Zawieszeni - Łukasz Maziewski, Kafir

Kup ebooka

35.50 zł
29.47 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log. Selek­cja

Pro­log

Selek­cja

War­szawa, 20 listo­pada 1997

Było paskudne listo­pa­dowe popo­łu­dnie. Koman­dor Sobo­lew­ski miał za sobą kolejny ciężki dzień. Zmiana rządu zawsze ozna­czała zamie­sza­nie w służ­bach, na któ­rych funk­cjo­no­wa­nie każda ekipa miała wła­sny pomysł, co jeden, to gor­szy. I choć część z tych pomy­słów udało mu się spa­cy­fi­ko­wać, miał jed­nak pew­ność, że to jesz­cze nie koniec.

Z nie­we­so­łych roz­my­ślań wyrwało go dono­śne puka­nie do drzwi. Na krótką komendę "wejść!" poja­wił się w nich major Andrzej Pech, nio­sąc pod pachą nie­wielką szarą teczkę, aż za dobrze znaną z wyglądu każ­demu ofi­ce­rowi WSI. Sobo­lew­ski był bar­dzo cie­kaw jej zawar­to­ści.

- Czo­łem, koman­do­rze! To doku­menty, o które pan pro­sił - powie­dział major, wcho­dząc do jasnej i prze­stron­nej kan­ce­la­rii swo­jego prze­ło­żo­nego w Cen­trali Woj­sko­wych Służb Infor­ma­cyj­nych w War­sza­wie.

- Witam, panie majo­rze, pro­szę spo­cząć. Kawy? Her­baty? - Sobo­lew­ski uśmiech­nął się i wska­zał dło­nią krze­sło przed biur­kiem. - Co tam sły­chać w Legio­no­wie? - zapy­tał, odbie­ra­jąc teczkę z rąk majora.

- Wszystko w porządku. Za kawę dzię­kuję, panie koman­do­rze. Jestem już po dwóch, więc wystar­czy. Tak jak pan pro­sił, spraw­dze­nie zro­bi­łem z pomi­nię­ciem pod­puł­kow­nika Biedy.

- No i jak tam nasz kan­dy­dat? - spy­tał Sobo­lew­ski, nie reagu­jąc na nie­ty­powe zda­nie o pomi­nię­ciu szefa Wydziału WSI w Legio­no­wie. W końcu sam dał takie pole­ce­nie, więc nie drą­żył tematu.

- Wszystko jest w teczce. Doko­na­łem spraw­dzeń w kar­to­te­kach, rów­nież tych powszech­nie nie­do­stęp­nych. Wymie­niony nie prze­wi­jał się w żad­nej, można więc wnio­sko­wać, że nie był obiek­tem zain­te­re­so­wa­nia naszych służb spe­cjal­nych. W ramach stan­dar­do­wej pro­ce­dury spraw­dzi­łem dro­bia­zgowo rodzinę i naj­bliż­sze oto­cze­nie, włącz­nie z ich nawy­kami. Nie uzy­ska­łem infor­ma­cji, by ktoś z rodziny kan­dy­data miał pro­blemy z pra­wem bądź używ­kami. Wszy­scy są czy­ści - rela­cjo­no­wał dość sztywno Pech.

Sobo­lew­ski kart­ko­wał teczkę, co chwilę zer­ka­jąc na ofi­cera sie­dzą­cego przed nim.

- No dobra, widzę, że leży wam coś na wątro­bie. Mów­cie, majo­rze, bez owi­ja­nia w bawełnę - prze­rwał suche spra­woz­da­nie, kła­dąc doku­menty na biurku.

Major Pech nabrał powie­trza, wziął do rąk teczkę i otwo­rzył ją na jed­nej ze stron.

- Przez ostatni kwar­tał kan­dy­dat był pod­dany doraź­nej obser­wa­cji. Wszystko szło dobrze, bo jego zacho­wa­nie było bez zarzutu, ale jakiś mie­siąc temu stało się coś bar­dzo zasta­na­wia­ją­cego - mówiąc to, obró­cił teczkę w stronę koman­dora i poka­zał mu jedno ze zdjęć. Na foto­gra­fii widać było roz­ma­wia­jącą z kan­dy­datem nie­wy­soką bru­netkę. Lekko drgnęła mu brew. Kobietę znał aż za dobrze.

Pech zro­zu­miał, że koman­dor wie, kto znaj­duje się na foto­gra­fii. Połowę wyja­śnień miał z głowy. Posta­no­wił zatem kon­ty­nu­ować, bez owi­ja­nia w bawełnę.

- W mojej oce­nie spo­tka­nie to świad­czy o tym, że nasz kan­dy­dat powi­nien stać się raczej figu­ran­tem i trzeba się zasta­no­wić, czy nie powin­ni­śmy go zacząć roz­pra­co­wy­wać, bo ten ofi­cer powi­nien był zgło­sić kon­takt z agen­tem obcej służby, a nie zro­bił tego - powie­dział zimno.

- Spo­koj­nie, panie majo­rze. Że jest to agentka obcej służby, wiemy jak na razie pan, ja i może jesz­cze kilka osób w tym budynku. A kan­dy­dat nie ma zie­lo­nego poję­cia, kim tak naprawdę jest ta kobieta. Zna ją jako sze­re­gową pra­cow­nicę amba­sady obcego pań­stwa. Obaj też wiemy, w jakich oko­licz­no­ściach ją poznał. Zga­dza się, Andrzeju? - spy­tał spo­koj­nie Sobo­lew­ski.

- Tak - odpo­wie­dział już łagod­niej ofi­cer.

Koman­dor kon­ty­nu­ował.

- Mnie jed­nak inte­re­suje, jak do przy­pad­ko­wego spo­tka­nia doszło. Bo w przy­padki to ja aku­rat nie wie­rzę...

Zamilkł, przy­pa­tru­jąc się chwilę foto­gra­fii. Pró­bo­wał zna­leźć na niej jakieś szcze­góły, które powie­dzia­łyby coś wię­cej o cha­rak­te­rze tej roz­mowy.

- Gdzie i w jakich oko­licz­no­ściach zro­biono to zdję­cie? - spy­tał po chwili. - I czy było to jed­no­ra­zowe spo­tka­nie?

- Kan­dy­dat przy­je­chał do War­szawy, do kolegi z cza­sów szkoły ofi­cer­skiej. Do spo­tka­nia doszło w nie­wiel­kiej restau­ra­cji obok hotelu MdM. Oby­dwaj mieli napić się alko­holu i wspól­nie spę­dzić wie­czór. Nie­ocze­ki­wa­nie jed­nak kolega kan­dy­data wymó­wił się nie­spo­dzie­wa­nym wezwa­niem do pracy. Naj­cie­kaw­sze jest jed­nak to, że po wyj­ściu z lokalu kan­dy­dat pra­wie wpadł na tę kobietę, która w odczu­ciu naszych ludzi z obser­wa­cji zacho­wy­wała się, jakby na kogoś w tym miej­scu cze­kała. Oby­dwoje, po krót­kiej roz­mo­wie, weszli do restau­ra­cji, którą wcze­śniej opu­ścił kan­dy­dat. Z naszych usta­leń wynika też, że spo­tka­nie miało cha­rak­ter intymny, ale jed­no­ra­zowy.

Ten bar­dzo służ­bowy wywód znu­dził już nieco Sobo­lew­skiego. Na­dal nie wie­dział jed­nej waż­nej rze­czy.

- Co to za kolega? - zapy­tał, a po tonie jego głosu można było poznać, że chwy­cił jakiś nie­wi­dzialny trop.

Major Pech chciał się wyka­zać przed koman­do­rem, więc wcze­śniej spraw­dził i ten wątek. Szybko prze­szedł do dal­szej czę­ści spra­woz­da­nia.

- Porucz­nik Zyg­munt Bana­szak, absol­went Wyż­szej Szkoły Ofi­cer­skiej Wojsk Zme­cha­ni­zo­wa­nych we Wro­cła­wiu. Jego pierw­szym przy­dzia­łem służ­bo­wym było sta­no­wi­sko dowódcy kom­pa­nii roz­po­znaw­czej w Żaga­niu. Bana­szak jest też absol­wentem ame­ry­kań­skiego kursu Ran­ger...

- Zdaje pan sobie sprawę, że Bana­szak, zanim pole­ciał do Sta­nów na kurs, prze­szedł dro­bia­zgowe spraw­dze­nie w amba­sa­dzie USA i musiał zdać egza­min z języka angiel­skiego? - prze­rwał majo­rowi Sobo­lew­ski.

- Tak, panie koman­do­rze.

- Majo­rze Pech, tu fak­tycz­nie chyba trzeba wsz­cząć pro­ce­durę, ale nie wobec porucz­nika Sztylca, a jego kolegi. Z tego, co pan mówi, wyraź­nie widać, że Bana­szak usta­wił to spo­tka­nie. Ale zanim zaczniemy roz­pra­co­wy­wa­nie Bana­szaka, skoń­czymy tę sprawę. Co z porucz­ni­kiem Rado­sła­wem Sztyl­cem? Zna­leź­li­ście jesz­cze coś oprócz tego spo­tka­nia w War­sza­wie?

- Nic, panie koman­do­rze. Jak dla mnie prze­szedł pierw­sze sito.

- Więc teraz czas na drugi etap selek­cji. - Głos Sobo­lew­skiego znów przy­po­mniał syk kobry prę­żą­cej się do skoku. Pech mimo­wol­nie zadrżał. Dopiero dwie sekundy póź­niej odpo­wie­dział.

- Roz­kaz, koman­do­rze.

***

Sie­dlce, 26 listo­pada 1997

- Panie Radku, panie Radku! - Woła­nie dozor­czyni zasko­czyło Sztylca, który nie­mi­ło­sier­nie zmę­czony wra­cał z kolej­nych trzy­dnio­wych ćwi­czeń dzienno-noc­nych do swo­jego nie­wiel­kiego miesz­ka­nia w Sie­dl­cach.

