Prolog. Selekcja
Prolog
Selekcja
Warszawa, 20 listopada 1997
Było paskudne listopadowe popołudnie. Komandor Sobolewski miał za sobą
kolejny ciężki dzień. Zmiana rządu zawsze oznaczała zamieszanie w służbach, na których funkcjonowanie każda ekipa miała własny pomysł, co
jeden, to gorszy. I choć część z tych pomysłów udało mu się
spacyfikować, miał jednak pewność, że to jeszcze nie koniec.
Z niewesołych rozmyślań wyrwało go donośne pukanie do drzwi. Na krótką
komendę "wejść!" pojawił się w nich major Andrzej Pech, niosąc pod pachą
niewielką szarą teczkę, aż za dobrze znaną z wyglądu każdemu oficerowi
WSI. Sobolewski był bardzo ciekaw jej zawartości.
- Czołem, komandorze! To dokumenty, o które pan prosił - powiedział
major, wchodząc do jasnej i przestronnej kancelarii swojego przełożonego
w Centrali Wojskowych Służb Informacyjnych w Warszawie.
- Witam, panie majorze, proszę spocząć. Kawy? Herbaty? - Sobolewski
uśmiechnął się i wskazał dłonią krzesło przed biurkiem. - Co tam słychać
w Legionowie? - zapytał, odbierając teczkę z rąk majora.
- Wszystko w porządku. Za kawę dziękuję, panie komandorze. Jestem już po
dwóch, więc wystarczy. Tak jak pan prosił, sprawdzenie zrobiłem z pominięciem podpułkownika Biedy.
- No i jak tam nasz kandydat? - spytał Sobolewski, nie reagując na
nietypowe zdanie o pominięciu szefa Wydziału WSI w Legionowie. W końcu
sam dał takie polecenie, więc nie drążył tematu.
- Wszystko jest w teczce. Dokonałem sprawdzeń w kartotekach, również
tych powszechnie niedostępnych. Wymieniony nie przewijał się w żadnej,
można więc wnioskować, że nie był obiektem zainteresowania naszych służb
specjalnych. W ramach standardowej procedury sprawdziłem drobiazgowo
rodzinę i najbliższe otoczenie, włącznie z ich nawykami. Nie uzyskałem
informacji, by ktoś z rodziny kandydata miał problemy z prawem bądź
używkami. Wszyscy są czyści - relacjonował dość sztywno Pech.
Sobolewski kartkował teczkę, co chwilę zerkając na oficera siedzącego
przed nim.
- No dobra, widzę, że leży wam coś na wątrobie. Mówcie, majorze, bez
owijania w bawełnę - przerwał suche sprawozdanie, kładąc dokumenty na
biurku.
Major Pech nabrał powietrza, wziął do rąk teczkę i otworzył ją na jednej
ze stron.
- Przez ostatni kwartał kandydat był poddany doraźnej obserwacji.
Wszystko szło dobrze, bo jego zachowanie było bez zarzutu, ale jakiś
miesiąc temu stało się coś bardzo zastanawiającego - mówiąc to, obrócił
teczkę w stronę komandora i pokazał mu jedno ze zdjęć. Na fotografii
widać było rozmawiającą z kandydatem niewysoką brunetkę. Lekko drgnęła
mu brew. Kobietę znał aż za dobrze.
Pech zrozumiał, że komandor wie, kto znajduje się na fotografii. Połowę
wyjaśnień miał z głowy. Postanowił zatem kontynuować, bez owijania w bawełnę.
- W mojej ocenie spotkanie to świadczy o tym, że nasz kandydat powinien
stać się raczej figurantem i trzeba się zastanowić, czy nie powinniśmy
go zacząć rozpracowywać, bo ten oficer powinien był zgłosić kontakt z agentem obcej służby, a nie zrobił tego - powiedział zimno.
- Spokojnie, panie majorze. Że jest to agentka obcej służby, wiemy jak
na razie pan, ja i może jeszcze kilka osób w tym budynku. A kandydat nie
ma zielonego pojęcia, kim tak naprawdę jest ta kobieta. Zna ją jako
szeregową pracownicę ambasady obcego państwa. Obaj też wiemy, w jakich
okolicznościach ją poznał. Zgadza się, Andrzeju? - spytał spokojnie
Sobolewski.
- Tak - odpowiedział już łagodniej oficer.
Komandor kontynuował.
- Mnie jednak interesuje, jak do przypadkowego spotkania doszło. Bo w przypadki to ja akurat nie wierzę...
Zamilkł, przypatrując się chwilę fotografii. Próbował znaleźć na niej
jakieś szczegóły, które powiedziałyby coś więcej o charakterze tej
rozmowy.
- Gdzie i w jakich okolicznościach zrobiono to zdjęcie? - spytał po
chwili. - I czy było to jednorazowe spotkanie?
- Kandydat przyjechał do Warszawy, do kolegi z czasów szkoły
oficerskiej. Do spotkania doszło w niewielkiej restauracji obok hotelu
MdM. Obydwaj mieli napić się alkoholu i wspólnie spędzić wieczór.
Nieoczekiwanie jednak kolega kandydata wymówił się niespodziewanym
wezwaniem do pracy. Najciekawsze jest jednak to, że po wyjściu z lokalu
kandydat prawie wpadł na tę kobietę, która w odczuciu naszych ludzi z obserwacji zachowywała się, jakby na kogoś w tym miejscu czekała.
Obydwoje, po krótkiej rozmowie, weszli do restauracji, którą wcześniej
opuścił kandydat. Z naszych ustaleń wynika też, że spotkanie miało
charakter intymny, ale jednorazowy.
Ten bardzo służbowy wywód znudził już nieco Sobolewskiego. Nadal nie
wiedział jednej ważnej rzeczy.
- Co to za kolega? - zapytał, a po tonie jego głosu można było poznać,
że chwycił jakiś niewidzialny trop.
Major Pech chciał się wykazać przed komandorem, więc wcześniej sprawdził
i ten wątek. Szybko przeszedł do dalszej części sprawozdania.
- Porucznik Zygmunt Banaszak, absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk
Zmechanizowanych we Wrocławiu. Jego pierwszym przydziałem służbowym było
stanowisko dowódcy kompanii rozpoznawczej w Żaganiu. Banaszak jest też
absolwentem amerykańskiego kursu Ranger...
- Zdaje pan sobie sprawę, że Banaszak, zanim poleciał do Stanów na kurs,
przeszedł drobiazgowe sprawdzenie w ambasadzie USA i musiał zdać egzamin
z języka angielskiego? - przerwał majorowi Sobolewski.
- Tak, panie komandorze.
- Majorze Pech, tu faktycznie chyba trzeba wszcząć procedurę, ale nie
wobec porucznika Sztylca, a jego kolegi. Z tego, co pan mówi, wyraźnie
widać, że Banaszak ustawił to spotkanie. Ale zanim zaczniemy
rozpracowywanie Banaszaka, skończymy tę sprawę. Co z porucznikiem
Radosławem Sztylcem? Znaleźliście jeszcze coś oprócz tego spotkania w Warszawie?
- Nic, panie komandorze. Jak dla mnie przeszedł pierwsze sito.
- Więc teraz czas na drugi etap selekcji. - Głos Sobolewskiego znów
przypomniał syk kobry prężącej się do skoku. Pech mimowolnie zadrżał.
Dopiero dwie sekundy później odpowiedział.
- Rozkaz, komandorze.
***
Siedlce, 26 listopada 1997
- Panie Radku, panie Radku! - Wołanie dozorczyni zaskoczyło Sztylca,
który niemiłosiernie zmęczony wracał z kolejnych trzydniowych ćwiczeń
dzienno-nocnych do swojego niewielkiego mieszkania w Siedlcach.
- Dzień dobry, pani Ireno! Stało się coś?
Radża stanął niemal w postawie zasadniczej przed starszą korpulentną
kobietą, która wiedziała wszystko o wszystkich, a swoją energią mogła
obdzielić jego podkomendnych z batalionu rozpoznawczego. Od dzieciństwa
i czasów, kiedy dozorczyni w jego rodzinnym domu miotłą wybiła mu z głowy pomysły pisania węglem po elewacji, odczuwał przed nimi lekki
strach.
