Zaufaj mi. Tom 4 - Lisa Kleypas

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Hamp­shire, An­gliaSier­pień 1852 roku

Każdy, kto choć raz miał w ręku ja­kąś po­wieść, wie, że gu­wer­nantka to za­zwy­czaj po­tulna osoba, która daje sobą kie­ro­wać. Ci­cha, po­słuszna, słu­żal­cza wręcz, nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że pełna sza­cunku dla pana domu. Leo, lord Ram­say, wie­lo­krot­nie z iry­ta­cją za­sta­na­wiał się, dla­czego jego ro­dzina nie za­trud­niła wła­śnie ko­goś ta­kiego. Za­miast tego Ha­tha­way­owie po­wie­rzyli dziew­częta Ca­the­rine Marks, która, zda­niem Leo, sta­no­wiła praw­dziwą za­kałę tej za­cnej pro­fe­sji.

Oczy­wi­ście Leo nie wa­hał się przy­znać, że Marks po­siada pewne umie­jęt­no­ści. Wy­ko­nała na­prawdę wspa­niałą pracę, ucząc jego dwie naj­młod­sze sio­stry, Poppy i Be­atrix, niu­an­sów ety­kiety. A ich wy­kształ­ce­nie w tym wzglę­dzie po­zo­sta­wiało na­prawdę wiele do ży­cze­nia, jako że żadne z Ha­tha­wayów nie spo­dzie­wało się, że pew­nego dnia do­łą­czy do elity bry­tyj­skiego spo­łe­czeń­stwa. Wy­cho­wy­wali się we­dług po­glą­dów wła­ści­wych kla­sie śred­niej, na wsi na za­chód od Lon­dynu. Ich oj­ciec, Edward Ha­tha­way, był uczo­nym spe­cja­li­zu­ją­cym się w hi­sto­rii śre­dnio­wie­cza - mógł się po­chwa­lić szla­chet­nym uro­dze­niem, ale nie był ary­sto­kratą.

Jed­nak w wy­niku se­rii nie­for­tun­nych zda­rzeń Leo odzie­dzi­czył ty­tuł lorda Ram­saya i choć wcze­śniej uczył się na ar­chi­tekta, te­raz był wi­ceh­ra­bią z ma­jąt­kiem i dzier­żaw­cami. Ha­tha­way­owie prze­pro­wa­dzili się do po­sia­dło­ści Ram­say w Hamp­shire i tam zma­gali się z ko­niecz­no­ścią przy­sto­so­wa­nia się do zu­peł­nie no­wego trybu ży­cia.

Jed­nym z naj­więk­szych wy­zwań była dla sióstr Ha­tha­way na­uka ab­sur­dal­nie licz­nych za­sad i umie­jęt­no­ści, które miały ce­cho­wać do­brze uro­dzone młode damy. Gdyby nie in­struk­taż Ca­the­rine Marks, Ha­tha­way­owie wkro­czy­liby na lon­dyń­skie sa­lony z gra­cją sło­nia w skła­dzie por­ce­lany. Marks spra­wiła do­słow­nie cud, zwłasz­cza w przy­padku Be­atrix, która bez wąt­pie­nia była naj­bar­dziej eks­cen­tryczną panną Ha­tha­way, wy­róż­nia­jącą się na­wet na tle swej nie­zwy­kle eks­cen­trycz­nej ro­dziny. Bea czuła się naj­szczę­śliw­sza, gdy mo­gła bie­gać po po­lach i la­sach jak dzi­kie stwo­rze­nie, i do­piero Marks zdo­łała ją prze­ko­nać, że na sali ba­lo­wej obo­wią­zuje zu­peł­nie inny ko­deks za­cho­wań. Na­pi­sała dla dziew­cząt na­wet se­rię wier­szy­ków o ety­kie­cie, wśród któ­rych znaj­do­wały się istne klej­noty.

Młode panny wstrze­mięź­li­wo­ścią się ce­chują.

Roz­ma­wia­jąc z ob­cym, nie na­rze­kają, nie kłócą się i nie flir­tują,

Bo wie­dzą, że ta­kie za­cho­wa­nie

Nie przy­stoi praw­dzi­wej da­mie.

Rzecz ja­sna, Leo przy każ­dej oka­zji wy­kpi­wał ta­lent po­etycki Marks, choć w głębi du­cha przy­zna­wał, że jej me­tody na­prawdę się spraw­dzają. Jego sio­stry osta­tecz­nie z po­wo­dze­niem prze­brnęły przez se­zon, który dla Poppy za­koń­czył się ślu­bem z ho­te­la­rzem, Har­rym Ru­tled­gem.

Zo­stała więc już tylko Be­atrix. Marks pod­jęła się roli przy­zwo­itki i damy do to­wa­rzy­stwa tej peł­nej ener­gii dzie­więt­na­sto­latki. Dla po­zo­sta­łych Ha­tha­wayów Ca­the­rine była prak­tycz­nie człon­kiem ro­dziny.

Leo na­to­miast nie mógł znieść tej ko­biety. Gło­śno wy­ra­żała swoje opi­nie i w do­datku ośmie­lała się wy­da­wać mu roz­kazy. Gdy pró­bo­wał być miły, war­czała na niego albo drwiła nie­mi­ło­sier­nie. Gdy wy­da­wał w pełni ra­cjo­na­lny sąd, nie po­zwa­lała mu do­koń­czyć zda­nia, po­da­jąc całą li­stą po­wo­dów, dla któ­rych nie miał ra­cji.

Na każ­dym kroku da­wała mu do zro­zu­mie­nia, że go nie lubi, Leo mu­siał więc od­po­wie­dzieć tym sa­mym. Przez cały po­przedni rok prze­ko­ny­wał sam sie­bie, że tak na­prawdę wcale nie dba o to, że ona nim gar­dzi. W Lon­dy­nie było mnó­stwo ko­biet znacz­nie pięk­niej­szych, bar­dziej in­te­re­su­ją­cych i po­cią­ga­ją­cych niż Ca­the­rine Marks.

Jed­nak tylko ona go fa­scy­no­wała.

Może to przez se­krety, któ­rych tak za­go­rzale strze­gła. Marks ni­gdy nie po­ru­szała w roz­mo­wie te­matu swo­jego dzie­ciń­stwa czy ro­dziny ani też po­wo­dów, dla któ­rych przy­jęła po­sadę u Ha­tha­wayów. Przez krótki okres uczyła w szkole dla dziew­cząt, ale nie opo­wia­dała o swej pracy i przy­czy­nach, dla któ­rych z niej zre­zy­gno­wała. Krą­żyły na jej te­mat różne plotki: a to nie mo­gła po­ro­zu­mieć się z dy­rek­torką, a to po­są­dzano ją o mo­ralny upa­dek, który miał ją zmu­sić do pój­ścia na służbę.

Marks była tak su­rowa i nie­za­leżna, że czę­sto nie można było w niej roz­po­znać mło­dej ko­biety, którą prze­cież była. Gdy Leo zo­ba­czył ją po raz pierw­szy, uznał, że jest ist­nym uoso­bie­niem za­su­szo­nej sta­rej panny w oku­la­rach, z wiecz­nie na­chmu­rzoną miną i za­ci­śnię­tymi w wą­ską kre­skę ustami. Za­wsze była sztywna jak po­grze­bacz, a ma­to­wo­brą­zowe włosy upi­nała w zbyt cia­sny ko­czek. Ku nie­za­do­wo­le­niu ro­dziny Leo za­czął na­zy­wać ją przez to Po­nu­rym Żni­wia­rzem.

W ostat­nim cza­sie jed­nak Marks prze­szła za­dzi­wia­jącą prze­mianę. Przy­brała nieco na wa­dze, przez co stra­ciła cho­ro­bliwą chu­dość, a jej po­liczki na­brały ko­lo­rów. Pół­tora ty­go­dnia wcze­śniej, gdy Leo przy­je­chał na wieś z Lon­dynu, zdu­miał się na wi­dok jej ja­sno­zło­tych lo­ków. Oka­zało się, że Ca­the­rine od lat far­bo­wała włosy, ale na sku­tek błędu ap­te­ka­rza mu­siała po­rzu­cić swe prze­bra­nie. Ciem­no­brą­zowy ko­lor przy­tła­czał jej de­li­katne rysy i bladą cerę. Gdy wró­ciła do na­tu­ral­nego blondu, efekt oka­zał się osza­ła­mia­jący.

I te­raz Leo mu­siał bo­ry­kać się ze świa­do­mo­ścią, że Ca­the­rine Marks, jego od­wieczny wróg, to praw­dziwa pięk­ność. Nie cho­dziło na­wet o te włosy... ra­czej o to, jak źle Marks się z nimi czuła. Na­gle oka­zała się kru­cha. I w re­zul­ta­cie Leo za­pra­gnął ze­rwać z niej ko­lejne war­stwy, do­słow­nie i w prze­no­śni. Za­pra­gnął ją po­znać.

Pró­bo­wał za­cho­wać dy­stans, za­sta­na­wia­jąc się nad kon­se­kwen­cjami swo­jego od­kry­cia. Skon­fun­do­wała go re­ak­cja ro­dziny, która zmianę w da­mie do to­wa­rzy­stwa skwi­to­wała wzru­sze­niem ra­mion. Dla­czego żadne z nich nie było choć po czę­ści tak cie­kawe Marks jak on? Dla­czego Marks tak długo ukry­wała swą urodę? Co, do dia­bła, tak na­prawdę ukry­wała?

Pew­nego sło­necz­nego po­po­łu­dnia, upew­niw­szy się, że wszy­scy są czymś za­jęci, Leo po­sta­no­wił od­szu­kać Marks, prze­ko­nany, że je­śli zmusi ją do kon­fron­ta­cji na osob­no­ści, wy­do­bę­dzie z niej ja­kąś od­po­wiedź. Zna­lazł ją w ogro­dzie za ży­wo­pło­tem, wśród po­wo­dzi żon­kili. Sie­działa na ła­we­czce przy wy­sy­pa­nej żwi­rem ścieżce.

Nie była sama.

Leo za­trzy­mał się w od­le­gło­ści dwu­dzie­stu jar­dów od niej i skrył się w cie­niu gę­stego cisu.

Obok Marks sie­dział mąż Poppy, Harry Ru­tledge. Naj­wy­raź­niej byli po­grą­żeni w pry­wat­nej roz­mo­wie.

Sy­tu­acja nie była może skan­da­liczna, ale na pewno nie­sto­sowna.

Na Boga, o czym oni mogą tak dys­ku­to­wać? Na­wet z od­dali można było do­strzec, że mó­wią o czymś waż­nym. Ciemna głowa Harry'ego Ru­tledge'a po­chy­lała się w jej kie­runku. Jak głowa bli­skiego przy­ja­ciela. Ko­chanka.

Leo otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia, gdy Marks się­gnęła szczu­płą dło­nią do oku­la­rów, jakby chciała otrzeć z oczu łzę.

Marks pła­kała w to­wa­rzy­stwie Harry'ego Ru­tledge'a!

Leo wstrzy­mał od­dech. Za­marł, pró­bu­jąc upo­rać się z emo­cjami... zdu­mie­nie, tro­ska, po­dejrz­li­wość, gniew.

Oni coś ukry­wają. Knują.

Czy Marks była kie­dyś ko­chanką Ru­tledge'a? Szan­ta­żo­wał ją, czy może to ona coś na nim wy­mu­szała? Nie... czu­łość w ich re­la­cjach wręcz rzu­cała się w oczy.

Leo po­tarł szczękę, za­sta­na­wia­jąc się nad na­stęp­nym kro­kiem. Szczę­ście Poppy było dla niego naj­waż­niej­sze. Za­nim spie­rze no­wego męża sio­stry na kwa­śne jabłko, musi się do­wie­dzieć, o co do­kład­nie w tym wszyst­kim cho­dzi. I po­tem, ma­jąc uza­sad­nie­nie, zrobi z Ru­tledge'a krwawą mia­zgę.

Ode­tchnął kilka razy głę­boko i wró­cił do ob­ser­wa­cji. Ru­tledge wstał i ru­szył w kie­runku domu. Marks zo­stała na ławce.

Leo bez­wied­nie pod­szedł bli­żej. Nie był pe­wien, jak ją po­trak­tuje i co po­wie. Wszystko za­le­żało od tego, jaki im­puls przej­mie nad nim kon­trolę. Ist­niało pewne praw­do­po­do­bień­stwo, że po pro­stu ją udusi. Albo zdej­mie jej z nosa te oku­lary i ją znie­woli. Po­czuł przy­pływ go­rą­cego, nie­przy­jem­nego uczu­cia, któ­rego ni­gdy wcze­śniej nie za­znał. Czy to za­zdrość? Chry­ste, tak. Sza­lał z za­zdro­ści o chudą se­kut­nicę, która ob­ra­żała go i upo­ka­rzała na każ­dym kroku.

Chyba już cał­kiem stra­cił ro­zum. Miał ob­se­sję na punk­cie sta­rej panny.

Może to ta jej re­ze­rwa bu­dziła w nim tak gwał­towne uczu­cia... Od dawna za­sta­na­wiał się prze­cież, co by się stało, gdyby ją prze­mógł. Ca­the­rine Marks, jego de­mo­niczny mały ad­wer­sarz... naga i ję­cząca pod nim. Ni­czego bar­dziej nie pra­gnął. To na­wet miało sens: ko­bieta ła­twa i chętna nie była żad­nym wy­zwa­niem. Gdyby wziął do łóżka Marks, gdyby drę­czył ją, aż za­czę­łaby bła­gać i krzy­czeć... tak, to by­łaby praw­dziwa roz­kosz.

Leo pod­szedł do niej swo­bod­nie. Ką­tem oka za­uwa­żył, że ze­sztyw­niała na jego wi­dok. Przy­brała su­rową nie­szczę­śliwą minę i za­ci­snęła wargi. Wy­obra­ził so­bie, że uj­muje jej twarz w dło­nie i ca­łuje ją długo i na­mięt­nie, a ona osuwa się na ławkę bez­wład­nie, tra­cąc od­dech.

Za­miast tego za­ci­snął dło­nie w pię­ści w kie­sze­niach sur­duta i spoj­rzał na nią bez wy­razu.

- Mo­żesz mi wy­ja­śnić, o co tu cho­dzi?

Pro­mie­nie słońca za­lśniły na szkłach oku­la­rów, przy­sła­nia­jąc jej oczy.

- Szpie­guje mnie pan, mi­lor­dzie?

- Ależ skąd. Nie in­te­re­suje mnie, co stare panny ro­bią w wol­nym cza­sie. Nie mogę jed­nak przejść obo­jęt­nie obok szwa­gra, który ca­łuje gu­wer­nantkę w ogro­dzie.

Na­le­żało po­dzi­wiać Marks za jej sta­lowe nerwy. Nic po so­bie nie po­ka­zała, za­ci­snęła tylko ręce na ko­la­nach.

