Zaufaj mi - T.M. Logan

Kup ebooka

36.90 zł
30.90 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Biało-czarno-szary kształt.

Krzy­wi­zna krę­go­słupa, czoło, mały zadarty nos, ide­alne stópki z pod­wi­nię­tymi palusz­kami. Kształt, w któ­rym kryje się zapo­wiedź nowego życia.

Wpa­truję się w nie­wy­raźny obraz. Kciuk znie­ru­cho­miał na ekra­nie, z emo­cji ści­ska mnie w gar­dle. Eufo­ryczny pod­pis kobiety, któ­rej ni­gdy nie spo­tka­łam, pełen opty­mi­zmu, rado­ści i pod­nie­ce­nia per­spek­tywą przy­szłego macie­rzyń­stwa.

No więc... Richard i ja mamy nowinę! Junior się roz­go­ścił i jest w dro­dze. Cudow­nie jest móc wszyst­kim o tym powie­dzieć! Co za emo­cje!!! #usg #12tydzien #insta­mama #insta­dzi­dzi #kof­ciam

Świa­do­mość zgniata mi żołą­dek. Ona uro­dzi dziecko mojego byłego męża. Richard naresz­cie zdo­bę­dzie to, czego chciał, czego oboje pra­gnę­li­śmy, łak­nę­li­śmy naj­bar­dziej na świe­cie.

Tracę oddech, kręci mi się w gło­wie, jak­bym obe­rwała kop­niaka w pierś. W ciągu kilku godzin już drugi raz doznaję wstrząsu. Naj­pierw wia­do­mo­ści, które przy­szły o poranku, a teraz jesz­cze to.

Kładę tele­fon ekra­nem do blatu i wal­czę z bólem, tęsk­notą, pra­gnie­niem. Patrzę przez okno pociągu, za któ­rym roz­my­wają się pola i żywo­płoty wiej­skiego kra­jo­brazu Buc­kin­gham­shire. Plony zebrano, łodygi przy­cięto tuż przy ziemi, prze­orana zie­mia ma brą­zową barwę, w szare jesienne niebo wzbi­jają się smużki dymu z ogni­ska w oddali. Pociąg koły­sze się i podry­guje łagod­nie, wibra­cje prze­ni­kają przez pła­skie pode­szwy moich butów. Jadę z powro­tem do Lon­dynu, do mojego nowo wybu­do­wa­nego domku, do...

Wła­ści­wie do czego? Do pustego budynku, który będzie dokład­nie taki sam jak rano, gdy wycho­dzi­łam. Cichy i zimny. Część szaf dopiero co opróż­niona, połowy ksią­żek i płyt DVD od nie­dawna nie ma, znik­nęły też pla­katy w ramach i wielki fotel, który stał w kącie. Richard dał mi przy­naj­mniej więk­szość mebli, to już coś. I wszyst­kie nasze albumy ze zdję­ciami - widocz­nie prze­szłość woli zosta­wić za sobą. Ale ja - nie wie­dzieć czemu - nie potra­fię tego zro­bić. Utknę­łam tu, we wła­snej prze­szło­ści, i nie umiem się od niej ode­rwać. Jestem więź­niarką wła­snej bio­lo­gii. Może rze­czy­wi­ście mój czas minął. I tyle.

Roz­sia­dam się w fotelu pokry­tym nie­bie­skim, cęt­ko­wa­nym obi­ciem wytar­tym przez lata na gładko i sta­ram się skon­cen­tro­wać na szu­mie pociągu i papla­ni­nie dobie­ga­ją­cej zza moich ple­ców - ktoś nie może skoń­czyć roz­mowy tele­fo­nicz­nej. Na końcu wagonu kibice roz­ocho­ceni wypi­tym alko­ho­lem śpie­wają gło­śno.

Środ­kiem prze­cho­dzi powoli młoda kobieta - roz­gląda się po sie­dze­niach, trzy­ma­jąc na ramie­niu ubrane na różowo nie­mowlę. Odwra­cam się, by unik­nąć kon­taktu wzro­ko­wego, i znów wyglą­dam przez okno, modląc się w duchu, by zna­la­zła sobie inne miej­sce. Wokół same małe dzieci. Jadę wcze­snym popo­łu­dniem, nie ma jesz­cze dojeż­dża­ją­cych do pracy, w głębi tego wagonu albo w następ­nym jest mnó­stwo wol­nych sie­dzeń. "Pro­szę, znajdź sobie jakieś inne miej­sce, żebym nie musiała patrzeć na twoje dziecko całą drogę do Lon­dynu". Wyczu­wam, że kobieta prze­cho­dzi pomału wzdłuż wagonu, i wzdy­cham z ulgą oraz poczu­ciem winy.

Roz­ciąga się przede mną per­spek­tywa pustej, niczym nie­za­peł­nio­nej reszty dnia. Tygo­dnia. Praca. Dojazdy. Dom. Parę lam­pek wina, kie­lisz­ków wódki. Nacią­gam koł­drę na głowę, żeby o niczym nie myśleć. Śpię sama w wiel­kim mał­żeń­skim łożu. Przy­szły tydzień, mie­siąc, rok. Cały czas to samo. Cią­głe poszu­ki­wa­nia powodu, by żyć dalej, poza bez­ro­zum­nym naka­zem trwa­nia. Iść dalej. Iść dalej. Iść dalej... Czuję się pusta, wypruta, wydrą­żona przez głód, któ­rego ni­gdy nic nie zaspo­koi. Jak można tak długo pie­lę­gno­wać nadzieję, modlić się zażar­cie i w końcu wylą­do­wać z niczym?

Głu­pia byłam.

- Prze­pra­szam - odzywa się dam­ski głos. - Czy to miej­sce jest wolne?

Młoda matka wró­ciła i stoi przy czte­rech miej­scach, gdzie sie­dzę sama.

- Tak - odpo­wia­dam. - Nie ma tu nikogo.

- Dzięki. - Rzuca ple­cak na fotel przy oknie i ostroż­nie siada naprze­ciwko. Ma dwa­dzie­ścia parę lat, jest ubrana w rudawą kurtkę i nie­bie­skie dżinsy, blond włosy opa­dają jej na ramiona. Ładna, wręcz piękna - młode matki zawsze takie mi się wydają. Kiwa dło­nią w stronę prze­ciw­nego krańca wagonu, gdzie kibice na­dal wykrzy­kują pio­senki. - Musia­łam się prze­siąść dalej od tych chło­pa­ków. Krąży tam jack daniels.

Poru­sza się uważ­nie, tak by nie zanie­po­koić dziecka, które trzyma na rękach - maleń­stwa w różo­wym swe­terku i różo­wych buci­kach z małymi tęczami. Spod różo­wej kokardy na gło­wie wystają kosmyki blond wło­sów. Oczy oko­lone dłu­gimi rzę­sami ma błę­kitne jak ocean na ide­al­nie bia­łym tle, nad nimi led­wie widoczne jasne brwi. Wbija we mnie wzrok, na puco­ło­wa­tej twa­rzy malu­cha natych­miast wykwita sze­roki uśmiech - nie­omal wypada mu różowy smo­czek - uka­zu­jący wszyst­kie dzią­sła, z dołecz­kami w policz­kach, który roz­ja­śnia całą buzię. Wbrew sobie, wbrew wszyst­kiemu, czuję, jak odwza­jem­niam uśmiech, ale minęło już tyle czasu, że ten gest jawi się jako dziwny, wręcz nie­na­tu­ralny.