- Niech pan wreszcie opróżni skrzynkę, bo listonosz mi się ostatnio
żalił, że nie ma już gdzie upychać korespondencji. I przypominam, że
pojutrze będą gazownicy. Jak pan ich znowu nie wpuści, to dostanie pan
sporą karę.
Radek zaklął w myślach. Takimi rzeczami zajmowała się kiedyś jego żona.
I choć ze wszystkich sił starał się zapomnieć o tym, że za nią tęskni,
powroty do domu zawsze wywoływały skurcz w sercu.
- Tak jest - opowiedział odruchowo, bo nic sensowniejszego nie przyszło
mu do głowy.
Pani Irena popatrzyła na młodego porucznika ciemnymi oczami i pokiwała
wyrozumiale głową. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Radek zobojętniał
na wiele rzeczy po wypadku żony.
- A jak się już pan uporządkuje, to zapraszam po ciasto. Wyrosło jak
szalone, a pan jakiś taki mizerny ostatnio...
Sztylc podziękował wylewnie i otworzył skrzynkę. Po wejściu do
mieszkania wyjęty z niej stos makulatury cisnął na stół w kuchni.
Najpierw musiał się ogarnąć. Z dużą ulgą ściągnął mocno już wysłużone
wojskowe buciory, cokolwiek brudny mundur polowy, nieco przepoconą
bieliznę i z lubością wszedł pod prysznic. Przez dłuższą chwilę stał pod
strumieniem ciepłej wody i czuł, jak schodzi z niego zmęczenie. Dopiero
po kilkunastu minutach, owinięty jedynie w ręcznik, ruszył do kuchni
zaparzyć sobie herbaty i przejrzeć stan strategicznych zapasów. Na dnie
szafki znalazł dwa zapomniane opakowania nudli z sosem serowym. Skrzywił
się nieco, ale było to jedyne, co nadawało się do jedzenia. Kiedy usiadł
do stołu z miską parujących pseudoklusek, odruchowo zaczął przeglądać
papiery. Dominowały ulotki wyborcze, co tylko pokazywało, jak dawno nie
opróżniał skrzynki. I kiedy już miał całość wyrzucić do kosza, zauważył
awizo z terminem odbioru do dziś. Zerknął na kuchenny zegar, który o dziwo nadal działał. Wskazówki pokazywały dziewiętnastą czterdzieści
pięć. Jednym słowem miał kwadrans do zamknięcia poczty. Zaklął zatem
szpetnie, wskoczył w dres i ruszył do niewielkiego urzędu, który
znajdował się na jego osiedlu.
Na szczęście zdążył. Mocno nadąsana pracownica wydała mu list polecony z pieczątką Ministerstwa Obrony.
Nieco trzęsącymi się rękami Sztylc rozerwał kopertę tuż po wyjściu z placówki ze złotą trąbką w logo. W środku znajdowało się lakoniczne
pismo z monowskich kadr o skierowaniu go na szkolenie. W dokumencie było
napisane, że 27 listopada 1997 roku o godzinie osiemnastej ma się
zgłosić na plac przed Ministerstwem Obrony Narodowej przy alei
Niepodległości 218. Co ciekawe, zaznaczono tam wyraźnie, żeby się stawić
w stroju cywilnym.
Radek był mocno zdziwiony, bo takie wiadomości zazwyczaj odbierał w kadrach macierzystej jednostki wojskowej. A już dwie ostatnie informacje
o ubiorze i godzinie stawiennictwa całkowicie go zaskoczyły. Spojrzał
jeszcze, kto podpisał się pod pismem.
Na dole widniała bezimienna pieczątka Działu Kadr MON. Za cholerę nie
wiedział, o jakie szkolenie chodzi, ale gdzieś w głowie niespodziewanie
pojawił się komandor i jakiś szósty zmysł podpowiedział mu, że to może
być jego sprawka. - Kurwa! - zaklął pod nosem na wspomnienie
szpakowatego oficera o wyglądzie kobry, którego poznał rok wcześniej w Orzyszu. Ale że w wojsku z rozkazami się nie dyskutuje, wiedział już,
gdzie będzie 27 listopada o osiemnastej.
Czasu było niewiele, bo data stawiennictwa wypadała następnego dnia.
U oficera dyżurnego jednostki Sztylc musiał ogarnąć zastępstwo na
wypadającą mu tego dnia służbę. To szkolenie całkowicie rozwalało mu
plany. W dodatku nadawca nie raczył napisać, ile ma trwać ten cyrk.
Sztylc zamierzał to wyjaśnić od razu w pierwszym dniu kursu.
- Pierdolone kadry - znów mruknął oficer do siebie, kierując się do
swojej jednostki.
Po powrocie zajrzał jeszcze do dozorczyni i zostawił jej komplet kluczy.
Pamiętał o gazownikach, a nie uśmiechało mu się płacenie kary.
Następnego dnia o wpół do czwartej Radek zajął miejsce w pociągu relacji
Siedlce-Warszawa, a za kwadrans szósta był już na miejscu zbiórki.
Trochę się zdziwił i zaniepokoił, bo na placu przed ministerstwem było
pusto. Na dworze już ściemniało, temperatura oscylowała w okolicach
zera, a na dodatek rozpadał się deszcz ze śniegiem. Młody oficer już
zaczął podejrzewać, że w piśmie był jakiś błąd, gdy równo o godzinie
osiemnastej granatowy opel omega podjechał na plac i zatrzymał się kilka
metrów od Radka. Z samochodu wysiadł mężczyzna w czarnym garniturze i podszedł do Sztylca.
- Porucznik Radosław Sztylc na szkolenie? - spytał nieznajomy, nie siląc
się na przywitanie.
- Melduję się - odpowiedział mimowolnie służbowo Radek. Trochę to było
głupie, bo obydwaj byli po cywilnemu, a on nawet nie znał gościa,
któremu się zameldował.
Nieznajomy lekko się uśmiechnął. Miał około czterdziestu lat, był
całkowicie łysy, szczupły i wyższy od Radka o głowę.
- Kapitan Jarek. Wojskowe Służby Informacyjne - przedstawił się w końcu,
machając legitymacją przed oczami Sztylca. Mimo że Radża domyślał się,
kto tak naprawdę stał za pismem z kadr MON, teraz przyglądał się
kapitanowi z otwartymi ustami i całkowitą pustką w głowie.
- Wsiadajcie do samochodu. Mamy mało czasu, a w chuj rzeczy do zrobienia
- zakomenderował oficer WSI.
Przez chwilę Radża zastanawiał się, czy dobrze robi, ale podświadomie
wiedział, że nie ma wyjścia. Przecież jeszcze w Orzyszu Sobolewski
powiedział mu, że kiedyś się spotkają. Nieco zrezygnowany wykonał zatem
rozkaz.
Po około dwudziestu minutach podróży Łysol, jak w myślach przezwał go
Sztylc, zaparkował przed hotelem Mazowieckim.
- Idziemy! - powiedział kapitan Jarek, biorąc do ręki dużą czarną torbę,
która do tej pory leżała na tylnym siedzeniu. Sztylc ruszył za oficerem,
taszcząc swój niewielki plecak i zastanawiając się, czy Jarek to imię
kapitana czy nazwisko.
W hotelu okazało się, że pokój już na nich czeka. Po załatwieniu
niezbędnych formalności znaleźli się w dość przestronnym, aczkolwiek
skromnie urządzonym pomieszczeniu. Stały tam szafa, jedno pojedyncze
łóżko, jeden fotel, mały stół i dwa krzesła. Pokój miał widok na
zaciemnione o tej porze podwórze.
Łysy kapitan podszedł do okna, zasłonił kotary, a następnie rzucił
trzymaną torbę na łóżko i wyciągnął z niej dwa komplety granatowych
dresów i adidasy. Potem spojrzał wymownie na Radka i na swój zegarek.
