Zaułek szczęścia - Urszula Jaksik

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Oko Ho­rusa

Wsta­wa­nie z łóżka o tej po­rze nie miało sensu, tylko by prze­szka­dzała. Całe jej ży­cie od dawna nie miało sensu, ale to się nie­długo skoń­czy, bo naj­waż­niej­sze to mieć plan dzia­ła­nia. A ona go miała. To da­wało jej po­czu­cie siły. Do­pra­co­wy­wała go w szcze­gó­łach każ­dego dnia, po­wo­lutku, w końcu nie mu­siała się aż tak spie­szyć. Naj­trud­niej­sze w tym ca­łym za­my­śle było pod­ję­cie de­cy­zji. Już to zro­biła, cho­ciaż nie była to ła­twa de­cy­zja. Tylko nie­liczni byli do niej zdolni. Wcale się nie pro­siła, by zna­leźć się w ich gro­nie, prze­ciw­nie, od­da­łaby wszystko, by nie być tak wy­róż­nioną. Ale nie­stety, czło­wiek jest tylko czło­wie­kiem i na wiele spraw nie ma wpływu. Po pro­stu musi so­bie ra­dzić z lo­sem, jak naj­le­piej po­trafi.

Pa­weł nie był już dziec­kiem, świet­nie so­bie ra­dził. Wła­śnie bie­gał mię­dzy po­ko­jem, kuch­nią i ła­zienką, wiecz­nie spóź­niony. Kawę pa­rzył mu wło­ski eks­pres, śnia­da­nia tak wcze­śnie nie ja­dał. Prze­stała mu być po­trzebna. Prze­stała być po­trzebna ko­mu­kol­wiek.

Na chwilę roz­mowy o tej po­rze nie miała co li­czyć. W ży­ciu syna był to czas lap­topa świe­cą­cego błę­kit­nym ekra­nem i me­lo­dy­jek te­le­fonu ko­mór­ko­wego.

Le­żała więc so­bie w łóżku, na­słu­chi­wała i cier­pli­wie cze­kała, aż chło­pak krzyk­nie: "wy­cho­dzę", prze­kręci klucz w zamku i zbie­gnie po scho­dach.

Ci­sza w miesz­ka­niu na­le­żała już tylko do niej. Te­raz po­woli za­bie­rała się do sta­wa­nia na nogi. To cały ry­tuał. Usta­wiała je rów­no­le­gle, po­pra­wiała ko­lana i opie­ra­jąc się ca­łym cia­łem o po­ręcz me­ta­lo­wego łóżka, po­woli wsta­wała. Za­nim uru­cha­miała stopy, jesz­cze raz spraw­dzała stawy ko­la­nowe. Po­tem wol­niutko do przodu, naj­trud­niej­szy pierw­szy krok (pięk­nie o tym śpie­wała Anna Jan­tar, ale w tro­chę in­nym kon­tek­ście). Im wię­cej krocz­ków, tym spraw­niej­sze nogi. Wszyst­kie czyn­no­ści miały ści­śle okre­śloną ko­lej­ność. Nie mo­gła ni­czego przy­spie­szać, bo wy­star­czy­łoby jedno chrup­nię­cie i nie ru­szy­łaby się przez dłu­gie go­dziny, albo i mie­siące. Tę cier­pli­wość wy­mu­szała na niej po­stę­pu­jąca cho­roba. To było bar­dzo trudne dla ta­kiej osoby jak ona: szyb­kiej w dzia­ła­niu, ener­gicz­nej z na­tury. Ale ból uczył po­kory naj­więk­szych twar­dzieli. Wsty­dziła się tej swo­jej nie­mocy, bun­to­wała wo­bec niej i była bez­radna.

Do­brze, że ja­kieś dwa lata temu usu­nęła z sy­pialni wszyst­kie fo­to­gra­fie swo­ich bli­skich, któ­rymi wcze­śniej lu­biła się ota­czać, bo da­wały jej po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Te­raz krę­po­wały ją ich spoj­rze­nia. Pewno to głu­pie, ir­ra­cjo­nalne, ale cóż, czuła się co­raz mniej kom­for­towo, więc prze­wie­sili je z sy­nem do sa­lonu. Nie chciała, by naj­bliżsi pa­trzyli na jej po­ranne zma­ga­nia, słu­chali noc­nych ję­ków, by byli świad­kami pła­czu czy tego, że klnie jak stary szewc z bez­sil­nej wście­kło­ści. Im moc­niej szlo­chała w nocy, tym so­czy­ściej prze­kli­nała rano. Ni­gdy wcze­śniej tego nie lu­biła, a te­raz po­tra­fiła rzu­cać ta­kim mię­sem, że sama sie­bie po­dzi­wiała. Miej­sce fo­to­gra­fii za­jęły ko­lo­rowe re­pro­duk­cje im­pre­sjo­ni­stów. Czuła się te­raz znacz­nie swo­bod­niej­sza.

Czy­tała kie­dyś o człon­kach afry­kań­skich ple­mion, któ­rzy wie­rzyli, że fo­to­gra­fu­jąc ich, krad­nie się im du­szę. Po­dobno apa­rat wy­sy­sał ją przez oczy. Na­to­miast w kul­tu­rze eu­ro­pej­skiej do dziś funk­cjo­no­wało przy­sło­wie, że oczy są zwier­cia­dłem du­szy, nie kła­mią, mó­wią o nas wię­cej niż nie­jedno słowo. Oczy, du­sza, fo­to­gra­fia, dawno temu pla­no­wała zgłę­bić ten pro­blem, ale nie do­trzy­mała so­bie słowa. Parę mie­sięcy temu jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, te­raz miesz­ka­jąca nie­stety w Au­stra­lii, prze­słała jej Oko Ho­rusa, pa­miątkę z wy­cieczki po Egip­cie. Ze srebr­nej ramki ozdo­bio­nej hie­ro­gli­fami pa­trzyło na nią oko o du­żej czar­nej źre­nicy, które na pewno miało moc przy­cią­ga­nia uwagi. Ste­fa­nia na­pi­sała, że jest to prawe oko Ho­rusa, które chroni przed złym spoj­rze­niem, mo­bi­li­zuje do ak­tyw­no­ści i po­maga na wszystko spoj­rzeć z róż­nych punk­tów wi­dze­nia. Ma po­dobno szcze­gól­nie wspie­rać tych, któ­rzy czują się przy­gnie­ceni swoim ży­ciem i po­trze­bują od­miany losu. Ona bar­dzo tego po­trze­bo­wała.

Za­wsze lu­biła pa­trzeć na stare fo­to­gra­fie. Czuła, że jest w tym ja­kaś ma­gia, ta­jem­nica, bo w su­mie śmiesz­nie pro­sta w wy­ko­na­niu, da­wała moż­li­wość za­trzy­ma­nia czasu. Utrwa­le­nia lu­dzi, miejsc, prawdy o wy­da­rze­niach. Tech­nika do­stępna dla wszyst­kich, a nie tylko uta­len­to­wa­nych ar­ty­stów ma­la­rzy. Wszystko wkoło się zmie­niało, tylko na fo­to­gra­fiach utrwa­lona chwila po­zo­sta­wała nie­zmienna...

W sa­lo­nie by­wała co­raz rza­dziej, głów­nie wtedy, gdy ktoś ją od­wie­dzał, a nie zda­rzało się to zbyt czę­sto. I wtedy była od­po­wied­nio ubrana, ucze­sana, w de­li­kat­nym ma­ki­jażu. Za­pa­łała boczne świa­tło, by wy­glą­dać jak naj­ko­rzyst­niej. Ce­lowo pre­zen­to­wała się bli­skim z tej naj­lep­szej strony. Nie ma co ukry­wać, w miarę upływu lat po­ranna to­a­leta zaj­mo­wała jej co­raz wię­cej czasu. Po­cie­szała się, że wszyst­kie tak mają.

A swoją drogą, tak przy oka­zji, stwo­rzyli z Paw­łem przy­tulny ką­cik do pi­cia kawy. Fo­to­gra­fiami naj­bliż­szych po­kryli całą boczną ścianę, wy­glą­dało to bar­dzo ele­gancko i jak się oka­zało, znowu było modne. Wi­działa ta­kie de­ko­ra­cje na fil­mach, w re­zy­den­cjach, sta­rych dwor­kach.

Fo­to­gra­fie czę­sto do­star­czały te­ma­tów do roz­mów przy cia­stecz­kach i ka­wie. Pra­wie każdy gość zwra­cał na nie uwagę, po­nie­waż nie­zmien­nie za­ska­ki­wała ta ich ro­dzinna po­dwój­ność. Na­wet ją samą po­tra­fiła za­dzi­wić, wi­dać od­wy­kła już, od tylu lat żyła po­je­dyn­czo...

Ju­lia wol­niutko do­tarła do kuchni, włą­czyła czaj­nik elek­tryczny i zro­biła her­batę, póź­niej w ko­lej­no­ści ła­zienka i pierw­sza szklanka lip­tonu z pla­ster­kiem cy­tryny i trzema ły­żecz­kami cu­kru. Na pa­pie­rosa po­zwa­lała so­bie do­piero, gdy się ubrała. To na­groda za dziel­ność.

Od dawna chciała rzu­cić pa­le­nie, ale to było sil­niej­sze od niej. Nie­stety cho­roba, która ją po­chła­niała, także była sil­niej­sza. Co­raz mniej mo­gła, co­raz bar­dziej za­leżna była od in­nych i to ją bar­dzo bo­lało, po­nie­waż za­wsze wy­soko ce­niła so­bie swoją nie­za­leż­ność.

Jesz­cze rok temu pra­co­wała za­wo­dowo. Co prawda wy­cho­dziła dużo wcze­śniej z domu, by się nie de­ner­wo­wać i spo­koj­nie zdą­żyć, ale za to pierw­sza sie­działa za biur­kiem. Ona, taka scho­ro­wana. Wszy­scy ją po­dzi­wiali, a sam dy­rek­tor sta­wiał za wzór. To miłe uczu­cie i rzad­kie, po­nie­waż szef z za­sady nie chwa­lił ni­kogo, a szcze­gól­nie nie lu­bił lu­dzi cho­rych i sta­rych, za to uwiel­biał dys­cy­plinę. No i w jej przy­padku miał pro­blem, wi­dać jed­nak kar­ność i dys­cy­plinę ce­nił nade wszystko.

Nie­stety, z każ­dym dniem sy­tu­acja się po­gar­szała. Naj­więk­szą ba­rierą stały się schody. W końcu do­szło do tego, że mu­siała ko­rzy­stać z wózka in­wa­lidz­kiego. Te­raz to cała wy­prawa, opusz­czała więc miesz­ka­nie co­raz rza­dziej.

Naj­moc­niej bo­lał fakt, że nie mo­gła ko­rzy­stać z bi­blio­teki, w któ­rej pra­co­wała po­nad dwa­dzie­ścia lat. Wy­bu­do­wano ją w czy­nie spo­łecz­nym w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych i do dzi­siaj była nie­zbi­tym do­wo­dem na to, że w ko­mu­nie lu­dzie nie­peł­no­sprawni ofi­cjal­nie nie ist­nieli. Żad­nej windy i pod­jaz­dów, za to wą­skie drzwi i strome schody. Od star­szych ko­le­ża­nek do­wie­działa się, że w ów­cze­snych cza­sach była to naj­no­wo­cze­śniej­sza bi­blio­teka na Ślą­sku. Ol­brzy­mie hole wy­ło­żono mar­mu­rem, a schody i pod­łogi w wy­po­ży­czal­niach zdo­biła wy­kła­dzina dy­wa­nowa, wtedy luk­sus. Każdy czy­tel­nik mu­siał za­kła­dać na buty pap­cie, jak w mu­zeum.

Dziś Pol­ska jest człon­kiem Unii Eu­ro­pej­skiej, w któ­rej obo­wią­zują pod tym wzglę­dem ry­go­ry­styczne prze­pisy. Taka pla­cówka nie bę­dzie miała ra­cji bytu. Pewno w naj­bliż­szym cza­sie się to zmieni, ale dla niej bę­dzie już za późno.

Przy­go­to­wała her­batę i skie­ro­wała się do ła­zienki. Dzie­więć me­trów ko­ry­ta­rza, nie­zły spa­cer.

Pa­weł zmo­der­ni­zo­wał już ła­zienkę. Wpro­wa­dził wszel­kie moż­liwe udo­god­nie­nia. Kur­ków z wodą nie trzeba już było od­krę­cać, wy­star­czyło wsu­nąć ręce do umy­walki, a reszta ro­biła się sama, cud tech­niki. Obok stało wy­godne, bez­pieczne krze­sełko. Ka­bina prysz­ni­cowa za­stą­piła wannę, na wszyst­kich ścia­nach za­mon­to­wano ni­klowe drążki.

Bar­dzo ża­ło­wała pę­ka­tej że­liw­nej wanny na lwich ła­pach. Spę­dziła w niej wiele wspa­nia­łych chwil z książką lub na­stro­jowo, przy świe­cach i w pach­ną­cych orien­tal­nie olej­kach. Ale to dro­biazg, z tylu in­nych rze­czy mu­siała zre­zy­gno­wać. Zresztą dzi­siaj już nie po­tra­fi­łaby sama wejść do wanny, a ko­rzy­sta­nie z po­mocy Pawła bar­dzo by ją krę­po­wało.

Wszystko wska­zy­wało na to, że już nie­długo bę­dzie tu wjeż­dżała na wózku. Chyba że jej plan się po­wie­dzie. Uśmiech­nęła się do lu­stra.

Z tru­dem roz­cze­sy­wała dłu­gie włosy, upięła w kok i z ulgą opu­ściła zmę­czone ręce. Wszy­scy ra­dzili jej, by je ścięła, od­pa­dłyby pro­blemy z my­ciem i roz­cze­sy­wa­niem. Ni­gdy się na to nie zgo­dziła i nie zgo­dzi, po­nie­waż są jej formą pro­te­stu. Za­wsze była dłu­go­włosą dziew­czyną i taką chce po­zo­stać do końca. Była z nich dumna, one jedne opie­rały się cho­ro­bie. Po­mimo du­żej ilo­ści sil­nych le­ków, które co­dzien­nie za­ży­wała, nie stra­ciły na gę­sto­ści, po­zo­stały mocne i lśniące.

Ko­bieta z po­bli­skiego za­kładu fry­zjer­skiego raz w mie­siącu przy­wra­cała im ciemny, cze­ko­la­dowy od­cień brązu, na­kła­dała od­żywki i nie­odmien­nie się nimi za­chwy­cała.

Jesz­cze mocno po­sze­rzane spodnie i blu­zeczka z co­raz więk­szymi gu­zi­kami. Na ko­niec ta przy­jem­ność, psyk, psyk i ota­czał ją ob­łok ulu­bio­nych per­fum. Dro­gie per­fumy to naj­więk­sza jej sła­bość, od­da­łaby ostatni grosz. Na szczę­ście nie mu­siała się aż tak ogra­ni­czać.

