ROZDZIAŁ 42
KOLACJA I GARNITUR
Jakub
Siedział na starym, rozklekotanym krześle, poddając się temu, co robiła Emilia. Nowy początek zasługiwał na nową fryzurę. Cały dzień towarzyszyło mu uczucie końca jakiejś epoki. Nawet jeśli wiedział, że to zawsze będzie jego dom, był świadomy, że w najbliższych miesiącach, wraz z rozpoczęciem trasy i pracy w studiu, nie będzie mógł po prostu przebiec podwórka, wsunąć klucza do tej błękitnej kłódki i znaleźć się w ciszy szopy ze wspomnieniami, których nie był w stanie zliczyć. Miał wrażenie, że większość swojego życia przeżył właśnie w tej szopie - najpierw jako mały chłopiec, patrzący z podziwem na ojca, który przesuwał palcami po strunach gitary, a potem jako nastolatek, który traktował muzykę jak część swojej duszy. Usłyszał kroki i obrócił głowę, aby sprawdzić, kto idzie.
- Nie wierć się - syknęła Emilia tuż nad jego uchem.
- Kuba, pamiętasz o kolacji? - zaczął Oliwier, zamykając za sobą wrota szopy.
- Jakiej kolacji?
Chociaż doskonale wiedział, o czym przyjaciel mówi.
- Tej, na którą zaprosili cię rodzice z powodu zdania matury przez ich jedynego syna, dzięki twej interwencji w proces zdobywania wiedzy matematycznej - wyrecytował Oliwier, dosłownie jakby miał to gdzieś napisane.
- Myślałem, że już o tym zapomnieli - wybąkał Jakub, pełen nadziei.
- To, że tata ma alzheimera...
Co? Nie o to mi chodziło. Jaki debil ze mnie - zaczął się katować w myślach.
- Jezu, Oli, przepraszam, nie chciałem, aby tak...
Ale Oliwier głupkowato się uśmiechnął.
- Tylko się z tobą droczę.
Emilia chichotała tak, że maszynka zaczęła niebezpiecznie podskakiwać w jej dłoni.
- Jakie mam szanse wywinięcia się z tej kolacji? - zapytał, licząc, że przyjaciel nie będzie naciskał, że to tylko luźna sugestia, a nie zobowiązanie.
- Mniejsze niż zero.
Ta, luźna sugestia - zamyślił się Jakub, po czym rzucił: - Dobrze, powiedz rodzicom, że kiedyś na pewno przyjdę, ale nie muszą robić sobie kłopotu.
Był przekonany, że taka odpowiedź wystarczy, ale postawa przyjaciela opowiadała mu inną historię.
- Czy to kiedyś mogłoby być raczej wcześniej niż później?
- Jak bardzo wcześniej ma być to kiedyś?
- W tę sobotę o dziewiętnastej.
- To bardzo konkretne kiedyś.
Oliwier potaknął i przygryzł dolną wargę, czekając na jego reakcję. Sam chętnie bym ją przygryzł - pomyślał Jakub i zaraz się upomniał: - Wracaj szybko. Zapadła cisza pełna oczekiwania i niewypowiedzianych lęków, ale Kuba wiedział, że nie było takiej galaktyki, gdzie powiedziałby Oliwierowi nie.
- Oli, okej - zaczął, na co Oli się cały rozpromienił. I Jakubowi to wystarczyło. - Ale nadal uważam, że to zbyteczne. Zrobiłeś wszystko sam.
- W życiu bym nie zdał, gdyby nie ty. Nie pożałujesz, tata jest genialnym kucharzem.
- Nie musisz mnie przekonywać, zjem kanapkę z serem i będę zadowolony.
- A właśnie, tata pyta, czy masz jakieś specjalne życzenie, bo on umie wszystko, a jak nie umie, to się nauczy.
Oli trzymał w dłoni telefon, gotowy robić notatki lub wysłać ojcu kulinarne zadania.
- Czy ty pamiętasz, z kim rozmawiasz? Ja zjem wszystko - zaakcentował Kuba.
- Ale może jest coś...