- No co się gapisz? Przebieraj się! Zostało ci pięć minut! - powiedział,
ewidentnie go ponaglając.
- A skąd wiecie, że te dresy będą na mnie pasować? - spytał trochę
zaczepnie Sztylc, biorąc jednak rzeczy i kierując się do małej łazienki.
Nadal nie bardzo wiedział, o co chodzi, ale wspomnienie gadzich oczu
komandora skutecznie wybijało mu z głowy chęć zadawania jakichkolwiek
pytań.
- Nie bądź głupi, sprawdziliśmy to w mundurówce - odpowiedział Jarek,
nie ruszając się z miejsca.
- A po co dwa? - nie ustępował Radek.
- Dowiesz się dzisiaj. - Oficer WSI uśmiechnął się ironicznie. - Teraz
przez kilka dni będziesz poddany selekcji do Firmy - dodał, kierując się
ku drzwiom.
Jak na komendę ktoś zapukał, a Łysy otworzył drzwi.
W tym momencie do pokoju wszedł niewysoki, lekko tęgi mężczyzna, o regulaminowo ściętych blond włosach. Jego wygląd wskazywał, że może mieć
około pięćdziesięciu lat. Taszczył ze sobą dość duże dwie walizki
podróżne.
Burknął pod nosem niewyraźne dzień dobry, postawił bagaże przy stole i zaczął je rozpakowywać.
Sztylc nadal stał w drzwiach do łazienki z dresem w ręku i był coraz
bardziej osłupiały. Blondyn zaczął bowiem wydobywać z walizek liczne
kabelki zakończone niewielkimi mocowaniami, rękaw przypominający ten do
mierzenia ciśnienia i dziwne urządzenie elektroniczne. Radża miał ochotę
się uszczypnąć, bo takie coś widywał wcześniej jedynie na amerykańskich
filmach.
Widząc jego zdumiony wzrok, blondyn odezwał się pierwszy.
- Mam na imię Stanisław i poddam cię badaniu wariograficznemu.
- Sztylc, a ty co, długo się będziesz jeszcze do tej łazienki udawał?
Wciągaj dres i za minutę masz być z powrotem - ostrym głosem odezwał się
Łysy.
Radek posłusznie zatrzasnął za sobą drzwi. Chciał się szybko przebrać,
ale ręce zaczęły mu się trząść z nerwów.
"W co ja się wpierdoliłem?" - myślał, szamocząc się z rękawem od
dresowej bluzy. Na sam koniec przytrzasnął sobie jeszcze brodę suwakiem.
Dwaj oficerowie WSI wymienili nieco rozbawione spojrzenia, kiedy z łazienki usłyszeli gromkie "kurwa mać". Po chwili drzwi się wreszcie
otworzyły i stanął w nich blady jak ściana Radosław.
Blondyn kazał mu usiąść na specjalnym krześle, które, jak się okazało,
było w drugiej walizce. Następnie oplótł go kablami, palce dłoni kazał
wsunąć w czujniki, a na jednej ręce zamontował mu ciśnieniomierz. Na
stoliku stało urządzenie do złudzenia przypominające aparat EKG, tylko
trochę większe i podłączone do sieci przewodów.
Sztylc pamiętał, że wariograf bada ciśnienie krwi, puls, częstotliwość
oddechu. Przypomniało mu się też, że założeniem jego działania jest to,
iż kłamstwo nie jest dla człowieka sytuacją obojętną, niesie ze sobą
duży ładunek emocjonalny. Przez chwilę Radża usiłował sobie przypomnieć,
czy wiedział to z amerykańskich filmów czy z jakiegoś czasopisma
naukowego, które kiedyś prenumerowała jego nieżyjąca żona.
Kiedy lekko otyły blondyn sprawdził okablowanie, dokonał krótkiej
instrukcji.
- Pytania są zamknięte. Odpowiadasz "tak" albo "nie". Zrozumiałeś? -
spytał.
- Tak - odpowiedział lekko speszony Sztylc, patrząc, jak Łysol rozsiada
się wygodnie na fotelu w przeciwległym rogu pokoju z jakąś gazetą. Po
okładce Radek wnioskował, że jest to jeden z cieszących się
popularnością tygodników politycznych. Cały kraj żył zwycięstwem AWS-u i spekulacjami, jak będzie wyglądała polityka nowego rządu.
- Imię?
- Radosław.
- Nazwisko?
- Sztylc...
Przez następne dwie godziny młody porucznik odpowiadał na różne pytania
z krótkimi przerwami.
Koło dwudziestej pierwszej otyły mężczyzna wstał z krzesła i przeciągnął
się.
- To wszystko, dziękuję - powiedział, po czym zaczął zdejmować kable z Radka i pakować sprzęt do walizek.
Dopiero wtedy kapitan Jarek wstał z fotela.
- Dobra, poruczniku Sztylc. Nie ma co się grzebać. Masz pięć minut na
siusiu i jedziemy.
- Dokąd?
- Zobaczysz. Ale weź drugą parę dresów - odpowiedział z nutą złośliwości
Łysy.
Blondyn zabrał swój sprzęt, a na pożegnanie skinął jedynie głową. Po
kolejnych pięciu minutach Sztylc, w towarzystwie kapitana Jarka, jechał
już oplem omegą. Tym razem podróż była jeszcze krótsza. Łysy zaparkował
pod Pałacem Kultury.
- Idziemy! I nie zapomnij dresów! - powiedział, ruszając przodem.
Do pałacu weszli bocznym wejściem i skierowali się ku jednej z licznych
klatek schodowych. Przeszli przez drzwi, które prowadziły do długiego
korytarza. W tym miejscu Radek poczuł charakterystyczny dla pływalni
zapach chloru.
Po chwili znaleźli się przed dość sporymi szklanymi dwuskrzydłowymi
drzwiami. Łysy złapał za klamkę i energicznie je otworzył. Sztylc wszedł
i stanął w potężnym pomieszczeniu, które musiało zajmować kilka pięter
Pałacu Kultury.
Podejrzenia Radka potwierdziły się. Byli na krytym basenie, jakże innym
od tych, które do tej pory widział Sztylc. Podłoga była wyłożona
płytkami w biało-szarą szachownicę. Ściany wykończono marmurami,
podobnie jak ogromne kolumny, które rozdzielały olbrzymie okna. Potężny
basen z dużą, kilkupiętrową skocznią otaczały niewielkie trybuny. Jednak
teraz, oprócz nich, nie było tu nikogo, a pod gładką taflą wody Radek
zobaczył, że niecka basenowa ma kilka głębokości. Mimo że dość dużo
słyszał o tej pływalni, nie przypuszczał, że zrobi ona na nim takie
wrażenie.
Łysy przywitał się z czekającym na nich potężnym mężczyzną w dresie.
- Jesteście spóźnieni - powiedział oschle potężny Dresiarz.
- Wariograf się przedłużył - odparł niedbale Łysol.
- Dobra, czas ucieka, wieczność czeka, a to będzie krótka jazda! -
Dresiarz zachichotał i zwrócił się do Radka.
- Zdejmujesz buty, wskakujesz w dresie do basenu z najwyższej skoczni i płyniesz pod wodą, ile się da. Potem walisz długości basenu, ile dasz
radę. Zrozumiałeś, młody człowieku?
- Ale w dresach? - spytał niepewnie Sztylc.
- Przecież wyraźnie powiedziałem, że nie nago! Jasne, kurwa, że w dresach - odwarknął mu Dresiarz. - No co się gapisz?! Nie mamy całej
nocy! Wdrapuj się na górę i naprzód, żołnierzu!
Radek lubił pływać. Jeszcze w szkole oficerskiej zrobił papiery
młodszego ratownika. Spokojnie mógł przepłynąć tysiąc metrów, ale
właśnie dlatego wiedział, że pływanie w ubraniu jest o wiele trudniejsze
i że nasiąknięte wodą ciuchy ciągną na dno. Basen miał pięćdziesiąt
metrów długości, a jego ogrom Sztylc poczuł, kiedy stanął na skoczni,
dziesięć metrów ponad powierzchnią wody. Spojrzał w dół, wyciągnął ręce
i splótł dłonie przed sobą, wziął głęboki wdech i skoczył na główkę.