- Dzień dobry, pani Ireno! Stało się coś?

Radża sta­nął nie­mal w posta­wie zasad­ni­czej przed star­szą kor­pu­lentną kobietą, która wie­działa wszystko o wszyst­kich, a swoją ener­gią mogła obdzie­lić jego pod­ko­mend­nych z bata­lionu roz­po­znaw­czego. Od dzie­ciń­stwa i cza­sów, kiedy dozor­czyni w jego rodzin­nym domu mio­tłą wybiła mu z głowy pomy­sły pisa­nia węglem po ele­wa­cji, odczu­wał przed nimi lekki strach.

- Niech pan wresz­cie opróżni skrzynkę, bo listo­nosz mi się ostat­nio żalił, że nie ma już gdzie upy­chać kore­spon­den­cji. I przy­po­mi­nam, że poju­trze będą gazow­nicy. Jak pan ich znowu nie wpu­ści, to dosta­nie pan sporą karę.

Radek zaklął w myślach. Takimi rze­czami zaj­mo­wała się kie­dyś jego żona. I choć ze wszyst­kich sił sta­rał się zapo­mnieć o tym, że za nią tęskni, powroty do domu zawsze wywo­ły­wały skurcz w sercu.

- Tak jest - opo­wie­dział odru­chowo, bo nic sen­sow­niej­szego nie przy­szło mu do głowy.

Pani Irena popa­trzyła na mło­dego porucz­nika ciem­nymi oczami i poki­wała wyro­zu­miale głową. Dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że Radek zobo­jęt­niał na wiele rze­czy po wypadku żony.

- A jak się już pan upo­rząd­kuje, to zapra­szam po cia­sto. Wyro­sło jak sza­lone, a pan jakiś taki mizerny ostat­nio...

Sztylc podzię­ko­wał wylew­nie i otwo­rzył skrzynkę. Po wej­ściu do miesz­ka­nia wyjęty z niej stos maku­la­tury cisnął na stół w kuchni. Naj­pierw musiał się ogar­nąć. Z dużą ulgą ścią­gnął mocno już wysłu­żone woj­skowe buciory, cokol­wiek brudny mun­dur polowy, nieco prze­po­coną bie­li­znę i z lubo­ścią wszedł pod prysz­nic. Przez dłuż­szą chwilę stał pod stru­mie­niem cie­płej wody i czuł, jak scho­dzi z niego zmę­cze­nie. Dopiero po kil­ku­na­stu minu­tach, owi­nięty jedy­nie w ręcz­nik, ruszył do kuchni zapa­rzyć sobie her­baty i przej­rzeć stan stra­te­gicz­nych zapa­sów. Na dnie szafki zna­lazł dwa zapo­mniane opa­ko­wa­nia nudli z sosem sero­wym. Skrzy­wił się nieco, ale było to jedyne, co nada­wało się do jedze­nia. Kiedy usiadł do stołu z miską paru­ją­cych pseu­do­klu­sek, odru­chowo zaczął prze­glą­dać papiery. Domi­no­wały ulotki wybor­cze, co tylko poka­zy­wało, jak dawno nie opróż­niał skrzynki. I kiedy już miał całość wyrzu­cić do kosza, zauwa­żył awizo z ter­mi­nem odbioru do dziś. Zer­k­nął na kuchenny zegar, który o dziwo na­dal dzia­łał. Wska­zówki poka­zy­wały dzie­więt­na­stą czter­dzie­ści pięć. Jed­nym sło­wem miał kwa­drans do zamknię­cia poczty. Zaklął zatem szpet­nie, wsko­czył w dres i ruszył do nie­wiel­kiego urzędu, który znaj­do­wał się na jego osie­dlu.

Na szczę­ście zdą­żył. Mocno nadą­sana pra­cow­nica wydała mu list pole­cony z pie­czątką Mini­ster­stwa Obrony.

Nieco trzę­są­cymi się rękami Sztylc roze­rwał kopertę tuż po wyj­ściu z pla­cówki ze złotą trąbką w logo. W środku znaj­do­wało się lako­niczne pismo z monow­skich kadr o skie­ro­wa­niu go na szko­le­nie. W doku­men­cie było napi­sane, że 27 listo­pada 1997 roku o godzi­nie osiem­na­stej ma się zgło­sić na plac przed Mini­ster­stwem Obrony Naro­do­wej przy alei Nie­pod­le­gło­ści 218. Co cie­kawe, zazna­czono tam wyraź­nie, żeby się sta­wić w stroju cywil­nym.

Radek był mocno zdzi­wiony, bo takie wia­do­mo­ści zazwy­czaj odbie­rał w kadrach macie­rzy­stej jed­nostki woj­sko­wej. A już dwie ostat­nie infor­ma­cje o ubio­rze i godzi­nie sta­wien­nic­twa cał­ko­wi­cie go zasko­czyły. Spoj­rzał jesz­cze, kto pod­pi­sał się pod pismem.

Na dole wid­niała bez­i­mienna pie­czątka Działu Kadr MON. Za cho­lerę nie wie­dział, o jakie szko­le­nie cho­dzi, ale gdzieś w gło­wie nie­spo­dzie­wa­nie poja­wił się koman­dor i jakiś szó­sty zmysł podpowie­dział mu, że to może być jego sprawka. - Kurwa! - zaklął pod nosem na wspo­mnie­nie szpa­ko­wa­tego ofi­cera o wyglą­dzie kobry, któ­rego poznał rok wcze­śniej w Orzy­szu. Ale że w woj­sku z roz­ka­zami się nie dys­ku­tuje, wie­dział już, gdzie będzie 27 listo­pada o osiem­na­stej.

Czasu było nie­wiele, bo data sta­wien­nic­twa wypa­dała następ­nego dnia.

U ofi­cera dyżur­nego jed­nostki Sztylc musiał ogar­nąć zastęp­stwo na wypa­da­jącą mu tego dnia służbę. To szko­le­nie cał­ko­wi­cie roz­wa­lało mu plany. W dodatku nadawca nie raczył napi­sać, ile ma trwać ten cyrk. Sztylc zamie­rzał to wyja­śnić od razu w pierw­szym dniu kursu.

- Pier­do­lone kadry - znów mruk­nął ofi­cer do sie­bie, kie­ru­jąc się do swo­jej jed­nostki.

Po powro­cie zaj­rzał jesz­cze do dozor­czyni i zosta­wił jej kom­plet klu­czy. Pamię­tał o gazow­ni­kach, a nie uśmie­chało mu się pła­ce­nie kary.

Następ­nego dnia o wpół do czwar­tej Radek zajął miej­sce w pociągu rela­cji Sie­dlce-War­szawa, a za kwa­drans szó­sta był już na miej­scu zbiórki. Tro­chę się zdzi­wił i zanie­po­koił, bo na placu przed mini­ster­stwem było pusto. Na dwo­rze już ściem­niało, tem­pe­ra­tura oscy­lo­wała w oko­li­cach zera, a na doda­tek roz­pa­dał się deszcz ze śnie­giem. Młody ofi­cer już zaczął podej­rze­wać, że w piśmie był jakiś błąd, gdy równo o godzi­nie osiem­na­stej gra­na­towy opel omega pod­je­chał na plac i zatrzy­mał się kilka metrów od Radka. Z samo­chodu wysiadł męż­czy­zna w czar­nym gar­ni­tu­rze i pod­szedł do Sztylca.

- Porucz­nik Rado­sław Sztylc na szko­le­nie? - spy­tał nie­zna­jomy, nie siląc się na przy­wi­ta­nie.

- Mel­duję się - odpo­wie­dział mimo­wol­nie służ­bowo Radek. Tro­chę to było głu­pie, bo oby­dwaj byli po cywil­nemu, a on nawet nie znał gościa, któ­remu się zamel­do­wał.

Nie­zna­jomy lekko się uśmiech­nął. Miał około czter­dzie­stu lat, był cał­ko­wi­cie łysy, szczu­pły i wyż­szy od Radka o głowę.

- Kapi­tan Jarek. Woj­skowe Służby Infor­ma­cyjne - przed­sta­wił się w końcu, macha­jąc legi­ty­ma­cją przed oczami Sztylca. Mimo że Radża domy­ślał się, kto tak naprawdę stał za pismem z kadr MON, teraz przy­glą­dał się kapi­ta­nowi z otwar­tymi ustami i cał­ko­witą pustką w gło­wie.

- Wsia­daj­cie do samo­chodu. Mamy mało czasu, a w chuj rze­czy do zro­bie­nia - zako­men­de­ro­wał ofi­cer WSI.

Przez chwilę Radża zasta­na­wiał się, czy dobrze robi, ale pod­świa­do­mie wie­dział, że nie ma wyj­ścia. Prze­cież jesz­cze w Orzy­szu Sobo­lew­ski powie­dział mu, że kie­dyś się spo­tkają. Nieco zre­zy­gno­wany wyko­nał zatem roz­kaz.

Po około dwu­dzie­stu minu­tach podróży Łysol, jak w myślach prze­zwał go Sztylc, zapar­ko­wał przed hote­lem Mazo­wiec­kim.

- Idziemy! - powie­dział kapi­tan Jarek, bio­rąc do ręki dużą czarną torbę, która do tej pory leżała na tyl­nym sie­dze­niu. Sztylc ruszył za ofi­ce­rem, tasz­cząc swój nie­wielki ple­cak i zasta­na­wia­jąc się, czy Jarek to imię kapi­tana czy nazwi­sko.

W hotelu oka­zało się, że pokój już na nich czeka. Po zała­twie­niu nie­zbęd­nych for­mal­no­ści zna­leźli się w dość prze­stron­nym, acz­kol­wiek skrom­nie urzą­dzo­nym pomiesz­cze­niu. Stały tam szafa, jedno poje­dyn­cze łóżko, jeden fotel, mały stół i dwa krze­sła. Pokój miał widok na zaciem­nione o tej porze podwó­rze.