- Jest prze­piękna - stwier­dzam. Tak się mówi do świeżo upie­czo­nej matki, tak się uprzej­mie reaguje, gdy poznaje się jej dziecko. Ow­szem, wszyst­kie nie­mow­lęta na swój spo­sób są piękne, zwłasz­cza w oczach wła­snych rodzi­ców. Ale ta mała tutaj jest nie­zno­śnie, nie­praw­do­po­dob­nie śliczna.

- Lubi cię - mówi młoda matka, uśmie­cha­jąc się nie­śmiało.

- Dużo się uśmie­cha - zauwa­żam. Nie potra­fię ode­rwać oczu od dziecka. - Prze­słodka.

Dzwoni tele­fon leżący obok kobiety na sąsied­nim sie­dze­niu. Zerka na ekran i wyci­sza dzwo­nek.

- W jakim wieku są twoje dzieci? - pyta.

Uśmiech na mojej twa­rzy przy­gasa. Nie­ważne, ile razy pytają mnie o moją rodzinę, ni­gdy nie udaje mi się cał­kiem pra­wi­dłowo odpo­wie­dzieć. Zawsze wycho­dzi tak, jak­bym prze­pra­szała albo się uspra­wie­dli­wiała.

- Ja i mój mąż... były mąż... nie mogli­śmy... - Odry­wam wzrok od dziecka w jej ramio­nach. - Chcie­li­śmy mieć dzieci, ale się nam nie udało.

- Och. - Dziew­czyna rumieni się lekko. - Prze­pra­szam. Nie chcia­łam...

- Nie szko­dzi. Naprawdę. Jestem matką chrzestną dzieci mojej przy­ja­ciółki Tary. Ma trzech chłop­ców.

- Ta mała jesz­cze nie ma matki chrzest­nej.

- Jak się nazywa?

- Mia. Dzi­siaj koń­czy trzy mie­siące i tydzień. A ja jestem Kath­ryn - dodaje ze spe­szo­nym uśmie­chem. - Miło mi.

Tele­fon znowu dzwoni, a ona wyci­sza go, nie odbie­ra­jąc. Przy­glą­dam się jej uważ­nie. Jest młoda jak na matkę, ma nie­wiele wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat, czyli jest pra­wie o połowę młod­sza ode mnie. Uświa­da­miam sobie ze zna­jo­mym smut­kiem, że mogła­bym być jej matką. Nie nosi obrączki, a w prze­kłu­tych w dwóch miej­scach uszach - na dole i na górze - ma bez­pre­ten­sjo­nalne szty­fty. Spra­wia wra­że­nie, jakby lepiej się czuła w klu­bie niż pod­czas opieki nad dziec­kiem.

Ale dostrze­gam w niej coś wię­cej - nurt nie­po­koju, który dziew­czyna skrywa tuż pod powierzch­nią.

Jej komórka brzę­czy, sygna­li­zu­jąc noty­fi­ka­cję, a gdy młoda kobieta sięga po nią dło­nią, rękaw kurtki pod­jeż­dża do góry i odsła­nia fio­le­towo-czarną skórę nad nad­garst­kiem, sze­reg paskud­nych sinia­ków cią­gną­cych się w stronę łok­cia.

Zauwa­żyła, że patrzę, i prędko popra­wia rękaw. Uśmie­cham się do niej ze współ­czu­ciem.

- Nazy­wam się Ellen - mówię. Ści­szam głos i dodaję: - Czy wszystko... w porządku?

- Tak. - Zakłada luźne pasmo blond wło­sów za ucho. - W sumie czy mogła­byś jej chwi­leczkę popil­no­wać, dopóki się nie ogarnę?

"Tak. Nie. Bar­dzo chcia­ła­bym ją wziąć na ręce. Nad życie. Pro­szę, nie proś mnie o to".

- Oczy­wi­ście - odpo­wia­dam i pochy­lam się do przodu na sie­dze­niu.

Kath­ryn pod­nosi się, pochy­la­jąc się nad dzie­lą­cym nas sza­rym pla­sti­ko­wym sto­li­kiem, i podaje mi dziecko. Począt­kowo czuję się nie­swojo i przez moment wydaje mi się, że upusz­czę dziew­czynkę albo mi się ona wyrwie, ale Mia jest naj­wy­raź­niej gotowa umo­ścić się i wtu­lić w zgię­cie mojego łok­cia. Nie jest ciężka - to tylko cie­pła, kon­kretna obec­ność w moich ramio­nach, cudow­nie i rado­śnie żywa. Spo­gląda na mnie wiel­kimi, błę­kit­nymi oczyma, a jej wargi znów ukła­dają się w uśmiech. "Nie­mow­lęta uwiel­biają twa­rze" - tak twier­dzono we wszyst­kich książ­kach. Instynk­tow­nie reagują na kon­takt wzro­kowy i uśmie­chy, reje­stru­jąc spoj­rze­niem tę pier­wotną odle­głość mię­dzy matką a dziec­kiem. Tę odle­głość, która obec­nie nas dzieli. Jak mogę odczu­wać stratę cze­goś, czego ni­gdy nie mia­łam i praw­do­po­dob­nie ni­gdy mieć nie będę?

- Masz talent - stwier­dza Kath­ryn i natych­miast zasła­nia usta dło­nią. - Prze­pra­szam, nie chcia­łam... Głu­pio pal­nę­łam.

Kręcę głową, nie mogąc ode­rwać oczu od dziecka.

- Nie ma za co prze­pra­szać.

Mia wyciąga rękę, leciut­kim doty­kiem palusz­ków muska­jąc mój poli­czek, a ja czuję na skó­rze drobne punk­ciki cie­pła. Głuży z zachwy­tem, gdy pochy­lam się w jej stronę i pozwa­lam jej pal­cami doty­kać mojej brody i policz­ków. Wycią­gam prawą dłoń, a Mia zaci­ska palce na moim palcu wska­zu­ją­cym - maleńki uchwyt deli­katny jak piórko. Ma maciup­kie, prze­cu­downe paznok­cie. Daję cału­ska w opuszki jej pal­ców, a ona chi­cho­cze żywio­łowo i robi mi się cie­pło na sercu.

- Miło cię poznać, Mio. - Uśmie­cham się do niej. - Nazy­wam się Ellen.

Kath­ryn kła­dzie biały ple­cak na swo­ich kola­nach i ze sku­pie­niem prze­trząsa jego zawar­tość, prze­no­sząc spa­ko­wane do niego butelki i pie­luszki. W dłoni trzyma dłu­go­pis. Gdy zasuwa zamek, jej iPhone znów zaczyna dzwo­nić i wibro­wać na pla­sti­ko­wym bla­cie. Na ekra­nie wyświe­tla się twarz męż­czy­zny około trzy­dziestki o ciem­no­ru­dych wło­sach, z lek­kim zaro­stem i guz­kiem na nosie, który wygląda, jakby kie­dyś był zła­many. Pod zdję­ciem wid­nieje imię "Domi­nic".

- Chyba bar­dzo chce się z tobą skon­tak­to­wać - zauwa­żam.

- Lepiej odbiorę. - Kiwa głową z roz­tar­gnie­niem i zerka na wyświe­tlacz. - Dasz sobie radę z Mią, gdy ja będę roz­ma­wiać? To... pilne.