Nurkując, poczuł, jak spodnie od dresu zaczynają mu zjeżdżać do kolan.
Musiał je podciągnąć, co go wyhamowało. Popłynął jeszcze kawałek pod
wodą. W końcu, po około dwudziestu metrach, wynurzył się, by nabrać
powietrza. Teraz zaczął płynąć kraulem. Na początku szło mu nieźle.
Jednak po stu metrach powoli zaczął odczuwać ciężar nasiąkniętych
dresów. Po następnych dwustu już opadał z sił. W końcu odpuścił i chwycił się liny oddzielającej tory pływackie, łapiąc powietrze.
- Trzysta trzydzieści metrów - powiedział sucho Dresiarz do Łysola,
który zapisał wynik w notesie.
- Z wody! - padła komenda. Sztylc prawie się wyczołgał na brzeg, ciężko
oddychając.
- Przebierz się i lecimy dalej. To jeszcze nie koniec, poruczniku Sztylc
- powiedział Łysy, stojąc nad głową Radka. Z jakąś dziką satysfakcją
podał mu biały ręcznik.
Kiedy Radek wstał z posadzki, potężnego mężczyzny w dresie już nie było.
Szybko zdjął przemoczone i śmierdzące chlorem ubranie i zaczął się
wycierać. Skóra zapiekła, ale nie miał czasu nawet na prysznic.
Gdy po piętnastu minutach byli już w samochodzie, Radek miał jeszcze
lekko wilgotne włosy. Warszawa powoli się kładła spać. Dochodziła
dwudziesta trzecia, kiedy wjechali na most Śląsko-Dąbrowski.
- Dokąd jedziemy? - zapytał niepewnie Radek, choć niespecjalnie liczył
na odpowiedź.
- Do Zielonki, na strzelnicę - odpowiedział Łysy. I trochę tym Sztylca
zaskoczył.
- Tam będziesz miał test biegowy na trzy kilometry i strzelanie. Tak
więc wyrównaj oddech i odpocznij chwilę. Za pół godziny będziemy na
miejscu.
Trzydzieści minut późnej dojechali do niewielkiego budynku z napisem
Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia. Mieścił on sporą strzelnicę, na
której testowano broń i amunicję dla armii - zarówno przed zakupem, jak
i tę, którą konstruowano w Polsce. Sztylca niespecjalnie zatem zdziwiło,
że tu trafili. Minęli bramę, w której Łysy pokazał przepustkę, i wjechali w ciemną uliczkę. Asfalt szybko się skończył, ale jechali
jeszcze dobre dziesięć minut, zanim stanęli przy starym bunkrze.
- Słuchajcie, poruczniku, jesteśmy przy bunkrze w Osowie. Tu zacznie się
test biegowy. Zadanie jest proste. Biegniecie drogą, którą tu
przyjechaliśmy. Odległość to trzy kilometry, oczywiście na czas. Po
ukończeniu biegu będziecie na wysokości strzelnicy. Tam was czeka test
strzelecki w warunkach nocnych, który wykonacie bezpośrednio po biegu.
- Z czego będę strzelał? - spytał Radek, który już w Szkole Oficerskiej
sporo strzelał na tak zwanym zmęczeniu.
- Dowiecie się na miejscu. Nie powinno być raczej zaskoczenia. Ja będę
teraz powoli jechał za wami i kontrolował wasz czas - to mówiąc, Łysy
wyjął stoper z kieszeni.
Radek wysiadł z samochodu. Na szczęście przestało padać, więc wciągnął
świeże, ale lekko mroźne powietrze. Dwa pierwsze wdechy sprawiły mu
wręcz przyjemność, bo w nozdrzach ciągle miał zapach chloru. Jednak już
po chwili poczuł, że jego wilgotne włosy robią się coraz zimniejsze.
Spojrzał w stronę Łysola i lekkim skinieniem głowy dał mu znać, że jest
gotowy.
- Czas start! - padła komenda, a Radek ruszył biegiem przez las. Drogę
oświetlały mu reflektory jadącego za nim powoli opla.
Sztylc trenował kiedyś bieganie i nadal uwielbiał to robić. Na dodatek
przypomniały mu się testy sprawnościowe, które zaliczał w nieodległych
czasach szkoły oficerskiej, więc bardzo szybko wpadł w rytm. Nie chciał
się żyłować, bo wiedział, że jeszcze ma przed sobą strzelanie. Ale nie
zamierzał też ciągnąć nogi za nogą. Jego życiówka na trzy kilometry z bronią w szkole oficerskiej wyniosła dziesięć minut pięćdziesiąt pięć
sekund, ale teraz chciał przebiec w okolicach dwunastu minut. Biegł
miarowo. Na szczęście szutrówka była równa. Samochód wolno toczył się za
nim. O dziwo koniec dystansu był oświetlony. Im bliżej było do źródła
światła, tym bardziej zaczął rozpoznawać, co się dzieje na mecie. Stała
tam wiata, nad którą paliła się lampa. A pod nią czekało dwóch ludzi.
Kiedy ich mijał, z samochodu za sobą Radża usłyszał głośną komendę: -
Stop!
Zatrzymał się zatem, starając się jak najszybciej wyrównać oddech,
którego mgiełka była widoczna w świetle lampy.
Tymczasem Łysy wysiadł z opla i przywitał się z mężczyznami, którzy na
nich czekali, a w stronę porucznika rzucił jedynie krótką komendę: -
Idziemy!
Po chwili wszyscy stanęli pod wiatą, Sztylc zaś czuł, że wygenerowane
biegiem ciepło szybko zaczyna z niego wyparowywać. Skupił się jednak na
kolejnym zadaniu.
- Będziesz strzelał z SWD, kbk AK i pistoletu P-83. Jak widzisz, pole
tarczowe jest oświetlone. Zaczynamy od SWD. - Nieznajomy w polowym
mundurze z dystynkcjami majora podał mu karabin i magazynek. Zanim
jeszcze przygotował broń, Radek usłyszał kolejną komendę.
- Poruczniku! Podaję warunki strzelania. - Sztylc mimowolnie się
uśmiechnął. Ileż to razy taki sam tekst serwował swoim podwładnym na
strzelnicy... - Strzelacie z postawy strzeleckiej, leżąc, do trzech
sylwetek "obserwatora" na odległość dwustu-trzystu metrów. Sylwetki będą
pokazywać się po kolei, każda na dwadzieścia sekund. Ilość amunicji
sześć sztuk - powiedział bezimienny oficer.
- Na rubież otwarcia ognia marsz! - padła kolejna komenda.
Sztylc zareagował odruchowo. Ruszył i po chwili przyjął postawę
strzelecką, leżąc. Trzysta metrów przed nim zamajaczył podświetlony cel.
- Ładuj!
- Ognia!
Radek poczuł, jak przechodzi na tryb bojowy. Ledwie pamiętał, że
bezimienny major zmienił mu broń - najpierw dostał kałasznikowa, a potem
pistolet. Za każdym razem oficer podawał mu warunki strzelania, a on je
wykonywał. Po około dwudziestu minutach, które Radży minęły jak zaledwie
chwila, było po wszystkim. Nikt mu nie mówił o ocenach, ale widział, że
poszło mu nieźle.
Kiedy Sztylc podszedł po ostatnim strzelaniu do wiaty, usłyszał kawałek
rozmowy między bezimiennym majorem a kapitanem Jarkiem.
- To przedostatni, więc znikajcie stąd szybko, kapitanie. My tu jeszcze
kolejnego musimy obrobić.
Do Radka dotarło, że nie on jeden właśnie zdaje nocny egzamin do WSI...
- Poruczniku, do wozu! - powiedział Łysy. Był nieco zły, że Radek
usłyszał ich wymianę zdań.
