4 x J. Pakuła
- Pa, mamuś, pamiętasz, że dzisiaj wrócę później? Jakby coś, to dzwoń. Zakupy zrobiłem, wszystko, o co prosiłaś.
- O nic się nie martw, poradzę sobie. - Nadstawiła policzek, by Paweł mógł ją cmoknąć i pognać do drzwi, bo już był spóźniony.
Jeszcze słyszała tupot stóp po drewnianych schodach i otoczyła ją cisza. Nie chciało jej się wstawać z łóżka, bo i po co. Spać też już nie mogła. Za oknem szaro, znowu padał deszcz. Kiedy wreszcie ta wiosna przyjdzie, ociąga się i ociąga. Narastało w niej rozdrażnienie. Pustka. Wegetacja bez sensu. Dni schodziły na niczym, jeden podobny do drugiego. Człowiek dziczał, gdy był ciągle sam. Zaczynała się bać osaczających ją wspomnień, własnej wyobraźni, myśli.
Po co jeszcze żyła? Nie miała przed sobą żadnych perspektyw i nie bała się samej śmierci. Była przygotowana. Tylko nie tak łatwo było się zabić... Lekcje religii prowadzone przez księdza Oskara nie poszły na marne. Tłumaczył im, nastolatkom, że samobójstwo to jeden z największych z grzechów, bo to najczęściej w szczegółach zaplanowane morderstwo. I zupełnie bez znaczenia, że dotyczy własnej osoby. To był bardzo mądry człowiek, drzwi do jego pokoju nigdy nie były dla nich zamknięte, a z jego lekcji nikt bez potrzeby nie uciekał. U niego nie było tematów tabu ani sytuacji bez wyjścia.
Dzisiaj też chętnie porozmawiałaby z nim o swoich problemach, jemu jednemu powierzyłaby tajemnicę swojego życia. Niestety, tacy wspaniali ludzie odchodzą młodo. Ksiądz Oskar, rówieśnik księdza Popiełuszki, zginął w styczniową noc, gdy rozwoził swoim małym fiacikiem dary przysyłane z zagranicy. Rozładowywali całe tony mąki, ryżu, cukru, oleju dostarczane wielkimi tirami, a później rozwozili je do domów ludzi starych, chorych... Ech, te wspomnienia.
W jej sytuacji najlepszy byłby zwykły śmiertelny wypadek, ale jak sprowokować los? Człowiek nie ma takiej władzy. Co innego nieumyślne zabójstwo. Właśnie coś takiego sobie zaplanowała.
Najważniejsze w tym wszystkim było to, by Paweł nigdy się nie dowiedział, że coś zaplanowała, sprowokowała, to zniszczyłoby mu życie. I tak świadomość, że nie było go w takim momencie w kraju, wpędzi go w ogromne poczucie winy. Jego musiała chronić, to było jej główne życiowe zadanie. W tym celu została ocalona w tej wielkiej rodzinnej tragedii.
Ostatnio zaczęła nawet oglądać filmy akcji, czytać kryminały. Ale tam wyglądało to bardzo prosto, trup za trupem, pif-paf i po wszystkim. Dużo się działo, akcja za akcją. Po kilku filmach miała dosyć. Ciągle to samo, pisk opon samochodowych, strzelanina, forsa, forsa, to ona rządziła światem. Wolała kryminały Agathy Christie, u niej morderstwa były zaplanowane, zakamuflowane, no i wszystko toczyło się w normalnym tempie, chociaż i tam motywem zbrodni były najczęściej pieniądze.
Szok przeżyła po obejrzeniu filmu Osiem milimetrów. Niby wiedziała, że istnieją takie światy: narkomanów, mafii, zboczeńców wszelkiego rodzaju. Gdzieś tam istniał jakiś podziemny świat marginesu społecznego. Dopiero po tym filmie dotarło do niej, że to nie działo się na innej planecie, ale tu i teraz, nie tylko w Ameryce, ale również w Polsce. Mocno identyfikowała się ze starszą panią, żoną milionera, która po śmierci męża znalazła film i wynajęła detektywa, by wyjaśnił tę tajemnicę. Wraz z nią weszła w świat sobie zupełnie nieznany, ludzkie podziemie, które wcale nie było małym marginesem społecznym. Setki, tysiące młodych dziewcząt i chłopców omamionych sławą, bogactwem gwiazd filmowych stawało się łatwym łupem oszustów, zboczeńców. Trafiali do burdeli, kręcono z nimi tysiące filmów pornograficznych. Byli wykorzystywani seksualnie, bici, torturowani, faszerowani narkotykami, w końcu zabijani. Nie działoby się to wszystko, gdyby nie pieniądze, wielkie pieniądze ludzi, którzy żyli pozornie przykładnie, z żoną, dziećmi, wnukami, pracowici, uprzejmi, dobroduszni.