- Pew­nie. Śmiało, pora­dzimy sobie przez chwilkę.

- Będę tuż obok. - Kiwa dło­nią przez ramię w głąb wagonu. - Zaraz wrócę.

Pod­no­szę wzrok i mogła­bym przy­siąc, że widzę błysz­czące w jej oczach łzy.

- Kath­ryn, na pewno nic ci nie jest?

- Nie, nic - odpo­wiada i wstaje z fotela. - Dzię­kuję. To nie potrwa długo.

Wyciąga rękę i muska opusz­kami pal­ców czu­bek głowy dziecka, jak gdyby nie chciała go zosta­wiać ani na chwilę. Potem idzie z tele­fo­nem na koniec prze­działu, przy­ci­ska­jąc do ucha komórkę.

Mia patrzy na mnie i ziewa, przy­my­ka­jąc na moment nie­bie­skie oczy. Koły­szę ją deli­kat­nie, czu­jąc na ramie­niu jej cudowny cię­żar. Na moje usta wraca nie­zna­jomy uśmiech. Serce wzbiera mi w piersi - napływ emo­cji jest potężny jak naj­sil­niej­szy nar­ko­tyk. Nie czu­łam podob­nego zalewu uczuć od tak dawna, że zasta­na­wia­łam się, czy jesz­cze jestem do nich zdolna.

Pozwa­lam sobie fan­ta­zjo­wać - przez krótką chwilę - jak to by było, gdyby ta maleńka nale­żała do mnie. Gdy­bym wra­cała ze szpi­tala z dziec­kiem w ramio­nach, a nie z dia­gnozą jesz­cze bar­dziej ponurą niż poprzed­nim razem. I wresz­cie mogła wyko­rzy­stać ten pokoik zgod­nie z jego pla­no­wa­nym prze­zna­cze­niem: jako pokój dzie­cięcy. By nie był cichym, pustym kątem w domu pogrą­żo­nym w mara­zmie jak kapliczka ku czci nie­speł­nio­nego życia i cze­goś, co ni­gdy nie nastąpi. Wyobra­ża­łam to sobie od tak dawna, marzy­łam o tym, o noc­nym kar­mie­niu, przy­tu­la­skach, maleń­kich palusz­kach, spa­ce­rach w parku, pierw­szych sło­wach, baj­kach na dobra­noc. O tych wszyst­kich dro­bia­zgach, nad któ­rymi rodzice się nie zasta­na­wiają. Pochy­lam się w stronę czoła Mii i wdy­cham ten nie­okre­ślony, łagodny, słod­kawy zapach czy­stej, gład­kiej skóry, talku i nowego życia. Zasta­na­wiam się, czy Kath­ryn wie, jakie ma szczę­ście.

Pęd wago­nów się zmie­nia, pociąg wytraca pręd­kość i zaczyna wjeż­dżać na następną sta­cję, ostat­nią przed Mary­le­bone. Otwartą prze­strzeń zastą­piły wsie, tęt­niące życiem mia­steczka i drogi, kościelne iglice i zaadap­to­wane sto­doły - kra­ina dojeż­dża­ją­cych na wlo­cie do pół­nocno-zachod­niego Lon­dynu. Zer­kam, czy Kath­ryn już wraca, ale ona na­dal znaj­duje się poza zasię­giem mojego wzroku w kory­ta­rzu łączą­cym dwa wagony. Jak długo jej nie ma? Dwie minuty? Trzy?

Widać już następny przy­sta­nek. Seer Green & Jor­dans to nie­duża wiej­ska sta­cja z dwoma pero­nami, kładką dla pie­szych i małą, wykła­daną boaze­rią pocze­kal­nią. Kilka osób czeka na pociąg. Kath­ryn się nie poja­wiła. Pociąg zatrzy­muje się ze świ­stem i dygo­tem hamul­ców, sły­chać trzy dłu­gie sygnały, gdy roz­su­wają się drzwi i kilku pasa­że­rów wycho­dzi na peron. Wstaję ostroż­nie z fotela i się roz­glą­dam. Spraw­dzam też drugi koniec wagonu na wypa­dek, gdyby jakimś cudem prze­mknęła obok mnie, gdy zaj­mo­wa­łam się Mią. Ale widzę tylko kibi­ców ubra­nych w iden­tyczne bluzy w biało-czer­wone pasy, z krótko obcię­tymi wło­sami i dłu­gimi nogami wysta­ją­cymi na śro­dek wagonu. Miej­sca naprze­ciwko mnie zaj­muje drobny, czer­wony męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze w prążki, któ­remu udało się roz­ło­żyć swo­jego lap­topa, gazetę i płaszcz na pię­ciu spo­śród sze­ściu sie­dzeń, a także na sto­liku. Ani razu na mnie nie spoj­rzał.

- Prze­pra­szam - zaga­duję go. - Widział pan kobietę, która tu sie­działa? Mijała pana przed chwilą?

Męż­czy­zna pod­nosi wzrok, krótko kręci głową z iry­ta­cją i wraca do lap­topa. Mam wła­śnie wstać i przejść przez wagon, by jej poszu­kać, gdy kątem oka dostrze­gam ruch. Tuż pod moim oknem ktoś prze­cho­dzi z pośpie­chem. Blon­dynka w ruda­wej kurtce.

Kath­ryn jest już na pero­nie.

Rozdział 2

2

Mija chwila, nim poj­muję to, co widzę, i dociera do mnie, co pod­po­wia­dają mi oczy. Czy Kath­ryn poczuła się źle? Stra­ciła orien­ta­cję? Czy to jakiś dow­cip? Może ktoś wziął jej kurtkę i wysiadł w niej z pociągu?

Nie.

To ona. Masze­ruje po pero­nie z rękami zatknię­tymi głę­boko w kie­sze­nie kurtki, blond włosy koły­szą się z boku na bok, głowę ma spusz­czoną, jakby nie chciała nikomu patrzeć w oczy. Pochy­lam się, by zastu­kać w okno, gdy prze­cho­dzi. Szyba jest zimna w dotyku, poru­szam się nie­zdar­nie, bo z lewej strony trzy­mam dziecko.

- Hej! - krzy­czę, wyczu­wa­jąc, jak inni pasa­że­ro­wie odwra­cają się w moją stronę. - Kath­ryn! Hej!

Pod­nosi głowę i nasze spoj­rze­nia spo­ty­kają się na moment, który wystar­cza, bym dostrze­gła wyraz jej twa­rzy, zauwa­żyła łzy na policz­kach. Bez­gło­śnie wypo­wiada jedno słowo: "Wybacz". Potem spusz­cza wzrok i odcho­dzi pospiesz­nie w stronę bra­mek, ocie­ra­jąc łzy.

Chwilę póź­niej znika z pola widze­nia.

Z gło­śni­ków roz­lega się mecha­niczny kobiecy głos:

- Skład koń­czy bieg na sta­cji Lon­don Mary­le­bone. Pro­szę uwa­żać na zamy­ka­jące się drzwi.

Kil­koro pasa­że­rów się dosia­dło, by prze­być ostatni odci­nek trasy. Ukła­dają torby na pół­kach i roz­glą­dają się w poszu­ki­wa­niu wol­nych miejsc. Drzwi wagonu zamy­kają się z kate­go­rycz­nym świ­stem. To nie tak miało być. To pomyłka, jakieś nie­po­ro­zu­mie­nie. Mia­łam potrzy­mać Mię przez kilka minut, zaofe­ro­wać Kath­ryn chwilę wytchnie­nia, a potem oddać jej dziecko. Nie wiem, jak się opie­ko­wać...