Sztylc wykonał polecenie bez szemrania. Wnętrze samochodu ciągle było
nagrzane, a on czuł pierwsze dreszcze. Wychłodzenie organizmu powoli
dawało o sobie znać.
Opel ruszył, a przy bramie minęli się z innym samochodem osobowym
wjeżdżającym na teren instytutu.
- Jutro podjadę pod hotel o siódmej rano. Masz już czekać. Jeśli cię nie
będzie albo się spóźnisz, dla mnie będzie to znaczyło, że zrezygnowałeś.
Jeśli ja nie przyjadę, to znaczy, że ten etap był końcem selekcji.
Rozumiesz?
- Tak - odpowiedział Sztylc. - A ten koniec... - zaczął niepewnie.
- Przecież powiedziałem. Jeśli nie podjadę pod hotel, wtedy się pakujesz
i wracasz do domu. Hotel jest opłacany przez nas, więc nie musisz nic
regulować.
Była druga w nocy, kiedy Radek wysiadł pod Hotelem Mazowieckim. Opel
odjechał, a on ruszył do pokoju. Tam zwalił się na łóżko jak stał,
zdejmując tylko buty. Wiedział, że za cztery godziny musi wstać, zjeść
śniadanie i ustawić się przed hotelem. Z tym postanowieniem zasnął.
Następnego dnia zerwał się nerwowo i spojrzał na zegarek. Do siódmej
brakowało siedmiu minut.
- Kurwa! - zaklął i ruszył w kierunku drzwi, podskakując na jednej nodze
i nakładając na drugą but.
Punkt siódma stał jednak przed hotelem, dopijając kawę w plastikowym
kubku, którą wyżebrał na recepcji. Gdy nadeszła siódma trzy, Łysola
jeszcze nie było. Sztylc zaczął czuć coś na kształt rozczarowania. Miał
już wracać do hotelu, żeby spokojnie zjeść śniadanie i ruszyć do
Siedlec, kiedy na parkingu zatrzymał się znajomy opel. Łysol opuścił
szybę i rzucił:
- A pan, poruczniku, to specjalnego zaproszenia potrzebuje?
Radek zgniótł trzymany w ręce kubek, wrzucił go do pobliskiego kosza i wsiadł do samochodu.
Łysol ruszył bez słowa. Po około trzydziestu minutach znaleźli się pod
olbrzymim budynkiem otoczonym wysokim ogrodzeniem. Wjazdu do niego
strzegła całkiem spora wartownia. Radek znał to miejsce. Był to
Centralny Szpital Kliniczny WAM na Szaserów.
Stojący na straży młody żołnierz zasalutował regulaminowo na widok
blachy Łysola. Kapitan skierował samochód na drogę dla karetek. Minęli
jednak główny budynek szpitala i wąską uliczką biegnącą przez chwilę
wzdłuż lądowiska dla śmigłowców dojechali na tył całego kompleksu. Radek
ze zdziwieniem zauważył, że dochodziła tam bocznica kolejowa. Łysy
zatrzymał samochód wśród kilku podobnych i wydał krótką komendę:
- Idziemy!
A Sztylc rad nierad ruszył za nim.
Łysol szedł pewnym krokiem w kierunku niepozornych metalowych drzwi
znajdujących się na tyłach jednego z licznych budynków szpitala.
Prowadziły one do długiego korytarza, na końcu którego znajdowała się
klatka schodowa. Łysol zszedł na poziom piwniczny, a Radek poszedł w jego ślady. Sceneria przypominała tę z filmów grozy klasy C. Ciemności
długiego, pustego korytarza, do którego doprowadziły ich schody,
rozpraszały nieliczne jarzeniówki o mdłym świetle. Po chwili Łysol
otworzył jedne z bocznych drzwi prowadzące do długiego na dwadzieścia
metrów kolejnego pustego korytarza. Następnie przeszli przez kolejne
drzwi, a za nimi stała już niewielka grupka ludzi. Wszyscy, tak jak
Radek, ubrani byli w granatowe dresy i takie same adidasy.
- Dołącz do grupy - powiedział Łysy.
W tym samym momencie padła głośna komenda.
- W dwuszeregu zbiórka!!!
Zebrani oficerowie zareagowali odruchowo i przez chwilę na korytarzu
było słychać tylko szuranie butów, po czym cała grupa ustawiła się
karnie.
Przed nimi stanął mężczyzna w szarym garniturze. W mdłym świetle trudno
było oszacować jego wiek, ale Radży wydawało się, że musi być koło
sześćdziesiątki.
- Panowie, dziś zaczynacie testy. Nie powiem wam, ile będą trwały. Nie
powiem wam, ilu z was je zaliczy, bo o tym dowiedzą się ci, co je
przejdą. W trakcie testów obowiązuje was bezwzględny zakaz rozmów. Za
moimi plecami są drzwi. Wchodzicie po kolei. Przy wejściu otrzymacie ode
mnie numer, który położycie na ławce. Przez cały okres testów będziecie
dla mnie numerami. Myślę, że wyraziłem się jasno, więc nie oczekuję
pytań. Zaczynamy! - zakomenderował.
Sztylc wszedł z numerem 11 i usiadł w wolnej ławce. Sala po chwili
zapełniła się. Radek zdążył policzyć, że zdających było w sumie
dwudziestu pięciu.
Testy na inteligencję i psychologiczne trwały dwanaście godzin, z przerwą na krótki posiłek, który wjechał na takim wózku, z jakiego
salowe rozdawały jedzenie chorym. Żarcie było typowo szpitalne, ale
Sztylc nie wybrzydzał. Był głodny jak wilk, bo ostatnie, co zjadł, to
śniadanie w domu.
Kiedy po całym dniu Radek wrócił do hotelu, padł na łóżko i zapadł w ciężki sen pozbawiony marzeń. Rano znów wstał kilka minut przed siódmą i ledwo zdążył, a po hotelowych schodach prowadzących na parter prawie
biegł. Tym razem Łysol był punktualnie.
- Kto przychodzi na czas, już jest spóźniony - rzucił tylko, zanim
odpalił samochód.
Drugiego dnia do testów przystąpiło już tylko dwudziestu oficerów. Tym
razem nie weszli do tej samej sali. Starszy mężczyzna poprowadził ich
długim korytarzem do kotłowni, gdzie stały rozstawione stoliki. W trakcie testów do pomieszczenia kilkakrotnie wchodzili ludzie w białych
kitlach i wkładali do pieca stare brudne bandaże oraz inne zużyte środki
opatrunkowe. Sztylc domyślał się, że było to celowe działanie, ale to go
nie dekoncentrowało.
Kolejnego poranka Radek obudził się o szóstej, więc pierwszy raz od
trzech dni mógł spokojnie się umyć i zjeść śniadanie w hotelowej
restauracji.
Tego dnia na korytarzu w podziemiach szpitala stało ich już tylko
siedemnastu. Tym razem prowadzący zaimponowali Sztylcowi, jeśli można to
tak nazwać. Testy przeprowadzono w prosektorium, a rozwiązywali je na
stołach stojących między nieboszczykami przykrytymi prześcieradłami. W pierwszym momencie Radek nie mógł się skupić. Po pierwsze, było
przejmująco zimno, a granatowy dres był cienki. Po drugie, Sztylc czuł
zapach leżących obok niego zwłok i to go mocno rozproszyło. Testy trwały
dziesięć godzin z przerwą na szybki szpitalny posiłek, który na
szczęście dostali na korytarzu.
Po powrocie Radek wziął prysznic i przebrał się we własne ciuchy. Wyprał
też oba dresy. Ten pierwszy zdążył już wyschnąć, ale ciągle
niemiłosiernie śmierdział chlorem. Z kolei ten drugi przeszedł zapachem
prosektorium. Oba ładnie rozwiesił na kaloryferze i bez zwracania
niczyjej uwagi poszedł na kolację do hotelowej restauracji. Mimo że
posiłek był raczej skromny, smakował mu wybornie.
Kolejnego dnia Radek wstał otumaniony. Nawet podwójna kawa na śniadanie
niewiele dała. Bolała go głowa i było mu niedobrze. Mimo to wsiadł do
czarnego opla.