Żona milionera popełniła samobójstwo, nie poradziła sobie ze świadomością, że dzieliła życie z człowiekiem, który wydał milion dolarów, by torturowano i zabito nastolatkę. Nakręcono dla niego ten film, by mógł się podniecać, oglądając go. Również taki jest ten nasz współczesny świat.
Julia pazurami trzymała się dobrej strony człowieka. W końcu udało jej się przeżyć pięćdziesiąt lat z dala od tego wszystkiego. Nie chciała tego zmieniać. Zrezygnowała więc z oglądania takich filmów, ale szanowała ludzi, którzy podejmowali takie tematy. Młodzi ludzie, Paweł i jego przyjaciele, powinni być świadomi tych wszystkich zagrożeń.
Sama na wiele dni utonęła w katastroficznym widzeniu świata. I nie łudziła się, że cokolwiek odmieni go na lepsze, wystarczyło posłuchać "Wiadomości", otworzyć jakikolwiek portal w internecie, ech, to wszystko zmierzało w złym kierunku. Ale jej ułatwiało planowanie momentu swojego odejścia. Łatwiej odchodziło się z takiego świata.
Co ją czekało po drugiej stronie? Od dawna była tam jej mała Emilka, byli gdzieś Julia i Jurek, i Jacek. I rodzice, dziadkowie, teściowie. Jakby się tak zastanowić, to miała po tamtej stronie więcej ludzi niż tutaj. Zdecydowanie więcej. Dopóki Paweł się nie rozmnoży. Tylko że dzisiaj młodzi się nie spieszą, dzieci w małżeństwach rodzą się późno i najczęściej jedno. No, w przypadku Pawła może ich być od razu dwoje. Uśmiechnęła się po razy pierwszy dzisiaj. Ta podwójność w jej życiu była wyjątkowa.
Miała siostrę bliźniaczkę, obydwie miały mężów braci bliźniaków, identyczne geny, te same grupy krwi, te same nazwiska. Tak się złożyło. Śmiesznie trochę, gdzie by się razem nie pokazali, tam wzbudzali sensację, a ile zabawnych sytuacji przeżyli.
Tylko córkę miała jedną, pojedynczą. Nasienie Jacka, jej męża, miało jakąś, stwierdzoną przez lekarzy, słabą żywotność.
Obydwie pary po wspólnym ślubie... A co to był za ślub, oczywiście podwójny! Ksiądz całą mszę mrugał oczami, chyba sobie nie dowierzał, ponieważ żeby wzmocnić efekt, ubrali się identycznie. Te same suknie ślubne, fryzury, te same garnitury i krawaty. Byli nawet przedstawiciele prasy lokalnej i ukazał się duży artykuł z ich zdjęciami pt. 4 x J. Pakuła.
Zaraz po ślubie zaczęli się starać o potomstwo. Obydwie z siostrą przygotowywały się do tego, że urodzą bliźnięta. Julia nie miała problemów. Szybko zaszła w ciążę i urodziła dwóch chłopców - Piotra i Pawła, wspaniałych bliźniaków jednojajowych oczywiście.
Natomiast ona z Jackiem starali się bez rezultatów przez kilka miesięcy. Zgodnie, nie umawiając się wcześniej, zaczęli rozgłaszać, że nie planują potomstwa tak od razu, ponieważ najpierw chcą się nacieszyć sobą i trochę urządzić.
Ale to Jurek z Julią się urządzali. Wyremontowali duże mieszkanie w starej przedwojennej kamienicy w centrum miasta, kupili samochód. No i mieli dwa śliczne bobaski. To im los sprzyjał, wszystko, co zaplanowali, kończyło się sukcesem.
Któregoś dnia, gdy po raz kolejny prawidłowo o czasie dostała miesiączkę, bez zbędnych dyskusji uznali z mężem, że czas na badania, i oddali się w ręce specjalistów, nie wtajemniczając w to najbliższych. To wtedy okazało się, że ilość i żywotność nasienia Jacka jest mocno ograniczona.