- Je­den po­ca­łu­nek. W czoło.

- Nie­istotne, ile było tych po­ca­łun­ków i gdzie zo­stały zło­żone. Wy­ja­śnisz mi za­raz, dla­czego on to zro­bił. I dla­czego na to po­zwo­li­łaś. I oby twoja wer­sja była wia­ry­godna, bo je­stem o krok od za­cią­gnię­cia cię na trakt do Lon­dynu i wsa­dze­nia do pierw­szego dy­li­żansu.

- Idź pan do dia­bła - od­parła ci­cho i ze­rwała się z ławki. Zdo­łała prze­biec dwa kroki, za­nim chwy­cił ją od tyłu. - Nie do­ty­kaj mnie!

Z ła­two­ścią od­wró­cił ją twa­rzą do sie­bie i za­ci­snął dło­nie na jej szczu­płych ra­mio­nach. Wy­czu­wał cie­pło jej skóry przez cienki mu­ślin rę­ka­wów. Jego noz­drza wy­peł­nił nie­winny za­pach la­wen­do­wej wody. Za­pach, który przy­po­mi­nał mu świeżą po­ściel i wy­kroch­ma­lone prze­ście­ra­dła. I to, jak bar­dzo chciał zna­leźć się w niej.

- Masz zbyt wiele se­kre­tów, Marks. Od roku już zno­szę twój ostry ję­zyk i ta­jem­ni­czą prze­szłość. A te­raz chcę od­po­wie­dzi. O czym roz­ma­wia­łaś z Har­rym Ru­tled­gem?

Zmarsz­czyła brwi o kilka to­nów ciem­niej­sze niż włosy.

- Może sam go pan za­pyta?

- Py­tam cie­bie. - Gdy nie za­re­ago­wała, Leo po­sta­no­wił ją spro­wo­ko­wać. - Gdy­byś była kimś in­nym, stwier­dził­bym, że pró­bu­jesz go ocza­ro­wać. Ale prze­cież oboje wiemy, że nie ma w to­bie ani krzty uroku, prawda?

- Na­wet gdy­bym go miała, nie mar­no­wa­ła­bym go na pana!

- Daj spo­kój, Marks, spró­bujmy zdo­być się na chwilę cy­wi­li­zo­wa­nej roz­mowy. Choć raz.

- Nie, do­póki mnie pan nie pu­ści.

- Wtedy na pewno uciek­niesz. A jest zbyt go­rąco na po­ścig.

Ca­the­rine na­je­żyła się i spró­bo­wała go ode­pchnąć, kła­dąc mu dło­nie na piersi. Cała była opa­ko­wana w zwoje mu­ślinu, ko­ro­nek i gor­se­tów. Myśl o tym, co skrywa się pod spodem... bia­ło­ró­żowa skóra, de­li­katne krą­gło­ści, in­tym­ność... na­tych­miast go pod­nie­ciła.

Ca­the­rine wstrzą­snął dreszcz, jakby od­czy­tała jego my­śli. Leo spoj­rzał na nią z na­pię­ciem.

- Bo­isz się mnie, Marks? - za­py­tał ła­god­nie. - Prze­cież sztor­cu­jesz mnie przy każ­dej oka­zji.

- Oczy­wi­ście, że się nie boję, ty aro­gancki bu­fo­nie. Ocze­ki­wa­łam jed­nak in­nego za­cho­wa­nia po czło­wieku o ta­kiej po­zy­cji.

- Masz na my­śli ary­sto­kratę? - Wy­giął brwi z kpiną. - Prze­cież tak się za­cho­wują ary­sto­kraci. Dziwne, że do­tąd tego nie za­uwa­ży­łaś.

- Och, za­uwa­ży­łam. Męż­czy­zna, który miał szczę­ście odzie­dzi­czyć ty­tuł, po­wi­nien jed­nak mieć na tyle przy­zwo­ito­ści, by sta­rać się spro­stać jego wy­ma­ga­niom. God­ność para to obo­wią­zek, od­po­wie­dzial­ność, a pan zdaje się go po­strze­gać jak po­zwo­le­nie na naj­bar­dziej sa­mo­lubne, obrzy­dliwe za­cho­wa­nie, ja­kie można so­bie wy­obra­zić. Co wię­cej...

- Marks - prze­rwał jej Leo ak­sa­mit­nym to­nem - na­prawdę do­sko­nale so­bie ra­dzisz, pró­bu­jąc od­wró­cić moją uwagę, ale to nie za­działa. Nie uciek­niesz, do­póki nie wy­znasz mi wszyst­kiego.

Prze­łknęła z tru­dem i od­wró­ciła wzrok.

- Roz­ma­wia­łam na osob­no­ści z pa­nem Ru­tled­gem... scena, któ­rej był pan świad­kiem...

- Tak?

- To dla­tego, że... Harry Ru­tledge jest moim bra­tem. Przy­rod­nim bra­tem.

Leo spoj­rzał na jej po­chy­loną głową, pró­bu­jąc przy­swoić no­winę. Po­czuł się oszu­kany, zdra­dzony. Roz­go­rzał w nim gniew. Do ja­snej cho­lery! Marks i Harry Ru­tledge są ro­dzeń­stwem?

- Nie ma po­wodu, dla któ­rego mu­sia­łaś to ukry­wać.

- Sy­tu­acja jest skom­pli­ko­wana.

- Dla­czego żadne z was nic nie po­wie­działo?

- Nie musi pan wie­dzieć.

- Po­win­naś była mi po­wie­dzieć, za­nim po­ślu­bił Poppy. Mia­łaś obo­wią­zek mi po­wie­dzieć.

- Dla­czego?

- Z lo­jal­no­ści, do dia­bła. Co jesz­cze wiesz, co może mieć wpływ na moją ro­dzinę? Co jesz­cze ukry­wasz?

- Nie pań­ska sprawa. - Ca­the­rine za­częła się wy­ry­wać. - Pro­szę mnie pu­ścić!

- Naj­pierw do­wiem się, co knu­jesz. Czy na­prawdę na­zy­wasz się Ca­the­rine Marks? Kim ty, do dia­bła, je­steś? - Za­klął, gdy za­częła się z nim si­ło­wać. - Prze­stań, ty mała dia­blico. Chcę tylko... Au! - za­wo­łał, gdy wy­krę­ciła się i wbiła mu ostry ło­kieć w bok.

Ten ma­newr za­pew­nił Marks wol­ność, ale w fer­wo­rze walki stra­ciła oku­lary, które upa­dły na zie­mię.

- Moje oku­lary! - Wzdy­cha­jąc z iry­ta­cją, upa­dła na ko­lana i za­częła ich szu­kać.

Leo do­pa­dło po­czu­cie winy. Wy­glą­dało na to, że Marks jest do­słow­nie ślepa bez oku­la­rów. Gdy zo­ba­czył, jak czołga się po ziemi, po­czuł się jak bru­tal. Co z niego za osioł. Ukląkł obok niej.

- Nie wi­dzia­łaś, gdzie do­kład­nie upa­dły? - za­py­tał.

- Gdy­bym miała taki do­bry wzrok, oku­lary nie by­łyby mi po­trzebne, prawda?

- Po­mogę ci szu­kać.

- Jak miło - skwi­to­wała zgryź­li­wie.

Przez ko­lejne mi­nuty w mil­cze­niu prze­trzą­sali ogród na ko­la­nach, roz­gar­nia­jąc żon­kile.

- A więc fak­tycz­nie po­trze­bu­jesz oku­la­rów - stwier­dził w końcu Leo.

- Oczy­wi­ście, że tak. Po co mia­ła­bym je no­sić, gdyby było ina­czej?

- My­śla­łem, że to część two­jego prze­bra­nia.

- Prze­bra­nia?

- Tak, Marks, prze­bra­nia. To rze­czow­nik okre­śla­jący środki, któ­rymi się po­słu­gu­jemy, by ukryć toż­sa­mość. Za­zwy­czaj uży­wają go szpie­dzy i klauni. A także naj­wy­raź­niej gu­wer­nantki. Do­bry Boże, czy w tej ro­dzi­nie na­prawdę nic nie może być nor­malne?

Marks spoj­rzała na niego z ukosa i mru­gnęła. Wy­glą­dała przez uła­mek se­kundy jak zde­ner­wo­wane dziecko, któ­remu za­brano ulu­biony ko­cyk. Serce Leo ści­snęło się bo­le­śnie.

- Znajdę te twoje oku­lary - rzu­cił szorstko. - Masz moje słowo. Je­śli chcesz, mo­żesz wró­cić do domu.

- Nie, dzię­kuję. Gdy­bym te­raz za­częła szu­kać domu, wy­lą­do­wa­ła­bym pew­nie w sto­dole.

Leo do­strzegł w tra­wie błysk me­talu i za­ci­snął palce na opraw­kach.

- Pro­szę bar­dzo. - Przy­su­nął się do Marks i od­wró­cił ją do sie­bie. Wy­tarł so­czewki rę­ka­wem. - Nie ru­szaj się.

- Pro­szę mi je od­dać.

- Ja to zro­bię, upar­ciu­chu. Kłót­nia jest dla cie­bie rów­nie na­tu­ralna jak od­dy­cha­nie, prawda?

- Nie, wcale nie - od­parła i za­ru­mie­niła się, gdy Leo ro­ze­śmiał się miękko.

- Draż­nie­nie cię traci cały urok, gdy się tak ła­two pod­da­jesz, Marks. - Ostroż­nie umie­ścił oku­lary na jej no­sie i prze­su­nął pal­cem wzdłuż za­usz­ni­ków. De­li­kat­nie do­tknął ko­niuszka jej ucha. - Są źle do­pa­so­wane. - Pro­mie­nie słońca pod­kre­ślały jej nie­zwy­kłą urodę, wy­do­by­wa­jąc z jej sza­rych oczu nie­bie­sko­zie­lone bły­ski. Jak opale. - Masz ta­kie małe uszy - kon­ty­nu­ował, ota­cza­jąc dłońmi jej de­li­katną twarz. - Nic dziw­nego, że oku­lary tak czę­sto spa­dają. Nie mają się na czym trzy­mać.

Ca­the­rine wpa­try­wała się w niego ze zdu­mie­niem.

Jest taka kru­cha, po­my­ślał. Miała tak silną wolę i zło­śliwą na­turę, że czę­sto za­po­mi­nał o tym, jaka jest drobna i wą­tła. Dzi­wił się, że jesz­cze nie ode­pchnęła jego dłoni - nie zno­siła cu­dzego do­tyku, zwłasz­cza jego. Ona jed­nak na­wet się nie po­ru­szyła. Kciu­kiem do­tknął na­sady jej szyi i wy­czuł nie­znaczne fa­lo­wa­nie, gdy prze­łknęła ślinę. Chwila była zu­peł­nie nie­rze­czy­wi­sta, jak senne ma­rze­nie. Nie chciał, by się skoń­czyła.

- Czy Ca­the­rine to twoje praw­dziwe imię? Czy mo­żesz mi zdra­dzić choć tyle?

Za­wa­hała się, bo­jąc się od­sło­nić przed nim choć odro­binę. Roz­broił ją jed­nak zu­peł­nie, prze­su­wa­jąc pal­cami po jej szyi. Po­czuła ru­mie­niec na twa­rzy.

- Tak - wy­krztu­siła. - Mam na imię Ca­the­rine.

Klę­czeli na­prze­ciwko sie­bie, oto­czeni kłę­bo­wi­skiem jej mu­śli­no­wych spód­nic. Ciało Leo re­ago­wało gwał­tow­nie na jej bli­skość, czuł pul­so­wa­nie cie­pła pod skórą i w kło­po­tli­wych miej­scach. Mię­śnie za­ci­snęły się. Musi po­ło­żyć temu kres, za­nim zrobi coś, czego bę­dzie ża­ło­wać.

- Po­mogę ci - rzekł szorstko. - Chodźmy do domu. Ostrze­gam cię jed­nak, że to jesz­cze nie ko­niec. Po­zo­stało wiele...

Urwał, gdy Ca­the­rine otarła się o niego, pró­bu­jąc wstać. Za­marli pierś przy piersi, a ich od­de­chy za­częły się mie­szać.

Uczu­cie nie­re­al­no­ści jesz­cze się wzmo­gło. Klę­czeli obok sie­bie w ogro­dzie, po­wie­trze było prze­sy­cone za­pa­chem zgnie­cio­nej trawy i żon­kili... a on miał w ra­mio­nach Ca­the­rine Marks. Jej włosy lśniły w słońcu, jej skóra była miękka jak płatki róż. Miała pełne wargi, gład­kie i de­li­katne jak doj­rzała per­sy­mona. Za­pa­trzony w nie po­czuł, jak jeżą mu się wło­ski na karku.

Nie­któ­rym po­ku­som nie na­leży się opie­rać, stwier­dził le­ni­wie. Nie­które po­kusy są tak nie­ustę­pliwe, że cią­gle po­wra­cają. I dla­tego na­leży się im pod­dać - po to, by się ich po­zbyć.

- Do dia­bła, zro­bię to. Na­wet gdy­bym miał zo­stać po­tem uni­ce­stwiony.

- Co pan zrobi? - za­py­tała Marks, otwie­ra­jąc sze­roko oczy.

- To.

Opadł war­gami na jej usta.

Do­słow­nie po­czuł, jak każdy mię­sień w jego ciele wes­tchnął z ulgą. Na­resz­cie. Uczu­cie było tak roz­koszne, że nie mógł się przez chwilę ru­szać, czuł tylko jej wargi. Za­to­nął w niej. Prze­stał my­śleć i pod­dał się pra­gnie­niu... Sku­bał jej usta, do­ty­kał ję­zyka, ba­wił się nim. Ko­lejny po­ca­łu­nek za­czął się, za­nim po­przedni się skoń­czył. Po­łą­czył ich łań­cuch zmy­sło­wych do­tknięć, mu­śnięć i czu­ło­ści. Wszyst­kie jego nerwy mu­so­wały bło­go­ścią.

Boże do­po­móż, za­pra­gnął wię­cej. Chciał wsu­nąć dło­nie pod jej suk­nię i do­tknąć każ­dego cala jej ciała. Chciał zna­czyć ustami in­tymny szlak na jej skó­rze, ca­ło­wać i sma­ko­wać każdy jej skra­wek. Ca­the­rine od­po­wie­działa mu bez­rad­nie, ota­cza­jąc ra­mio­nami jego szyję. Przy­su­nęła się do niego, owład­nięta emo­cjami. Ich ciała pod­jęły nie­znany, nie­spo­kojny rytm. Gdyby nie war­stwy ubrań, bez wąt­pie­nia za­czę­liby się ko­chać.

Leo ca­ło­wał ją, wie­dząc, że po­wi­nien prze­stać, ale bał się tego, co miało się wy­da­rzyć. Wie­dział, że nie będą mo­gli wró­cić do swar­li­wej re­la­cji, która ich do­tąd łą­czyła. To, co się stało, nadało ich lo­sowi zu­peł­nie nowy kie­ru­nek, a Leo był prze­ko­nany, że żad­nemu z nich się to nie spodoba.

