ROZDZIAŁ 1
POCZĄTEK, CZYLI PIERWSZE SPOTKANIE
Jakub
Boże jak gorąco, pomyślał, czując krople potu spływające po szyi i ginące pod materiałem koszulki. Gdyby to od niego zależało, to ojciec mógłby nie wracać. Przecież jak jest, to tak naprawdę i tak go nie ma. Był tylko jeden mały problem - Klara. Dlaczego ona ciągle musi wierzyć, że ojciec się zmieni, że się opamięta, że będzie tym samym człowiekiem, który zabierał ją na mecze, przywoził koszulki różnych zespołów z zagranicznych wypraw, który czytał jej do snu i śpiewał głupie piosenki, które zawsze poprawiały jej humor, robił najgorsze naleśniki na świecie, które ona uwielbiała. I jakimś cudem, którego pojąć nie umiał, Klara ciągle widziała w tym mężczyźnie tego człowieka. Teraz po prostu był schowany pod niedopranym swetrem i oparami wódki, uśpiony, a ona czekała na moment, w którym się obudzi. I nawet jeśli dla niego mężczyzna ten był niczym więcej niż straconym przypadkiem, musiał utrzymać go przy życiu, dopóki Klara nie będzie pełnoletnia. Jeśliby ją zabrali, to wykopałby ojca z grobu i zabił ponownie. Nie chciał ryzykować tej całej maskarady z przyznawaniem prawa do opieki. Póki nikt się nimi nie interesował, żadna opieka czy inne instytucje, które tylko w teorii miały służyć społeczeństwu, Klara była bezpieczna. W domu. Z nim. Jeśli ojciec zniknąłby z obrazka, dopiero by się zaczęło. Już słyszał te głosy, że babcia za stara, a on za młody. Zanimby się obejrzał, Klarę by odesłali do jakiejś innej rodziny i wtedy to by go zabiło. Miał osiemnaście lat. Za dużo już stracił jak na jedno krótkie życie.
Samochody leniwie przemierzały ulice Wrocławia. Szybko skręcił ze Złotnickiej w Kosmonautów i kilka minut później minął przejazd kolejowy na Leśnicy, który zamknął się tuż za jego plecami. Czy to znaczy, że ma dziś szczęście? Taaa. Na pewno. Uruchomił na Spotify stworzoną przez siebie, specjalnie na tę okazję, playlistę, składającą się głównie z ballad, która miała jedno zadanie - wyciszyć go.
Sięgnął po butelkę, która leżała na tylnym siedzeniu i zaczął łapczywie pić ciepłą już wodę, pomimo że wyjął ją z lodówki niespełna kwadrans temu. Westchnął i skupił się na drodze. Miał jeszcze minimum godzinę, zanim spotka się z ojcem. To dawało mu czas, by się przygotować na to, co nieuchronne. Na szarpanie, bluźnierstwa, krzyki, błagania, rezygnację. I potem od nowa. Krąg życia lub w przypadku ojca bardziej krąg picia. Najgorsza była droga powrotna, kiedy siedzieli w milczeniu. Zagłuszał ciszę muzyką. Jednak to pomagało tylko na to, co działo się na zewnątrz. Nic, ale to nic, nie potrafiło stłumić tego, co szarpało każdą struną jego życia albo tego, co z niego zostało po tym, kiedy oni odeszli. W inny sposób, w innym czasie, ale zniknęli.
Ojciec próbował z nim rozmawiać. Po co? Nie miał pojęcia. Co niby mógłby powiedzieć, czego do tej pory nie mówił już setki razy i co, jak Kuba wiedział z doświadczenia, było kolejnym kłamstwem. "Przepraszam, to już ostatni raz, synku, chcę się zmienić" słyszał tyle razy, że słowa przestały w ogóle mieć znaczenie. Były tylko ciągiem znaków pozbawionym sensu. Przez kilka pierwszych "ostatnich razy" jeszcze wierzył, bo dzieci tak mają. Kiedy te "razy" zmieniły się w liczbę dwucyfrową, to wiara też się zaczęła kurczyć, aż w końcu zniknęła na dobre. Pozostał po niej tylko pusty pojemnik z napisem "wiara w ojca". Spojrzał na siebie w lustrze. Dopiero zauważył, że ma na sobie koszulkę, na której widniała plama malinowego soku. Na białym tle wyglądała jak krew. Westchnął. Kto mnie będzie oglądać? Przecież nie koledzy ojca, którzy dopiero za kilka dni zaczną łączyć kilka myśli w jedną całość, o ile przestaną pić, co było mało prawdopodobne.