Los jednak sprawił im niespodziankę, w miesiąc po tej dramatycznej dla nich diagnozie zaszła w ciążę. Co to była za radość. Jacek ją ze szczęścia nosił na rękach. Pierwsze badanie USG zaskoczyło ich informacją, że to nie bliźnięta. Niestety dziewczynka urodziła się w szóstym miesiącu ciąży. Pomimo walki lekarzy ich maleństwo po kilku dniach zmarło. To był wielki dramat, który sprawił, że z Jackiem nie potrafili się już porozumieć.
On był przekonany, że to, iż urodziło się jedno dziecko, a nie bliźnięta, że urodziło się za szybko i zbyt słabe, by przeżyć, to wina niedorozwoju jego plemników. Wmówił sobie, że bardzo rozczarował żonę, sam siebie nazywał "wybrakowanym towarem".
Natomiast ona czuła, że zawiodła, nie potrafiła być dla córki bezpieczną macicą. Jej organizm wydalił dziecko zbyt szybko, nie dając mu szans na przeżycie. Nie sprawdziła się jako matka.
Często byli zapraszani do domu Julii i Jurka. Ich chłopcy, Piotruś i Pawełek, rośli szybko, byli silnymi, zdrowymi dziećmi. Po każdej wizycie wracali coraz bardziej smutni, rozczarowani. Nie potrafili w tym trudnym okresie dać sobie wsparcia, ciepła, którego oboje bardzo wtedy potrzebowali. Ta rana była zbyt głęboka, by mogła się zabliźnić. Potrzebowała dramatu, trzęsienia ziemi. I ta katastrofa wydarzyła się... pół roku później.
- Nie chcę! Nie chcę tych wspomnień! - krzyknęła bezwiednie na cały głos. Co się z nią dzisiaj działo? Spojrzała na zegar i zdegustowana odwróciła głowę. Dochodziła godzina dziesiąta, a ona nadal leżała w łóżku. Bez swojej herbaty, papieroska, śniadania. W pokoju było szaro, gdyby nie przesuwające się wskazówki zegara, miałaby problemy z ustaleniem pory dnia. I tylko deszcz ostro bębnił o parapety. Podciągnęła kołdrę pod samą brodę, poczuła miękkość i rozkoszne ciepło flanelowej pościeli. Miał rację jej ulubieniec Stanisław Lec, gdy pisał: "Można oczy zamknąć na rzeczywistość, ale nie na wspomnienia".
Wiedziała, że za chwilę wejdzie prosto do źródła swojego bólu, który zabijał w niej chęć życia. Strzępy wspomnień atakowały ją na przemian z poczuciem krzywdy, falami zazdrości i poczucia wstydu.
- Nie jesteś Julią! Czas wrócić do własnej skóry. Zagarnęłaś życie siostry. To dlatego masz takie pokręcone ciało, to dlatego jesteś opuszczona i samotna. To kara, kara...
Julia ocknęła się, przez moment nie wiedziała, gdzie się znajduje, czuła lęk, bała się. Jakiś ciężki kamień uciskał jej pierś, z trudnością oddychała. Nie miała siły podnieść głowy z poduszki. - To pewno zawał. Ból będzie się nasilał, słyszała, że to bardzo boli. Strużki potu, a może łez rozlewały się po jej twarzy i spływały na poduszkę.
Więc to stanie się dzisiaj. Umrze, zanim wróci Paweł, i wszystko się skończy tak, jak chciała, tak jak od dłuższego czasu planowała. No i dobrze, niech się dzieje wola Boża. Za chwilę zobaczy się z mężem, siostrą, szwagrem i... Co im powie?
Poczuła silne ukłucie pod prawą łopatką, jak to zabolało. Bała się oddychać, by się nie powtórzyło.
Jak ją przyjmą? Oni tacy zdrowi, młodzi, piękni. Czy w tej starej, pokręconej postaci rozpoznają Julię. Nie, nie Julię. Justynę. Ciągle się myliła i już sama wątpiła w to, czy była Justyną?
Jakiś wybryk natury doprowadził do rozdzielenia przed narodzinami jednej osoby na dwa ciała, a potem Los uśmiercił jedną z nich. Kim teraz była? Która z nich tak naprawdę pozostała przy życiu? Rozdzielenie bliźniąt nigdy nie jest zwykłą rozłąką. Przeżyła to, ponieważ człowiek jest zdolny przeżyć niewyobrażalne rzeczy, ale gdy doszła do siebie, nie poznawała świata.