Łysy kapi­tan pod­szedł do okna, zasło­nił kotary, a następ­nie rzu­cił trzy­maną torbę na łóżko i wycią­gnął z niej dwa kom­plety gra­na­to­wych dre­sów i adi­dasy. Potem spoj­rzał wymow­nie na Radka i na swój zega­rek.

- No co się gapisz? Prze­bie­raj się! Zostało ci pięć minut! - powie­dział, ewi­dent­nie go pona­gla­jąc.

- A skąd wie­cie, że te dresy będą na mnie paso­wać? - spy­tał tro­chę zaczep­nie Sztylc, bio­rąc jed­nak rze­czy i kie­ru­jąc się do małej łazienki. Na­dal nie bar­dzo wie­dział, o co cho­dzi, ale wspo­mnie­nie gadzich oczu koman­dora sku­tecz­nie wybi­jało mu z głowy chęć zada­wa­nia jakich­kol­wiek pytań.

- Nie bądź głupi, spraw­dzi­li­śmy to w mun­du­rówce - odpo­wie­dział Jarek, nie rusza­jąc się z miej­sca.

- A po co dwa? - nie ustę­po­wał Radek.

- Dowiesz się dzi­siaj. - Ofi­cer WSI uśmiech­nął się iro­nicz­nie. - Teraz przez kilka dni będziesz pod­dany selek­cji do Firmy - dodał, kie­ru­jąc się ku drzwiom.

Jak na komendę ktoś zapu­kał, a Łysy otwo­rzył drzwi.

W tym momen­cie do pokoju wszedł nie­wy­soki, lekko tęgi męż­czy­zna, o regu­la­mi­nowo ścię­tych blond wło­sach. Jego wygląd wska­zy­wał, że może mieć około pięć­dzie­się­ciu lat. Tasz­czył ze sobą dość duże dwie walizki podróżne.

Burk­nął pod nosem nie­wy­raźne dzień dobry, posta­wił bagaże przy stole i zaczął je roz­pa­ko­wy­wać.

Sztylc na­dal stał w drzwiach do łazienki z dre­sem w ręku i był coraz bar­dziej osłu­piały. Blon­dyn zaczął bowiem wydo­by­wać z wali­zek liczne kabelki zakoń­czone nie­wiel­kimi moco­wa­niami, rękaw przy­po­mi­na­jący ten do mie­rze­nia ciśnie­nia i dziwne urzą­dze­nie elek­tro­niczne. Radża miał ochotę się uszczyp­nąć, bo takie coś widy­wał wcze­śniej jedy­nie na ame­ry­kań­skich fil­mach.

Widząc jego zdu­miony wzrok, blon­dyn ode­zwał się pierw­szy.

- Mam na imię Sta­ni­sław i pod­dam cię bada­niu wario­gra­ficz­nemu.

- Sztylc, a ty co, długo się będziesz jesz­cze do tej łazienki uda­wał? Wcią­gaj dres i za minutę masz być z powro­tem - ostrym gło­sem ode­zwał się Łysy.

Radek posłusz­nie zatrza­snął za sobą drzwi. Chciał się szybko prze­brać, ale ręce zaczęły mu się trząść z ner­wów.

"W co ja się wpier­do­li­łem?" - myślał, sza­mo­cząc się z ręka­wem od dre­so­wej bluzy. Na sam koniec przy­trza­snął sobie jesz­cze brodę suwa­kiem. Dwaj ofi­ce­ro­wie WSI wymie­nili nieco roz­ba­wione spoj­rze­nia, kiedy z łazienki usły­szeli grom­kie "kurwa mać". Po chwili drzwi się wresz­cie otwo­rzyły i sta­nął w nich blady jak ściana Rado­sław.

Blon­dyn kazał mu usiąść na spe­cjal­nym krze­śle, które, jak się oka­zało, było w dru­giej walizce. Następ­nie oplótł go kablami, palce dłoni kazał wsu­nąć w czuj­niki, a na jed­nej ręce zamon­to­wał mu ciśnie­nio­mierz. Na sto­liku stało urzą­dze­nie do złu­dze­nia przy­po­mi­na­jące apa­rat EKG, tylko tro­chę więk­sze i pod­łą­czone do sieci prze­wo­dów.

Sztylc pamię­tał, że wario­graf bada ciśnie­nie krwi, puls, czę­sto­tli­wość odde­chu. Przy­po­mniało mu się też, że zało­że­niem jego dzia­ła­nia jest to, iż kłam­stwo nie jest dla czło­wieka sytu­acją obo­jętną, nie­sie ze sobą duży ładu­nek emo­cjo­nalny. Przez chwilę Radża usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć, czy wie­dział to z ame­ry­kań­skich fil­mów czy z jakie­goś cza­so­pi­sma nauko­wego, które kie­dyś pre­nu­me­ro­wała jego nie­ży­jąca żona.

Kiedy lekko otyły blon­dyn spraw­dził oka­blo­wa­nie, doko­nał krót­kiej instruk­cji.

- Pyta­nia są zamknięte. Odpo­wia­dasz "tak" albo "nie". Zro­zu­mia­łeś? - spy­tał.

- Tak - odpo­wie­dział lekko spe­szony Sztylc, patrząc, jak Łysol roz­siada się wygod­nie na fotelu w prze­ciw­le­głym rogu pokoju z jakąś gazetą. Po okładce Radek wnio­sko­wał, że jest to jeden z cie­szą­cych się popu­lar­no­ścią tygo­dni­ków poli­tycz­nych. Cały kraj żył zwy­cię­stwem AWS-u i spe­ku­la­cjami, jak będzie wyglą­dała poli­tyka nowego rządu.

- Imię?

- Rado­sław.

- Nazwi­sko?

- Sztylc...

Przez następne dwie godziny młody porucz­nik odpo­wia­dał na różne pyta­nia z krót­kimi prze­rwami.

Koło dwu­dzie­stej pierw­szej otyły męż­czy­zna wstał z krze­sła i prze­cią­gnął się.

- To wszystko, dzię­kuję - powie­dział, po czym zaczął zdej­mo­wać kable z Radka i pako­wać sprzęt do wali­zek.

Dopiero wtedy kapi­tan Jarek wstał z fotela.

- Dobra, porucz­niku Sztylc. Nie ma co się grze­bać. Masz pięć minut na siu­siu i jedziemy.

- Dokąd?

- Zoba­czysz. Ale weź drugą parę dre­sów - odpo­wie­dział z nutą zło­śli­wo­ści Łysy.

Blon­dyn zabrał swój sprzęt, a na poże­gna­nie ski­nął jedy­nie głową. Po kolej­nych pię­ciu minu­tach Sztylc, w towa­rzy­stwie kapi­tana Jarka, jechał już oplem omegą. Tym razem podróż była jesz­cze krót­sza. Łysy zapar­ko­wał pod Pała­cem Kul­tury.

- Idziemy! I nie zapo­mnij dre­sów! - powie­dział, rusza­jąc przo­dem.

Do pałacu weszli bocz­nym wej­ściem i skie­ro­wali się ku jed­nej z licz­nych kla­tek scho­do­wych. Prze­szli przez drzwi, które pro­wa­dziły do dłu­giego kory­ta­rza. W tym miej­scu Radek poczuł cha­rak­te­ry­styczny dla pły­walni zapach chloru.

Po chwili zna­leźli się przed dość spo­rymi szkla­nymi dwu­skrzy­dło­wymi drzwiami. Łysy zła­pał za klamkę i ener­gicz­nie je otwo­rzył. Sztylc wszedł i sta­nął w potęż­nym pomiesz­cze­niu, które musiało zaj­mo­wać kilka pię­ter Pałacu Kul­tury.

Podej­rze­nia Radka potwier­dziły się. Byli na kry­tym base­nie, jakże innym od tych, które do tej pory widział Sztylc. Pod­łoga była wyło­żona płyt­kami w biało-szarą sza­chow­nicę. Ściany wykoń­czono mar­mu­rami, podob­nie jak ogromne kolumny, które roz­dzie­lały olbrzy­mie okna. Potężny basen z dużą, kil­ku­pię­trową skocz­nią ota­czały nie­wiel­kie try­buny. Jed­nak teraz, oprócz nich, nie było tu nikogo, a pod gładką taflą wody Radek zoba­czył, że niecka base­nowa ma kilka głę­bo­ko­ści. Mimo że dość dużo sły­szał o tej pły­walni, nie przy­pusz­czał, że zrobi ona na nim takie wra­że­nie.

Łysy przy­wi­tał się z cze­ka­ją­cym na nich potęż­nym męż­czy­zną w dre­sie.

- Jeste­ście spóź­nieni - powie­dział oschle potężny Dre­siarz.

- Wario­graf się prze­dłu­żył - odparł nie­dbale Łysol.

- Dobra, czas ucieka, wiecz­ność czeka, a to będzie krótka jazda! - Dre­siarz zachi­cho­tał i zwró­cił się do Radka.

- Zdej­mu­jesz buty, wska­ku­jesz w dre­sie do basenu z naj­wyż­szej skoczni i pły­niesz pod wodą, ile się da. Potem walisz dłu­go­ści basenu, ile dasz radę. Zro­zu­mia­łeś, młody czło­wieku?

- Ale w dre­sach? - spy­tał nie­pew­nie Sztylc.

- Prze­cież wyraź­nie powie­dzia­łem, że nie nago! Jasne, kurwa, że w dre­sach - odwark­nął mu Dre­siarz. - No co się gapisz?! Nie mamy całej nocy! Wdra­puj się na górę i naprzód, żoł­nie­rzu!