W piwnicach szpitala zostało już ich tylko dziewięciu, ale tym razem do
sali wchodzili pojedynczo w odstępach godzinnych. Sztylc jako trzeci.
Naprzeciwko drzwi w półkolu siedziało siedmiu mężczyzn. Za nimi stały
dwie lampy, więc mimo usilnych starań Radek nie mógł rozpoznać ich rysów
twarzy - snop światła bijący ze stojących lamp raził go po oczach.
- Numer jedenaście? - padło.
- Tak jest - odpowiedział Radek, mrużąc oczy. Pierwsze pytanie nieco go
zaskoczyło.
- Proszę podać uzbrojenie BWP!
- Armata siedemdziesiąt milimetrów, PPK Malutka, KmPK - odpowiedział z automatu, znając takie parametry na pamięć.
- Jaki jest zasięg ognia skutecznego kbk AK?
- Czterysta metrów.
- Kto namalował Damę z łasiczką?
- Yyyy... Leonardo da Vinci - wypalił Sztylc, wyciągając tę informację z zakamarków pamięci i orientując się, że nie tylko jeden rodzaj pytań
jest przewidziany.
- Ile wynosi liczba pi?
- Trzy i czternaście, w przybliżeniu oczywiście.
- Gdzie mieści się siedziba NATO?
- W Brukseli.
- Proszę odpowiadać pełnymi zdaniami, numerze jedenaście... - powiedział
stanowczy głos z prawej strony sali.
Radek nie wiedział, kto zadaje pytania. Ale rozstrzał tematyczny
całkowicie go zaskoczył. Przestał patrzeć na komisję i spuścił wzrok na
kafelki podłogowe, by światło lamp go nie raziło. Skupiał się już tylko
na poprawnych odpowiedziach, jeśli oczywiście je znał...
- Jakie przesłanie ma nowy film Pasikowskiego?
- Nie oglądałem.
- Kiedy był pan ostatni raz w teatrze, na jakiej sztuce i czy się panu
podobała?
- Faust, Teatr Wielki, tak, podobała mi się. - Sztylc na chwilę się
zawiesił. Przypomniał sobie, jak pięknie wyglądała jego żona, kiedy
jechali na ten spektakl. Nie miał jednak czasu na sentymentalne
rozważania.
- Jakie śmigłowce ma nasza armia na uzbrojeniu?
- Mi-17 i Mi-2, Mi-28...
- Pełnymi zdaniami, numerze jedenasty. Ile razy mam o tym przypominać? -
Głos z prawej strony sali przypominał syk węża i był Sztylcowi dziwnie
znajomy.
- Jaka jest pana ulubiona książka?
- Ulubiona książka to opowiadania i saga o Wiedźminie Andrzeja
Sapkowskiego, właśnie wyszła kolejna część, Wieża Jaskółki -
odpowiedział Sztylc.
- Proszę podać kaliber armaty czołgu T-72? - Ktoś znów wrócił na tory
wojskowe.
- Kaliber armaty czołgu T-72 to sto dwadzieścia pięć milimetrów.
- Kiedy był pierwszy rozbiór Polski?
- Pierwszy rozbiór Polski był w 1772 roku.
- Jak często czyta pan gazety i jakie, co w nich najbardziej pana
interesuje?
- Nie mam czasu na czytanie gazet.
- Jaki jest główny czołg na uzbrojeniu Rosji?
- Głównymi czołgami na uzbrojeniu armii rosyjskiej są T-72 i T-80.
- Jaka jest struktura polskiej brygady pancernej?
- W skład brygady pancernej wchodzą: trzy bataliony pancerne, dwa
zmechanizowane, dywizjon artylerii, kompania rozpoznawcza, kompania
łączności...
Kolejne pytanie przerwało znów odpowiedź Radka. Sztylc wiedział, że ma
to na celu wybicie go z rytmu.
- Czy Chiny pokonałyby Rosję?
- Moim zdaniem Chiny mają większy potencjał militarny. Ale trudno jest
powiedzieć, kto by wygrał... zależy, czy wojna byłaby tylko
konwencjonalna, czy też z użyciem środków masowego rażenia.
- Ilu jest mieszkańców Kanady i jakie są tam języki urzędowe?
- Kanadę zamieszkuje siedemnaście milionów osób. Urzędowe języki to
angielski i francuski.
- Jakie miasto jest stolicą Australii?
- Canberra.
Sztylc powoli tracił poczucie czasu, a natłok pytań zaczynał mu ciążyć.
Wiedział, że jeszcze chwila i nawet na tak proste pytanie jak o wynik
dodawania dwa plus dwa odpowie, że nie wie.
- Dziękuję, może pan wyjść, numerze jedenaście.
Sztylc nie do końca zrozumiał, co usłyszał.
- Czy można powtórzyć pytanie?
- Nie ma pytania. To już koniec. Może pan wyjść. - Ton głosu wskazywał,
że mężczyzna był nieco rozbawiony.
Radek podziękował i machinalnie opuścił pomieszczenie. Nie wiedział,
kiedy znalazł się w samochodzie. Dopiero w połowie drogi zorientował
się, że są już w centrum Warszawy. Łysy kapitan nie odzywał się. W końcu
podjechali pod hotel.
- Pokój masz zarezerwowany do jutra. Wyśpij się - powiedział kapitan
Jarek i mrugnął porozumiewawczo z lekkim uśmiechem...
- Dzięki - odpowiedział Sztylc i wysiadł z samochodu. Po chwili był już
w pokoju. Nie rozbierając się, padł na łóżko i zasnął.
***
Po wyjściu numeru 22 z sali z lampami komandor Sobolewski wstał z krzesła, dając tym samym sygnał pozostałym, że mogą zrobić to samo. Ktoś
zapalił górne oświetlenie. Mężczyźni popatrzyli po sobie. Im również
dziewięć godzin, z niewielkimi przerwami, dało się we znaki. Selekcja
została zakończona. Teraz trzeba było ocenić zebrany materiał i dokonać
ostatecznego wyboru...
1. Tamar
1.
Tamar
Bagdad, Irak, 28 września 2007
- Allahu Akbar!1
Piskliwe zawodzenie muezzina zwiastowało nadchodzący świt.
- Subhana Allahi wa-bihamdihu, subhana Allah l-'azim...2
Słowa wezwania na salat, czyli tradycyjną, odmawianą pięć razy dziennie
modlitwę, niosły się po mieście.
- A'uzu bi-llah min asz-szajtani ar-radżim...3
Chwilę później dało się słyszeć pierwsze trzaśnięcia drzwi domów,
których mieszkańcy ruszali do meczetów na modlitwę. Powoli wynurzająca
się tarcza słońca szybko ogrzewała rześkie powietrze, wyrywając spod
panowania nocy kolejne kawałki przedwiecznego miasta. Kiedyś -
prawdziwej stolicy świata. W czasach, gdy dostojne imperium rzymskie
było już tylko odległym wspomnieniem, Bagdad dopiero powstawał. Szybko
jednak wyrósł na prawdziwą perłę kultury, nauki i handlu i stał się
stolicą innego potężnego imperium. Śniadych, ciemnookich, dumnych ludzi,
którzy zaczęli podporządkowywać sobie świat.
Podobnie jak niegdyś Rzymem, miastem tym władali ludzie nikczemni i piękni. Dumni i szaleni. Aż do czasów, kiedy wziął je sobie i objął
mocną ręką szalony tyran.
Tyran ten był przybłędą, urodził się poza pięknym i dumnym miastem,
które przez setki lat wyrosło na diament w regionie nazwanym później
Bliskim Wschodem. Obalił dotychczasowego króla i objął rządy w państwie.
Początkowo, choć okrutny, był szczodry. Dał zagubionym pośród piasku i kamieni półdzikim poddanym namiastkę lepszego życia. Dał im leczenie i telefon. Dał drogi i fabryki, które szczodrze budowali przybysze z dalekich krain. Ale dał też poczucie niepewności i strachu. Okrutną
tajną policję i rządy terroru. Poszedł na wojny, których nie umiał
wygrać. A to doprowadziło go do krwawego szaleństwa, na które świat nie
mógł patrzeć bezczynnie.