Nie zrobiła tego świadomie, nie planowała, to był przypadek, zbieg okoliczności. Tak się bała, gdy do niej przyszli, tuliła do siebie śpiącego Pawełka, zawładnął nią paniczny lęk, że jej go odbiorą. To małe ciałko było wszystkim, co jej pozostało. To była nić, która trzymała ją przy życiu, nie pozwoliła oszaleć...
Piotruś był bardzo chory, płakał rozpaczliwie, temperatura mu rosła. Czekali na karetkę pogotowia. Wszyscy byli bardzo zdenerwowani, nie wiedzieli, co się stało. Biegunka i wymioty pojawiły się nagle i stan małego gwałtownie się pogarszał. W końcu Jacek zdecydował, że nie będą dłużej czekali, on ich zawiezie. Jurek zwlekał, miał nowiutki samochód, a brat był świeżo po kursie prawa jazdy. Sam jednak nie mógł prowadzić, ponieważ wcześniej był na spotkaniu z klientami i trochę opijali dopiero podpisany kontrakt. Właśnie z tej okazji byli umówieni na to wieczorne świętowanie. Miało być tak przyjemnie, z kuchni rozchodził się zapach pieczonej kaczki, stół w pokoju był nakryty do uroczystej kolacji.
Śpieszyli się, wszystko im leciało z rąk, wiedzieli, jak kruche jest życie takiego malucha. Naprawdę bardzo się o niego bali, wspólnie przeżywali przecież śmierć Emilki. Już w przedpokoju Piotruś zwymiotował ponownie. Justyna w pośpiechu podała siostrze swoją kurtkę i świeży kocyk, by owinąć małego. Wybiegli. To wtedy widziała ich po raz ostatni. Żadnego pożegnania, żadnego przeczucia. Niepojęte, ale nie dostała żadnego znaku od Losu, ona, bliźniaczka jednojajowa...
Pawełek bawił się klockami, ona wyłączyła piekarnik, przepłukała kocyk i pobrudzone ubranka Piotrusia. Przebrała się też w sweterek siostry, bo jej bluzeczka również pachniała wymiocinami.
Dziesięć minut później zadzwonili z pogotowia, że nie mogą przyjechać, ponieważ wszystkie karetki były w terenie, zdarzył się straszny wypadek. Uspokoiła ich, że nie są już potrzebni, bo dziecko jest w drodze do szpitala, pojechało prywatnym samochodem.
Gdy to mówiła, oni już nie żyli. Zginęli razem w jednej sekundzie. Te wszystkie karetki były właśnie przy nich. Zostali zmiażdżeni przy czołowym zderzeniu z tirem.
Jakiś samochód na zachodnich rejestracjach wymusił pierwszeństwo przejazdu, kierowca tira, ratując się przed zderzeniem, zjechał na przeciwny pas i walnął w samochód Jacka, który sam jadąc bardzo szybko, nie miał żadnych szans. Ciężko ranni byli natomiast pasażerowie mazdy, która jechała za Jackiem i też nie zdążyła do końca wyhamować. Główny winowajca uciekł, niezbyt daleko, przy wylocie z miasta rozbił się o betonową barierkę i zginął na miejscu. To był młody student, Japończyk, wracał do Monachium.
Wiadomość o wypadku dotarła do niej telefonicznie. Zadzwoniła teściowa.
- Julio, zdarzył się straszny wypadek... musisz być dzielna, pamiętaj, że jesteś potrzebna Pawełkowi. Tylko ty mu pozostałaś. Bądź tego świadoma, Julio, błagam cię. Ja... ja sobie z tym nie poradzę... Julio, przyrzeknij mi, że ty wytrzymasz, nie zawiedziesz... Dziękuję Bogu, że to właśnie ty, Julio, ocalałaś. Pawełek będzie cię bardzo potrzebował, ma wielkie szczęście, że chociaż matka mu pozostała, Bóg jest litościwy...
Dalej był już głos sąsiadki, która poinformowała ją, że pani Barbara zasłabła, ale nie musi się martwić, bo w mieszkaniu jest już pogotowie.
Stała otępiała ze słuchawką w dłoni. Obserwowała swoje odbicie w lustrze. Widziała siebie? A może Julię? Patrzyła na twarz kobiety, która przed chwilą straciła wszystkich bliskich. W jej rysach nic się nie zmieniło...Co czuła? Pustkę. Nie wiedziała, nie rozumiała, co czuje... Przyglądała się sobie z zewnątrz, stała obok siebie i obserwowała osobę, która przeżywa wielki dramat.