- Błagam cię, cokolwiek się tam pojawi, będę szczęśliwy. Nie chcę, by twój tata robił sobie kłopot.
Oliwier przez chwilę błądził wzrokiem gdzieś za Jakuba plecami, który nie mógł zobaczyć, co tak przyciągnęło uwagę chłopaka, bo Emilia już kilkakrotnie pacnęła go w głowę, gdyż za bardzo się wiercił.
- Dobrze, to dam rodzicom znać, że się zgadzasz - oznajmił Oliwier, a jego uśmiech wystarczył Jakubowi za wszystko. Pewnie zgodziłby się wejść do akwarium z rekinami, żeby tylko go zobaczyć. Boże, ale mam przesrane - pomyślał nie po raz pierwszy.
- Czy... czy ja muszę się jakoś specjalnie ubrać? To znaczy ładnie? - wybąkał, bo dręczyło go to od początku tej rozmowy. Prawdopodobnie pozwalało mu to nie myśleć o innych rzeczach, takich jak poznawanie bliżej rodziców chłopaka, którego... no właśnie, którego.
Widocznie dla wszystkich, poza samym zainteresowanym, było to zabawne.
- To zależy - zaczął Oliwier, wyraźnie próbując zachować kamienną twarz.
- Od czego? - zapytał Kuba podejrzliwie.
Oczy Oliwiera wyglądały jak u jakiegoś chochlika.
- Jeśli na przykład chcesz prosić o moją rękę, to spodnie byłyby jak najbardziej na miejscu, ale w innym wypadku, to w czym ci wygodnie - oznajmił i wyszedł na zewnątrz, aby zadzwonić do taty.
- Kuba, ja na twoim miejscu tak czy siak założyłbym spodnie, tak na wszelki wypadek - zarechotał Edward.
***
Dwa dni później Klara oświadczyła z głupkowatym uśmiechem, stając w drzwiach jego sypialni:
- Dobrze wyglądasz.
Jakub przyglądał się sobie w lustrze, ale nie był pewny, co się zakłada na takie okazje. Dlatego stał na środku pokoju tylko w bieliźnie, modląc się, żeby ten dzień się już skończył.
- Masz taką minę, jakbyś szedł na kolację i miał poznać przyszłych teściów. - Widocznie zobaczyła coś w jego twarzy, bo zaczęła się śmiać i dodała: - O Boże, Kuba, mam rację? Ja ci się wcale nie dziwię, Oli to jest takie ciasteczko.
- Udam, że tego nie słyszałem. A teraz idź zobaczyć, czy cię nie ma w twoim pokoju - warknął.
Śmiała się jeszcze chwilę, zanim podeszła do niego i nakazała mu się odsunąć. Zrobił jej miejsce przy szafie, która ciągle czekała na pakowanie. Przez kilka sekund przyglądała się rzeczom, aż w końcu podała mu wieszak, unosząc sugestywnie brwi.
- Koszulę? Co to, matura? Ja nie noszę koszul. Mam udawać, że jestem księgowym?
- Zaufaj mi. Załóż ją i podwiń rękawy. Rozepnij guziki u góry. Nie musisz przecież zakładać krawata. I do tego te ciemne jeansy. No już, bo się spóźnisz.
Przyglądał się swojemu odbiciu w starym lustrze umieszczonym na drzwiach szafy. Pozwolił Klarze zrobić te wszystkie rzeczy z rękawami i guzikami. Cmokała przy tym i wyciągała koniec języka, bał się, że w końcu go sobie odgryzie.
- Kuba, co widzisz, jak na siebie patrzysz?
W lustrze widział to, co zawsze, czyli nic specjalnego. Ale nie sądził, że siostra to akurat chce usłyszeć.
- Gościa z tatuażami w białej koszuli, którą ma na sobie drugi raz w życiu - zaznaczył zgodnie z prawdą.
Potrząsnęła głową, ewidentnie niezadowolona z jego odpowiedzi.
- A ja widzę bardzo przystojnego gościa, który z jakiegoś nieznanego powodu, czuje się niepewnie. I jeśli komuś powiesz, że to powiedziałam, to się wyprę.