Radek lubił pły­wać. Jesz­cze w szkole ofi­cer­skiej zro­bił papiery młod­szego ratow­nika. Spo­koj­nie mógł prze­pły­nąć tysiąc metrów, ale wła­śnie dla­tego wie­dział, że pły­wa­nie w ubra­niu jest o wiele trud­niej­sze i że nasiąk­nięte wodą ciu­chy cią­gną na dno. Basen miał pięć­dzie­siąt metrów dłu­go­ści, a jego ogrom Sztylc poczuł, kiedy sta­nął na skoczni, dzie­sięć metrów ponad powierzch­nią wody. Spoj­rzał w dół, wycią­gnął ręce i splótł dło­nie przed sobą, wziął głę­boki wdech i sko­czył na główkę. Nur­ku­jąc, poczuł, jak spodnie od dresu zaczy­nają mu zjeż­dżać do kolan. Musiał je podcią­gnąć, co go wyha­mo­wało. Popły­nął jesz­cze kawa­łek pod wodą. W końcu, po około dwu­dzie­stu metrach, wynu­rzył się, by nabrać powie­trza. Teraz zaczął pły­nąć krau­lem. Na początku szło mu nie­źle. Jed­nak po stu metrach powoli zaczął odczu­wać cię­żar nasiąk­nię­tych dre­sów. Po następ­nych dwu­stu już opa­dał z sił. W końcu odpu­ścił i chwy­cił się liny oddzie­la­ją­cej tory pły­wac­kie, łapiąc powie­trze.

- Trzy­sta trzy­dzie­ści metrów - powie­dział sucho Dre­siarz do Łysola, który zapi­sał wynik w note­sie.

- Z wody! - padła komenda. Sztylc pra­wie się wyczoł­gał na brzeg, ciężko oddy­cha­jąc.

- Prze­bierz się i lecimy dalej. To jesz­cze nie koniec, porucz­niku Sztylc - powie­dział Łysy, sto­jąc nad głową Radka. Z jakąś dziką satys­fak­cją podał mu biały ręcz­nik.

Kiedy Radek wstał z posadzki, potęż­nego męż­czy­zny w dre­sie już nie było. Szybko zdjął prze­mo­czone i śmier­dzące chlo­rem ubra­nie i zaczął się wycie­rać. Skóra zapie­kła, ale nie miał czasu nawet na prysz­nic.

Gdy po pięt­na­stu minu­tach byli już w samo­cho­dzie, Radek miał jesz­cze lekko wil­gotne włosy. War­szawa powoli się kła­dła spać. Docho­dziła dwu­dzie­sta trze­cia, kiedy wje­chali na most Ślą­sko-Dąbrow­ski.

- Dokąd jedziemy? - zapy­tał nie­pew­nie Radek, choć nie­spe­cjal­nie liczył na odpo­wiedź.

- Do Zie­lonki, na strzel­nicę - odpo­wie­dział Łysy. I tro­chę tym Sztylca zasko­czył.

- Tam będziesz miał test bie­gowy na trzy kilo­me­try i strze­la­nie. Tak więc wyrów­naj oddech i odpocz­nij chwilę. Za pół godziny będziemy na miej­scu.

Trzy­dzie­ści minut póź­nej doje­chali do nie­wiel­kiego budynku z napi­sem Woj­skowy Insty­tut Tech­niczny Uzbro­je­nia. Mie­ścił on sporą strzel­nicę, na któ­rej testo­wano broń i amu­ni­cję dla armii - zarówno przed zaku­pem, jak i tę, którą kon­stru­owano w Pol­sce. Sztylca nie­spe­cjal­nie zatem zdzi­wiło, że tu tra­fili. Minęli bramę, w któ­rej Łysy poka­zał prze­pustkę, i wje­chali w ciemną uliczkę. Asfalt szybko się skoń­czył, ale jechali jesz­cze dobre dzie­sięć minut, zanim sta­nęli przy sta­rym bun­krze.

- Słu­chaj­cie, porucz­niku, jeste­śmy przy bun­krze w Oso­wie. Tu zacznie się test bie­gowy. Zada­nie jest pro­ste. Bie­gnie­cie drogą, którą tu przy­je­cha­li­śmy. Odle­głość to trzy kilo­me­try, oczy­wi­ście na czas. Po ukoń­cze­niu biegu będzie­cie na wyso­ko­ści strzel­nicy. Tam was czeka test strze­lecki w warun­kach noc­nych, który wyko­na­cie bez­po­śred­nio po biegu.

- Z czego będę strze­lał? - spy­tał Radek, który już w Szkole Ofi­cer­skiej sporo strze­lał na tak zwa­nym zmę­cze­niu.

- Dowie­cie się na miej­scu. Nie powinno być raczej zasko­cze­nia. Ja będę teraz powoli jechał za wami i kon­tro­lo­wał wasz czas - to mówiąc, Łysy wyjął sto­per z kie­szeni.

Radek wysiadł z samo­chodu. Na szczę­ście prze­stało padać, więc wcią­gnął świeże, ale lekko mroźne powie­trze. Dwa pierw­sze wde­chy spra­wiły mu wręcz przy­jem­ność, bo w noz­drzach cią­gle miał zapach chloru. Jed­nak już po chwili poczuł, że jego wil­gotne włosy robią się coraz zim­niej­sze. Spoj­rzał w stronę Łysola i lek­kim ski­nie­niem głowy dał mu znać, że jest gotowy.

- Czas start! - padła komenda, a Radek ruszył bie­giem przez las. Drogę oświe­tlały mu reflek­tory jadą­cego za nim powoli opla.

Sztylc tre­no­wał kie­dyś bie­ga­nie i na­dal uwiel­biał to robić. Na doda­tek przy­po­mniały mu się testy spraw­no­ściowe, które zali­czał w nie­od­le­głych cza­sach szkoły ofi­cer­skiej, więc bar­dzo szybko wpadł w rytm. Nie chciał się żyło­wać, bo wie­dział, że jesz­cze ma przed sobą strze­la­nie. Ale nie zamie­rzał też cią­gnąć nogi za nogą. Jego życiówka na trzy kilo­me­try z bro­nią w szkole ofi­cer­skiej wynio­sła dzie­sięć minut pięć­dzie­siąt pięć sekund, ale teraz chciał prze­biec w oko­li­cach dwu­na­stu minut. Biegł mia­rowo. Na szczę­ście szu­trówka była równa. Samo­chód wolno toczył się za nim. O dziwo koniec dystansu był oświe­tlony. Im bli­żej było do źró­dła świa­tła, tym bar­dziej zaczął roz­po­zna­wać, co się dzieje na mecie. Stała tam wiata, nad którą paliła się lampa. A pod nią cze­kało dwóch ludzi. Kiedy ich mijał, z samo­chodu za sobą Radża usły­szał gło­śną komendę: - Stop!

Zatrzy­mał się zatem, sta­ra­jąc się jak naj­szyb­ciej wyrów­nać oddech, któ­rego mgiełka była widoczna w świe­tle lampy.

Tym­cza­sem Łysy wysiadł z opla i przy­wi­tał się z męż­czy­znami, któ­rzy na nich cze­kali, a w stronę porucz­nika rzu­cił jedy­nie krótką komendę: - Idziemy!

Po chwili wszy­scy sta­nęli pod wiatą, Sztylc zaś czuł, że wyge­ne­ro­wane bie­giem cie­pło szybko zaczyna z niego wypa­ro­wy­wać. Sku­pił się jed­nak na kolej­nym zada­niu.

- Będziesz strze­lał z SWD, kbk AK i pisto­letu P-83. Jak widzisz, pole tar­czowe jest oświe­tlone. Zaczy­namy od SWD. - Nie­zna­jomy w polo­wym mun­du­rze z dys­tynk­cjami majora podał mu kara­bin i maga­zy­nek. Zanim jesz­cze przy­go­to­wał broń, Radek usły­szał kolejną komendę.

- Porucz­niku! Podaję warunki strze­la­nia. - Sztylc mimo­wol­nie się uśmiech­nął. Ileż to razy taki sam tekst ser­wo­wał swoim pod­wład­nym na strzel­nicy... - Strze­la­cie z postawy strze­lec­kiej, leżąc, do trzech syl­we­tek "obser­wa­tora" na odle­głość dwu­stu-trzy­stu metrów. Syl­wetki będą poka­zy­wać się po kolei, każda na dwa­dzie­ścia sekund. Ilość amu­ni­cji sześć sztuk - powie­dział bez­i­mienny ofi­cer.

- Na rubież otwar­cia ognia marsz! - padła kolejna komenda.

Sztylc zare­ago­wał odru­chowo. Ruszył i po chwili przy­jął postawę strze­lecką, leżąc. Trzy­sta metrów przed nim zama­ja­czył pod­świe­tlony cel.

- Ładuj!

- Ognia!

Radek poczuł, jak prze­cho­dzi na tryb bojowy. Led­wie pamię­tał, że bez­i­mienny major zmie­nił mu broń - naj­pierw dostał kałasz­ni­kowa, a potem pisto­let. Za każ­dym razem ofi­cer poda­wał mu warunki strze­la­nia, a on je wyko­ny­wał. Po około dwu­dzie­stu minu­tach, które Radży minęły jak zale­d­wie chwila, było po wszyst­kim. Nikt mu nie mówił o oce­nach, ale widział, że poszło mu nie­źle.

Kiedy Sztylc pod­szedł po ostat­nim strze­la­niu do wiaty, usły­szał kawa­łek roz­mowy mię­dzy bez­i­mien­nym majo­rem a kapi­ta­nem Jar­kiem.

- To przed­ostatni, więc zni­kaj­cie stąd szybko, kapi­ta­nie. My tu jesz­cze kolej­nego musimy obro­bić.

Do Radka dotarło, że nie on jeden wła­śnie zdaje nocny egza­min do WSI...

- Porucz­niku, do wozu! - powie­dział Łysy. Był nieco zły, że Radek usły­szał ich wymianę zdań.

