jakieś gesty w ich kierunku, zupełnie jakby chciała ich powstrzymać przed podbiegnięciem do niej, ale żaden z nich nie reagował.
- Musimy wydać oświadczenie, to...
Ale Filip wszedł jej w zdanie, co zdarzyło się po raz pierwszy, odkąd się znali.
- Przestań. Cokolwiek robisz. Przestań.
Joanna straciła rezon tylko na kilka sekund.
- Widziałeś te hieny? Już tłoczą się pod szpitalem. Najpierw Tomi, teraz to. Przecież to jakiś koszmar.
Edi był gotowy rzucić się na Joannę. Nawet nie sądził, że okaże się zdolny do takich uczuć. Stała tam jakby nigdy nic, jakby nie zniszczyła im wszystkim życia. Filip widocznie wyczuł intencje Edwarda, bo wypalił:
- Koszmar? Emi właśnie walczy o życie, a dla ciebie koszmar to kilku paparazzi? I tak w mediach napiszą, co zechcą. Nie zatrzymasz tego. Nawet ty nie masz takiej mocy.
I Edi usłyszał w uchu: "Nie teraz". Skąd Filip wiedział? A potem przypomniała mu się twarz menedżera z konferencji, która wydarzyła się chyba w innym życiu, a nie kilka godzin temu, i wtedy pojął, że jego spokój nie wynikał z maskowania prawdziwych emocji, ale z tego, że wiedział. Wiedział, co Kuba chce zrobić, i mu na to pozwolił, czyli wiedział więcej. Może wszystko.
- Nie będziemy nic tuszować, bo nie ma czego tuszować. To nie wina Emi, że tutaj leży, tylko tego chorego świata, który obwinia ją za coś, na co nie miała wpływu. To nie wina Emi, że Leo jest tam, gdzie jest.
- Dobrze wiesz, że jak to gówno się rozniesie, to stracimy kontrolę, to będzie koniec - zaznaczyła.
- A teraz, twoim zdaniem, co to jest? - Edi machnął ręką w kierunku sali operacyjnej. - Początek?
Joanna spojrzała na Edwarda, zupełnie jakby dopiero zdała sobie sprawę jego z obecności. Widocznie był dla niej jak wystrój wnętrza.
- Edi, po tych dwóch latach nie muszę ci tłumaczyć, że pewne rzeczy są konieczne, abyście mogli być tam, gdzie jesteście, żebyście mogli dostać to, na co zasługujecie. Bez tego "tuszowania" - zrobiła znak cudzysłowu, zanim dodała: - nie bylibyście tutaj i nie dostalibyście tego, o czym zawsze marzyliście.
- Marzyliśmy? O Emi walczącej o życie? O Kubie, który rzucił zespół?
Te ostatnie słowa ledwo przeszły mu przez gardło. Nie, to nie mogła być prawda. To musiał być jakiś koszmar.
- Wiesz dobrze, o co mi chodzi, Edi. Nie wkładaj mi w usta słów, których nie powiedziałam. Też się martwię o Emi, ale ta sytuacja jest... przejściowa, a to, co z tego wyniknie, może być permanentne. To jest walka o wasze życie, wasze marzenie. Robienie muzyki, którą ktoś pokocha. Nie powiesz mi przecież, że chciałeś całe życie być... - Nie skończyła, ale i tak słowa "zwykły", "przeciętny" same pojawiły się w umyśle Edwarda.
- Nikim? - Ale to nie z ust Ediego wypadło to słowo. Całe ociekało jadem. - A ty czego tutaj chcesz? - wypalił Jakub, który wyglądał jak pozostałości człowieka, którym był.
Jakub znalazł się przy Joannie w kilku krokach. Ta wyglądała na przerażoną, zrobiła krok w tył, potem kolejny. Ale nie było gdzie uciec, gdzie się schować. I nikt nie próbował jej pomóc. Może nie potrafili jej niczego udowodnić, ale Edi uwierzył Magdzie bez mrugnięcia okiem.
Oliwier szeptał Jakubowi coś do ucha. Edi słyszał tylko kilka wyrwanych z kontekstu słów. Nie chcesz tego... nie...
- Nigdy nie chciałam, aby tak to się skończyło. Musisz mi uwierzyć, Tomi.
Jakub przekrzywił głowę. Może czegoś szukał, może coś ważył. Wyglądał przy tym jak ktoś, kto nie ma już nic do stracenia.
- Jeśli chodzi o ciebie, Joanna - jej imię praktycznie wysyczał - to ja nic nie muszę. Już nie.
A potem usiadł przy przeciwległej ścianie i utkwił wzrok w drzwiach. Nie zmienił tej pozycji przez kilka następnych godzin.
Joanna zadrżała, a potem przeniosła wzrok na Oliwiera. Zupełnie jakby oczekiwała od niego jakiejś reakcji, a ten odwrócił twarz. Ale zanim to się stało, Edward zdążył dostrzec coś w obliczu przyjaciela, coś jak... strach.