Nie mo­gąc się od niej w pełni ode­rwać, od­su­wał się stop­niowo - prze­su­nął wargi z jej ust na pod­bró­dek i wraż­liwe za­głę­bie­nie za uchem. Jej gwał­towny puls wi­bro­wał pod jego ję­zy­kiem.

- Marks - szep­nął szorstko - ba­łem się tego. Wie­dzia­łem, że... - Urwał, pod­niósł głowę i spoj­rzał na nią.

Zer­k­nęła na niego zza za­pa­ro­wa­nych szkieł.

- Moje oku­lary... znów je zgu­bi­łam.

- Nie, tylko za­pa­ro­wały.

Gdy mgiełka znik­nęła, Marks ode­pchnęła go mocno. Ze­rwała się na nogi, go­rącz­kowo wzbra­nia­jąc się przed jego po­mocą.

Spoj­rzeli na sie­bie. Trudno by­łoby stwier­dzić, które z nich jest bar­dziej prze­ra­żone.

- To nie po­winno się było wy­da­rzyć - burk­nęła Ca­the­rine. - Je­śli pan ko­muś o tym wspo­mni, będę za­prze­czać do ostat­niego tchu. - Strzep­nęła spód­nice, pró­bu­jąc usu­nąć z nich resztki li­ści i trawy i po­słała Leo ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. - Wra­cam do domu. I pro­szę za mną nie iść!

Roz­dział 2

Ich ścieżki skrzy­żo­wały się po­now­nie do­piero przy ko­la­cji, do któ­rej za­sia­dła cała ro­dzina: sio­stry Leo, Ame­lia, Win i Poppy oraz ich mę­żo­wie: Cam Ro­han, Kev Mer­ri­pen i Harry Ru­tledge. Ca­the­rine Marks sie­działa na końcu stołu z Be­atrix.

Żadna z sióstr Leo nie zde­cy­do­wała się na kon­wen­cjo­na­lne mał­żeń­stwo. Ro­han i Mer­ri­pen byli z po­cho­dze­nia Cy­ga­nami, dzięki czemu do­sko­nale pa­so­wali do sza­lo­nych Ha­tha­wayów. Mąż Poppy, Harry Ru­tledge, był eks­cen­trycz­nym ho­te­la­rzem, po­tęż­nym czło­wie­kiem, któ­rego po­do­bno bar­dziej lu­bili jego wro­go­wie niż przy­ja­ciele.

Czy fak­tycz­nie Ca­the­rine Marks była jego sio­strą?

Leo przy­glą­dał się im w cza­sie po­siłku, do­szu­ku­jąc się po­do­bieństw. Jak mógł do­tąd tego nie do­strze­gać? Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, zde­cy­do­wana li­nia brwi, lekko sko­śne ką­ciki oczu.

- Mu­szę z tobą po­mó­wić - zwró­cił się do Ame­lii, gdy tylko ko­la­cja do­bie­gła końca. - Na osob­no­ści.

Sio­stra spoj­rzała na niego z cie­ka­wo­ścią.

- Oczy­wi­ście. Może pój­dziemy na spa­cer? Jest jesz­cze ja­sno.

Leo ski­nął głową.

Jako naj­starsi z ro­dzeń­stwa czę­sto się sprze­czali. To jed­nak Ame­lia była jego ulu­bie­nicą, a także naj­bliż­szym po­wier­ni­kiem. Miała dużo zdro­wego roz­sądku i ni­gdy nie wa­hała się wy­po­wia­dać na głos swo­jego zda­nia.

Nikt nie przy­pusz­czał, że ta­kiej prag­ma­tyczce da się po pro­stu za­wró­cić w gło­wie. Cam Ro­han zdo­łał jed­nak uwieść ją i po­ślu­bić, za­nim w ogóle zo­rien­to­wała się, co się wy­da­rzyło. I oka­zało się, że wła­śnie jego zrów­no­wa­żo­nego prze­wod­nic­twa wszy­scy po­trze­bo­wali. Z czar­nymi, zbyt dłu­gimi wło­sami i dia­men­to­wym kol­czy­kiem w uchu nie wy­glą­dał jak tra­dy­cyjna głowa ro­dziny, ale to wła­śnie jego nie­kon­wen­cjo­nal­ność po­zwa­lała mu kie­ro­wać Ha­tha­way­ami po mi­strzow­sku. Do­cze­kali się z Ame­lią syna, Rye'a, który po ojcu odzie­dzi­czył ciemne włosy, a po matce nie­bie­skie oczy.

Prze­cha­dza­jąc się wzdłuż pry­wat­nej drogi, Leo roz­glą­dał się uważ­nie wo­kół. La­tem słońce nad Hamp­shire za­cho­dziło do­piero po dzie­wią­tej, wciąż jesz­cze więc oświe­tlało mo­za­ikę la­sów, wrzo­so­wisk i zie­lo­nych łąk. Rzeki i stru­mie­nie prze­ci­nały kra­jo­braz, kar­miąc bujne ży­cie ba­gien i pod­mo­kłych do­lin. Po­sia­dłość Ram­say nie była może naj­więk­sza w hrab­stwie, ale na­le­żała do naj­pięk­niej­szych ze swym pra­sta­rym la­sem i trzema ty­sią­cami akrów upraw­nej ziemi.

W ostat­nim roku Leo za­po­znał się z dzier­żaw­cami, wpro­wa­dził wiele ulep­szeń w sys­te­mie iry­ga­cji, re­pe­ro­wał płoty, bramy i za­bu­do­wa­nia... i do­wie­dział się znacz­nie wię­cej, niż kie­dy­kol­wiek za­mie­rzał na te­mat rol­nic­twa. Wszystko to przez nie­ustę­pli­wego Keva Mer­ri­pena.

Mer­ri­pen, który od dzie­ciń­stwa miesz­kał z Ha­tha­way­ami, zdo­łał na­uczyć się chyba wszyst­kiego na te­mat za­rzą­dza­nia po­sia­dło­ścią ziem­ską. I te­raz za­mie­rzał prze­ka­zać całą tę wie­dzę Leo.

- To nie bę­dzie twoja zie­mia - po­wie­dział mu pew­nego razu - do­póki nie od­dasz jej swo­jej krwi i potu.

- Tylko tyle? - za­py­tał Leo z sar­ka­zmem. - Tylko krew i pot? Je­stem pe­wien, że mogę jej od­dać jesz­cze inne płyny ustro­jowe, je­śli to ta­kie istotne.

W skry­to­ści du­cha wie­dział jed­nak, że Mer­ri­pen ma ra­cję. Po­czu­cie po­sia­da­nia, więź z ma­jąt­kiem mógł na­wią­zać tylko w ten spo­sób.

Wci­snął ręce do kie­szeni i wes­tchnął ciężko. Czuł się nie­spo­kojny i po­iry­to­wany.

- Za­pewne po­sprze­cza­łeś się z panną Marks - stwier­dziła Ame­lia. - Za­zwy­czaj przez cały czas pró­bu­je­cie wbić so­bie na­wza­jem szpilkę. A dzi­siaj mil­cze­li­ście. Chyba ani razu nie pod­nio­sła wzroku znad ta­le­rza.

- Nie po­sprze­cza­li­śmy się.

- Więc o co cho­dzi?

- Wy­znała mi... pod przy­mu­sem... że Ru­tledge jest jej bra­tem.

Ame­lia spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie.

- Pod ja­kim przy­mu­sem?

- Nie­ważne. Sły­sza­łaś, co po­wie­dzia­łem? Harry Ru­tledge jest...

- Panna Marks i bez cie­bie ma wy­star­cza­jąco dużo zmar­twień, Leo. Mam na­dzieję, że nie by­łeś wo­bec niej okrutny, bo je­śli tak...

- Ja miał­bym być okrutny wo­bec Marks? To o mnie po­win­naś się mar­twić. Wy­star­czy chwila roz­mowy z nią, bym ucie­kał w po­pło­chu. - Jego iry­ta­cja jesz­cze się wzmo­gła, gdy za­uwa­żył, że sio­stra pró­buje ukryć uśmiech. - Ro­zu­miem, że wie­dzia­łaś o po­kre­wień­stwie łą­czą­cym Marks i Ru­tledge'a?

- Od kilku dni - przy­znała Ame­lia.

- Dla­czego nic mi nie po­wie­dzia­łaś?

- Po­pro­siła mnie o dys­kre­cję.

- A dla­czego niby Marks za­słu­guje na dys­kre­cję, któ­rej nikt inny tu nie prze­strzega? - Leo za­trzy­mał się i zmu­sił sio­strę do tego sa­mego, sta­jąc przed nią. - Dla­czego to ta­jem­nica?

- Nie je­stem pewna - przy­znała Ame­lia z nie­po­ko­jem. - Panna Marks zdra­dziła tylko, że w grę wcho­dzi jej bez­pie­czeń­stwo.

- A co jej grozi?

Ame­lia bez­rad­nie po­krę­ciła głową.

- Może Harry wie wię­cej. Choć wąt­pię, by ci to wy­znał.

- Mój Boże, ktoś mi to wszystko wy­ja­śni, albo wy­rzucę Marks na bruk bez mru­gnię­cia okiem.

- Leo... nie zro­bił­byś tego...

- I to z przy­jem­no­ścią.

- Po­myśl o Be­atrix, jaka bę­dzie smutna, gdy...

- My­ślę o Be­atrix. Nie po­zwolę, by moją sio­strą opie­ko­wała się ko­bieta z nie­bez­pieczną ta­jem­nicą. Je­śli Harry Ru­tledge, który ma po­wią­za­nia z naj­bar­dziej nik­czem­nymi osob­ni­kami, nie może jej uznać... Może to kry­mi­na­listka? Nie przy­szło ci to do głowy?

- Nie - od­parła sta­now­czo Ame­lia i ru­szyła da­lej. - Leo, dra­ma­ty­zu­jesz. Ona nie jest kry­mi­na­listką.

- Nie bądź na­iwna. Nikt nie jest taki, na ja­kiego wy­gląda.

- I co za­mie­rzasz? - za­py­tała Ame­lia ostroż­nie po chwili mil­cze­nia.

- Rano wy­jeż­dżam do Lon­dynu.

Spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem.

- Ale Mer­ri­pen chce, byś wziął udział w sa­dze­niu rzepy i na­wo­że­niu, i...

- Wiem, czego chce Mer­ri­pen. I choć na­prawdę ża­łuję, że prze­ga­pię jego fa­scy­nu­jące wy­kłady na te­mat obor­nika, i tak po­jadę. Spę­dzę tro­chę czasu z Ru­tled­gem i wy­cią­gnę od niego kilka od­po­wie­dzi.

Ame­lia zmarsz­czyła brwi.

- A czemu tu­taj z nim nie po­roz­ma­wiasz?

- Bo wła­śnie trwa jego mie­siąc mio­dowy i za­pewne nie ze­chce spę­dzić ostat­niej nocy w Hamp­shire na po­ga­dusz­kach ze mną. Poza tym po­sta­no­wi­łem przy­jąć drobne zle­ce­nie na za­pro­jek­to­wa­nie oran­że­rii do domu w May­fair.

- A ja my­ślę, że chcesz zna­leźć się jak naj­da­lej od Ca­the­rine. My­ślę, że coś się mię­dzy wami wy­da­rzyło.

- Słońce za­szło - od­parł Leo uprzej­mym to­nem. - Po­win­ni­śmy wra­cać.

- Nie mo­żesz ucie­kać od pro­ble­mów.

Wy­krzy­wił wargi z iry­ta­cją.

- Dla­czego lu­dzie za­wsze to mó­wią? Oczy­wi­ście, że mogę uciec od pro­ble­mów. Ro­bię to przez cały czas i ta me­toda jesz­cze ni­gdy mnie nie za­wio­dła.

- Masz ob­se­sję na punk­cie Ca­the­rine. Wszy­scy to wie­dzą.

- I kto tu dra­ma­ty­zuje?

- Bez­u­stan­nie ją ob­ser­wu­jesz. Gdy tylko ktoś wy­mówi jej imię, cały za­mie­niasz się w słuch. A gdy się z nią sprze­czasz, je­steś tak oży­wiony, jak by­łeś kie­dyś, przed... - Urwała, szu­ka­jąc wła­ści­wych słów.

- Przed? - pro­wo­ko­wał ją Leo.

- Przed epi­de­mią szkar­la­tyny.

Na ten te­mat ni­gdy nie roz­ma­wiali. Na rok przed tym jak Leo odzie­dzi­czył ty­tuł, przez wio­skę, w któ­rej miesz­kali Ha­tha­way­owie, prze­to­czyła się fa­talna w skut­kach epi­de­mia szkar­la­tyny. Jej pierw­szą ofiarą pa­dła Laura Dil­lard, na­rze­czona Leo. Jej ro­dzina po­zwo­liła mu czu­wać przy niej. Przez trzy dni umie­rała w jego ra­mio­nach.

Leo wró­cił do domu i roz­cho­ro­wał się, tak jak Win. Cu­dem oboje prze­żyli, ale Win nie do­szła w pełni do zdro­wia. A Leo stał się zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem, prze­ży­cia te zo­sta­wiły na jego psy­chice nie­za­tarty ślad. Osu­nął się w kosz­mar, z któ­rego nie mógł się obu­dzić. Nie dbał o ży­cie. Ra­nił swą ro­dzinę i przy­spa­rzał jej nie­zli­czo­nych trosk. Gdy zna­lazł się na kra­wę­dzi, pod­jęto de­cy­zję. Win wy­słano do Fran­cji na le­cze­nie, a Leo zo­stał zmu­szony, by jej to­wa­rzy­szyć.

Słabe płuca Win re­ge­ne­ro­wały się w kli­nice spe­cja­li­stycz­nej, a Leo ca­łymi go­dzi­nami spa­ce­ro­wał po bez­dro­żach Pro­wan­sji. Świa­tło słońca, kry­sta­licz­nie czy­ste po­wie­trze, len­teur, czyli le­niwe tempo ży­cia, w końcu oczy­ściły jego umysł i przy­nio­sły uko­je­nie du­szy. Prze­stał pić, za­do­wa­lał się tylko jed­nym kie­lisz­kiem wina do ko­la­cji. Szki­co­wał, ma­lo­wał i w końcu prze­bo­lał swą stratę.

Gdy wró­cili do An­glii, Win, nie tra­cąc czasu, speł­niła naj­więk­sze ma­rze­nie swego ży­cia - wy­szła za Mer­ri­pena.

Leo na­to­miast sta­rał się wy­na­gro­dzić swo­jej ro­dzi­nie wszelki za­wód, jaki jej spra­wił. I po­sta­no­wił za wszelką cenę uni­kać mi­ło­ści. Wie­dział już, jak fa­talne w skut­kach może być głę­bo­kie uczu­cie i nie chciał ni­komu od­da­wać ta­kiej wła­dzy nad sobą.