Ktoś coś do mnie mówi.

- Prze­pra­szam, co takiego? - Odwra­cam się przo­dem do chu­dego męż­czy­zny w czar­nej czapce, który stoi obok mojego fotela. - Może pan powtó­rzyć?

Kości­stym pal­cem męż­czy­zna wska­zuje sie­dze­nie, które wła­śnie zwol­niła Kath­ryn, zosta­wia­jąc ple­cak, który leży obok fotela.

- Czy to miej­sce jest wolne? - Blo­kuje przej­ście innym pasa­że­rom, któ­rzy pró­bują się prze­do­stać w głąb wagonu, ale chyba nie zdaje sobie z tego sprawy.

- Musiała tylko zadzwo­nić - mówię. - Za chwilę wróci. Przy­kro mi.

Wpa­truje się we mnie przez moment, a potem zadaje to samo pyta­nie rumia­nemu biz­nes­me­nowi sie­dzą­cemu po prze­ciw­nej stro­nie przy sto­liku. Ten nie­chęt­nie stęka na zgodę. Chu­dzie­lec siada, pod­wija dłu­gie nogi i wyj­muje z ple­caka lap­top.

Szum sil­ni­ków się wzmaga i pociąg znów zaczyna się poru­szać. Naj­pierw toczy się powoli, prze­jeż­dża wzdłuż peronu przy Seer Green, mija poma­lo­wany na nie­bie­sko sta­lowy płot oddzie­la­jący sta­cję od znaj­du­ją­cego się za nim par­kingu, gdzie sku­piają się w rzę­dach pojazdy. Pasa­że­ro­wie niosą torby i ści­skają w dło­niach bilety, kie­ru­jąc się w stronę wyj­ścia ze sta­cji. Miga mi dwóch męż­czyzn, któ­rzy podają sobie dło­nie, dwie kobiety w śred­nim wieku obej­mu­jące się, pra­cow­nik tech­niczny w kami­zelce odbla­sko­wej, męż­czyzna w parce, paru nasto­lat­ków wcho­dzą­cych do budynku dworca, postać w pele­ry­nie. Wyglą­dam przez okno, otu­ma­niona z nie­do­wie­rza­nia, jak gdyby pociąg miał się lada chwila zatrzy­mać, a sytu­acja miała wró­cić do normy, jeśli tylko odcze­kam kilka sekund. Czer­wony na twa­rzy typ z prze­ciw­nej strony alejki świ­druje mnie wzro­kiem z nie­skry­waną iry­ta­cją, marsz­cząc brwi. Odwza­jem­niam jego spoj­rze­nie, a on spusz­cza oczy z powro­tem na lap­top.

Ostatni raz obrzu­cam peron wzro­kiem. Może Kath­ryn miała się tutaj z kimś spo­tkać? Potem widok zasła­niają mi drzewa, a pociąg odjeż­dża ze sta­cji i nabiera pręd­ko­ści. Przez uła­mek sekundy roz­wa­żam, czy nie wstać i nie pocią­gnąć za hamu­lec bez­pie­czeń­stwa, nim zbyt­nio się odda­limy od dworca. Czy to rze­czy­wi­ście sytu­acja awa­ryjna? Czy komuś coś zagraża? Co będzie naj­lep­sze dla Mii?

Nie­mowlę kwili mi w ramio­nach.

- Ciii - mówię łagod­nie i koły­szę ją deli­kat­nie. - Prze­stra­szy­łam cię? Ciii, już dobrze.

Mia się uspo­kaja i wpa­truje we mnie wiel­kimi, błę­kit­nymi oczami. Serce mi wzbiera, gdy mruga leni­wie i uśmie­cha się lekko. Jestem osobą opa­no­waną, muszę zacho­wać spo­kój dla dobra dziecka. W tej chwili Mia chyba niczego nie potrze­buje - nie pła­cze, że chce jeść albo by jej zmie­nić pie­lu­chę, i nie pociera oczu sen­nie. Na razie chyba wystar­czy jej, że trzy­mam ją na rękach.

Nikt inny w prze­dziale nie zorien­to­wał się, co się stało. Zosta­łam sama z dziec­kiem nie­zna­jo­mej. Gdzie jest jakiś straż­nik lub kon­duk­tor? Powin­nam poszu­kać kogoś z obsługi pociągu, popro­sić, by skon­tak­to­wał się przez radio z pra­cow­ni­kami poprzed­niej sta­cji i kazał zatrzy­mać Kath­ryn. Kolejna sta­cja to ostatni przy­sta­nek - Mary­le­bone - mogę pocze­kać tam z Mią, aż ona przy­je­dzie następ­nym pocią­giem. Kur­sują co pół godziny, a ja nie mam tego dnia nic wię­cej w pla­nach, nic nie wzywa mnie do domu. Mogła­bym nawet zapro­po­no­wać, że wrócę do Seer Green naj­bliż­szym pocią­giem. Oddać córkę matce, wszystko napra­wić.

Jest tylko jeden pro­blem, nie­da­jąca spo­koju wąt­pli­wość. Zakła­dam, że Kath­ryn pra­gnie odzy­skać swoje dziecko. Że chce, by je oddać. Że to wszystko to jakaś potworna pomyłka, chwi­lowy brak sku­pie­nia, coś, co mogłoby się przy­tra­fić wyczer­pa­nej mło­dej matce u kresu wytrzy­ma­ło­ści. Może woła­nie o pomoc. Depre­sja popo­ro­dowa?

Lecz prze­bieg wyda­rzeń zda­wał się zamie­rzony. Wyli­czony. Wręcz zapla­no­wany. Poza tym widzia­łam wyraz twa­rzy Kath­ryn, gdy odcho­dziła. To jedno spoj­rze­nie, gdy szła prędko wzdłuż peronu.

Zna­łam ten wyraz twa­rzy, już go widy­wa­łam daleko stąd, wiele lat temu, w innym życiu.

Lęk.

O sie­bie czy o swoje dziecko? Strach przed tym, co wła­śnie zro­biła, czy co może zro­bić?

Sta­ram się roz­szy­fro­wać i zro­zu­mieć frag­menty, które zebra­łam w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu minut. Młoda matka jedzie sama. Na ramie­niu ma sińce. Nie­ustan­nie dzwoni tele­fon. Kru­chy, łzawy nie­po­kój, który sta­rała się zama­sko­wać pozor­nym opa­no­wa­niem. Dziecko pozo­sta­wione z obcą osobą. Dzia­ła­nie wcale nie wyda­wało się przy­pad­kowe - jakimś spo­so­bem zro­biła to, by chro­nić córkę. A teraz to ja jestem za dziecko odpo­wie­dzialna, przy­naj­mniej na razie.

Jeżeli wrócę z Mią pro­sto do niej, nie­wy­klu­czone, że narażę małą na ryzyko. Na kon­takt z ojcem, który zafun­do­wał Kath­ryn sińce na ramie­niu. Może pomoc spo­łeczna zapewni jej bez­pie­czeń­stwo, a może Mia i jej matka skoń­czą jako sta­ty­styka - dwie przy­pad­kowe ofiary bru­tal­nego despoty wyła­do­wu­ją­cego swoją furię na part­nerce, która ośmie­liła się go opu­ścić. Histo­ria przy­gnę­bia­jąco zna­joma, stara jak insty­tu­cja mał­żeń­stwa. Ale jaki mam wybór? Nie mogę prze­cież zabrać Mii do sie­bie, do mojego nie­du­żego domku w South Gre­en­ford.