Z myśli wyrwał go dźwięk przychodzącego sms-a. Na wspólnym czacie, dziś składającym się z trzech imion, pojawił się ciąg liter. Jeszcze nie tak dawno były tam cztery.
Edi (14:15): Przyjdziesz do nas na grilla? Jeśli nie, Emi zje całą krowę.
Edi (14:16): Dziś po 19:00... proszę. Mama mówi, że będziemy mieć nowego ucznia. Z zagranicy. Kto zmienia liceum w ostatniej klasie? Niedługo się dowiemy... Przyjdź, Kuba.
Odłożył telefon, bo nie był pewny, co odpowiedzieć. Na pytanie o to, czy mógłby coś zjeść, odpowiedź pewnie byłaby twierdząca. Ale na to, czy miał ochotę, czy w ogóle miał na cokolwiek chęć, czy jeszcze kiedyś będzie czegoś pożądał, ale tak naprawdę, nie tylko jak wtedy, gdy się mówi "dobra, okej, może być", ale wtedy, gdy pragnienie zżera każde włókno ludzkiej egzystencji, to już odpowiedzi nie był taki pewien. To był pierwszy tydzień, kiedy w ogóle wstał z łóżka, aby zrobić coś więcej niż załatwić potrzeby fizjologiczne.
Po kilku minutach znów rozległ się dźwięk telefonu. Spojrzał na wyświetlacz starego Samsunga, na którym pojawiło się imię "Klara" i kolorowe zdjęcie, które chyba sama ustawiła w jego telefonie, bo wydawało mu się, że jeszcze niedawno było tam zupełnie inne.
- Gdzie jesteś? - rzuciła bez żadnych słów powitania.
- Tam, gdzie chcesz, żebym był.
- Ty też tego chcesz.
Wydawała się pewna swoich słów. Przewrócił oczami, ale postanowił nie zaczynać teraz tego tematu.
- Zawieziesz mnie potem do Kiki? - zapytała. Słyszał wyraźnie, jak coś je, bo słowa były zakłócane nieustannym żuciem.
- Co to jest fiki? - stwierdził, że nie było sensu udawać, że się wie, a tyle mniej więcej usłyszał w trzeszczącym aparacie.
- Nie co, tylko kto. Kiki, nie fiki. Karolina. Była u nas już z milion razy. - Westchnęła, a on zobaczył w wyobraźni, jak przewraca oczami.
"Była" to adekwatne określenie, bo nie pamiętał, by Klara w ostatnich miesiącach kogoś zapraszała. Nie był tym faktem zaskoczony. Gdyby nie znał Edwarda i Emilii od wielu lat, też by im nie pozwolił przekraczać progu domu, by nie musieli oglądać krajobrazów po alkoholowym upojeniu. Nie był to piękny widok, a na pewno niezbyt ładnie pachnący.
- Mogę nawet teraz, stary może poczekać.
- Nie ma pośpiechu. My dopiero na osiemnastą. Zostaję na noc. Babcia się zgodziła.
- Za około dwie, maksymalnie trzy godziny powinienem być w domu. Naszykuj się, to od razu pojedziemy, bo muszę babcię zawieźć na wpół do siódmej do lekarza. Jeśli ojciec będzie się stawiał, to go zostawię. Nie będę się z nim szarpać.
- Nie zostawisz - stwierdziła stanowczo.
- To się jeszcze okaże - odpowiedział buńczucznie, ale był świadomy, że w tych słowach nie było realnej groźby. Zrobiłby dla niej to i wiele więcej, żeby tylko zobaczyć jej krzywy uśmiech. Właściwie wszystko, co nie wiązało się z pozbawieniem kogoś życia.
Rozłączyła się, życząc mu powodzenia. Na pewno będzie mu potrzebne, a raczej ojcu, żeby nie skończył w plastikowym worku. W samochodzie znów zrobiło się cicho. Został sam z własnymi myślami. Kontrolka stanu paliwa zaczęła wściekle mrugać, więc zjechał na najbliższe BP. Wielki jeep próbował dostać się do jedynego wolnego dystrybutora. Przycisnął gaz i wsunął się przed niego. Kierowca terenówki zatrąbił. Trzeba było szybciej się decydować. Niektórzy nie powinni mieć prawa jazdy. Albo dostawać je po wielu testach. Najlepiej na inteligencję. Jeep podjechał pod dystrybutor po drugiej stronie, kiedy białe volvo ruszyło w kierunku Zielonej Góry. Zobaczył, jak drzwi się otwierają i wysuwa się z nich burza brązowych loków przyczepiona do bardzo długiego ciała. Dziunia, księżniczka, blachara - takie słowa krążyły mu po głowie, ale od razu zobaczył twarz Emilii. To było jak zimny prysznic dla jego myśli. Ruszył do wnętrza budynku. Odetchnął, kiedy poczuł powiew zimnego powietrza z klimatyzacji na spoconej skórze. Poszedł do łazienki, bo czekały go jeszcze prawie dwie godziny jazdy w tę i z powrotem, a toaleta na stacji wydała mu się znacznie lepszym wyborem niż łazienka na melinie, na której znajdował się ojciec. Tutaj przynajmniej ktoś sprząta. Chyba. Tak czy siak szanse są pół na pół.
Zrobił małe zakupy i ruszył do wyjścia, niechętnie zostawiając za sobą uczucie chłodu. Jeep nadal stał na stacji, ale nigdzie nie było widać kierowcy. Może czai się gdzieś w krzakach? Ta myśl była tak absurdalna, że się zaśmiał, a potem się zdziwił, bo wydawało mu się, że nie robił tego od dawna. Właściwie od momentu, w którym... Nie! Nie będę teraz o tym myślał. Wsiadł do nagrzanego samochodu. Wentylacja ledwo dawała radę. Położył jedzenie na fotelu pasażera i ruszył. Chciało mu się spać, bo w nocy prawie nie zmrużył oka. Zapach kawy roznosił się po całym samochodzie. Jedną ręką trzymał kierownicę, drugą kubek z kawą. Zanurzył usta w czarnym napoju. Nagle wszystko straciło równowagę i plamy z soku malinowego przestały być jego największym problemem.
- Kurwa, co jest?! - wykrzyknął, chociaż nikt nie miał szansy go usłyszeć.
Kubek wypadł mu z rąk, parząc przy tym klatkę piersiową i uda. Ciałem rzuciło z powrotem na fotel. Wypiął pasy i wyszedł z samochodu, aby zobaczyć, co się stało. Ku ogromnej trwodze dostrzegł, że tył samochodu jest zmiażdżony. Przeniósł wzrok na pojazd znajdujący się za jego starym Golfem. Już chciał zakląć, ale to, co miało być "dziunią, księżniczką czy blacharą", okazało się chłopakiem w parze jasnych chinosów i w absurdalnie kolorowej koszulce, na którą ktoś zwymiotował tęczą. Na ile był w stanie stwierdzić, proces ten odbył się więcej niż raz. Przez chwilę go zatkało, dlatego nie zauważył, kiedy kierowca terenówki podszedł do niego, ograniczając do minimum bezpieczną przestrzeń pomiędzy ich ciałami.
- Wszystko w porządku? - Niski głos dotarł do jego świadomości.
Gdyby Jakub chwilę się nad tym zastanowił, nazwałby go przyjemnym, dźwięcznym, zaskakującym. Spojrzał w górę i zobaczył wlepioną w siebie parę zielonych, przestraszonych oczu w kształcie migdałów umieszczonych w twarzy, która wyglądała jak połączenie jakichś figur geometrycznych. Wyłącznie ostre kształty i rysy. Wyraźne usta, niczym wycięte w kamieniu.
- Kto ci dał prawo jazdy, co? - Opamiętał się w końcu, potrząsając głową i próbując pozbyć się z niej wizerunku oczu chłopaka. Jakby miał przed sobą jakieś zwierzę, które łatwo spłoszyć.
- Nie chciałem. Nagle się zatrzymałeś...
Dopiero teraz uświadomił sobie, że pomimo iż chłopak mówił ewidentnie po polsku, robił to z brytyjskim akcentem.
- Niby to moja wina, że nie umiesz jeździć? Powinieneś kontrolować odległość. - Machnął dłońmi, wskazując na jakiś wyimaginowany odcinek, który w teorii winien tamten zachować.
- And you mate, nie powinieneś jeść i pić podczas jazdy - rzucił tamten, nie spuszczając z niego wzroku. Chwilę mu zajęło zrozumienie, że pierwsze słowa wypowiedział po angielsku i brzmiało to w jego ustach tak naturalnie.
- Skąd wiesz, że...
Ale nie musiał kończyć pytania, bo właściciel Jeepa wskazał palcem na jego ubranie upstrzone świeżymi plamami po kawie. Chłopak wyciągnął telefon, uważnie mu się przyglądając. Trzymał go w długich placach, na których widniały kolorowe pierścionki i sygnety. Wokół nadgarstka miał pełno sznurków i koralików, jakby skrywał pod nimi jakieś tajemnice.
- Po mamusię dzwonisz? Dobrze, bo ty nie powinieneś mieć prawa jazdy. Jesteś zagrożeniem dla bezpieczeństwa drogowego. Niech przyjedzie i naprawi twój bałagan.
Chłopak spojrzał na niego z odrazą i fuknął:
- Na policję. - Jakby to miało starczyć za wyjaśnienie.
Jakub stanął jak wryty zaskoczony takim obrotem spraw.
- Po chuj ci policja?
- Żeby uzyskać odszkodowanie - rzucił tamten w odpowiedzi, traktując go ewidentnie jak największego idiotę, z jakim przyszło mu wejść w interakcję. - Zresztą mają tu CCTV. - Wskazał ręką na monitoring stacji. - Zobaczymy, kto ma rację.
- Kamery - poprawił kierowcę Jeepa i przeklął się w duchu, bo wyglądało to na próbę nawiązania nici porozumienia.
- Właśnie, kamery.
Jakub zauważył, że chłopak stracił przynajmniej część swojej arogancji. Tak jakby mógł ukryć, że nie mieszka w Polsce. Pewnie ludzie ciągle go poprawiają. Pewnie tego nie lubi. Co cię obchodzi, co lubi, a co nie? Opanuj się, człowieku.
Obserwował, jak wysoki chłopak kręci się nerwowo po poboczu. Sygnał nieodbieranego telefonu było słychać z kilku metrów.
- Fuck! Dlaczego nikt nie odbiera? What a fucking... A jakby działo się coś ważnego?
Zaskoczony, że policja nie odbiera. Do morderstwa pewnie by z pół dnia jechali, tak żeby sprawca miał czas posprzątać. Kuba uśmiechnął się, zanim zdążył przemyśleć swoją reakcję.
- A ty z czego się śmiejesz? - dorzucił z irytacją w głosie, kiedy sygnał w słuchawce wydawał się przeciągać i z niego drwić.
Kuba podniósł ręce w obronnym geście, ale głupi uśmiech nie chciał zejść mu z twarzy. Dochodził kwadrans po trzeciej. Stwierdził, że jeśli się pospieszy, to jeszcze zdąży, żeby odwieźć babcię i Klarę. Samochód wyglądał źle, ale może będzie miał szczęście i nikt go nie złapie. Pojedzie bocznymi drogami. Potem będzie już gorzej. Trudno, może stary Edwarda pożyczy mi samochód?
Spojrzał ostatni raz w stronę chłopaka, który ciągle krążył po poboczu. Kuba wsiadł do samochodu. Nagle właściciel terenówki pojawił się przy jego szybie. Patrzył na niego ze złością i niedowierzaniem.
- A ty, gdzie niby się wybierasz? - rzucił, a falowane włosy wpadały mu do oczu.
Jakub westchnął i opuścił szybę.
- Nie mam całego dnia. Chciałbym powiedzieć, że było miło, ale oboje wiemy, że byłoby to kłamstwo.
Przekręcił kluczyk w stacyjce i już go nie było. Ani razu się nie obejrzał.