- Sio­strzyczko - oznaj­mił ze smut­kiem - je­śli w two­jej gło­wie roi się sza­lona myśl o moim za­in­te­re­so­wa­niu Marks, mo­żesz o niej za­po­mnieć. Chcę tylko do­wie­dzieć się, co ona ukrywa. Nic wię­cej.

Roz­dział 3

- Do dwu­dzie­stych uro­dzin na­wet nie wie­dzia­łem o ist­nie­niu Cat - oznaj­mił Harry Ru­tledge, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie dłu­gie nogi. Ra­zem z Leo sie­dzieli w po­koju klu­bo­wym ho­telu Ru­tledge. Za­ciszne i luk­su­sowe po­miesz­cze­nie z ośmio­kąt­nymi lo­żami było po­pu­lar­nym miej­scem spo­tkań dla za­gra­nicz­nej ary­sto­kra­cji, po­dróż­nych, lon­dyń­skiej so­cjety i po­li­ty­ków.

Leo spoj­rzał na szwa­gra z nie­skry­wa­nym scep­ty­cy­zmem. Gdyby to on miał wy­brać męża dla sio­stry, nie umie­ściłby ra­czej Ru­tledge'a na szczy­cie li­sty. Nie ufał mu. Mu­siał jed­nak przy­znać, że Harry miał też swoje do­bre strony, a jedną z nich było jego oczy­wi­ste od­da­nie Poppy.

Harry upił łyk ogrza­nej brandy, sta­ran­nie do­bie­ra­jąc w gło­wie słowa. Był przy­stoj­nym męż­czy­zną, peł­nym uroku, ale też bez­względ­nym ma­ni­pu­la­to­rem. W tym kon­tek­ście jego nie­wąt­pliwe osią­gnię­cia, mię­dzy in­nymi po­sta­wie­nie naj­więk­szego i naj­bar­dziej wy­kwint­nego ho­telu w Lon­dy­nie, nie mo­gły ni­kogo dzi­wić.

- Nie lu­bię roz­ma­wiać o Cat z kilku po­wo­dów. Mię­dzy in­nymi dla­tego, że ni­gdy nie by­łem dla niej zbyt miły i nie ochro­ni­łem jej, gdy tego po­trze­bo­wała. Ża­łuję tego.

- Wszy­scy mamy coś na su­mie­niu - od­parł Leo, gdy ak­sa­mitny ogień brandy spły­nął mu do gar­dła. - Dla­tego też trzy­mam się mo­ich złych na­wy­ków. Za­czy­nasz ża­ło­wać wtedy, gdy prze­sta­jesz coś ro­bić.

Harry uśmiech­nął się, ale szybko spo­waż­niał i za­pa­trzył się w pło­mień ma­łej lampki na sto­liku.

- Za­nim ci co­kol­wiek po­wiem, mu­szę za­py­tać, dla­czego in­te­re­su­jesz się moją sio­strą.

- Py­tam jako jej pra­co­dawca. Nie­po­koi mnie wpływ, który panna Marks może mieć na Be­atrix.

- Do­tąd nie pod­da­wa­łeś jej wpływu w wąt­pli­wość. I z tego, co wiem, Cat do­sko­nale so­bie ra­dzi z Be­atrix.

- To prawda. Za­nie­po­ko­iła mnie jed­nak no­wina o wa­szych ta­jem­ni­czych po­wią­za­niach. O ile wiem, knu­li­ście coś ra­zem.

Harry spoj­rzał mu pro­sto w oczy.

- Nic nie knu­li­śmy.

- Więc skąd te wszyst­kie se­krety?

- Nie wy­ja­śnię ci tego, je­śli nie zdra­dzę ci kilku szcze­gó­łów z mo­jej wła­snej prze­szło­ści... A na­prawdę nie lu­bię tego ro­bić.

- Tak mi przy­kro - skwi­to­wał Leo bez cie­nia szcze­ro­ści. - Słu­cham.

Harry za­wa­hał się, jakby wciąż nie pod­jął de­cy­zji, czy co­kol­wiek po­wie­dzieć.

- Cat i ja mie­li­śmy jedną matkę. Na­zy­wała się Ni­co­lette Wi­gens. Była An­gielką. Prze­pro­wa­dziła się z ro­dziną do Buf­falo, gdy była jesz­cze dziec­kiem. Ni­co­lette była je­dy­na­czką, uro­dziła się, gdy Wi­gen­so­wie byli już po­su­nięci w la­tach, dla­tego też jej ro­dzice pra­gnęli, by wy­szła za męż­czy­znę, który się nią za­opie­kuje. Mój oj­ciec, Ar­thur, był od niej dwa razy star­szy i do­syć za­możny. Po­dej­rze­wam, że Wi­gen­so­wie wy­mu­sili na niej ten ma­riaż, na pewno nie było w nim mi­ło­ści. Ni­co­lette po­ślu­biła Ar­thura, a ja przy­sze­dłem na świat wkrótce po­tem. W za­sa­dzie nieco za szybko. To wzbu­dziło falę spe­ku­la­cji na te­mat oj­co­stwa Ar­thura.

- A był twoim oj­cem? - za­py­tał Leo.

Harry uśmiech­nął się cy­nicz­nie.

- A któż może to wie­dzieć na pewno? - Wzru­szył ra­mio­nami. - W każ­dym ra­zie moja matka w końcu ucie­kła do An­glii z jed­nym z ko­chan­ków. Miała po­tem wielu męż­czyzn, jak mnie­mam. Nie na­wy­kła na­rzu­cać so­bie ogra­ni­czeń. Była roz­pusz­czoną, nie­zna­jącą umiaru suką, ale była nie­zwy­kle piękna. To po niej Cat odzie­dzi­czyła urodę. - Za­my­ślił się na chwilę. - Tyle że Cat jest de­li­kat­niej­sza. Bar­dziej sub­telna. I w prze­ci­wień­stwie do matki ma miłą, ko­cha­jącą na­turę.

- Cóż - wtrą­cił kwa­śno Leo - dla mnie ni­gdy nie była miła.

- Bo ją prze­ra­żasz.

Leo spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- A czym niby prze­ra­żam tę małą ję­dzę? I nie wma­wiaj mi, że de­ner­wują ją męż­czyźni w ogóle, bo dla Cama i Mer­ri­pena jest bar­dzo życz­liwa.

- Przy nich czuje się bez­piecz­nie.

- A przy mnie nie? - za­py­tał z urazą Leo.

- Po­dej­rze­wam, iż ma świa­do­mość, że ty je­steś męż­czy­zną.

Ta re­we­la­cja spra­wiła, że Leo aż pod­sko­czył. Z uda­wa­nym znu­że­niem za­czął przy­glą­dać się za­war­to­ści swego kie­liszka.

- Po­wie­działa ci tak?

- Nie, sam to za­uwa­ży­łem, w Hamp­shire. - Harry się wy­krzy­wił. - W re­la­cjach z Cat trzeba być uważ­nym ob­ser­wa­to­rem. Ona nie mówi o so­bie. - Do­pił resztkę trunku, od­sta­wił kie­li­szek i oparł się wy­god­nie. - Matka nie skon­tak­to­wała się ze mną ani razu po wy­jeź­dzie z Buf­falo - kon­ty­nu­ował, spla­ta­jąc palce. - Gdy jed­nak skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia lat, otrzy­ma­łem list wzy­wa­jący mnie do przy­jazdu do An­glii. Ni­co­lette za­pa­dła na wy­nisz­cza­jącą cho­robę, za­pewne ja­kiś ro­dzaj raka. Po­my­śla­łem, że chce mnie zo­ba­czyć przed śmier­cią. Na­tych­miast wy­ru­szy­łem, ale zmarła tuż przed moim przy­by­ciem.

- I wtedy po­zna­łeś Marks.

- Nie, nie było jej tam. Cat pra­gnęła po­zo­stać przy matce, ale ode­słano ją do ciotki i babki ze strony ojca. A sam oj­ciec, nie ma­jąc za­miaru czu­wać przy łożu cho­rej, udał się do Lon­dynu.

- Szla­chetny je­go­mość.

- Miej­scowa ko­bieta za­jęła się Ni­co­lette w ostat­nich ty­go­dniach jej ży­cia. To ona po­in­for­mo­wała mnie o Cat. Po­my­śla­łem, że po­wi­nie­nem od­wie­dzić to dziecko, ale po na­my­śle do­sze­dłem do wnio­sku, że le­piej bę­dzie tego nie ro­bić. W moim ży­ciu nie było miej­sca dla nie­ślub­nej przy­rod­niej sio­stry. Była ode mnie o po­łowę młod­sza, po­trze­bo­wała ko­bie­cej ręki. Za­ło­ży­łem, że le­piej jej bę­dzie u ciotki.

- Mia­łeś ra­cję?

Harry spoj­rzał na Leo nie­od­gad­nio­nym wzro­kiem.

- Nie.

W tej jed­nej sy­la­bie za­wie­rała się cała hi­sto­ria. Leo za­pra­gnął ją usły­szeć.

- Co się stało?

- Po­sta­no­wi­łem zo­stać w Lon­dy­nie i spró­bo­wać szczę­ścia w ho­te­lar­stwie. Na­pi­sa­łem do Cat list, w któ­rym obie­ca­łem jej wszelką po­moc. Kilka lat póź­niej od­pi­sała mi. Od­na­la­złem ją w... bar­dzo trud­nych oko­licz­no­ściach. Ża­łuję, że nie do­tar­łem tam wcze­śniej.

Czu­jąc ukłu­cie nie­wy­tłu­ma­czal­nej tro­ski, Leo nie zdo­łał dłu­żej za­cho­wać po­zo­rów obo­jęt­no­ści.

- Co masz na my­śli, mó­wiąc o trud­nych oko­licz­no­ściach?

Harry po­krę­cił głową.

- Nie mogę ci zdra­dzić nic wię­cej. Reszta na­leży do Cat.

- Do dia­bła, Ru­tledge, nie mo­żesz tak tego zo­sta­wić. Chcę wie­dzieć, jak Ha­tha­way­owie zo­stali w to wplą­tani i dla­czego osta­tecz­nie mia­łem nie­szczę­ście stać się chle­bo­dawcą naj­bar­dziej zrzę­dli­wej i wścib­skiej gu­wer­nantki w An­glii.

- Cat nie musi pra­co­wać. Da­łem jej tyle pie­nię­dzy, by mo­gła uło­żyć so­bie ży­cie we­dle swo­ich ży­czeń. Wy­je­chała do szkoły z in­ter­na­tem, gdzie uczyła się przez cztery lata, a ko­lejne dwa wy­kła­dała. W końcu przy­je­chała do Lon­dynu, by po­in­for­mo­wać mnie, że przy­jęła po­sadę gu­wer­nantki u Ha­tha­wayów. Ty by­łeś wtedy we Fran­cji z Win, jak mnie­mam. Cat po­szła na roz­mowę, Cam i Ame­lia ją po­lu­bili, Be­atrix i Poppy wy­raź­nie jej po­trze­bo­wały i chyba nikt nie wy­py­ty­wał o jej brak do­świad­cze­nia.

- Oczy­wi­ście, że nie - stwier­dził kwa­śno Leo. - Moja ro­dzina z pew­no­ścią nie kło­po­tała się czymś tak po­zba­wio­nym zna­cze­nia jak do­świad­cze­nie za­wo­dowe. Roz­mowę o pracę roz­po­częli za­pewne od py­ta­nia o jej ulu­biony ko­lor.

Harry z ca­łych sił sta­rał się nie ro­ze­śmiać.

- Pew­nie masz ra­cję.

- Dla­czego po­szła na służbę, je­śli nie po­trze­bo­wała pie­nię­dzy?

Harry wzru­szył ra­mio­nami.

- Chciała prze­ko­nać się, czym jest ro­dzina, na­wet je­śli miała być kimś z ze­wnątrz. Cat jest prze­ko­nana, że ni­gdy nie za­łoży wła­snej.

Leo zmarsz­czył brwi, jakby nie wi­dział w tym stwier­dze­niu żad­nego sensu.

- Prze­cież nic jej nie po­wstrzy­muje.

- Tak są­dzisz? - W zie­lo­nych oczach Harry'ego mi­gnęła drwina. - Wy, Ha­tha­way­owie, nie po­tra­fi­cie zro­zu­mieć, czym jest do­ra­sta­nie w izo­la­cji, wśród lu­dzi, któ­rych w ogóle nie ob­cho­dzi los dziecka. Za­kła­da­cie, że to wina czło­wieka, że nie da się go ko­chać. A to uczu­cie ota­cza cię bez prze­rwy, aż staje się wię­zie­niem i w końcu sam ba­ry­ka­du­jesz drzwi przed wszyst­kimi, któ­rzy chcą się do cie­bie zbli­żyć.

Leo słu­chał z uwagą, wy­czu­wa­jąc, że Harry mówi nie tylko o Ca­the­rine, ale i o so­bie. Po ci­chu przy­znał mu ra­cję: na­wet po­grą­żony w naj­głęb­szej roz­pa­czy wie­dział prze­cież, że jego ro­dzina go ko­cha.

Po raz pierw­szy na­prawdę do­tarło do niego, co Poppy zro­biła dla Harry'ego - wy­rwała go z nie­wi­dzial­nego wię­zie­nia z jego opi­sów.

- Dzię­kuję - od­parł w końcu ci­cho. - Wiem, że nie­ła­two ci było o tym mó­wić.

- Nie ma za co. Mu­szę tylko wy­ja­śnić ci jedną rzecz, Ram­say - mruk­nął Harry z po­wagą. - Je­śli skrzyw­dzisz Cat, będę mu­siał cię za­bić.

Poppy sie­działa w łóżku w ko­szuli noc­nej i czy­tała książkę. Usły­szała, że ktoś wcho­dzi do apar­ta­mentu, pod­nio­sła głowę i uśmiech­nęła się do męża, który po­ja­wił się na progu sy­pialni. Jej puls przy­spie­szył roz­kosz­nie na jego wi­dok. Harry był enig­ma­tycz­nym męż­czy­zną, nie­bez­piecz­nym na­wet zda­niem tych, któ­rzy chwa­lili się, że do­brze go znają. Przy Poppy ujaw­niał jed­nak swą zre­lak­so­waną wraż­liwą stronę.

- Roz­ma­wia­łeś z Leo?

- Tak, naj­droż­sza. - Zdjął sur­dut, rzu­cił go na opar­cie krze­sła i pod­szedł do łóżka. - Chciał po­roz­ma­wiać o Cat, tak jak po­dej­rze­wa­łem. Po­wie­dzia­łem mu tyle, ile mo­głem.

- I co o tym są­dzisz? - Poppy wie­działa, że Harry bez­błęd­nie po­trafi od­czy­tać my­śli i mo­ty­wa­cje in­nych.

