Zaułek potworów -

-
Proszę czekać

Ciągle się dziwicie, dlaczego chcemy was odruchowo ukatrupić?

Dostępne w wersji pełnej

A

Dostępne w wersji pełnej

B

Dostępne w wersji pełnej

C

Dostępne w wersji pełnej

D

Dostępne w wersji pełnej

E

Dostępne w wersji pełnej

F

Dostępne w wersji pełnej

G

Dostępne w wersji pełnej

H

Dostępne w wersji pełnej

I

Dostępne w wersji pełnej

J

Dostępne w wersji pełnej

K

Dostępne w wersji pełnej

L

Dostępne w wersji pełnej

M

Dostępne w wersji pełnej

N

Dostępne w wersji pełnej

O

Dostępne w wersji pełnej

P

Dostępne w wersji pełnej

Q

Dostępne w wersji pełnej

R

Dostępne w wersji pełnej

David Liss Trudny wiek

Pete zawsze uważał, że on i Roberta robili, co tylko mogli, lecz robili tak już tyle lat, iż poczucie pilnej konieczności dawno ustąpiło miejsca przyzwyczajeniu. Była to jedna z tych sytuacji, które z zewnątrz wyglądają raczej beznadziejnie, ale dla bezpośrednich uczestników stanowią normalną codzienność.

Dlatego gdy w środku tygodnia odebrał telefon i usłyszał w słuchawce sympatyczny głos kobiecy zdradzający wysoki status społeczny i pokaźną fortunę, poczuł się bardziej skołowany niż zadowolony.

- Czy to ojciec Neila? Dzień dobry. Jeśli mówi coś panu imię Mason, to jestem matką tego dziecka.

Innymi słowy: moją matką. Ja jestem Mason. I wiem, że nie będziecie zadowoleni, gdy się dowiecie, skąd wiem tak dużo o życiu Pete'a, jego poglądach i wszystkim, co się działo w jego popieprzonej głowie. Nie spodoba wam się to, lecz obiecuję, że wam powiem. Ale jeszcze nie teraz. Na razie musicie mi zaufać, choć wiem, że proszę o zbyt wiele. Jednakże ludzie mi ufają. Chyba dobrze mi z oczu patrzy.

Wróćmy do ich rozmowy. Pete nie znał żadnego dziecka o imieniu Mason, więc ten telefon zbił go z tropu. Matka, Cindy, którą, sądząc po głosie, Pete momentalnie uznał za konkretny rodzaj mieszkańca San Antonio, kobietę o jasnych, związanych w kucyk i polakierowanych włosach, chciała zaprosić Neila na noc do ich domu w piątek. Było trochę wołania na drugi koniec domu, sprawdzania terminów, ale w końcu udało się wszystko domówić. Tak po prostu. Już po wszystkim Pete zdołał odciągnąć Neila od komputera, by zadać mu kilka podstawowych pytań o jego nową znajomość, wyjątkową przez sam fakt, iż Neil wreszcie się z kimś zaprzyjaźnił.

To nie była wina Pete'a, że nie umiał porozumieć się ze swoim synem. W każdym razie nie do końca. Nawet gdy Neil miał dobry dzień, nie dało się z nim dogadać, a ta rozmowa okazała się jeszcze trudniejsza niż zwykle. Neil był wycofanym chłopakiem, gdy mieszkali w San Diego, Pete miał więc nadzieję, że przeprowadzka do San Antonio dwa lata temu pozwoli młodemu się otworzyć i na nowo określić, ale nic takiego się nie zdarzyło. Pozostał taki sam. Milczący, choć nie humorzasty. Zamknięty w sobie, choć nie posępny. Sam, choć nie samotny.

Cała, lecz i tak niewielka uwaga, jaką poświęcił Pete'owi, prysła, gdy tylko usłyszał moje imię. Momentalnie wbił się w głąb łóżka, schował podbródek w koszulkę i ograniczył swoje reakcje do potakiwania bądź zaprzeczania głową. Pete - wysoki, szeroki w barach i silny dzięki regularnym, dość wymagającym ćwiczeniom na siłowni - poczuł się jak groźny potwór i nie potrafił pociągnąć przesłuchania. Zdecydował się na strategiczny odwrót, by nie zawstydzać syna i przypadkiem nie zrobić czegoś, co mogłoby się skończyć rezygnacją z piątkowego spotkania.

Roberta, pani domu, też spróbowała zapuścić się na ziemie Neila, ale i ona nie odniosła większego sukcesu.

- Nie chciałam, żeby się krępował i odwołał wizytę - powiedziała później, gdy leżeli oboje w łóżku.

Czytała kryminał, który znała już na pamięć. Roberta uwielbiała czytać kilka razy tę samą książkę. Do ulubionych powieści wracała nawet dwadzieścia razy, co Pete'owi wydawałoby się mniej niedorzeczne, gdyby chodziło o Prousta czy Joyce'a, ale to były książki Janet Evanovich i Johna Grishama, ledwo zasługujące na pobieżne przejrzenie, a co dopiero kilkakrotną wnikliwą lekturę. Wiele lat temu Pete uważał ten zwyczaj za ujmujący, jednak dzisiaj wprawiał go tylko w zakłopotanie.

- Dziwne - odezwał się, przeglądając "New Yorkera", lecz nie zatrzymując się na żadnym artykule. - Jest już za duży na imprezy z nocowaniem, nie uważasz? Boję się, że może w tym być jakiś homoseksualny kontekst.

- Myślisz, że to gejowskie zaproszenie? - spytała Roberta.

Pete odłożył gazetę.

- Mówię tylko, że to dziwne. Nie obchodzi mnie, czy Neil jest gejem. Gdyby się okazało, że jest, zrobiłbym wszystko, by czuł się akceptowany.

- Wszystko? Urządziłbyś huczną zabawę? Sąsiedzi byliby uradowani.

- Przynajmniej miałby jakiś powód do entuzjazmu. Wolałbym, żeby Neil był tym, kim jest, a nie...

Pete nie dokończył zdania, bo jedyne słowo, które mogło je zamknąć, brzmiało: "zerem". Tak bowiem z wielkim wstydem myślał o swoim synu: jak o wielkim chodzącym nikim.

Neil zawsze taki był. Nawet jako maluch wydawał się obojętny i nienaturalnie spokojny. Pete i Roberta robili, co do nich należało. Chodzili do właściwych lekarzy, zamawiali właściwe badania. Wyniki były zawsze takie same: Neilowi nic nie dolegało. Nie miał zaburzeń rozwojowych, nie cierpiał na autyzm. Był inteligentny i wrażliwy, ale nie zależało mu na ludziach. Tak miał od zawsze.

- Powinieneś się cieszyć, że ma przyjaciela - powiedziała Roberta.

Kilka minut później, gdy zgasiła swoją lampkę, Pete rozważał przez chwilę, czy nie przytulić się do żony. Roberta była bardzo atrakcyjna jak na czterdzieści siedem lat. Ładna, szczupła i lekko siwiejąca, jak złe kobiety w filmach Disneya. Ale Pete nie wiedział, czy faktycznie ma ochotę na seks. Ostatnie trzy lub cztery - tak, dokładnie cztery - jego próby zostały udaremnione przez Robertę i nie był pewien, czy wytrzymałby traumę pięciu porażek z rzędu. Prawdopodobnie przez pół nocy nie zasnąłby, zastanawiając się nad odmową, roztrząsając jej znaczenie dla ich osiemnastoletniego małżeństwa. Z drugiej strony Roberta mogłaby zareagować pozytywnie, czy więc rzeczywiście tego chciał? Nie miał pewności. Teoretycznie seks wydawał się świetnym pomysłem, niemniej nawet uprawiany w dużym pośpiechu stanowił czasochłonne zajęcie, a minęła już północ. Rano Pete powinien skończyć pracę. Czy faktycznie miał ochotę na seks? A może raczej chciał być tuż po, tak aby brak seksu nie stanowił tematu, który musiałby teraz roztrząsać. Podczas gdy analizował w głowie wszystkie możliwości, Roberta zaczęła głośno chrapać i decyzja została podjęta za niego.

Okazało się, że Roberta nie może w piątek przywieźć Neila do mojego domu. Była dyrektorką programową nadającej stare przeboje stacji radiowej, w której nastąpił kryzys wymagający natychmiastowej interwencji. Najbardziej lubiany z porannych didżejów oznajmił, że dostał lukratywną ofertę pracy od rozgłośni w Baltimore, i Roberta musiała pojechać na nadzwyczajne spotkanie, podczas którego kierownictwo miało się zastanowić nad zaistniałą sytuacją. Pete pracował w domu jako informatyk dla firmy, która zatrudniała go wcześniej w San Diego, miał więc elastyczne godziny pracy i to on brał na siebie większość obowiązków rodzicielskich. W drodze do mojego domu Neil siedział skulony na przednim siedzeniu samochodu, majstrował przy radiu, aż zdecydował się w końcu na stację nadającą jakąś piskliwą żałobną muzykę, która w jego ojcu wywołała lęk i przygnębienie.

- Co to za nowa przyjaźń? - zagaił Pete.

Neil wzruszył ramionami i podjął próbę schowania swoich kręcących się czarnych włosów między splotem słonecznym a pępkiem.

- Nic specjalnego.

- Tak? A co razem robicie?

- Nie wiem. Nic.

Korzystając ze znaku stop, Pete przyjrzał się drobnemu, blademu, mizernemu duchowi, który był jego synem.

- Czy on też lubi gry komputerowe?

- Kto? - zapytał Neil ze stuprocentową szczerością.

- A jak myślisz? - Pete westchnął sfrustrowany. - Mason.

Neil nie odpowiedział. Jego milczenie nie było podejrzane, chłopak po prostu odpłynął ku pustej przestrzeni, którą wolał od rozmowy. Pete postanowił dać mu spokój.

Moja rodzina mieszkała w starym, masywnym domu w Alamo Heights, przy krętej ulicy niedaleko zapory. W tego typu domostwach i w towarzystwie mieszkających w nich ludzi Pete czuł się zawsze mały, nieistotny i miał wrażenie, jakby było po nim widać, że nie jest tutejszy. Tę dzielnicę zbudowano dzięki fortunom zbitym na handlu ziemią, ropą naftową i bydłem. Jej mieszkańcy otaczali się jednakowo wyglądającymi Meksykanami i bez cienia żenady sprawowali nad nimi pełnię władzy, wydając im polecenia płynnym hiszpańskim. Ludzie ci, słysząc, iż Pete jest programistą, mówili: "To super!", jakby chcieli dać do zrozumienia, że nie przeszkadza im jego osobliwa kariera. Akceptowali bezsens jego pracy. Z uśmiechem podchodzili do jego niewytłumaczalnego braku fortuny. Wygląd domu, pod który właśnie Pete podjechał, sprawił, że zainteresowanie Neilem ze strony takiej rodziny stało się dla niego jeszcze większą zagadką. Zatrzymując się na naszym podjeździe w kształcie pętli, Pete uspokoił nerwy, a Neil chwycił plecak i wyskoczył z samochodu, zanim jego ojciec odpiął pasy.

Cindy wyglądała dokładnie tak, jak Pete ją sobie wyobrażał: ładna i nieco zgasła, szczupła, jasnowłosa z kucykiem, ubrana po domu w strój do tenisa, zbyt mocno umalowana, na pewno po jakichś drobnych zabiegach chirurgii plastycznej, może też jednym poważnym. Kiedy rozmawiał z takimi kobietami, czuł się, jakby potrzebował tłumacza.

- Ach, te dzieciaki - powiedziała, patrząc w stronę domu, gdzie za zasłoną widoczne były dwie sylwetki stojące bez ruchu w dziwacznych pozach i z pewnością słuchające dorosłych.

Gdy Pete uścisnął jej dłoń i wydusił z siebie kilka niezręcznych słów powitania, Cindy parła dalej ze swoim sztucznym entuzjazmem na bezdechu.

- Tak się cieszę, że Mason i Neil się polubili. Wiem, że Neil jest dobrym przyjacielem, a ten rok nie był dla nas łatwy. Czternaście lat to trudny wiek, prawda?

Pete przytaknął, bo wiedział z rozmów z rodzicami dzieci w wieku Neila, że mieli problemy, z jakimi on i Roberta nie musieli sobie radzić - dramaty, romanse, hormony i emocje. Trzaskanie drzwiami, nieodrobione lekcje i walka o dominację. Pete słyszał o tych rzeczach. Zgodzenie się ze zdaniem Cindy wydawało mu się najlepszym sposobem na ograniczenie rozmowy do minimum, a ponad wszystko pragnął teraz wsiąść z powrotem do samochodu i odjechać. Kiedy udzielił Cindy odpowiedzi na to, co Neil lubi jeść i o której absolutnie już musi położyć się spać, wsiadł do hondy i ruszył z powrotem do siebie.

Roberta miała mu później za złe, że nie wszedł do domu Cindy, by wyczuć, co to za rodzina. Nie wiedzieli, czy miała męża. Pete nie zauważył nawet, czy nosiła obrączkę. Nie przyszło mu do głowy, żeby przyjrzeć się pierwszej od lat osobie, z którą zaprzyjaźnił się jego syn. Irytacja Roberty graniczyła z prawdziwym gniewem.

Pete nie miał siły, żeby się bronić. Gdyby to zrobił, dyskusja mogłaby się przerodzić w autentyczną kłótnię, a tymczasem był przekonany, że nie zrobił nic złego. Przecież nie mógł wprosić się do środka. Zaproponował, że zadzwoni, ale Roberta nie chciała zawstydzać Neila przed jedynym znajomym i udało się jej opanować ciekawość. Gdy nazajutrz Neil został bezpiecznie dostarczony do domu o umówionej godzinie, stało się jasne, że nie ma powodów do obaw. To, że sam Neil określił piątkowy wieczór jako "spoko" i "normalny", też nie wzbudziło podejrzeń. Taki był Neil.

Roberta chciała jak najszybciej się zrewanżować gościnnością, zarówno po to, by okazać swoją wdzięczność, jak i w nadziei na poznanie tajemniczego Masona, więc w następny piątek wieczorem elegancki wóz Cindy zajechał przed ich dom, a Pete patrzył przez okno, jak wysiada z niego moja matka, a za nią ktoś z długimi czarnymi włosami i ubrany na czarno. Najpierw Pete zauważył, że mam dziewczęce włosy - wodospad czerni z dwoma fioletowymi kucykami na górze. Potem dostrzegł rajstopy i spódnicę. Kilka sekund zajęło mu złożenie wszystkich kawałków w całość i zrozumienie, że przed tygodniem jego czternastoletni syn spędził noc u dziewczyny. Czy może u transwestyty? Nie, to z całą pewnością dziewczyna.

Nie pierwszy raz zetknął się z teksańską dziewczyną o dziwnym obojnaczym imieniu. A mimo to wyszedł z założenia, dość przecież oczywistego, że Mason jest chłopakiem. Kamieniarstwo[1] to w końcu męska robota. Zaskoczeni i zakłopotani Pete i Roberta byli niemal sparaliżowani, gdyż zupełnie nie wiedzieli, jak powinni się zachować. Nie znali precedensu, nie mieli żadnych wytycznych. Stali z otwartymi ustami i szeroko otwartymi oczami, patrząc, jak niezaproszona przez nich dziewczyna podchodzi do ich drzwi, a za nią jej atrakcyjna jasnowłosa matka, której uroda zbladła jednak w obecności córki. Charyzma promieniowała od Mason niczym fale radioaktywne. Pete od razu stwierdził, że nie jest to zwyczajna dziewczyna. Mason była wyjątkowa.

A więc zauważył mnie natychmiast. W przeciwieństwie do drobnego i androgynicznego Neila nie byłam ani wychudła, ani niedorozwinięta. Przewyższałam go o głowę, miałam szersze ramiona i dość obfity biust jak na dziewczynę w moim wieku. Włożyłam czarną spódnicę, czarne buty i zwiewną bluzkę, która odsłaniała dostatecznie dużo, by sformułować jasny przekaz, ale nie powodowała skojarzenia z burdelem. Pomimo farbowanych na czarno włosów i przesadzonego makijażu, co się Pete'owi nie spodobało, jego uwaga skierowana była wyłącznie na mnie.

- Nie wiem, jak wam dziękować za zaproszenie Mason - powiedziała Cindy z kluczykami w dłoni. Spojrzała, jakby z tęsknotą, na swój samochód. - Jesteście cudowni.

- Bez przesady. Po prostu chcieliśmy się odwdzięczyć po tym, jak zaprosiłaś naszego syna, żeby przenocował u twojej córki - odparła Roberta, kładąc nacisk na ostatnie słowo, na wypadek gdyby ten aspekt całej sytuacji umknął uwagi Cindy.

- Jesteście tacy mili - powtórzyła moja matka. - Piękny dom!

- Czy masz jakieś... - Roberta machała ręką, ale widząc, co robi, przestała. - Masz jakieś zasady, które chciałabyś, żebyśmy przestrzegali?

Spojrzałam na Cindy, która uciekła wzrokiem.

- Nie - odparła i po chwili przypomniała sobie o uśmiechu. - Ufam wam.

Gdy Cindy wycofywała się do auta, Pete i Roberta dopadli do siebie, by ustalić strategię działania, ale narada szybko przerodziła się w ochrzan Pete'a za to, że nie odkrył tydzień wcześniej mojej płci. Roberta chciała znaleźć jakiś powód do odesłania dziewczyny z powrotem do domu, lecz Pete się na to nie zgodził. Wystarczy, że będzie spała w pokoju gościnnym. Nie chciał, żeby nocowała w pokoju Neila, ale wolał, żeby została. Dla dobra Neila, tłumaczył sobie, i w tamtym momencie nie było to kłamstwo.

Pete nigdy nie pomyślałby o sobie jako o człowieku, który mógłby zafiksować się na punkcie czternastolatki, jednak przyjrzyjmy się faktom. Po pierwsze dziewczyna nie wyglądała na czternaście lat. To jednak jakaś okoliczność łagodząca. Bezstronny obserwator dałby mi szesnaście, może nawet osiemnaście lat. Nie ma nic szlachetnego w czterdziestopięcioletnim mężczyźnie uganiającym się za osiemnastolatką, ale na pewno nie jest to pedofilia. Wyglądałam jak kobieta, nie dziewczyna, więc choć z pewnością mamy prawo uznać Pete'a za zboczeńca, to nie jesteśmy do tego zmuszeni.

Po drugie to ja go uwiodłam. Może. Tak się w końcu stało, czyż nie? W jednej chwili miał pewność, a potem... No, trzeba powiedzieć, że sytuacja była skomplikowana. Jako dojrzalszy z nas dwojga powinien był odnaleźć w sobie mądrość i godność i odmówić wejścia w popieprzony związek, mimo że dziewczyna tego chciała lub wydawała się chcieć, czy co tam się między nimi działo. Wszystko to oczywiście prawda, a jednak to ja go uwiodłam, prawie na pewno, natomiast on czerpał z tego zbyt wielką satysfakcję, by się mi oprzeć.

Pete, biedaczysko, nie miał szans przygotować się na to, co go czekało. Wszystko zaczęło się od krępującej sytuacji, która po latach mogła być tematem pijackich zwierzeń, niczym więcej. Zniknęłam z Neilem w jego pokoju, gdzie robiliśmy to, co robiliśmy - Pete na pewno nie miał pojęcia, co się tam działo, ale nie zamierzał zawstydzać syna, zaglądając do środka - aż do kolacji, kiedy to wyszliśmy z minami niezdradzającymi ani przesadnego zakłopotania, ani całkowitej niewinności. Usiedliśmy przy stole, gdzie Roberta podała nam enchilady z kurczakiem. Pete starał się unikać nie tyle patrzenia w moją stronę, gdyż to byłoby niegrzeczne, ile patrzenia w moją stronę zbyt często, bo to też byłoby niegrzeczne. Głównie rzucał mi ukradkowe spojrzenia, sprawdzając, czy jestem faktycznie aż tak uderzająco piękna i interesująca, jak mu się wydawało, ilekroć patrzył gdzie indziej. No i byłam. Możecie mi wierzyć.

Przez całą kolację Pete spoglądał tęsknym wzrokiem na stojący daleko od stołu regał z winami, ale on i Roberta - choć głównie Roberta - postanowili, że nie będą pić przy dzieciach. Za ich decyzją kryła się niewypowiedziana potrzeba ustalenia jasnych, surowych, purytańskich granic. Otwarcie butelki wina mogłoby się okazać pierwszym krokiem do dzikich bachanalii. Już sama obecność Mason w ich domu stanowiła dostateczny atak na fortecę przyzwoitości, nie mogli więc pozwolić sobie nawet na najmniejszy wyłom w murach obronnych. Pete musiał obyć się bez trunku. Tymczasem Roberta podjęła śmiały i chwalebny trud nawiązania rozmowy na zwyczajne tematy - na jakich zajęciach byliśmy z Neilem w tej samej grupie, które przedmioty lubiłam najbardziej, czym zajmowałam się po szkole. Przyznałam jej punkty za ostrożną nawigację wokół kwestii, które mogłyby zakłopotać Neila, na przykład pytań o naszych wspólnych znajomych, o to, co lubimy razem robić, czy o powody, dla których w ogóle zainteresowałam się chłopcem przez własnych rodziców - choć nie z ich winy - uważanym za ducha.

Wszystkie pytania kierowane do Neila momentalnie traciły impet i umierały. Nie było kwestii, której nie dało się skwitować wzruszeniem ramion lub skinieniem. Obydwoje rodzice próbowali i obydwoje polegli. Gdy ja zabierałam głos, starałam się angażować Neila, ale w sposób, który nie wymagałby od niego żadnej wypowiedzi, i wiedziałam, że jest mi za to wdzięczny.

Roberta zrezygnowała z przepytywania swojego syna i skupiła się na mnie.

- Powiedz, Mason, co lubisz robić po szkole?

Nie odpowiedziałam jej piorunującym spojrzeniem, jakie każda szanująca się gotka rzuciłaby tak beznadziejnie zaplątanemu rodzicowi. Szeroko się uśmiechnęłam i wymachując widelcem dla wzmocnienia przekazu, opowiedziałam jej o długich godzinach, które poświęcałam pracy w szkolnym dzienniku literackim.

- Jestem poetką - zapewniłam ją.

Pete'owi podobał się mój sposób mówienia, moja młodzieńcza żywiołowość i zuchwała pewność siebie, wszystko to podszyte najsubtelniejszym gatunkiem ironicznej skromności. Gdy mijały kolejne minuty, Pete coraz mniej widział we mnie dziecka, a coraz bardziej osobę. Stopniowo przestawałam jawić się mu jako intruz, stając się bardziej interesującym, mile widzianym urozmaiceniem nieco zatęchłej życiowej rutyny. Zachęciło go to do zadawania mi coraz ciekawszych pytań, ponieważ wierzył, że im sprostam i że moje odpowiedzi będą pouczające. Nie zachowywał się jak rodzic oceniający z góry osobliwości młodszego pokolenia. Naprawdę chciał wiedzieć.

- Ciekawi mnie twój styl, Mason.

- Pete! - zaprotestowała Roberta.

- Nie uważam tego pytania za niegrzeczne - powiedział Pete. - Mason wie, że ubiera się w sposób niekonwencjonalny i że jej strój zwraca uwagę. Nie obrażam cię, pytając o to, prawda?

- Oczywiście, że nie. - Uśmiechnęłam się do obojga. - Jeśli ktoś ubiera się w sposób, który ściąga na niego zdziwione spojrzenia, to powinien być gotowy do mówienia o tym.

- Czy ma to jakiś związek z muzyką? - spytał Pete. - Ubierasz się jak jakiś wokalista? No nie wiem, na przykład Marilyn Manson?

- Kto? - zapytałam. - A tak. Moja mama go słuchała. Nie mówię tego złośliwie. Lubię starą muzykę. Ale mój styl nie ma z tym związku.

- To może ze Zmierzchem? - ciągnął Pete. - Interesują cię wampiry?

- Nie jestem wampirem, Pete - odparłam.

- Nie twierdzę, że jesteś - powiedział, czując się lekko zbesztany i myśląc, że sobie na to zasłużył.

Zdał sobie sprawę, że zabrzmiało to protekcjonalnie, i gorąco zapragnął poprawić kurs.

- Nawet mi to nie przyszło do głowy.

- Niektórzy są - powiedziałam, nadziewając kawałek kurczaka na widelec. - Niektórzy udają, że są, a niektórzy naprawdę są. Ja nie jestem.

- Wiemy, że nie jesteś, skarbie - zapewniła ją Roberta.

- Jestem ghulem - powiedziałam.

Tego typu obwieszczenie potrafi zakończyć rozmowę, ale miałam pewność, że uda mi się na nowo rozruszać to przyjęcie. Neil żuł kurczaka, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Roberta spojrzała na Pete'a, jakby błagała go o koło ratunkowe. Pete wyciągnął dłoń po nieistniejący kieliszek wina.

- Aha - odezwała się w końcu Roberta. - To bardzo interesujące.

Pete wciągnął powietrze, pogodził się z brakiem wina i postanowił rzucić się na pole bitwy.

- A jest jakaś różnica?

Pierwszy raz popatrzył mi prosto w oczy, wytrzymał moje spojrzenie i uśmiechnął się. Odwzajemniłam uśmiech i teraz już wiedział, że dobrze się bawi. Nie dokuczał mi. Nie zamierzał mnie poniżyć ani narobić mi wstydu. Mówił sobie w duchu, że traktuje mnie jak każdego gościa. A tak naprawdę flirtował ze mną.

- Czy ghul to przypadkiem nie ogólny termin, a wampir jest, nie wiem, gatunkiem ghula? Wszystkie wampiry są ghulami, ale tylko niektóre ghule są wampirami? Jak kwadraty i prostokąty?

- To powszechne nieporozumienie - odparłam, starając się nadać głosowi rozbawiony ton. Ja też flirtowałam. - Naprawdę nie ma powodu do wstydu. Ale żaden wampir nie jest ghulem. To dwie różne rzeczy. Wampiry piją krew żywych. Ghule żywią się ciałem umarłych. Oraz, choć w mniejszym stopniu, rozczarowaniem.

- Czy to odpowiedni temat do rozmowy przy kolacji? - zapytała Roberta.

- A czy nie wszyscy żywimy się ciałem umarłych? - powiedział Pete, unosząc widelec z kawałkiem kurczaka.

Po drugiej stronie stołu Neil kroił nożem swoją enchiladę.

Spojrzałam Pete'owi w oczy, spokojnie i stanowczo, po czym pokazałam mu swój najlepszy szeroki uśmiech.

- To prawda, ale - dodałam - ghul woli surowe mięso człowieka.

- Naprawdę nie powinniśmy rozmawiać o takich rzeczach - odparła Roberta. - Choć muszę przyznać, że masz bujną wyobraźnię.

Przygotowali mi pokój gościnny.

- Nie chcemy, żebyście spali w jednej sypialni - powiedziała Roberta. - Rozumiesz, prawda, Neil?

Neil wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Tak.

Pete gapił się na syna z nieskrywanym zawodem w oczach. Urocza, seksowna, nietypowa dziewczyna zostawała u niego w domu na noc. Idealna okazja, by wreszcie wyrwać się z otępienia. Na pewno warto było o to zawalczyć, ale Neil patrzył tylko na swoje paznokcie i dłubał czubkiem buta w dywanie.

Pozwolili nam grać do późna w gry wideo, a o jedenastej kazali iść do łóżek. Pokój gościnny miał oddzielną łazienkę, więc zamknęłam się w nim, ale nie przebrałam się w piżamę. Wyłączyłam światło, a o północy w całym domu zapanowała ciemność. Czekałam, nie mając pewności, co zrobi Pete, chociaż wiedziałam swoje na temat pożądania i tęsknoty i wierzyłam, że jednak obstawiłam dobre liczby. Kilka minut po pierwszej w nocy zobaczyłam światło w kuchni. Usłyszałam szuranie stóp, cichy szmer telewizora i charakterystyczny dźwięk wyciąganego korka. A więc jednak postanowił napić się wina. Odczekałam, aż wypije jeden kieliszek, po czym wyszłam z pokoju, wciąż w ubraniu i z makijażem na twarzy - świeża, wypoczęta i uczesana. Pete siedział przy stole kuchennym, ubrany w biały T-shirt i bawełniane szorty. Oglądał w telewizji czarno-biały film, a przed nim na stole stała butelka wina i kieliszek. Ucieszył się na mój widok. Może nawet poczuł ulgę. Pete nie znał siebie zbyt dobrze.

- Gdzie trzymacie kieliszki? - zapytałam.

Pete się zawahał. Gdzieś w głębi jego gadziego mózgu zapaliło się tysiąc lampek, pokazało się tysiąc możliwości, choć tak naprawdę istniały tylko dwie i między nimi dokonał wyboru, nie zastanawiając się ani przez chwilę. Spojrzał na moje usta, czerwone jak krew i lśniące od świeżo nałożonej szminki, po czym skinął na jedną z kuchennych szafek. Wyjęłam z niej kieliszek, usiadłam po drugiej stronie stołu i nalałam sobie wina. Obróciłam kieliszkiem, upiłam łyk i spojrzałam na etykietę.

- Czyli co? - spytał. - Jesteś łobuziarą, tak?

- Lubię wino - odparłam. - Wolę czerwone ze Starego Świata, zwłaszcza z Piemontu, ale to jest całkiem niezłe jak na kalifornijskie cabernet.

Wzięłam kolejny łyk i spojrzałam mu prosto w oczy, ciesząc się jego zdziwieniem i satysfakcją, z przyjemnością wsłuchując się w odległy szum kół zębatych obracających się w jego głowie.

- Co masz na myśli, mówiąc "łobuziara"?

- Daj spokój - powiedział. - Co widzisz w Neilu? Jesteś piękną, młodą dziewczyną, a on... No wiesz.

Pochyliłam się do przodu, tak by dekolt odsłonił mi kilka centymetrów ciała i aby Pete mógł sobie popatrzeć.

- Dokończ zdanie.

- Wszystko z nim w porządku - powiedział, gapiąc się na moją twarz, bo nie śmiał zajrzeć mi pod bluzkę. - Po prostu jest samotnikiem. Nie ma wielu przyjaciół. Na pewno to wiesz. Przed tobą wydawało się, że nie ma żadnych znajomych i że zupełnie mu to nie przeszkadza. O ile mi wiadomo, inne dzieciaki mu nie dokuczają. Ledwie go zauważają. Kiedy chodzimy na wywiadówki, nauczyciele potrzebują kilku chwil na przejrzenie jego teczki, jakby musieli sobie przypomnieć, kim jest. Chryste, ja sam czasem muszę sobie przypomnieć, że mam syna.

- I mówisz to jego jedynej przyjaciółce?

- Zwariowałem - przyznał. - Może myślę, że go znasz naprawdę dobrze, w sposób, jaki dla mnie i Roberty jest nieosiągalny. Może mogłabyś mi coś powiedzieć.

Dopił resztę wina i nalał sobie kolejny kieliszek. Przez chwilę się zastanawiał, po czym napełnił też mój.

- Wybacz. Pewnie wprawiam cię w zakłopotanie.

- Nie - odparłam. - Doceniam to, że rozmawiasz ze mną jak z rówieśniczką. Nie patrzysz na mnie z góry. Zakładasz, że dużo zrozumiem. I słusznie. Ja dużo rozumiem.

- Zdajesz się bardzo dojrzała. Jak na ghula.

- Dobry ghul nie jest zły - powiedziałam.

- Ludzkie mięso - rzucił Pete.

Uśmiechnęłam się.

- I rozczarowanie.

- Pycha - powiedział.

- Zdziwiłbyś się.

Wytrzymałam jego spojrzenie, aż uciekł wzrokiem, i powiedziałam:

- To co, myślisz, że możemy się przyjaźnić? Spędzać razem czas?

- Daj spokój.

Odchylił się od stołu, zwiększając dzielącą nas przestrzeń. Nie dlatego, że chciał, ale dlatego że uważał, że powinien to zrobić. Podobała mu się wizja bycia moim przyjacielem i spędzania ze mną czasu. Nienawidził siebie za to, że mu się podobała, ale mimo to mu się podobała.

- Nie - odparłam. - Ty daj spokój.

- Niby jak by to miało działać? Chodzisz do gimnazjum i myślisz, że możesz się ze mną spotykać? Ja mam czterdzieści pięć lat - powiedział, ponad wszystko pragnąc usłyszeć, że to bez znaczenia.

- Czterdzieści pięć lat - powtórzyłam. - To dopiero trudny wiek.

* * *

Przez prawie tydzień się nie odzywałam, ale we wtorek zadzwoniłam na jego komórkę, od razu po lekcjach i dobre dwie godziny przed powrotem Roberty z pracy.

- Napisałeś dzisiaj jakiś dobry program komputerowy?

- Skąd masz ten numer? - spytał.

- Znalazłam w telefonie Neila - wyjaśniłam. - Myszkowałam. Jestem ciekawska.

- No tak - odparł. - Właśnie miałem jechać załatwić parę spraw. Masz szczęście, że mnie złapałaś.

- To prawda. Mam szczęście.

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić?

- Co masz na myśli?

Po krótkiej pauzie usłyszałam:

- Dzwonisz z konkretnego powodu?

- A czy muszę mieć powód? Myślałam, że będziemy przyjaciółmi.

- Mason, dziwnie się z tym czuję.

- No, nie dziwię się.

Kolejna pauza.

- To nie najlepszy pomysł.

- Zrobisz mi wykład o różnicy wieku? Naprawdę jesteś aż tak płytki? Nie wydaje mi się. Lubię twoje towarzystwo, ty lubisz moje i nie ma powodu, żebyśmy się nie przyjaźnili, jeśli nie liczyć tego, że na jakimś abstrakcyjnym poziomie uważasz to za dziwne. Może to zresztą prawda. Może, ogólnie rzecz biorąc, jest to dziwne, by człowiek tak stary, słaby i zniszczony jak ty przyjaźnił się z błyskotliwą, młodą fontanną potencjału, jak ja. Ale czy według ciebie to musi być dziwne? Czy uważasz tak w tym konkretnym wypadku?

- Wow - powiedział. - Ćwiczyłaś to w domu?

- Wyszło mi spontanicznie. Ale brzmiało super, co? Też tak myślę! Byłam w transie.

Pete się zaśmiał.

- Masz dar przekonywania.

- Dobrze. Jestem w domu, bez matki. Może wpadniesz? Zaraz będę oglądała stary film. Showgirls. Znasz? O striptizerkach. Podobno rewelacyjnie zły. - Dałam mu kilka sekund na zastanowienie. - Przyłączysz się do mnie?

Dał sam sobie kilka sekund.

- Nie mogę. Mam trochę... spraw.

Czy zaproszenie do wspólnego obejrzenia półpornograficznego filmu w pustym domu można zinterpretować inaczej niż jako podryw? Pete wytężał umysł w poszukiwaniu innego wytłumaczenia, gdyż to najoczywistsze wydawało mu się tak nieprawdopodobne - a przy okazji tak zgodne z jego pragnieniami - że nie mógł go zaakceptować. Mason najwyraźniej nie rozumiała, co robi. Mason była naiwna. Mason była tak kompletnie obojętna wobec Pete'a, że w jej oczach był wręcz bezpłciowy, co oznaczało, że we wspólnym oglądaniu filmu dla dorosłych nie mogło być najmniejszego erotycznego podtekstu. Któraś z tych ewentualności musiała być prawdziwa, bo to, że seksowna, młoda Mason na niego leci, oznaczało, że musiał opracować jakąś odpowiedź. Oczywiście nie mógł wykonać żadnego ruchu. Jakikolwiek rodzaj relacji seksualnej z Mason był nie do pomyślenia, w dodatku stanowiłby przestępstwo. Gdyby zostali przyłapani, oznaczałoby to skandal, więzienie, zniszczenie jego rodziny. Poza tym relacja taka byłaby cudzołóstwem, a mimo chronicznego zmęczenia ciążącego obecnie nad jego małżeństwem Pete nigdy nie zdradził Roberty i teraz też wizja skoku w bok mu nie odpowiadała.

A jednak dręczyły go pytania. Czy zdrada faktycznie byłaby czymś aż tak złym? Co to właściwie znaczy zdradzić kogoś? To tylko dotykające się części ciała. Jak uścisk dłoni. Jakie to ma znaczenie w ostatecznym rozrachunku? A gdyby się okazało, że się w niej zakochał? Czyż wtedy nie powinien z nią być? Uwiedzenie nieletniej jako przestępstwo określone prawem miało na ogół sens, ale Mason nie była typową czternastolatką. Była kobietą i w pożądaniu jej nie sposób widzieć nic zdrożnego, skoro pożądał kobiety, nie dziecka.

A pożądał jej, owszem.

Wszystkie te myśli odbijały się w umyśle Pete'a niczym piłeczka pingpongowa, kiedy załatwiał tego dnia swoje sprawy, przez całą kolację i później, przed telewizorem. W środku serialu, który lubili oglądać z Robertą - wyłącznie dlatego, że Roberta podkochiwała się w jednym z aktorów - Pete wstał i poszedł do pokoju Neila, zapukał raz i wszedł, kiedy usłyszał aprobujące stęknięcie syna.

Neil siedział przy biurku, myszką i klawiaturą komputera sterując rycerzem na koniu przemierzającym pagórkowaty teren.

- Masz chwilę? - spytał Pete.

- Okej - odparł Neil, nie odrywając wzroku od monitora. - Za jakieś dziesięć minut jestem umówiony z osobami z klanu.

- Jasne - odparł Pete.

Usiadł na łóżku syna, które było posłane z niemal wojskową precyzją. Nic nie walało się po podłodze, książki stały na półkach w porządku alfabetycznym. Na ścianach nie wisiał ani jeden plakat. Neilowi nigdy nie przyszło do głowy, że mógłby nadać swojej przestrzeni osobisty charakter.

- Kolegujesz się ciągle z Mason? - spytał Pete.

- No, chyba tak - powiedział Neil, kontynuując jazdę konno. - Ale nie wiem.

- A nie podoba ci się? To znaczy, nie chciałbyś, żeby była twoją dziewczyną?

- Eee.

Pete potrzebował chwili na zastanowienie. Nie usłyszał w tej odpowiedzi ani cienia zażenowania. Pete miał przeczucie, iż jego syn nigdy nawet nie pomyślał o Mason jako o obiekcie pożądania, również teraz, gdy stała się tematem rozmowy.

- Ale ona nadal chce się z tobą kolegować?

- Nie do końca.

- Od kiedy?

- Pewnie od tamtego piątku, kiedy tu spała.

- I jak ci z tym?

Neil wzruszył ramionami.

- Nijak.

Pete wstał.

- Nic nie czujesz? Neil, nie masz żadnych znajomych. Nie obchodzi cię, że nikt się z tobą nie przyjaźni? Nie obchodzi cię to, że piękna dziewczyna chce z tobą spędzać czas i że się za tobą ugania? Nie widzisz tego w ogóle? Pozwolisz, żeby tak po prostu sobie odeszła?

Neil wlepił w ojca wzrok pełen zaskoczenia graniczącego z niejasną trwogą.

- Jest fajna, ale wiesz.

- Dobra - odparł Pete.

Podszedł do drzwi trochę zmartwiony, że podniósł głos i Roberta go usłyszała. Położył dłoń na klamce, odwrócił się do Neila i powiedział jeszcze raz:

- Dobra.

I na tym się skończyło. Neil wrócił do klawiatury, by pokierować swoim koniem w stronę innej postaci na koniu. Pete starał się nie myśleć o niemożliwej, niedorzecznej, nierealnej ewentualności, że Mason wykorzystała jego syna, by zbliżyć się do niego. Po co miałaby to robić? Cóż Pete mógł znaczyć dla czternastolatki? Może Mason naprawdę lubiła Neila. Może widziała w nim coś, czego nie dostrzegał jego ojciec. Myśl ta wydała się Pete'owi jednocześnie pocieszająca i zawstydzająca. Jednak nie wierzył w to. Nawet jeśli takie było logiczne wyjaśnienie, zalatywało mu fałszem.

Pete wrócił do pokoju telewizyjnego i usiadł obok Roberty, która nie zauważyła nawet jego wyjścia, wątpliwe więc, by usłyszała jego podniesiony głos. Oglądała swój serial, a Pete zastanawiał się, co by było, gdyby zdecydował się obejrzeć Showgirls z Mason.

Nie tracąc czasu, wysłałam mu SMS-a tuż przed południem następnego dnia.

Ja: Co porabiasz?

On: Cześć, Mason. Pracuję. Nie powinnaś się teraz uczyć?

Ja: Zabierz mnie na lunch.

On: To by oznaczało wagary.

Ja: To nie twój problem. 12.15 na stacji benzynowej niedaleko szkoły.

On: No nie wiem.

Ja: Owszem, wiesz. Będę czekać.

Przyjechał. Oczywiście, że przyjechał. Jak mógł nie przyjechać? Ułatwiłam mu powiedzenie tak, odmowa byłaby zbyt trudna. Zabrał mnie swoją hondą i miło się uśmiechnął. Nie dotykał mnie i nie gapił się, mimo iż miałam na sobie bardzo obcisłą koszulkę i krótką spódniczkę, w której wyglądałam kobieco, a nie jak dziecko. Włosy spięłam w kucyk, co mu się bardzo podobało. Lubił widzieć moją białą szyję. Lubił mój profil. Lubił mnie całą.

Pete postanowił robić, co tylko w jego mocy, by sprawiać wrażenie, jakby pójście ze mną na lunch i pomaganie mi w wagarach było najnormalniejszą rzeczą na świecie. Miał spodnie khaki i koszulę na guziki i czuł się przystojny i kompetentny, muskularny i w dobrej formie. Wciąż próbował zapomnieć o tym, co robi, i jak bardzo jest to szalone, dziwne i niebezpieczne. Chciał się cieszyć dreszczem przebywania w moim towarzystwie, bycia tak blisko mojej młodości, witalności, świeżości i niemal doskonałego braku znużenia życiem. Odpychał od siebie myśli o tym, co to wszystko znaczy i do czego może doprowadzić, i o tym, jak niedorzecznie autodestrukcyjny akt właśnie popełnia, jak wielkie oznacza on ryzyko dla jego małżeństwa i całego dorobku życia. Pragnął zachłysnąć się tym doświadczeniem, bo nie przypominał sobie, kiedy ostatni raz zdarzyła mu się chwila tak słodka i tak bardzo warta tego natężenia uwagi.

- Gdzie chcesz jeść? - spytał.

- Tam, gdzie dostanę piwo - powiedziałam.

Zamilkł, ale po chwili postanowił, że nie będzie wstrząśnięty ani zaskoczony, ani zmartwiony. Postanowił iść z prądem. W pewnym sensie oddał mi stery. Zdawał sobie z tego sprawę i chyba mu się to podobało. Pete nie miał zwyczaju pić piwa wczesnym popołudniem. Pozwalał sobie na to od czasu do czasu na jakiejś weekendowej imprezie, ale nie w ciągu dnia, kiedy powinien pracować. Coś takiego nie zdarzyło mu się absolutnie nigdy. Gdy jest się samozatrudnionym pozbawionym nadzoru, zdrowo jest uważać picie w środku dnia za sport wyłącznie dla pijaków i życiowych nieudaczników, ludzi żałośnie bezproduktywnych. Pete wiedział to, a jednak teraz, gdy zaproponowałam napicie się piwa, mimowolnie uznał mój pomysł za intrygujący. Wręcz kuszący. Będący przejściem do całkiem innego życia. Ze zdziwieniem stwierdził, że łatwo przyszło mu zrobić decydujący krok.

- O której musisz być z powrotem? - zapytał.

Wcisnęłam plecy w oparcie fotela.

- O żadnej. Nigdzie nie muszę być.

Zabrał mnie do koreańskiej knajpy przy Walzem. Zamówiliśmy dania z grilla i piliśmy japońskie piwo, chwytając pałeczkami pikantne ogórki, ziemniaki i malutkie ryby. Pete siedział jak na szpilkach, gdy zamawiałam pierwszą kolejkę piw, ale kelner tylko przytaknął, nie tyle ukrywając swoją reakcję, ile nie przejawiając żadnej. Może przywykł do widoku rodziców kupujących alkohol swoim nieletnim dzieciom. Może nie wątpił, że jestem pełnoletnia. Może po prostu wywierałam na ludziach silne wrażenie. Pete pomyślał, że sam zrobił ze mną i dla mnie rzeczy, których nigdy by się po sobie nie spodziewał. Uznał po prostu, że kelner nie różnił się od niego.

Okazało się, że piwo było tym, czego potrzebował. Nie sprawiło, że sytuacja stała się mniej dziwna, ale pomogło mu się w niej odnaleźć i zebrać siły na powiedzenie tego, co wymagało powiedzenia.

- Co się właściwie dzieje między tobą a Neilem?

Butelka piwa kołysała się między moim palcem wskazującym a kciukiem niczym wahadło.

- W sensie?

- Daj spokój, Mason - powiedział, delektując się brzmieniem mojego imienia w swoich ustach. - Wiesz, o co mi chodzi.

- Nic się nie dzieje między mną a twoim synem - odparłam. - Jest moim przyjacielem. Lubię go. Nie chodzimy ze sobą. Nie uprawiamy seksu, jeśli to masz na myśli. Zresztą mam chłopaka.

- Naprawdę?

Rozczarowanie, a po nim plucie sobie w brodę za to rozczarowanie. A cóż to go powinno obchodzić, czy mam chłopaka, czy nie? Miałam chłopaka i nie interesowałam się Pete'em w taki sposób, co zresztą przypuszczał i wiedział od samego początku. Poczuł gwałtowny spadek nastroju i jednocześnie ogromną ulgę. Wydawało mu się, że świat wreszcie powraca do stanu równowagi, a tymczasem on zsuwa się po jego powierzchni w otchłań.

- Nie wierzysz, że mogłabym mieć chłopaka? Według ciebie ghule nie zasługują na miłość?

- Wcale tak nie uważam. Tak tylko mówię. Daję ci znać, że usłyszałem.

- Jest starszy ode mnie - powiedziałam. - Lubię starszych.

To przykuło jego uwagę.

- O ile starszy?

- Jest w dziesiątej klasie.

Zobaczyłam na jego twarzy kalejdoskop emocji jak na zdjęciach poklatkowych huraganu. Nigdy wcześniej Pete nie czuł swoich czterdziestu pięciu lat w tak gorzkim stężeniu. Zamówił dla nas następną kolejkę piwa.

- Ma na imię Ryan - ciągnęłam. - I jest boski. Boże, uwielbiam go. Gra w futbol, ale nie jest typem dresiarza. Jest naprawdę fajny. Polubiłbyś go. Nie mogę się doczekać, kiedy się poznacie.

- Nie wiem, czy to możliwe - powiedział.

- No i jest świetny w łóżku. Cholera, wiem, że nie powinnam mówić takich rzeczy. Wiem. Przepraszam. Cindy zawsze powtarza, że muszę się cenzurować, i naprawdę się staram.

Więc już wiedział. Wywnioskował z tego, że jednak go nie podrywam. Że jest żałosnym, karmiącym się urojeniami klaunem w średnim wieku. Wydawało się to oczywiste. Jak zatem wytłumaczyć ewidentny flirt czy zaproszenie na wspólne oglądanie Showgirls? Czy to możliwe, by to wszystko źle zinterpretował? Jak mógł mylnie odczytać aż tyle sygnałów? Chyba jednak się nie mylił, ale w takim razie jak miał rozumieć tę nową informację?

A byłoby mu tak łatwo uciec. Mógł to zrobić już wtedy i wystarczyłoby, żeby powiedział szczerze, co myśli. Mógł zapytać mnie, czy wiem, co z nim robię. Mógł zapytać, dlaczego z nim flirtuję, a po chwili oznajmiam, że mam chłopaka. Mógł powiedzieć, że cała sytuacja jest dla niego niezrozumiała i dziwna, choć akurat z jej dziwnością mógłby sobie poradzić, może nawet by ją polubił. Mógł powiedzieć, jak mu ze mną dobrze - jaką przyjemność sprawia mu bycie ze mną, rozmowa ze mną, picie ze mną trzech, czterech czy pięciu piw i niemyślenie o pracy, którą obiecał skończyć tego dnia, a to dlatego, że moje towarzystwo było od tego wszystkiego dużo lepsze - ale że nie radzi sobie z niejasnością sytuacji. Mógł powiedzieć, że nie wie, czy sprawia to mój młody wiek, różnica pokoleń, czy po prostu mój osobliwy charakter albo fakt, że powinnam brać leki, lecz że ewidentnie nie rozumiem, iż wysyłam sprzeczne komunikaty i powinnam mu je wytłumaczyć. To by wystarczyło. Pajęczyna zostałaby przerwana, wnyki zniszczone. Byłoby to takie proste, ale to, co proste, nie zawsze okazuje się łatwe i Pete'owi z trudem przyszłoby wypowiedzenie słów, które pozbawiłyby go złudzenia, iż piękna, niedostępna dziewczyna go pożąda. Zaproponował więc coś innego.

- Wiesz co? Powinnaś czuć się przy mnie swobodnie i być sobą.

- Tak zrobię - skłamałam, biorąc do ust trochę kimchi.

* * *

Były kolejne SMS-y. Pisałam do niego każdego dnia. Potem dwa lub trzy, a potem cztery lub pięć razy dziennie. Czasem czekałam godzinę albo dwie, zanim odpowiedziałam na jego SMS-a. On zawsze odpisywał niezwłocznie. Były też kolejne lunche i drinki. Wymykaliśmy się - on z pracy, ja ze szkoły - i spędzaliśmy długie godziny przy stoliku w różnych mało znanych restauracjach azjatyckich z brudnymi podłogami z linoleum, odklejającymi się tapetami i przepysznym jedzeniem - knajpach w zapomnianych częściach miasta, gdzie nikt nie mógłby nas zobaczyć. Upijaliśmy się w przyjemny, ale nigdy przesadny sposób. Gdy mówił, kładłam mu dłoń na ramieniu. Mocno go przytulałam na powitanie i pożegnanie. Przyciskałam się do jego ciała i ostentacyjnie wdychałam jego zapach, by myślał, że te uściski podtrzymują mnie przy życiu. Pete był przekonany, że te chwile należą do najszczęśliwszych w jego życiu. Tak prawdziwe, tak pełne nadziei i słodyczy.

Czasem myślał, że gdyby zastanowił się nad Mason, naprawdę głęboko się zastanowił nad tym, kim ona jest, co mówi i co robi, wówczas wiedziałby, że tak naprawdę jej nie pragnie. Nawet w idealnym świecie fantazji ich związek nigdy by nie przetrwał i to nie z powodu różnicy wieku, ale dlatego, że wszystko to, co było w Mason tak obłędnie pociągające, nie stanowiło podstawy prawdziwej miłości. Wiedział o tym, lecz nie miało to dla niego większego znaczenia.

Roberta niczego nie zauważyła. To było najdziwniejsze. Ciągle czekał, aż coś mu powie, kiedy odkryje maile albo SMS-y, wyczuje piwo w jego oddechu lub mój zapach na jego ubraniu, ale nic takiego się nie stało. Siadał z nią przy stole, wciąż lekko podchmielony po lunchu ze swoją sekretną czternastoletnią przyjaciółką, i czekał na akt oskarżenia. Przygotował sobie wyjaśnienia, wymówki i scenariusze, które miały mu pomóc w nadaniu sensu relacji ze mną. Ale Roberta o nic nie pytała, niczego nie widziała, co tylko go ośmielało.

No i praca. To było najdziwniejsze. Pete czuł się jak bohater jakiejś moralistycznej powieści z lat pięćdziesiątych, w której jego nieśmiałe próby ucieczki przed życiem naznaczonym cichą desperacją doprowadzą niechybnie do głośnej destrukcji. Jego wydajność gwałtownie spadła. Był tego pewien, lecz w firmie nikt niczego nie zauważył. Przełożeni nadal entuzjastycznie oceniali jego pracę. Gdy zdarzało mu się przekroczyć termin o godzinę czy dwie, nikt nie miał mu tego za złe, dzięki czemu zdał sobie sprawę, że całe lata doprowadzał się do obłędu, dotrzymując terminów, którymi inni się nie przejmowali. Pete staczał się na dno, ale nie zwracano na niego uwagi. Nikomu nie brakowało jego pracy, jego uwagi ani jego trzeźwości.

Za dnia pisał programy, a wieczorami wytrzymywał milczące kolacje z Robertą i Neilem, po których chłopak znikał w swoim pokoju, a on i Roberta bez żadnego zainteresowania oglądali seriale. Potem szli do sypialni, trochę czytali, od czasu do czasu uprawiali przyjemny, choć niczym już niezaskakujący seks. I to było wszystko - całe jego życie, cała egzystencja beze mnie. I ja na drugiej szali. Gdyby tylko mógł, rzuciłby dla mnie wszystko.

Ale oczywiście nie mógł, więc całymi godzinami leżał w łóżku, nie śpiąc, myśląc o tym, że musi tylko poczekać, aż skończę osiemnaście lat. Trzy lata i siedem miesięcy. Tylko tyle, by Neil mógł odejść i być Neilem na własny rachunek. Roberta i tak nie potrzebowała Pete'a w domu. Byli dla siebie już tylko wygodnym przyzwyczajeniem. Za trzy lata i siedem miesięcy Pete ucieknie z Mason. Obiecywał sobie, że to zrobi, i odpychał myśli o wszystkich uniemożliwiających to powodach, bo wiedział, że jeśli ja nie nadam jego życiu znaczenia, pozostała po mnie pustka okaże się nieznośna. W kwestii mojej osoby tego jednego był absolutnie pewny.

Wysyłał więc kolejne wiadomości, coraz dłuższe, prosząc, bym spotykała się z nim częściej. Odpierałam tę zuchwałość, opowiadając mu o Ryanie, mówiąc, jak bardzo go kocham, jak mocno za nim tęsknię, ilekroć nie ma go przy mnie, jak niesamowicie jest nam w łóżku, jak zrobiłam mu loda za zdobycie przyłożenia w meczu ligowym. Wszystko to dobijało Pete'a, zapewniam was, a mimo to nie prosił, bym przestała. Wciąż nie pytał, czego od niego chcę, dlaczego się z nim spotykam. Liczył, że pewnego dnia będziemy razem, ale to dotyczyło niemożliwie odległej przyszłości. Na razie zadowalał się tym, że nic się nie zmieniało. Gdybym się do niego przykleiła, zaczęła go całować, co doprowadziłoby do seksu, może byłoby wspaniale i ekscytująco, choć zaraz potem przyszłoby poczucie winy, dramat i więzienie, a na to nie miał ochoty. Nie chciał zdradzać żony i nie chciał być typem faceta, który sypia z czternastolatką. Pragnął, by było dokładnie tak, jak jest, i wysłuchiwanie opowieści o Ryanie stanowiło cenę, którą godził się za to zapłacić. Może myślał też, że dopóki będę zakochana w Ryanie, dopóki będę uprawiała z nim seks i relacjonowała mu to, on pozostanie bezpieczny w swoim obłędnym, szczęśliwym świecie.

Któregoś dnia, po trzech piwach i nad talerzem z resztkami pad thai, rozpoczęłam następną fazę.

- Dlaczego przestaliście zapraszać mnie do siebie na kolację? - spytałam.

Pete spojrzał na mnie, potem gdzieś w dal, potem na swój talerz. I potem znowu na mnie. Miałam na sobie czarną lekką sukienkę na ramiączkach. Było to nie tyle ubranie, ile sposób na przykrycie nagości. Pete starał się nie zdekoncentrować i skupić na zadaniu. Przywykł już do traktowania wszystkiego, co mówiłam, jako sprawdzianu i teraz zastanawiał się nad najlepszą odpowiedzią.

- Myślałem, że nie przyjaźnisz się już z Neilem.

- Ale z tobą owszem - odparłam.

- I chcesz przyjść na kolację do mnie do domu? Na kolację z moją rodziną?

- Wstydzisz się mnie?

Pete zdał sobie nagle sprawę, że jak dotąd ani razu nie rozmawiali o tym, że spotykają się w tajemnicy przed ludźmi. Czyżby Mason nie postrzegała tego w taki sposób? Czyżby nie miała pojęcia, że dorosłym nie wypada się tak zachowywać? Jego serce biło szybciej z powodu udziału w czymś niedozwolonym i niebezpiecznym, a ona uważała lunche z nim za zwyczajne spotkania ze znajomym? Nie wiedział. Nie wiedział, do cholery, i nie mógł znieść tej niewiedzy.

- Wątpię, czy Roberta będzie się czuła swobodnie w towarzystwie ghula - powiedział.

Próbował nadać sprawie lekkość, lecz ja postanowiłam zachować powagę. Odstawiłam z hukiem szklankę piwa na stół.

- Dlaczego obracasz moje życie w żart?

- Dlaczego chcesz, żeby twoje życie było żartem? Jesteś bystrą, piękną dziewczyną, więc czemu udajesz, że jesteś potworem?

- Od początku byłam z tobą szczera - powiedziałam. - Jestem ghulem i nigdy nie udawałam, że jest inaczej. Stałam się nim w wyniku własnych działań, a teraz nie mam wyboru. Albo jesteś moim przyjacielem i mnie zaakceptujesz, albo nie jesteś i mnie odrzucisz. Inaczej nie da się na to patrzeć.

- Mason, nie chciałem cię zdenerwować.

- Za późno - odparłam, dopijając piwo. - Zakładam, że moi przyjaciele są ludźmi, którzy gotowi są zrobić dla mnie wszystko.

- Zrobię dla ciebie wszystko - powiedział.

Parsknęłam.

- Naprawdę - dodał.

Teraz już błagał. Bardzo chciał, żebym mu uwierzyła.

- Zamordowałbyś?

- Tak, gdyby to było konieczne.

- A gdyby nie było? - spytałam.

- To niepoważne.

- Masz rację. Jestem niepoważna - przyznałam. - Odwieź mnie do domu.

Omówiliśmy to potem w licznych SMS-ach i mailach. Przeprosiłam go. Powiedziałam, że byłam zmęczona, humorzasta, że miałam okres i że nie zrobił nic złego, ale jednocześnie ten moment był przełomowy. Zwolniłam tempo. Nie na wszystkie jego wiadomości odpisywałam albo robiłam to po długim milczeniu. Umawiałam się na lunche, po czym je odwoływałam. Zawiesiłam go w próżni.

Dla Pete'a nastały trudne dni. Związek ze mną nie był już taki jak kiedyś. Nie znajdował pocieszenia w ramionach Roberty, która się zestarzała, stała się oziębła i nieobecna. Neil był odizolowany od świata i załamany - kompletnie nieudane dziecko i żywy pomnik rodzicielskiej porażki. Wszystkie nieszczęścia w życiu Pete'a stanęły mu przed oczami, o tyle teraz wyraźniejsze, że na chwilę udało mu się je odsunąć.

Im bardziej się wycofywałam, tym intensywniej o mnie myślał, aż doszedł do takiego punktu, w którym zdał sobie sprawę, że myśli o mnie przez cały czas, o ile tylko jakaś czynność nie wymaga jego całkowitej uwagi. Byłam jego trybem domyślnym, jego gniewem, żalem, zagubieniem, wściekłością na siebie samego za niemoc, wahanie i niemożność odejścia od czegoś w tak oczywisty sposób destrukcyjnego. Odczuwał na przemian mętlik, nadzieję i rozpacz, niezdolny do zrozumienia niczego, co wcześniej mówiłam i robiłam. Życie nie wyposażyło go w narzędzia niezbędne do rozwikłania zagadki Mason. Jego wewnętrzny kompas zachowywał się, jakby był zainstalowany na pokładzie samolotu lecącego przez trójkąt bermudzki - igła szalała, widząc północ wszędzie i nigdzie.

To w tym okresie Pete, zasępiony i zdruzgotany, wpadł w sklepie spożywczym na Cindy. W przeszłości pewnie próbowałby uniknąć spotkania, ale tym razem był zdesperowany. Potrzebował jakiegokolwiek kontaktu ze mną, chociażby za pośrednictwem mojej matki. Gdy się do niej kierował, stała przy półkach z delikatesami. Uciekła wzrokiem w nadziei, że jej nie zobaczy. W normalnych okolicznościach Pete udałby, że nie zauważył, jak Cindy udaje, że go nie widzi, i przeszedł dalej, ale nie tym razem, gdy miał szansę dowiedzieć się czegoś o mnie. Przykleił więc na twarz swój najlepszy uśmiech i podszedł do niej.

- Cindy, cześć. To ja, Pete. Ojciec Neila.

Odwzajemniła jego fałszywy uśmiech.

- Oczywiście, że poznaję. Co słychać? Jak się ma twój syn?

- Dobrze, dobrze. - Pete już miał dosyć gadki-szmatki, czując, że zaczyna zalegać mu w mózgu. - Co u Mason?

Cindy wlepiła w niego wzrok.

- Wiesz, jak jest.

- Nie wiem. Jak się ma?

- Wiesz, jakie są dzieciaki w tym wieku. To prawdziwe wyzwanie. Zwłaszcza w wypadku Mason. Nie jest sobą od śmierci ojca.

- Przepraszam, nic o tym nie wiem. Ojciec Mason... nie żyje?

Cindy przytaknęła, a jej oczy powilgotniały. Pete zapragnął natychmiast uciec. Nie podobało mu się, że doprowadził tę kobietę do łez, lecz czuł też, że jest o krok od dowiedzenia się czegoś istotnego.

- Wtedy to wszystko się zaczęło, jej wygląd i cała reszta. Nie byli sobie specjalnie bliscy, ale w tym dniu przebywałam poza miastem. Powinna była od razu zadzwonić na policję albo do mnie, jednak tego nie zrobiła. Właśnie dlatego taka jest.

- Nie rozumiem. Dlaczego? Co się stało?

Pete nie podniósł głosu, ale czuł, że rośnie w nim napięcie.

- Zbyt długo była sama ze zwłokami i próbowała...

Cindy uciekła wzrokiem.

- Co próbowała?

Cindy pokręciła głową.

- Nie było jej łatwo. Tylko tyle chciałam powiedzieć. Nie mów jej, że opowiedziałam ci o jej ojcu. A gdyby to wyszło na jaw, nie mów, że zdradziłam więcej.

Po tych słowach odeszła.

Pete tłumił chęć pójścia za nią i nakłonienia jej, by powiedziała to, co przed chwilą przemilczała. Wydawało mu się bowiem, że się domyśla. Był pewien, że wie, co próbowałam zrobić ze zwłokami ojca. I co z nimi zrobiłam. Pete sądził, że wie, i miał rację.

Przetrzymawszy go w takim stanie przez blisko miesiąc, w końcu zadzwoniłam.

- Cześć, Pete.

- Cześć, Mason.

Starał się zabrzmieć neutralnie, ukryć zgorzknienie, radość, złość i nadzieję. Było wczesne popołudnie, dzień powszedni i jego słowa zlewały się ze sobą. Pił. W pojedynkę. Każdego dnia czekał na mój telefon, SMS-a albo maila i czasami pił.

- Miło usłyszeć twój głos - powiedziałam. - Bardzo za tobą tęsknię!

Nie chciał odpowiedzieć "ja za tobą też", a jednak to zrobił.

- Jak żyjesz?

- Dobrze - odparł. - A ty?

- Totalnie zajęta. Ale słuchaj, potrzebuję pomocy. Pomożesz mi? Chciałabym, żebyś mnie gdzieś dzisiaj podwiózł. Wieczorem.

Nadzieja. Owszem, czuł też złość, wahanie, strach i zamęt, lecz ponad wszystko nadzieję. Gotów był mi wybaczyć wszystko - dręczenie go, wprowadzanie w błąd, opowiadanie o seksie z moim szesnastoletnim chłopakiem - jeśli tylko zgodzę się znów być jego przyjaciółką i pozwolę mu wyświadczyć mi przysługę.

- Dokąd?

- Powiem ci, jak się zobaczymy. Zgarniesz mnie sprzed domu o jedenastej? Będę czekała na ulicy.

- Mason, słuchaj, nie wiem, czy mogę. To jakieś szaleństwo.

- Dlaczego?

- Dlatego. Co mam powiedzieć Robercie?

- Że wyświadczasz mi przysługę - odparłam. - Przecież mnie zna.

Właśnie takie sytuacje kompletnie odbierały mu sterowność. Potrzebował kilku chwil na sformułowanie odpowiedzi.

- A twoja matka? - zapytał. - Nie może cię zabrać?

- Moja matka? Błagam - powiedziałam, kończąc wątek, nie udzielając przy tym żadnych informacji.

Nastąpiła długa cisza, a po niej usłyszałam w końcu:

- Przyjadę.

Celem podróży był cmentarz. Żydowski cmentarz, bo Żydzi nie balsamują zwłok. Powiedziałam gdzie i dlaczego i Pete mnie zawiózł. Lekkim tonem próbował nawiązać rozmowę, dowiedzieć się, co zamierzam, ale ja nie byłam w nastroju do rozmowy. Zapytał mnie nawet o Ryana w nadziei, że wyrwie mnie w ten sposób z marazmu, jednak bez skutku.

- Mason, co się dzieje?

- Zgłodniałam.

- No to chodźmy coś zjeść - odparł z ekscytacją w głosie.

Już sobie to wyobrażał: jedzenie, trochę za dużo alkoholu, będę dotykała jego ręki, on będzie się czuł lekki, młody i będzie się tym upajał. Znów będzie mu się zdawać, że może wszystko, i na chwilę zapomni o tym, jaki jest nieszczęśliwy.

- To nie ten rodzaj głodu. Potrzebuję prawdziwego pożywienia. Dzisiaj był pogrzeb. Powinno być coś świeżego.

- Mason.

- Mówiłam ci - przerwałam mu. - Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, powiedziałam ci, kim jestem. Wiem, że mnie nie słuchałeś, nie chciałeś mi uwierzyć, ale to prawda. Jestem ghulem i muszę jeść. W przeciwnym razie umrę. Chcesz, żebym umarła?

- Zabiorę cię do domu - powiedział, kładąc dłoń na moim ramieniu.

Pierwszy raz odważył się mnie dotknąć. Zadrżał, kiedy poczuł moją skórę, ciepło mojego ciała, krągłość barku. Kochał mnie. Naprawdę mnie kochał.

- Potrzebujesz snu i wszystko będzie dobrze.

Wyrwałam się z jego uścisku.

- Jesteś moim przyjacielem czy nie?

- Wiesz, że jestem.

- W takim razie chodź ze mną. Pomóż mi, a jeśli będziesz chciał, możesz się do mnie przyłączyć.

- Przyłączyć?

- Weź mnie za rękę. Możesz być tym, kim ja.

Gapił się na mnie z niedowierzaniem.

- Cytujesz Blue Oyster Cult?

- Nawiązuję do Blue Oyster Cult - odparłam. - To nie to samo. Ale proponuję też sposób na to, byśmy byli razem.

- Dlaczego ja? - zapytał. - Dlaczego wybrałaś właśnie mnie?

Wszyscy mamy słabe strony i to była moja - pytanie, na które nie miałam gotowej odpowiedzi, choć powinnam była się go spodziewać. Powinnam była wiedzieć, że prędzej czy później musi paść, ale popełniłam błąd i teraz musiałam improwizować. Nie mogłam się zawahać, pokazać, że zmyślam, więc powiedziałam mu prawdę.

- Zobaczyłam cię przed szkołą, jak odbierałeś Neila i wydałeś mi się dokładnie tym, kogo szukałam. Wiedziałam to od razu. Byłeś jak dojrzały owoc gotowy do zerwania. Więc cię zerwałam. Teraz jesteś mój, jeżeli tylko tego chcesz.

Patrzył mi prosto w oczy, odważnie karmiąc się nadzieją, że mówię prawdę, że faktycznie jestem w stanie go odmienić, że mógł zostawić swoje dotychczasowe życie i znaleźć powód, wręcz konieczność do bycia kimś innym. Nawet jeśli oznaczało to przeistoczenie się w potwora. Czy stanie się czymś straszliwym nie było zbyt wygórowaną ceną za stanie się kimś nowym? Pete zaznał już nieco smaku życia poza granicami społecznych konwencji. Pożądał zakazanego, rozważał status wyrzutka i wszystko to zdawało mu się cudowne i słodkie. I dlatego poszedł za mną na cmentarz.

Patrzyłam mu wyzywająco w oczy.

- Powiedziałeś, że zrobisz dla mnie wszystko. To twoje słowa. Mówiłeś szczerze?

Przytaknął.

- To teraz mi to udowodnij.

Ze wszystkich rzeczy, które zrobił tej nocy, wejście za mną na teren cmentarza było dla niego najtrudniejsze. Wydawało mu się to tak dziwne, tak sprzeczne z wszelkim instynktem, że wszystko inne przyszło mu już z łatwością. Szliśmy przez rozległą przestrzeń z nagrobkami i pomnikami. Powietrze było ciepłe i przyjemne, a półksiężyc oświetlał nam drogę. Gdzieś daleko od nas samotny stróż siedział w swoim pokoiku i oglądał telewizję, nie mając pojęcia o naszej obecności.

Byłam tu już wcześniej, więc wiedziałam, gdzie znaleźć świeży grób z miękką ziemią i łopatą wystającą niczym wykałaczka wbita w talerz przekąsek.

- Kop - powiedziałam mu.

Pete spojrzał na mnie.

- Mam rozkopać grób? Po co?

Uśmiechnęłam się.

- Bo chcesz wiedzieć, co jest na jego dnie. Zawsze chciałeś wiedzieć, mam rację? Czego od ciebie chcę? O co mi chodzi? Jest tylko jeden sposób, żeby dostać odpowiedź.

Patrzył na mnie, nie wierząc do końca, że stoi na środku cmentarza i naprawdę rozważa coś tak szalonego jak wykopanie z ziemi ludzkich zwłok.

- Mogłabyś mi po prostu powiedzieć.

Pokręciłam życzliwie głową.

- Nie - odparłam. - Tak to nie działa. Jest tylko jeden sposób. Musisz kopać albo nigdy się nie dowiesz.

Właśnie dlatego chwycił za łopatę i wbił ją w luźną ziemię. Dlatego pracował spokojnie, miarowo i niestrudzenie, a ja siedziałam na pobliskim nagrobku, malując paznokcie na czarno.

Kiedy grób był już odkopany, a trumna otwarta, nadeszła jego kolej, by patrzeć. Obserwował mnie, gdy jadłam. Nie musiałam się rozbierać, ale zrobiłam to dla niego. Chciałam, żeby mógł się poprzyglądać czemuś przyjemnemu, na czym mógł się skupić, kiedy ja zajęłam się czynnością, która jemu początkowo musiała się wydać obrzydliwa, a w której później odnalazł coś całkiem przeciwnego. A gdy się najadłam, wzięłam łopatę i odrąbałam nią czubek czaszki trupa. Wyjęłam z niej piękny kawałek niedawno zmarłego, pachnącego drożdżami mózgu. Stałam przed Pete'em naga, z piersiami ubrudzonymi ziemią i krwią, wyciągając ku niemu krwawą tkankę niczym wierna składająca ofiarę swojemu bogu. Wziął ją ode mnie, wgryzł się w mózg i momentalnie poczuł, że nogi mu miękną.

- Wow - powiedział, opadając na kolana i żując z namaszczeniem. - Niesamowite. Czuję... Wiem, co czuła, co myślała, jak układała sobie świat w głowie. Wiem, jak to było być nią.

Patrzyłam na niego z uśmiechem na ustach.

- Wiem - odparłam. - Tak to jest. Po prostu się wie.

Widziałam moment, w którym zrozumiał, jakie to uczucie być głęboko w czyimś umyśle, znać życie obcego człowieka w najdrobniejszych szczegółach. Patrzyłam na niego i uśmiechałam się. Wytarłam usta grzbietem dłoni. Pete był zabawny i pożyteczny, ale wiedziałam, że wkrótce mi się znudzi. A wtedy coś mu się przytrafi i przyjdzie moment, kiedy poznam, co sobie myślał przez cały ten czas...

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Gra słów: masonry (ang.) - kamieniarstwo (przyp. tłum.).

POTWORY: TAKI MAŁY WSTĘP

Ktokolwiek czytał moje opowiadania lub choć raz zajrzał na moją stronę internetową, wie, że kocham potwory. Nie jest to jednak przelotna i gwałtowna miłość, jaką nastolatki darzą nową parę butów, wystrzałową sukienkę czy designerską czapkę. W żadnym wypadku również nie można tego uczucia porównać do uwielbienia, jakim ktoś darzy lody, pizzę lub inną potrawę, która w wyjątkowy sposób zadowala jego kubki smakowe. Moja miłość jest trwała i niezmienna, opiera się na głębokiej relacji, na połączeniu, na zrozumieniu.

Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa to obraz chwili, gdy siedzę przed czarno-białym telewizorem - który moja mama czasem włączała w kuchni - w naszej wychodzącej na ogród werandzie w domu na Fox Hill Road we Framingham w Massachusetts i po raz pierwszy oglądam Frankensteina. Mogłem mieć wtedy z siedem lat. Pamiętam szczególnie ten fragment filmu, gdy potwór w chwili radosnego uniesienia, śmiejąc się razem z dziewczynką nad brzegiem jeziora, wrzuca do wody płatki kwiatu. I następuje ten kluczowy moment, kiedy jedynym płatkiem do oberwania i wyrzucenia pozostaje dziewczynka...

Rany Julek!

Ta scena na zawsze wryła się w moją pamięć, przeraziła mnie i złamała moje małe serce. Niestety doświadczenie to niczego nie nauczyło potwora. Nie rozumiał świata, w którym się znalazł. W akcie stworzenia obdarzono go mocą czynienia krzywdy innym, brutalnością i gwałtownością, a przecież pragnął nieść pokój i się śmiać. Tragedia dopełnia się, gdy potwór pojawia się w miasteczku z martwą dziewczynką na rękach, a mieszkańcy witają go przerażeniem przeplatanym z wściekłością.

Pamiętam, że tego dnia płakałem głównie z przerażenia i ze strachu, lecz moje łzy miały źródło również w smutku i współczuciu dla tego stworzenia, które nie było winne swojej potworności.

W kolejnych latach pokochałem wszelkiego rodzaju potwory między innymi dzięki temu, że lokalne stacje telewizyjne emitowały takie programy, jak Creature Double Feature, japońskie produkcje o wielkich monstrach, filmy opowiadające o skutkach promieniowania po wybuchach jądrowych, horrory z brytyjskiej wytwórni Hammer i inne w podobnym guście. Ale nie tylko filmy mnie ukształtowały. Jednym z bohaterów moich ulubionych kreskówek o Króliku Bugsie zawsze był jakiś potwór. Kiedy zacząłem czytać komiksy, a właściwie kiedy sam zacząłem je kupować, mój wybór zwykle padał na cudowne komiksy, które wydawnictwo Marvel wypuszczało na rynek w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku.

Są oczywiście potwory, które nie są niczym innym jak nikczemnymi istotami obcego pochodzenia, lecz są też takie, dzięki którym zacząłem więcej myśleć i czuć. Ekranizacja King Konga z 1976 roku z Jeffem Bridgesem w roli głównej może nie jest arcydziełem (wybaczcie mi, miałem wtedy tylko dziewięć lat!), ale śmierć King Konga złamała mi serce. Oryginał z 1933 roku wzrusza mnie do dziś.

The Tomb of Dracula, najlepszy komiks z serii horrorów wydawnictwa Marvel, opowiada o złym do szpiku kości, lecz zaskakująco ludzkim i sympatycznym Lordzie Wampirów, którego do życia powołała Marv Wolfman, a rysunkową postacią obdarzył Gene Colan. Przemawiały przez niego ohyda i potworność, a jednak czytelnicy żywili do niego ciepłe uczucia.

Wraz z rozwojem mojego literackiego smaku coraz częściej sięgałem po podobne opisy potworności. W końcu przeczytałem Frankensteina Mary Shelley i zdałem sobie sprawę z tego, o czym moje serce wiedziało już od wielu lat, że to potwór był prawdziwym bohaterem. To potwór był protagonistą. Choć struktura opowieści przeczyła temu, jej język i zawarte w niej opisy nie pozostawiały w tej kwestii żadnej wątpliwości.

To odkrycie pozwoliło mi w zupełnie nowy sposób spojrzeć na tego rodzaju historie. A zatem Godzilla była powszechnie nierozumiana. Magneto mógł być nemezis X-Menów, a jego działanie złe, lecz głęboko wierzył w sprawę - wierzył, że postępował w interesie swoich ludzi.

W college'u napisałem kilka niezwykle szczegółowych i wnikliwych prac na temat mojego ukochanego filmu Blade Runner (Łowca androidów), w których pozwoliłem sobie na drobiazgową analizę przedstawionej przez Ridleya Scotta moralności rodem z Frankensteina. Kiedy przyszedł czas na napisanie o Mobym Dicku, nie widziałem przed sobą innej możliwości jak stworzenie eseju zatytułowanego Popierając wieloryba. Choć struktura powieści sprawia, że głównym bohaterem wydaje się Ahab, to zastosowane przez Melville'a zabiegi stylistyczne i użyty przez niego język wyraźnie temu przeczą.

Tematyka potworów i potworności mnie fascynuje. Można pokusić się o stwierdzenie, że większość tego, co zostało o nich napisane, w rzeczywistości pokazuje tylko, jak postrzegamy samych siebie i czego tak naprawdę boimy się w sobie i w innych. Pragniemy zrozumieć własne zachowanie, brzydotę lub odmienność, którą naszym zdaniem nosimy w sobie. Tak jak outsider H.P. Lovecrafta czy obcy Billy'ego Joela (lecz nie obcy Camusa - ten koleś jest dupkiem) istniejemy w świecie, który albo nas wcale nie dostrzega, albo nie dostrzega nas takich, jacy wydajemy się sami sobie, albo - mamy nadzieję - nie dostrzeże nas takich, jacy lękamy się, że nie zostaniemy zaakceptowani. Kim jesteśmy? Czym jesteśmy? Czy inni nas zrozumieją?

Wracając na chwilę do Blade Runnera. W filmie Roy Batty wyznaje swojemu stwórcy, że czynił okropne rzeczy, ale "nie zrobił nic takiego, za co bóg biomechaniki mógłby nie wpuścić go do nieba".

Potwory i ich potworność to określenia, które tworzymy dla siebie nawzajem i którymi definiujemy siebie samych. Tu chodzi o postrzeganie. O to, co widzimy w lustrze i co - boimy się - inni mogą w nim zobaczyć. W rzeczy samej dotykają tej niepokojącej prawdy, że nie wiemy, co czai się w umysłach innych ludzi, że kobieta stojąca obok nas w kolejce do okienka w banku lub mężczyzna przebrany za Świętego Mikołaja mogą zupełnie inaczej niż my postrzegać świat, innych ludzi i moralność.

Porozmawiajmy przez chwilę o rzeczywistości. Są potwory i potwory. Są prawdziwi mordercy, którzy z premedytacją zabijają i okaleczają ludzi, rujnują im życie i pozbawiają ich nadziei. To są potwory z krwi i kości. Jest też inny typ potworów. I tylko ten darzę sympatią. Stoję po stronie Bestii, której nikt nie rozumie i której intencje są opacznie pojmowane, a która, jeśli się jej poszczęści, znajdzie zrozumienie tylko w oczach Pięknej.

Chciałbym jasno wytyczyć granicę pomiędzy fikcją a rzeczywistością w moim podejściu do potworów. Andrew Vachss, powieściopisarz oraz obrońca praw dzieci, napisał kiedyś - pozwólcie, że sparafrazuję - że można współczuć potworowi z powodu tego, w jaki sposób stał się potworem, nie mając dla niego sympatii. Można współczuć dziecku, którego doświadczenia życiowe zmieniły w bezdusznego zabójcę, lecz z chwilą, gdy zamienia się ono w potwora, współczucie i sympatia znikają.

Zrozumieliście?

Świetnie, to wracamy do fikcji i mojej miłości do fikcyjnych potworów.

Koncepcja tej antologii poczęła się właśnie z tej miłości do potworów, którą opisałem powyżej. Ponieważ wiedziałem, że wielu innych autorów podziela tę miłość, postanowiłem udać się na łowy. Podobnie jak w wypadku The New Dead zarzuciłem ogromną sieć, kusząc pisarzy różnych gatunków do współtworzenia tego zbioru opowiadań. Byłem przekonany, że różnorodność obfitować będzie mnogością podejść do tematu. Mówiłem o FrankensteinieMobym Dicku i wszyscy co do jednego mnie rozumieli. Podzielali moje przekonanie, że bez względu na to, czy potwór chce nas zjeść, zgnieść czy oszukać, możemy obdarzyć go sympatią, a nasze podejście do niego zależy jedynie od wybranego przez nas punktu widzenia. Profesor X pragnie, by mutanci żyli w pokoju z ludźmi. Magneto z kolei hołduje przekonaniu, że ludzie zamierzają unicestwić mutantów i należy ich po prostu ubiec. Można by się pokusić o stwierdzenie, że każdy z nich ma rację.

Stephen King napisał kiedyś - ponownie sparafrazuję - że to, jak odbieramy potwory, wynika ze zbiorowego przyzwolenia. "Ja jestem w porządku, ty jesteś w porządku, ale ugh, spójrz na to". Jestem niemal pewien, że to coś, na co wskazujemy, wykrzywiając twarz z niesmakiem, spogląda na nas z podobną odrazą. Wszystko jest kwestią perspektywy. Ugh, spójrz na to. Ugh, spójrz na nas.

I tak ponownie dotarliśmy do kwestii outsidera i lustra, do tego, co ukrywamy, do tego, czego boimy się w sobie i innych. Do potworności.

Autorzy opowiadań zebranych w tej antologii świetnie poradzili sobie z wyzwaniem, które przed nimi postawiłem. Obowiązywało ich tylko kilka zasad. Po pierwsze żadnych wampirów i żadnych zombi. Tych jest na pęczki, a poza tym to zbyt oczywiste. Po drugie zniechęcałem ich do podjęcia tematu potworów w ludzkiej postaci, niemniej kilka takich historii znajdziecie w tym zbiorze. Po trzecie opowieści nie mogły być wcześniej nigdzie publikowane, choć i ta zasada została złamana. Jedno z opowiadań ukazało się wcześniej w zbiorze wydanym przez niewielkie wydawnictwo w nakładzie stu egzemplarzy. Jeśli przypadkiem jesteś jedną z tych stu osób, które miały okazję już je przeczytać... ciiii. Nie powiem o tym nikomu, jeśli wy też dotrzymacie tajemnicy.

Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Na kolejnych stronach znajdziecie opowiadania o lęku i złamanych sercach. O szaleństwie i śmiechu. Filozoficzne rozprawy i okrutne zakręty losu. Pożerające ludzi rośliny, a nawet pewną dozę sympatii dla diabła.

Proponuję wam zatem, byście spojrzeli na temat z nowej perspektywy. Zobaczyli świat nieludzkimi oczami.

Dołączcie do mnie w Zaułku potworów.

Przełożyła Anna Czechowska