Tak została Julią, to przez tę kurtkę, w której były jej dokumenty. Półprzytomna dotarła do pokoju dzieci, wzięła na ręce Pawełka, tuliła go do siebie i zapewniała, że nigdy go nie opuści, nie zawiedzie swojego syneczka.
Wszyscy starali się być bardzo delikatni, nikt niczego nie dociekał, nie kwestionował. Jej słowa brano za prawdę. Jakieś nieścisłości, jej niezorientowanie w wielu sprawach, tłumaczono szokiem, traumatycznymi przeżyciami. Wszyscy bez wyjątku bardzo jej współczuli, pomagali, załatwiali masę spraw, organizowali. Przez wiele tygodni ktoś płacił jej rachunki, robił zakupy, załatwiał sprawy w urzędach, ona tylko podpisywała się w miejscach, które wskazywano jej palcem. Zawsze J. Pakuła. To w końcu mógł być podpis jej, siostry, męża lub szwagra, mieli przecież te same inicjały. Była na silnych lekach uspokajających, więc i podpis mógł się trochę różnić, nikt niczego nie podejrzewał, nikomu nie przyszło do głowy, że właśnie stawała się Julią.
Pamiętała, że gdy były nastolatkami, ćwiczyły z siostrą jednakowy podpis, tak dla zabawy, ponieważ często się podmieniały, były takie podobne. Bardzo ułatwiały sobie tym życie, ratowały się z różnych opresji.
Teraz też wiele skorzystała, ale świadomość tego dotarła do niej znacznie później. Tak naprawdę to tylko lęk przed utratą Pawełka kierował jej decyzjami.
Okazało się, że została właścicielką pięknego mieszkania w starej kamienicy w centrum miasta, przyznano jej i Pawełkowi wysoką rentę po... szwagrze Jurku, prezesie firmy, a nie zwykłym pracowniku, jakim był Jacek. Gdy przekazano jej stan kilku kont, długo nie mogła wyjść z oszołomienia.
Siostra Julia była na urlopie wychowawczym, planowała wrócić do pracy, była sekretarką w technikum budowlanym, ale wszyscy zrozumieli jej decyzję, gdy zrezygnowała z tego, nikt nie zadawał jej zbędnych pytań. W końcu chętnych na to stanowisko nie brakowało.
Przyjaciele sprzedali jej i Jacka mieszkanie w bloku, dostała wysokie odszkodowanie za nowego opla vectrę, własność Jurka, którą skasowano po wypadku. Rzeka pieniędzy płynęła na jej konto w banku, konto Julii Pakuły.
Ona sama skupiła się wyłącznie na Pawełku. Chłopczyk, trzynastomiesięczny, parę razy nazwał ją Juta, ale szybko nauczył się mówić mama. Kochała to słowo, całowała go po rączkach, ilekroć tak się do niej zwrócił. Na początku często płakał, chodził po pokojach, jakby kogoś szukał, ale uspokajał się, gdy tuliła go i nuciła mu kołysanki. Nie rozstawali się nawet na chwilę. Nie życzyła sobie żadnej pomocy przy jego pielęgnacji. Nie chciała nigdzie bywać, ograniczyła wszelkie kontakty towarzyskie, robiła to rozmyślnie, szczególnie z osobami, które znały bliżej Julię.
Dopiero gdy mały skończył siedem lat i poszedł do szkoły, ona znalazła sobie pracę w bibliotece i nowych znajomych. Wszyscy to rozumieli, nawet teściowa, która nigdy nie otrząsnęła się po tej tragedii. W końcu w jednej sekundzie straciła dwóch synów, wnuka i synową. Tylko nie tą, którą żegnała nad wspólnym grobem. Czy teściowa się nie domyślała? Tak bacznie jej się czasami przyglądała. Jednak zawsze nazywała ją Julią. Jeżeli wiedziała, to zabrała swą wiedzę do grobu, zmarła dwa lata po tej tragedii, jej serce było takie słabiutkie.
- Mamo, co się stało, źle się czujesz? - Głos Pawła był bardzo zaniepokojony. - Dlaczego leżysz po ciemku? Zapalił górne światło.
Julia zmrużyła oczy, powoli oswajała się ze światłem. Paweł siedział obok na łóżku i gładził jej dłoń.
- Leżałaś cały dzień? A jadłaś coś, piłaś? Co się dzieje, mamo?