Jedna wojna przechodziła w drugą, a kraj, jeszcze niedawno piękny i dumny, stał się obszarem terroru, śmierci i grozy. Aż w końcu tyran,
który był postrachem i mordercą własnych poddanych, upadł. Wydał go
własny ochroniarz i cały świat widział, jak niegdyś dumnego wojskowego w berecie i z zawadiackim wąsem obcy żołdacy wyciągają jak szczura z nory.
Wtedy przestał być straszny, a stał się żałosny.
Kiedy kaci zarzucali mu stryczek na szyję - przeklinał ich i zwycięskich
żołdaków zza oceanu. A kiedy w końcu zawisł, kraj, który niedawno go
fetował - eksplodował radością. By chwilę później ponownie wpaść w spiralę krwawej wojny, tym razem domowej.
Trwała ona lata. Ludzie ginęli. Zniszczona, posiekana kulami swoich i obcych żołnierzy stolica, niegdyś klejnot Biskiego Wschodu, stała się
ponurym, dymiącym rumowiskiem. Okupowanym, wstrząsanym walkami,
wybuchami, zamachami. Kochanym trudną miłością przez mieszkańców i przeklinanym przez przybyszy zza wielkiej wody, którzy bali się go;
jakże innego i różnego od ich sytych, leniwych, zachodnich miast. Jak
jednak od setek lat, mieszkańcy miasta ruszali do świątyń, by pomodlić
się do swojego Boga. O zdrowie. O pracę. O to, by ten zechciał ulżyć ich
cierpieniom i pozwolił im przeżyć kolejny dzień. Choć nie wyznawali
Chrystusa, codziennie brali na swoje ramiona niewidzialny krzyż, który w ostatnich latach stawał się coraz większy i cięższy. Choć upadali, to
podnosili się i w nieopisanej męce nieśli go dalej. Kiedy mieli dość -
chwytali za broń. I ginęli. Z imieniem Allaha na ustach.
- Assalamu 'alai'kum warah'matullaah4 - zakończył
długie wezwanie nawołujący do modlitwy muezzin. Były ostatnie dni
września. Według kalendarza niewiernych 2007 roku.
Nad Bagdadem wstał świt.
***
Dochodziła dziesiąta rano, gdy do drzwi niewielkiego posterunku irackiej
policji podeszli kobieta i mężczyzna. Ulica - właściwie uliczka, przy
której się mieścił - dochodziła niemal do brzegów rzeki Tygrys. Kończyła
się wysokimi na około trzy metry T-wallami, a w połowie była dodatkowo
zamknięta mniejszymi blokadami, z żółtym pasem na szczycie. Pasy te
malowali własnoręcznie pracownicy polskiej ambasady, która była położona
na końcu uliczki prowadzącej do głównej ulicy całej dzielnicy o wdzięcznej nazwie Karada, sąsiadującej z dzielnicą Dora.
Ambasada przemieniona była w twierdzę. Naprzeciwko nieruchomości
okolonej wysokim murem znajdował się budynek ochrony, w którym
zamieszkiwali przydzieleni do obstawy placówki funkcjonariusze Biura
Ochrony Rządu.
Była to dwunastoosobowa grupka tęgich, uzbrojonych po zęby zabijaków,
której szefem był major Jędrzej Gulbiński. Podzielona została na dwa
zespoły, z których jeden przebywał na stałe w budynku ambasady, a drugi
- rezerwowy - mieszkał naprzeciwko. Ze względu na podobieństwo nazwiska
Gulbińskiego do jednego z polskich hierarchów kościelnych i na to, że
pochodził z Wrocławia, major nazywany był w biurze Biskupem. Dowodzeni
przez Biskupa BOR-owcy stanowili ostatnią linię obrony placówki i swoją
pracę traktowali niezwykle serio. Gulbiński zaś, niewysoki, ale żylasty
i twardy czterdziestodwulatek, ściśle przestrzegał, by jego podwładni,
których pieszczotliwie nazywał "gąskami", byli czujni, zwarci i gotowi.
Prócz tego dyplomaci mieli niepisaną umowę z właścicielem sąsiadującej z placówką posesji, że gdyby zrobiło się naprawdę gorąco, mogą uciekać do
jego domu. Amir Telki - bo tak nazywał się ów dżentelmen - był zresztą
człowiekiem instytucją. Oprócz tego, że prowadził sklep, do którego, jak
przekonywał, stale dokładał, miał jeszcze jeden walor ważny dla obsady
polskiej placówki. Jako chrześcijanin mógł handlować alkoholem i robił
to. Rzecz jasna, sprzedając alkohol także tym Irakijczykom, których
związek z religią Chrystusa był co najmniej wątpliwy. Wszyscy jednak
Polacy jak jeden mąż zadeklarowali się Amirowi jako gorliwi katolicy, a kiedy dodatkowo dowiedział się, że jeden z nich jest biskupem, stary
subiekt uśmiechnął się szeroko jak wieloryb cieszący się z towarzystwa
Jonasza. Hojnie dotowany przez Polaków biznes starego Irakijczyka kwitł,
a on i jego ludzie mieli dyskretne oko na posterunek. Polakom
towarzyszyło bowiem graniczące z pewnością podejrzenie, że sześciu
drabów z nieodłącznymi czarnymi wąsiskami i pewnymi lukami w uzębieniu
nie jest stuprocentowo lojalnych wobec nowej administracji irackiej. Tak
czy inaczej, Polacy nie mogli okazać Irakijczykom jawnego afrontu i posterunek trwał. Teraz zaś pukająca do jego drzwi kobieta usłyszała ze
środka jakiś ruch.
Okutana w czarną al-amirę5 Tamar - bo to ona waliła w drzwi -
denerwowała się. Z Gruzji uciekła kilka miesięcy wcześniej po ataku, w trakcie którego jej ukochany Czarny oraz jej wuj zostali ciężko ranni.
Była twardą pół Gruzinką, pół Czeczenką, ale zamach na posiadłość wuja
Giorgiego i długa ucieczka mocno nadszarpnęły siłami kobiety.
Dlaczego wybrała akurat Irak? Po pierwsze, ze względu na Giorgiego,
który wręcz nakazał jej ucieczkę z Gruzji. Po drugie, ze względu na
słowa ciężko rannego Polaka leżącego na jej rękach, który zdołał
wykrztusić, by znalazła w Bagdadzie niejakiego Winiarskiego... i Sztylca.
Potem wykasłał z siebie ogromny bąbel krwi i odpłynął w ciemność. Wuj
Giorgi nakazał jej natychmiast opuścić Gruzję. Dziewczyna początkowo nie
chciała zostawiać starego krewnego, szczególnie rannego, jednak handlarz
bronią pozostał nieugięty. Kiedy doszedł do siebie na tyle, że był w stanie wstać z łóżka, do zagadnienia ewakuacji podszedł metodycznie i sprawnie. Czarny nie odzyskiwał przytomności i w ocenie wszystkich od
śmierci dzieliły go tylko godziny.
Wuj mimo protestów dziewczyny zabrał ją z posiadłości, która po ataku
była spalona. Zawiózł ją do miejsca, którego nie znała nawet ona -
wysoko w góry, do niedużego, zrujnowanego domu. Był zaszyty tak głęboko
w dolinach i żlebach, że po dwóch godzinach marszu Tamar zupełnie
straciła orientację. W końcu dotarli. Pomogła postrzelonemu w rękę
Giorgiemu odkopać spod śniegu wejście do ziemianki. Do środka jednak
starzec wszedł sam. Spędził tam niedługą chwilę, a gdy wrócił, dał jej
niewielki, starannie zawinięty w folię i oklejony taśmą pakuneczek.
- Pilnuj go dobrze, bo w środku jest dwieście tysięcy dolarów -
powiedział, a dziewczyna omal nie zemdlała.