Zawie­szam się na chwilę na tej myśli jak na zaka­za­nym smaku wyczu­wa­nym na języku.

Potem ją odrzu­cam. Mia ma matkę, jej miej­sce jest przy niej.

Pociąg nabiera tempa, wjeż­dża­jąc w głąb pół­nocno-zachod­niego Lon­dynu. Mija ulice, sklepy, domy. Mój tele­fon wibruje - ese­mes. Prze­kła­dam Mię na jedno ramię i mocuję się z torebką, by go wydo­być.

Jak tam? Dobrze się czu­jesz? Xx

W ten spo­sób Tara pyta szy­frem: "Jak poszło dzi­siaj rano u spe­cja­li­sty? Chcesz o tym poga­dać?".

Odkła­dam tele­fon ekra­nem do dołu na sto­lik. Tara może pocze­kać. Pod­no­szę wzrok i widzę, że chu­dzie­lec sie­dzący po prze­ciw­nej stro­nie wpa­truje się we mnie. Gdy nawią­zuję kon­takt wzro­kowy, spusz­cza oczy z powro­tem na swoją komórkę. Ma ciemne ręka­wiczki bez pal­ców i trzyma tele­fon pod dziw­nym kątem, nie­mal pio­nowo.

Czy on wła­śnie zro­bił mi zdję­cie z dziec­kiem? Czy sobie to uro­iłam?

Wierci się, czu­jąc cię­żar mojego spoj­rze­nia, i odsuwa tele­fon ode mnie. Przed sobą ma otwarty lap­top. Opuszki jego pal­ców dziw­nie wyglą­dają, skóra jest pomarsz­czona i blada. Czarna czapka pod­je­chała mu nieco na czu­bek głowy i dopiero teraz zauwa­żam, że męż­czy­zna w ogóle nie ma brwi, a skóra nad jego oczami jest ude­rza­jąco pusta i zaczer­wie­niona. W ogóle jest w nim coś cudacz­nego, jak gdyby zna­lazł się w obcym miej­scu i nie do końca wie­dział, jak się zacho­wać.

Czuję, że zaci­skam lewe ramię moc­niej wokół drob­nego ciałka Mii, przy­tu­lam ją. Odkąd zosta­ły­śmy same, czuję, że spo­czywa w moich ramio­nach jak deli­katna por­ce­lana - jak gdyby byle wstrząs czy drga­nie mogłyby uszko­dzić jej ide­alną skórę i zła­mać małe kosteczki. Każdy nie­zna­jomy zmie­nia się w poten­cjalne źró­dło zagro­że­nia.

Powin­nam się roz­luź­nić. Przy­naj­mniej w ciągu kolej­nych dzie­się­ciu minut nie wyda­rzy się nic, co ją skrzyw­dzi, nic się jej nie sta­nie. Będę się nią opie­ko­wać dopóty, dopóki nie doje­dziemy do kolej­nej sta­cji - koń­co­wej - a potem znajdę osobę odpo­wie­dzialną, przed­sta­wi­ciela władz, wyja­śnię, co się stało, i dopil­nuję, by Mia zna­la­zła się w dobrych rękach. Postą­pię wła­ści­wie.

Obra­cam tele­fon. Mogła­bym zadzwo­nić na 101, popro­sić o Bri­tish Trans­port Police i zaan­ga­żo­wać służbę ochrony kolei. Na pewno mają funk­cjo­na­riu­szy w Mary­le­bone albo nie­opo­dal, na tyle bli­sko, by zare­ago­wać i oddać nie­mowlę matce. Ale znów zakła­dam, że Kath­ryn pra­gnie odzy­skać dziecko. Może to rze­czy­wi­ście depre­sja popo­ro­dowa i mar­twiła się, że skrzyw­dzi córkę. Lepiej byłoby skon­tak­to­wać się z poli­cją oso­bi­ście.

Doty­kam policzka dziew­czynki koniusz­kiem palca w nadziei, że to kojący gest.

- Co my z tobą poczniemy, maleńka?

Mia obda­rza mnie kolej­nym bez­zęb­nym uśmie­chem i chi­cho­cze cicho. W śmie­chu nie­mow­lę­cia kryje się coś nie­wy­sło­wio­nego: ide­al­nego, czy­stego, rado­snego. Dopiero nauczyła się tego ludz­kiego zacho­wa­nia, to wyraz szczę­ścia w pier­wot­nej postaci. Bez wąt­pie­nia to naj­pięk­niej­szy dźwięk na świe­cie.

Wygląda na to, że nie prze­jęła się znik­nię­ciem matki albo go nie zauwa­żyła. Może nie­ba­wem zacznie maru­dzić i pła­kać, kwi­lić, jak to małe dziecko, ale na razie jest spo­kojna.

Jak ina­czej mogła­bym zapew­nić, by Mia zna­la­zła się tam, gdzie jej miej­sce? Nie wiem nawet, jak Kath­ryn ma na nazwi­sko. Wzięła ze sobą torebkę i tele­fon, ale zosta­wiła torbę dziecka - wypchany biały ple­cak pełen akce­so­riów. To coś zna­czy, prawda? Że postą­piła celowo? Nacho­dzi mnie kolejna myśl: a może dziecko wcale nie należy do Kath­ryn. Czy dziew­czyna mówiła, że to jej córka? Użyła w któ­rejś chwili okre­śle­nia "moje dziecko"? Roz­trzą­sam naszą krótką wymianę zdań. Nie. Mówiła jedy­nie "Mia" albo "ona", a może "dziecko"? Czy komuś ode­brała Mię? Ze żłobka, szpi­tala, czy­je­goś domu? Porwała z wózka przed skle­pem albo w alejce w super­mar­ke­cie? A potem wpa­dła w panikę i zosta­wiła je obcej oso­bie, nim ją schwy­tano?

Jej zacho­wa­nie i nasza krótka roz­mowa świad­czą, że to mało praw­do­po­dobne. Kath­ryn i Mię łączyła zaży­łość i auten­tyczna więź.

Pochy­lam się i biorę do ręki ple­cak. Jest zaska­ku­jąco ciężki i nie­ła­two go dźwi­gnąć jedną ręką z nie­mow­lę­ciem na ręku, ale udaje mi się i kładę go obok sie­bie. W jed­nej z bocz­nych prze­gró­dek z sia­teczką tkwi butelka z mle­kiem, w dru­giej nie­do­pita butelka coli light. Roz­su­wam zamek i otwie­ram torbę.

Na wierz­chu, na ubran­kach dla nie­mow­ląt leży zło­żona kartka for­matu A4. To jakiś dowód dostawy czy potwier­dze­nie odbioru, wid­nieje na nim lista rze­czy dla dziecka: mleko w proszku, butelki, pie­luszki, ubranka. Wyj­muję ją, ścią­ga­jąc brwi. Na dol­nej poło­wie dużymi, peł­nymi zawi­ja­sów lite­rami napi­sano "Ellen".

Odwra­cam kartkę.

Na rewer­sie nie ma tek­stu poza paroma naba­zgra­nymi szybko, nie­sta­ran­nie, czar­nym dłu­go­pi­sem sło­wami na środku.