Sztylc wyko­nał pole­ce­nie bez szem­ra­nia. Wnę­trze samo­chodu cią­gle było nagrzane, a on czuł pierw­sze dresz­cze. Wychło­dze­nie orga­ni­zmu powoli dawało o sobie znać.

Opel ruszył, a przy bra­mie minęli się z innym samo­cho­dem oso­bo­wym wjeż­dża­ją­cym na teren insty­tutu.

- Jutro pod­jadę pod hotel o siód­mej rano. Masz już cze­kać. Jeśli cię nie będzie albo się spóź­nisz, dla mnie będzie to zna­czyło, że zre­zy­gno­wa­łeś. Jeśli ja nie przy­jadę, to zna­czy, że ten etap był koń­cem selek­cji. Rozu­miesz?

- Tak - odpo­wie­dział Sztylc. - A ten koniec... - zaczął nie­pew­nie.

- Prze­cież powie­dzia­łem. Jeśli nie pod­jadę pod hotel, wtedy się paku­jesz i wra­casz do domu. Hotel jest opła­cany przez nas, więc nie musisz nic regu­lo­wać.

Była druga w nocy, kiedy Radek wysiadł pod Hote­lem Mazo­wiec­kim. Opel odje­chał, a on ruszył do pokoju. Tam zwa­lił się na łóżko jak stał, zdej­mu­jąc tylko buty. Wie­dział, że za cztery godziny musi wstać, zjeść śnia­da­nie i usta­wić się przed hote­lem. Z tym posta­no­wie­niem zasnął.

Następ­nego dnia zerwał się ner­wowo i spoj­rzał na zega­rek. Do siód­mej bra­ko­wało sied­miu minut.

- Kurwa! - zaklął i ruszył w kie­runku drzwi, pod­ska­ku­jąc na jed­nej nodze i nakła­da­jąc na drugą but.

Punkt siódma stał jed­nak przed hote­lem, dopi­ja­jąc kawę w pla­sti­ko­wym kubku, którą wyże­brał na recep­cji. Gdy nade­szła siódma trzy, Łysola jesz­cze nie było. Sztylc zaczął czuć coś na kształt roz­cza­ro­wa­nia. Miał już wra­cać do hotelu, żeby spo­koj­nie zjeść śnia­da­nie i ruszyć do Sie­dlec, kiedy na par­kingu zatrzy­mał się zna­jomy opel. Łysol opu­ścił szybę i rzu­cił:

- A pan, porucz­niku, to spe­cjal­nego zapro­sze­nia potrze­buje?

Radek zgniótł trzy­many w ręce kubek, wrzu­cił go do pobli­skiego kosza i wsiadł do samo­chodu.

Łysol ruszył bez słowa. Po około trzy­dzie­stu minu­tach zna­leźli się pod olbrzy­mim budyn­kiem oto­czo­nym wyso­kim ogro­dze­niem. Wjazdu do niego strze­gła cał­kiem spora war­tow­nia. Radek znał to miej­sce. Był to Cen­tralny Szpi­tal Kli­niczny WAM na Sza­se­rów.

Sto­jący na straży młody żoł­nierz zasa­lu­to­wał regu­la­mi­nowo na widok bla­chy Łysola. Kapi­tan skie­ro­wał samo­chód na drogę dla kare­tek. Minęli jed­nak główny budy­nek szpi­tala i wąską uliczką bie­gnącą przez chwilę wzdłuż lądo­wi­ska dla śmi­głow­ców doje­chali na tył całego kom­pleksu. Radek ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że docho­dziła tam bocz­nica kole­jowa. Łysy zatrzy­mał samo­chód wśród kilku podob­nych i wydał krótką komendę:

- Idziemy!

A Sztylc rad nie­rad ruszył za nim.

Łysol szedł pew­nym kro­kiem w kie­runku nie­po­zor­nych meta­lo­wych drzwi znaj­du­ją­cych się na tyłach jed­nego z licz­nych budyn­ków szpi­tala. Pro­wa­dziły one do dłu­giego kory­ta­rza, na końcu któ­rego znaj­do­wała się klatka scho­dowa. Łysol zszedł na poziom piw­niczny, a Radek poszedł w jego ślady. Sce­ne­ria przy­po­mi­nała tę z fil­mów grozy klasy C. Ciem­no­ści dłu­giego, pustego kory­ta­rza, do któ­rego dopro­wa­dziły ich schody, roz­pra­szały nie­liczne jarze­niówki o mdłym świe­tle. Po chwili Łysol otwo­rzył jedne z bocz­nych drzwi pro­wa­dzące do dłu­giego na dwa­dzie­ścia metrów kolej­nego pustego kory­ta­rza. Następ­nie prze­szli przez kolejne drzwi, a za nimi stała już nie­wielka grupka ludzi. Wszy­scy, tak jak Radek, ubrani byli w gra­na­towe dresy i takie same adi­dasy.

- Dołącz do grupy - powie­dział Łysy.

W tym samym momen­cie padła gło­śna komenda.

- W dwu­sze­regu zbiórka!!!

Zebrani ofi­ce­ro­wie zare­ago­wali odru­chowo i przez chwilę na kory­ta­rzu było sły­chać tylko szu­ra­nie butów, po czym cała grupa usta­wiła się kar­nie.

Przed nimi sta­nął męż­czy­zna w sza­rym gar­ni­tu­rze. W mdłym świe­tle trudno było osza­co­wać jego wiek, ale Radży wyda­wało się, że musi być koło sześć­dzie­siątki.

- Pano­wie, dziś zaczy­na­cie testy. Nie powiem wam, ile będą trwały. Nie powiem wam, ilu z was je zali­czy, bo o tym dowie­dzą się ci, co je przejdą. W trak­cie testów obo­wią­zuje was bez­względny zakaz roz­mów. Za moimi ple­cami są drzwi. Wcho­dzi­cie po kolei. Przy wej­ściu otrzy­ma­cie ode mnie numer, który poło­ży­cie na ławce. Przez cały okres testów będzie­cie dla mnie nume­rami. Myślę, że wyra­zi­łem się jasno, więc nie ocze­kuję pytań. Zaczy­namy! - zako­men­de­ro­wał.

Sztylc wszedł z nume­rem 11 i usiadł w wol­nej ławce. Sala po chwili zapeł­niła się. Radek zdą­żył poli­czyć, że zda­ją­cych było w sumie dwu­dzie­stu pię­ciu.

Testy na inte­li­gen­cję i psy­cho­lo­giczne trwały dwa­na­ście godzin, z prze­rwą na krótki posi­łek, który wje­chał na takim wózku, z jakiego salowe roz­da­wały jedze­nie cho­rym. Żar­cie było typowo szpi­talne, ale Sztylc nie wybrzy­dzał. Był głodny jak wilk, bo ostat­nie, co zjadł, to śnia­da­nie w domu.

Kiedy po całym dniu Radek wró­cił do hotelu, padł na łóżko i zapadł w ciężki sen pozba­wiony marzeń. Rano znów wstał kilka minut przed siódmą i ledwo zdą­żył, a po hote­lo­wych scho­dach pro­wa­dzą­cych na par­ter pra­wie biegł. Tym razem Łysol był punk­tu­al­nie.

- Kto przy­cho­dzi na czas, już jest spóź­niony - rzu­cił tylko, zanim odpa­lił samo­chód.

Dru­giego dnia do testów przy­stą­piło już tylko dwu­dzie­stu ofi­ce­rów. Tym razem nie weszli do tej samej sali. Star­szy męż­czy­zna popro­wa­dził ich dłu­gim kory­ta­rzem do kotłowni, gdzie stały roz­sta­wione sto­liki. W trak­cie testów do pomiesz­cze­nia kil­ka­krot­nie wcho­dzili ludzie w bia­łych kitlach i wkła­dali do pieca stare brudne ban­daże oraz inne zużyte środki opa­trun­kowe. Sztylc domy­ślał się, że było to celowe dzia­ła­nie, ale to go nie dekon­cen­tro­wało.

Kolej­nego poranka Radek obu­dził się o szó­stej, więc pierw­szy raz od trzech dni mógł spo­koj­nie się umyć i zjeść śnia­da­nie w hote­lo­wej restau­ra­cji.

Tego dnia na kory­ta­rzu w pod­zie­miach szpi­tala stało ich już tylko sie­dem­na­stu. Tym razem pro­wa­dzący zaim­po­no­wali Sztyl­cowi, jeśli można to tak nazwać. Testy prze­pro­wa­dzono w pro­sek­to­rium, a roz­wią­zy­wali je na sto­łach sto­ją­cych mię­dzy nie­bosz­czy­kami przy­kry­tymi prze­ście­ra­dłami. W pierw­szym momen­cie Radek nie mógł się sku­pić. Po pierw­sze, było przej­mu­jąco zimno, a gra­na­towy dres był cienki. Po dru­gie, Sztylc czuł zapach leżą­cych obok niego zwłok i to go mocno roz­pro­szyło. Testy trwały dzie­sięć godzin z prze­rwą na szybki szpi­talny posi­łek, który na szczę­ście dostali na kory­ta­rzu.

Po powro­cie Radek wziął prysz­nic i prze­brał się we wła­sne ciu­chy. Wyprał też oba dresy. Ten pierw­szy zdą­żył już wyschnąć, ale cią­gle nie­mi­ło­sier­nie śmier­dział chlo­rem. Z kolei ten drugi prze­szedł zapa­chem pro­sek­to­rium. Oba ład­nie roz­wie­sił na kalo­ry­fe­rze i bez zwra­ca­nia niczy­jej uwagi poszedł na kola­cję do hote­lo­wej restau­ra­cji. Mimo że posi­łek był raczej skromny, sma­ko­wał mu wybor­nie.