Uśmiechnęła się uspokajająco. Więc nie umarła, żyje. I poczuła się głodna i spragniona, i musiała natychmiast do ubikacji.
- Pawełku, zrób mi herbatki, chętnie się napiję. Nic się nie dzieje, To przez ten deszcz nie chciało mi się wstać. Taki leń ze mnie, wstyd po prostu.
- Nie wstawaj, leż sobie, zaraz będzie herbata.
- Dobrze, syneczku, ale wstać muszę, siła wyższa - uśmiechnęła się. Jak bardzo się zmartwił biedaczek. To takie dobre, wrażliwe dziecko. Co by zrobił, gdyby zastał w łóżku trupa? Trochę chyba była mu potrzebna, choćby samą obecnością. Wracając z łazienki, usłyszała końcówkę rozmowy telefonicznej:
- Przeproś ich w moim imieniu, ale nie przyjdę dzisiaj.
- ...
- Tak, mama. Musiała się źle czuć, bo w ogóle nie wstała z łóżka.
- ...
- Przeciwnie. Ostatnio stanowczo za mało poświęcałem jej czasu.
- ...
- Nie, nie zmienię swojej decyzji.
Julia chciała zaprotestować, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Ma prawo do czasu spędzonego z synem, przecież już niedługo uwolni go od swojego towarzystwa.
I był to naprawdę miły wieczór, dawno nie pichcili wspólnie kolacji, Paweł otworzył nawet butelkę jej ulubionego wina i zrobiło się prawie świątecznie.
Patrzyła z dumą na swojego syna. Wyrósł na przystojnego mężczyznę. Bardzo zadbany, to ona nauczyła go korzystania z salonów kosmetycznych, gdy jako dorastający nastolatek miał problemy z trądzikiem. Jego paznokcie i dłonie były nieskazitelne. Pachniał dobrymi kosmetykami, każda kobieta byłaby z niego dumna. Nie musiał się niczego wstydzić, wiedział, jak zachować się przy stole, potrafił tańczyć, przykładała wielką wagę do porządnego wychowania. Nie żałowała pieniędzy na jego edukację. Świetnie pływał i jeździł na nartach, grał w tenisa i władał trzema językami. Poświęcała mu wiele czasu, wożąc na te wszystkie dodatkowe zajęcia. Wakacje spędzali za granicą, poznając zabytki Wenecji, Paryża czy Rzymu.
Przygotowywała go do życia tak, by dobrze się czuł w gronie odradzającej się arystokracji. Obserwowała to, co działo się w polskiej rzeczywistości. Logiczną konsekwencją prywatyzacji była dążność społeczeństwa do tworzenia elit. Była bibliotekarką i widziała rosnące zainteresowanie heraldyką, architekturą starych dworków szlacheckich, pałacyków, no i ogrodów. Poszukiwano poradników potrzebnych do budowy altanek i fontann, oranżerii. Czytelnicy sprawdzali swoje drzewa genealogiczne, herby, majątki szlacheckie. Jednocześnie skupiano się na najmłodszym pokoleniu. Prywatne przedszkola, szkoły i elitarne uczelnie. Opiekunki ze znajomością języków obcych. Jak grzyby po deszczu rosły stadniny i korty tenisowe. Wszystko to w dobie bezrobocia, biedy, przy wtórze reklam "raz dwa trzy, dziś obiadu nie zjesz ty" i drewnianych pajacyków z pustym brzuszkiem. Socjalizm, komunizm - tych pojęć już niedługo będą uczyli w szkołach jako przykładu nieudanych eksperymentów społecznych, politycznych i ekonomicznych. Była o tym przekonana. Żyła czujnie, uważnie dysponowała oszczędnościami. Pawełek od najmłodszych lat dysponował kieszonkowym, uczyła go szacunku do pieniędzy, ale bez zbytniej przesady, zapewniała mu wszystko, co niezbędne do pełnego rozwoju.
Od kilku lat spędzał wakacje z rówieśnikami, nie wybierała mu znajomych, bo wiedziała, kiedy odciąć pępowinę. Nie pozwalała sobie na nadopiekuńczość, ale z satysfakcją stwierdziła, że jej zabiegi wychowawcze przynosiły efekty. Syn nie gustował w towarzystwie chłopaków spod budki z piwem.