Pro­szę, chroń Mię.

Nie ufaj poli­cji.

Nikomu nie ufaj.

Rozdział 3

3

Marsz­czę czoło, patrząc na kartkę w mojej dłoni. Czy­tam ponow­nie, obra­cam kartkę drugi raz, by zoba­czyć, czy coś jesz­cze na niej jest - cokol­wiek. Ale to tylko kom­pu­te­rowy wydruk potwier­dze­nia dostawy z firmy Baby­Cool.com. Nie ma odręcz­nych dopi­sków poza moim imie­niem z przodu i tymi dzie­wię­cioma sło­wami nagry­zmo­lo­nymi dłu­go­pi­sem na odwro­cie. Odru­chowo skła­dam kartkę na pół i spraw­dzam, czy ktoś widział to, co ja. Ale biz­nes­men stuka w lap­top, a chu­dzie­lec, który się gapił, zapi­suje coś w nie­du­żym note­sie, nie zwra­ca­jąc uwagi na to, co się dzieje wokół.

Nikomu nie ufaj.

Może depre­sji popo­ro­do­wej towa­rzy­szy para­noja. Może? Nie pamię­tam, co czy­ta­łam. Może Kath­ryn oba­wiała się, że wyrzą­dzi dziecku krzywdę. Może to woła­nie o pomoc. Ale nie cho­dzi o jej wła­sne bez­pie­czeń­stwo, lecz o bez­pie­czeń­stwo dziew­czynki.

Przy­cho­dzi mi na myśl, że w ple­caku może być coś jesz­cze. Odkła­dam liścik na sto­lik. Zaczy­nam wyj­mo­wać przed­mioty i ukła­dać je na sto­liku przed sobą. Sześć pie­lu­szek jed­no­ra­zo­wych, paczka mokrych chu­s­te­czek, rolka worecz­ków na zużyte pie­luszki, dwa białe, baweł­niane paja­cyki, koszulki, ręka­wiczki i maleńka weł­niana cza­peczka, trzy butelki goto­wego pokarmu i pół puszki mleka w proszku. Dwie zło­żone muśli­nowe pie­luszki: biała i żółta. Dwa smoczki zapa­ko­wane fabrycz­nie. Jakaś uprząż marki Baby Bjorn ze skom­pli­ko­wa­nym sys­te­mem pasków - domy­ślam się, że to nosi­dło. W przed­niej prze­gródce ple­caka znaj­duje się nowe opa­ko­wa­nie Sudo­cremu, podróżna paczka chu­s­te­czek i nie­duża butelka kremu z wyso­kim fil­trem. Kartka wyrwana z notesu, gdzie tym samym pismem jak na zaadre­so­wa­nym do mnie liściku naba­zgrano coś na kształt har­mo­no­gramu dnia. Po lewej wyli­sto­wane zale­ce­nia: 6:00-7:00 kar­mie­nie i prze­wi­ja­nie, 8:30 drzemka, 10:00 kar­mie­nie, 11:00 drzemka, 12:30 kar­mie­nie i prze­wi­ja­nie, 13:00 drzemka, 15:00 kar­mie­nie, 15:30 drzemka, 18:00 rytuał przed spa­niem, 18:45 kar­mie­nie i do łóżka. Miękka, fio­le­towa ośmior­nica z uśmiech­niętą, żółtą buzią. Gdy wyj­muję ją z torby, odzywa się umiesz­czony w środku dzwo­ne­czek.

Mia odwraca się w stronę, z któ­rej dobiega dźwięk dzwonka, i wyciąga rączki.

- Chcesz ją? - Biorę zabawkę i podaję jej. - Ośmior­niczkę?

Mia głuży i przy­ci­ska do sie­bie zabawkę, zaci­ska­jąc drobne usta na mięk­kiej, tek­styl­nej macce.

Przy­glą­dam się sto­li­kowi zasta­wio­nemu zawar­to­ścią ple­caka. Wszyst­kie akce­so­ria potrzebne do tego, by wyjść z nie­mow­lę­ciem z domu. Tyle, by wystar­czyło na jeden dzień. W razie potrzeby może dwa. A co potem? Może tyle Kath­ryn dała radę wziąć ze sobą - ile udało jej się zebrać w pośpie­chu i spa­ko­wać do jed­nej torby. Nie ma jed­nak nic, co zdra­dza­łoby jej toż­sa­mość, nazwi­sko, adres zamiesz­ka­nia. Nic, co pozwo­li­łoby wła­dzom szybko ziden­ty­fi­ko­wać Mię i zwró­cić ją rodzi­nie. Cie­kawi mnie har­mo­no­gram dnia - zasta­na­wiam się, czy spi­sano go dla mnie. Ale prze­cież Kath­ryn nie miała czasu na pisa­nie w ciągu tych paru minut, gdy trzy­ma­łam dziecko. Zdą­ży­łaby zano­to­wać jedy­nie moje imię i tę oso­bliwą wia­do­mość, gdy się sobie przed­sta­wi­ły­śmy. Nie potra­fię roz­gryźć, dla­czego wybrała mnie.

Miło­śnicy piłki noż­nej z prze­ciw­le­głego krańca wagonu śpie­wają kolejną pio­senkę. Tekst prze­ry­wają wybu­chy śmie­chu i ordy­narne okrzyki. Sta­ram się zapa­mię­tać, żeby przy wysia­da­niu omi­jać ich sze­ro­kim łukiem.

Pociąg zwal­nia, dojeż­dża­jąc do sta­cji koń­co­wej. Ludzie pod­no­szą się, zdej­mują torby z pó­łek na bagaż i wkła­dają płasz­cze czy kurtki. Cały wagon działa z roz­my­słem. Czer­wo­no­licy męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze w prążki z naprze­ciwka zbiera rze­czy do aktówki, wkłada mary­narkę i pospiesz­nie rusza środ­kiem, led­wie obrzu­ca­jąc mnie wzro­kiem. Z powro­tem pakuję torbę Mii: zapa­sowe ubranka ukła­dam na dole, mleko i pie­luszki na górze. Zer­kam na dziwny liścik Kath­ryn, a potem wsu­wam go do torebki i wstaję powoli, ści­ska­jąc mocno Mię.

Jak się zakłada ple­cak, trzy­ma­jąc dziecko? Wszystko - każdy ruch, każde pro­ste wcze­śniej dzia­ła­nie - obec­nie staje się naje­żone dodat­ko­wymi trud­no­ściami. Deli­kat­nie kładę Mię na sie­dze­nie, zarzu­cam ple­cak i prze­cią­gam ucho torebki przez głowę, ani na moment nie spusz­cza­jąc z oczu dziew­czynki na wypa­dek, gdyby pró­bo­wała prze­tur­lać się na pod­łogę. Ale ona tylko uśmie­cha się do mnie pro­mien­nie i rado­śnie wierzga pulch­nymi nóż­kami jak mała żabka, która uczy się pły­wać. Biorę ją na ręce.

- Chodź - mówię łagod­nie. - Poszu­kamy two­jej mamusi.