Męż­czy­zna roz­luź­nił kra­wat.

- Ram­say nie­po­koi się o Cat znacz­nie bar­dziej, niż jest skłonny to przy­znać, to ja­sne. A mnie się to nie po­doba. Ale nie będę się wtrą­cał, do­póki Cat nie po­prosi mnie o po­moc. - Do­tknął od­sło­nię­tej szyi żony, prze­su­nął grzbie­tami pal­ców po skó­rze z czu­ło­ścią, od któ­rej od­dech Poppy przy­spie­szył. Czubki jego pal­ców spo­częły na gwał­tow­nie pul­su­ją­cym miej­scu i po­gła­dziły je czule. Na po­liczki Poppy wy­stą­pił ru­mie­niec. - Odłóż książkę - po­pro­sił ni­skim gło­sem.

Poppy za­ci­snęła palce na koł­drze.

- Ale wła­śnie do­tar­łam do bar­dzo in­te­re­su­ją­cego frag­mentu - od­parła, draż­niąc się z mę­żem.

- Na pewno nie jest na­wet w po­ło­wie tak in­te­re­su­jący, jak to, co za­raz przy­da­rzy się to­bie. - Harry jed­nym zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­su­nął po­ściel i po­chy­lił się nad nią... Książka upa­dła na pod­łogę, cał­kiem za­po­mniana.

Roz­dział 4

Ca­the­rine miała na­dzieję, że lord Ram­say, bę­dzie trzy­mał się z dala od Hamp­shire przez długi czas. Gdyby mi­nęło go od­po­wied­nio wiele, mo­gliby na­wet za­cząć uda­wać, że po­ca­łu­nek w ogro­dzie ni­gdy nie miał miej­sca.

Nie mo­gła jed­nak prze­stać się za­sta­na­wiać... dla­czego on to zro­bił?

Za­pewne chciał so­bie z niej za­drwić, szu­kał no­wego spo­sobu, by wy­trą­cić ją z rów­no­wagi.

Gdyby na świe­cie ist­niała ja­kaś spra­wie­dli­wość, Leo byłby tłu­sty, ospo­waty i łysy. A tym­cza­sem był wy­so­kim, przy­stoj­nym, wspa­niale zbu­do­wa­nym męż­czy­zną. Miał ciemne włosy, ja­sno­nie­bie­skie oczy i olśnie­wa­jący uśmiech. Naj­gor­sze było to, że wcale nie wy­glą­dał na ło­buza, za któ­rego ucho­dził. Był zdrowy, za­dbany, ho­no­rowy i zda­wał się być naj­mil­szym dżen­tel­me­nem, ja­kiego można było spo­tkać.

Ilu­zja roz­wie­wała się jed­nak, ile­kroć otwie­rał usta. Wtedy ujaw­niała się jego nik­czemna na­tura. Ni­gdy nie bra­ko­wało mu słów. Nie oszczę­dzał w drwi­nach ni­kogo, na­wet sie­bie. Od­kąd go po­znała, zdą­żył po­ka­zać prak­tycz­nie każdy nie­do­pusz­czalny dla dżen­tel­mena rys cha­rak­teru, a wszel­kie wy­siłki spro­wa­dze­nia go na do­brą drogę po­gar­szały tylko sprawę. Zwłasz­cza je­śli czy­niła je Ca­the­rine.

Leo miał okre­śloną prze­szłość i na­wet nie pró­bo­wał się z nią kryć. Był szczery do gra­nic przy­zwo­ito­ści, opo­wia­dał o pi­ciu, uga­nia­niu się za ko­bie­tami, awan­tu­ro­wa­niu się i każ­dym in­nym au­to­de­struk­cyj­nym za­cho­wa­niu, które przy­wio­dło nie­raz na skraj ka­ta­strofy całą jego ro­dzinę. On po pro­stu lu­bił być łaj­da­kiem albo za ta­kiego ucho­dzić. Opa­no­wał rolę zbla­zo­wa­nego ary­sto­kraty do per­fek­cji, a w jego oczach było tyle cy­ni­zmu, że choć miał do­piero trzy­dzie­ści lat, spra­wiał wra­że­nie czło­wieka, który prze­żył wszystko.

Ca­the­rine nie chciała mieć nic wspól­nego z żad­nym męż­czy­zną, a już na pewno nie z ta­kim, który wręcz ema­no­wał nie­bez­piecz­nym uro­kiem. Ta­kim nie można ufać. Być może jego naj­czar­niej­sze dni były wciąż przed nim. A na­wet je­śli nie... cóż, było rów­nie praw­do­po­do­bne, że jej naj­czar­niej­sze dni są jesz­cze przed nią.

Mniej wię­cej ty­dzień po wy­jeź­dzie Leo z Hamp­shire, Ca­the­rine zgo­dziła się spę­dzić po­po­łu­dnie na świe­żym po­wie­trzu ze swą naj­młod­szą pod­opieczną. Nie­stety nie była to spo­kojna prze­chadzka, którą Ca­the­rine pre­fe­ro­wała. Be­atrix się nie prze­cha­dzała, ona eks­plo­ro­wała. Lu­biła za­głę­bić się w le­sie, ba­dać florę, grzyby, gniazda, pa­ję­cze sieci i dziury w ziemi. Nic nie spra­wiało jej więk­szej ra­do­ści niż od­kry­cie czar­nej traszki, gniazda jasz­czurki, kró­li­czej nory, czy śle­dze­nie śla­dów bor­su­ków.

Ranne zwie­rzęta chwy­tała, przy­wra­cała do zdro­wia i wy­pusz­czała. Te, które tra­ciły sa­mo­dziel­ność, sta­wały się czę­ścią go­spo­dar­stwa do­mo­wego Ha­tha­wayów. A cała jej ro­dzina na tyle przy­wy­kła do dzi­wactw Be­atrix, że nikt na­wet nie mru­gał, gdy po sa­lo­niku prze­cha­dzał się jeż, a po stole ska­kały za­jące.

Przy­jem­nie zmę­czona po dłu­giej wy­cieczce Ca­the­rine usia­dła przy to­a­letce i roz­pu­ściła włosy. Prze­su­nęła pal­cami po czaszce i roz­cze­sała gę­ste pu­kle, ko­jąc miej­sca, które bo­lały od cia­snych war­ko­czy i spi­nek.

Gdy jej uszu do­biegł ra­do­sny pisk, od­wró­ciła się i zo­ba­czyła fretkę Be­atrix, ukry­wa­jącą się do­tąd pod ko­modą. Smu­kłe dłu­gie ciało Do­dgera wy­gięło się w łuk, gdy sko­czył do niej z białą rę­ka­wiczką w zę­bach. Mały zło­dzie­ja­szek uwiel­biał wy­cią­gać ubra­nia z szu­flad, skrzyń i szaf i ukry­wać je w se­kret­nych miej­scach. Ku ogrom­nej fru­stra­cji Ca­the­rine Do­dger szcze­gól­nie upodo­bał so­bie wła­śnie jej ubra­nia. Re­gu­lar­nie upo­ka­rzał ją, ka­żąc jej prze­cze­sy­wać Ram­say Ho­use w po­szu­ki­wa­niu pod­wią­zek.

- Ty prze­ro­śnięty szczu­rze - po­wie­działa do niego, gdy oparł przed­nie łapki na brzegu krze­sła. Po­gła­skała jego lśniące fu­terko, po­dra­pała go po gło­wie i ostroż­nie wy­jęła mu z zę­bów rę­ka­wiczkę. - Ukra­dłeś mi wszyst­kie pod­wiązki i te­raz wzią­łeś się za rę­ka­wiczki?

Zwie­rzak wpa­try­wał się w nią z uczu­ciem roz­ja­rzo­nymi oczami.

- Gdzie ukry­łeś moje rze­czy? - za­py­tała, kła­dąc rę­ka­wiczkę na bla­cie. - Je­śli nie od­zy­skam wkrótce mo­ich pod­wią­zek, będę mu­siała ob­wią­zy­wać poń­czo­chy sta­rym sznur­kiem.

Do­dger po­ru­szył wą­sami, jakby chciał się do niej uśmiech­nąć i po­ka­zał małe ostre zęby. Wy­giął się za­chę­ca­jąco.

Ca­the­rine uśmiech­nęła się z ocią­ga­niem i pod­nio­sła szczotkę do wło­sów.

- Nie mam te­raz czasu, by się z tobą ba­wić. Mu­szę się przy­go­to­wać do ko­la­cji.

Jed­nym zwin­nym ru­chem fretka sko­czyła jej na ko­lana, po­rwała z to­a­letki rę­ka­wiczkę i wy­bie­gła z po­koju.

- Do­dger! - za­wo­łała Ca­the­rine, bie­gnąc za nim. - Na­tych­miast mi to od­daj! - Na ko­ry­ta­rzu na­tknęła się na roz­go­rącz­ko­wane po­ko­jówki. Do­dger znik­nął za ro­giem.

- Vir­gie - zwró­ciła się Ca­the­rine do jed­nej ze słu­żą­cych - co się dzieje?

Ciem­no­włosa dziew­czyna uśmiech­nęła się wdzięcz­nie.

- Lord Leo wła­śnie przy­je­chał z Lon­dynu, pa­nienko. Go­spo­dyni ka­zała nam przy­go­to­wać jego po­kój, po­ło­żyć na stole do­dat­kowe na­kry­cie i roz­pa­ko­wać ba­gaże, gdy tylko po­jawi się lo­kaj.

- Tak szybko? - za­py­tała Cat, bled­nąc. - Ale prze­cież nie pi­sał. Nikt się go nie spo­dzie­wał.

Ja się go nie spo­dzie­wa­łam...

Vir­gie tylko wzru­szyła ra­mio­nami i po­bie­gła da­lej z na­rę­czem wy­kroch­ma­lo­nej po­ścieli.

Ca­the­rine przy­ci­snęła dłoń do brzu­cha, pró­bu­jąc opa­no­wać go­ni­twę my­śli. Było tylko jedno wyj­ście: musi uni­kać Leo. Uda ból głowy i zo­sta­nie w swoim po­koju.

Na­gle ktoś za­pu­kał do jej drzwi i nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, wszedł do środka. Serce po­de­szło jej do gar­dła, gdy do­strze­gła zna­jomą syl­we­tkę Leo.

- Jak pan śmie wcho­dzić do mo­jego po­koju bez... - Umil­kła, gdy za­mknął drzwi.

Od­wró­cił się do niej i ob­jął ją spoj­rze­niem. Był wy­mięty po po­dróży i nieco za­ku­rzony. Jego włosy naj­wy­raź­niej długo nie wi­działy grze­bie­nia, były w nie­ła­dzie i opa­dały mu na czoło. Miał opa­no­wany, lecz ostrożny wy­raz twa­rzy. Za­wsze obecną w jego oczach kpinę za­stą­piło coś, czego Ca­the­rine nie po­tra­fiła zi­den­ty­fi­ko­wać. Coś no­wego.

Za­ci­snęła dłoń w pięść, ner­wowo ła­piąc od­dech. Za­marła, gdy pod­szedł bli­żej, jej serce ło­mo­tało w piersi prze­peł­nione osza­ła­mia­jącą mie­sza­niną stra­chu i eks­cy­ta­cji.

Oparł dło­nie po obu stro­nach jej ciała i chwy­cił brzeg to­a­letki za nią. Był zbyt bli­sko, jego mę­ska wi­tal­ność ota­czała ją ze wszyst­kich stron. Pach­niał świe­żym po­wie­trzem, ku­rzem, końmi i zdro­wym mło­dym męż­czy­zną. Gdy się nad nią po­chy­lił, przy­ci­snął ko­lano do jej spód­nic.

- Po co pan tu wró­cił? - za­py­tała sła­bym gło­sem.

Spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

- Prze­cież wiesz.

Nie mo­gąc się po­wstrzy­mać, opu­ściła wzrok na sta­now­czą li­nię jego warg.

- Cat... mu­simy po­roz­ma­wiać o tym, co się wy­da­rzyło.

- Nie wiem, co pan ma na my­śli.

Prze­chy­lił lekko głowę.

- Mam ci przy­po­mnieć?

- Nie, nie... - Po­krę­ciła głową z em­fazą. - Nie.

Wy­giął usta.

- Jedno nie w zu­peł­no­ści wy­star­czy, ko­cha­nie.

Ko­cha­nie?

- My­śla­łam, że do­syć ja­sno wy­ra­zi­łam swoje zda­nie, mó­wiąc, że za­mie­rzam za­po­mnieć o tym, co się wy­da­rzyło.

- I są­dzisz, że to ci się uda?

- Tak, tak wła­śnie na­leży po­stę­po­wać, gdy się po­pełni błąd - od­parła z tru­dem. - Za­po­mina się o nim i żyje się da­lej.

- Na­prawdę? - za­py­tał Leo z nie­winną miną. - Moje błędy do­star­czają mi tyle ra­do­ści, że mam w zwy­czaju je po­wta­rzać.

Za­częła się za­sta­na­wiać, co jest z nią nie tak, że kusi ją, by się uśmiech­nąć.

- Ten błąd nie zo­sta­nie po­wtó­rzony.

- Ach, i znów ten ton gu­wer­nantki. Su­rowy i pe­łen dez­apro­baty. Czuję się przez cie­bie jak nie­grzeczny uczniak. - Pod­niósł dłoń, by do­tknąć czule jej brody.

Jej ciało drżało prze­peł­nione kon­flik­tem - jej skóra pra­gnęła jego czu­ło­ści, a in­stynkt pod­po­wia­dał, by jak naj­szyb­ciej się od­su­nęła. W re­zul­ta­cie po­pa­dła w bez­ruch, na­piąw­szy wszyst­kie mię­śnie.

- Je­śli na­tych­miast nie opu­ści pan tego po­koju - usły­szała swój głos - zro­bię scenę.

- Marks, nic na świe­cie nie spra­wi­łoby mi więk­szej ra­do­ści. W za­sa­dzie na­wet ci po­mogę. Od czego za­czniemy? - Naj­wy­raź­niej ba­wiła go jej kon­ster­na­cja i ru­mieńce, które na­gle wy­stą­piły na jej twarz.

Opusz­kiem kciuka prze­su­nął po cien­kiej wraż­li­wej skó­rze jej pod­bródka. Od­chy­liła głowę do tyłu, za­nim zo­rien­to­wała się, co robi.

- Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łem ta­kich oczu - po­wie­dział Leo nie­obec­nym to­nem. - Przy­po­mi­nają mi moją pierw­szą wi­zytę nad Mo­rzem Pół­noc­nym. - Czub­kami pal­ców wciąż pie­ścił li­nię jej szczęki. - Gdy wiatr gna fale, woda ma taki sam zie­lo­no­szary ko­lor jak twoje oczy te­raz... a na ho­ry­zon­cie jest błę­kitna.

Ca­the­rine do­szła do wnio­sku, że znów z niej drwi. Wy­krzy­wiła się.

- Czego pan ode mnie chce?

Leo długo zwle­kał z od­po­wie­dzią, ba­wiąc się płat­kiem jej ucha.

- Chcę po­znać wszyst­kie twoje se­krety. I wy­do­będę je z cie­bie, tak czy ina­czej.

W końcu zna­la­zła w so­bie siłę, by ode­pchnąć jego dłoń.

- Pro­szę prze­stać. Bawi się pan moim kosz­tem, jak zwy­kle. Jest pan roz­wią­złym łaj­da­kiem, po­zba­wio­nym za­sad ło­trem i...

- Nie za­po­mnij o "lu­bież­nym li­ber­ty­nie", to moje ulu­bione.

- Wy­no­cha!

Leo le­ni­wie ode­pchnął się od to­a­letki.

- Do­brze. Idę. Naj­wy­raź­niej bo­isz się, że je­śli zo­stanę, nie bę­dziesz w sta­nie kon­tro­lo­wać swo­ich pra­gnień.

- Obec­nie pra­gnę pana oka­le­czyć i roz­człon­ko­wać.

Leo uśmiech­nął się sze­roko i pod­szedł do drzwi. Za­trzy­mał się na progu i spoj­rzał na nią przez ra­mię.

- Twoje oku­lary znów za­cho­dzą mgłą - do­dał jesz­cze i wy­mknął się z po­koju, za­nim Ca­the­rine zdo­łała zna­leźć coś, czym mo­głaby w niego rzu­cić.

Roz­dział 5

- Leo - oznaj­miła Ame­lia, gdy jej brat wszedł do po­koju śnia­da­nio­wego na­stęp­nego ranka - mu­sisz się oże­nić.

Po­słał jej ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. Prze­cież wie­działa, że nie na­leży z nim roz­ma­wiać o tej po­rze. Leo lu­bił le­ni­wie roz­po­czy­nać dzień, Ame­lia na­to­miast od wcze­snego ranka ki­piała ener­gią. Poza tym nie wy­spał się, mę­czony przez ero­tyczne sny z Ca­the­rine Marks w roli głów­nej.

- Prze­cież wiesz, że ni­gdy się nie oże­nię.

- Cóż, i tak żadna roz­sądna ko­bieta by pana nie ze­chciała - do­biegł ich głos Marks. Gu­wer­nantka sie­działa w rogu na wą­skim krze­śle. Pro­mie­nie słońce od­bi­jały się od jej ja­snych wło­sów, za­mie­nia­jąc pyłki ku­rzu w po­wie­trzu w iskierki.

Leo od razu pod­jął wy­zwa­nie.

- Roz­sądna ko­bieta... Chyba jesz­cze żad­nej nie spo­tka­łem.

- A skąd pan to wie? Prze­cież na pewno nie in­te­re­so­wał pana ich cha­rak­ter. Bar­dziej przy­pa­try­wa­nie się ich... ich...

- Czemu do­kład­nie?

- Roz­mia­rom ich su­kien - wy­brnęła w końcu Marks.

Leo wy­buch­nął śmie­chem, roz­ba­wiony jej pru­de­rią.

- Na­prawdę nie mo­żesz wy­mie­niać nazw czę­ści ciała w to­wa­rzy­stwie, Marks? Piersi, bio­dra, nogi... Dla­czego roz­mowy o ludz­kiej ana­to­mii są ta­kie nie­sto­sowne?

Zmru­żyła po­wieki.

- Bo pro­wo­kują nie­sto­sowne my­śli.

Uśmiech­nął się do niej zna­cząco.

- To fakt.

- Cóż, ja się przed nimi wzbra­niam. I wolę, by tak po­zo­stało.

Uniósł brwi.

- Nie mie­wasz nie­sto­sow­nych my­śli?

- Pra­wie ni­gdy.

- A je­śli już mie­wasz, to ja­kie?

Spoj­rzała na niego gniew­nie.

- Mia­łaś kie­dyś nie­sto­sowne my­śli na mój te­mat? - kon­ty­nu­ował Leo, pro­wo­ku­jąc u panny Marks ogni­sty ru­mie­niec.

- Prze­cież po­wie­dzia­łam, że nie mie­wam nie­sto­sow­nych my­śli.

- Nie, po­wie­dzia­łaś, że pra­wie ni­gdy ich nie mie­wasz. Co ozna­cza, że jedna czy dwie jed­nak gdzieś tam ko­ła­czą ci się po gło­wie.

- Leo, prze­stań ją drę­czyć - wtrą­ciła Ame­lia.

Męż­czy­zna jej jed­nak nie usły­szał, cał­ko­wi­cie sku­piony na Ca­the­rine.

- Nie my­ślał­bym o to­bie źle, gdy­byś je jed­nak mie­wała. Chyba na­wet mógł­bym cię za to po­lu­bić.

- O, nie wąt­pię - od­gry­zła się Ca­the­rine. - Pan za­pewne w ogóle pre­fe­ruje ko­biety po­zba­wione ja­kich­kol­wiek cnót.

- Cnota w ko­bie­cie jest jak pieprz w zu­pie. W ma­łych ilo­ściach to do­sko­nała przy­prawa. Je­śli prze­sa­dzisz, nikt nie bę­dzie cię chciał.

Ca­the­rine za­ci­snęła wargi i od­wró­ciła wzrok, koń­cząc sprzeczkę.

Na­gle Leo uświa­do­mił so­bie, że cała ro­dzina przy­gląda mu się z roz­ba­wie­niem.

- Co znów zro­bi­łem? Co się dzieje? I co, do dia­bła, wszy­scy tak czy­ta­cie?

Ame­lia, Cam i Mer­ri­pen roz­ło­żyli na stole stos pa­pie­rów, a Win i Be­atrix spraw­dzały coś w opa­słej en­cy­klo­pe­dii.

- Nasz radca prawny, pan Ga­dwick, wła­śnie przy­słał list - od­parł Mer­ri­pen. - Wy­gląda na to, że gdy dzie­dzi­czy­łeś po­sia­dłość, nie po­in­for­mo­wano cię o kilku istot­nych kwe­stiach.

- Wcale mnie to nie dziwi - stwier­dził Leo, pod­cho­dząc do bu­fetu. - Pod­rzu­cili mi po­sia­dłość i ty­tuł jak zgniłe jajo. Ra­zem z tą całą klą­twą.

- Nie ma żad­nej klą­twy - za­pro­te­sto­wała Ame­lia.

- Do­prawdy? - Leo uśmiech­nął się po­nuro. - To dla­czego pół tu­zina lor­dów Ram­sayów zmarło je­den po dru­gim?

- Zbieg oko­licz­no­ści. Naj­wy­raź­niej ta ga­łąź ro­dziny od po­czątku była nie­zdarna i wsobna. Zda­rza się wśród ary­sto­kra­cji.

- Cóż, my ra­czej nie mamy tego pro­blemu. - Leo zwró­cił się do Mer­ri­pena. - Opo­wiedz mi o tych istot­nych kwe­stiach. Tylko nie uży­waj trud­nych słów. Nie lu­bię my­śleć o tej po­rze dnia. Spra­wia mi to fi­zyczny ból.

Mer­ri­pen usiadł przy stole, nie wy­glą­dał na za­do­wo­lo­nego.

- Dom i działka, na któ­rej stoi, mniej wię­cej czter­na­ście akrów, nie były czę­ścią pierw­szej po­sia­dło­ści Ram­say. Do­dano je póź­niej. Zgod­nie z pra­wem sta­no­wią one osobną wła­sność. I w prze­ci­wień­stwie do reszty po­sia­dło­ści nimi lord może za­rzą­dzać we­dle swo­jej woli, na przy­kład za­sta­wić je lub sprze­dać.

- Świet­nie - wtrą­cił Leo. - Ja je­stem lor­dem, nie chcę nic za­sta­wiać ani sprze­da­wać, więc wszystko jest w po­rządku, prawda?

- Nie.

- Nie? - Leo jęk­nął. - Prze­cież zgod­nie z za­sa­dami ma­jo­ratu lord za­wsze dzie­dzi­czy zie­mię i dwór. Nie da się ich roz­dzie­lić.

- Fakt - zgo­dził się Mer­ri­pen. - I dla­tego masz pełne prawo do daw­nego dworu. Leży nad stru­mie­niem w pół­noc­no­za­chod­nim rogu po­sia­dło­ści.

Leo od­sta­wił ta­lerz z nie­do­je­dzo­nym śnia­da­niem i spoj­rzał na Mer­ri­pena ze zdu­mie­niem.

- Prze­cież tu kupa gru­zów po­ro­śnięta mchem. Zo­stała wznie­siona za Edwarda Wy­znawcy, na li­tość Bo­ską.

- Ow­szem. I to jest twój praw­dziwy dom.

- Nie chcę tam­tej ru­iny, chcę ten dom - stwier­dził Leo z iry­ta­cją. - Na czym po­lega pro­blem?

- Mogę ja mu po­wie­dzieć? - za­py­tała z prze­ję­ciem Be­atrix. - Spraw­dzi­łam wszyst­kie praw­ni­cze ter­miny i na pewno wy­ja­śnię mu to le­piej niż kto­kol­wiek. - Usia­dła przy stole z Do­dge­rem, który uło­żył się na jej ra­mio­nach. - Wi­dzisz, Leo, po­przedni dwór po­padł w ru­inę kilka stu­leci temu. I wtedy ów­cze­sny lord Ram­say ku­pił tę czter­na­sto­akrową działkę i zbu­do­wał na niej nowy dwór. Od tam­tej pory prze­ka­zy­wano go na mocy zwy­czaju każ­demu no­wemu lor­dowi. Ale ostatni lord Ram­say, ten tuż przed tobą, zna­lazł spo­sób, by to, co da się od­dzie­lić od ma­jo­ratu, prze­ka­zać swo­jej żo­nie i córce. Tak więc Ram­say Ho­use i czter­na­sto­akrową par­celę odzie­dzi­czyły hra­bina Ram­sey i jej córka Va­nessa Da­rvin.

Leo po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Dla­czego do­wia­du­jemy się o tym do­piero te­raz?

- Wy­gląda na to, że wdowa nie ro­ściła so­bie praw do domu, do­póki był ru­iną - od­parła Ame­lia po­nuro. - Ale te­raz, gdy tak pięk­nie go od­re­stau­ro­wa­li­śmy, po­in­for­mo­wała na­szego ad­wo­kata, że za­mie­rza prze­jąć ma­ją­tek.

Leo wpadł w gniew.

- Niech mnie dia­bli, je­śli po­zwolę ko­mu­kol­wiek ode­brać Ram­say Ho­use Ha­tha­wayom. Je­śli bę­dzie trzeba, pójdę z tym do West­min­ster.

Mer­ri­pen po­tarł ką­ciki oczu.

- Oni nic nie zro­bią.

- Skąd wiesz?

- Nasz ad­wo­kat już się do­wia­dy­wał w tej spra­wie. Nie­stety Ram­say Ho­use ni­gdy nie był ob­jęty ma­jo­ra­tem.

- Mo­żemy prze­cież wy­ku­pić tę część od wdowy.

- Już nas po­in­for­mo­wała, że żadne pie­nią­dze nie skło­nią jej do po­zby­cia się ma­jątku.

- Ko­biety czę­sto zmie­niają zda­nie. Po­no­wimy ofertę.

- Do­brze. Ale je­śli znów od­mówi, po­zo­sta­nie już tylko je­den spo­sób, by za­cho­wać dom.

- Nie mogę się wręcz do­cze­kać, by to usły­szeć.

- Po­przedni lord Ram­say za­strzegł w te­sta­men­cie, że otrzy­masz zie­mię wraz z do­mem, je­śli oże­nisz się i spło­dzisz pra­wo­wi­tego dzie­dzica w ciągu pię­ciu lat od dnia odzie­dzi­cze­nia ty­tułu.

- Dla­czego aku­rat pięć lat?

- Bo w ciągu ostat­nich trzech de­kad nie zda­rzyło się, by Ram­say żył dłu­żej po odzie­dzi­cze­niu ty­tułu - wy­ja­śniła de­li­kat­nie Win - czy też spło­dził w tym cza­sie po­tomka.

- Do­bra wia­do­mość jest taka, Leo - do­dała ra­do­śnie Be­atrix - że mi­nęły już cztery lata, od­kąd odzie­dzi­czy­łeś ty­tuł. Je­śli po­ży­jesz jesz­cze rok, zła­miesz ro­dzinną klą­twę.

- Tyle że mu­sisz jak naj­szyb­ciej się oże­nić i spro­wa­dzić na świat syna - wtrą­ciła Ame­lia.

Leo spoj­rzał w osłu­pie­niu na człon­ków swej ro­dziny. W końcu ro­ze­śmiał się z nie­do­wie­rza­niem.

- Wszy­scy chyba cał­kiem stra­ci­li­ście ro­zum, je­śli my­śli­cie, że za­wrę mał­żeń­stwo bez mi­ło­ści tylko po to, by­ście mo­gli da­lej miesz­kać w Ram­say Ho­use.

Win uśmiech­nęła się po­jed­naw­czo i po­dała mu ar­kusz pa­pieru.

- Ni­gdy nie zmu­si­li­by­śmy cię do mał­żeń­stwa bez mi­ło­ści, bra­ciszku. Stwo­rzy­li­śmy jed­nak li­stę po­ten­cjal­nych pa­nien mło­dych, wszystko to nie­zwy­kle uro­cze dziew­częta. Może rzu­cisz okiem i spraw­dzisz, czy któ­raś ci się po­doba?

Chcąc do­go­dzić Win, Leo wziął kartkę.

- Ma­rietta New­bury?

- Ow­szem - po­wie­działa Ame­lia. - Co jest z nią nie tak?

- Nie po­do­bają mi się jej zęby.

- A Isa­bella Char­ring­ton?

- Nie po­doba mi się jej matka.

- Lady Blos­som Tre­ma­ine?

- Nie po­doba mi się jej imię.

- Na li­tość bo­ską, Leo, prze­cież nie mo­żesz jej za to wi­nić.

- I co z tego? Nie mogę mieć żony, która ma imię Blos­som. Każ­dej nocy czuł­bym się tak, jak­bym spę­dzał do domu jedną z mo­ich krów. - Leo uniósł wzrok do su­fitu. - Rów­nie do­brze mógł­bym po­ślu­bić pierw­szą na­po­tkaną na ulicy ko­bietę. Ba, le­piej by mi było z Marks.

Za­pa­dło mil­cze­nie.

Scho­wana w ką­cie po­koju Ca­the­rine pod­nio­sła głowę, gdy uświa­do­miła so­bie, że wszy­scy na nią pa­trzą. Otwo­rzyła sze­roko oczy i ob­lała się ró­żo­wym ru­mień­cem.

- To nie jest śmieszne - oznaj­miła ostrym gło­sem.