No i nad­szedł czas na pa­pie­ro­ska do her­batki, która w mię­dzy­cza­sie osią­gnęła wła­ściwą tem­pe­ra­turę.

Usia­dła przed kom­pu­te­rem, miała ważne za­da­nie do wy­ko­na­nia. Od kilku ty­go­dni po­szu­ki­wała opie­kunki dla sie­bie. Po­trze­bo­wała ko­goś, kogo można na­kło­nić do pew­nych rze­czy albo kto ma już do nich okre­śloną skłon­ność. Sy­tu­acja sta­wała się na­gląca. Ro­biła to w ta­jem­nicy przed Paw­łem, po­nie­waż nie chciała, by chło­pak zmar­no­wał so­bie przez nią ży­cie. On nie wie­dział, że sły­szała tę roz­mowę:

- Ko­chany, ja to wszystko ro­zu­miem. Matki się nie wy­biera, a cho­roba pada na każ­dego, ju­tro mogę to być ja. Ro­dzina to pod­stawa, je­ste­śmy ka­to­li­kami i mamy obo­wią­zek dbać o cho­rych. Wiesz, ile razy to sły­sza­łam? - Głos dziew­czyny był pe­łen pa­sji. - Całe ży­cie! Od­kąd pa­mię­tam, za­wsze był pro­blem: kto zo­sta­nie z bab­cią? Jej po­trzeby były naj­waż­niej­sze, wszy­scy inni mu­sieli się do­sto­so­wać. Bab­cia go­rzej się czuje, po­go­to­wie o trze­ciej nad ra­nem, nie­ważne, że ju­tro zdaję ma­turę. Bab­cię na­kar­mić, zmie­nić pam­persa, włą­czyć Ra­dio Ma­ryja i to co­raz gło­śniej, bo słuch babci tę­pieje. Za to moja mu­zyka tylko przez słu­chawki, bo bab­cię de­ner­wuje... - za­trzy­mała się, by zła­pać od­dech. - To trzeba prze­żyć, dzień po dniu. Kto przez to nie prze­szedł, nie ma prawa oce­niać.

- Ka­ro­lina, zo­staw to. Ja na­prawdę nie mogę po­le­cieć do Sta­nów i zo­sta­wić mamy sa­mej na cały rok.

- Rób, co chcesz, ja już nie będę strzę­piła ję­zyka, ale ty sam wiesz naj­le­piej, że dru­giej ta­kiej szansy los ci nie da. Wiesz, na co li­czy ten cwany Mi­gocki? - za­wie­siła głos. - Że zre­zy­gnu­jesz, bo masz chorą matkę. Wkrę­cił się w nasz ze­spół, bo wie­dział, że twój pro­jekt jest naj­lep­szy. Bez cie­bie miałby zero szans. Na­wet jego sprytny ta­tu­siek by nie po­mógł. Jest re­zer­wowy, jak ty nie po­le­cisz, to on zwy­cięży. Temu gnoj­kowi za­wsze się w ży­ciu udaje. To nie jest spra­wie­dliwe! Wner­wia mnie to!

- Ka­rola, ja to wszystko wiem, ale zro­zum, że nie mogę...

- Wiem! Wiem! Wiem! I co z tego, że wiesz, jak nic z tym nie ro­bisz? Trzeba wy­na­jąć opie­kunkę, pie­nię­dzy wam nie za­brak­nie. W Sta­nach za­ro­bisz dzie­sięć razy tyle, a ko­biet bez­ro­bot­nych na pęczki. Mamy w Pol­sce bez­ro­bo­cie, pa­mię­tasz o tym?

- Rany, dziew­czyno, uspo­kój się. Jesz­cze mama usły­szy. Ja już po­my­śla­łem o tym, da­łem na­wet ogło­sze­nie... Zgła­szają się, jest ich wiele, ale co jedna, to gor­sza...

- Żadna nie bę­dzie do­bra dla two­jej mamy. Ja to prze­cież ro­zu­miem. - Jej głos zła­god­niał. - Po­patrz na moją mamę. Fakt, jest zdrowa. Zo­sta­nie jed­nak zu­peł­nie sama. Oj­ciec nie wy­trzy­mał z bab­cią, od­szedł, za­ło­żył so­bie nową ro­dzinę. Te­raz ja wy­jadę i też zo­sta­wię ją samą. Taką za­płatę do­sta­nie za swoje wiel­kie po­świę­ce­nie. Nie mu­sisz mi tłu­ma­czyć, że to bar­dzo trudne. Mi­nęły czasy, gdy domy były wie­lo­po­ko­le­niowe, a dzieci i krew­nych dużo. Dzi­siaj wszy­scy mu­simy być sa­mo­wy­star­czalni i... je­ste­śmy ska­zani na sa­mot­ność.

Mą­dra ta Ka­ro­lina, wie, co mówi - mu­siała przy­znać Ju­lia. Naj­pierw przez pół nocy nie spała, bo ta pod­słu­chana roz­mowa była dla niej szo­kiem, a póź­niej zro­zu­miała, że ta dziew­czyna miała ra­cję. Czasy te­raz ta­kie, że lu­dzi sta­rych i cho­rych od­daje się do do­mów opieki. Nie dla­tego, że za­bra­kło w lu­dziach mi­ło­ści, tylko tempo ży­cia stało się tak okrutne, praca do póź­nych go­dzin, nie­ustanne do­kształ­ca­nie się, ol­brzy­mie stresy. Od mło­dego czło­wieka wy­maga się tej ca­łej mo­bil­no­ści i dys­po­zy­cyj­no­ści.

Zro­zu­miała rów­nież, że je­żeli sama cze­goś z tym nie zrobi, to Pa­we­łek zre­zy­gnuje dla niej ze wszyst­kiego. Za­wsze był ta­kim wraż­li­wym dziec­kiem, pła­kał nad każdą zde­chłą myszką. Tylko że te łapki trzeba było za­kła­dać, bo zja­dłyby ich jak Króla Po­piela. A kar­pie na wi­gi­lię? Szkoda ga­dać. Swój los mu­siała wziąć w swoje ręce.

Za­da­nie wcale nie było ła­twe, po­nie­waż szu­kała wy­jąt­ko­wej osoby. Ma­rzyła jej się dziew­czyna duża i silna jak męż­czy­zna, a przy tym nie­zdarna, roz­trze­pana - sło­wem - to­talna fajt­łapa, a jed­no­cze­śnie po­słuszna. Gdzie ta­kiej szu­kać? Prze­cież nie na­pi­sze w ogło­sze­niu, że po­szu­kuje NIE­ZDARY!

Od­na­la­zła kilka stro­nek w in­ter­ne­cie, na któ­rych można szu­kać "opie­kunki osoby star­szej lub cho­rej". Go­dzi­nami je prze­glą­dała co­raz bar­dziej roz­cza­ro­wana. Naj­czę­ściej ogła­szały się młode osoby, stu­dentki, które w za­mian za miesz­ka­nie ofe­ro­wały swoje usługi. Druga grupa to pie­lę­gniarki z "du­żym do­świad­cze­niem", trze­cia to eme­rytki z za małą eme­ry­turą, by prze­żyć.

Jedne ofe­ro­wały poza opieką "strawę du­chową" - czy­tały po­ezję, śpie­wały pio­senki, or­ga­ni­zo­wały wy­prawy do te­atru i na kon­certy. Inne były "zło­tymi rącz­kami", po­tra­fiły go­to­wać, szyć i ha­fto­wać. Te młod­sze miały sa­mo­chody i prawo jazdy, mo­gły być oso­bi­stymi kie­row­cami. Chęt­nie też to­wa­rzy­szy­łyby na spa­ce­rze (bar­dziej ak­tyw­nym na ro­we­rze), roz­ma­wiały na wiele te­ma­tów, grały w karty lub sza­chy.

Z tych opi­sów wy­ła­niał się ob­raz od­ra­dza­ją­cej się pro­fe­sji damy do to­wa­rzy­stwa. Bar­dzo, bar­dzo to dziwne, po­nie­waż przez kilka dzie­się­cio­leci so­cja­li­zmu tę­piono jak ro­bac­two ta­kie wiel­ko­pań­skie fa­na­be­rie. Wi­dać bez­sku­tecz­nie. Cho­ciaż obec­nie po­ję­cia "dama do to­wa­rzy­stwa" czy "gej­sza" były na­gmin­nie my­lone z "pa­nien­kami od za­dań sek­su­al­nych".

W dzi­siej­szej po­czcie zna­la­zła pro­po­zy­cję: "Wi­tam! Je­stem mu­zy­kiem z wyż­szym wy­kształ­ce­niem (skrzy­paczka, rów­nież śpiew i pia­nino). Znam bie­gle dwa ję­zyki - an­giel­ski i por­tu­gal­ski. Je­stem osobą bar­dzo zor­ga­ni­zo­waną i od­po­wie­dzialną. Je­stem wdową, szu­kam do­dat­ko­wego za­ję­cia, po­nie­waż z mo­jej eme­ry­tury trudno wy­żyć".

Biedna ko­bieta. Czy miesz­ka­jąc w in­nym kraju, też na sta­rość nie mia­łaby z czego żyć? Zbyt przy­kre to wszystko - i jak tu po­zy­tyw­nie pa­trzeć na świat?

Co ona mia­łaby z niej za po­ży­tek? Pewno jest kru­cha i de­li­katna, z rącz­kami do skrzy­piec i pia­nina. Ta ko­bieta nie po­winna szu­kać pracy, ale męż­czy­zny w sto­sow­nym wieku, wdowca z eme­ry­turą. W Pol­sce do­piero dwie eme­ry­tury da­wały szansę na go­dziwe ży­cie.

Ju­lia za­my­śliła się. Mu­sia­łaby ja­kąś inną drogą zna­leźć po­trzebną jej osobę. Naj­lep­sza by­łaby poczta pan­to­flowa, pro­blem w tym, że ak­tu­al­nie prak­tycz­nie nie wy­cho­dziła z domu. Mo­głaby po­roz­ma­wiać w mię­snym czy wa­rzyw­niaku, z czy­tel­ni­kami w bi­blio­tece... No ja­sne, że też wcze­śniej nie wpa­dła na ten po­mysł - fry­zjerka! To naj­lep­sze źró­dło in­for­ma­cji o naj­bliż­szej oko­licy. Nie miała bo­wiem wąt­pli­wo­ści, że w jej przy­padku musi to być osoba do­cho­dząca, prze­cież nie bę­dzie miesz­kała ra­zem ze swoim za­bójcą!

Ju­lia po­czuła ulgę, zna­la­zła roz­wią­za­nie. - Naj­ciem­niej pod la­tar­nią - mruk­nęła za­do­wo­lona. Z fry­zjerką była umó­wiona na pią­tek, to już za dwa dni.

Skoń­czył się pa­pie­ros, zgnio­tła nie­do­pa­łek w po­piel­niczce. Nikt jej nie prze­kona, że pa­le­nie jest bez­sen­sowne. Miała wiele do­wo­dów na to, że wzma­gał kon­cen­tra­cję, spra­wiał, że mózg pra­co­wał in­ten­syw­niej, znaj­do­wał świetne po­my­sły, szyb­ciej roz­wią­zy­wał pro­blemy. Tak jak dzi­siaj.

Zmie­niła pocztę w in­ter­ne­cie, na tę przy­cho­dziły li­sty od męż­czyzn. Były dwa: od Ka­zika i od Edwarda. Otwo­rzyła list Ka­zika, za­wsze miała z nim nie­złą za­bawę.

Ka­zi­mierz to męż­czy­zna po sześć­dzie­siątce, który de­kla­ro­wał, że in­te­re­suje go wy­łącz­nie... seks. Prze­sy­łał jej masę ero­tycz­nych ry­sun­ków, wier­szy­ków, na szczę­ście nie po­su­wał się do por­no­gra­fii. Co­raz pięk­niej pi­sał o swoim za­chwy­cie nad jej biu­stem, gład­kim brzusz­kiem i cie­płymi, peł­nymi udami. Wy­ra­biał się chło­pak, jak da­lej bę­dzie sto­so­wał się do jej rad, to w końcu wy­łowi so­bie z in­ter­netu ja­kąś sek­sowną ko­bietę.

Dzi­siaj za­chwa­lał jej nową po­zy­cję sek­su­alną, to pewno efekt lek­tury Ka­ma­su­try, którą sama mu po­le­ciła ja­kiś czas temu. Śmiała się ser­decz­nie, mu­siała bo­wiem do­kład­nie się wczy­tać, by zro­zu­mieć, na czym po­le­gała ta po­zy­cja pra­wie akro­ba­tyczna, któ­rej z pew­no­ścią Ka­zik sam by już nie spro­stał.

Męż­czyźni są jak dzieci. Prze­cież nie ukry­wała przed nim swo­jego wieku, pięć­dzie­siąt je­den lat do­sta­tecz­nie zmie­niło już jej ciało, nie wspo­mniała mu tylko o swo­jej cho­ro­bie, po­czułby się głu­pio. Ni­komu się z tego nie zwie­rzała, to było zbyt in­tymne.

Na­to­miast sama miała pełną świa­do­mość tego, co czas mógł zro­bić z pra­wie sześć­dzie­się­cio­lat­kiem, na­wet gdyby bar­dzo dbał o swoje ciało, dużo ćwi­czył, cho­dził do so­la­rium i si­łowni, a Ka­zik nie ro­bił tego. Czasu nie da się za­trzy­mać, a lu­dzie, któ­rzy sku­pili się na swo­jej ze­wnętrz­no­ści, żyli nie­po­trzeb­nie w cią­głym lęku i na­pię­ciu, no bo co bę­dzie, jak już nic się nie uda po­pra­wić, za­tu­szo­wać? Nie­stety, ta­kie czasy, li­czą się tylko mło­dość i uroda, a pre­sja jest bar­dzo duża.

Tak na­prawdę to Ka­zik mógł już tylko po­fan­ta­zjo­wać so­bie, po­ma­rzyć. Ot, sa­motny, biedny ren­ci­sta. Jesz­cze je­den, któ­remu in­ter­net za­stę­po­wał ro­dzinę, był ca­łym jego świa­tem. Szybko go roz­szy­fro­wała. Przy­sy­łał jej fo­to­mon­taże zro­bione bar­dzo po ama­tor­sku. Głowa męż­czy­zny - może jego, ale pewno sprzed dzie­się­ciu lat - do­pa­so­wy­wana do zmien­nej reszty ciała. W za­leż­no­ści od na­stroju kre­ował się na do­brze zbu­do­wa­nego spor­towca lub szczu­płego in­te­lek­tu­ali­stę albo biz­nes­mena z lek­kim brzusz­kiem w gar­ni­tu­rze pod kra­wa­tem.