Eks­cen­tryczny chu­dzie­lec na­dal sie­dzi na swoim miej­scu i gry­zmoli w note­sie drob­nym, chwiej­nym pismem. Wygląda, jakby w ogóle nie zwra­cał uwagi na to, co się dzieje, i nie pod­nosi wzroku, gdy prze­cho­dzę. Spo­strze­gam, że jest ubrany na czarno i ciem­no­szaro. Czarne dżinsy i mar­tensy, szara bluza i wyświech­tana, czarna skó­rzana kurtka. Ani śladu koloru. Cerę ma tak bladą, że zdaje się nie­mal prze­źro­czy­sta. Kryje się w nim coś dziw­nego, co na­dal nie daje mi spo­koju. Coś jest z nim nie w porządku.

Ostroż­nie scho­dzę na peron. Dokoła roz­cho­dzi się echo kro­ków, a powie­trze wypeł­niają spa­liny z die­sla. Mary­le­bone obfi­tuje w czer­woną wik­to­riań­ską cegłę, a wysoki, szklany sufit prze­ci­nają sta­lowe dźwi­gary. Odsu­wam się od drzwi składu, roz­glą­dam po pero­nie, na wypa­dek gdyby Kath­ryn jakimś cudem wsia­dła z powro­tem do wagonu w Seer Green, i teraz szu­kała swo­jego dziecka. Mam nadzieję, że mignie mi jej rudawa kurtka, a ona wyłoni się spo­śród wysia­da­ją­cych pasa­że­rów i skie­ruje się w naszą stronę. Na pero­nie jest mnó­stwo ludzi, grupka powol­nych eme­ry­tów, młoda rodzina na wycieczce, zaku­po­wi­cze, ucznio­wie, kilku urzęd­ni­ków w gar­ni­tu­rach, któ­rzy dojeż­dżają do biur. Nie ma mło­dej kobiety wodzą­cej wzro­kiem wśród ciżby. Ani śladu Kath­ryn.

Spo­glą­dam na dziecko, które trzy­mam na rękach. Mia mruga w jaskra­wym świe­tle, a ja ruszam w stronę hali głów­nej. Przy bram­kach się­gam do torebki po bilet - grze­bię nie­zdar­nie prawą ręką, pod­czas gdy lewą przy­trzy­muję dziew­czynkę. Sta­ram się się­gnąć do kie­szeni kurtki, pra­wie mi się udaje wepchnąć do środka prawą dłoń. Tutaj też nic. W kolejce za mną ktoś cmoka dono­śnie i prze­cho­dzi do innej bramki. Może był w kie­szeni spodni? Macam kie­szenie dżin­sów, ale nie czuję biletu. Straż­niczka - uśmiech­nięta kobieta po pięć­dzie­siątce z krót­kimi, ciem­nymi wło­sami - pod­cho­dzi do mnie i macha lekko do Mii.

Czy powin­nam powie­dzieć straż­niczce, co zaszło? Czy po pro­stu skie­ruje mnie do naj­bliż­szego poli­cjanta? Sta­ram się obmy­ślić, co powie­dzieć, ale kobieta nie patrzy na mnie - szcze­rzy się do Mii.

- Ale jesteś sło­dziutka - mówi, a dziecko przy­pa­truje się jej i powoli mruga błę­kit­nymi oczami. - Pomo­żemy mamusi, dobrze?

Przy­kłada do czyt­nika swój iden­ty­fi­ka­tor i szara pla­sti­kowa bramka staje otwo­rem.

- Dzię­kuję - odzy­wam się, czu­jąc w sercu ulgę. - Bar­dzo pani miła.

Straż­niczka jesz­cze raz macha do Mii pal­cem.

- Miłego dnia życzę.

Wcho­dzę do hali głów­nej i szu­kam wzro­kiem infor­ma­cji, kasy albo innego miej­sca, gdzie może prze­by­wać kie­row­nik sta­cji. Czy na dużych dwor­cach są punkty Bri­tish Trans­port Police? Nie widzia­łam przed­tem nic takiego na Mary­le­bone, ale też się nie roz­glą­da­łam. W cen­trum Lon­dynu można odnieść wra­że­nie, że w poli­cyj­nej hie­rar­chii waż­no­ści liczą się tylko ataki nożow­ni­ków i alarmy ter­ro­ry­styczne. Czy z taką sytu­acją jak moja zaję­liby się na miej­scu jak bez­po­śred­nim zagro­że­niem życia? Raczej nie.

Docie­ram do hali. Moje odbi­cie miga mi w witry­nie sklepu. Przez krótką chwilę zbija mnie z pan­ta­łyku widok zama­za­nej syl­wetki z dziec­kiem na ręku. Czuję się, jak­bym zaglą­dała do rów­no­le­głego życia w rów­no­le­głym wszech­świe­cie, gdzie cho­ciaż jedno in vitro oka­zało się sku­teczne i uro­dzi­łam Richar­dowi dziecko. Teraz wra­cam z naszą córką do domu, czu­jąc w ramio­nach cudowny, cie­pły cię­żar nie­mow­lę­cia.

Wiem, że to rów­no­le­głe życie nie ist­nieje. A mimo to stoję tu z Mią.

Nagle dostrze­gam w szy­bie inne odbi­cie. Tuż za mną mia­ro­wym kro­kiem prze­miesz­cza się męż­czy­zna w czar­nej dzia­ni­no­wej czapce. Chu­dzie­lec z wagonu mnie śle­dzi.

Rozdział 4

4

Idzie powoli w grupce kil­korga pasa­że­rów oso­bli­wym, chwiej­nym kro­kiem. Udaje, że patrzy w tele­fon. Myślę o sinia­kach na ramie­niu Kath­ryn. O stra­chu w jej oczach. Może to jej chło­pak? Nie typ z tele­fonu ze zła­ma­nym nosem, ale wła­śnie ten męż­czy­zna? Gdy patrzę na niego na tle innych pasa­że­rów, wzmaga się odczu­cie, że się wyróż­nia - wyraź­nie tutaj nie pasuje. Przy­spie­szam kroku.

Zza ple­ców sły­szę gło­śne, gniewne krzyki, obu­rzone męskie głosy. Na pero­nie wybu­chła jakaś awan­tura. Oglą­dam się przez ramię i widzę, że kibice w biało-czer­wo­nych koszu­lach utknęli przy bram­kach i kłócą się ze straż­ni­kami - mają jakiś pro­blem z bile­tami. Ich twa­rze wykrzy­wia wście­kłość, żło­pią piwo z puszek. Fani krzy­czą i klną, by ich prze­pu­ścić, kum­ple wtó­rują ich pro­te­stom. Odziany w żółte kami­zelki per­so­nel pra­cu­jący na pero­nie zmie­rza w stronę har­mi­dru, by uspo­koić sytu­ację za sprawą prze­wagi liczeb­nej.

- Cof­nąć się!

- No to otwórz te zasrane bramki!

Przy­spie­szam kroku, krzyki przy bram­kach prze­ci­nają prze­strzeń za moimi ple­cami. Z prze­ciw­nej strony zbliża się kil­ku­na­stu wyta­tu­owa­nych dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ków w dżin­sach i nie­bie­skich blu­zach pił­kar­skich. Pię­ści trzy­mają swo­bod­nie i wykrzy­kują swoje przy­śpiewki, a ich buń­czuczne głosy odbi­jają się echem od dachu dworca. Gło­śno rzu­cają wyzwa­nie, widząc, że kibi­ców prze­ciw­nej dru­żyny zatrzy­mały bramki. Inni pasa­że­ro­wie roz­pierz­chają się na bok i cofają, by utwo­rzyć ścieżkę mię­dzy dwoma eki­pami fanów. Gesty, pro­wo­ka­cje, prze­kleń­stwa, ciśnięta w powie­trze puszka leci łukiem, po czym ląduje na pero­nie z głu­chym hukiem i roz­bry­zgiem jasnego piwa.