Kolej­nego dnia Radek wstał otu­ma­niony. Nawet podwójna kawa na śnia­da­nie nie­wiele dała. Bolała go głowa i było mu nie­do­brze. Mimo to wsiadł do czar­nego opla.

W piw­ni­cach szpi­tala zostało już ich tylko dzie­wię­ciu, ale tym razem do sali wcho­dzili poje­dyn­czo w odstę­pach godzin­nych. Sztylc jako trzeci. Naprze­ciwko drzwi w pół­kolu sie­działo sied­miu męż­czyzn. Za nimi stały dwie lampy, więc mimo usil­nych sta­rań Radek nie mógł roz­po­znać ich rysów twa­rzy - snop świa­tła bijący ze sto­ją­cych lamp raził go po oczach.

- Numer jede­na­ście? - padło.

- Tak jest - odpo­wie­dział Radek, mru­żąc oczy. Pierw­sze pyta­nie nieco go zasko­czyło.

- Pro­szę podać uzbro­je­nie BWP!

- Armata sie­dem­dzie­siąt mili­me­trów, PPK Malutka, KmPK - odpo­wie­dział z auto­matu, zna­jąc takie para­me­try na pamięć.

- Jaki jest zasięg ognia sku­tecz­nego kbk AK?

- Czte­ry­sta metrów.

- Kto nama­lo­wał Damę z łasiczką?

- Yyyy... Leonardo da Vinci - wypa­lił Sztylc, wycią­ga­jąc tę infor­ma­cję z zaka­mar­ków pamięci i orien­tu­jąc się, że nie tylko jeden rodzaj pytań jest prze­wi­dziany.

- Ile wynosi liczba pi?

- Trzy i czter­na­ście, w przy­bli­że­niu oczy­wi­ście.

- Gdzie mie­ści się sie­dziba NATO?

- W Bruk­seli.

- Pro­szę odpo­wia­dać peł­nymi zda­niami, nume­rze jede­na­ście... - powie­dział sta­now­czy głos z pra­wej strony sali.

Radek nie wie­dział, kto zadaje pyta­nia. Ale roz­strzał tema­tyczny cał­ko­wi­cie go zasko­czył. Prze­stał patrzeć na komi­sję i spu­ścił wzrok na kafelki pod­ło­gowe, by świa­tło lamp go nie raziło. Sku­piał się już tylko na popraw­nych odpo­wie­dziach, jeśli oczy­wi­ście je znał...

- Jakie prze­sła­nie ma nowy film Pasi­kow­skiego?

- Nie oglą­da­łem.

- Kiedy był pan ostatni raz w teatrze, na jakiej sztuce i czy się panu podo­bała?

- Faust, Teatr Wielki, tak, podo­bała mi się. - Sztylc na chwilę się zawie­sił. Przy­po­mniał sobie, jak pięk­nie wyglą­dała jego żona, kiedy jechali na ten spek­takl. Nie miał jed­nak czasu na sen­ty­men­talne roz­wa­ża­nia.

- Jakie śmi­głowce ma nasza armia na uzbro­je­niu?

- Mi-17 i Mi-2, Mi-28...

- Peł­nymi zda­niami, nume­rze jede­na­sty. Ile razy mam o tym przy­po­mi­nać? - Głos z pra­wej strony sali przy­po­mi­nał syk węża i był Sztyl­cowi dziw­nie zna­jomy.

- Jaka jest pana ulu­biona książka?

- Ulu­biona książka to opo­wia­da­nia i saga o Wiedź­mi­nie Andrzeja Sap­kow­skiego, wła­śnie wyszła kolejna część, Wieża Jaskółki - odpo­wie­dział Sztylc.

- Pro­szę podać kali­ber armaty czołgu T-72? - Ktoś znów wró­cił na tory woj­skowe.

- Kali­ber armaty czołgu T-72 to sto dwa­dzie­ścia pięć mili­me­trów.

- Kiedy był pierw­szy roz­biór Pol­ski?

- Pierw­szy roz­biór Pol­ski był w 1772 roku.

- Jak czę­sto czyta pan gazety i jakie, co w nich naj­bar­dziej pana inte­re­suje?

- Nie mam czasu na czy­ta­nie gazet.

- Jaki jest główny czołg na uzbro­je­niu Rosji?

- Głów­nymi czoł­gami na uzbro­je­niu armii rosyj­skiej są T-72 i T-80.

- Jaka jest struk­tura pol­skiej bry­gady pan­cer­nej?

- W skład bry­gady pan­cer­nej wcho­dzą: trzy bata­liony pan­cerne, dwa zme­cha­ni­zo­wane, dywi­zjon arty­le­rii, kom­pa­nia roz­po­znaw­cza, kom­pa­nia łącz­no­ści...

Kolejne pyta­nie prze­rwało znów odpo­wiedź Radka. Sztylc wie­dział, że ma to na celu wybi­cie go z rytmu.

- Czy Chiny poko­na­łyby Rosję?

- Moim zda­niem Chiny mają więk­szy poten­cjał mili­tarny. Ale trudno jest powie­dzieć, kto by wygrał... zależy, czy wojna byłaby tylko kon­wen­cjo­nalna, czy też z uży­ciem środ­ków maso­wego raże­nia.

- Ilu jest miesz­kań­ców Kanady i jakie są tam języki urzę­dowe?

- Kanadę zamiesz­kuje sie­dem­na­ście milio­nów osób. Urzę­dowe języki to angiel­ski i fran­cu­ski.

- Jakie mia­sto jest sto­licą Austra­lii?

- Can­berra.

Sztylc powoli tra­cił poczu­cie czasu, a natłok pytań zaczy­nał mu cią­żyć. Wie­dział, że jesz­cze chwila i nawet na tak pro­ste pyta­nie jak o wynik doda­wa­nia dwa plus dwa odpo­wie, że nie wie.

- Dzię­kuję, może pan wyjść, nume­rze jede­na­ście.

Sztylc nie do końca zro­zu­miał, co usły­szał.

- Czy można powtó­rzyć pyta­nie?

- Nie ma pyta­nia. To już koniec. Może pan wyjść. - Ton głosu wska­zy­wał, że męż­czy­zna był nieco roz­ba­wiony.

Radek podzię­ko­wał i machi­nal­nie opu­ścił pomiesz­cze­nie. Nie wie­dział, kiedy zna­lazł się w samo­cho­dzie. Dopiero w poło­wie drogi zorien­to­wał się, że są już w cen­trum War­szawy. Łysy kapi­tan nie odzy­wał się. W końcu pod­je­chali pod hotel.

- Pokój masz zare­zer­wo­wany do jutra. Wyśpij się - powie­dział kapi­tan Jarek i mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo z lek­kim uśmie­chem...

- Dzięki - odpo­wie­dział Sztylc i wysiadł z samo­chodu. Po chwili był już w pokoju. Nie roz­bie­ra­jąc się, padł na łóżko i zasnął.

***

Po wyj­ściu numeru 22 z sali z lam­pami koman­dor Sobo­lew­ski wstał z krze­sła, dając tym samym sygnał pozo­sta­łym, że mogą zro­bić to samo. Ktoś zapa­lił górne oświe­tle­nie. Męż­czyźni popa­trzyli po sobie. Im rów­nież dzie­więć godzin, z nie­wiel­kimi prze­rwami, dało się we znaki. Selek­cja została zakoń­czona. Teraz trzeba było oce­nić zebrany mate­riał i doko­nać osta­tecz­nego wyboru...

1. Tamar

1.

Tamar

Bag­dad, Irak, 28 wrze­śnia 2007

- Allahu Akbar!1

Piskliwe zawo­dze­nie muez­zina zwia­sto­wało nad­cho­dzący świt.

- Sub­hana Allahi wa-biham­dihu, sub­hana Allah l-'azim...2

Słowa wezwa­nia na salat, czyli tra­dy­cyjną, odma­wianą pięć razy dzien­nie modli­twę, nio­sły się po mie­ście.

- A'uzu bi-llah min asz-szaj­tani ar-radżim...3

Chwilę póź­niej dało się sły­szeć pierw­sze trza­śnię­cia drzwi domów, któ­rych miesz­kańcy ruszali do mecze­tów na modli­twę. Powoli wynu­rza­jąca się tar­cza słońca szybko ogrze­wała rześ­kie powie­trze, wyry­wa­jąc spod pano­wa­nia nocy kolejne kawałki przed­wiecz­nego mia­sta. Kie­dyś - praw­dzi­wej sto­licy świata. W cza­sach, gdy dostojne impe­rium rzym­skie było już tylko odle­głym wspo­mnie­niem, Bag­dad dopiero powsta­wał. Szybko jed­nak wyrósł na praw­dziwą perłę kul­tury, nauki i han­dlu i stał się sto­licą innego potęż­nego impe­rium. Śnia­dych, ciem­no­okich, dum­nych ludzi, któ­rzy zaczęli pod­po­rząd­ko­wy­wać sobie świat.

Podob­nie jak nie­gdyś Rzy­mem, mia­stem tym wła­dali ludzie nik­czemni i piękni. Dumni i sza­leni. Aż do cza­sów, kiedy wziął je sobie i objął mocną ręką sza­lony tyran.

Tyran ten był przy­błędą, uro­dził się poza pięk­nym i dum­nym mia­stem, które przez setki lat wyro­sło na dia­ment w regio­nie nazwa­nym póź­niej Bli­skim Wscho­dem. Oba­lił dotych­cza­so­wego króla i objął rządy w pań­stwie. Począt­kowo, choć okrutny, był szczo­dry. Dał zagu­bio­nym pośród pia­sku i kamieni pół­dzi­kim pod­da­nym namiastkę lep­szego życia. Dał im lecze­nie i tele­fon. Dał drogi i fabryki, które szczo­drze budo­wali przy­by­sze z dale­kich krain. Ale dał też poczu­cie nie­pew­no­ści i stra­chu. Okrutną tajną poli­cję i rządy ter­roru. Poszedł na wojny, któ­rych nie umiał wygrać. A to dopro­wa­dziło go do krwa­wego sza­leń­stwa, na które świat nie mógł patrzeć bez­czyn­nie.