Na szczę­ście Ka­zik, poza tym, był we­so­łym, szcze­rym chło­pa­kiem. Lu­bił kwit­nące krzewy, eks­pe­ry­men­to­wał w swoim ogródku, prze­sy­łał jej zdję­cia kwit­ną­cych aza­lii, ro­do­den­dro­nów i ole­an­drów, ber­be­ry­sów, for­sy­cji i ta­ma­ryszku. Po­tra­fił pięk­nie o nich pi­sać, po­sia­dał na­prawdę roz­le­głą wie­dzę i do­świad­cze­nie w tej dzie­dzi­nie. Wi­dać, że miał serce do kwia­tów, i to ją prze­ko­nało do niego.

Od ja­kie­goś czasu jego li­sty do­star­czały jej jesz­cze jed­nej atrak­cji. Od­kąd nie­opatrz­nie wspo­mniała mu, że była bi­blio­te­karką, każdy list roz­po­czy­nał dow­ci­pem zwią­za­nym z bi­blio­teką czy książką. Nie miała po­ję­cia, skąd je brał, po­nie­waż dow­cipy o bi­blio­te­ka­rzach po­wsta­wały rzadko i były mało śmieszne. Dzi­siaj brzmiało to tak:

Wcho­dzi czy­tel­nik do bi­blio­teki i pyta:

- Jest książka Galla?

- A no ni ma - od­po­wiada bi­blio­te­karz.

Z Edwar­dem była zu­peł­nie inna roz­mowa. To męż­czy­zna oczy­tany, z dużą wie­dzą i re­flek­syjną na­turą. Z nim naj­chęt­niej dys­ku­to­wała o ma­lar­stwie i mu­zyce po­waż­nej. Prze­sy­łali so­bie zdję­cia ob­ra­zów i ulu­bione utwory w róż­nym wy­ko­na­niu. Pod tym wzglę­dem in­ter­net był ósmym cu­dem świata. Bez­cenny dla ta­kich lu­dzi jak ona, z ze­rową mo­bil­no­ścią.

Mar­twiła się tylko tym, że Edward co­raz na­tar­czy­wiej do­ma­gał się, by prze­słała mu swoją fo­to­gra­fię. Nie chciała go oszu­ki­wać, ale jed­no­cze­śnie bała się, że go utraci. To de­ner­wu­jące, że wszy­scy fa­ceci ko­niecz­nie mu­sieli mieć fo­to­gra­fię. Wie­działa, że są wzro­kow­cami, ale jak się już nie raz prze­ko­nała, mają też bar­dzo ogra­ni­czony za­kres ty­pów urody moż­li­wych do ak­cep­ta­cji. W ten spo­sób utra­ciła kon­takty z kil­koma na­prawdę cie­ka­wymi męż­czy­znami.

On sam prze­słał jej już całą swoją ga­le­rię. Miała kilka zdjęć z cza­sów szkol­nych i stu­denc­kich, z jego ślubu, a na­wet z po­grzebu żony. Przy­słał też zdję­cia, na któ­rych był w to­wa­rzy­stwie córki, jej męża i wnu­ków. Ni­gdy nie pro­siła o ich wy­sła­nie. Skąd taka po­trzeba wy­sy­ła­nia w świat, lu­dziom wir­tu­al­nym, ob­cym zdjęć swo­ich bli­skich? To po­winno być za­bro­nione.

Pa­weł obie­cał, że za­prosi swoją ko­le­żankę Zuzę, "sza­loną fotkę", jak ją na­zy­wali na uczelni, która zrobi jej se­sję zdję­ciową. Był prze­ko­nany, że dziew­czyna wy­do­bę­dzie z niej całe piękno du­szy i ciała. Z tym cia­łem to się sy­nuś za­ga­lo­po­wał, ale może wła­śnie swoją fa­cho­wo­ścią i fan­ta­zją Zuza zdo­ła­łaby je ukryć?

Te­raz już po­tra­fiła ba­wić się tym wszyst­kim, ale jesz­cze nie tak dawno pełna była zło­ści i żalu. Nie mo­gła po­go­dzić się z tym, co cho­roba ro­biła z jej cia­łem. De­spe­racko wal­czyła, pró­bo­wała wszyst­kiego. Zmie­niała le­ka­rzy, le­kar­stwa, ener­go­te­ra­peu­tów i szar­la­ta­nów. Zgo­dziła się te­sto­wać na so­bie lek no­wej ge­ne­ra­cji. Mu­siała na­wet ostro wal­czyć o uczest­nic­two w tym eks­pe­ry­men­cie, po­nie­waż liczba miejsc była ogra­ni­czona i uznano ją "za starą". Jej de­ter­mi­na­cja w końcu zwy­cię­żyła, a może le­ka­rze mieli jed­nak ra­cję, bo w jej przy­padku nie na­stą­piły żadne ko­rzystne zmiany. Bar­dzo źle bo­wiem zno­siła skutki uboczne, jej serce wa­rio­wało. Dziś wie­działa, że prze­grała. Z re­zy­gna­cją pa­trzyła na swoje cien­kie, pa­ty­ko­wate nogi po­skrę­cane w sta­wach.

Wi­dać Pan Bóg miał w sto­sunku do niej inne plany, nie wy­ma­gał na przy­kład, by za­ra­biała na ży­cie swoim cia­łem. Wiele za­wo­dów z tego ty­tułu od­pa­dło, w tym za­wód dziwki... Czło­wiek się po­cie­sza jak może.

Pierw­sze ob­jawy po­ja­wiły się u niej, gdy miała sie­dem­na­ście lat. Dzięki wcze­snej dia­gno­zie mo­gła się le­czyć i spo­wol­nić roz­wój cho­roby. Jesz­cze dwa­dzie­ścia lat temu wal­czyła z nad­wagą - tak, nie do uwie­rze­nia - przy wzro­ście sto sześć­dzie­siąt pięć wa­żyła sie­dem­dzie­siąt sześć ki­lo­gra­mów! Ile "cu­dow­nych" diet wy­pró­bo­wała... Te­raz ma metr pięć­dzie­siąt sześć wzro­stu i czter­dzie­ści pięć kilo wagi. Tak po­krę­cone ciało, w ja­kimś so­bie tylko zna­nym celu, dał jej los, gdy prze­kro­czyła czter­dziestkę, więc prak­tycz­nie naj­lep­sze lata ży­cia miała za sobą. Nie po­winna na­rze­kać.

Do tej pory cier­pli­wie go­dziła się z lo­sem, po­tra­fiła ce­nić so­bie każdy dzień i ak­tyw­nie go wy­ko­rzy­sty­wać. Do­piero od nie­dawna na­ra­stał w niej bunt, nie­zgoda na ten stan rze­czy. Zo­stała zmu­szona do po­rzu­ce­nia pracy i bez­po­śred­nich kon­tak­tów z ludźmi. Cho­roba tak bar­dzo ogra­ni­czyła jej nie­za­leż­ność, sa­mo­wy­star­czal­ność, że miała wszyst­kiego do­syć, ży­cia też.

Pa­we­łek do­ra­stał, od­cho­dził, na­tu­ralna ko­lej rze­czy. A w niej, jak na złość, ro­sła po­trzeba by­cia z kimś, kto wy­do­by­wałby z niej to, co naj­lep­sze, kto rzu­całby jej wy­zwa­nia i po­py­chał do przodu, był bli­sko. Tak bar­dzo chciała czuć, że żyje i że to ży­cie ma sens. Nie­stety.

Wy­da­wało jej się, że taką osobą mógłby być Edward. Wy­jąt­kowo do­brze się ro­zu­mieli. Dzi­siaj przy­słał jej kilka utwo­rów re­lak­su­ją­cej mu­zyki: Dream with me, Bird land i Sun's ri­sing up.

Wy­mo­ściła się wy­god­nie w fo­telu, za­mknęła oczy i od­pły­nęła. Miała piękną wi­zję. Zo­ba­czyła ogród pe­łen kwia­tów, błę­kitne niebo, słońce. Po­czuła, że jest lekka, unosi się... Tak, była mo­ty­lem! Ude­rzała ma­łymi stóp­kami w płatki kwia­tów i wpra­wiała je w drże­nie. Śmiała się ra­do­śnie, per­li­stym gło­si­kiem dziecka. Och, jak bar­dzo jej się to po­do­bało. Na­gle zo­rien­to­wała się, że nie jest sama. Wo­kół niej fru­wały inne mo­tyle, zbli­żały się do niej, ma­chały przy­jaź­nie ma­łymi rącz­kami. Po­ma­chała im, ru­szyła w ich stronę, chciała do­łą­czyć do grupy.

I na­gle mu­zyka skoń­czyła się, a wi­zja zni­kła. Sie­działa sama w po­koju, który roz­świe­tlał tylko ekran mo­ni­tora. Nie za­uwa­żyła, kiedy za oknem zro­biło się ciemno. Te­raz usły­szała deszcz ude­rza­jący w bla­szany pa­ra­pet.

- Do dupy z ta­kim ży­ciem! - żach­nęła się mocno roz­cza­ro­wana i wtedy po­czuła ostry ból, jakby ktoś wbił szpilkę w jej prawe bio­dro. - Nie pod­ska­kuj, Ju­lio, za­wsze może być go­rzej - upo­mniała samą sie­bie.

Rita

Pa­trzyła na twarz są­siadki sior­bią­cej go­rącą kawę. Czuła złość roz­le­wa­jącą się po jej ciele, na­si­la­jącą się w każdą se­kundą. Złość nie­pro­szoną i zu­peł­nie bez­sen­sowną. No bo o co mia­łaby się tak wście­kać? Tru­dzia przy­nio­sła jej w końcu do­brą no­winę. Bę­dzie miała pracę. Za­robi, kupi wę­giel i coś po­rząd­niej­szego do je­dze­nia, ileż dni można jeść ka­szę. Ale Rita wie­działa, że ta złość to nie z obec­no­ści Tru­dzi się bie­rze, nie z tej za­wsze przy­ja­znej jej kuchni, tylko z niej sa­mej. Za­wsze wpa­dała w złość, gdy do­pa­dał ją lęk, im więk­szy strach, tym wię­cej zło­ści w niej było. Nie po­tra­fiła nad tym za­pa­no­wać. I wtedy wszystko le­ciało jej z rąk, sta­wała się kan­cia­sta, nie­uważna, a twarz miała za­ciętą, złą, tak złą, że gdy raz nie­spo­dzie­wa­nie zo­ba­czyła swoje od­bi­cie w lu­strze, to nie po­znała wła­snej twa­rzy.

Bała się ob­cych, a szcze­gól­nie ta­kich z in­nego, nie­zna­nego jej świata. Od nich mo­gła się tylko złego spo­dzie­wać. Wo­la­łaby umyć okna w ca­łym fa­mi­loku, niż iść na roz­mowę do tej pańci, ale tu­taj wszy­scy byli biedni, sami nie mieli. Po­winna więc Tru­dzię wy­ści­skać, cie­szyć się i dzię­ko­wać, dzię­ko­wać, dzię­ko­wać. Wi­działa prze­cież, że tego ocze­ki­wały, ba żą­dały, jej oczy prze­sło­nięte parą uno­szącą się znad kubka z kawą. Są­siadka trzy­mała go w oby­dwu dło­niach na wy­so­ko­ści brody.

Tak, w jej kuchni było zimno. Dawno skoń­czył się wę­giel, a wio­sna zło­śli­wie opóź­niała przyj­ście. Kawę trzeba było pić szybko, by roz­grzać lo­do­wato zimne dło­nie i nie po­zwo­lić jej osty­gnąć za­nim swoim cie­płem nie roz­leje się w żo­łądku.

Elek­tryczne "sło­neczko" włą­czała tylko na chwilę, gdy mu­siała zdjąć war­stwy ubrań, by się umyć i prze­brać we fla­ne­lową ko­szulę nocną, skar­pety, ka­le­sony po mężu i wy­tarty szla­frok. Bar­dzo się przy tym śpie­szyła, bo na­grzana woda do my­cia szybko sty­gła, a ona oba­wiała się, że ra­chu­nek za prąd i tak prze­ro­śnie jej moż­li­wo­ści.

- No co, nie cie­szysz się?! - W końcu to Tru­dzia prze­rwała prze­dłu­ża­jącą się ci­szę. - Dziew­czyno, dru­giej ta­kiej oka­zji już nie bę­dzie, to ci gwa­ran­tuję! - Od­sta­wiła pu­sty ku­bek na stół. Spo­dzie­wała się zu­peł­nie in­nej re­ak­cji. I bądź tu do­bra dla lu­dzi i po­ma­gaj.

- Cie­szę się. No coś ty, Tru­dziu! - Rita sta­rała się, by jej ręce nie trzę­sły się tak mocno, w końcu wsa­dziła je do kie­szeni far­tu­cha. - Sama wi­dzisz, jak u mnie jest. Bieda aż pisz­czy. Wę­giel dawno mi się skoń­czył. Fan­kow­ska miała mi od­dać trzy­dzie­ści zło­tych, ale biła się w piersi, że na­prawdę nie ma. Cięż­kie czasy. Tylko czy ja się na­daję dla ta­kiej pańci? No sama po­wiedz, wiesz prze­cież, jaka ze mnie nie­zdara.

- No niby wiem. I nie­zdara, i ten twój cho­lerny pech, co cię całe ży­cie prze­śla­duje. Ale tym się aku­rat nie martw. Ona wie o wszyst­kim. Sama tego kom­plet­nie nie ro­zu­miem, ale kto by tam ta­kie pa­niu­sie zro­zu­miał? Ona chce cie­bie i tego się trzy­maj. Jakby coś, to sama bę­dzie so­bie winna. Ubz­du­rało jej się, że ko­niecz­nie musi po­móc ko­muś, kto ma cho­ler­nego pe­cha w ży­ciu, ta­kiej sa­mot­nej jak pa­lec, bez wspar­cia ro­dziny. No to lep­szej osoby nie znaj­dzie, zga­dza się?

- Ja­sne. Ale nic z tego nie ro­zu­miem.

- Nie mu­sisz nic ro­zu­mieć, to ona jest wy­kształ­cona i ma pie­nią­dze. Jak je chce zmar­no­wać, to jej pro­blem. No to pa­mię­taj, we wto­rek o dzie­sią­tej mamy być u niej. Ubierz się ja­koś, bo tam u niej jak w pa­łacu, pełno wszyst­kiego. Sama zo­ba­czysz. Idę, bo u cie­bie zimno jak w psiarni, jesz­cze się roz­cho­ruję, a mam na po­nie­dzia­łek dużo klien­tek po­uma­wia­nych.

- Dzię­kuję, Tru­dziu, jak­byś po­trze­bo­wała, to ci umyję okna.

- Wiem, wiem, do­bra z cie­bie ko­bieta. Tylko jak ty so­bie tam po­ra­dzisz? - wes­tchnęła szcze­rze zmar­twiona. - Rita, módl się do Boga, by wresz­cie od cie­bie tego pe­cha od­wró­cił. I obie­caj mi, że bę­dziesz się bar­dzo pil­no­wała. Tam u niej jest tyle cu­de­niek po­usta­wia­nych, a wszystko ta­kie cho­ler­nie dro­gie, por­ce­la­nowe, krysz­ta­łowe, no wiesz, an­tyki!

- O Jezu! Tru­dziu, nie pójdę, bo jesz­cze ci wstydu na­ro­bię.

- Nie! Uspo­kój się. To ja je­stem głu­pia, bo jesz­cze cię stra­szę. Bę­dzie do­brze, nie martw się.

Rita za­mknęła drzwi na dwa zamki, do­ci­snęła wa­łek ze sta­rego koca pod drzwiami, by nie wiało od spodu. Wy­peł­niła watą i szmat­kami szpary w drzwiach i oknach, by za­trzy­mać cie­pło w domu. Lu­biła to swoje miesz­kanko w sta­rym, przed­wo­jen­nym fa­mi­loku. Z klatki scho­do­wej wcho­dziło się od razu do du­żej kuchni, naj­waż­niej­szego po­miesz­cze­nia w domu. Tu się prze­by­wało cały dzień, go­to­wało, prało, przyj­mo­wało go­ści. Je­den róg zaj­mo­wał duży piec, z kie­dyś bia­łych, a dziś po­żół­kłych po­pę­ka­nych ka­fli. Da­wał cie­pło, je­dze­nie, po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Lu­biła sie­dzieć na sto­łeczku, pa­trząc w pul­su­jący ogień, czę­sto otwie­rała że­liwne drzwiczki i ga­siła świa­tło. Żar za­bar­wiał jej po­liczki na czer­wono i spra­wiał, że oczy błysz­czały jak po­la­kie­ro­wane. Gdy piec był zimny, tak jak te­raz, to miała wra­że­nie, że dom umie­rał. Sa­mot­ność bez pieca sta­wała się po­dwój­nie do­kucz­liwa i przy­kra.

Za­raz obok były drzwi do je­dy­nego po­koju. Tam nie było pieca, wy­star­czała cie­pła ściana gra­ni­cząca z kuch­nią. Do po­koju cho­dziło się spać. Me­ble, nie­modne już dawno, ale pa­kowne - jak ma­wiał Jó­zef - pa­mię­tały jesz­cze lata pięć­dzie­siąte. Tam w ogóle za­trzy­mał się czas. Trzy­drzwiowa szafa, eta­żerka, stół z krze­słami na sześć osób i wiel­kie mał­żeń­skie łoże.

Nad nim wi­siał ol­brzymi ob­raz przed­sta­wia­jący piękną pulchną ko­bietę le­żącą w ło­dzi uma­jo­nej kwia­tami. Na pod­nie­sio­nej dłoni ko­biety sie­dział mały pta­szek z otwar­tym dziób­kiem. Na wo­dzie kwi­tły ne­nu­fary, wkoło stawu ro­sły krzewy ob­sy­pane ró­żami. Rita tak so­bie wy­obra­żała raj. Spo­kój, śpiew pta­ków, za­pach kwia­tów. Wszystko so­czy­ste, w peł­nym roz­kwi­cie, po pro­stu piękne.

Na ścia­nie, przy któ­rej stał stół na­kryty ko­ron­kową ser­wetą, wi­siał por­tret ślubny Jó­zefa z żoną El­wirą. Jó­zefa - ja­kiego nie znała - po­staw­nego chłopa, z czar­nym wą­sem i wło­sami uło­żo­nymi w mi­sterne fale, ubra­nego w czarny gar­ni­tur i śnież­no­białą ko­szulę. Jego żona El­wirka, drob­niutka blon­dynka o wy­pło­wia­łych nie­bie­skich oczach, to­nęła w bia­łym tiulu. Była de­li­katna, szczu­plutka, ma­lutka. Ładna była z nich para, mu­siała to przy­znać i nie czuła o to żalu.

Jej Jó­zi­czek był stary, chu­dziutki i drob­niutki. Spo­tkali się, gdy miał osiem­dzie­siąt lat. Uwiel­biał, gdy go ką­pała w bla­sza­nej wa­nience, na środku kuchni. Te so­bot­nie ką­piele to był cały ry­tuał. Oboje bar­dzo go lu­bili. W kuchni cie­pło, na­pa­lone w piecu na­wet la­tem, drzwi do po­koju do­kład­nie za­mknięte. Sza­no­wała to, że Jó­zef nie chciał, by El­wira z por­tretu pa­trzyła na nich.

Rita roz­bie­rała się do sa­mych maj­tek, bo i tak ro­biła się cała mo­kra przy tej ką­pieli. My­dliła jego ciało, a on lu­bił wtedy pa­trzeć i do­ty­kać jej du­żych piersi.

Na­my­dlała go po­woli, de­li­kat­nie jak dziecko. Za­czy­nała od główki po­kry­tej bia­łym mesz­kiem, pil­no­wała, by my­dło nie do­stało się do oczu, umyte usta za­wsze ca­ło­wała w na­grodę, że taki grzeczny, z cza­sem po­zwala rów­nież na to, by po­ssał so­bie jej pierś. Brał ją w oby­dwie dło­nie i ssał jak głodny nie­mow­lak swo­imi bez­zęb­nymi ustami. Gdy się na­sy­cił, a mę­czył się szybko, my­dliła da­lej. De­li­kat­nymi ru­chami dłoni po­su­wała się w stronę kro­cza. Jó­zi­czek dy­szał co­raz szyb­ciej, ślina cie­kła mu z otwar­tych ust, cały był ocze­ki­wa­niem. Zda­rzało się, że jego wa­cuś drgnął w jej rę­kach, wtedy Jó­zi­czek uśmie­chał się błogo. W dni, gdy czuł się le­piej, ba­wiła się dłu­żej tą mę­ską dumą, nie spie­sząc się. Lu­biła mu da­wać tę odro­binę szczę­ścia. Chwy­tał dłońmi jej duże piersi i ma­so­wał, ssał, aż na ko­niec po­pła­ki­wał ze szczę­ścia.

I jej cza­sami ro­biło się przy­jem­nie cie­pło, kilka razy po­czuła na­wet wil­goć w majt­kach, ale to nie o nią prze­cież cho­dziło, to jemu miało być jak w nie­bie. I było, tak przy­naj­mniej mó­wił. Po­wie­dział jej kie­dyś w ta­jem­nicy, szep­cząc - by po­mimo za­mknię­tych drzwi żona nie sły­szała - że gdyby El­wira była tak do­rod­nie, pięk­nie zbu­do­wana jak ona, to na pewno do­cze­ka­liby się gro­mady dzie­cia­ków, kilku sy­nów i ze dwóch có­rek. Bóg prze­cież stwo­rzył ko­bietę po to, by ro­dziła! Nie­stety El­wirka była za kru­cha, po­ję­ki­wała z bólu, gdy chciał jej wsu­nąć ca­łego, bo na­tura szczo­drze go ob­da­rzyła. Gdyby nie to, że była ci­cha, bar­dzo czy­sta i dba­jąca o dom, zo­sta­wiłby ją. Był prze­cież zdro­wym po­trze­bu­ją­cym chło­pem. Cho­dził więc dwa razy w ty­go­dniu do wdowy Su­li­mo­wej i tam so­bie zdrowo uży­wał. Su­li­mowa miała dupę jak dy­nia, a piersi jak wiel­kie me­lony. Lu­biła mieć go w środku ca­łego i mocno.

Oczy Jó­ziczka błysz­czały jak w go­rączce, gdy opo­wia­dał o Su­li­mo­wej. No to Rita wie­działa już, co po­winna ro­bić. Co wie­czór, pod wielka pie­rzyną, by nie gor­szyć El­wirki, pod­cią­gała ko­szulę i sama wkła­dała jego dłoń mię­dzy swoje uda. Przy­trzy­my­wała mu głowę, by mógł ssać do woli i za­sy­piać z sut­kiem w buzi. Nu­ciła mu też pio­senki, tu­ląc do sie­bie, a on od­pły­wał w sen, wzdy­cha­jąc ze szczę­ścia. Czuła się tak, jakby usy­piała swoje dzie­ciątko.

Gwał­towne stu­ka­nie do drzwi wy­rwało ją ze wspo­mnień.

- Rita, otwórz szybko! - To Irena, są­siadka z na­prze­ciwka pu­kała ener­gicz­nie do drzwi. Stała w szla­froku z wał­kami na gło­wie i czaj­ni­kiem w dłoni.

- Co się stało?

- A nic, sta­remu za­chciało się her­baty z cy­tryną na noc, chyba ja­kieś gryp­sko go bie­rze. Zo­stało tro­chę wrzątku, da­waj ter­mo­for, to so­bie roz­grze­jesz łóżko. Mó­wiła mi Tru­dzia, że u cie­bie zimno jak w psiarni.

Rita za­sy­piała pod wielką pie­rzyną, tu­ląc do piersi go­rącą gu­mową bu­telkę. - Co się dzieje? - my­ślała le­ni­wie, tyle do­broci w je­den dzień. To pewno sprawka Jó­ziczka - uśmiech­nęła się. Dzi­siaj prze­cież so­bota, pewno wspo­mina ką­piele tu na ziemi. Cie­kawe, co na to El­wira? - za­chi­cho­tała.

4 x J. Pa­kuła

- Pa, ma­muś, pa­mię­tasz, że dzi­siaj wrócę póź­niej? Jakby coś, to dzwoń. Za­kupy zro­bi­łem, wszystko, o co pro­si­łaś.

- O nic się nie martw, po­ra­dzę so­bie. - Nad­sta­wiła po­li­czek, by Pa­weł mógł ją cmok­nąć i po­gnać do drzwi, bo już był spóź­niony.

Jesz­cze sły­szała tu­pot stóp po drew­nia­nych scho­dach i oto­czyła ją ci­sza. Nie chciało jej się wsta­wać z łóżka, bo i po co. Spać też już nie mo­gła. Za oknem szaro, znowu pa­dał deszcz. Kiedy wresz­cie ta wio­sna przyj­dzie, ociąga się i ociąga. Na­ra­stało w niej roz­draż­nie­nie. Pustka. We­ge­ta­cja bez sensu. Dni scho­dziły na ni­czym, je­den po­dobny do dru­giego. Czło­wiek dzi­czał, gdy był cią­gle sam. Za­czy­nała się bać osa­cza­ją­cych ją wspo­mnień, wła­snej wy­obraźni, my­śli.

Po co jesz­cze żyła? Nie miała przed sobą żad­nych per­spek­tyw i nie bała się sa­mej śmierci. Była przy­go­to­wana. Tylko nie tak ła­two było się za­bić... Lek­cje re­li­gii pro­wa­dzone przez księ­dza Oskara nie po­szły na marne. Tłu­ma­czył im, na­sto­lat­kom, że sa­mo­bój­stwo to je­den z naj­więk­szych z grze­chów, bo to naj­czę­ściej w szcze­gó­łach za­pla­no­wane mor­der­stwo. I zu­peł­nie bez zna­cze­nia, że do­ty­czy wła­snej osoby. To był bar­dzo mą­dry czło­wiek, drzwi do jego po­koju ni­gdy nie były dla nich za­mknięte, a z jego lek­cji nikt bez po­trzeby nie ucie­kał. U niego nie było te­ma­tów tabu ani sy­tu­acji bez wyj­ścia.

Dzi­siaj też chęt­nie po­roz­ma­wia­łaby z nim o swo­ich pro­ble­mach, jemu jed­nemu po­wie­rzy­łaby ta­jem­nicę swo­jego ży­cia. Nie­stety, tacy wspa­niali lu­dzie od­cho­dzą młodo. Ksiądz Oskar, ró­wie­śnik księ­dza Po­pie­łuszki, zgi­nął w stycz­niową noc, gdy roz­wo­ził swoim ma­łym fia­ci­kiem dary przy­sy­łane z za­gra­nicy. Roz­ła­do­wy­wali całe tony mąki, ryżu, cu­kru, oleju do­star­czane wiel­kimi ti­rami, a póź­niej roz­wo­zili je do do­mów lu­dzi sta­rych, cho­rych... Ech, te wspo­mnie­nia.

W jej sy­tu­acji naj­lep­szy byłby zwy­kły śmier­telny wy­pa­dek, ale jak spro­wo­ko­wać los? Czło­wiek nie ma ta­kiej wła­dzy. Co in­nego nie­umyślne za­bój­stwo. Wła­śnie coś ta­kiego so­bie za­pla­no­wała.

Naj­waż­niej­sze w tym wszyst­kim było to, by Pa­weł ni­gdy się nie do­wie­dział, że coś za­pla­no­wała, spro­wo­ko­wała, to znisz­czy­łoby mu ży­cie. I tak świa­do­mość, że nie było go w ta­kim mo­men­cie w kraju, wpę­dzi go w ogromne po­czu­cie winy. Jego mu­siała chro­nić, to było jej główne ży­ciowe za­da­nie. W tym celu zo­stała oca­lona w tej wiel­kiej ro­dzin­nej tra­ge­dii.

Ostat­nio za­częła na­wet oglą­dać filmy ak­cji, czy­tać kry­mi­nały. Ale tam wy­glą­dało to bar­dzo pro­sto, trup za tru­pem, pif-paf i po wszyst­kim. Dużo się działo, ak­cja za ak­cją. Po kilku fil­mach miała do­syć. Cią­gle to samo, pisk opon sa­mo­cho­do­wych, strze­la­nina, forsa, forsa, to ona rzą­dziła świa­tem. Wo­lała kry­mi­nały Aga­thy Chri­stie, u niej mor­der­stwa były za­pla­no­wane, za­ka­mu­flo­wane, no i wszystko to­czyło się w nor­mal­nym tem­pie, cho­ciaż i tam mo­ty­wem zbrodni były naj­czę­ściej pie­nią­dze.

Szok prze­żyła po obej­rze­niu filmu Osiem mi­li­me­trów. Niby wie­działa, że ist­nieją ta­kie światy: nar­ko­ma­nów, ma­fii, zbo­czeń­ców wszel­kiego ro­dzaju. Gdzieś tam ist­niał ja­kiś pod­ziemny świat mar­gi­nesu spo­łecz­nego. Do­piero po tym fil­mie do­tarło do niej, że to nie działo się na in­nej pla­ne­cie, ale tu i te­raz, nie tylko w Ame­ryce, ale rów­nież w Pol­sce. Mocno iden­ty­fi­ko­wała się ze star­szą pa­nią, żoną mi­lio­nera, która po śmierci męża zna­la­zła film i wy­na­jęła de­tek­tywa, by wy­ja­śnił tę ta­jem­nicę. Wraz z nią we­szła w świat so­bie zu­peł­nie nie­znany, ludz­kie pod­zie­mie, które wcale nie było ma­łym mar­gi­ne­sem spo­łecz­nym. Setki, ty­siące mło­dych dziew­cząt i chłop­ców oma­mio­nych sławą, bo­gac­twem gwiazd fil­mo­wych sta­wało się ła­twym łu­pem oszu­stów, zbo­czeń­ców. Tra­fiali do bur­deli, krę­cono z nimi ty­siące fil­mów por­no­gra­ficz­nych. Byli wy­ko­rzy­sty­wani sek­su­al­nie, bici, tor­tu­ro­wani, fa­sze­ro­wani nar­ko­ty­kami, w końcu za­bi­jani. Nie dzia­łoby się to wszystko, gdyby nie pie­nią­dze, wiel­kie pie­nią­dze lu­dzi, któ­rzy żyli po­zor­nie przy­kład­nie, z żoną, dziećmi, wnu­kami, pra­co­wici, uprzejmi, do­bro­duszni.

Żona mi­lio­nera po­peł­niła sa­mo­bój­stwo, nie po­ra­dziła so­bie ze świa­do­mo­ścią, że dzie­liła ży­cie z czło­wie­kiem, który wy­dał mi­lion do­la­rów, by tor­tu­ro­wano i za­bito na­sto­latkę. Na­krę­cono dla niego ten film, by mógł się pod­nie­cać, oglą­da­jąc go. Rów­nież taki jest ten nasz współ­cze­sny świat.

Ju­lia pa­zu­rami trzy­mała się do­brej strony czło­wieka. W końcu udało jej się prze­żyć pięć­dzie­siąt lat z dala od tego wszyst­kiego. Nie chciała tego zmie­niać. Zre­zy­gno­wała więc z oglą­da­nia ta­kich fil­mów, ale sza­no­wała lu­dzi, któ­rzy po­dej­mo­wali ta­kie te­maty. Mło­dzi lu­dzie, Pa­weł i jego przy­ja­ciele, po­winni być świa­domi tych wszyst­kich za­gro­żeń.

Sama na wiele dni uto­nęła w ka­ta­stro­ficz­nym wi­dze­niu świata. I nie łu­dziła się, że co­kol­wiek od­mieni go na lep­sze, wy­star­czyło po­słu­chać "Wia­do­mo­ści", otwo­rzyć ja­ki­kol­wiek por­tal w in­ter­ne­cie, ech, to wszystko zmie­rzało w złym kie­runku. Ale jej uła­twiało pla­no­wa­nie mo­mentu swo­jego odej­ścia. Ła­twiej od­cho­dziło się z ta­kiego świata.

Co ją cze­kało po dru­giej stro­nie? Od dawna była tam jej mała Emilka, byli gdzieś Ju­lia i Ju­rek, i Ja­cek. I ro­dzice, dziad­ko­wie, te­ścio­wie. Jakby się tak za­sta­no­wić, to miała po tam­tej stro­nie wię­cej lu­dzi niż tu­taj. Zde­cy­do­wa­nie wię­cej. Do­póki Pa­weł się nie roz­mnoży. Tylko że dzi­siaj mło­dzi się nie spie­szą, dzieci w mał­żeń­stwach ro­dzą się późno i naj­czę­ściej jedno. No, w przy­padku Pawła może ich być od razu dwoje. Uśmiech­nęła się po razy pierw­szy dzi­siaj. Ta po­dwój­ność w jej ży­ciu była wy­jąt­kowa.

Miała sio­strę bliź­niaczkę, oby­dwie miały mę­żów braci bliź­nia­ków, iden­tyczne geny, te same grupy krwi, te same na­zwi­ska. Tak się zło­żyło. Śmiesz­nie tro­chę, gdzie by się ra­zem nie po­ka­zali, tam wzbu­dzali sen­sa­cję, a ile za­baw­nych sy­tu­acji prze­żyli.

Tylko córkę miała jedną, po­je­dyn­czą. Na­sie­nie Jacka, jej męża, miało ja­kąś, stwier­dzoną przez le­ka­rzy, słabą ży­wot­ność.

Oby­dwie pary po wspól­nym ślu­bie... A co to był za ślub, oczy­wi­ście po­dwójny! Ksiądz całą mszę mru­gał oczami, chyba so­bie nie do­wie­rzał, po­nie­waż żeby wzmoc­nić efekt, ubrali się iden­tycz­nie. Te same suk­nie ślubne, fry­zury, te same gar­ni­tury i kra­waty. Byli na­wet przed­sta­wi­ciele prasy lo­kal­nej i uka­zał się duży ar­ty­kuł z ich zdję­ciami pt. 4 x J. Pa­kuła.

Za­raz po ślu­bie za­częli się sta­rać o po­tom­stwo. Oby­dwie z sio­strą przy­go­to­wy­wały się do tego, że uro­dzą bliź­nięta. Ju­lia nie miała pro­ble­mów. Szybko za­szła w ciążę i uro­dziła dwóch chłop­ców - Pio­tra i Pawła, wspa­nia­łych bliź­nia­ków jed­no­ja­jo­wych oczy­wi­ście.

Na­to­miast ona z Jac­kiem sta­rali się bez re­zul­ta­tów przez kilka mie­sięcy. Zgod­nie, nie uma­wia­jąc się wcze­śniej, za­częli roz­gła­szać, że nie pla­nują po­tom­stwa tak od razu, po­nie­waż naj­pierw chcą się na­cie­szyć sobą i tro­chę urzą­dzić.

Ale to Ju­rek z Ju­lią się urzą­dzali. Wy­re­mon­to­wali duże miesz­ka­nie w sta­rej przed­wo­jen­nej ka­mie­nicy w cen­trum mia­sta, ku­pili sa­mo­chód. No i mieli dwa śliczne bo­ba­ski. To im los sprzy­jał, wszystko, co za­pla­no­wali, koń­czyło się suk­ce­sem.

Któ­re­goś dnia, gdy po raz ko­lejny pra­wi­dłowo o cza­sie do­stała mie­siączkę, bez zbęd­nych dys­ku­sji uznali z mę­żem, że czas na ba­da­nia, i od­dali się w ręce spe­cja­li­stów, nie wta­jem­ni­cza­jąc w to naj­bliż­szych. To wtedy oka­zało się, że ilość i ży­wot­ność na­sie­nia Jacka jest mocno ogra­ni­czona.

Los jed­nak spra­wił im nie­spo­dziankę, w mie­siąc po tej dra­ma­tycz­nej dla nich dia­gno­zie za­szła w ciążę. Co to była za ra­dość. Ja­cek ją ze szczę­ścia no­sił na rę­kach. Pierw­sze ba­da­nie USG za­sko­czyło ich in­for­ma­cją, że to nie bliź­nięta. Nie­stety dziew­czynka uro­dziła się w szó­stym mie­siącu ciąży. Po­mimo walki le­ka­rzy ich ma­leń­stwo po kilku dniach zmarło. To był wielki dra­mat, który spra­wił, że z Jac­kiem nie po­tra­fili się już po­ro­zu­mieć.

On był prze­ko­nany, że to, iż uro­dziło się jedno dziecko, a nie bliź­nięta, że uro­dziło się za szybko i zbyt słabe, by prze­żyć, to wina nie­do­ro­zwoju jego plem­ni­ków. Wmó­wił so­bie, że bar­dzo roz­cza­ro­wał żonę, sam sie­bie na­zy­wał "wy­bra­ko­wa­nym to­wa­rem".

Na­to­miast ona czuła, że za­wio­dła, nie po­tra­fiła być dla córki bez­pieczną ma­cicą. Jej or­ga­nizm wy­da­lił dziecko zbyt szybko, nie da­jąc mu szans na prze­ży­cie. Nie spraw­dziła się jako matka.

Czę­sto byli za­pra­szani do domu Ju­lii i Jurka. Ich chłopcy, Pio­truś i Pa­we­łek, ro­śli szybko, byli sil­nymi, zdro­wymi dziećmi. Po każ­dej wi­zy­cie wra­cali co­raz bar­dziej smutni, roz­cza­ro­wani. Nie po­tra­fili w tym trud­nym okre­sie dać so­bie wspar­cia, cie­pła, któ­rego oboje bar­dzo wtedy po­trze­bo­wali. Ta rana była zbyt głę­boka, by mo­gła się za­bliź­nić. Po­trze­bo­wała dra­matu, trzę­sie­nia ziemi. I ta ka­ta­strofa wy­da­rzyła się... pół roku póź­niej.

- Nie chcę! Nie chcę tych wspo­mnień! - krzyk­nęła bez­wied­nie na cały głos. Co się z nią dzi­siaj działo? Spoj­rzała na ze­gar i zde­gu­sto­wana od­wró­ciła głowę. Do­cho­dziła go­dzina dzie­siąta, a ona na­dal le­żała w łóżku. Bez swo­jej her­baty, pa­pie­ro­ska, śnia­da­nia. W po­koju było szaro, gdyby nie prze­su­wa­jące się wska­zówki ze­gara, mia­łaby pro­blemy z usta­le­niem pory dnia. I tylko deszcz ostro bęb­nił o pa­ra­pety. Pod­cią­gnęła koł­drę pod samą brodę, po­czuła mięk­kość i roz­koszne cie­pło fla­ne­lo­wej po­ścieli. Miał ra­cję jej ulu­bie­niec Sta­ni­sław Lec, gdy pi­sał: "Można oczy za­mknąć na rze­czy­wi­stość, ale nie na wspo­mnie­nia".

Wie­działa, że za chwilę wej­dzie pro­sto do źró­dła swo­jego bólu, który za­bi­jał w niej chęć ży­cia. Strzępy wspo­mnień ata­ko­wały ją na prze­mian z po­czu­ciem krzywdy, fa­lami za­zdro­ści i po­czu­cia wstydu.

- Nie je­steś Ju­lią! Czas wró­cić do wła­snej skóry. Za­gar­nę­łaś ży­cie sio­stry. To dla­tego masz ta­kie po­krę­cone ciało, to dla­tego je­steś opusz­czona i sa­motna. To kara, kara...

Ju­lia ock­nęła się, przez mo­ment nie wie­działa, gdzie się znaj­duje, czuła lęk, bała się. Ja­kiś ciężki ka­mień uci­skał jej pierś, z trud­no­ścią od­dy­chała. Nie miała siły pod­nieść głowy z po­duszki. - To pewno za­wał. Ból bę­dzie się na­si­lał, sły­szała, że to bar­dzo boli. Strużki potu, a może łez roz­le­wały się po jej twa­rzy i spły­wały na po­duszkę.

Więc to sta­nie się dzi­siaj. Umrze, za­nim wróci Pa­weł, i wszystko się skoń­czy tak, jak chciała, tak jak od dłuż­szego czasu pla­no­wała. No i do­brze, niech się dzieje wola Boża. Za chwilę zo­ba­czy się z mę­żem, sio­strą, szwa­grem i... Co im po­wie?

Po­czuła silne ukłu­cie pod prawą ło­patką, jak to za­bo­lało. Bała się od­dy­chać, by się nie po­wtó­rzyło.

Jak ją przyjmą? Oni tacy zdrowi, mło­dzi, piękni. Czy w tej sta­rej, po­krę­co­nej po­staci roz­po­znają Ju­lię. Nie, nie Ju­lię. Ju­stynę. Cią­gle się my­liła i już sama wąt­piła w to, czy była Ju­styną?

Ja­kiś wy­bryk na­tury do­pro­wa­dził do roz­dzie­le­nia przed na­ro­dzi­nami jed­nej osoby na dwa ciała, a po­tem Los uśmier­cił jedną z nich. Kim te­raz była? Która z nich tak na­prawdę po­zo­stała przy ży­ciu? Roz­dzie­le­nie bliź­niąt ni­gdy nie jest zwy­kłą roz­łąką. Prze­żyła to, po­nie­waż czło­wiek jest zdolny prze­żyć nie­wy­obra­żalne rze­czy, ale gdy do­szła do sie­bie, nie po­zna­wała świata.

Nie zro­biła tego świa­do­mie, nie pla­no­wała, to był przy­pa­dek, zbieg oko­licz­no­ści. Tak się bała, gdy do niej przy­szli, tu­liła do sie­bie śpią­cego Pa­wełka, za­wład­nął nią pa­niczny lęk, że jej go od­biorą. To małe ciałko było wszyst­kim, co jej po­zo­stało. To była nić, która trzy­mała ją przy ży­ciu, nie po­zwo­liła osza­leć...

Pio­truś był bar­dzo chory, pła­kał roz­pacz­li­wie, tem­pe­ra­tura mu ro­sła. Cze­kali na ka­retkę po­go­to­wia. Wszy­scy byli bar­dzo zde­ner­wo­wani, nie wie­dzieli, co się stało. Bie­gunka i wy­mioty po­ja­wiły się na­gle i stan ma­łego gwał­tow­nie się po­gar­szał. W końcu Ja­cek zde­cy­do­wał, że nie będą dłu­żej cze­kali, on ich za­wie­zie. Ju­rek zwle­kał, miał no­wiutki sa­mo­chód, a brat był świeżo po kur­sie prawa jazdy. Sam jed­nak nie mógł pro­wa­dzić, po­nie­waż wcze­śniej był na spo­tka­niu z klien­tami i tro­chę opi­jali do­piero pod­pi­sany kon­trakt. Wła­śnie z tej oka­zji byli umó­wieni na to wie­czorne świę­to­wa­nie. Miało być tak przy­jem­nie, z kuchni roz­cho­dził się za­pach pie­czo­nej kaczki, stół w po­koju był na­kryty do uro­czy­stej ko­la­cji.

Śpie­szyli się, wszystko im le­ciało z rąk, wie­dzieli, jak kru­che jest ży­cie ta­kiego ma­lu­cha. Na­prawdę bar­dzo się o niego bali, wspól­nie prze­ży­wali prze­cież śmierć Emilki. Już w przed­po­koju Pio­truś zwy­mio­to­wał po­now­nie. Ju­styna w po­śpie­chu po­dała sio­strze swoją kurtkę i świeży ko­cyk, by owi­nąć ma­łego. Wy­bie­gli. To wtedy wi­działa ich po raz ostatni. Żad­nego po­że­gna­nia, żad­nego prze­czu­cia. Nie­po­jęte, ale nie do­stała żad­nego znaku od Losu, ona, bliź­niaczka jed­no­ja­jowa...

Pa­we­łek ba­wił się kloc­kami, ona wy­łą­czyła pie­kar­nik, prze­płu­kała ko­cyk i po­bru­dzone ubranka Pio­tru­sia. Prze­brała się też w swe­te­rek sio­stry, bo jej blu­zeczka rów­nież pach­niała wy­mio­ci­nami.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej za­dzwo­nili z po­go­to­wia, że nie mogą przy­je­chać, po­nie­waż wszyst­kie ka­retki były w te­re­nie, zda­rzył się straszny wy­pa­dek. Uspo­ko­iła ich, że nie są już po­trzebni, bo dziecko jest w dro­dze do szpi­tala, po­je­chało pry­wat­nym sa­mo­cho­dem.

Gdy to mó­wiła, oni już nie żyli. Zgi­nęli ra­zem w jed­nej se­kun­dzie. Te wszyst­kie ka­retki były wła­śnie przy nich. Zo­stali zmiaż­dżeni przy czo­ło­wym zde­rze­niu z ti­rem.

Ja­kiś sa­mo­chód na za­chod­nich re­je­stra­cjach wy­mu­sił pierw­szeń­stwo prze­jazdu, kie­rowca tira, ra­tu­jąc się przed zde­rze­niem, zje­chał na prze­ciwny pas i wal­nął w sa­mo­chód Jacka, który sam ja­dąc bar­dzo szybko, nie miał żad­nych szans. Ciężko ranni byli na­to­miast pa­sa­że­ro­wie mazdy, która je­chała za Jac­kiem i też nie zdą­żyła do końca wy­ha­mo­wać. Główny wi­no­wajca uciekł, nie­zbyt da­leko, przy wy­lo­cie z mia­sta roz­bił się o be­to­nową ba­rierkę i zgi­nął na miej­scu. To był młody stu­dent, Ja­poń­czyk, wra­cał do Mo­na­chium.

Wia­do­mość o wy­padku do­tarła do niej te­le­fo­nicz­nie. Za­dzwo­niła te­ściowa.

- Ju­lio, zda­rzył się straszny wy­pa­dek... mu­sisz być dzielna, pa­mię­taj, że je­steś po­trzebna Pa­weł­kowi. Tylko ty mu po­zo­sta­łaś. Bądź tego świa­doma, Ju­lio, bła­gam cię. Ja... ja so­bie z tym nie po­ra­dzę... Ju­lio, przy­rzek­nij mi, że ty wy­trzy­masz, nie za­wie­dziesz... Dzię­kuję Bogu, że to wła­śnie ty, Ju­lio, oca­la­łaś. Pa­we­łek bę­dzie cię bar­dzo po­trze­bo­wał, ma wiel­kie szczę­ście, że cho­ciaż matka mu po­zo­stała, Bóg jest li­to­ściwy...

Da­lej był już głos są­siadki, która po­in­for­mo­wała ją, że pani Bar­bara za­sła­bła, ale nie musi się mar­twić, bo w miesz­ka­niu jest już po­go­to­wie.

Stała otę­piała ze słu­chawką w dłoni. Ob­ser­wo­wała swoje od­bi­cie w lu­strze. Wi­działa sie­bie? A może Ju­lię? Pa­trzyła na twarz ko­biety, która przed chwilą stra­ciła wszyst­kich bli­skich. W jej ry­sach nic się nie zmie­niło...Co czuła? Pustkę. Nie wie­działa, nie ro­zu­miała, co czuje... Przy­glą­dała się so­bie z ze­wnątrz, stała obok sie­bie i ob­ser­wo­wała osobę, która prze­żywa wielki dra­mat.

Tak zo­stała Ju­lią, to przez tę kurtkę, w któ­rej były jej do­ku­menty. Pół­przy­tomna do­tarła do po­koju dzieci, wzięła na ręce Pa­wełka, tu­liła go do sie­bie i za­pew­niała, że ni­gdy go nie opu­ści, nie za­wie­dzie swo­jego sy­neczka.

Wszy­scy sta­rali się być bar­dzo de­li­katni, nikt ni­czego nie do­cie­kał, nie kwe­stio­no­wał. Jej słowa brano za prawdę. Ja­kieś nie­ści­sło­ści, jej nie­zo­rien­to­wa­nie w wielu spra­wach, tłu­ma­czono szo­kiem, trau­ma­tycz­nymi prze­ży­ciami. Wszy­scy bez wy­jątku bar­dzo jej współ­czuli, po­ma­gali, za­ła­twiali masę spraw, or­ga­ni­zo­wali. Przez wiele ty­go­dni ktoś pła­cił jej ra­chunki, ro­bił za­kupy, za­ła­twiał sprawy w urzę­dach, ona tylko pod­pi­sy­wała się w miej­scach, które wska­zy­wano jej pal­cem. Za­wsze J. Pa­kuła. To w końcu mógł być pod­pis jej, sio­stry, męża lub szwa­gra, mieli prze­cież te same ini­cjały. Była na sil­nych le­kach uspo­ka­ja­ją­cych, więc i pod­pis mógł się tro­chę róż­nić, nikt ni­czego nie po­dej­rze­wał, ni­komu nie przy­szło do głowy, że wła­śnie sta­wała się Ju­lią.

Pa­mię­tała, że gdy były na­sto­lat­kami, ćwi­czyły z sio­strą jed­na­kowy pod­pis, tak dla za­bawy, po­nie­waż czę­sto się pod­mie­niały, były ta­kie po­dobne. Bar­dzo uła­twiały so­bie tym ży­cie, ra­to­wały się z róż­nych opre­sji.

Te­raz też wiele sko­rzy­stała, ale świa­do­mość tego do­tarła do niej znacz­nie póź­niej. Tak na­prawdę to tylko lęk przed utratą Pa­wełka kie­ro­wał jej de­cy­zjami.

Oka­zało się, że zo­stała wła­ści­cielką pięk­nego miesz­ka­nia w sta­rej ka­mie­nicy w cen­trum mia­sta, przy­znano jej i Pa­weł­kowi wy­soką rentę po... szwa­grze Jurku, pre­ze­sie firmy, a nie zwy­kłym pra­cow­niku, ja­kim był Ja­cek. Gdy prze­ka­zano jej stan kilku kont, długo nie mo­gła wyjść z oszo­ło­mie­nia.

Sio­stra Ju­lia była na urlo­pie wy­cho­waw­czym, pla­no­wała wró­cić do pracy, była se­kre­tarką w tech­ni­kum bu­dow­la­nym, ale wszy­scy zro­zu­mieli jej de­cy­zję, gdy zre­zy­gno­wała z tego, nikt nie za­da­wał jej zbęd­nych py­tań. W końcu chęt­nych na to sta­no­wi­sko nie bra­ko­wało.

Przy­ja­ciele sprze­dali jej i Jacka miesz­ka­nie w bloku, do­stała wy­so­kie od­szko­do­wa­nie za no­wego opla vec­trę, wła­sność Jurka, którą ska­so­wano po wy­padku. Rzeka pie­nię­dzy pły­nęła na jej konto w banku, konto Ju­lii Pa­kuły.

Ona sama sku­piła się wy­łącz­nie na Pa­wełku. Chłop­czyk, trzy­na­sto­mie­sięczny, parę razy na­zwał ją Juta, ale szybko na­uczył się mó­wić mama. Ko­chała to słowo, ca­ło­wała go po rącz­kach, ile­kroć tak się do niej zwró­cił. Na po­czątku czę­sto pła­kał, cho­dził po po­ko­jach, jakby ko­goś szu­kał, ale uspo­ka­jał się, gdy tu­liła go i nu­ciła mu ko­ły­sanki. Nie roz­sta­wali się na­wet na chwilę. Nie ży­czyła so­bie żad­nej po­mocy przy jego pie­lę­gna­cji. Nie chciała ni­g­dzie by­wać, ogra­ni­czyła wszel­kie kon­takty to­wa­rzy­skie, ro­biła to roz­myśl­nie, szcze­gól­nie z oso­bami, które znały bli­żej Ju­lię.

Do­piero gdy mały skoń­czył sie­dem lat i po­szedł do szkoły, ona zna­la­zła so­bie pracę w bi­blio­tece i no­wych zna­jo­mych. Wszy­scy to ro­zu­mieli, na­wet te­ściowa, która ni­gdy nie otrzą­snęła się po tej tra­ge­dii. W końcu w jed­nej se­kun­dzie stra­ciła dwóch sy­nów, wnuka i sy­nową. Tylko nie tą, którą że­gnała nad wspól­nym gro­bem. Czy te­ściowa się nie do­my­ślała? Tak bacz­nie jej się cza­sami przy­glą­dała. Jed­nak za­wsze na­zy­wała ją Ju­lią. Je­żeli wie­działa, to za­brała swą wie­dzę do grobu, zmarła dwa lata po tej tra­ge­dii, jej serce było ta­kie sła­biut­kie.

- Mamo, co się stało, źle się czu­jesz? - Głos Pawła był bar­dzo za­nie­po­ko­jony. - Dla­czego le­żysz po ciemku? Za­pa­lił górne świa­tło.

Ju­lia zmru­żyła oczy, po­woli oswa­jała się ze świa­tłem. Pa­weł sie­dział obok na łóżku i gła­dził jej dłoń.

- Le­ża­łaś cały dzień? A ja­dłaś coś, pi­łaś? Co się dzieje, mamo?

Uśmiech­nęła się uspo­ka­ja­jąco. Więc nie umarła, żyje. I po­czuła się głodna i spra­gniona, i mu­siała na­tych­miast do ubi­ka­cji.

- Pa­wełku, zrób mi her­batki, chęt­nie się na­piję. Nic się nie dzieje, To przez ten deszcz nie chciało mi się wstać. Taki leń ze mnie, wstyd po pro­stu.

- Nie wsta­waj, leż so­bie, za­raz bę­dzie her­bata.

- Do­brze, sy­neczku, ale wstać mu­szę, siła wyż­sza - uśmiech­nęła się. Jak bar­dzo się zmar­twił bie­da­czek. To ta­kie do­bre, wraż­liwe dziecko. Co by zro­bił, gdyby za­stał w łóżku trupa? Tro­chę chyba była mu po­trzebna, choćby samą obec­no­ścią. Wra­ca­jąc z ła­zienki, usły­szała koń­cówkę roz­mowy te­le­fo­nicz­nej:

- Prze­proś ich w moim imie­niu, ale nie przyjdę dzi­siaj.

- ...

- Tak, mama. Mu­siała się źle czuć, bo w ogóle nie wstała z łóżka.

- ...

- Prze­ciw­nie. Ostat­nio sta­now­czo za mało po­świę­ca­łem jej czasu.

- ...

- Nie, nie zmie­nię swo­jej de­cy­zji.

Ju­lia chciała za­pro­te­sto­wać, ale po­wstrzy­mała się w ostat­niej chwili. Ma prawo do czasu spę­dzo­nego z sy­nem, prze­cież już nie­długo uwolni go od swo­jego to­wa­rzy­stwa.

I był to na­prawdę miły wie­czór, dawno nie pich­cili wspól­nie ko­la­cji, Pa­weł otwo­rzył na­wet bu­telkę jej ulu­bio­nego wina i zro­biło się pra­wie świą­tecz­nie.

Pa­trzyła z dumą na swo­jego syna. Wy­rósł na przy­stoj­nego męż­czy­znę. Bar­dzo za­dbany, to ona na­uczyła go ko­rzy­sta­nia z sa­lo­nów ko­sme­tycz­nych, gdy jako do­ra­sta­jący na­sto­la­tek miał pro­blemy z trą­dzi­kiem. Jego pa­znok­cie i dło­nie były nie­ska­zi­telne. Pach­niał do­brymi ko­sme­ty­kami, każda ko­bieta by­łaby z niego dumna. Nie mu­siał się ni­czego wsty­dzić, wie­dział, jak za­cho­wać się przy stole, po­tra­fił tań­czyć, przy­kła­dała wielką wagę do po­rząd­nego wy­cho­wa­nia. Nie ża­ło­wała pie­nię­dzy na jego edu­ka­cję. Świet­nie pły­wał i jeź­dził na nar­tach, grał w te­nisa i wła­dał trzema ję­zy­kami. Po­świę­cała mu wiele czasu, wo­żąc na te wszyst­kie do­dat­kowe za­ję­cia. Wa­ka­cje spę­dzali za gra­nicą, po­zna­jąc za­bytki We­ne­cji, Pa­ryża czy Rzymu.

Przy­go­to­wy­wała go do ży­cia tak, by do­brze się czuł w gro­nie od­ra­dza­ją­cej się ary­sto­kra­cji. Ob­ser­wo­wała to, co działo się w pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści. Lo­giczną kon­se­kwen­cją pry­wa­ty­za­cji była dąż­ność spo­łe­czeń­stwa do two­rze­nia elit. Była bi­blio­te­karką i wi­działa ro­snące za­in­te­re­so­wa­nie he­ral­dyką, ar­chi­tek­turą sta­rych dwor­ków szla­chec­kich, pa­ła­cy­ków, no i ogro­dów. Po­szu­ki­wano po­rad­ni­ków po­trzeb­nych do bu­dowy al­ta­nek i fon­tann, oran­że­rii. Czy­tel­nicy spraw­dzali swoje drzewa ge­ne­alo­giczne, herby, ma­jątki szla­chec­kie. Jed­no­cze­śnie sku­piano się na naj­młod­szym po­ko­le­niu. Pry­watne przed­szkola, szkoły i eli­tarne uczel­nie. Opie­kunki ze zna­jo­mo­ścią ję­zy­ków ob­cych. Jak grzyby po desz­czu ro­sły stad­niny i korty te­ni­sowe. Wszystko to w do­bie bez­ro­bo­cia, biedy, przy wtó­rze re­klam "raz dwa trzy, dziś obiadu nie zjesz ty" i drew­nia­nych pa­ja­cy­ków z pu­stym brzusz­kiem. So­cja­lizm, ko­mu­nizm - tych po­jęć już nie­długo będą uczyli w szko­łach jako przy­kładu nie­uda­nych eks­pe­ry­men­tów spo­łecz­nych, po­li­tycz­nych i eko­no­micz­nych. Była o tym prze­ko­nana. Żyła czuj­nie, uważ­nie dys­po­no­wała oszczęd­no­ściami. Pa­we­łek od naj­młod­szych lat dys­po­no­wał kie­szon­ko­wym, uczyła go sza­cunku do pie­nię­dzy, ale bez zbyt­niej prze­sady, za­pew­niała mu wszystko, co nie­zbędne do peł­nego roz­woju.

Od kilku lat spę­dzał wa­ka­cje z ró­wie­śni­kami, nie wy­bie­rała mu zna­jo­mych, bo wie­działa, kiedy od­ciąć pę­po­winę. Nie po­zwa­lała so­bie na na­do­pie­kuń­czość, ale z sa­tys­fak­cją stwier­dziła, że jej za­biegi wy­cho­waw­cze przy­no­siły efekty. Syn nie gu­sto­wał w to­wa­rzy­stwie chło­pa­ków spod budki z pi­wem.

Pa­weł od­wdzię­czał się so­lid­no­ścią, rze­tel­no­ścią, ni­gdy nie miała z nim pro­ble­mów wy­cho­waw­czych, był świet­nym uczniem, ale nie pry­mu­sem, miał swoje za­in­te­re­so­wa­nia i pa­sje. Po pro­stu lu­bił wie­dzieć, lu­bił się uczyć, po­zna­wać. Tę na­tu­ralną u dzieci cie­ka­wość świata sta­rała się roz­bu­dzać na wszel­kie spo­soby, bo chciała, żeby jej syn chło­nął ży­cie, roz­wi­jał się nie­ustan­nie nie dla ocen w szkole, ale dla wła­snej sa­tys­fak­cji.

Ko­mu­ni­ka­tywny i ser­deczny, miał swoją paczkę ko­le­gów, spraw­dzoną wie­lo­let­nią przy­jaź­nią. Te­raz po­znał dziew­czynę. Koń­czył wy­dział au­to­ma­tyki pre­cy­zyj­nej na po­li­tech­nice. Pa­trząc na niego, czuła, jak wy­peł­nia ją mi­łość i duma. Był ży­wym do­wo­dem na to, że ona była świetną matką, speł­niła swoje za­da­nie, wy­cho­wała do­brego, war­to­ścio­wego czło­wieka.

I może odejść. Nie jest już po­trzebna, te­raz by­łaby tylko ba­la­stem, utrud­nia­ją­cym mu ży­cie. To, co za­pla­no­wała, było lo­giczne, mu­siała być tylko kon­se­kwentna. Jej mi­sja do­bie­gała końca.

Le­żąc wie­czo­rem w łóżku, roz­luź­niona dwiema lamp­kami wina, upa­jała się sa­tys­fak­cją, czuła się speł­niona, do­ce­niona, wy­róż­niona przez los. Cu­downe uczu­cie pełni szczę­ścia. Te­raz po­winna za­snąć i nie obu­dzić się wię­cej. W tej chwili była go­towa sta­nąć przed sio­strą i... zwró­cić jej imię?

I na­gle wszystko pry­sło jak bańka my­dlana. Wró­cił lęk i wielka nie­chęć do tego aktu. Nie chciała być Ju­styną! Nie chciała po­wrotu do dru­giego miej­sca w sze­regu. Tak było przez całe ich wspólne ży­cie. Ju­lia uro­dziła się pierw­sza, wy­grała już w ło­nie matki. Więk­sza, sil­niej­sza, spryt­niej­sza. To ona de­cy­do­wała o wszyst­kim. Ju­styna za­wsze była jej cie­niem.

Ten dra­ma­tyczny wy­pa­dek prze­żyła tak dziel­nie, z god­no­ścią, po­nie­waż prze­ży­wała go, bę­dąc Ju­lią. Ona, Ju­styna, nie po­ra­dzi­łaby so­bie, ale ona, Ju­lia, spraw­dziła się wy­śmie­ni­cie, wszy­scy ją po­dzi­wiali i sta­wiali za wzór. Na­prawdę uwie­rzyła w to, że zgi­nęła w tam­tym sa­mo­cho­dzie. Przez pra­wie dwa­dzie­ścia pięć lat raz w ty­go­dniu od­wie­dzała cmen­tarz, myła mar­mur na du­żym ro­dzin­nym gro­bie, gła­dziła miękką fla­nelką złoty na­pis: Ju­styna Pa­kuła. Sta­wiała świeże kwiaty, za­pa­lała zni­cze. Pa­weł­kowi opo­wia­dała, że leżą tu: jego tata, bra­ci­szek, cio­cia i wu­jek.

Gdy te­ściowa, wtedy, przez te­le­fon, na­zwała ją Ju­lią, to jakby do­tknęła cza­ro­dziej­ską różdżką, na­stą­piła cu­downa za­miana ról. Jak w bajce. Speł­niło się jej naj­więk­sze ma­rze­nie, stała się Ju­lią. Oszo­ło­miona, nie za­pro­te­sto­wała i ta jedna chwila zde­cy­do­wała o dal­szym jej ży­ciu.

Czy tam, po tej dru­giej stro­nie mogą być dwie Ju­lie? Oczy­wi­ście, że nie. Ju­lia, piękna i młoda, ni­gdy się na to nie zgo­dzi, a ona, Ju­styna, nie zdo­bę­dzie się na od­wagę, by o to po­wal­czyć. Sta­nie przed nimi stara, brzydka i po­krę­cona. Ale bę­dzie miała coś, czego oni ni­gdy nie za­znali: dłu­gie ży­cie na ziemi, wie­dzę, do­świad­cze­nie i naj­waż­niej­sze - wspo­mnie­nia. Dużo pięk­nych wspo­mnień. Po­dobno to nie umiera, to za­biera się na tamtą stronę.

Czy Ju­lia jej wy­ba­czy?

Co za głu­pie my­śle­nie, prze­cież to nie ona ich za­biła, nie miała wpływu na bieg wy­da­rzeń. Ona tylko ukra­dła Ju­lii toż­sa­mość, czy to wiel­kie prze­stęp­stwo? Jej już nie była po­trzebna, ona umarła. Umarła!!!

W chwili gdy utra­ciła bliź­niaczkę, utra­ciła samą sie­bie. Przez resztę ży­cia uczyła się ist­nieć po­je­dyn­czo. Jed­no­cze­śnie uczyła się być Ju­lią. Dzi­siaj wie, że oka­zała się wzo­rową uczen­nicą. Co­raz czę­ściej za­da­wała so­bie py­ta­nie, czy z pro­ble­mami, ja­kie nio­sło ży­cie, po­ra­dzi­łaby so­bie, bę­dąc Ju­styną?

Sporo czasu spę­dzała ostat­nio na wspo­mi­na­niu, ana­li­zo­wa­niu, pod­su­mo­wy­wa­niu. Taki czas na­stał, nie bez przy­czyny. Nie­dawno uświa­do­miła so­bie, że w dzie­ciń­stwie sio­stra czę­sto ka­zała jej być Ju­lią. Uważ­nie ob­ser­wo­wała ją w tej roli, a póź­niej za­da­wała wiele py­tań: czy ja tak ma­cham prawą dło­nią, gdy z kimś dys­ku­tuję, czy to twój gest? Mój, hmm, więc mu­szę się go po­zbyć. Czy za­wsze tak prze­chy­lasz głowę, czy tylko wtedy, gdy je­steś mną? Nie otwie­raj ust, gdy je­steś zdzi­wiona czymś, ra­czej za­ci­skaj w lekki dzió­bek, jak ja, nie bę­dziesz wtedy wy­glą­dała tak głup­ko­wato. Z cza­sem Ju­styna już nie miała pew­no­ści, czy to jej gest, jej na­tu­ralna re­ak­cja, czy pod­pa­trzona u Juli.

Sio­strę od po­czątku fa­scy­no­wał fakt, że może być w dwóch miej­scach jed­no­cze­śnie, jak się kie­dyś wy­ra­ziła: "może ko­rzy­stać z dwóch ciał". Jej zda­niem Ju­styna była nią, do pew­nego mo­mentu, a póź­niej, nie wia­domo dla czy­jego ka­prysu, ko­mórki za­częły się dzie­lić i w końcu się roz­dzie­liły.

Ju­styna nie do końca się z tym zga­dzała, ja­kaś cząstka w niej się bun­to­wała, czuła się osobną jed­nostką, a nie czę­ścią sio­stry. Ni­gdy jed­nak nie ośmie­liła się jej po­wie­dzieć o tym, że mo­gło być prze­cież od­wrot­nie, że to jej ko­mórki za­częły się dzie­lić i po­wstała Ju­lia.

Wie­działa jedno, nikt jej tak nie ro­zu­miał, nie po­tra­fił po­cie­szyć, roz­śmie­szyć jak sio­stra. Była cu­downą dziew­czyną. Piękną, za­bawną, pro­mienną... Była jej je­dyną przy­ja­ciółką. To ona de­cy­do­wała, co jest dla niej ważne, była wy­rocz­nią. Ni­gdy nie ry­wa­li­zo­wały, za to bar­dzo się wspie­rały, po­ma­gały so­bie. Cho­ciaż dla wszyst­kich wkoło były iden­tyczne, one wie­działy o róż­ni­cach. Ju­lia była zde­cy­do­wa­nie am­bit­niej­sza, bły­sko­tliw­sza, nie­sforna. Ona spo­koj­niej­sza, roz­waż­niej­sza. Go­dziła się na te pod­mianki, bo szcze­gól­nie w dzie­ciń­stwie wy­da­wało jej się to bar­dzo za­bawne, w okre­sie na­sto­let­nim czę­sto uła­twiały so­bie tym ży­cie, wy­ba­wiały wza­jem­nie z nie­jed­nej opre­sji, a jesz­cze póź­niej ma­rzyła o tym... by być Ju­lią.

Do­piero nie­dawno uświa­do­miła so­bie, że Ju­lia za­cho­wy­wała się tak, jakby przez całe ży­cie przy­go­to­wy­wała ją do tej za­miany ról, do prze­ję­cia jej ży­cia i to w taki spo­sób, by nikt poza nimi się tego nie do­my­ślił. Jak to moż­liwe? Nie mo­gła prze­cież tego wszyst­kiego prze­wi­dzieć. Nie wsia­dłaby do sa­mo­chodu, gdyby wie­działa, że za chwilę zgi­nie. Głu­pie my­śle­nie!

A jed­nak dla wszyst­kich ze świata ży­wych zni­kła Ju­styna, to jej imię wy­ryto w na­grob­nym mar­mu­rze. Dla­czego od­dała swoje ży­cie, by Ju­lia mo­gła na­dal ist­nieć? Kim tak na­prawdę była? Czy rze­czy­wi­ście cia­łem za­stęp­czym? Do­dat­ko­wym by­tem Ju­lii? Czy kie­dy­kol­wiek do­wie się prawdy?

Na­gle Ju­lia po­czuła się bar­dzo sa­motną, opusz­czoną, po­zba­wioną naj­bliż­szych sie­rotą. Starą i scho­ro­waną, ni­komu nie­po­trzebną. Łkała spa­zma­tycz­nie, łzy za­le­wały jej twarz. Tak bar­dzo po­trze­bo­wała, by ktoś ją przy­tu­lił. I na­gle po­czuła, że ktoś to robi, głasz­cze po twa­rzy, po­cie­sza mięk­kim gło­sem. To Pa­weł:

- Mamo, ma­mu­siu, co się stało, boli cię coś? Po­dać ja­kieś leki?

- Nie, nie sy­neczku, nic mnie nie boli. - Sta­rała się szybko opa­no­wać płacz. - To tylko zły sen, kosz­mary. Nie martw się. Już jest do­brze.

- Zo­sta­wię ci za­pa­loną lampkę. Za­pa­rzę her­batkę z me­lisy, do­brze?

- Do­brze, Pa­wełku, za­parz me­lisę. Prze­pra­szam, że cię obu­dzi­łam.

- To nic, mamo, ba­łem się, że coś cię boli. Do­brze, że to tylko nocne kosz­mary. Opo­wiesz mi o nich?

- Nie, nie, sy­neczku. To stare dzieje wró­ciły. Nie chcę o tym mó­wić ani my­śleć. Idź spać, ko­cha­nie, rano bę­dziesz zmę­czony.

- Do­brze, jak chcesz. Włą­czę ci ra­dio i przy­niosę her­batkę.

- Głu­pia, stara babo! - ła­jała samą sie­bie. Chło­pak po­trze­buje snu, a ty cyrki od­sta­wiasz po nocy. Po­pi­ja­jąc go­rącą me­lisę, słu­chała kon­certu Rach­ma­ni­nowa. Sta­rała się nie my­śleć o tej nie­sa­mo­wi­tej huś­tawce na­stro­jów, którą prze­ży­wała przez cały dzi­siej­szy dzień.

Anioły do­broci

Rita z tru­dem ukoń­czyła szkołę pod­sta­wową. Ciotka dużo od niej wy­ma­gała. Mu­siała pa­lić w pie­cach, myć okna i pod­łogi, ro­bić za­kupy. Gdy skoń­czyła dzie­sięć lat, prze­jęła rów­nież obo­wiązki za­wo­dowe ciotki, która była do­zor­czy­nią. Od­po­wia­dała za po­rzą­dek na klat­kach scho­do­wych i na po­dwórku. Cio­cia Dora z tru­dem się po­ru­szała. Bar­dzo się roz­tyła i nogi za­częły od­ma­wiać jej po­słu­szeń­stwa. Miała też pro­blemy z wy­so­kim ci­śnie­niem krwi.

Sama ciotka ogra­ni­czyła się do go­to­wa­nia po­sił­ków. Nie­stety z wie­kiem i po­stę­pem cho­roby go­to­wała co­raz go­rzej. Zda­rzało się, że po­sło­dziła ziem­niaki, a do ma­łego drew­nia­nego młynka wsy­pała ziele an­giel­skie za­miast pie­przu i ko­tlety mie­lone były nie­ja­dalne. Gdy po­myłki za­częły się zda­rzać zbyt czę­sto, każ­demu, kto chciał słu­chać, opo­wia­dała, jak to Rita zło­śli­wie nisz­czy wszystko, co ona ugo­tuje. Jaką jest nie­zdarą, stale coś wy­pada jej z ręki, tyle na­czyń po­tłu­kła, same z nią straty. Nie omiesz­kała przy tym do­bit­nie pod­kre­ślać, że: "cho­wa­nie cu­dzych dzieci to krzyż pań­ski".

Rita od dziecka przy­wy­kła, że ob­ry­wała za rze­czy nie­za­wi­nione. A gdy pró­bo­wała pro­te­sto­wać, do­sta­wała po­dwój­nie, bo się "sta­wiała". By­cie po­korną le­piej się opła­cało. Po­woli two­rzyła się o niej opi­nia, że jest stwo­rze­niem roz­trze­pa­nym, nie­po­rad­nym, pe­cho­wym. Ży­cio­wym nie­udacz­ni­kiem.

Przy­zwy­cza­iła na­uczy­cieli, że zimą czę­sto opusz­czała lek­cje w szkole, zwłasz­cza te pierw­sze, po­nie­waż mu­siała naj­pierw od­śnie­żyć chod­nik, na­pa­lić w pie­cach i zro­bić za­kupy. Nad­ga­niała za­le­gło­ści na wio­snę, gdy nie miała już tylu obo­wiąz­ków. Pod­cią­gała oceny na tyle, by prze­cho­dzić z klasy do klasy, ale opi­nia "sła­bej" uczen­nicy cią­gnęła się za nią od sa­mego po­czątku. Zda­niem wy­cho­waw­czyni była za­mknięta w so­bie, nie­za­in­te­re­so­wana ży­ciem szkoły, nie­lu­biana przez ró­wie­śni­ków. Ciotkę nie­wiele to ob­cho­dziło, sie­dze­nie nad książ­kami uwa­żała za stratę czasu i gdyby nie obo­wią­zek szkolny, który na­kła­dał kary pie­niężne na opie­ku­nów, Rita po­że­gna­łaby się ze szkołą, gdy tylko opa­no­wała na­ukę pi­sa­nia i li­cze­nia.

Tuż przed ukoń­cze­niem szkoły pod­sta­wo­wej ciotka na­gle do­stała wy­lewu, spa­ra­li­żo­wało jej lewą stronę ciała i stała się zu­peł­nie za­leżna od Rity. Dziew­czyna prak­tycz­nie prze­stała cho­dzić na lek­cje, ale do­stała świa­dec­two ukoń­cze­nia klasy ósmej. Jak ją po­in­for­mo­wała wy­cho­waw­czyni, rada pe­da­go­giczna "uli­to­wała się" nad nią, zwłasz­cza że w jej sy­tu­acji o dal­szej na­uce nie mo­gło być mowy, "wstydu więc ni­komu nie na­robi".

Na­to­miast pani Ada z ad­mi­ni­stra­cji zgo­dziła się - też z li­to­ści - przy­mknąć oko na fakt, że to nie ciotka, ofi­cjal­nie za­trud­niona na eta­cie, a Rita wy­ko­ny­wała całą ro­botę. "Trzeba mieć serce - wie­lo­krot­nie po­wta­rzała. - Mu­simy so­bie po­ma­gać". I z tej ra­cji wszyst­kie pre­mie tra­fiały do jej kie­szeni. Od czasu do czasu ten "anioł do­broci" - jak ją na­zy­wała ciotka - wpa­dał do ich miesz­ka­nia i ka­zał ciotce pod­pi­sy­wać ja­kieś pa­piery. W do­wód swo­jej do­broci przy­no­siła to­rebkę kró­wek cią­gu­tek dla Rity, które ciotka uwiel­biała i po­chła­niała bły­ska­wicz­nie.

Rita w wieku czter­na­stu lat była więc nie­le­galną pra­cow­nicą Ad­mi­ni­stra­cji Do­mów Miesz­kal­nych na peł­nym eta­cie, ca­ło­do­bową opie­kunką dla ob­łoż­nie cho­rej ciotki i go­spo­dy­nią do­mową. Ni­gdy nie miała czasu dla ko­le­ża­nek, nie miała przy­ja­ciółki do se­kret­nych zwie­rzeń, bo i po co, skoro nie miała z czego się zwie­rzać. Ob­ra­cała się w gro­nie ró­wie­śnic ciotki oraz są­sia­dek, które wpa­dały na kawę i plotki.

Ri­cie to nie prze­szka­dzało, ce­niła so­bie to, że ma dom, je­dze­nie, cie­pło, swoje miej­sce na świe­cie. Wszy­scy jej od naj­młod­szych lat mó­wili, że ma być wdzięczną, ciotkę po rę­kach ca­ło­wać, bo gdyby nie ona, to pewno umar­łaby z głodu w tej piw­nicy albo zja­dłyby ją szczury.

Tak, była znajdą. Za­opie­ko­wała się nią ciotka Dora, która któ­re­goś po­ranka 1960 roku ze­szła do piw­nicy po kar­to­fle, a wró­ciła z pra­wie rocz­nym dziec­kiem, głod­nym, zmar­z­nię­tym i brud­nym jak "nie­bo­skie stwo­rze­nie".

Na­kar­miła, wy­ką­pała i za­wi­nęła w po­szewkę od po­duszki, bo nic ma­łego w domu nie było. Ciotka Dora była starą panną, pulchną i wielką jak szafa. To po­dobno przez te roz­miary i siłę w rę­kach nie wy­szła za mąż, męż­czyźni się jej bali.

Już wie­czo­rem na sznurku nad pie­cem w kuchni su­szyły się śpioszki, ka­fta­niki, cza­peczki. Każdy, kto miał coś ma­łego w domu, przy­no­sił Do­rze, a przy oka­zji mógł za­spo­koić cie­ka­wość i obej­rzeć dzie­ciaka. Wszy­scy zgod­nie orze­kli, że dziew­czynka ma wiel­kie szczę­ście, że tra­fiła w ręce Dory, le­piej tra­fić nie mo­gła.

Mie­siąc póź­niej stary ksiądz ochrzcił małą imie­niem Rita. Wpi­sano ją do księgi pa­ra­fial­nej jako Rita Ma­cek, uro­dzoną 12 paź­dzier­nika 1959 roku, matka nie­znana, oj­ciec nie­znany, opie­kunka Do­rota Ma­cek. Ciotka uznała, że dzień zna­le­zie­nia w piw­nicy jest do­brym dniem uro­dzin, a że wy­glą­dała na roczne dziecko, sama usta­liła jej datę uro­dze­nia. Wnio­sek o za­re­je­stro­wa­nie jej w Urzę­dzie Miej­skim zo­stał po­dobno zło­żony, ale nikt tego nie spraw­dzał. Pro­blem po­ja­wił się, gdy trzeba było Ritę za­pi­sać do szkoły.

Ciotka Dora po wiel­kiej awan­tu­rze w ga­bi­ne­cie dy­rek­torki po­twier­dziła swoim nie­wy­ro­bio­nym, kul­fo­nia­stym pod­pi­sem, że dane z aktu chrztu są praw­dziwe. To był je­dyny do­ku­ment Rity. Stary ksiądz, który akt wy­sta­wił, już dawno nie żył.

W szkole tylko raz ktoś spró­bo­wał na­zwać ją "znajdą". Tak go wal­nęła, że hi­gie­nistka szkolna długo nie mo­gła za­ta­mo­wać krwo­toku z nosa. Do­stała za to po pięć ra­zów kan­tem li­nijki po dło­niach, na oczach ca­łej klasy. Na­wet nie drgnęła, ude­rze­nia ciotki były znacz­nie bo­le­śniej­sze. Gdy dy­rek­tor wy­szedł z klasy, syk­nęła: "Na­zy­wam się Rita, zro­zu­miano?". Wszy­scy zro­zu­mieli i omi­jali ją z da­leka.

Tak więc Rita ra­dziła so­bie, jak umiała, i ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, by mo­gła żyć ina­czej, że dzieje jej się krzywda.

Czas pły­nął. Rita stała się ko­bietą, a ciotka nie­do­łężną, przy­kutą do łóżka sta­ruszką. Ko­le­żanki Rity wy­cho­dziły za mąż, ro­dziły dzieci, roz­wo­dziły się, wy­jeż­dżały za gra­nicę do pracy. Ona miała dni ści­śle za­pla­no­wane, każdy po­dobny do po­przed­niego. Wsta­wała o szó­stej rano, a o dzie­sią­tej ciotka ka­zała ga­sić świa­tło.

W Pol­sce na­stą­piły wiel­kie zmiany, ogło­szono stan wo­jenny, po uli­cach jeź­dziły czołgi, żyw­ność ku­po­wało się na kartki, aż wresz­cie zre­zy­gno­wano z so­cja­li­zmu na rzecz ka­pi­ta­li­zmu. Niemcy się zjed­no­czyli, a Zwią­zek Ra­dziecki roz­le­ciał. To wszystko miało nie­wielki wpływ na ży­cie Rity. Re­wo­lu­cja w jej ży­ciu roz­po­częła się pew­nego ranka, gdy ciotka już się nie obu­dziła. Ode­szła ci­chutko w nocy. Po uro­czy­stym po­grze­bie Rita stała się ni­kim.

Zja­wił się pra­cow­nik ad­mi­ni­stra­cji, by opróż­nić miesz­ka­nie. Tak, było służ­bowe, przy­pi­sane do etatu. Skoro pra­cow­nik zmarł, szy­ko­wano je dla no­wego. Czasy się bar­dzo zmie­niły, pa­no­wało bez­ro­bo­cie. Taka po­sadka do­zorcy z miesz­ka­niem była sma­ko­wi­tym ką­skiem. Rita ofi­cjal­nie ni­gdy nie była ich pra­cow­ni­kiem, a "anioł do­broci"- pani Ada - wy­po­czy­wał na wcze­snej eme­ry­tu­rze.

Z "li­to­ści" dano jej mie­siąc czasu na opusz­cze­nie lo­kalu.

Naj­go­rzej było w urzę­dzie pracy, nie mo­gła się za­re­je­stro­wać, po­nie­waż nie miała sta­łego za­mel­do­wa­nia, nie miała aktu uro­dze­nia ani do­wodu oso­bi­stego. Nie ist­niała w żad­nym re­je­strze. Ni­g­dzie. Jej po pro­stu nie było. Prze­pro­wa­dzano z nią setki roz­mów, od­sy­łano do róż­nych urzę­dów, po­ko­jów, ka­zano cze­kać. Nie miała prawa do pracy ani do za­siłku dla bez­ro­bot­nych.

Mie­siąc szybko mi­nął. Nowy do­zorca po­ma­chał jej przed no­sem przy­dzia­łem na miesz­ka­nie i przy po­mocy brata i szwa­gra wy­niósł wszyst­kie rze­czy na po­dwórko. I tak stała się bez­domna. Spę­dziła noc, pil­nu­jąc do­bytku i ści­ska­jąc w ręce klucz, który już nie otwie­rał żad­nych drzwi.

Rano są­siad z bloku obok po­mógł jej prze­nieść rze­czy do swo­jej piw­nicy. Tam w wiel­kiej ta­jem­nicy no­co­wała. Koło ży­cia się za­mknęło. Wró­ciła do piw­nicy.

Wszy­scy jej współ­czuli, lecz nikt nie po­tra­fił po­móc. Na­gle oka­zało się, że Pol­ska to kraj prawa, prze­pi­sów, za­rzą­dzeń. Cią­gle sły­szała, że nic się nie da zro­bić, że ma na­pi­sać ko­lejne po­da­nie, prośbę, przy­nieść za­świad­cze­nie. Do­wodu oso­bi­stego nie mogą jej wy­ro­bić bez aktu uro­dze­nia i sta­łego ad­resu za­miesz­ka­nia, bez do­wodu nie do­sta­nie żad­nej pracy, nie ma­jąc pracy i pie­nię­dzy, nie wy­naj­mie miesz­ka­nia. Ży­cie wy­da­wało się ab­sur­dem. Prze­żyła trzy­dzie­ści cztery lata bez ja­kich­kol­wiek do­ku­men­tów i gdyby ciotka nie umarła, ży­łaby tak da­lej. Komu to prze­szka­dzało, czy była przez to gor­szym czło­wie­kiem?

Z cza­sem prze­ko­nała się, że lu­dzi ta­kich jak ona jest znacz­nie wię­cej. Bez­dom­nych z róż­nych po­wo­dów, czę­sto nie z wła­snej winy, oszu­ka­nych, za­gu­bio­nych w tej no­wej pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści. Za­ra­biała na chleb my­ciem okien, sprzą­ta­niem po re­mon­tach. Ślą­zacy to czy­sty na­ród, okna mu­siały lśnić. Było późne lato, więk­szość nie wy­jeż­dżała na urlopy, za to prze­zna­czała wolne dni od pracy na ma­lo­wa­nie i ta­pe­to­wa­nie miesz­kań. Tylko że rzadko brali ko­goś do po­mocy za pie­nią­dze, bo sami nie mieli, ale Rita zga­dzała się rów­nież pra­co­wać za obiad, ko­la­cję. Była silna i przy­wy­kła do cięż­kiej pracy. Na noc wkra­dała się do piw­nicy. Myła się u by­łej są­siadki, bie­gała za to po bułki i od­pro­wa­dzała dzieci do szkoły.

Cią­gle cze­kała na wia­do­mo­ści z urzę­dów, ja­koś wszystko przy­ci­chło, prze­stali ją wzy­wać. Urzęd­niczki wzru­szały ra­mio­nami i ka­zały cier­pli­wie cze­kać. Koń­czył się wrze­sień, w nocy ro­biło się co­raz zim­niej, czę­ściej też gło­do­wała. Zro­biła się ner­wowa, mru­kliwa, lu­dzie za­częli jej uni­kać. Jakby na­gle prze­stała być swoja, a prze­cież wy­ro­sła na tym po­dwórku.

Co­raz rza­dziej za­pra­szano ją do do­mów, nie czę­sto­wano już zupą czy kromką chleba. Mu­siała się ukry­wać przed męż­czy­znami, chcieli ją wy­ko­rzy­stać. Za­częła spę­dzać wiele go­dzin w bu­dynku urzędu miej­skiego, tam przy­naj­mniej było cie­pło. W końcu w po­ło­wie paź­dzier­nika ktoś stam­tąd za­pro­wa­dził ją do noc­le­gowni dla bez­dom­nych.

To był dla niej ra­tu­nek. Oka­zało się, że może go­to­wać, sprzą­tać, wy­da­wać po­siłki ta­kim lu­dziom jak ona. Bar­dzo się sta­rała, by te zupy miały ja­kiś smak, pil­no­wała, by były go­rące. Po­ma­gała też cho­rym, po­tra­fiła zmie­niać opa­trunki, miała dużą wprawę, ciotce Do­rze stale ro­piały od­le­żyny. Za te wszyst­kie usługi mo­gła ko­rzy­stać z kilku przy­wi­le­jów. Jej łóżko było od­dzie­lone od reszty szafą na na­rzę­dzia, wszy­scy jej tego kąta za­zdro­ścili, nie mu­siała też opusz­czać schro­ni­ska jak inni, o siód­mej rano, bez względu na po­godę.

I tak udało jej się prze­trwać zimę. Nie­stety pod ko­niec kwiet­nia noc­le­gow­nię za­my­kano, znowu była bez­domna. W do­datku oka­zało się, że cały jej "ma­ją­tek" prze­padł. Po­dobno ktoś się wła­mał do piw­nicy są­siada i wszystko wy­niósł. Nie miała więc nic, ubra­nia, które no­siła, po­cho­dziły z da­rów od Lu­kre­cji, sio­stry za­kon­nej, która po­ma­gała w każdy wto­rek w noc­le­gowni.

Nie wie­działa, gdzie spę­dzi ko­lejną noc. Bała się prze­by­wać w ciem­no­ściach poza mu­rami. Ni­kogo nie in­te­re­so­wał jej los. Inni bez­domni mieli ten sam pro­blem i wła­sny spo­sób na prze­trwa­nie, ale trzy­mali to w ta­jem­nicy. Nie piła z nimi al­ko­holu, więc jej nie ufali. Czuła się bar­dzo nie­szczę­śliwa, opusz­czona i sa­motna.

Po­szła do ko­ścioła, żeby po­pa­trzeć na umę­czo­nego Chry­stusa. Szu­kała to­wa­rzy­stwa ko­goś, kto cier­piał jesz­cze moc­niej, komu mo­głaby współ­czuć. Klę­czała przed wiel­kim krzy­żem z Je­zu­sem i pła­kała.

- Zdra­dzili cię, przy­bili gwoź­dziami, po­wie­sili, za co? Że by­łeś do­bry, ko­cha­łeś, po­ma­ga­łeś, cuda ro­bi­łeś? Skąd tyle zła w lu­dziach? Dla­czego wolą być źli? Co złego, Boże, ja zro­bi­łam? Dla­czego mam ta­kie trudne ży­cie? Nie je­stem święta, nie mam two­jej mocy. Ni­kogo nie ule­czę, nie wskrze­szę, ni­komu nie je­stem po­trzebna. Wskaż, Jezu, co mam ro­bić?

I po­czuła tę de­li­katną dłoń na swoim ra­mie­niu. Wstrzy­mała od­dech, bała się od­wró­cić, po raz pierw­szy w ży­ciu była bli­ska omdle­nia.

- Pani Rito, tak się cie­szę, że pa­nią spo­tka­łam. Nie wie­dzia­łam, że już dzi­siaj za­mknęli noc­le­gow­nię. Szu­ka­łam pani.- Ci­chy głos sio­stry Lu­kre­cji przy­wró­cił ją rze­czy­wi­sto­ści.

Jesz­cze tego wie­czora Rita po­znała Jó­zefa. Osiem­dzie­się­cio­let­niego sta­ruszka, sa­mot­nego, wy­ma­ga­ją­cego sta­łej opieki. Od pierw­szego spoj­rze­nia przy­pa­dli so­bie do gu­stu. Roz­po­czął się naj­szczę­śliw­szy okres w jej ży­ciu.