- To do­sko­nałe roz­wią­za­nie - stwier­dził Leo, czer­piąc per­wer­syjną sa­tys­fak­cję z iry­to­wa­nia gu­wer­nantki. - Cały czas się kłó­cimy. Nie mo­żemy na sie­bie pa­trzeć. Już za­cho­wu­jemy się jak mał­żeń­stwo.

Ca­the­rine ze­rwała się z krze­sła i spoj­rzała na niego gniew­nie.

- Ni­gdy nie wy­ra­zi­ła­bym na to zgody.

- I do­brze, bo cię o to nie py­ta­łem. Ilu­stro­wa­łem tylko pewną tezę.

- Mnie pro­szę do tego nie wy­ko­rzy­sty­wać! - Panna Marks wy­bie­gła z po­koju.

- Wie­cie co? - rze­kła Win z na­my­słem. - Po­win­ni­śmy wy­dać bal.

- Bal? - za­py­tał Mer­ri­pen ze zdzi­wie­niem.

- Tak, za­pro­simy wszyst­kie nie­za­mężne młode damy, które przyjdą nam do głowy. Może jedna z nich spodoba się Leo na tyle, by za­czął ubie­gać się o jej rękę.

- Nie będę się do ni­kogo za­le­cał! - za­pro­te­sto­wał Leo.

Ko­lek­tyw­nie go zi­gno­ro­wano.

- Po­doba mi się ten po­mysł - zgo­dziła się Ame­lia. - Po­lo­wa­nie na pannę młodą.

- Chyba ra­czej po­lo­wa­nie na pana mło­dego - za­uwa­żył kpiąco Cam - jako że to Leo bę­dzie zwie­rzyną łowną.

- Jak Kop­ciu­szek! - za­wo­łała Be­atrix. - Tyle że bez cza­ru­ją­cego księ­cia.

Gdy wy­bu­chła sprzeczka, Cam uniósł dłoń, by wszyst­kich uci­szyć.

- Spo­koj­nie, moi dro­dzy. Je­śli stra­cimy Ram­say Ho­use, mo­żemy wy­bu­do­wać drugi dom w do­wol­nym punk­cie po­sia­dło­ści.

- To za­bra­łoby całą wiecz­ność i po­chło­nęło ma­ją­tek - za­pro­te­sto­wała Ame­lia. - A poza tym to już nie by­łoby to samo. Zbyt wiele czasu po­świę­ci­li­śmy na od­bu­do­wa­nie tego domu, wło­ży­li­śmy w to serce.

- Zwłasz­cza Mer­ri­pen - do­dała Win ci­cho.

Mer­ri­pen lekko po­krę­cił głową.

- To tylko dom.

Wszy­scy jed­nak do­brze wie­dzieli, że to coś wię­cej niż ka­mień i za­prawa... to był ich dom. Tu przy­szedł na świat syn Cama i Ame­lii. Tu po­brali się Win i Mer­ri­pen. Pe­łen cha­otycz­nego uroku Ram­say Ho­use do­sko­nale od­da­wał cha­rak­ter ro­dziny Ha­tha­wayów.

Nikt nie ro­zu­miał tego le­piej niż Leo. Jako ar­chi­tekt wie­dział, że istota nie­któ­rych bu­dyn­ków za­wiera się w czymś wię­cej niż su­mie jego ele­men­tów. Ram­say Ho­use po­padł w ru­inę i zo­stał od­bu­do­wany... z po­rzu­co­nej sko­rupy prze­mie­nił się w kwit­nące szczę­śliwe do­mo­stwo dzięki ro­dzi­nie, która w nim za­miesz­kała. To by­łaby zbrod­nia, gdyby przez kru­czek prawny Ha­tha­wayów za­stą­piły w nim dwie ko­biety, które nic weń nie za­in­we­sto­wały.

Prze­kli­na­jąc pod no­sem, Leo prze­cze­sał włosy pal­cami.

- Chcę rzu­cić okiem na ru­iny sta­rego dworu - po­wie­dział. - Mer­ri­pen, jak mam tam do­je­chać?

- Sam nie wiem. Rzadko się tam za­pusz­czam.

- Ja wiem - wtrą­ciła Be­atrix. - Ra­zem z panną Marks jeź­dzimy tam cza­sami konno, by szki­co­wać. Ru­iny są bar­dzo ma­low­ni­cze.

- Po­je­dziesz tam ze mną?

- Z przy­jem­no­ścią.

Ame­lia zmarsz­czyła brwi.

- Po co chcesz od­wie­dzać ru­iny, Leo?

Uśmiech­nął się krzywo, by ją zi­ry­to­wać.

- Cóż, żeby zdjąć miarę na za­słony, to chyba oczy­wi­ste.

Roz­dział 6

- Do kroć­set! - za­wo­łała Be­atrix, wcho­dząc do bi­blio­teki, w któ­rej cze­kał brat. - Nie mogę je­chać z tobą do ruin. Wła­śnie zaj­rza­łam do Szczę­ściary, bę­dzie ro­dzić. Nie mogę jej zo­sta­wić w ta­kiej chwili.

Leo uśmiech­nął się krzywo i odło­żył książkę na półkę.

- Kim jest Szczę­ściara?

- Och, prze­cież ty jesz­cze jej nie po­zna­łeś. To trzy­noga kotka, która na­le­żała do wiej­skiego se­ro­wara. Bie­dac­two wpa­dło w pu­łapkę na szczury i trzeba było am­pu­to­wać jej łapkę. Nie mo­gła już po­tem ło­wić my­szy i se­ro­war od­dał ją mnie. Na­wet nie nadał jej imie­nia, wy­obra­żasz so­bie?

- Bio­rąc pod uwagę jej przy­gody, to chyba lek­kie nie­po­ro­zu­mie­nie na­zy­wać ją "Szczę­ściarą".

- Po­my­śla­łam, że może dzięki temu pech ją opu­ści.

- Na pewno - zgo­dził się Leo z roz­ba­wie­niem.

Od­da­nie, z ja­kim Be­atrix nio­sła po­moc wszel­kim stwo­rze­niom, na równi wzru­szało i mar­twiło Ha­tha­wayów. Do­sko­nale zda­wali so­bie sprawę, że to wła­śnie ich naj­młod­sza la­to­rośl jest naj­bar­dziej nie­kon­wen­cjo­nal­nym człon­kiem już i tak eks­cen­trycz­nej ro­dziny.

Pod­czas lon­dyń­skiego se­zonu Be­atrix cie­szyła się ogrom­nym za­in­te­re­so­wa­niem. Była na­prawdę śliczna ze swymi nie­bie­skimi oczami, ciem­nymi wło­sami i wy­soką, wiotką syl­we­tką. Mło­dych dżen­tel­me­nów po­cią­gały jej świe­żość i urok, przy czym nie wie­dzieli, że ta­kie samo cier­pliwe za­in­te­re­so­wa­nie jak im Be­atrix oka­zuje też je­żom, po­lnym my­szom i nie­po­słusz­nym spa­nie­lom. Gdy jed­nak nad­cho­dził czas za­lo­tów, z nie­chę­cią re­zy­gno­wali z jej zaj­mu­ją­cego to­wa­rzy­stwa na rzecz bar­dziej kon­wen­cjo­nal­nych dam. Z każ­dym ko­lej­nym se­zo­nem szanse Bei na za­mąż­pój­ście ma­lały.

Ona jed­nak zda­wała się tym wcale nie przej­mo­wać. Miała pra­wie dwa­dzie­ścia lat i ni­gdy do­tąd nie ob­da­rzyła ni­kogo uczu­ciem. Ha­tha­way­owie wie­dzieli, że tylko wy­jąt­kowy czło­wiek mógłby ją zro­zu­mieć. Żyła zgod­nie ze swą na­turą, nie dba­jąc o kon­we­nanse.

- Zaj­mij się Szczę­ściarą - po­wie­dział miękko Leo. - Za­pewne do­trę do ruin na wła­sną rękę.

- Nie po­je­dziesz sam. Po­pro­si­łam pannę Marks, by ci to­wa­rzy­szyła.

- Na­prawdę? I zgo­dziła się?

Nim Be­atrix zdo­łała od­po­wie­dzieć, do bi­blio­teki we­szła Ca­the­rine w ama­zonce i z wło­sami ścią­gnię­tymi w cia­sny wę­zeł. Pod pa­chą nio­sła szki­cow­nik. Za­trzy­mała się na wi­dok Leo, który miał na so­bie sur­dut do jazdy kon­nej, ob­ci­słe bry­czesy i wy­tarte buty, po czym spoj­rzała nie­uf­nie na Be­atrix.

- Dla­czego jesz­cze się nie prze­bra­łaś, moja droga?

- Przy­kro mi, panno Marks, ale nie mogę je­chać. Szczę­ściara mnie po­trze­buje. Ale to nic, pani na pewno le­piej wskaże Leo drogę. - Be­atrix uśmiech­nęła się ra­do­śnie. - To wspa­niały dzień na prze­jażdżkę, prawda? Uda­nej wy­cieczki! - Ener­gicz­nym kro­kiem opu­ściła bi­blio­tekę.

Ca­the­rine zmarsz­czyła brwi, spo­glą­da­jąc na Leo.

- Dla­czego chce pan od­wie­dzić ru­iny?

- Chciał­bym po pro­stu rzu­cić na nie okiem. A zresztą, nie mu­szę się prze­cież tłu­ma­czyć. Po pro­stu zre­zy­gnuj, je­śli bo­isz się je­chać tylko ze mną.

- Mia­ła­bym się pana bać? W naj­mniej­szym stop­niu.

Leo po­ka­zał drzwi, pa­ro­diu­jąc gest dżen­tel­mena.

- Pa­nie przo­dem.

Ze względu na stra­te­giczną wagę por­tów w So­uthamp­ton i Por­ts­mo­uth w ca­łym Hamp­shire pełno było śre­dnio­wiecz­nych zam­ków i ma­low­ni­czych ruin for­tów i an­glo­sa­skich umoc­nień. Leo wie­dział, że na te­re­nie po­sia­dło­ści znaj­dują się szczątki sta­rego dworu, ale do­tąd nie miał oka­zji ich zwie­dzić. Nie miał zwy­czaj­nie czasu, za­jęty upra­wia­niem ziemi, li­cze­niem czyn­szów, na­jem­nymi ro­bot­ni­kami, kre­dy­tami, tar­ta­kiem i oka­zjo­nal­nymi zle­ce­niami ar­chi­tek­to­nicz­nymi, które przyj­mo­wał.

Prze­je­chali z Ca­the­rine przez pola kwit­ną­cej rzepy i psze­nicy, i pa­stwi­ska, na któ­rych pa­sły się pu­szy­ste białe owce. Prze­cięli las na pół­nocno-za­chod­nim krańcu po­sia­dło­ści, gdzie sze­ro­kie stru­mie­nie ob­my­wały zie­lone wzgó­rza i wa­pienne wznie­sie­nia. Tu zie­mia była mniej uro­dzajna, bar­dziej ka­mie­ni­sta niż gli­nia­sta, ale sama lo­ka­li­za­cja do­sko­nale nada­wała się na umoc­niony dwór.

Gdy wjeż­dżali na wzgó­rze, Leo rzu­cał ukrad­kowe spoj­rze­nia Ca­the­rine. Pro­wa­dziła ko­nia z gra­cją, oszczęd­nymi ru­chami. Do­sko­nale wy­kształ­cona młoda dama, stwier­dził. Wy­tworna, elo­kwentna, wła­da­jąca sze­roką wie­dzą. Każda inna chwa­li­łaby się tymi ce­chami, Ca­the­rine ro­biła, co mo­gła, by nie zwra­cać na sie­bie uwagi.

W końcu do­je­chali do ruin daw­nego dworu. Resztki ścian ster­czały z ziemi jak kręgi ska­mie­nia­łych stwo­rzeń. Gra­nice bu­do­wli wy­zna­czały nie­rów­no­ści po­kry­tej mchem ziemi. Płytki rów, sze­roki na dwa­dzie­ścia pięć stóp, po­ka­zy­wał roz­miary fosy, która kie­dyś ota­czała wznie­sie­nie.

Leo zsiadł z ko­nia, spę­tał go i pod­szedł po­móc Ca­the­rine, która prze­ło­żyła prawą nogę przez łęk i ze­śli­znęła się z sio­dła pro­sto w jego ra­miona. Rondo toczka rzu­ciło cień na jej opa­li­zu­jące oczy, gdy unio­sła ku niemu za­ru­mie­nioną od wy­siłku twarz. Roz­chy­liła wargi... i na­gle Leo wy­obra­ził so­bie, jakby to było ko­chać się z nią, mieć pod sobą jej smu­kłe, gib­kie ciało, czuć jej od­dech na szyi. Do­pro­wa­dziłby ją do eks­tazy po­woli i bez­li­to­śnie, a ona wbi­ja­łaby w niego pa­znok­cie, ję­cza­łaby i szep­tem wy­krzy­ki­wała jego imię...

- A oto i on - po­wie­działa Ca­the­rine. - Dom pań­skich przod­ków.

Leo z tru­dem ode­rwał od niej wzrok.

- Uro­cze. Trzeba tylko nieco po­sprzą­tać i miej­sce bę­dzie jak nowe.

- Za­mie­rza pan pod­dać się woli ro­dziny i zna­leźć so­bie żonę?

- Są­dzisz, że po­wi­nie­nem?

- Nie, nie po­siada pan za­dat­ków na przy­zwo­itego męża. Ani cha­rak­teru.

Był tego sa­mego zda­nia. A jed­nak za­bo­lała go świa­do­mość, że ona tak my­śli.

- Skąd czer­piesz tak pełną wie­dzę na te­mat mo­jego cha­rak­teru?

Ca­the­rine wzru­szyła ra­mio­nami ze skrę­po­wa­niem.

- Nie można unik­nąć wy­słu­chi­wa­nia plo­tek o pana wy­czy­nach, gdy bale spę­dza się w to­wa­rzy­stwie wdów i ma­tron.

- Ro­zu­miem. A ty wie­rzysz we wszystko, co usły­szysz?

Nie od­po­wie­działa. Spo­dzie­wał się, że bę­dzie się z nim kłó­cić, że go ob­razi. Ku jego zdu­mie­niu jed­nak Ca­the­rine spoj­rzała na niego ze skru­chą.

- Ma pan ra­cję. Nie­za­leż­nie od tego, na ile te plotki są praw­dziwe, i tak nie po­win­nam ich słu­chać.

Cze­kał na zgryź­liwą uwagę, ale panna Marks zda­wała się mó­wić cał­kiem szcze­rze. Zro­zu­miał wtedy, jak mało wie o tej lu­bią­cej od­osob­nie­nie po­waż­nej mło­dej ko­bie­cie, która już od tak dawna żyła na mar­gi­ne­sie jego ro­dziny.

- I co gło­szą te plotki? - za­py­tał od nie­chce­nia.

Po­słała mu kpiące spoj­rze­nie.

- Wiele się mówi o pana spraw­no­ści jako ko­chanka.

- Och, te plotki są jak naj­bar­dziej praw­dziwe. - Cmok­nął z dez­apro­batą. - Czy wdowy i przy­zwo­itki na­prawdę roz­pra­wiają o ta­kich rze­czach?

Wy­gięła brwi.

- A pan my­ślał, że o czym?

- O ro­bót­kach ręcz­nych. Prze­pi­sach na ga­la­retki.

Po­krę­ciła głową i przy­gry­zła wargi, by się nie uśmiech­nąć.

- Ja­kie nu­żące mu­szą być dla cie­bie te spo­tka­nia - stwier­dził Leo. - Za­wsze w ką­cie, oto­czona plot­kami, przy­glą­dasz się, jak wszy­scy inni tań­czą.

- To nie jest nu­żące. Nie lu­bię tań­czyć.

- A tań­czy­łaś kie­dy­kol­wiek z męż­czy­zną?

- Nie - przy­znała.

- To skąd wiesz, że tego nie lu­bisz?

- Mogę prze­cież mieć opi­nię na te­mat cze­goś, czego nie pró­bo­wa­łam.

- Ależ oczy­wi­ście. Znacz­nie ła­twiej jest for­mu­ło­wać opi­nie, nie kło­po­cząc się do­świad­cze­niami czy fak­tami.

Zmarsz­czyła brwi, ale nie od­po­wie­działa.

- Pod­da­łaś mi pe­wien po­mysł, Marks - kon­ty­nu­ował Leo. - Po­zwolę sio­strom za­pla­no­wać ten bal z jed­nego po­wodu: by do cie­bie w trak­cie po­dejść i po­pro­sić cię do tańca. Przy wszyst­kich.

Spoj­rzała na niego ze zgrozą.

- Od­mó­wię.

- I tak to zro­bię.

- Aby ze mnie za­drwić. Zro­bić po­śmie­wi­sko z nas obojga.

- Nie. - Jego głos zła­god­niał. - Aby za­tań­czyć, Marks.

Wpa­try­wali się w sie­bie przez długą chwilę z fa­scy­na­cją.

A po­tem Ca­the­rine się uśmiech­nęła. Słodko, na­tu­ral­nie, olśnie­wa­jąco - jak jesz­cze ni­gdy się do niego nie uśmie­chała. Leo po­czuł ucisk w piersi. Ogar­nęła go fala go­rąca, jakby na­gle ktoś po­dał mu wpra­wia­jący w eu­fo­ryczny na­strój nar­ko­tyk.

To mu­siało być... szczę­ście. Pa­mię­tał jesz­cze to uczu­cie. Z ca­łych sił sta­rał się o nim za­po­mnieć, ale przy­pra­wia­jące o za­wrót głowy cie­pło i tak roz­pły­nęło się po ca­łym jego ciele.

- Dzię­kuję - po­wie­działa w końcu Ca­the­rine, uśmie­cha­jąc się miękko. - To bar­dzo miło z pana strony, mi­lor­dzie. Ni­gdy jed­nak z pa­nem nie za­tań­czę.

Leo po­czuł na­gle, że ma w ży­ciu nowy cel.

Ca­the­rine wy­jęła z sa­kwy przy sio­dle szki­cow­nik i ze­staw ołów­ków.

- Nie wie­dzia­łem, że ry­su­jesz.

- Nie je­stem w tym do­bra.

Wska­zał ze­szyt.

- Mogę rzu­cić okiem?

- By mieć ko­lejny po­wód do drwin?

- Nie będę drwił. Obie­cuję. Po­zwól mi zo­ba­czyć. - Wy­cią­gnął do niej otwartą dłoń.

Spoj­rzała na nią, a po­tem na jego twarz. Z wa­ha­niem po­dała mu szki­cow­nik.

Leo przez chwilę prze­glą­dał ry­sunki. Były tam głów­nie ru­iny, ujęte pod róż­nymi ką­tami - kre­ska była może zbyt ostrożna i miej­scami zdy­scy­pli­no­wana, przez co szkice tra­ciły na ży­wot­no­ści, ale ca­łość spra­wiała na­prawdę do­bre wra­że­nie.

- Są uro­cze. Masz do­sko­nałe wy­czu­cie li­nii i formy.

Za­ru­mie­niła się na te słowa.

- Od pana sióstr wiem, że jest pan praw­dzi­wym ar­ty­stą.

- Ra­czej kom­pe­tent­nym. W cza­sie stu­diów ar­chi­tek­to­nicz­nych mia­łem rów­nież za­ję­cia z ry­sunku. - Uśmiech­nął się do niej swo­bod­nie. - Naj­le­piej wy­cho­dzą mi obiekty, które po­zo­stają w bez­ru­chu. Bu­dynki. La­tar­nie. - Wró­cił do kart­ko­wa­nia ze­szytu. - Masz tu ja­kieś ry­sunki Be­atrix?

- Na ostat­niej stro­nie. Za­częła kie­dyś szki­co­wać jedną ze ścian, ale jej uwagę od­cią­gnęła wie­wiórka.

Leo od­na­lazł bar­dzo szcze­gó­łowy por­tret wie­wiórki i po­krę­cił głową.

- Be­atrix i jej zwie­rzęta.

Uśmiech­nęli się do sie­bie.

- Wiele osób roz­ma­wia ze swymi pu­pi­lami - oznaj­miła Ca­the­rine.

- Tak, ale tylko nie­liczni ro­zu­mieją od­po­wie­dzi. - Leo za­mknął szki­cow­nik, od­dał go gu­wer­nantce i pod­szedł do ruin.

Ca­the­rine po­szła za nim, omi­ja­jąc po dro­dze kwit­nące na żółto krzewy kol­co­li­stów.

- Jak głę­boka była ta fosa, pana zda­niem?

- Po­wie­dział­bym, że na nie mniej niż osiem stóp. - Leo osło­nił oczy i ro­zej­rzał się wo­kół. - Za­pewne od­wró­cono bieg jed­nego ze stru­mieni, by ją na­peł­nić. Wi­dzisz tamte wznie­sie­nia? Tam za­pewne były bu­dynki go­spo­dar­cze i kwa­tery chłop­skie z gliny.

- A jak wy­glą­dał dwór?

- Główna część na pewno była z ka­mie­nia, a reszta z róż­nych ma­te­ria­łów. I pełno było w nim owiec, kóz, psów i chło­pów.

- Czy zna pan hi­sto­rię pierw­szego su­we­rena? - Ca­the­rine usia­dła na murku, po­pra­wia­jąc spód­nice.

- Masz na my­śli pierw­szego wi­ceh­ra­biego Ram­say? - Leo przy­sta­nął na brzegu rowu, który kie­dyś był fosą. Jego wzrok błą­dził po zruj­no­wa­nym kra­jo­bra­zie. - Przy­szedł na świat jako Tho­mas z Black­mere, był znany ze swego bez­li­to­snego cha­rak­teru. Naj­wy­raź­niej miał wy­jąt­kowy ta­lent do gra­bieży i pa­le­nia. Był prawą ręką Edwarda, zwa­nego Czar­nym Księ­ciem.

Uśmiech­nął się, gdy Ca­the­rine zmarsz­czyła nos. Sie­działa wy­pro­sto­wana jak uczen­nica, ze szki­cow­ni­kiem na ko­la­nach. Za­pra­gnął po­rwać ją z tego murku i na chwilę za­po­mnieć o ry­cer­sko­ści.

- Brał udział w woj­nie z Fran­cją i po czte­rech la­tach nie­woli wró­cił do An­glii. Za­pewne za­pra­gnął się ustat­ko­wać, bo na­je­chał te zie­mie, za­bił ba­rona, który wy­bu­do­wał dwór, za­jął jego ma­ją­tek i znie­wo­lił wdowę.

Ca­the­rine otwo­rzyła sze­roko oczy.

- Bie­daczka.

Leo wzru­szył ra­mio­nami.

- Mu­siała zdo­być nad nim ja­kąś wła­dzę. Po­tem się z nią oże­nił i spło­dził sze­ścioro dzieci.

- Do­żyli spo­koj­nej sta­ro­ści?

Po­krę­cił głową i pod­szedł do niej po­woli.

- Wkrótce po­tem Tho­mas wró­cił do Fran­cji i zgi­nął pod Ca­stil­lon. Fran­cuzi byli jed­nak na tyle mili, że po­sta­wili mu po­mnik na polu bi­twy.

- Moim zda­niem nie za­słu­gi­wał na upa­mięt­nie­nie.

- Nie bądź dla niego zbyt su­rowa. Ta­kie były czasy.

- Był bar­ba­rzyńcą - za­pro­te­sto­wała za­pal­czy­wie. - Nie­ważne, ja­kie były czasy. - Wiatr uwol­nił z cia­snego wę­zła na karku pa­smo zło­tych wło­sów, które opa­dło na jej po­li­czek.

Nie mo­gąc się oprzeć po­ku­sie, Leo za­tknął je z po­wro­tem za jej ucho. Jej skóra była gładka i cie­pła.

- Więk­szość męż­czyzn to bar­ba­rzyńcy - stwier­dził. - Te­raz po pro­stu mu­szą prze­strze­gać więk­szej liczby za­sad. - Zdjął ka­pe­lusz, usiadł na murku i spoj­rzał na nią. - Mo­żesz wło­żyć męż­czyź­nie kra­wat, na­uczyć go ma­nier i zmu­szać do uczest­ni­cze­nia w wie­czor­kach to­wa­rzy­skich, ale ża­den z nas nie jest tak na­prawdę cy­wi­li­zo­wany.

- Zga­dzam się.

Spoj­rzał na nią z kpiną.

- A co ty wiesz o męż­czy­znach?

W jej sza­ro­zie­lo­nych oczach ma­lo­wała się su­rowa po­waga.

- Wiem, że nie na­leży im ufać.

- To samo mógł­bym po­wie­dzieć o ko­bie­tach. - Zdjął sur­dut, rzu­cił go na mu­rek i ru­szył w kie­runku szczytu wznie­sie­nia. Na wi­dok ota­cza­ją­cej go ziemi za­czął się za­sta­na­wiać, czy Tho­mas z Black­mere stał kie­dyś w tym sa­mym miej­scu i przy­glą­dał się swo­jej wła­sno­ści. Te­raz ten te­ren na­le­żał do Leo, to na jego bar­kach spo­czy­wała od­po­wie­dzial­ność za wszyst­kich i wszystko.

- Jaki jest stam­tąd wi­dok? - do­biegł go z dołu głos Ca­the­rine.

- Wspa­niały. Chodź i sama zo­bacz.

Odło­żyła szki­cow­nik i za­częła wspi­nać się na wznie­sie­nie, uno­sząc spód­nice.

Od­wró­cił się do niej i po­zwo­lił oczom błą­dzić po jej szczu­płej ślicz­nej syl­we­tce. Ma szczę­ście, że czasy śre­dnio­wie­cza już dawno mi­nęły, po­my­ślał z uśmie­chem, bo na pewno ją także po­rwałby i znie­wo­lił ja­kiś gra­su­jący w oko­licy lord. Roz­ba­wie­nie roz­wiało się szybko, gdy wy­obra­ził so­bie pry­mi­tywną sa­tys­fak­cję pły­nącą z tego aktu.

Przez chwilę roz­ko­szo­wał się tą ideą... Opadłby na jej wi­jące się ciało, roz­darł suk­nię, ca­ło­wał piersi...

Po­krę­cił głową, by od­pę­dzić te my­śli. Różne rze­czy miał na su­mie­niu, ale ni­gdy nie wziąłby ko­biety siłą. A jed­nak fan­ta­zja była zbyt su­ge­stywna, by mógł ją zwy­czaj­nie zi­gno­ro­wać. Z wy­sił­kiem ze­pchnął bar­ba­rzyń­skie im­pulsy z po­wro­tem do pod­świa­do­mo­ści.

Ca­the­rine była w po­ło­wie drogi, gdy na­gle krzyk­nęła ci­cho i za­to­czyła się.

- Po­tknę­łaś się? - za­wo­łał Leo z tro­ską. - Czy... Do dia­bła! - Za­marł, gdy zo­ba­czył, jak przed Ca­the­rine otwiera się zie­mia. - Za­trzy­maj się, Cat. Nie ru­szaj się. Cze­kaj!

- Co się dzieje? - za­py­tała, bled­nąc. - Czy to lej kra­sowy?

- Ra­czej cho­lerny cud ar­chi­tek­to­niczny. Naj­wy­raź­niej sto­imy na da­chu, który po­wi­nien był za­paść się dwa wieki temu.

Dzie­liło ich nie wię­cej niż pięć jar­dów.

- Cat, po­łóż się po­woli na ziemi, by roz­ło­żyć swój cię­żar na więk­szej po­wierzchni. Po­woli. Wła­śnie tak. A te­raz od­czoł­gasz się z po­wro­tem.

- Czy może mi pan po­móc? - za­py­tała drżą­cym gło­sem.

- Ko­cha­nie, o ni­czym in­nym nie ma­rzę - od­parł ochry­płym to­nem, który na­wet w jego uszach za­brzmiał obco. - Ale gdy­bym do­ło­żył swój cię­żar, dach mógłby się cał­kiem za­paść. Za­cznij się prze­su­wać. Je­śli to cię po­cie­szy, są­dząc z wy­glądu ścian, nie je­steś zbyt wy­soko.

- To mnie wcale nie cie­szy. - Blada jak płótno za­częła po­woli czoł­gać się w dół na rę­kach i ko­la­nach.

Leo po­zo­stał na miej­scu i nie spusz­czał z niej wzroku. Grunt, który wy­da­wał mu się taki pewny pod jego no­gami, był ni­czym wię­cej jak war­stwą ziemi i sta­rego prze­gni­łego drewna.

- Nic ci nie bę­dzie - mó­wił ko­ją­cym to­nem. Serce tłu­kło mu się w piersi z nie­po­koju o nią. - Nie wa­żysz wię­cej niż mo­tyl. To mój cię­żar na­ru­szył to, co zo­stało z be­lek no­śnych i skle­pie­nia.

- I dla­tego się pan nie ru­sza?

- Tak. Je­śli ma się to wszystko za­wa­lić, gdy ja będę ucie­kał, wo­lał­bym, byś do tego czasu była już bez­pieczna.

Na­gle oboje po­czuli, jak zie­mia pod nimi się po­ru­sza.

- Mi­lor­dzie, czy my­śli pan, że ma to coś wspól­nego z klą­twą Ram­sayów?

- Na­wet o tym nie po­my­śla­łem - od­parł Leo. - Dzię­kuję ci bar­dzo, że mi o niej przy­po­mnia­łaś.

W tej sa­mej chwili dach za­padł się i oboje za­nur­ko­wali w po­wo­dzi ziemi, skał i drewna, która unio­sła ich w mroczną ot­chłań.