Jedna wojna prze­cho­dziła w drugą, a kraj, jesz­cze nie­dawno piękny i dumny, stał się obsza­rem ter­roru, śmierci i grozy. Aż w końcu tyran, który był postra­chem i mor­dercą wła­snych pod­da­nych, upadł. Wydał go wła­sny ochro­niarz i cały świat widział, jak nie­gdyś dum­nego woj­sko­wego w bere­cie i z zawa­diac­kim wąsem obcy żoł­dacy wycią­gają jak szczura z nory. Wtedy prze­stał być straszny, a stał się żało­sny.

Kiedy kaci zarzu­cali mu stry­czek na szyję - prze­kli­nał ich i zwy­cię­skich żoł­da­ków zza oce­anu. A kiedy w końcu zawisł, kraj, który nie­dawno go feto­wał - eks­plo­do­wał rado­ścią. By chwilę póź­niej ponow­nie wpaść w spi­ralę krwa­wej wojny, tym razem domo­wej.

Trwała ona lata. Ludzie ginęli. Znisz­czona, posie­kana kulami swo­ich i obcych żoł­nie­rzy sto­lica, nie­gdyś klej­not Biskiego Wschodu, stała się ponu­rym, dymią­cym rumo­wi­skiem. Oku­po­wa­nym, wstrzą­sa­nym wal­kami, wybu­chami, zama­chami. Kocha­nym trudną miło­ścią przez miesz­kań­ców i prze­kli­na­nym przez przy­by­szy zza wiel­kiej wody, któ­rzy bali się go; jakże innego i róż­nego od ich sytych, leni­wych, zachod­nich miast. Jak jed­nak od setek lat, miesz­kańcy mia­sta ruszali do świą­tyń, by pomo­dlić się do swo­jego Boga. O zdro­wie. O pracę. O to, by ten zechciał ulżyć ich cier­pie­niom i pozwo­lił im prze­żyć kolejny dzień. Choć nie wyzna­wali Chry­stusa, codzien­nie brali na swoje ramiona nie­wi­dzialny krzyż, który w ostat­nich latach sta­wał się coraz więk­szy i cięż­szy. Choć upa­dali, to pod­no­sili się i w nie­opi­sa­nej męce nie­śli go dalej. Kiedy mieli dość - chwy­tali za broń. I ginęli. Z imie­niem Allaha na ustach.

- Assa­lamu 'alai'kum warah'matul­laah4 - zakoń­czył dłu­gie wezwa­nie nawo­łu­jący do modli­twy muez­zin. Były ostat­nie dni wrze­śnia. Według kalen­da­rza nie­wier­nych 2007 roku.

Nad Bag­da­dem wstał świt.

***

Docho­dziła dzie­siąta rano, gdy do drzwi nie­wiel­kiego poste­runku irac­kiej poli­cji pode­szli kobieta i męż­czy­zna. Ulica - wła­ści­wie uliczka, przy któ­rej się mie­ścił - docho­dziła nie­mal do brze­gów rzeki Tygrys. Koń­czyła się wyso­kimi na około trzy metry T-wal­lami, a w poło­wie była dodat­kowo zamknięta mniej­szymi blo­ka­dami, z żół­tym pasem na szczy­cie. Pasy te malo­wali wła­sno­ręcz­nie pra­cow­nicy pol­skiej amba­sady, która była poło­żona na końcu uliczki pro­wa­dzą­cej do głów­nej ulicy całej dziel­nicy o wdzięcz­nej nazwie Karada, sąsia­du­ją­cej z dziel­nicą Dora.

Amba­sada prze­mie­niona była w twier­dzę. Naprze­ciwko nie­ru­cho­mo­ści oko­lo­nej wyso­kim murem znaj­do­wał się budy­nek ochrony, w któ­rym zamiesz­ki­wali przy­dzie­leni do obstawy pla­cówki funk­cjo­na­riu­sze Biura Ochrony Rządu.

Była to dwu­na­sto­oso­bowa grupka tęgich, uzbro­jo­nych po zęby zabi­ja­ków, któ­rej sze­fem był major Jędrzej Gul­biń­ski. Podzie­lona została na dwa zespoły, z któ­rych jeden prze­by­wał na stałe w budynku amba­sady, a drugi - rezer­wowy - miesz­kał naprze­ciwko. Ze względu na podo­bień­stwo nazwi­ska Gul­biń­skiego do jed­nego z pol­skich hie­rar­chów kościel­nych i na to, że pocho­dził z Wro­cła­wia, major nazy­wany był w biu­rze Bisku­pem. Dowo­dzeni przez Biskupa BOR-owcy sta­no­wili ostat­nią linię obrony pla­cówki i swoją pracę trak­to­wali nie­zwy­kle serio. Gul­biń­ski zaś, nie­wy­soki, ale żyla­sty i twardy czter­dzie­sto­dwu­la­tek, ści­śle prze­strze­gał, by jego pod­władni, któ­rych piesz­czo­tli­wie nazy­wał "gąskami", byli czujni, zwarci i gotowi.

Prócz tego dyplo­maci mieli nie­pi­saną umowę z wła­ści­cie­lem sąsia­du­ją­cej z pla­cówką pose­sji, że gdyby zro­biło się naprawdę gorąco, mogą ucie­kać do jego domu. Amir Telki - bo tak nazy­wał się ów dżen­tel­men - był zresztą czło­wie­kiem insty­tu­cją. Oprócz tego, że pro­wa­dził sklep, do któ­rego, jak prze­ko­ny­wał, stale dokła­dał, miał jesz­cze jeden walor ważny dla obsady pol­skiej pla­cówki. Jako chrze­ści­ja­nin mógł han­dlo­wać alko­ho­lem i robił to. Rzecz jasna, sprze­da­jąc alko­hol także tym Ira­kij­czy­kom, któ­rych zwią­zek z reli­gią Chry­stusa był co naj­mniej wąt­pliwy. Wszy­scy jed­nak Polacy jak jeden mąż zade­kla­ro­wali się Ami­rowi jako gor­liwi kato­licy, a kiedy dodat­kowo dowie­dział się, że jeden z nich jest bisku­pem, stary subiekt uśmiech­nął się sze­roko jak wie­lo­ryb cie­szący się z towa­rzy­stwa Jona­sza. Hoj­nie doto­wany przez Pola­ków biz­nes sta­rego Ira­kij­czyka kwitł, a on i jego ludzie mieli dys­kretne oko na poste­ru­nek. Pola­kom towa­rzy­szyło bowiem gra­ni­czące z pew­no­ścią podej­rze­nie, że sze­ściu dra­bów z nie­od­łącz­nymi czar­nymi wąsi­skami i pew­nymi lukami w uzę­bie­niu nie jest stu­pro­cen­towo lojal­nych wobec nowej admi­ni­stra­cji irac­kiej. Tak czy ina­czej, Polacy nie mogli oka­zać Ira­kij­czy­kom jaw­nego afrontu i poste­ru­nek trwał. Teraz zaś puka­jąca do jego drzwi kobieta usły­szała ze środka jakiś ruch.

Oku­tana w czarną al-amirę5 Tamar - bo to ona waliła w drzwi - dener­wo­wała się. Z Gru­zji ucie­kła kilka mie­sięcy wcze­śniej po ataku, w trak­cie któ­rego jej uko­chany Czarny oraz jej wuj zostali ciężko ranni. Była twardą pół Gru­zinką, pół Cze­czenką, ale zamach na posia­dłość wuja Gior­giego i długa ucieczka mocno nad­szarp­nęły siłami kobiety.

Dla­czego wybrała aku­rat Irak? Po pierw­sze, ze względu na Gior­giego, który wręcz naka­zał jej ucieczkę z Gru­zji. Po dru­gie, ze względu na słowa ciężko ran­nego Polaka leżą­cego na jej rękach, który zdo­łał wykrztu­sić, by zna­la­zła w Bag­da­dzie nie­ja­kiego Winiar­skiego... i Sztylca. Potem wyka­słał z sie­bie ogromny bąbel krwi i odpły­nął w ciem­ność. Wuj Giorgi naka­zał jej natych­miast opu­ścić Gru­zję. Dziew­czyna począt­kowo nie chciała zosta­wiać sta­rego krew­nego, szcze­gól­nie ran­nego, jed­nak han­dlarz bro­nią pozo­stał nie­ugięty. Kiedy doszedł do sie­bie na tyle, że był w sta­nie wstać z łóżka, do zagad­nie­nia ewa­ku­acji pod­szedł meto­dycz­nie i spraw­nie. Czarny nie odzy­ski­wał przy­tom­no­ści i w oce­nie wszyst­kich od śmierci dzie­liły go tylko godziny.

Wuj mimo pro­te­stów dziew­czyny zabrał ją z posia­dło­ści, która po ataku była spa­lona. Zawiózł ją do miej­sca, któ­rego nie znała nawet ona - wysoko w góry, do nie­du­żego, zruj­no­wa­nego domu. Był zaszyty tak głę­boko w doli­nach i żle­bach, że po dwóch godzi­nach mar­szu Tamar zupeł­nie stra­ciła orien­ta­cję. W końcu dotarli. Pomo­gła postrze­lo­nemu w rękę Gior­giemu odko­pać spod śniegu wej­ście do zie­mianki. Do środka jed­nak sta­rzec wszedł sam. Spę­dził tam nie­długą chwilę, a gdy wró­cił, dał jej nie­wielki, sta­ran­nie zawi­nięty w folię i okle­jony taśmą paku­ne­czek.

- Pil­nuj go dobrze, bo w środku jest dwie­ście tysięcy dola­rów - powie­dział, a dziew­czyna omal nie zemdlała.