Paweł odwdzięczał się solidnością, rzetelnością, nigdy nie miała z nim problemów wychowawczych, był świetnym uczniem, ale nie prymusem, miał swoje zainteresowania i pasje. Po prostu lubił wiedzieć, lubił się uczyć, poznawać. Tę naturalną u dzieci ciekawość świata starała się rozbudzać na wszelkie sposoby, bo chciała, żeby jej syn chłonął życie, rozwijał się nieustannie nie dla ocen w szkole, ale dla własnej satysfakcji.
Komunikatywny i serdeczny, miał swoją paczkę kolegów, sprawdzoną wieloletnią przyjaźnią. Teraz poznał dziewczynę. Kończył wydział automatyki precyzyjnej na politechnice. Patrząc na niego, czuła, jak wypełnia ją miłość i duma. Był żywym dowodem na to, że ona była świetną matką, spełniła swoje zadanie, wychowała dobrego, wartościowego człowieka.
I może odejść. Nie jest już potrzebna, teraz byłaby tylko balastem, utrudniającym mu życie. To, co zaplanowała, było logiczne, musiała być tylko konsekwentna. Jej misja dobiegała końca.
Leżąc wieczorem w łóżku, rozluźniona dwiema lampkami wina, upajała się satysfakcją, czuła się spełniona, doceniona, wyróżniona przez los. Cudowne uczucie pełni szczęścia. Teraz powinna zasnąć i nie obudzić się więcej. W tej chwili była gotowa stanąć przed siostrą i... zwrócić jej imię?
I nagle wszystko prysło jak bańka mydlana. Wrócił lęk i wielka niechęć do tego aktu. Nie chciała być Justyną! Nie chciała powrotu do drugiego miejsca w szeregu. Tak było przez całe ich wspólne życie. Julia urodziła się pierwsza, wygrała już w łonie matki. Większa, silniejsza, sprytniejsza. To ona decydowała o wszystkim. Justyna zawsze była jej cieniem.
Ten dramatyczny wypadek przeżyła tak dzielnie, z godnością, ponieważ przeżywała go, będąc Julią. Ona, Justyna, nie poradziłaby sobie, ale ona, Julia, sprawdziła się wyśmienicie, wszyscy ją podziwiali i stawiali za wzór. Naprawdę uwierzyła w to, że zginęła w tamtym samochodzie. Przez prawie dwadzieścia pięć lat raz w tygodniu odwiedzała cmentarz, myła marmur na dużym rodzinnym grobie, gładziła miękką flanelką złoty napis: Justyna Pakuła. Stawiała świeże kwiaty, zapalała znicze. Pawełkowi opowiadała, że leżą tu: jego tata, braciszek, ciocia i wujek.
Gdy teściowa, wtedy, przez telefon, nazwała ją Julią, to jakby dotknęła czarodziejską różdżką, nastąpiła cudowna zamiana ról. Jak w bajce. Spełniło się jej największe marzenie, stała się Julią. Oszołomiona, nie zaprotestowała i ta jedna chwila zdecydowała o dalszym jej życiu.
Czy tam, po tej drugiej stronie mogą być dwie Julie? Oczywiście, że nie. Julia, piękna i młoda, nigdy się na to nie zgodzi, a ona, Justyna, nie zdobędzie się na odwagę, by o to powalczyć. Stanie przed nimi stara, brzydka i pokręcona. Ale będzie miała coś, czego oni nigdy nie zaznali: długie życie na ziemi, wiedzę, doświadczenie i najważniejsze - wspomnienia. Dużo pięknych wspomnień. Podobno to nie umiera, to zabiera się na tamtą stronę.
Czy Julia jej wybaczy?
Co za głupie myślenie, przecież to nie ona ich zabiła, nie miała wpływu na bieg wydarzeń. Ona tylko ukradła Julii tożsamość, czy to wielkie przestępstwo? Jej już nie była potrzebna, ona umarła. Umarła!!!
W chwili gdy utraciła bliźniaczkę, utraciła samą siebie. Przez resztę życia uczyła się istnieć pojedynczo. Jednocześnie uczyła się być Julią. Dzisiaj wie, że okazała się wzorową uczennicą. Coraz częściej zadawała sobie pytanie, czy z problemami, jakie niosło życie, poradziłaby sobie, będąc Justyną?