- To twój fundusz na podróż do Iraku - mówił dalej. Gdy zaczęła
protestować, stary uciął krótko jej słowa.
- Pojedziesz, znajdziesz tych dwóch, o których mówił Polak, i wrócisz.
Albo polecisz do Polski i jak trochę przycichnie, zjawisz się tu. Masz
pieniądze, ja ci pomogę - przekonywał starzec.
Tamar dąsała się i płakała, ale po namyśle, fakt, że krótkim, przyznała
mu rację. Sytuacja w Gruzji była niebezpieczna, ich dom - spalony, a licho wie, co jeszcze mogło się zdarzyć. Kiedy wrócili do posiadłości u stóp Kaukazu, gdzie wciąż widać było plamy krwi, Tamar zaczęła się
pakować i ruszyli do Dagestanu. Tam dopiero Giorgi unaocznił jej, jak
duża była jego moc i jak głęboko sięgały jego kontakty.
Tamar wiedziała oczywiście, że stary handluje bronią, która trafia na
Bliski Wschód. Taka profesja ma jednak kilka niedogodności. Po pierwsze,
jest bardziej niebezpieczna od obrotu suszonymi tuszkami stynki. Po
drugie, wymaga jeśli nie pomocy, to przynajmniej życzliwej obojętności
służb kontrwywiadowczych. Czasem jednak obojętność ta przeradzała się w niechęć. I wtedy sprawa zaczynała cuchnąć bardziej niż nawet tona
suszonej stynki.
Giorgi stanął więc na rzęsach, opłacił liczne grono osób i po dwóch
dniach znaleźli się w Dagestanie. Tam dopiero pokazał zdziwionej Tamar
całą swoją moc. Korzystając z sieci "partnerów biznesowych",
skontaktował się ze swoimi ludźmi w Kurdystanie, gdzie miała trafić
Tamar.
- Tu będziesz bezpieczniejsza niż w Gruzji - przekonywał, a na jej
wściekłe fuknięcia, że Irak nie jest dziś najbardziej bezpiecznym
miejscem na Ziemi, zareplikował przytomnie, że "w Telawi nas znaleźli, a do Iraku jest dalej i Rosjan lubią jeszcze mniej niż w Gruzji". I tak
Tamar ruszyła na południe.
Po tygodniu była już w Turcji - wciąż towarzyszył jej Giorgi - a dwa
tygodnie później dotarli do niedużego miasteczka Derecik, skąd Tamar
miała zostać przerzucona do Kurdystanu. I tak się stało. Po kilku dniach
kluczenia trafiła do miasteczka Deralok, które dzieliła na pół rzeka
Wielki Zab. Tam przywarowała i zapadła w niebyt. Oczywiście była z początku samotna i przerażona bez wuja, ale kiedy po mniej więcej trzech
tygodniach przybył do niej kurier z instrukcjami i posłannictwem od
Giorgiego, poczuła się nieco lepiej. Była potomkinią Czeczenów, a ci nie
poddawali się łatwo, więc Tamar zaczęła działać.
Przede wszystkim zaczęła uczyć się arabskiego i zaangażowała się w życie
kurdyjskiej wspólnoty. Z biegiem tygodni odkryła, że daje jej to
satysfakcję, a opieka Kurdów zaczęła jej odpowiadać.
W lipcu przeniosła się do Irbilu. Spędziła tam dwa miesiące. Kontaktom
Giorgiego - oczywiście wspartym jego dolarami - zawdzięczała to, że
zaczęła pomagać w lokalnym sklepie, a miejscowi, dumni i nieufni jak jej
pobratymcy Czeczeni, zaakceptowali ją. Około połowy września do Irbilu
przyjechał Zaman. Rosły bojownik, o szczęce równie kwadratowej jak bary,
przekazał jej informację, że niebawem wyruszą do Bagdadu. Tamar była
gotowa i nawet się ucieszyła, że wreszcie coś zaczyna się dziać.
Nie minęły dwa tygodnie, gdy stała u drzwi niedużej placówki irackiej
policji, w samym środku owianej złą sławą dzielnicy Karada. Mimo że
towarzyszył jej Zaman, a dwóch jego znajomych robiło zakupy w sklepiku,
by następnie udać się do niedużej, ale działającej kawiarni, Tamar była
zdenerwowana.
Cała trójka Kurdów była Peszmergami, zaprawionymi w bojach wojownikami,
od lat funkcjonującymi w realiach walki o życie. Walczyli z Turkami, z Saddamem, Irańczykami, sunnitami, szyitami... Kolejka chcących zniszczyć
Kurdystan była długa, więc lepszych ochroniarzy nie mogła sobie
wymarzyć. Nie zmieniało to jednak faktu, że teraz czuła się sama. Stojąc
przed ciężkimi, ewidentnie wzmocnionymi drzwiami placówki, w samym sercu
bagdadzkiej "czerwonej strefy", Tamar była przerażona tym, co musi
zrobić. Choć towarzyszył jej Zaman, który potrafił dogadać się po
rosyjsku, brakowało jej pewności siebie. Odwrotu jednak nie było. Czas,
który spędziła w Kurdystanie, dał jej pewność, że ewakuacja - choć sama
myślała o niej jako o ucieczce - z Gruzji była dobrą decyzją jej wuja.
Lekki wiatr z południa oprócz typowego odoru miasta niósł także
delikatny zapach rzeki Tygrys. Po dłuższej chwili ciężkie drzwi
skrzypnęły i wyszedł zza nich mężczyzna w średnim wieku, ubrany w niebieską koszulę i czarny beret irackiej policji. Miał około
pięćdziesięciu lat, spore brzuszysko i nieprzyjemnie wyglądającą bliznę
na lewym policzku. Z wnętrza posterunku woniało świeżą kawą, nieświeżym
facetem i smażeniną.
- Czego? - warknął po arabsku. Po miesiącach spędzonych w Kurdystanie
Tamar wiedziała, że mówi z akcentem ze środkowego Iraku.
- Salam alejkum, panie - powiedział Zaman bezbłędnym miejscowym
arabskim, bez śladu akcentu. Plan dopracowali wcześniej w szczegółach.
Przegadali go tyle razy, że wybudzona ze snu Tamar mogła wyrecytować
całkiem znośnym arabskim swoją historię. Ale uznali, że na początku
będzie mówił Zaman.
- Nazywam się Fajsal, a to moja siostra Karima. Jesteśmy umówieni z panem Dżamalem Zaadim z ambasady - powiedział miękko Zaman.
- Nie ma go. Wynocha! - burknął Blizna i zaczął się odwracać, ewidentnie
chcąc znaleźć się w środku.
- Wola Allaha, panie oficerze. Czy zechciałby pan w takim razie
przekazać mu wiadomość, kiedy wróci?
- Nie wiem, kiedy wróci, wynocha - powtórzył policjant.
- Oczywiście - Zaman wiedział, jak prowadzi się takie rozmowy - nasza
wdzięczność obejmie także pana.
Trafił, bo w oku policjanta zjawił się błysk ciekawości.
- Może będzie jutro.
- Allah jest wielki - perorował dalej Zaman. Tamar stała obok,
spuszczając skromnie oczy i trzymając się lekko z tyłu. - My
zaczekamy...
Policjant zamrugał. Musiał poczuć, że sprawa jest dla tej dwójki ważna.
I choć wyglądali mu na fellahin6, to skoro mówili o "wdzięczności"...
- Mógłbym przekazać - powiedział ostrożnie policjant.
Zaman pojął, że gliniarz chwycił trop. Doskonale. Sięgnął do kieszeni,
wyjął z niej coś i wyciągnął rękę do funkcjonariusza. Temu oczy zabłysły
chciwie. Być może nie kochał Amerykanów, a po pracy donosił potajemnie
sadrystom, ale na widok charakterystycznej zielonej barwy dolarów prawie
się oblizał. Sprawa była naprawdę interesująca.
- Insza'allah, niechaj pan oficer ma nas w pamięci - mówił Zaman,
dając jednocześnie lekki znak Tamar, która uśmiechnęła się przymilnie do
grubasa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki