Zaufaj mi. Tom 4 - Lisa Kleypas

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
Hampshire, AngliaSierpień 1852 roku
Każdy, kto choć raz miał w ręku jakąś powieść, wie, że guwernantka to zazwyczaj potulna osoba, która daje sobą kierować. Cicha, posłuszna, służalcza wręcz, nie wspominając już o tym, że pełna szacunku dla pana domu. Leo, lord Ramsay, wielokrotnie z irytacją zastanawiał się, dlaczego jego rodzina nie zatrudniła właśnie kogoś takiego. Zamiast tego Hathawayowie powierzyli dziewczęta Catherine Marks, która, zdaniem Leo, stanowiła prawdziwą zakałę tej zacnej profesji.
Oczywiście Leo nie wahał się przyznać, że Marks posiada pewne umiejętności. Wykonała naprawdę wspaniałą pracę, ucząc jego dwie najmłodsze siostry, Poppy i Beatrix, niuansów etykiety. A ich wykształcenie w tym względzie pozostawiało naprawdę wiele do życzenia, jako że żadne z Hathawayów nie spodziewało się, że pewnego dnia dołączy do elity brytyjskiego społeczeństwa. Wychowywali się według poglądów właściwych klasie średniej, na wsi na zachód od Londynu. Ich ojciec, Edward Hathaway, był uczonym specjalizującym się w historii średniowiecza - mógł się pochwalić szlachetnym urodzeniem, ale nie był arystokratą.
Jednak w wyniku serii niefortunnych zdarzeń Leo odziedziczył tytuł lorda Ramsaya i choć wcześniej uczył się na architekta, teraz był wicehrabią z majątkiem i dzierżawcami. Hathawayowie przeprowadzili się do posiadłości Ramsay w Hampshire i tam zmagali się z koniecznością przystosowania się do zupełnie nowego trybu życia.
Jednym z największych wyzwań była dla sióstr Hathaway nauka absurdalnie licznych zasad i umiejętności, które miały cechować dobrze urodzone młode damy. Gdyby nie instruktaż Catherine Marks, Hathawayowie wkroczyliby na londyńskie salony z gracją słonia w składzie porcelany. Marks sprawiła dosłownie cud, zwłaszcza w przypadku Beatrix, która bez wątpienia była najbardziej ekscentryczną panną Hathaway, wyróżniającą się nawet na tle swej niezwykle ekscentrycznej rodziny. Bea czuła się najszczęśliwsza, gdy mogła biegać po polach i lasach jak dzikie stworzenie, i dopiero Marks zdołała ją przekonać, że na sali balowej obowiązuje zupełnie inny kodeks zachowań. Napisała dla dziewcząt nawet serię wierszyków o etykiecie, wśród których znajdowały się istne klejnoty.
Młode panny wstrzemięźliwością się cechują.
Rozmawiając z obcym, nie narzekają, nie kłócą się i nie flirtują,
Bo wiedzą, że takie zachowanie
Nie przystoi prawdziwej damie.
Rzecz jasna, Leo przy każdej okazji wykpiwał talent poetycki Marks, choć w głębi ducha przyznawał, że jej metody naprawdę się sprawdzają. Jego siostry ostatecznie z powodzeniem przebrnęły przez sezon, który dla Poppy zakończył się ślubem z hotelarzem, Harrym Rutledgem.
Została więc już tylko Beatrix. Marks podjęła się roli przyzwoitki i damy do towarzystwa tej pełnej energii dziewiętnastolatki. Dla pozostałych Hathawayów Catherine była praktycznie członkiem rodziny.
Leo natomiast nie mógł znieść tej kobiety. Głośno wyrażała swoje opinie i w dodatku ośmielała się wydawać mu rozkazy. Gdy próbował być miły, warczała na niego albo drwiła niemiłosiernie. Gdy wydawał w pełni racjonalny sąd, nie pozwalała mu dokończyć zdania, podając całą listą powodów, dla których nie miał racji.
Na każdym kroku dawała mu do zrozumienia, że go nie lubi, Leo musiał więc odpowiedzieć tym samym. Przez cały poprzedni rok przekonywał sam siebie, że tak naprawdę wcale nie dba o to, że ona nim gardzi. W Londynie było mnóstwo kobiet znacznie piękniejszych, bardziej interesujących i pociągających niż Catherine Marks.
Jednak tylko ona go fascynowała.
Może to przez sekrety, których tak zagorzale strzegła. Marks nigdy nie poruszała w rozmowie tematu swojego dzieciństwa czy rodziny ani też powodów, dla których przyjęła posadę u Hathawayów. Przez krótki okres uczyła w szkole dla dziewcząt, ale nie opowiadała o swej pracy i przyczynach, dla których z niej zrezygnowała. Krążyły na jej temat różne plotki: a to nie mogła porozumieć się z dyrektorką, a to posądzano ją o moralny upadek, który miał ją zmusić do pójścia na służbę.
Marks była tak surowa i niezależna, że często nie można było w niej rozpoznać młodej kobiety, którą przecież była. Gdy Leo zobaczył ją po raz pierwszy, uznał, że jest istnym uosobieniem zasuszonej starej panny w okularach, z wiecznie nachmurzoną miną i zaciśniętymi w wąską kreskę ustami. Zawsze była sztywna jak pogrzebacz, a matowobrązowe włosy upinała w zbyt ciasny koczek. Ku niezadowoleniu rodziny Leo zaczął nazywać ją przez to Ponurym Żniwiarzem.
W ostatnim czasie jednak Marks przeszła zadziwiającą przemianę. Przybrała nieco na wadze, przez co straciła chorobliwą chudość, a jej policzki nabrały kolorów. Półtora tygodnia wcześniej, gdy Leo przyjechał na wieś z Londynu, zdumiał się na widok jej jasnozłotych loków. Okazało się, że Catherine od lat farbowała włosy, ale na skutek błędu aptekarza musiała porzucić swe przebranie. Ciemnobrązowy kolor przytłaczał jej delikatne rysy i bladą cerę. Gdy wróciła do naturalnego blondu, efekt okazał się oszałamiający.
I teraz Leo musiał borykać się ze świadomością, że Catherine Marks, jego odwieczny wróg, to prawdziwa piękność. Nie chodziło nawet o te włosy... raczej o to, jak źle Marks się z nimi czuła. Nagle okazała się krucha. I w rezultacie Leo zapragnął zerwać z niej kolejne warstwy, dosłownie i w przenośni. Zapragnął ją poznać.
Próbował zachować dystans, zastanawiając się nad konsekwencjami swojego odkrycia. Skonfundowała go reakcja rodziny, która zmianę w damie do towarzystwa skwitowała wzruszeniem ramion. Dlaczego żadne z nich nie było choć po części tak ciekawe Marks jak on? Dlaczego Marks tak długo ukrywała swą urodę? Co, do diabła, tak naprawdę ukrywała?
Pewnego słonecznego popołudnia, upewniwszy się, że wszyscy są czymś zajęci, Leo postanowił odszukać Marks, przekonany, że jeśli zmusi ją do konfrontacji na osobności, wydobędzie z niej jakąś odpowiedź. Znalazł ją w ogrodzie za żywopłotem, wśród powodzi żonkili. Siedziała na ławeczce przy wysypanej żwirem ścieżce.
Nie była sama.
Leo zatrzymał się w odległości dwudziestu jardów od niej i skrył się w cieniu gęstego cisu.
Obok Marks siedział mąż Poppy, Harry Rutledge. Najwyraźniej byli pogrążeni w prywatnej rozmowie.
Sytuacja nie była może skandaliczna, ale na pewno niestosowna.
Na Boga, o czym oni mogą tak dyskutować? Nawet z oddali można było dostrzec, że mówią o czymś ważnym. Ciemna głowa Harry'ego Rutledge'a pochylała się w jej kierunku. Jak głowa bliskiego przyjaciela. Kochanka.
Leo otworzył usta ze zdziwienia, gdy Marks sięgnęła szczupłą dłonią do okularów, jakby chciała otrzeć z oczu łzę.
Marks płakała w towarzystwie Harry'ego Rutledge'a!
Leo wstrzymał oddech. Zamarł, próbując uporać się z emocjami... zdumienie, troska, podejrzliwość, gniew.
Oni coś ukrywają. Knują.
Czy Marks była kiedyś kochanką Rutledge'a? Szantażował ją, czy może to ona coś na nim wymuszała? Nie... czułość w ich relacjach wręcz rzucała się w oczy.
Leo potarł szczękę, zastanawiając się nad następnym krokiem. Szczęście Poppy było dla niego najważniejsze. Zanim spierze nowego męża siostry na kwaśne jabłko, musi się dowiedzieć, o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. I potem, mając uzasadnienie, zrobi z Rutledge'a krwawą miazgę.
Odetchnął kilka razy głęboko i wrócił do obserwacji. Rutledge wstał i ruszył w kierunku domu. Marks została na ławce.
Leo bezwiednie podszedł bliżej. Nie był pewien, jak ją potraktuje i co powie. Wszystko zależało od tego, jaki impuls przejmie nad nim kontrolę. Istniało pewne prawdopodobieństwo, że po prostu ją udusi. Albo zdejmie jej z nosa te okulary i ją zniewoli. Poczuł przypływ gorącego, nieprzyjemnego uczucia, którego nigdy wcześniej nie zaznał. Czy to zazdrość? Chryste, tak. Szalał z zazdrości o chudą sekutnicę, która obrażała go i upokarzała na każdym kroku.
Chyba już całkiem stracił rozum. Miał obsesję na punkcie starej panny.
Może to ta jej rezerwa budziła w nim tak gwałtowne uczucia... Od dawna zastanawiał się przecież, co by się stało, gdyby ją przemógł. Catherine Marks, jego demoniczny mały adwersarz... naga i jęcząca pod nim. Niczego bardziej nie pragnął. To nawet miało sens: kobieta łatwa i chętna nie była żadnym wyzwaniem. Gdyby wziął do łóżka Marks, gdyby dręczył ją, aż zaczęłaby błagać i krzyczeć... tak, to byłaby prawdziwa rozkosz.
Leo podszedł do niej swobodnie. Kątem oka zauważył, że zesztywniała na jego widok. Przybrała surową nieszczęśliwą minę i zacisnęła wargi. Wyobraził sobie, że ujmuje jej twarz w dłonie i całuje ją długo i namiętnie, a ona osuwa się na ławkę bezwładnie, tracąc oddech.
Zamiast tego zacisnął dłonie w pięści w kieszeniach surduta i spojrzał na nią bez wyrazu.
- Możesz mi wyjaśnić, o co tu chodzi?
Promienie słońca zalśniły na szkłach okularów, przysłaniając jej oczy.
- Szpieguje mnie pan, milordzie?
- Ależ skąd. Nie interesuje mnie, co stare panny robią w wolnym czasie. Nie mogę jednak przejść obojętnie obok szwagra, który całuje guwernantkę w ogrodzie.
Należało podziwiać Marks za jej stalowe nerwy. Nic po sobie nie pokazała, zacisnęła tylko ręce na kolanach.
- Jeden pocałunek. W czoło.
- Nieistotne, ile było tych pocałunków i gdzie zostały złożone. Wyjaśnisz mi zaraz, dlaczego on to zrobił. I dlaczego na to pozwoliłaś. I oby twoja wersja była wiarygodna, bo jestem o krok od zaciągnięcia cię na trakt do Londynu i wsadzenia do pierwszego dyliżansu.
- Idź pan do diabła - odparła cicho i zerwała się z ławki. Zdołała przebiec dwa kroki, zanim chwycił ją od tyłu. - Nie dotykaj mnie!
Z łatwością odwrócił ją twarzą do siebie i zacisnął dłonie na jej szczupłych ramionach. Wyczuwał ciepło jej skóry przez cienki muślin rękawów. Jego nozdrza wypełnił niewinny zapach lawendowej wody. Zapach, który przypominał mu świeżą pościel i wykrochmalone prześcieradła. I to, jak bardzo chciał znaleźć się w niej.
- Masz zbyt wiele sekretów, Marks. Od roku już znoszę twój ostry język i tajemniczą przeszłość. A teraz chcę odpowiedzi. O czym rozmawiałaś z Harrym Rutledgem?
Zmarszczyła brwi o kilka tonów ciemniejsze niż włosy.
- Może sam go pan zapyta?
- Pytam ciebie. - Gdy nie zareagowała, Leo postanowił ją sprowokować. - Gdybyś była kimś innym, stwierdziłbym, że próbujesz go oczarować. Ale przecież oboje wiemy, że nie ma w tobie ani krzty uroku, prawda?
- Nawet gdybym go miała, nie marnowałabym go na pana!
- Daj spokój, Marks, spróbujmy zdobyć się na chwilę cywilizowanej rozmowy. Choć raz.
- Nie, dopóki mnie pan nie puści.
- Wtedy na pewno uciekniesz. A jest zbyt gorąco na pościg.
Catherine najeżyła się i spróbowała go odepchnąć, kładąc mu dłonie na piersi. Cała była opakowana w zwoje muślinu, koronek i gorsetów. Myśl o tym, co skrywa się pod spodem... białoróżowa skóra, delikatne krągłości, intymność... natychmiast go podnieciła.
Catherine wstrząsnął dreszcz, jakby odczytała jego myśli. Leo spojrzał na nią z napięciem.
- Boisz się mnie, Marks? - zapytał łagodnie. - Przecież sztorcujesz mnie przy każdej okazji.
- Oczywiście, że się nie boję, ty arogancki bufonie. Oczekiwałam jednak innego zachowania po człowieku o takiej pozycji.
- Masz na myśli arystokratę? - Wygiął brwi z kpiną. - Przecież tak się zachowują arystokraci. Dziwne, że dotąd tego nie zauważyłaś.
- Och, zauważyłam. Mężczyzna, który miał szczęście odziedziczyć tytuł, powinien jednak mieć na tyle przyzwoitości, by starać się sprostać jego wymaganiom. Godność para to obowiązek, odpowiedzialność, a pan zdaje się go postrzegać jak pozwolenie na najbardziej samolubne, obrzydliwe zachowanie, jakie można sobie wyobrazić. Co więcej...
- Marks - przerwał jej Leo aksamitnym tonem - naprawdę doskonale sobie radzisz, próbując odwrócić moją uwagę, ale to nie zadziała. Nie uciekniesz, dopóki nie wyznasz mi wszystkiego.
Przełknęła z trudem i odwróciła wzrok.
- Rozmawiałam na osobności z panem Rutledgem... scena, której był pan świadkiem...
- Tak?
- To dlatego, że... Harry Rutledge jest moim bratem. Przyrodnim bratem.
Leo spojrzał na jej pochyloną głową, próbując przyswoić nowinę. Poczuł się oszukany, zdradzony. Rozgorzał w nim gniew. Do jasnej cholery! Marks i Harry Rutledge są rodzeństwem?
- Nie ma powodu, dla którego musiałaś to ukrywać.
- Sytuacja jest skomplikowana.
- Dlaczego żadne z was nic nie powiedziało?
- Nie musi pan wiedzieć.
- Powinnaś była mi powiedzieć, zanim poślubił Poppy. Miałaś obowiązek mi powiedzieć.
- Dlaczego?
- Z lojalności, do diabła. Co jeszcze wiesz, co może mieć wpływ na moją rodzinę? Co jeszcze ukrywasz?
- Nie pańska sprawa. - Catherine zaczęła się wyrywać. - Proszę mnie puścić!
- Najpierw dowiem się, co knujesz. Czy naprawdę nazywasz się Catherine Marks? Kim ty, do diabła, jesteś? - Zaklął, gdy zaczęła się z nim siłować. - Przestań, ty mała diablico. Chcę tylko... Au! - zawołał, gdy wykręciła się i wbiła mu ostry łokieć w bok.
Ten manewr zapewnił Marks wolność, ale w ferworze walki straciła okulary, które upadły na ziemię.
- Moje okulary! - Wzdychając z irytacją, upadła na kolana i zaczęła ich szukać.
Leo dopadło poczucie winy. Wyglądało na to, że Marks jest dosłownie ślepa bez okularów. Gdy zobaczył, jak czołga się po ziemi, poczuł się jak brutal. Co z niego za osioł. Ukląkł obok niej.
- Nie widziałaś, gdzie dokładnie upadły? - zapytał.
- Gdybym miała taki dobry wzrok, okulary nie byłyby mi potrzebne, prawda?
- Pomogę ci szukać.
- Jak miło - skwitowała zgryźliwie.
Przez kolejne minuty w milczeniu przetrząsali ogród na kolanach, rozgarniając żonkile.
- A więc faktycznie potrzebujesz okularów - stwierdził w końcu Leo.
- Oczywiście, że tak. Po co miałabym je nosić, gdyby było inaczej?
- Myślałem, że to część twojego przebrania.
- Przebrania?
- Tak, Marks, przebrania. To rzeczownik określający środki, którymi się posługujemy, by ukryć tożsamość. Zazwyczaj używają go szpiedzy i klauni. A także najwyraźniej guwernantki. Dobry Boże, czy w tej rodzinie naprawdę nic nie może być normalne?
Marks spojrzała na niego z ukosa i mrugnęła. Wyglądała przez ułamek sekundy jak zdenerwowane dziecko, któremu zabrano ulubiony kocyk. Serce Leo ścisnęło się boleśnie.
- Znajdę te twoje okulary - rzucił szorstko. - Masz moje słowo. Jeśli chcesz, możesz wrócić do domu.
- Nie, dziękuję. Gdybym teraz zaczęła szukać domu, wylądowałabym pewnie w stodole.
Leo dostrzegł w trawie błysk metalu i zacisnął palce na oprawkach.
- Proszę bardzo. - Przysunął się do Marks i odwrócił ją do siebie. Wytarł soczewki rękawem. - Nie ruszaj się.
- Proszę mi je oddać.
- Ja to zrobię, uparciuchu. Kłótnia jest dla ciebie równie naturalna jak oddychanie, prawda?
- Nie, wcale nie - odparła i zarumieniła się, gdy Leo roześmiał się miękko.
- Drażnienie cię traci cały urok, gdy się tak łatwo poddajesz, Marks. - Ostrożnie umieścił okulary na jej nosie i przesunął palcem wzdłuż zauszników. Delikatnie dotknął koniuszka jej ucha. - Są źle dopasowane. - Promienie słońca podkreślały jej niezwykłą urodę, wydobywając z jej szarych oczu niebieskozielone błyski. Jak opale. - Masz takie małe uszy - kontynuował, otaczając dłońmi jej delikatną twarz. - Nic dziwnego, że okulary tak często spadają. Nie mają się na czym trzymać.
Catherine wpatrywała się w niego ze zdumieniem.
Jest taka krucha, pomyślał. Miała tak silną wolę i złośliwą naturę, że często zapominał o tym, jaka jest drobna i wątła. Dziwił się, że jeszcze nie odepchnęła jego dłoni - nie znosiła cudzego dotyku, zwłaszcza jego. Ona jednak nawet się nie poruszyła. Kciukiem dotknął nasady jej szyi i wyczuł nieznaczne falowanie, gdy przełknęła ślinę. Chwila była zupełnie nierzeczywista, jak senne marzenie. Nie chciał, by się skończyła.
- Czy Catherine to twoje prawdziwe imię? Czy możesz mi zdradzić choć tyle?
Zawahała się, bojąc się odsłonić przed nim choć odrobinę. Rozbroił ją jednak zupełnie, przesuwając palcami po jej szyi. Poczuła rumieniec na twarzy.
- Tak - wykrztusiła. - Mam na imię Catherine.
Klęczeli naprzeciwko siebie, otoczeni kłębowiskiem jej muślinowych spódnic. Ciało Leo reagowało gwałtownie na jej bliskość, czuł pulsowanie ciepła pod skórą i w kłopotliwych miejscach. Mięśnie zacisnęły się. Musi położyć temu kres, zanim zrobi coś, czego będzie żałować.
- Pomogę ci - rzekł szorstko. - Chodźmy do domu. Ostrzegam cię jednak, że to jeszcze nie koniec. Pozostało wiele...
Urwał, gdy Catherine otarła się o niego, próbując wstać. Zamarli pierś przy piersi, a ich oddechy zaczęły się mieszać.
Uczucie nierealności jeszcze się wzmogło. Klęczeli obok siebie w ogrodzie, powietrze było przesycone zapachem zgniecionej trawy i żonkili... a on miał w ramionach Catherine Marks. Jej włosy lśniły w słońcu, jej skóra była miękka jak płatki róż. Miała pełne wargi, gładkie i delikatne jak dojrzała persymona. Zapatrzony w nie poczuł, jak jeżą mu się włoski na karku.
Niektórym pokusom nie należy się opierać, stwierdził leniwie. Niektóre pokusy są tak nieustępliwe, że ciągle powracają. I dlatego należy się im poddać - po to, by się ich pozbyć.
- Do diabła, zrobię to. Nawet gdybym miał zostać potem unicestwiony.
- Co pan zrobi? - zapytała Marks, otwierając szeroko oczy.
- To.
Opadł wargami na jej usta.
Dosłownie poczuł, jak każdy mięsień w jego ciele westchnął z ulgą. Nareszcie. Uczucie było tak rozkoszne, że nie mógł się przez chwilę ruszać, czuł tylko jej wargi. Zatonął w niej. Przestał myśleć i poddał się pragnieniu... Skubał jej usta, dotykał języka, bawił się nim. Kolejny pocałunek zaczął się, zanim poprzedni się skończył. Połączył ich łańcuch zmysłowych dotknięć, muśnięć i czułości. Wszystkie jego nerwy musowały błogością.
Boże dopomóż, zapragnął więcej. Chciał wsunąć dłonie pod jej suknię i dotknąć każdego cala jej ciała. Chciał znaczyć ustami intymny szlak na jej skórze, całować i smakować każdy jej skrawek. Catherine odpowiedziała mu bezradnie, otaczając ramionami jego szyję. Przysunęła się do niego, owładnięta emocjami. Ich ciała podjęły nieznany, niespokojny rytm. Gdyby nie warstwy ubrań, bez wątpienia zaczęliby się kochać.
Leo całował ją, wiedząc, że powinien przestać, ale bał się tego, co miało się wydarzyć. Wiedział, że nie będą mogli wrócić do swarliwej relacji, która ich dotąd łączyła. To, co się stało, nadało ich losowi zupełnie nowy kierunek, a Leo był przekonany, że żadnemu z nich się to nie spodoba.
Nie mogąc się od niej w pełni oderwać, odsuwał się stopniowo - przesunął wargi z jej ust na podbródek i wrażliwe zagłębienie za uchem. Jej gwałtowny puls wibrował pod jego językiem.
- Marks - szepnął szorstko - bałem się tego. Wiedziałem, że... - Urwał, podniósł głowę i spojrzał na nią.
Zerknęła na niego zza zaparowanych szkieł.
- Moje okulary... znów je zgubiłam.
- Nie, tylko zaparowały.
Gdy mgiełka zniknęła, Marks odepchnęła go mocno. Zerwała się na nogi, gorączkowo wzbraniając się przed jego pomocą.
Spojrzeli na siebie. Trudno byłoby stwierdzić, które z nich jest bardziej przerażone.
- To nie powinno się było wydarzyć - burknęła Catherine. - Jeśli pan komuś o tym wspomni, będę zaprzeczać do ostatniego tchu. - Strzepnęła spódnice, próbując usunąć z nich resztki liści i trawy i posłała Leo ostrzegawcze spojrzenie. - Wracam do domu. I proszę za mną nie iść!
Rozdział 2
Ich ścieżki skrzyżowały się ponownie dopiero przy kolacji, do której zasiadła cała rodzina: siostry Leo, Amelia, Win i Poppy oraz ich mężowie: Cam Rohan, Kev Merripen i Harry Rutledge. Catherine Marks siedziała na końcu stołu z Beatrix.
Żadna z sióstr Leo nie zdecydowała się na konwencjonalne małżeństwo. Rohan i Merripen byli z pochodzenia Cyganami, dzięki czemu doskonale pasowali do szalonych Hathawayów. Mąż Poppy, Harry Rutledge, był ekscentrycznym hotelarzem, potężnym człowiekiem, którego podobno bardziej lubili jego wrogowie niż przyjaciele.
Czy faktycznie Catherine Marks była jego siostrą?
Leo przyglądał się im w czasie posiłku, doszukując się podobieństw. Jak mógł dotąd tego nie dostrzegać? Wysokie kości policzkowe, zdecydowana linia brwi, lekko skośne kąciki oczu.
- Muszę z tobą pomówić - zwrócił się do Amelii, gdy tylko kolacja dobiegła końca. - Na osobności.
Siostra spojrzała na niego z ciekawością.
- Oczywiście. Może pójdziemy na spacer? Jest jeszcze jasno.
Leo skinął głową.
Jako najstarsi z rodzeństwa często się sprzeczali. To jednak Amelia była jego ulubienicą, a także najbliższym powiernikiem. Miała dużo zdrowego rozsądku i nigdy nie wahała się wypowiadać na głos swojego zdania.
Nikt nie przypuszczał, że takiej pragmatyczce da się po prostu zawrócić w głowie. Cam Rohan zdołał jednak uwieść ją i poślubić, zanim w ogóle zorientowała się, co się wydarzyło. I okazało się, że właśnie jego zrównoważonego przewodnictwa wszyscy potrzebowali. Z czarnymi, zbyt długimi włosami i diamentowym kolczykiem w uchu nie wyglądał jak tradycyjna głowa rodziny, ale to właśnie jego niekonwencjonalność pozwalała mu kierować Hathawayami po mistrzowsku. Doczekali się z Amelią syna, Rye'a, który po ojcu odziedziczył ciemne włosy, a po matce niebieskie oczy.
Przechadzając się wzdłuż prywatnej drogi, Leo rozglądał się uważnie wokół. Latem słońce nad Hampshire zachodziło dopiero po dziewiątej, wciąż jeszcze więc oświetlało mozaikę lasów, wrzosowisk i zielonych łąk. Rzeki i strumienie przecinały krajobraz, karmiąc bujne życie bagien i podmokłych dolin. Posiadłość Ramsay nie była może największa w hrabstwie, ale należała do najpiękniejszych ze swym prastarym lasem i trzema tysiącami akrów uprawnej ziemi.
W ostatnim roku Leo zapoznał się z dzierżawcami, wprowadził wiele ulepszeń w systemie irygacji, reperował płoty, bramy i zabudowania... i dowiedział się znacznie więcej, niż kiedykolwiek zamierzał na temat rolnictwa. Wszystko to przez nieustępliwego Keva Merripena.
Merripen, który od dzieciństwa mieszkał z Hathawayami, zdołał nauczyć się chyba wszystkiego na temat zarządzania posiadłością ziemską. I teraz zamierzał przekazać całą tę wiedzę Leo.
- To nie będzie twoja ziemia - powiedział mu pewnego razu - dopóki nie oddasz jej swojej krwi i potu.
- Tylko tyle? - zapytał Leo z sarkazmem. - Tylko krew i pot? Jestem pewien, że mogę jej oddać jeszcze inne płyny ustrojowe, jeśli to takie istotne.
W skrytości ducha wiedział jednak, że Merripen ma rację. Poczucie posiadania, więź z majątkiem mógł nawiązać tylko w ten sposób.
Wcisnął ręce do kieszeni i westchnął ciężko. Czuł się niespokojny i poirytowany.
- Zapewne posprzeczałeś się z panną Marks - stwierdziła Amelia. - Zazwyczaj przez cały czas próbujecie wbić sobie nawzajem szpilkę. A dzisiaj milczeliście. Chyba ani razu nie podniosła wzroku znad talerza.
- Nie posprzeczaliśmy się.
- Więc o co chodzi?
- Wyznała mi... pod przymusem... że Rutledge jest jej bratem.
Amelia spojrzała na niego podejrzliwie.
- Pod jakim przymusem?
- Nieważne. Słyszałaś, co powiedziałem? Harry Rutledge jest...
- Panna Marks i bez ciebie ma wystarczająco dużo zmartwień, Leo. Mam nadzieję, że nie byłeś wobec niej okrutny, bo jeśli tak...
- Ja miałbym być okrutny wobec Marks? To o mnie powinnaś się martwić. Wystarczy chwila rozmowy z nią, bym uciekał w popłochu. - Jego irytacja jeszcze się wzmogła, gdy zauważył, że siostra próbuje ukryć uśmiech. - Rozumiem, że wiedziałaś o pokrewieństwie łączącym Marks i Rutledge'a?
- Od kilku dni - przyznała Amelia.
- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?
- Poprosiła mnie o dyskrecję.
- A dlaczego niby Marks zasługuje na dyskrecję, której nikt inny tu nie przestrzega? - Leo zatrzymał się i zmusił siostrę do tego samego, stając przed nią. - Dlaczego to tajemnica?
- Nie jestem pewna - przyznała Amelia z niepokojem. - Panna Marks zdradziła tylko, że w grę wchodzi jej bezpieczeństwo.
- A co jej grozi?
Amelia bezradnie pokręciła głową.
- Może Harry wie więcej. Choć wątpię, by ci to wyznał.
- Mój Boże, ktoś mi to wszystko wyjaśni, albo wyrzucę Marks na bruk bez mrugnięcia okiem.
- Leo... nie zrobiłbyś tego...
- I to z przyjemnością.
- Pomyśl o Beatrix, jaka będzie smutna, gdy...
- Myślę o Beatrix. Nie pozwolę, by moją siostrą opiekowała się kobieta z niebezpieczną tajemnicą. Jeśli Harry Rutledge, który ma powiązania z najbardziej nikczemnymi osobnikami, nie może jej uznać... Może to kryminalistka? Nie przyszło ci to do głowy?
- Nie - odparła stanowczo Amelia i ruszyła dalej. - Leo, dramatyzujesz. Ona nie jest kryminalistką.
- Nie bądź naiwna. Nikt nie jest taki, na jakiego wygląda.
- I co zamierzasz? - zapytała Amelia ostrożnie po chwili milczenia.
- Rano wyjeżdżam do Londynu.
Spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Ale Merripen chce, byś wziął udział w sadzeniu rzepy i nawożeniu, i...
- Wiem, czego chce Merripen. I choć naprawdę żałuję, że przegapię jego fascynujące wykłady na temat obornika, i tak pojadę. Spędzę trochę czasu z Rutledgem i wyciągnę od niego kilka odpowiedzi.
Amelia zmarszczyła brwi.
- A czemu tutaj z nim nie porozmawiasz?
- Bo właśnie trwa jego miesiąc miodowy i zapewne nie zechce spędzić ostatniej nocy w Hampshire na pogaduszkach ze mną. Poza tym postanowiłem przyjąć drobne zlecenie na zaprojektowanie oranżerii do domu w Mayfair.
- A ja myślę, że chcesz znaleźć się jak najdalej od Catherine. Myślę, że coś się między wami wydarzyło.
- Słońce zaszło - odparł Leo uprzejmym tonem. - Powinniśmy wracać.
- Nie możesz uciekać od problemów.
Wykrzywił wargi z irytacją.
- Dlaczego ludzie zawsze to mówią? Oczywiście, że mogę uciec od problemów. Robię to przez cały czas i ta metoda jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
- Masz obsesję na punkcie Catherine. Wszyscy to wiedzą.
- I kto tu dramatyzuje?
- Bezustannie ją obserwujesz. Gdy tylko ktoś wymówi jej imię, cały zamieniasz się w słuch. A gdy się z nią sprzeczasz, jesteś tak ożywiony, jak byłeś kiedyś, przed... - Urwała, szukając właściwych słów.
- Przed? - prowokował ją Leo.
- Przed epidemią szkarlatyny.
Na ten temat nigdy nie rozmawiali. Na rok przed tym jak Leo odziedziczył tytuł, przez wioskę, w której mieszkali Hathawayowie, przetoczyła się fatalna w skutkach epidemia szkarlatyny. Jej pierwszą ofiarą padła Laura Dillard, narzeczona Leo. Jej rodzina pozwoliła mu czuwać przy niej. Przez trzy dni umierała w jego ramionach.
Leo wrócił do domu i rozchorował się, tak jak Win. Cudem oboje przeżyli, ale Win nie doszła w pełni do zdrowia. A Leo stał się zupełnie innym człowiekiem, przeżycia te zostawiły na jego psychice niezatarty ślad. Osunął się w koszmar, z którego nie mógł się obudzić. Nie dbał o życie. Ranił swą rodzinę i przysparzał jej niezliczonych trosk. Gdy znalazł się na krawędzi, podjęto decyzję. Win wysłano do Francji na leczenie, a Leo został zmuszony, by jej towarzyszyć.
Słabe płuca Win regenerowały się w klinice specjalistycznej, a Leo całymi godzinami spacerował po bezdrożach Prowansji. Światło słońca, krystalicznie czyste powietrze, lenteur, czyli leniwe tempo życia, w końcu oczyściły jego umysł i przyniosły ukojenie duszy. Przestał pić, zadowalał się tylko jednym kieliszkiem wina do kolacji. Szkicował, malował i w końcu przebolał swą stratę.
Gdy wrócili do Anglii, Win, nie tracąc czasu, spełniła największe marzenie swego życia - wyszła za Merripena.
Leo natomiast starał się wynagrodzić swojej rodzinie wszelki zawód, jaki jej sprawił. I postanowił za wszelką cenę unikać miłości. Wiedział już, jak fatalne w skutkach może być głębokie uczucie i nie chciał nikomu oddawać takiej władzy nad sobą.
- Siostrzyczko - oznajmił ze smutkiem - jeśli w twojej głowie roi się szalona myśl o moim zainteresowaniu Marks, możesz o niej zapomnieć. Chcę tylko dowiedzieć się, co ona ukrywa. Nic więcej.
Rozdział 3
- Do dwudziestych urodzin nawet nie wiedziałem o istnieniu Cat - oznajmił Harry Rutledge, wyciągając przed siebie długie nogi. Razem z Leo siedzieli w pokoju klubowym hotelu Rutledge. Zaciszne i luksusowe pomieszczenie z ośmiokątnymi lożami było popularnym miejscem spotkań dla zagranicznej arystokracji, podróżnych, londyńskiej socjety i polityków.
Leo spojrzał na szwagra z nieskrywanym sceptycyzmem. Gdyby to on miał wybrać męża dla siostry, nie umieściłby raczej Rutledge'a na szczycie listy. Nie ufał mu. Musiał jednak przyznać, że Harry miał też swoje dobre strony, a jedną z nich było jego oczywiste oddanie Poppy.
Harry upił łyk ogrzanej brandy, starannie dobierając w głowie słowa. Był przystojnym mężczyzną, pełnym uroku, ale też bezwzględnym manipulatorem. W tym kontekście jego niewątpliwe osiągnięcia, między innymi postawienie największego i najbardziej wykwintnego hotelu w Londynie, nie mogły nikogo dziwić.
- Nie lubię rozmawiać o Cat z kilku powodów. Między innymi dlatego, że nigdy nie byłem dla niej zbyt miły i nie ochroniłem jej, gdy tego potrzebowała. Żałuję tego.
- Wszyscy mamy coś na sumieniu - odparł Leo, gdy aksamitny ogień brandy spłynął mu do gardła. - Dlatego też trzymam się moich złych nawyków. Zaczynasz żałować wtedy, gdy przestajesz coś robić.
Harry uśmiechnął się, ale szybko spoważniał i zapatrzył się w płomień małej lampki na stoliku.
- Zanim ci cokolwiek powiem, muszę zapytać, dlaczego interesujesz się moją siostrą.
- Pytam jako jej pracodawca. Niepokoi mnie wpływ, który panna Marks może mieć na Beatrix.
- Dotąd nie poddawałeś jej wpływu w wątpliwość. I z tego, co wiem, Cat doskonale sobie radzi z Beatrix.
- To prawda. Zaniepokoiła mnie jednak nowina o waszych tajemniczych powiązaniach. O ile wiem, knuliście coś razem.
Harry spojrzał mu prosto w oczy.
- Nic nie knuliśmy.
- Więc skąd te wszystkie sekrety?
- Nie wyjaśnię ci tego, jeśli nie zdradzę ci kilku szczegółów z mojej własnej przeszłości... A naprawdę nie lubię tego robić.
- Tak mi przykro - skwitował Leo bez cienia szczerości. - Słucham.
Harry zawahał się, jakby wciąż nie podjął decyzji, czy cokolwiek powiedzieć.
- Cat i ja mieliśmy jedną matkę. Nazywała się Nicolette Wigens. Była Angielką. Przeprowadziła się z rodziną do Buffalo, gdy była jeszcze dzieckiem. Nicolette była jedynaczką, urodziła się, gdy Wigensowie byli już posunięci w latach, dlatego też jej rodzice pragnęli, by wyszła za mężczyznę, który się nią zaopiekuje. Mój ojciec, Arthur, był od niej dwa razy starszy i dosyć zamożny. Podejrzewam, że Wigensowie wymusili na niej ten mariaż, na pewno nie było w nim miłości. Nicolette poślubiła Arthura, a ja przyszedłem na świat wkrótce potem. W zasadzie nieco za szybko. To wzbudziło falę spekulacji na temat ojcostwa Arthura.
- A był twoim ojcem? - zapytał Leo.
Harry uśmiechnął się cynicznie.
- A któż może to wiedzieć na pewno? - Wzruszył ramionami. - W każdym razie moja matka w końcu uciekła do Anglii z jednym z kochanków. Miała potem wielu mężczyzn, jak mniemam. Nie nawykła narzucać sobie ograniczeń. Była rozpuszczoną, nieznającą umiaru suką, ale była niezwykle piękna. To po niej Cat odziedziczyła urodę. - Zamyślił się na chwilę. - Tyle że Cat jest delikatniejsza. Bardziej subtelna. I w przeciwieństwie do matki ma miłą, kochającą naturę.
- Cóż - wtrącił kwaśno Leo - dla mnie nigdy nie była miła.
- Bo ją przerażasz.
Leo spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- A czym niby przerażam tę małą jędzę? I nie wmawiaj mi, że denerwują ją mężczyźni w ogóle, bo dla Cama i Merripena jest bardzo życzliwa.
- Przy nich czuje się bezpiecznie.
- A przy mnie nie? - zapytał z urazą Leo.
- Podejrzewam, iż ma świadomość, że ty jesteś mężczyzną.
Ta rewelacja sprawiła, że Leo aż podskoczył. Z udawanym znużeniem zaczął przyglądać się zawartości swego kieliszka.
- Powiedziała ci tak?
- Nie, sam to zauważyłem, w Hampshire. - Harry się wykrzywił. - W relacjach z Cat trzeba być uważnym obserwatorem. Ona nie mówi o sobie. - Dopił resztkę trunku, odstawił kieliszek i oparł się wygodnie. - Matka nie skontaktowała się ze mną ani razu po wyjeździe z Buffalo - kontynuował, splatając palce. - Gdy jednak skończyłem dwadzieścia lat, otrzymałem list wzywający mnie do przyjazdu do Anglii. Nicolette zapadła na wyniszczającą chorobę, zapewne jakiś rodzaj raka. Pomyślałem, że chce mnie zobaczyć przed śmiercią. Natychmiast wyruszyłem, ale zmarła tuż przed moim przybyciem.
- I wtedy poznałeś Marks.
- Nie, nie było jej tam. Cat pragnęła pozostać przy matce, ale odesłano ją do ciotki i babki ze strony ojca. A sam ojciec, nie mając zamiaru czuwać przy łożu chorej, udał się do Londynu.
- Szlachetny jegomość.
- Miejscowa kobieta zajęła się Nicolette w ostatnich tygodniach jej życia. To ona poinformowała mnie o Cat. Pomyślałem, że powinienem odwiedzić to dziecko, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że lepiej będzie tego nie robić. W moim życiu nie było miejsca dla nieślubnej przyrodniej siostry. Była ode mnie o połowę młodsza, potrzebowała kobiecej ręki. Założyłem, że lepiej jej będzie u ciotki.
- Miałeś rację?
Harry spojrzał na Leo nieodgadnionym wzrokiem.
- Nie.
W tej jednej sylabie zawierała się cała historia. Leo zapragnął ją usłyszeć.
- Co się stało?
- Postanowiłem zostać w Londynie i spróbować szczęścia w hotelarstwie. Napisałem do Cat list, w którym obiecałem jej wszelką pomoc. Kilka lat później odpisała mi. Odnalazłem ją w... bardzo trudnych okolicznościach. Żałuję, że nie dotarłem tam wcześniej.
Czując ukłucie niewytłumaczalnej troski, Leo nie zdołał dłużej zachować pozorów obojętności.
- Co masz na myśli, mówiąc o trudnych okolicznościach?
Harry pokręcił głową.
- Nie mogę ci zdradzić nic więcej. Reszta należy do Cat.
- Do diabła, Rutledge, nie możesz tak tego zostawić. Chcę wiedzieć, jak Hathawayowie zostali w to wplątani i dlaczego ostatecznie miałem nieszczęście stać się chlebodawcą najbardziej zrzędliwej i wścibskiej guwernantki w Anglii.
- Cat nie musi pracować. Dałem jej tyle pieniędzy, by mogła ułożyć sobie życie wedle swoich życzeń. Wyjechała do szkoły z internatem, gdzie uczyła się przez cztery lata, a kolejne dwa wykładała. W końcu przyjechała do Londynu, by poinformować mnie, że przyjęła posadę guwernantki u Hathawayów. Ty byłeś wtedy we Francji z Win, jak mniemam. Cat poszła na rozmowę, Cam i Amelia ją polubili, Beatrix i Poppy wyraźnie jej potrzebowały i chyba nikt nie wypytywał o jej brak doświadczenia.
- Oczywiście, że nie - stwierdził kwaśno Leo. - Moja rodzina z pewnością nie kłopotała się czymś tak pozbawionym znaczenia jak doświadczenie zawodowe. Rozmowę o pracę rozpoczęli zapewne od pytania o jej ulubiony kolor.
Harry z całych sił starał się nie roześmiać.
- Pewnie masz rację.
- Dlaczego poszła na służbę, jeśli nie potrzebowała pieniędzy?
Harry wzruszył ramionami.
- Chciała przekonać się, czym jest rodzina, nawet jeśli miała być kimś z zewnątrz. Cat jest przekonana, że nigdy nie założy własnej.
Leo zmarszczył brwi, jakby nie widział w tym stwierdzeniu żadnego sensu.
- Przecież nic jej nie powstrzymuje.
- Tak sądzisz? - W zielonych oczach Harry'ego mignęła drwina. - Wy, Hathawayowie, nie potraficie zrozumieć, czym jest dorastanie w izolacji, wśród ludzi, których w ogóle nie obchodzi los dziecka. Zakładacie, że to wina człowieka, że nie da się go kochać. A to uczucie otacza cię bez przerwy, aż staje się więzieniem i w końcu sam barykadujesz drzwi przed wszystkimi, którzy chcą się do ciebie zbliżyć.
Leo słuchał z uwagą, wyczuwając, że Harry mówi nie tylko o Catherine, ale i o sobie. Po cichu przyznał mu rację: nawet pogrążony w najgłębszej rozpaczy wiedział przecież, że jego rodzina go kocha.
Po raz pierwszy naprawdę dotarło do niego, co Poppy zrobiła dla Harry'ego - wyrwała go z niewidzialnego więzienia z jego opisów.
- Dziękuję - odparł w końcu cicho. - Wiem, że niełatwo ci było o tym mówić.
- Nie ma za co. Muszę tylko wyjaśnić ci jedną rzecz, Ramsay - mruknął Harry z powagą. - Jeśli skrzywdzisz Cat, będę musiał cię zabić.
Poppy siedziała w łóżku w koszuli nocnej i czytała książkę. Usłyszała, że ktoś wchodzi do apartamentu, podniosła głowę i uśmiechnęła się do męża, który pojawił się na progu sypialni. Jej puls przyspieszył rozkosznie na jego widok. Harry był enigmatycznym mężczyzną, niebezpiecznym nawet zdaniem tych, którzy chwalili się, że dobrze go znają. Przy Poppy ujawniał jednak swą zrelaksowaną wrażliwą stronę.
- Rozmawiałeś z Leo?
- Tak, najdroższa. - Zdjął surdut, rzucił go na oparcie krzesła i podszedł do łóżka. - Chciał porozmawiać o Cat, tak jak podejrzewałem. Powiedziałem mu tyle, ile mogłem.
- I co o tym sądzisz? - Poppy wiedziała, że Harry bezbłędnie potrafi odczytać myśli i motywacje innych.
Mężczyzna rozluźnił krawat.
- Ramsay niepokoi się o Cat znacznie bardziej, niż jest skłonny to przyznać, to jasne. A mnie się to nie podoba. Ale nie będę się wtrącał, dopóki Cat nie poprosi mnie o pomoc. - Dotknął odsłoniętej szyi żony, przesunął grzbietami palców po skórze z czułością, od której oddech Poppy przyspieszył. Czubki jego palców spoczęły na gwałtownie pulsującym miejscu i pogładziły je czule. Na policzki Poppy wystąpił rumieniec. - Odłóż książkę - poprosił niskim głosem.
Poppy zacisnęła palce na kołdrze.
- Ale właśnie dotarłam do bardzo interesującego fragmentu - odparła, drażniąc się z mężem.
- Na pewno nie jest nawet w połowie tak interesujący, jak to, co zaraz przydarzy się tobie. - Harry jednym zdecydowanym ruchem odsunął pościel i pochylił się nad nią... Książka upadła na podłogę, całkiem zapomniana.
Rozdział 4
Catherine miała nadzieję, że lord Ramsay, będzie trzymał się z dala od Hampshire przez długi czas. Gdyby minęło go odpowiednio wiele, mogliby nawet zacząć udawać, że pocałunek w ogrodzie nigdy nie miał miejsca.
Nie mogła jednak przestać się zastanawiać... dlaczego on to zrobił?
Zapewne chciał sobie z niej zadrwić, szukał nowego sposobu, by wytrącić ją z równowagi.
Gdyby na świecie istniała jakaś sprawiedliwość, Leo byłby tłusty, ospowaty i łysy. A tymczasem był wysokim, przystojnym, wspaniale zbudowanym mężczyzną. Miał ciemne włosy, jasnoniebieskie oczy i olśniewający uśmiech. Najgorsze było to, że wcale nie wyglądał na łobuza, za którego uchodził. Był zdrowy, zadbany, honorowy i zdawał się być najmilszym dżentelmenem, jakiego można było spotkać.
Iluzja rozwiewała się jednak, ilekroć otwierał usta. Wtedy ujawniała się jego nikczemna natura. Nigdy nie brakowało mu słów. Nie oszczędzał w drwinach nikogo, nawet siebie. Odkąd go poznała, zdążył pokazać praktycznie każdy niedopuszczalny dla dżentelmena rys charakteru, a wszelkie wysiłki sprowadzenia go na dobrą drogę pogarszały tylko sprawę. Zwłaszcza jeśli czyniła je Catherine.
Leo miał określoną przeszłość i nawet nie próbował się z nią kryć. Był szczery do granic przyzwoitości, opowiadał o piciu, uganianiu się za kobietami, awanturowaniu się i każdym innym autodestrukcyjnym zachowaniu, które przywiodło nieraz na skraj katastrofy całą jego rodzinę. On po prostu lubił być łajdakiem albo za takiego uchodzić. Opanował rolę zblazowanego arystokraty do perfekcji, a w jego oczach było tyle cynizmu, że choć miał dopiero trzydzieści lat, sprawiał wrażenie człowieka, który przeżył wszystko.
Catherine nie chciała mieć nic wspólnego z żadnym mężczyzną, a już na pewno nie z takim, który wręcz emanował niebezpiecznym urokiem. Takim nie można ufać. Być może jego najczarniejsze dni były wciąż przed nim. A nawet jeśli nie... cóż, było równie prawdopodobne, że jej najczarniejsze dni są jeszcze przed nią.
Mniej więcej tydzień po wyjeździe Leo z Hampshire, Catherine zgodziła się spędzić popołudnie na świeżym powietrzu ze swą najmłodszą podopieczną. Niestety nie była to spokojna przechadzka, którą Catherine preferowała. Beatrix się nie przechadzała, ona eksplorowała. Lubiła zagłębić się w lesie, badać florę, grzyby, gniazda, pajęcze sieci i dziury w ziemi. Nic nie sprawiało jej większej radości niż odkrycie czarnej traszki, gniazda jaszczurki, króliczej nory, czy śledzenie śladów borsuków.
Ranne zwierzęta chwytała, przywracała do zdrowia i wypuszczała. Te, które traciły samodzielność, stawały się częścią gospodarstwa domowego Hathawayów. A cała jej rodzina na tyle przywykła do dziwactw Beatrix, że nikt nawet nie mrugał, gdy po saloniku przechadzał się jeż, a po stole skakały zające.
Przyjemnie zmęczona po długiej wycieczce Catherine usiadła przy toaletce i rozpuściła włosy. Przesunęła palcami po czaszce i rozczesała gęste pukle, kojąc miejsca, które bolały od ciasnych warkoczy i spinek.
Gdy jej uszu dobiegł radosny pisk, odwróciła się i zobaczyła fretkę Beatrix, ukrywającą się dotąd pod komodą. Smukłe długie ciało Dodgera wygięło się w łuk, gdy skoczył do niej z białą rękawiczką w zębach. Mały złodziejaszek uwielbiał wyciągać ubrania z szuflad, skrzyń i szaf i ukrywać je w sekretnych miejscach. Ku ogromnej frustracji Catherine Dodger szczególnie upodobał sobie właśnie jej ubrania. Regularnie upokarzał ją, każąc jej przeczesywać Ramsay House w poszukiwaniu podwiązek.
- Ty przerośnięty szczurze - powiedziała do niego, gdy oparł przednie łapki na brzegu krzesła. Pogłaskała jego lśniące futerko, podrapała go po głowie i ostrożnie wyjęła mu z zębów rękawiczkę. - Ukradłeś mi wszystkie podwiązki i teraz wziąłeś się za rękawiczki?
Zwierzak wpatrywał się w nią z uczuciem rozjarzonymi oczami.
- Gdzie ukryłeś moje rzeczy? - zapytała, kładąc rękawiczkę na blacie. - Jeśli nie odzyskam wkrótce moich podwiązek, będę musiała obwiązywać pończochy starym sznurkiem.
Dodger poruszył wąsami, jakby chciał się do niej uśmiechnąć i pokazał małe ostre zęby. Wygiął się zachęcająco.
Catherine uśmiechnęła się z ociąganiem i podniosła szczotkę do włosów.
- Nie mam teraz czasu, by się z tobą bawić. Muszę się przygotować do kolacji.
Jednym zwinnym ruchem fretka skoczyła jej na kolana, porwała z toaletki rękawiczkę i wybiegła z pokoju.
- Dodger! - zawołała Catherine, biegnąc za nim. - Natychmiast mi to oddaj! - Na korytarzu natknęła się na rozgorączkowane pokojówki. Dodger zniknął za rogiem.
- Virgie - zwróciła się Catherine do jednej ze służących - co się dzieje?
Ciemnowłosa dziewczyna uśmiechnęła się wdzięcznie.
- Lord Leo właśnie przyjechał z Londynu, panienko. Gospodyni kazała nam przygotować jego pokój, położyć na stole dodatkowe nakrycie i rozpakować bagaże, gdy tylko pojawi się lokaj.
- Tak szybko? - zapytała Cat, blednąc. - Ale przecież nie pisał. Nikt się go nie spodziewał.
Ja się go nie spodziewałam...
Virgie tylko wzruszyła ramionami i pobiegła dalej z naręczem wykrochmalonej pościeli.
Catherine przycisnęła dłoń do brzucha, próbując opanować gonitwę myśli. Było tylko jedno wyjście: musi unikać Leo. Uda ból głowy i zostanie w swoim pokoju.
Nagle ktoś zapukał do jej drzwi i nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. Serce podeszło jej do gardła, gdy dostrzegła znajomą sylwetkę Leo.
- Jak pan śmie wchodzić do mojego pokoju bez... - Umilkła, gdy zamknął drzwi.
Odwrócił się do niej i objął ją spojrzeniem. Był wymięty po podróży i nieco zakurzony. Jego włosy najwyraźniej długo nie widziały grzebienia, były w nieładzie i opadały mu na czoło. Miał opanowany, lecz ostrożny wyraz twarzy. Zawsze obecną w jego oczach kpinę zastąpiło coś, czego Catherine nie potrafiła zidentyfikować. Coś nowego.
Zacisnęła dłoń w pięść, nerwowo łapiąc oddech. Zamarła, gdy podszedł bliżej, jej serce łomotało w piersi przepełnione oszałamiającą mieszaniną strachu i ekscytacji.
Oparł dłonie po obu stronach jej ciała i chwycił brzeg toaletki za nią. Był zbyt blisko, jego męska witalność otaczała ją ze wszystkich stron. Pachniał świeżym powietrzem, kurzem, końmi i zdrowym młodym mężczyzną. Gdy się nad nią pochylił, przycisnął kolano do jej spódnic.
- Po co pan tu wrócił? - zapytała słabym głosem.
Spojrzał jej prosto w oczy.
- Przecież wiesz.
Nie mogąc się powstrzymać, opuściła wzrok na stanowczą linię jego warg.
- Cat... musimy porozmawiać o tym, co się wydarzyło.
- Nie wiem, co pan ma na myśli.
Przechylił lekko głowę.
- Mam ci przypomnieć?
- Nie, nie... - Pokręciła głową z emfazą. - Nie.
Wygiął usta.
- Jedno nie w zupełności wystarczy, kochanie.
Kochanie?
- Myślałam, że dosyć jasno wyraziłam swoje zdanie, mówiąc, że zamierzam zapomnieć o tym, co się wydarzyło.
- I sądzisz, że to ci się uda?
- Tak, tak właśnie należy postępować, gdy się popełni błąd - odparła z trudem. - Zapomina się o nim i żyje się dalej.
- Naprawdę? - zapytał Leo z niewinną miną. - Moje błędy dostarczają mi tyle radości, że mam w zwyczaju je powtarzać.
Zaczęła się zastanawiać, co jest z nią nie tak, że kusi ją, by się uśmiechnąć.
- Ten błąd nie zostanie powtórzony.
- Ach, i znów ten ton guwernantki. Surowy i pełen dezaprobaty. Czuję się przez ciebie jak niegrzeczny uczniak. - Podniósł dłoń, by dotknąć czule jej brody.
Jej ciało drżało przepełnione konfliktem - jej skóra pragnęła jego czułości, a instynkt podpowiadał, by jak najszybciej się odsunęła. W rezultacie popadła w bezruch, napiąwszy wszystkie mięśnie.
- Jeśli natychmiast nie opuści pan tego pokoju - usłyszała swój głos - zrobię scenę.
- Marks, nic na świecie nie sprawiłoby mi większej radości. W zasadzie nawet ci pomogę. Od czego zaczniemy? - Najwyraźniej bawiła go jej konsternacja i rumieńce, które nagle wystąpiły na jej twarz.
Opuszkiem kciuka przesunął po cienkiej wrażliwej skórze jej podbródka. Odchyliła głowę do tyłu, zanim zorientowała się, co robi.
- Nigdy wcześniej nie widziałem takich oczu - powiedział Leo nieobecnym tonem. - Przypominają mi moją pierwszą wizytę nad Morzem Północnym. - Czubkami palców wciąż pieścił linię jej szczęki. - Gdy wiatr gna fale, woda ma taki sam zielonoszary kolor jak twoje oczy teraz... a na horyzoncie jest błękitna.
Catherine doszła do wniosku, że znów z niej drwi. Wykrzywiła się.
- Czego pan ode mnie chce?
Leo długo zwlekał z odpowiedzią, bawiąc się płatkiem jej ucha.
- Chcę poznać wszystkie twoje sekrety. I wydobędę je z ciebie, tak czy inaczej.
W końcu znalazła w sobie siłę, by odepchnąć jego dłoń.
- Proszę przestać. Bawi się pan moim kosztem, jak zwykle. Jest pan rozwiązłym łajdakiem, pozbawionym zasad łotrem i...
- Nie zapomnij o "lubieżnym libertynie", to moje ulubione.
- Wynocha!
Leo leniwie odepchnął się od toaletki.
- Dobrze. Idę. Najwyraźniej boisz się, że jeśli zostanę, nie będziesz w stanie kontrolować swoich pragnień.
- Obecnie pragnę pana okaleczyć i rozczłonkować.
Leo uśmiechnął się szeroko i podszedł do drzwi. Zatrzymał się na progu i spojrzał na nią przez ramię.
- Twoje okulary znów zachodzą mgłą - dodał jeszcze i wymknął się z pokoju, zanim Catherine zdołała znaleźć coś, czym mogłaby w niego rzucić.
Rozdział 5
- Leo - oznajmiła Amelia, gdy jej brat wszedł do pokoju śniadaniowego następnego ranka - musisz się ożenić.
Posłał jej ostrzegawcze spojrzenie. Przecież wiedziała, że nie należy z nim rozmawiać o tej porze. Leo lubił leniwie rozpoczynać dzień, Amelia natomiast od wczesnego ranka kipiała energią. Poza tym nie wyspał się, męczony przez erotyczne sny z Catherine Marks w roli głównej.
- Przecież wiesz, że nigdy się nie ożenię.
- Cóż, i tak żadna rozsądna kobieta by pana nie zechciała - dobiegł ich głos Marks. Guwernantka siedziała w rogu na wąskim krześle. Promienie słońce odbijały się od jej jasnych włosów, zamieniając pyłki kurzu w powietrzu w iskierki.
Leo od razu podjął wyzwanie.
- Rozsądna kobieta... Chyba jeszcze żadnej nie spotkałem.
- A skąd pan to wie? Przecież na pewno nie interesował pana ich charakter. Bardziej przypatrywanie się ich... ich...
- Czemu dokładnie?
- Rozmiarom ich sukien - wybrnęła w końcu Marks.
Leo wybuchnął śmiechem, rozbawiony jej pruderią.
- Naprawdę nie możesz wymieniać nazw części ciała w towarzystwie, Marks? Piersi, biodra, nogi... Dlaczego rozmowy o ludzkiej anatomii są takie niestosowne?
Zmrużyła powieki.
- Bo prowokują niestosowne myśli.
Uśmiechnął się do niej znacząco.
- To fakt.
- Cóż, ja się przed nimi wzbraniam. I wolę, by tak pozostało.
Uniósł brwi.
- Nie miewasz niestosownych myśli?
- Prawie nigdy.
- A jeśli już miewasz, to jakie?
Spojrzała na niego gniewnie.
- Miałaś kiedyś niestosowne myśli na mój temat? - kontynuował Leo, prowokując u panny Marks ognisty rumieniec.
- Przecież powiedziałam, że nie miewam niestosownych myśli.
- Nie, powiedziałaś, że prawie nigdy ich nie miewasz. Co oznacza, że jedna czy dwie jednak gdzieś tam kołaczą ci się po głowie.
- Leo, przestań ją dręczyć - wtrąciła Amelia.
Mężczyzna jej jednak nie usłyszał, całkowicie skupiony na Catherine.
- Nie myślałbym o tobie źle, gdybyś je jednak miewała. Chyba nawet mógłbym cię za to polubić.
- O, nie wątpię - odgryzła się Catherine. - Pan zapewne w ogóle preferuje kobiety pozbawione jakichkolwiek cnót.
- Cnota w kobiecie jest jak pieprz w zupie. W małych ilościach to doskonała przyprawa. Jeśli przesadzisz, nikt nie będzie cię chciał.
Catherine zacisnęła wargi i odwróciła wzrok, kończąc sprzeczkę.
Nagle Leo uświadomił sobie, że cała rodzina przygląda mu się z rozbawieniem.
- Co znów zrobiłem? Co się dzieje? I co, do diabła, wszyscy tak czytacie?
Amelia, Cam i Merripen rozłożyli na stole stos papierów, a Win i Beatrix sprawdzały coś w opasłej encyklopedii.
- Nasz radca prawny, pan Gadwick, właśnie przysłał list - odparł Merripen. - Wygląda na to, że gdy dziedziczyłeś posiadłość, nie poinformowano cię o kilku istotnych kwestiach.
- Wcale mnie to nie dziwi - stwierdził Leo, podchodząc do bufetu. - Podrzucili mi posiadłość i tytuł jak zgniłe jajo. Razem z tą całą klątwą.
- Nie ma żadnej klątwy - zaprotestowała Amelia.
- Doprawdy? - Leo uśmiechnął się ponuro. - To dlaczego pół tuzina lordów Ramsayów zmarło jeden po drugim?
- Zbieg okoliczności. Najwyraźniej ta gałąź rodziny od początku była niezdarna i wsobna. Zdarza się wśród arystokracji.
- Cóż, my raczej nie mamy tego problemu. - Leo zwrócił się do Merripena. - Opowiedz mi o tych istotnych kwestiach. Tylko nie używaj trudnych słów. Nie lubię myśleć o tej porze dnia. Sprawia mi to fizyczny ból.
Merripen usiadł przy stole, nie wyglądał na zadowolonego.
- Dom i działka, na której stoi, mniej więcej czternaście akrów, nie były częścią pierwszej posiadłości Ramsay. Dodano je później. Zgodnie z prawem stanowią one osobną własność. I w przeciwieństwie do reszty posiadłości nimi lord może zarządzać wedle swojej woli, na przykład zastawić je lub sprzedać.
- Świetnie - wtrącił Leo. - Ja jestem lordem, nie chcę nic zastawiać ani sprzedawać, więc wszystko jest w porządku, prawda?
- Nie.
- Nie? - Leo jęknął. - Przecież zgodnie z zasadami majoratu lord zawsze dziedziczy ziemię i dwór. Nie da się ich rozdzielić.
- Fakt - zgodził się Merripen. - I dlatego masz pełne prawo do dawnego dworu. Leży nad strumieniem w północnozachodnim rogu posiadłości.
Leo odstawił talerz z niedojedzonym śniadaniem i spojrzał na Merripena ze zdumieniem.
- Przecież tu kupa gruzów porośnięta mchem. Została wzniesiona za Edwarda Wyznawcy, na litość Boską.
- Owszem. I to jest twój prawdziwy dom.
- Nie chcę tamtej ruiny, chcę ten dom - stwierdził Leo z irytacją. - Na czym polega problem?
- Mogę ja mu powiedzieć? - zapytała z przejęciem Beatrix. - Sprawdziłam wszystkie prawnicze terminy i na pewno wyjaśnię mu to lepiej niż ktokolwiek. - Usiadła przy stole z Dodgerem, który ułożył się na jej ramionach. - Widzisz, Leo, poprzedni dwór popadł w ruinę kilka stuleci temu. I wtedy ówczesny lord Ramsay kupił tę czternastoakrową działkę i zbudował na niej nowy dwór. Od tamtej pory przekazywano go na mocy zwyczaju każdemu nowemu lordowi. Ale ostatni lord Ramsay, ten tuż przed tobą, znalazł sposób, by to, co da się oddzielić od majoratu, przekazać swojej żonie i córce. Tak więc Ramsay House i czternastoakrową parcelę odziedziczyły hrabina Ramsey i jej córka Vanessa Darvin.
Leo pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Dlaczego dowiadujemy się o tym dopiero teraz?
- Wygląda na to, że wdowa nie rościła sobie praw do domu, dopóki był ruiną - odparła Amelia ponuro. - Ale teraz, gdy tak pięknie go odrestaurowaliśmy, poinformowała naszego adwokata, że zamierza przejąć majątek.
Leo wpadł w gniew.
- Niech mnie diabli, jeśli pozwolę komukolwiek odebrać Ramsay House Hathawayom. Jeśli będzie trzeba, pójdę z tym do Westminster.
Merripen potarł kąciki oczu.
- Oni nic nie zrobią.
- Skąd wiesz?
- Nasz adwokat już się dowiadywał w tej sprawie. Niestety Ramsay House nigdy nie był objęty majoratem.
- Możemy przecież wykupić tę część od wdowy.
- Już nas poinformowała, że żadne pieniądze nie skłonią jej do pozbycia się majątku.
- Kobiety często zmieniają zdanie. Ponowimy ofertę.
- Dobrze. Ale jeśli znów odmówi, pozostanie już tylko jeden sposób, by zachować dom.
- Nie mogę się wręcz doczekać, by to usłyszeć.
- Poprzedni lord Ramsay zastrzegł w testamencie, że otrzymasz ziemię wraz z domem, jeśli ożenisz się i spłodzisz prawowitego dziedzica w ciągu pięciu lat od dnia odziedziczenia tytułu.
- Dlaczego akurat pięć lat?
- Bo w ciągu ostatnich trzech dekad nie zdarzyło się, by Ramsay żył dłużej po odziedziczeniu tytułu - wyjaśniła delikatnie Win - czy też spłodził w tym czasie potomka.
- Dobra wiadomość jest taka, Leo - dodała radośnie Beatrix - że minęły już cztery lata, odkąd odziedziczyłeś tytuł. Jeśli pożyjesz jeszcze rok, złamiesz rodzinną klątwę.
- Tyle że musisz jak najszybciej się ożenić i sprowadzić na świat syna - wtrąciła Amelia.
Leo spojrzał w osłupieniu na członków swej rodziny. W końcu roześmiał się z niedowierzaniem.
- Wszyscy chyba całkiem straciliście rozum, jeśli myślicie, że zawrę małżeństwo bez miłości tylko po to, byście mogli dalej mieszkać w Ramsay House.
Win uśmiechnęła się pojednawczo i podała mu arkusz papieru.
- Nigdy nie zmusilibyśmy cię do małżeństwa bez miłości, braciszku. Stworzyliśmy jednak listę potencjalnych panien młodych, wszystko to niezwykle urocze dziewczęta. Może rzucisz okiem i sprawdzisz, czy któraś ci się podoba?
Chcąc dogodzić Win, Leo wziął kartkę.
- Marietta Newbury?
- Owszem - powiedziała Amelia. - Co jest z nią nie tak?
- Nie podobają mi się jej zęby.
- A Isabella Charrington?
- Nie podoba mi się jej matka.
- Lady Blossom Tremaine?
- Nie podoba mi się jej imię.
- Na litość boską, Leo, przecież nie możesz jej za to winić.
- I co z tego? Nie mogę mieć żony, która ma imię Blossom. Każdej nocy czułbym się tak, jakbym spędzał do domu jedną z moich krów. - Leo uniósł wzrok do sufitu. - Równie dobrze mógłbym poślubić pierwszą napotkaną na ulicy kobietę. Ba, lepiej by mi było z Marks.
Zapadło milczenie.
Schowana w kącie pokoju Catherine podniosła głowę, gdy uświadomiła sobie, że wszyscy na nią patrzą. Otworzyła szeroko oczy i oblała się różowym rumieńcem.
- To nie jest śmieszne - oznajmiła ostrym głosem.
- To doskonałe rozwiązanie - stwierdził Leo, czerpiąc perwersyjną satysfakcję z irytowania guwernantki. - Cały czas się kłócimy. Nie możemy na siebie patrzeć. Już zachowujemy się jak małżeństwo.
Catherine zerwała się z krzesła i spojrzała na niego gniewnie.
- Nigdy nie wyraziłabym na to zgody.
- I dobrze, bo cię o to nie pytałem. Ilustrowałem tylko pewną tezę.
- Mnie proszę do tego nie wykorzystywać! - Panna Marks wybiegła z pokoju.
- Wiecie co? - rzekła Win z namysłem. - Powinniśmy wydać bal.
- Bal? - zapytał Merripen ze zdziwieniem.
- Tak, zaprosimy wszystkie niezamężne młode damy, które przyjdą nam do głowy. Może jedna z nich spodoba się Leo na tyle, by zaczął ubiegać się o jej rękę.
- Nie będę się do nikogo zalecał! - zaprotestował Leo.
Kolektywnie go zignorowano.
- Podoba mi się ten pomysł - zgodziła się Amelia. - Polowanie na pannę młodą.
- Chyba raczej polowanie na pana młodego - zauważył kpiąco Cam - jako że to Leo będzie zwierzyną łowną.
- Jak Kopciuszek! - zawołała Beatrix. - Tyle że bez czarującego księcia.
Gdy wybuchła sprzeczka, Cam uniósł dłoń, by wszystkich uciszyć.
- Spokojnie, moi drodzy. Jeśli stracimy Ramsay House, możemy wybudować drugi dom w dowolnym punkcie posiadłości.
- To zabrałoby całą wieczność i pochłonęło majątek - zaprotestowała Amelia. - A poza tym to już nie byłoby to samo. Zbyt wiele czasu poświęciliśmy na odbudowanie tego domu, włożyliśmy w to serce.
- Zwłaszcza Merripen - dodała Win cicho.
Merripen lekko pokręcił głową.
- To tylko dom.
Wszyscy jednak dobrze wiedzieli, że to coś więcej niż kamień i zaprawa... to był ich dom. Tu przyszedł na świat syn Cama i Amelii. Tu pobrali się Win i Merripen. Pełen chaotycznego uroku Ramsay House doskonale oddawał charakter rodziny Hathawayów.
Nikt nie rozumiał tego lepiej niż Leo. Jako architekt wiedział, że istota niektórych budynków zawiera się w czymś więcej niż sumie jego elementów. Ramsay House popadł w ruinę i został odbudowany... z porzuconej skorupy przemienił się w kwitnące szczęśliwe domostwo dzięki rodzinie, która w nim zamieszkała. To byłaby zbrodnia, gdyby przez kruczek prawny Hathawayów zastąpiły w nim dwie kobiety, które nic weń nie zainwestowały.
Przeklinając pod nosem, Leo przeczesał włosy palcami.
- Chcę rzucić okiem na ruiny starego dworu - powiedział. - Merripen, jak mam tam dojechać?
- Sam nie wiem. Rzadko się tam zapuszczam.
- Ja wiem - wtrąciła Beatrix. - Razem z panną Marks jeździmy tam czasami konno, by szkicować. Ruiny są bardzo malownicze.
- Pojedziesz tam ze mną?
- Z przyjemnością.
Amelia zmarszczyła brwi.
- Po co chcesz odwiedzać ruiny, Leo?
Uśmiechnął się krzywo, by ją zirytować.
- Cóż, żeby zdjąć miarę na zasłony, to chyba oczywiste.
Rozdział 6
- Do kroćset! - zawołała Beatrix, wchodząc do biblioteki, w której czekał brat. - Nie mogę jechać z tobą do ruin. Właśnie zajrzałam do Szczęściary, będzie rodzić. Nie mogę jej zostawić w takiej chwili.
Leo uśmiechnął się krzywo i odłożył książkę na półkę.
- Kim jest Szczęściara?
- Och, przecież ty jeszcze jej nie poznałeś. To trzynoga kotka, która należała do wiejskiego serowara. Biedactwo wpadło w pułapkę na szczury i trzeba było amputować jej łapkę. Nie mogła już potem łowić myszy i serowar oddał ją mnie. Nawet nie nadał jej imienia, wyobrażasz sobie?
- Biorąc pod uwagę jej przygody, to chyba lekkie nieporozumienie nazywać ją "Szczęściarą".
- Pomyślałam, że może dzięki temu pech ją opuści.
- Na pewno - zgodził się Leo z rozbawieniem.
Oddanie, z jakim Beatrix niosła pomoc wszelkim stworzeniom, na równi wzruszało i martwiło Hathawayów. Doskonale zdawali sobie sprawę, że to właśnie ich najmłodsza latorośl jest najbardziej niekonwencjonalnym członkiem już i tak ekscentrycznej rodziny.
Podczas londyńskiego sezonu Beatrix cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Była naprawdę śliczna ze swymi niebieskimi oczami, ciemnymi włosami i wysoką, wiotką sylwetką. Młodych dżentelmenów pociągały jej świeżość i urok, przy czym nie wiedzieli, że takie samo cierpliwe zainteresowanie jak im Beatrix okazuje też jeżom, polnym myszom i nieposłusznym spanielom. Gdy jednak nadchodził czas zalotów, z niechęcią rezygnowali z jej zajmującego towarzystwa na rzecz bardziej konwencjonalnych dam. Z każdym kolejnym sezonem szanse Bei na zamążpójście malały.
Ona jednak zdawała się tym wcale nie przejmować. Miała prawie dwadzieścia lat i nigdy dotąd nie obdarzyła nikogo uczuciem. Hathawayowie wiedzieli, że tylko wyjątkowy człowiek mógłby ją zrozumieć. Żyła zgodnie ze swą naturą, nie dbając o konwenanse.
- Zajmij się Szczęściarą - powiedział miękko Leo. - Zapewne dotrę do ruin na własną rękę.
- Nie pojedziesz sam. Poprosiłam pannę Marks, by ci towarzyszyła.
- Naprawdę? I zgodziła się?
Nim Beatrix zdołała odpowiedzieć, do biblioteki weszła Catherine w amazonce i z włosami ściągniętymi w ciasny węzeł. Pod pachą niosła szkicownik. Zatrzymała się na widok Leo, który miał na sobie surdut do jazdy konnej, obcisłe bryczesy i wytarte buty, po czym spojrzała nieufnie na Beatrix.
- Dlaczego jeszcze się nie przebrałaś, moja droga?
- Przykro mi, panno Marks, ale nie mogę jechać. Szczęściara mnie potrzebuje. Ale to nic, pani na pewno lepiej wskaże Leo drogę. - Beatrix uśmiechnęła się radośnie. - To wspaniały dzień na przejażdżkę, prawda? Udanej wycieczki! - Energicznym krokiem opuściła bibliotekę.
Catherine zmarszczyła brwi, spoglądając na Leo.
- Dlaczego chce pan odwiedzić ruiny?
- Chciałbym po prostu rzucić na nie okiem. A zresztą, nie muszę się przecież tłumaczyć. Po prostu zrezygnuj, jeśli boisz się jechać tylko ze mną.
- Miałabym się pana bać? W najmniejszym stopniu.
Leo pokazał drzwi, parodiując gest dżentelmena.
- Panie przodem.
Ze względu na strategiczną wagę portów w Southampton i Portsmouth w całym Hampshire pełno było średniowiecznych zamków i malowniczych ruin fortów i anglosaskich umocnień. Leo wiedział, że na terenie posiadłości znajdują się szczątki starego dworu, ale dotąd nie miał okazji ich zwiedzić. Nie miał zwyczajnie czasu, zajęty uprawianiem ziemi, liczeniem czynszów, najemnymi robotnikami, kredytami, tartakiem i okazjonalnymi zleceniami architektonicznymi, które przyjmował.
Przejechali z Catherine przez pola kwitnącej rzepy i pszenicy, i pastwiska, na których pasły się puszyste białe owce. Przecięli las na północno-zachodnim krańcu posiadłości, gdzie szerokie strumienie obmywały zielone wzgórza i wapienne wzniesienia. Tu ziemia była mniej urodzajna, bardziej kamienista niż gliniasta, ale sama lokalizacja doskonale nadawała się na umocniony dwór.
Gdy wjeżdżali na wzgórze, Leo rzucał ukradkowe spojrzenia Catherine. Prowadziła konia z gracją, oszczędnymi ruchami. Doskonale wykształcona młoda dama, stwierdził. Wytworna, elokwentna, władająca szeroką wiedzą. Każda inna chwaliłaby się tymi cechami, Catherine robiła, co mogła, by nie zwracać na siebie uwagi.
W końcu dojechali do ruin dawnego dworu. Resztki ścian sterczały z ziemi jak kręgi skamieniałych stworzeń. Granice budowli wyznaczały nierówności pokrytej mchem ziemi. Płytki rów, szeroki na dwadzieścia pięć stóp, pokazywał rozmiary fosy, która kiedyś otaczała wzniesienie.
Leo zsiadł z konia, spętał go i podszedł pomóc Catherine, która przełożyła prawą nogę przez łęk i ześliznęła się z siodła prosto w jego ramiona. Rondo toczka rzuciło cień na jej opalizujące oczy, gdy uniosła ku niemu zarumienioną od wysiłku twarz. Rozchyliła wargi... i nagle Leo wyobraził sobie, jakby to było kochać się z nią, mieć pod sobą jej smukłe, gibkie ciało, czuć jej oddech na szyi. Doprowadziłby ją do ekstazy powoli i bezlitośnie, a ona wbijałaby w niego paznokcie, jęczałaby i szeptem wykrzykiwała jego imię...
- A oto i on - powiedziała Catherine. - Dom pańskich przodków.
Leo z trudem oderwał od niej wzrok.
- Urocze. Trzeba tylko nieco posprzątać i miejsce będzie jak nowe.
- Zamierza pan poddać się woli rodziny i znaleźć sobie żonę?
- Sądzisz, że powinienem?
- Nie, nie posiada pan zadatków na przyzwoitego męża. Ani charakteru.
Był tego samego zdania. A jednak zabolała go świadomość, że ona tak myśli.
- Skąd czerpiesz tak pełną wiedzę na temat mojego charakteru?
Catherine wzruszyła ramionami ze skrępowaniem.
- Nie można uniknąć wysłuchiwania plotek o pana wyczynach, gdy bale spędza się w towarzystwie wdów i matron.
- Rozumiem. A ty wierzysz we wszystko, co usłyszysz?
Nie odpowiedziała. Spodziewał się, że będzie się z nim kłócić, że go obrazi. Ku jego zdumieniu jednak Catherine spojrzała na niego ze skruchą.
- Ma pan rację. Niezależnie od tego, na ile te plotki są prawdziwe, i tak nie powinnam ich słuchać.
Czekał na zgryźliwą uwagę, ale panna Marks zdawała się mówić całkiem szczerze. Zrozumiał wtedy, jak mało wie o tej lubiącej odosobnienie poważnej młodej kobiecie, która już od tak dawna żyła na marginesie jego rodziny.
- I co głoszą te plotki? - zapytał od niechcenia.
Posłała mu kpiące spojrzenie.
- Wiele się mówi o pana sprawności jako kochanka.
- Och, te plotki są jak najbardziej prawdziwe. - Cmoknął z dezaprobatą. - Czy wdowy i przyzwoitki naprawdę rozprawiają o takich rzeczach?
Wygięła brwi.
- A pan myślał, że o czym?
- O robótkach ręcznych. Przepisach na galaretki.
Pokręciła głową i przygryzła wargi, by się nie uśmiechnąć.
- Jakie nużące muszą być dla ciebie te spotkania - stwierdził Leo. - Zawsze w kącie, otoczona plotkami, przyglądasz się, jak wszyscy inni tańczą.
- To nie jest nużące. Nie lubię tańczyć.
- A tańczyłaś kiedykolwiek z mężczyzną?
- Nie - przyznała.
- To skąd wiesz, że tego nie lubisz?
- Mogę przecież mieć opinię na temat czegoś, czego nie próbowałam.
- Ależ oczywiście. Znacznie łatwiej jest formułować opinie, nie kłopocząc się doświadczeniami czy faktami.
Zmarszczyła brwi, ale nie odpowiedziała.
- Poddałaś mi pewien pomysł, Marks - kontynuował Leo. - Pozwolę siostrom zaplanować ten bal z jednego powodu: by do ciebie w trakcie podejść i poprosić cię do tańca. Przy wszystkich.
Spojrzała na niego ze zgrozą.
- Odmówię.
- I tak to zrobię.
- Aby ze mnie zadrwić. Zrobić pośmiewisko z nas obojga.
- Nie. - Jego głos złagodniał. - Aby zatańczyć, Marks.
Wpatrywali się w siebie przez długą chwilę z fascynacją.
A potem Catherine się uśmiechnęła. Słodko, naturalnie, olśniewająco - jak jeszcze nigdy się do niego nie uśmiechała. Leo poczuł ucisk w piersi. Ogarnęła go fala gorąca, jakby nagle ktoś podał mu wprawiający w euforyczny nastrój narkotyk.
To musiało być... szczęście. Pamiętał jeszcze to uczucie. Z całych sił starał się o nim zapomnieć, ale przyprawiające o zawrót głowy ciepło i tak rozpłynęło się po całym jego ciele.
- Dziękuję - powiedziała w końcu Catherine, uśmiechając się miękko. - To bardzo miło z pana strony, milordzie. Nigdy jednak z panem nie zatańczę.
Leo poczuł nagle, że ma w życiu nowy cel.
Catherine wyjęła z sakwy przy siodle szkicownik i zestaw ołówków.
- Nie wiedziałem, że rysujesz.
- Nie jestem w tym dobra.
Wskazał zeszyt.
- Mogę rzucić okiem?
- By mieć kolejny powód do drwin?
- Nie będę drwił. Obiecuję. Pozwól mi zobaczyć. - Wyciągnął do niej otwartą dłoń.
Spojrzała na nią, a potem na jego twarz. Z wahaniem podała mu szkicownik.
Leo przez chwilę przeglądał rysunki. Były tam głównie ruiny, ujęte pod różnymi kątami - kreska była może zbyt ostrożna i miejscami zdyscyplinowana, przez co szkice traciły na żywotności, ale całość sprawiała naprawdę dobre wrażenie.
- Są urocze. Masz doskonałe wyczucie linii i formy.
Zarumieniła się na te słowa.
- Od pana sióstr wiem, że jest pan prawdziwym artystą.
- Raczej kompetentnym. W czasie studiów architektonicznych miałem również zajęcia z rysunku. - Uśmiechnął się do niej swobodnie. - Najlepiej wychodzą mi obiekty, które pozostają w bezruchu. Budynki. Latarnie. - Wrócił do kartkowania zeszytu. - Masz tu jakieś rysunki Beatrix?
- Na ostatniej stronie. Zaczęła kiedyś szkicować jedną ze ścian, ale jej uwagę odciągnęła wiewiórka.
Leo odnalazł bardzo szczegółowy portret wiewiórki i pokręcił głową.
- Beatrix i jej zwierzęta.
Uśmiechnęli się do siebie.
- Wiele osób rozmawia ze swymi pupilami - oznajmiła Catherine.
- Tak, ale tylko nieliczni rozumieją odpowiedzi. - Leo zamknął szkicownik, oddał go guwernantce i podszedł do ruin.
Catherine poszła za nim, omijając po drodze kwitnące na żółto krzewy kolcolistów.
- Jak głęboka była ta fosa, pana zdaniem?
- Powiedziałbym, że na nie mniej niż osiem stóp. - Leo osłonił oczy i rozejrzał się wokół. - Zapewne odwrócono bieg jednego ze strumieni, by ją napełnić. Widzisz tamte wzniesienia? Tam zapewne były budynki gospodarcze i kwatery chłopskie z gliny.
- A jak wyglądał dwór?
- Główna część na pewno była z kamienia, a reszta z różnych materiałów. I pełno było w nim owiec, kóz, psów i chłopów.
- Czy zna pan historię pierwszego suwerena? - Catherine usiadła na murku, poprawiając spódnice.
- Masz na myśli pierwszego wicehrabiego Ramsay? - Leo przystanął na brzegu rowu, który kiedyś był fosą. Jego wzrok błądził po zrujnowanym krajobrazie. - Przyszedł na świat jako Thomas z Blackmere, był znany ze swego bezlitosnego charakteru. Najwyraźniej miał wyjątkowy talent do grabieży i palenia. Był prawą ręką Edwarda, zwanego Czarnym Księciem.
Uśmiechnął się, gdy Catherine zmarszczyła nos. Siedziała wyprostowana jak uczennica, ze szkicownikiem na kolanach. Zapragnął porwać ją z tego murku i na chwilę zapomnieć o rycerskości.
- Brał udział w wojnie z Francją i po czterech latach niewoli wrócił do Anglii. Zapewne zapragnął się ustatkować, bo najechał te ziemie, zabił barona, który wybudował dwór, zajął jego majątek i zniewolił wdowę.
Catherine otworzyła szeroko oczy.
- Biedaczka.
Leo wzruszył ramionami.
- Musiała zdobyć nad nim jakąś władzę. Potem się z nią ożenił i spłodził sześcioro dzieci.
- Dożyli spokojnej starości?
Pokręcił głową i podszedł do niej powoli.
- Wkrótce potem Thomas wrócił do Francji i zginął pod Castillon. Francuzi byli jednak na tyle mili, że postawili mu pomnik na polu bitwy.
- Moim zdaniem nie zasługiwał na upamiętnienie.
- Nie bądź dla niego zbyt surowa. Takie były czasy.
- Był barbarzyńcą - zaprotestowała zapalczywie. - Nieważne, jakie były czasy. - Wiatr uwolnił z ciasnego węzła na karku pasmo złotych włosów, które opadło na jej policzek.
Nie mogąc się oprzeć pokusie, Leo zatknął je z powrotem za jej ucho. Jej skóra była gładka i ciepła.
- Większość mężczyzn to barbarzyńcy - stwierdził. - Teraz po prostu muszą przestrzegać większej liczby zasad. - Zdjął kapelusz, usiadł na murku i spojrzał na nią. - Możesz włożyć mężczyźnie krawat, nauczyć go manier i zmuszać do uczestniczenia w wieczorkach towarzyskich, ale żaden z nas nie jest tak naprawdę cywilizowany.
- Zgadzam się.
Spojrzał na nią z kpiną.
- A co ty wiesz o mężczyznach?
W jej szarozielonych oczach malowała się surowa powaga.
- Wiem, że nie należy im ufać.
- To samo mógłbym powiedzieć o kobietach. - Zdjął surdut, rzucił go na murek i ruszył w kierunku szczytu wzniesienia. Na widok otaczającej go ziemi zaczął się zastanawiać, czy Thomas z Blackmere stał kiedyś w tym samym miejscu i przyglądał się swojej własności. Teraz ten teren należał do Leo, to na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za wszystkich i wszystko.
- Jaki jest stamtąd widok? - dobiegł go z dołu głos Catherine.
- Wspaniały. Chodź i sama zobacz.
Odłożyła szkicownik i zaczęła wspinać się na wzniesienie, unosząc spódnice.
Odwrócił się do niej i pozwolił oczom błądzić po jej szczupłej ślicznej sylwetce. Ma szczęście, że czasy średniowiecza już dawno minęły, pomyślał z uśmiechem, bo na pewno ją także porwałby i zniewolił jakiś grasujący w okolicy lord. Rozbawienie rozwiało się szybko, gdy wyobraził sobie prymitywną satysfakcję płynącą z tego aktu.
Przez chwilę rozkoszował się tą ideą... Opadłby na jej wijące się ciało, rozdarł suknię, całował piersi...
Pokręcił głową, by odpędzić te myśli. Różne rzeczy miał na sumieniu, ale nigdy nie wziąłby kobiety siłą. A jednak fantazja była zbyt sugestywna, by mógł ją zwyczajnie zignorować. Z wysiłkiem zepchnął barbarzyńskie impulsy z powrotem do podświadomości.
Catherine była w połowie drogi, gdy nagle krzyknęła cicho i zatoczyła się.
- Potknęłaś się? - zawołał Leo z troską. - Czy... Do diabła! - Zamarł, gdy zobaczył, jak przed Catherine otwiera się ziemia. - Zatrzymaj się, Cat. Nie ruszaj się. Czekaj!
- Co się dzieje? - zapytała, blednąc. - Czy to lej krasowy?
- Raczej cholerny cud architektoniczny. Najwyraźniej stoimy na dachu, który powinien był zapaść się dwa wieki temu.
Dzieliło ich nie więcej niż pięć jardów.
- Cat, połóż się powoli na ziemi, by rozłożyć swój ciężar na większej powierzchni. Powoli. Właśnie tak. A teraz odczołgasz się z powrotem.
- Czy może mi pan pomóc? - zapytała drżącym głosem.
- Kochanie, o niczym innym nie marzę - odparł ochrypłym tonem, który nawet w jego uszach zabrzmiał obco. - Ale gdybym dołożył swój ciężar, dach mógłby się całkiem zapaść. Zacznij się przesuwać. Jeśli to cię pocieszy, sądząc z wyglądu ścian, nie jesteś zbyt wysoko.
- To mnie wcale nie cieszy. - Blada jak płótno zaczęła powoli czołgać się w dół na rękach i kolanach.
Leo pozostał na miejscu i nie spuszczał z niej wzroku. Grunt, który wydawał mu się taki pewny pod jego nogami, był niczym więcej jak warstwą ziemi i starego przegniłego drewna.
- Nic ci nie będzie - mówił kojącym tonem. Serce tłukło mu się w piersi z niepokoju o nią. - Nie ważysz więcej niż motyl. To mój ciężar naruszył to, co zostało z belek nośnych i sklepienia.
- I dlatego się pan nie rusza?
- Tak. Jeśli ma się to wszystko zawalić, gdy ja będę uciekał, wolałbym, byś do tego czasu była już bezpieczna.
Nagle oboje poczuli, jak ziemia pod nimi się porusza.
- Milordzie, czy myśli pan, że ma to coś wspólnego z klątwą Ramsayów?
- Nawet o tym nie pomyślałem - odparł Leo. - Dziękuję ci bardzo, że mi o niej przypomniałaś.
W tej samej chwili dach zapadł się i oboje zanurkowali w powodzi ziemi, skał i drewna, która uniosła ich w mroczną otchłań.