Sporo czasu spędzała ostatnio na wspominaniu, analizowaniu, podsumowywaniu. Taki czas nastał, nie bez przyczyny. Niedawno uświadomiła sobie, że w dzieciństwie siostra często kazała jej być Julią. Uważnie obserwowała ją w tej roli, a później zadawała wiele pytań: czy ja tak macham prawą dłonią, gdy z kimś dyskutuję, czy to twój gest? Mój, hmm, więc muszę się go pozbyć. Czy zawsze tak przechylasz głowę, czy tylko wtedy, gdy jesteś mną? Nie otwieraj ust, gdy jesteś zdziwiona czymś, raczej zaciskaj w lekki dzióbek, jak ja, nie będziesz wtedy wyglądała tak głupkowato. Z czasem Justyna już nie miała pewności, czy to jej gest, jej naturalna reakcja, czy podpatrzona u Juli.
Siostrę od początku fascynował fakt, że może być w dwóch miejscach jednocześnie, jak się kiedyś wyraziła: "może korzystać z dwóch ciał". Jej zdaniem Justyna była nią, do pewnego momentu, a później, nie wiadomo dla czyjego kaprysu, komórki zaczęły się dzielić i w końcu się rozdzieliły.
Justyna nie do końca się z tym zgadzała, jakaś cząstka w niej się buntowała, czuła się osobną jednostką, a nie częścią siostry. Nigdy jednak nie ośmieliła się jej powiedzieć o tym, że mogło być przecież odwrotnie, że to jej komórki zaczęły się dzielić i powstała Julia.
Wiedziała jedno, nikt jej tak nie rozumiał, nie potrafił pocieszyć, rozśmieszyć jak siostra. Była cudowną dziewczyną. Piękną, zabawną, promienną... Była jej jedyną przyjaciółką. To ona decydowała, co jest dla niej ważne, była wyrocznią. Nigdy nie rywalizowały, za to bardzo się wspierały, pomagały sobie. Chociaż dla wszystkich wkoło były identyczne, one wiedziały o różnicach. Julia była zdecydowanie ambitniejsza, błyskotliwsza, niesforna. Ona spokojniejsza, rozważniejsza. Godziła się na te podmianki, bo szczególnie w dzieciństwie wydawało jej się to bardzo zabawne, w okresie nastoletnim często ułatwiały sobie tym życie, wybawiały wzajemnie z niejednej opresji, a jeszcze później marzyła o tym... by być Julią.
Dopiero niedawno uświadomiła sobie, że Julia zachowywała się tak, jakby przez całe życie przygotowywała ją do tej zamiany ról, do przejęcia jej życia i to w taki sposób, by nikt poza nimi się tego nie domyślił. Jak to możliwe? Nie mogła przecież tego wszystkiego przewidzieć. Nie wsiadłaby do samochodu, gdyby wiedziała, że za chwilę zginie. Głupie myślenie!
A jednak dla wszystkich ze świata żywych znikła Justyna, to jej imię wyryto w nagrobnym marmurze. Dlaczego oddała swoje życie, by Julia mogła nadal istnieć? Kim tak naprawdę była? Czy rzeczywiście ciałem zastępczym? Dodatkowym bytem Julii? Czy kiedykolwiek dowie się prawdy?
Nagle Julia poczuła się bardzo samotną, opuszczoną, pozbawioną najbliższych sierotą. Starą i schorowaną, nikomu niepotrzebną. Łkała spazmatycznie, łzy zalewały jej twarz. Tak bardzo potrzebowała, by ktoś ją przytulił. I nagle poczuła, że ktoś to robi, głaszcze po twarzy, pociesza miękkim głosem. To Paweł:
- Mamo, mamusiu, co się stało, boli cię coś? Podać jakieś leki?
- Nie, nie syneczku, nic mnie nie boli. - Starała się szybko opanować płacz. - To tylko zły sen, koszmary. Nie martw się. Już jest dobrze.
- Zostawię ci zapaloną lampkę. Zaparzę herbatkę z melisy, dobrze?
- Dobrze, Pawełku, zaparz melisę. Przepraszam, że cię obudziłam.
- To nic, mamo, bałem się, że coś cię boli. Dobrze, że to tylko nocne koszmary. Opowiesz mi o nich?
- Nie, nie, syneczku. To stare dzieje wróciły. Nie chcę o tym mówić ani myśleć. Idź spać, kochanie, rano będziesz zmęczony.
- Dobrze, jak chcesz. Włączę ci radio i przyniosę herbatkę.
- Głupia, stara babo! - łajała samą siebie. Chłopak potrzebuje snu, a ty cyrki odstawiasz po nocy. Popijając gorącą melisę, słuchała koncertu Rachmaninowa. Starała się nie myśleć o tej niesamowitej huśtawce nastrojów, którą przeżywała przez cały dzisiejszy dzień.