Nie mógł się nie uśmiechnąć i od razu zrobiło mu się trochę lżej.
- Czy ta koszula to nie przesada? Nie mogę założyć T-shirta? Mam wrażenie, że moje tatuaże są jeszcze bardziej widoczne. - Zaczął pociągać przód koszuli, jakby w ten sposób mógł zmienić ją w coś, do czego jego ciało przywykło przez lata.
- A to źle? - Klara przyglądała mu się bacznie. - Przecież je uwielbiasz.
W odpowiedzi wzruszył ramionami i ponownie spojrzał w lustro, ale nic się nie zmieniło. Nadal był tylko on.
- Brat, Oli padnie, jak cię zobaczy.
- Tak, ale głównie ze śmiechu.
Pacnęła go w ramię i przytuliła, co zdarzało jej się bardzo rzadko. Znaczy nie to bicie, tylko ta druga część. Westchnął i stwierdził, że i tak już nie ma sensu nic zmieniać. Lepiej mieć to za sobą. Boże, po co ja się zgodziłem - pomyślał.
- Kupiłeś coś dla rodziców? - zapytała Klara, kiedy schodzili na dół.
- A powinienem?
Widocznie nie wyczuła sarkazmu, bo usłyszał: - Kuba, ale ty głupi jesteś. Jasne, że trzeba coś przynieść.
- Może flaszkę? Ale chyba w domu nie ma żadnej, która byłaby nienapoczęta.
Zaśmiała się, a potem pociągnęła go za rękę, żeby się pospieszył.
- Naprawdę nic nie masz?
Nie żeby rodzice w ostatnich latach poświęcili jakąkolwiek uwagę przygotowaniu rodzeństwa na różne sytuacje społeczne, ale w końcu Jakub nie żył pod kamieniem.
- Mam. Uspokój się. Dobra, pójdę już, trzymaj kciuki.
- A co, liczysz na to, że Oli cię odprowadzi po randce, sorry, kolacji do domu i będziecie się całować na progu?
Co? Skąd się to wzięło? - pomyślał. - O tym to mogę sobie pomarzyć... i nawet przed sobą się nie przyznam.
- Tak, nic mnie tak nie podnieca jak kolacja z rodzicami mojego kolegi.
- Oboje wiemy, że od dawna Oli nie jest tylko kolegą. Ale wiesz co, brat, myślę, że to dobrze...
Droga zajęła mu dziesięć minut, ale żałował, że nie dłużej. Nie było już odwrotu. Po drugiej stronie rozległ się hałas i drzwi się otworzyły.
- Dzień dobry.
- Cześć. Wchodź, Kuba, nie stój tak. Wszyscy na ciebie czekamy - rzucił wesoło pan Grzegorz. Kiedy mijał mężczyznę w drzwiach, pan Grzegorz szepnął mu do ucha: - W skali od jeden do dziesięć, jak bardzo chcesz uciec?
Jakub bez zastanowienia powiedział zupełnie szczerze:
- Myślę, że coś koło sześć.
Pan Grzegorz parsknął i klepnął go w ramię.
- To nie tak źle, żona obstawiała minimum osiem.
Jakub od razu poczuł się lepiej, bo zapytał: - A pan?
- Ja, drogi Jakubie, bardzo lubię ludzi, więc myślę, że koło dwa.
- Przykro mi, ale wtedy to już syndrom sztokholmski.
Jakub wszedł za rechoczącym mężczyzną do salonu, gdzie czekała już pani Jola. Jej zielone oczy, takie same jak u syna, przypatrywały mu się z nieustępliwą ciekawością. Z wyraźną ulgą stwierdził, że oboje wyglądali normalnie. On miał lniane spodnie i koszulę. Kobieta nosiła jeansy i bluzkę w kwiaty. Jakub rozejrzał się po pokoju, chociaż był już tutaj nie raz. W domu pachniało cudownie. Ten zapach był taki znajomy, ale nie potrafił zlokalizować w głowie konkretnego wspomnienia. Znał go, pamiętał, ale wydawało mu się, że od dawna do niego nie wracał, dlatego nie potrafił teraz tego nazwać. Chciał zamknąć oczy i skupić się na aromacie, który wypełniał jego nozdrza.
- Przegrałeś? Ile powiedział? - zapytała męża pani Jola.
- Sześć - odpowiedział zgodnie z prawdą pan Grzegorz.
Kobieta wydawała się bardzo z siebie zadowolona. Jej twarz miała wyraz triumfu - A nie mówiłam.
- Oli, rusz tyłek. Tylko ty potrafisz się spóźnić, mieszkając w tym samym miejscu.
Po chwili dało się słyszeć kroki na skrzypiących schodach. Jakub odwrócił się. Od razu zapragnął uciec, kiedy Oliwier pojawił się w wejściu do salonu. Teraz stanowczo nie było to sześć, ale jedenaście. Zastanawiał się, gdzie się schować, tak by nikt nie mógł zobaczyć tych wszystkich emocji, które malowały się na jego twarzy. Wyobraził sobie, że jest obrazem, który przez wiele miesięcy był schowany przed ciekawskimi spojrzeniami przechodniów. A teraz ktoś przyszedł, odsłonił go i każdy mógł mu się dokładnie przyjrzeć. To jest niemożliwe, że będę siedział z nim przy jednym stole i zachowam spokój - stwierdził z goryczą Jakub, przełykając głośno ślinę.
Oliwier miał na sobie garnitur. Nieprzypadkowy, bo i to sprawiłoby Jakubowi problemy z oddychaniem, ale ten sam, z tego zdjęcia, które zrobił mu Edward, który leżał na nim jak druga skóra. Fuksjowe i zielone kolory podkreślały jego urodę. Oli założył ciemną koszulę i wyglądał jak ktoś, kogo Jakub mógłby zobaczyć na jakimś billboardzie, kto powinien być na jakiejś wystawie, a nie pośrodku tego zwykłego salonu.
Serce mu tak waliło w piersi, że ledwo był w stanie ustać w miejscu. Pamiętał, co powiedział Oliwierowi w środku nocy na szutrowej drodze na Mazurach. Ale to, jak teraz sam był w stanie stwierdzić, było kłamstwo. Żadne zdjęcie nie oddawało tego, co miał przed sobą i jeśli wtedy myślał, że Oliwier wyglądał zjawiskowo, to teraz nie było takich słów w żadnym istniejącym języku, żeby był w stanie go opisać. Kiedy ich oczy się spotkały, był pewny, że zaraz powie coś w stylu: "Jesteś najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziałem". To nie tak, że nie była to prawda. Bo była. Ale gdzie Jakub mógłby się po czymś takim schować? Nie miał pojęcia.
- Ty chyba nas zapomniałeś poinformować, synek, o odpowiednim dress codzie - odezwała się pani Jola, bo oni także wydawali się zaskoczeni, ale pewnie z innych powodów niż Jakub.
- Ładnie wyglądasz, Kuba - wyrwała go z transu pani Jola. - Chyba pierwszy raz widzę cię w koszuli, a stanowczo powinieneś w nich chodzić.
- Patrząc na to, jak się ubrał Oli, chyba powinienem cofnąć się do domu i wyciągnąć smoking.
- Masz smoking? - zapytał Oliwier z nieskrywaną ciekawością, studiując Jakuba bardzo dokładnie.
- Jasne, trzy. Wiszą razem z melonikami, białymi rękawiczkami i kotylionem - odgryzł się.
Może nie będzie tak źle - pomyślał Jakub. - O ile zacznę znów oddychać. Drobiazg taki. Komu potrzebne oddychanie.
Przyjaciel przewrócił oczami.
- Kuba, rozgość się, i kiedy mówię, że masz się czuć jak w domu, to dokładnie tak masz się czuć. My skończymy kolację, znaczy mój mąż skończy, ja będę podjadać.
Pokiwał głową, chociaż chyba niekoniecznie chciałby się czuć jak we własnym domu, pełnym zapachu alkoholu i wspomnień po kobiecie, której znudziła się rola jego matki. Zostali sami. Jakub patrzył w każde miejsce, poza tym, w którym stał Oliwier. Tak było bezpieczniej dla jego serca.
- Nie podoba ci się mój garnitur? - szepnął Oliwier tuż za jego plecami.
- Problem w tym, że podoba mi się za bardzo - odpowiedział najspokojniej, jak potrafił w zaistniałej sytuacji.
Usłyszał, jak Oliwier nabiera powietrza. Pomimo że salon był ogromny, odnosił wrażenie, że jest za mały. Stanowczo za mały.
- Mówisz o garniturze czy osobie, która go nosi?
Odwrócił się tak szybko, że Oliwier nie zdążył się przygotować i dlatego widział każdą maleńką emocję na jego twarzy. Spojrzał prosto w oczy chłopaka i oznajmił:
- Garnitur jest piękny, ale nie ma porównania z osobą, która go nosi.
Pierwszy raz, od kiedy się znali, był pewny, że gdyby nie to, że po drugiej stronie ściany stoją rodzice Oliwiera, zrobiłby ten ostatni krok, podniósłby dłoń, położył na karku okrytym ciemnymi lokami, przyciągnąłby go do siebie i pocałował. Wiedział, że w tym momencie wyjmował własne serce i dawał je Oliwierowi na tacy, jakby chciał powiedzieć: "Weź i zrób z nim, co chcesz, przecież i tak jest twoje, od dawna".
- O czym myślisz? - zapytał Oliwier, stojąc kilka centymetrów od jego twarzy, ale wciąż za daleko.
- Że żałuję, że nie jesteśmy teraz sami - odpowiedział szczerze i nie był pewny, czy kiedyś tak bardzo się bał, jak w tym momencie, kiedy odsłaniał przed kimś siebie, nie zostawiając już żadnych niedomówień. Bał się, że Oliwier to zobaczy i uzna: "Nie, jednak się pomyliłem, nie tego chciałem".
Zaskakująco, a może już wcale nie, Oliwier się nie zarumienił, a jedynie nachylił i szepnął: - Dziwne, bo ja myślałem dokładnie o tym samym.
Twarz Oliwiera była poważna. Mogli obrócić całą tę rozmowę w żart i ciągle balansować na tej linii, gdzieś pomiędzy niedopowiedzeniami. Tylko że Jakub już nie chciał i miał cichą nadzieję, że Oliwier myśli oraz czuje to samo.
- Oli, zmieniam zdanie.
- Co do czego? - powiedział lekko wystraszony Oliwier.
- Pamiętasz, wtedy na Mazurach, jak nie chciałeś mi przeczytać kolejnego rozdziału, powiedziałem ci, że to tortury? - Oliwier kiwnął głową, czekając na ciąg dalszy. - Miałeś rację z tym fanfikiem, to nie były tortury, ale teraz stanowczo są.
- Jeśli poprawi ci to humor, to nie tylko dla ciebie - powiedział Oliwier, nie spuszczając z niego wzroku.
W odpowiedzi Kuba zazgrzytał zębami z bezsilności. Byli tak blisko, że był w stanie poczuć zapach perfum, który mieszał się z naturalnym aromatem ciała. I mógłby go określić jednym słowem: odurzający. Miał wrażenie, że z każdą sekundą przestrzeń między nimi zmniejszała się tak, że teraz ich oddechy się mieszały i stawały się jednym.
- Kuba...
Spojrzał w te oczy, które miał nadzieję, że potrafi zrozumieć, a nie widzi w nich tylko tego, co bardzo, ale to bardzo chciałby zobaczyć.
- Tak?
- Czy chciałbyś... znaczy, czy mógłbym... fuck... chodzi mi o to, że chciałem zapytać, czy ty...
Oliwier nie skończył, bo w pokoju pojawiła się pani Jola z talerzami. Usłyszał, jak Oliwier rzuca jakąś niewybredną uwagę pod adresem mamy, coś w stylu Perfect timing.
- Czy mogę najpierw umyć ręce?
- Oczywiście. Oli, pokaż Kubie, gdzie jest łazienka.
Wyszedł za Oliwierem z pokoju i robił wszystko, by po prostu nie przycisnąć go do najbliższej ściany i nie poczuć jego warg na swoich. Zaczął przywoływać sceny i obrazy, które pozwoliłyby mu się uspokoić. Wszedł do łazienki. Nawet nie był świadom, że mówił to na głos. Umył ręce i ochlapał twarz zimną wodą.
- Lepiej? - zapytał z głupkowatym uśmiechem Oliwier, a Jakub odnosił wrażenie, że przyjaciel dokładnie wie, w jakim jest teraz stanie i że to wyłącznie Oliwiera wina. Trudno, żeby nie wiedział, skoro Kuba już tego nie ukrywał. Już nie.
- Jesteś, Oli, dziś bardzo z siebie zadowolony.
- Nie zaprzeczam, to chyba ten garnitur. To on tak działa.
- Stanowczo działa - potwierdził, nachylając się przy tym tak, że wargami prawie dotknął ucha Oliwiera. Usłyszał, jak powietrze grzęźnie w płucach. Odsunął się i zmierzył chłopaka wzrokiem. Wyglądał nadzwyczajnie, cały taki rumiany, wytrącony z równowagi. - Oli, wyglądasz, jakby teraz to tobie przydał się zimny prysznic.
- Dobra, starczy tego soku, prawdziwy alkohol poproszę. - Pani Jola odsunęła kieliszek z szampanem. Pili tylko we dwoje, ona i syn.
- Szampan to jest alkohol. Ja lubię szampana - rzucił spokojnie mężczyzna, tuląc się do ramienia żony.
- Kochanie, ale ty lubisz też komedie romantyczne, więc to się jakby nie liczy. Odrobinę whiskey, proszę.
- Dla ciebie wszystko.
I Kuba czuł, że to zdanie wcale nie było przesadą. Mama Oliwiera przewróciła oczami, ale i tak odprowadzała męża, z pewnie całkowicie nieuświadomionym cielęcym wręcz wyrazem twarzy.
- Kuba - zaczął pan Grzegorz, kiedy powrócił do stołu - my z żoną, i właściwie także z Olim, chcieliśmy ci bardzo podziękować za to, że mu pomogłeś, że...
Poczuł się nieswojo. Kim był, żeby ci ludzie mu dziękowali?
- Oli zrobił wszystko sam, ja mu tylko pokazałem, że potrafi, więc o ile jestem wdzięczny za to zaproszenie, to naprawdę nie ma za co. I nie musieli państwo robić sobie kłopotów.
- To żaden kłopot. Jesteśmy ci wdzięczni za wszystko, nie tylko za maturę, za to, że jesteś przy nim, że znalazł w tobie przyjaciela - oznajmił pan Grzegorz.
- To nic trudnego być przyjacielem Oliwiera, więc to akurat państwa zasługa.
Poczuł spojrzenie Oliwiera na sobie, ale bezpieczniej było się nie odwracać.
- To toast i jemy - rzuciła kobieta, wesoło, rozładowując atmosferę.
I wtedy na stół wjechało danie, które pamiętał z dzieciństwa. Pachniało tak samo, jak w jego wspomnieniach, leśnymi grzybami i masłem. Spojrzał na Oliwiera, który nagle bardzo zainteresował się serwetką i próbował właśnie opanować sztukę origami w kilka minut, ale ewidentnie nie miał pojęcia, co robić.
- Kto ci powiedział? - szepnął do Oliwiera, nachylając się przesadnie blisko.
- Edi - odpowiedział speszony. - Jesteś zły?
- Nie. Dlaczego miałbym być? Zadałeś sobie tyle trudu dla mnie?
- Ty chyba nie wiesz, co zrobiłbym dla ciebie - szepnął mu do ucha Oliwier, a wydychane powietrze wdarło się do środka i właśnie urządzało sobie wycieczkę po całym jego ciele. I Jakub mógłby tak trwać, gdy nagle mu się coś przypomniało.Klepnął się w czoło.
- Mam coś dla państwa.
- Dla nas?
Wstał i podszedł po pudełko, które zostawił w holu.
- Nie za bardzo wiedziałem, co przynieść, a nie chciałem alkoholu.
Oboje pokiwali głowami, bo przecież jego sytuacja domowa nie była żadną tajemnicą. Wyciągnął małe pudełeczko w ich kierunku drżącymi dłońmi.
- Wiesz, że nie musiałeś. To miała być kolacja na twoją cześć.
- Po prostu mam nadzieję, że się spodoba.
Patrzył, jak pani Jola rozdziera papier, który tak krzywo zawinął, chociaż się starał, i otwiera kartonowe pudełko. Przez chwilę patrzyła jak oniemiała, po czym podsunęła je mężowi, który z kolei wyglądał, jakby miał się popłakać.
- Skąd..., ale... - próbował pan Grzegorz.
- Oli mi powiedział, jak się państwo poznali. To jest wprawdzie w Katowicach, ale wybrałem odległy termin, żeby pani była w stanie mieć dzień bez dyżuru, bo domyślam się, że nie można sobie tak tego załatwić z dnia na dzień.
Kiedy tak gadał, pan Grzegorz podszedł do niego i objął go mocno. Jakub nie wiedział, co zrobić, więc siedział jak kołek, bojąc się poruszać. Ale mężczyźnie to nie przeszkadzało, bo ściskał go mocno, jakby wcale nie wyczuł jego odrętwienia. W końcu Jakub wyciągnął ręce i oddał nieśmiało ten gest i starał się nie myśleć za wiele o tym, że jest zepsuty. Takie gesty powinny być może naturalne, ale nie potrafił ich tak traktować. Dla niego były jak niezasłużony prezent.
- Dziękuję, ale nie możemy tego przyjąć.
- Nie podoba się państwu? - zapytał przerażony, że zrobił coś nie tak.
- Kuba, to jest prezent idealny - zaczął tata Oliwiera, kładąc mu rękę na ramieniu. - Nie o to chodzi, że nam się nie podoba, ale...
- Co dostaliście? - zapytał zaciekawiony Oliwier, patrząc to na niego, to na rodziców.
- Twój przyjaciel dał nam wejściówki na Metro. Spektakl za trzy miesiące.
Oliwier nachylił się nad krzesłem Jakuba.
- W tej chwili jeszcze bardziej żałuję, że nie jesteśmy sami.
A potem Jakub poczuł muśnięcie i długie palce splotły się z jego.
- Kuba, ale to jest za drogi prezent. To są bilety w najlepszym rzędzie.
- I wejście za kulisy - dodał, wskazując na pudełko.
Pan Grzegorz wyglądał jak dziecko w Boże Narodzenie pod największą choinką świata.
- Proszę go przyjąć, bo mnie kosztował dokładnie tyle, co moja duma.
- Co to znaczy? - zaciekawiła się pani Jola.
Był przekonany, że jeśli nie powie prawdy, oni zwyczajnie nie przyjmą tego prezentu.
- Wiedziałem od początku, co chciałem państwu dać, ale proszę się nie gniewać, dla mnie to było za dużo pieniędzy.
Oboje pokiwali głowami ze zrozumieniem i czekali, aż powie więcej.
- Wiedziałem, a raczej podejrzewałem, że jest ktoś, kto może dostać takie bilety bez problemu. Chodziło tylko o to, że musiałem kogoś poprosić o pomoc, a wiadomo, że to moja bardzo mocna strona.
Oliwier zarechotał, ale mu nie przerwał.
- Pewnie państwo wiedzą, że babcia Edwarda jest dyrektorką naszej opery, więc zapytałem Ediego i Dolores miała te bilety już następnego dnia.
- Zrobiłeś to wszystko dla moich rodziców? - szepnął Oliwier, kiedy jego rodzice wpatrywali się w prezent, wymieniając coś między sobą, co nie było przeznaczone dla ich uszu.
- Pewnie, w końcu oni też dali mi prezent.
- Jaki?
Nabrał powietrza, obrócił twarz i rzucił z całą pewnością, jaką miał: - Ciebie.