- To twój fun­dusz na podróż do Iraku - mówił dalej. Gdy zaczęła pro­te­sto­wać, stary uciął krótko jej słowa.

- Poje­dziesz, znaj­dziesz tych dwóch, o któ­rych mówił Polak, i wró­cisz. Albo pole­cisz do Pol­ski i jak tro­chę przy­cich­nie, zja­wisz się tu. Masz pie­nią­dze, ja ci pomogę - prze­ko­ny­wał sta­rzec.

Tamar dąsała się i pła­kała, ale po namy­śle, fakt, że krót­kim, przy­znała mu rację. Sytu­acja w Gru­zji była nie­bez­pieczna, ich dom - spa­lony, a licho wie, co jesz­cze mogło się zda­rzyć. Kiedy wró­cili do posia­dło­ści u stóp Kau­kazu, gdzie wciąż widać było plamy krwi, Tamar zaczęła się pako­wać i ruszyli do Dage­stanu. Tam dopiero Giorgi una­ocz­nił jej, jak duża była jego moc i jak głę­boko się­gały jego kon­takty.

Tamar wie­działa oczy­wi­ście, że stary han­dluje bro­nią, która tra­fia na Bli­ski Wschód. Taka pro­fe­sja ma jed­nak kilka nie­do­god­no­ści. Po pierw­sze, jest bar­dziej nie­bez­pieczna od obrotu suszo­nymi tusz­kami stynki. Po dru­gie, wymaga jeśli nie pomocy, to przy­naj­mniej życz­li­wej obo­jęt­no­ści służb kontr­wy­wia­dow­czych. Cza­sem jed­nak obo­jęt­ność ta prze­ra­dzała się w nie­chęć. I wtedy sprawa zaczy­nała cuch­nąć bar­dziej niż nawet tona suszo­nej stynki.

Giorgi sta­nął więc na rzę­sach, opła­cił liczne grono osób i po dwóch dniach zna­leźli się w Dage­sta­nie. Tam dopiero poka­zał zdzi­wio­nej Tamar całą swoją moc. Korzy­sta­jąc z sieci "part­ne­rów biz­ne­so­wych", skon­tak­to­wał się ze swo­imi ludźmi w Kur­dy­sta­nie, gdzie miała tra­fić Tamar.

- Tu będziesz bez­piecz­niej­sza niż w Gru­zji - prze­ko­ny­wał, a na jej wście­kłe fuk­nię­cia, że Irak nie jest dziś naj­bar­dziej bez­piecz­nym miej­scem na Ziemi, zare­pli­ko­wał przy­tom­nie, że "w Telawi nas zna­leźli, a do Iraku jest dalej i Rosjan lubią jesz­cze mniej niż w Gru­zji". I tak Tamar ruszyła na połu­dnie.

Po tygo­dniu była już w Tur­cji - wciąż towa­rzy­szył jej Giorgi - a dwa tygo­dnie póź­niej dotarli do nie­du­żego mia­steczka Dere­cik, skąd Tamar miała zostać prze­rzu­cona do Kur­dy­stanu. I tak się stało. Po kilku dniach klu­cze­nia tra­fiła do mia­steczka Dera­lok, które dzie­liła na pół rzeka Wielki Zab. Tam przy­wa­ro­wała i zapa­dła w nie­byt. Oczy­wi­ście była z początku samotna i prze­ra­żona bez wuja, ale kiedy po mniej wię­cej trzech tygo­dniach przy­był do niej kurier z instruk­cjami i posłan­nic­twem od Gior­giego, poczuła się nieco lepiej. Była potom­ki­nią Cze­cze­nów, a ci nie pod­da­wali się łatwo, więc Tamar zaczęła dzia­łać.

Przede wszyst­kim zaczęła uczyć się arab­skiego i zaan­ga­żo­wała się w życie kur­dyj­skiej wspól­noty. Z bie­giem tygo­dni odkryła, że daje jej to satys­fak­cję, a opieka Kur­dów zaczęła jej odpo­wia­dać.

W lipcu prze­nio­sła się do Irbilu. Spę­dziła tam dwa mie­siące. Kon­tak­tom Gior­giego - oczy­wi­ście wspar­tym jego dola­rami - zawdzię­czała to, że zaczęła poma­gać w lokal­nym skle­pie, a miej­scowi, dumni i nie­ufni jak jej pobra­tymcy Cze­czeni, zaak­cep­to­wali ją. Około połowy wrze­śnia do Irbilu przy­je­chał Zaman. Rosły bojow­nik, o szczęce rów­nie kwa­dra­to­wej jak bary, prze­ka­zał jej infor­ma­cję, że nie­ba­wem wyru­szą do Bag­dadu. Tamar była gotowa i nawet się ucie­szyła, że wresz­cie coś zaczyna się dziać.

Nie minęły dwa tygo­dnie, gdy stała u drzwi nie­du­żej pla­cówki irac­kiej poli­cji, w samym środku owia­nej złą sławą dziel­nicy Karada. Mimo że towa­rzy­szył jej Zaman, a dwóch jego zna­jo­mych robiło zakupy w skle­piku, by następ­nie udać się do nie­du­żej, ale dzia­ła­ją­cej kawiarni, Tamar była zde­ner­wo­wana.

Cała trójka Kur­dów była Pesz­mer­gami, zapra­wio­nymi w bojach wojow­ni­kami, od lat funk­cjo­nu­ją­cymi w realiach walki o życie. Wal­czyli z Tur­kami, z Sad­da­mem, Irań­czy­kami, sun­ni­tami, szy­itami... Kolejka chcą­cych znisz­czyć Kur­dy­stan była długa, więc lep­szych ochro­nia­rzy nie mogła sobie wyma­rzyć. Nie zmie­niało to jed­nak faktu, że teraz czuła się sama. Sto­jąc przed cięż­kimi, ewi­dent­nie wzmoc­nio­nymi drzwiami pla­cówki, w samym sercu bag­dadz­kiej "czer­wo­nej strefy", Tamar była prze­ra­żona tym, co musi zro­bić. Choć towa­rzy­szył jej Zaman, który potra­fił doga­dać się po rosyj­sku, bra­ko­wało jej pew­no­ści sie­bie. Odwrotu jed­nak nie było. Czas, który spę­dziła w Kur­dy­stanie, dał jej pew­ność, że ewa­ku­acja - choć sama myślała o niej jako o ucieczce - z Gru­zji była dobrą decy­zją jej wuja.

Lekki wiatr z połu­dnia oprócz typo­wego odoru mia­sta niósł także deli­katny zapach rzeki Tygrys. Po dłuż­szej chwili cięż­kie drzwi skrzyp­nęły i wyszedł zza nich męż­czy­zna w śred­nim wieku, ubrany w nie­bie­ską koszulę i czarny beret irac­kiej poli­cji. Miał około pięć­dzie­się­ciu lat, spore brzu­szy­sko i nie­przy­jem­nie wyglą­da­jącą bli­znę na lewym policzku. Z wnę­trza poste­runku woniało świeżą kawą, nie­świe­żym face­tem i sma­że­niną.

- Czego? - wark­nął po arab­sku. Po mie­sią­cach spę­dzo­nych w Kur­dy­sta­nie Tamar wie­działa, że mówi z akcen­tem ze środ­ko­wego Iraku.

- Salam alej­kum, panie - powie­dział Zaman bez­błęd­nym miej­sco­wym arab­skim, bez śladu akcentu. Plan dopra­co­wali wcze­śniej w szcze­gó­łach. Prze­ga­dali go tyle razy, że wybu­dzona ze snu Tamar mogła wyre­cy­to­wać cał­kiem zno­śnym arab­skim swoją histo­rię. Ale uznali, że na początku będzie mówił Zaman.

- Nazy­wam się Faj­sal, a to moja sio­stra Karima. Jeste­śmy umó­wieni z panem Dża­ma­lem Zaadim z amba­sady - powie­dział miękko Zaman.

- Nie ma go. Wyno­cha! - burk­nął Bli­zna i zaczął się odwra­cać, ewi­dent­nie chcąc zna­leźć się w środku.

- Wola Allaha, panie ofi­ce­rze. Czy zechciałby pan w takim razie prze­ka­zać mu wia­do­mość, kiedy wróci?

- Nie wiem, kiedy wróci, wyno­cha - powtó­rzył poli­cjant.

- Oczy­wi­ście - Zaman wie­dział, jak pro­wa­dzi się takie roz­mowy - nasza wdzięcz­ność obej­mie także pana.

Tra­fił, bo w oku poli­cjanta zja­wił się błysk cie­ka­wo­ści.

- Może będzie jutro.

- Allah jest wielki - pero­ro­wał dalej Zaman. Tamar stała obok, spusz­cza­jąc skrom­nie oczy i trzy­ma­jąc się lekko z tyłu. - My zacze­kamy...

Poli­cjant zamru­gał. Musiał poczuć, że sprawa jest dla tej dwójki ważna. I choć wyglą­dali mu na fel­la­hin6, to skoro mówili o "wdzięcz­no­ści"...

- Mógł­bym prze­ka­zać - powie­dział ostroż­nie poli­cjant.

Zaman pojął, że gli­niarz chwy­cił trop. Dosko­nale. Się­gnął do kie­szeni, wyjął z niej coś i wycią­gnął rękę do funk­cjo­na­riu­sza. Temu oczy zabły­sły chci­wie. Być może nie kochał Ame­ry­ka­nów, a po pracy dono­sił pota­jem­nie sadry­stom, ale na widok cha­rak­te­ry­stycz­nej zie­lo­nej barwy dola­rów pra­wie się obli­zał. Sprawa była naprawdę inte­re­su­jąca.

- Insza'allah, nie­chaj pan ofi­cer ma nas w pamięci - mówił Zaman, dając jed­no­cze­śnie lekki znak Tamar, która uśmiech­nęła się przy­mil­nie do gru­basa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki