V
Zanim Shadow wziął Merę w ramiona, by położyć ją z powrotem na łóżku, Gaster był już na pierwszej linii, gotowy odebrać poród, a Angel wypędziła z pokoju wszystkich za wyjątkiem Luciena.
Z niechęcią przysunęłam się bliżej niego. Ściszyłam głos, jak tylko mogłam, co prawdopodobnie i tak nie było żadną przeszkodą dla wyostrzonych zmysłów istot w pokoju, i zapytałam:
- Czy lepiej będzie, jeśli odejdę? Czy narażam wszystkich na niebezpieczeństwo? Jak potężni są ci mistrzowie drugiego stopnia?
Jego zapach stał się intensywniejszy, czułam, jak jego energia się kotłuje. On też się denerwował, nawet jeśli na zewnątrz pozostawał pozornie opanowany.
- Niebezpieczeństwo nie grozi nikomu oprócz ciebie - odpowiedział oschle. - Wiedzą, że lepiej nie atakować na terytorium Shadowa, ale znają też prawa. Mamy związane ręce, skoro jesteś uważana za zbiega, a oni żądają twojego stawiennictwa.
Wyobraziłam sobie cholerny list gończy z moją twarzą rozwieszony po całym świecie. Zbieg...
- Czekaj, ile oferują za moje schwytanie? - Czy to głupie, że miałam nadzieję na wysoką sumę, bo tak bardzo się mnie boją...?
- Nic. - Uch, dupek mógł chociaż udawać, że jestem warta grube pieniądze. - Mistrzowie powiedzieli mi, że wzywają cię, byś odpowiedziała na kilka pytań na temat tego, co się stało, gdy dotknęłaś kamienia. Nie wiem, dlaczego czekali tak długo, ale zapewniono mnie, że nie stanie ci się krzywda, jeśli przybędziesz w ciągu następnych kilku łuków słońca.
Valdor miał jedno czerwone słońce, które dawało ciepło porównywalne z kalifornijską wiosną. Nigdy nie znikało z nieba, a upływ czasu śledzono poprzez ten wahadłowy ruch, tam i z powrotem.
Dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie, a moja wilczyca zaskomlała z miejsca, gdzie teraz wegetowała, stłamszona przez obcą energię.
Energię, którą zaczynałam rozumieć, ponieważ stawała się silniejsza i bardziej reaktywna, odkąd byłam blisko Luciena, co mówiło mi, że zdecydowanie miała związek z wampirami.
- Czy energia z kamienia może być powodem, dla którego moja wilczyca jest przytłumiona? - zapytałam go. Nikt inny tego nie usłyszał, bo inaczej przymus by mnie powstrzymał.
Lucien zacisnął dłoń wokół mojego prawego ramienia i przyciągnął mnie do siebie.
- Twoja wilczyca jest przytłumiona? - zapytał.
Skinęłam głową i przełknęłam z trudem, po czym powiedziałam:
- Ledwo ją poznaję. Czasami mam wyostrzone zmysły, a innym razem jest tak, jakby spała. To prawie jak... - urwałam, nie mogłam dokończyć tej szalonej myśli.
- Jak co? - rzucił, a te zielone oczy niemal topiły mnie swoją uderzającą intensywnością. Zdolność Luciena do skupiania się na mnie tak całkowicie, że wszystko inne przestawało istnieć, była jednym z powodów, dla których tak mocno się w nim zakochałam w Valdorze.
Zacierał świat wokół nas i nikt nigdy nie wywoływał we mnie takiego poczucia spokoju i domu jak on. Przynajmniej wtedy, kiedy nie doprowadzał moich hormonów do szaleństwa i nie zamieniał mnie w kłębek pragnień.
Oczywiście słusznie mnie odrzucił. Wampiry nigdy nie wiązały się poza swoją rasą. A ja zachowałam się jak pieprzona idiotka i prawie przypłaciłam to życiem. Wiele się nauczyłam podczas pobytu w Valdorze i dojrzałam.
Po prostu nie chciałam tam wracać i popadać w stare złe nawyki.
- B - nacisnął, a ja potrząsnęłam głową.
- Po pierwsze: przestań nazywać mnie moją cholerną grupą krwi, dupku - szepnęłam ostro. - A po drugie: myślę, że kamień podzielił się ze mną swoją energią albo coś w tym stylu, bo teraz krąży we mnie jakaś obca moc.
Jego uścisk na moim ramieniu się wzmocnił. Nie sprawiał mi bólu, ale czułam siłę w tym dotyku. Lucien był potężniejszy niż jakikolwiek alfa zmiennokształtny, którego znałam.
- Powinnaś mi o tym powiedzieć znacznie wcześniej - warknął, a moje zdradzieckie ciało, cholera, zareagowało dokładnie odwrotnie, niż powinno.
To emocje i pragnienia, które we mnie wzbudzał, wpędziły mnie w te wszystkie kłopoty.
Wyrwałam się z jego uścisku, a przynajmniej próbowałam, dopóki sam mnie nie puścił, i powstrzymałam chęć potarcia ramienia w miejscu, gdzie jego energia zostawiła ślad na mojej skórze.
Zanim zdążyłam powiedzieć cokolwiek więcej, krzyk Mery rozdarł powietrze.
To nie tak, że zapomniałam, że moja najlepsza przyjaciółka rodzi, ale była to myśl w tle, gdy zajmowałam się bardziej palącą kwestią Luciena i wampirów. Ten krzyk jednak wypełniały takie przerażenie i ból, że każda część mnie wpadła w panikę.
- Możesz dać mi czas do narodzin dziecka Mery? - poprosiłam pospiesznie. - Nie mogę tego przegapić. Wiem, że już jestem ci winna przysługę od ostatniego razu, ale po prostu dodaj to do swojej listy.
Lucien wyglądał, jakby chciał odmówić, ale na szczęście tego nie zrobił.
- Zajmę się resztą. Idź do Mery.
Obróciłam się w miejscu i popędziłam przez pokój. Mimo że nie byłam daleko, wydawało się, że minęła wieczność, zanim przypadłam do jej boku. Leżała w tej samej pozycji co wcześniej, tylko że jej głowa spoczywała teraz na kolanach Bestii Cienia. Trzymał ją jak najcenniejszy skarb. Czułam emanującą od niego moc, kiedy przekazywał ją swojej partnerce.
Gaster stał u końca łóżka między zgiętymi w kolanach nogami Mery. Poduszki podpierały jej dolną część pleców. Angel trwała po jej prawej stronie i obejmowała dłoń przyjaciółki, a ja wsunęłam się na miejsce po lewej. Mera, z twarzą zalaną łzami, krzyknęła znowu i sięgnęła po moją rękę. Czułam ucisk w piersi, walczyłam z paniką.
Kobiety umierały przy porodzie, historia znała takie przypadki. Ale to nie mogło być udziałem Mery, prawda? Była nieśmiertelna. Praktycznie niezniszczalna.
Czy to dziecko mogło być jej jedyną słabością?
Jej uścisk na mojej dłoni się wzmocnił.
Wydawała się teraz dużo silniejsza ode mnie. Dosłownie miażdżyła mi rękę, ale znosiłam to bez narzekania.
Umarłabym za Merę i jej dziecko, więc kilka złamanych kości to nic, czym należało się martwić.
- Czy wszystko w porządku z mistrzami? - wydyszała, wciąż bardziej zmartwiona o mnie niż o siebie.
- Wszystko w porządku - potwierdziłam stanowczo. - Nie masz się czym przejmować. Lucien i ja mamy to pod kontrolą.
Szybko się rozejrzałam i zauważyłam, że wampir zniknął, ale odmówiłam sobie analizowania, dlaczego sprawiło to, że czułam się teraz tak pusta jak przestrzeń, którą wcześniej zajmował. Przynajmniej dotrzymał słowa i postanowił podjąć się interwencji w mojej sprawie.
Następny skurcz dopadł Merę, krzyknęła ponownie, jej chwyt łamał kolejne kości, które, na szczęście, moja energia zmiennokształtnej wyleczy w kilka minut.
- Skurcze przychodzą szybciej - stwierdziła Angel zwięźle. - Czy dziecko zaraz się pojawi?
Gaster nie podniósł wzroku, całkowicie skupiony na magii, którą tkał.
- Tak. Ale walczy z uwolnieniem. Jest bardzo zaborcze wobec Mery, chce przejąć jej energię na własność.
Mera zaśmiała się przez ból.
- Brzmi jak ktoś, kogo znam. - Jej ściągnięte i zmęczone rysy nieco się wygładziły, gdy Shadow odgarnął jej spocone włosy z czoła, a ona przechyliła głowę, by spotkać jego spojrzenie. Nie uśmiechnął się jednak, najwyraźniej ledwo nad sobą panował.
- Będzie dobrze, partnerze - powiedziała Mera łagodnie. - Nasze dziecko jest już prawie tutaj. Puści, kiedy nadejdzie właściwy czas.
- Słoneczko - wyrzucił z siebie zduszonym głosem. - Musisz przeżyć. Światy potrzebują, żebyś przeżyła. Rozumiesz?
- Oboje przeżyjemy - zapewniła bez wahania. Jasność jej osobowości i mocy przebiła się przez cierpienie. Ogarnął ją spokój, napięcie wreszcie opuściło jej twarz. - Czuję to.
Dłoń Angel wciąż oplatała palce Mery.
- Spokój - wyszeptała, kiedy pogoda ducha musnęła także jej oczy. - Oboje go znajdujecie. Nowa ścieżka jest wyraźniejsza.
I tak po prostu każdy, włącznie z Gasterem i Shadowem, nagle się rozluźnił. Nie miałam pojęcia, jaki to rodzaj spokoju, ale przyjmowałam to jako pozytywny znak, że z Merą i jej dzieckiem wszystko będzie w porządku. Bitwa o pojawienie się tej istoty na świecie dobiegła końca i teraz dziecko było na drodze do wolności.
Gdy tym razem nadszedł skurcz, Mera nie krzyczała ani nie zginała się wpół, jakby jej ciało rozrywało się na dwoje. Zamiast tego trzymała dłonie swoich najlepszych przyjaciółek i wyciągnęła się w stronę Shadowa. Zamknęła oczy, pozwoliła naturze przejąć kontrolę.
- Jeszcze jeden raz - odezwał się Gaster łagodnie, jego ziemisty zapach i energia zanikały, kiedy oddawał kontrolę Merze. - Jesteś tak blisko.
Uśmiech rozlał się po jej ustach, tak pięknie zadowolony. Gdy podniosła powieki, spotkała płonące spojrzenie Shadowa. Spojrzenie, które nie opuściło jej twarzy od wielu minut. Cholera, kogo ja oszukuję... Jego wzrok był utkwiony w Słoneczku, odkąd pierwszy raz ją zobaczył.
- Kocham cię - powiedział. - Jesteś pieprzonym cudem.
- Pierwszym słowem tego dziecka będzie "pieprzyć". - Zaśmiała się przez łzy.
Shadow wzruszył ramionami, jakby naprawdę go to nie obchodziło.
- Ja też cię kocham - wyznała Mera, jej śmiech zanikał, kiedy łzy znaczyły jej skórę. Łzy radości, uzdrowienia i nadziei. - Jesteś najlepszym, co mi się przytrafiło. Ty i nasze dziecko. Nasza rodzina.
Teraz to ja płakałam, widząc pełne koło życia mojej najlepszej przyjaciółki. Nigdy więcej nie zazna bólu ani odrzucenia. Miała watahę i rodzinę, a moje serce rosło z jej szczęścia. Zasługiwała na to wszystko i więcej.
Wygięła się i jęknęła, a cisza zstąpiła na pokój, gdy pchnęła ostatni raz. Wstrzymywaliśmy oddechy, aż pojedynczy krzyk wypełnił powietrze.
Przygotowane i delikatne ręce Gastera przyjęły nasze najnowsze błogosławieństwo, a wtedy masywna fala mocy prawie zdmuchnęła mnie z łóżka. Uścisk Mery na mojej dłoni jednak zakotwiczył mnie u jej boku.
Dziecko wydało kolejny krzyk, po którym nastąpiła druga fala, nie tak silna jak pierwsza. Pojedynczy, dźwięczny ton trwał przez chwilę, po czym zanikł. Jakby światy w końcu się uspokajały po pojawieniu się tej nowej mocy.
- Dziecko zrodzone z mocy i przeznaczenia - oznajmiła Angel. - Jakby pierwotne energie się przegrupowały, by zrobić miejsce dla - spojrzała w dół - niej. By zrobić miejsce na jej pozycję w panteonie mocy. - Angel miała rację, to była dziewczynka.
Mera się podciągnęła, by po raz pierwszy zobaczyć swoją córkę. Gaster bez wahania przekazał płaczącą, zakrwawioną, maleńką, ale potężną istotę jej matce. Ogromne złote oczy popatrzyły na Merę, a moja najlepsza przyjaciółka po prostu wpatrywała się w swój mały cud i płakała.
- Wygląda dokładnie jak ty, Shadow - wyszeptała, a wielkie łzy spływały po jej policzkach.
Bestia wyciągnął rękę i mogłabym przysiąc, że ta zadrżała, kiedy położył ją na rudej czuprynie, zbyt gęstej jak na niemowlę. Wzrok dziewczynki spotkał się ze wzrokiem jej ojca, już nie płakała. Shadow i dziecko wpatrywali się w siebie z takim skupieniem, jakby dwie pradawne istoty wymieniały się zrozumieniem wszechświata. To nie tylko jej włosy czy bezpośrednie spojrzenie wydawały się wręcz nienaturalne, ale wszystko inne również.
Potem ta chwila minęła, a gdy Mera przytuliła dziecko mocniej, zachowywało się jak normalny, marudny, zafascynowany piersią noworodek.
- Jest głodna - zauważył Shadow.
Mera przysunęła piękną dziewczynkę do piersi, a góra jej luźnej białej sukienki zsunęła się przy tym ruchu. Dziecko natychmiast się przyssało, co podobno nie zawsze się zdarza, ale co ja tak naprawdę wiedziałam.
Cofnęłam się o krok i wykorzystałam moment, by docenić doskonałość sceny przede mną. Mera może uważała, że dziecko wygląda jak Shadow, ale ja widziałam w nim też wiele z mojej przyjaciółki, od rudych loków po pełne wargi i wysokie kości policzkowe.
Chociaż faktycznie bez wątpienia miała geny Shadowa, z tymi nieziemskimi oczami i prostym nosem.
- Jest idealnym połączeniem Słoneczka i Shadowa - westchnęła Angel, jej myśli pokrywały się z moimi. - Jakim imieniem ją zaszczycicie?
Szczerze nie mogłam się doczekać, by usłyszeć, jak dadzą jej na imię.