Mia kwili, sły­sząc rej­wach. Słu­cham instynktu. Idę szyb­ciej, by odda­lić się od star­cia, uni­kam kon­taktu wzro­ko­wego i obie­ram trasę, by być jak naj­da­lej od tych męż­czyzn. W odpo­wie­dzi na hałas i agre­sję spi­nam się na całym ciele. Z zaja­dło­ścią, któ­rej nie czu­łam od lat, zaci­skam dłoń w pięść i nie mam wąt­pli­wo­ści, że zno­kau­tuję pierw­szego typa, który ośmieli się choćby tknąć Mię.

Kibice mijają mnie w opa­rach piw­ska, potu i ostrego płynu po gole­niu.

Zer­kam na swoje odbi­cie w kolej­nej witry­nie. Chu­dzie­lec na­dal za mną idzie.

Na końcu hali widzę znak kie­ru­jący do wyj­ścia i celu podróży, która mnie czeka. Pięć minut mar­szu do sta­cji metra do Edgware Road, jazda Circle Line do Not­ting Hill, tam prze­siadka na Cen­tral Line, osiem przy­stan­ków do South Gre­en­ford, spa­cer główną drogą przez park do mojego zim­nego, pustego domu. W ciągu ostat­nich pię­ciu lat tyle razy jeź­dzi­łam do tego spe­cja­li­sty i z powro­tem, że teraz mogła­bym się tam wybrać z zamknię­tymi oczami. Jesz­cze pół godziny temu raczej nie wybie­ga­łam myślami poza ostatni odci­nek wyprawy z kli­niki i sie­dze­nie w metrze - znam swój przy­sta­nek tak dobrze, że nie muszę nawet pod­no­sić wzroku. Łatwo byłoby w tej chwili dać się sto­pom ponieść zna­jo­mym szla­kiem.

Byłoby to łatwe, ale nie­wła­ściwe.

Zauwa­żam wresz­cie dwa poli­cyjne mun­dury. Para uzbro­jo­nych funk­cjo­na­riu­szy stoi na straży, ple­cami do wyso­kiej kolumny na środku hali. Mają na sobie odzież ochronną i nie­mal ugi­nają się od sprzętu, czar­nych uprzęży, pokrow­ców, krót­ko­fa­ló­wek, pisto­le­tów na udach i kara­bi­nów, któ­rymi prze­pa­sali piersi, palce wska­zu­jące trzy­mają na spu­stach. Jed­nak zamiast ulgi na ich widok ogar­nia mnie wstręt - brzy­dzi mnie, jak bli­sko to uzbro­je­nie znaj­duje się maleń­kiego życia, które trzy­mam w ramio­nach. Nie­obca mi broń, ale to coś zupeł­nie innego.

Mimo to zamie­rzam z nimi poroz­ma­wiać i powie­dzieć im, co się wyda­rzyło. Pój­dziemy razem na zaple­cze, złożę zezna­nie, wypeł­nię jakieś for­mu­la­rze, a oni odbiorą mi dziecko. Prze­każę im Mię i na tym się skoń­czy. Oddam ją męż­czy­znom z bro­nią, wypo­sa­żo­nym na uliczną wojnę.

Na myśl o tym ogar­niają mnie ziąb i pustka, żołą­dek ści­ska się z nie­po­koju.

Dzi­siaj, tu i teraz, wszę­dzie widzę cza­jące się zagro­że­nie. Odczu­wam prze­możny impuls, by zabrać Mię jak naj­da­lej od broni. Poza tym nie potra­fię prze­stać myśleć o liściku, który teraz leży w ple­caku. "Nie ufaj poli­cji". Ale jaką mam alter­na­tywę? Podej­rze­wam, że odkąd wysia­dły­śmy z pociągu, ktoś nas śle­dzi, a zresztą jasne jest, że nie­za­leż­nie od tego, gdzie Kath­ryn się znaj­duje, ma kło­poty. Zmie­rzam w kie­runku dwóch uzbro­jo­nych funk­cjo­na­riu­szy i ukła­dam w myślach, co powiem. "Ta dziew­czynka nie jest moja. Dano mi ją..." Gdy się zbli­żam, jeden z nich dotyka słu­chawki w uchu, mówi coś zwięźle do krót­ko­fa­lówki, a potem obaj ruszają spiesz­nie w stronę pero­nów, nie oglą­da­jąc się na mnie.

Odwra­cam się i widzę, jak z brzę­kiem całego arse­nału odda­lają się bie­giem w stronę zatargu mię­dzy dwoma grup­kami kibi­ców, który staje się coraz gło­śniej­szy. Nie dostrze­gam w hali innych poli­cjan­tów. Może przy kasie? Ale ten dwo­rzec nie jest miej­scem bez­piecz­nym. Broń, krzyki, pijacy, hałas, tłumy. Wście­kłość. Chu­li­gani. Poli­cja wypa­tru­jąca ter­ro­ry­stów z nożami i zama­chow­ców-samo­bój­ców. Zer­kam przez ramię: cudak z pociągu na­dal za mną lezie. Nie cho­dzi jed­nak tylko o niego, całe oto­cze­nie wpra­wia mnie w nie­po­kój. Wszę­dzie kryje się zagro­że­nie, a ja czuję się odsło­nięta. To nie jest bez­pieczne śro­do­wi­sko dla Mii. Tysiące ludzi krąży w tę i we w tę, tło­czą się, lecz w pośpie­chu, pędzie i zgiełku nie zwra­cają na sie­bie uwagi. Nie bez powodu dworce kole­jowe to ulu­biony cel ter­ro­ry­stów.

Nie tutaj.

Nie ufaj nikomu.

Kath­ryn mi zaufała. Wybrała mnie.

Jeżeli czuję choćby cień wąt­pli­wo­ści, choćby krótki prze­błysk, powin­nam zawie­rzyć intu­icji i chro­nić dziecko. Muszę pod­jąć tę decy­zję dla jej dobra.

Czuję brze­mię odpo­wie­dzial­no­ści za kogoś innego.

Jesz­cze raz omia­tam wzro­kiem dwo­rzec w poszu­ki­wa­niu poli­cjan­tów, ale nikogo nie widzę.

Krzyki za mną przy­bie­rają na sile.

Ucie­kaj od nich. Odejdź od nich i zabierz Mię jak naj­da­lej.

Na pewno da się to zro­bić mądrzej i bez­piecz­niej. Powin­nam zna­leźć cich­sze i spo­koj­niej­sze miej­sce. Prze­kła­dam Mię na dru­gie ramię, a ona wpa­truje się we mnie. Jest już na skraju łez i prze­stra­szona krzy­kami i hała­sem pręży drobne ciałko.

- Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu, Mio - zapew­niam. - Nie­długo wró­cisz do mamy.

Naj­pierw jed­nak muszę się odda­lić od dzi­waka, który podąża za nami, odkąd wysie­dli­śmy z pociągu, nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dzi mu o mnie, czy o dziew­czynkę. Urwę się, ale potrzebna mi pomoc. Pod­cho­dzę do krę­pego męż­czy­zny koło czter­dziestki w odbla­sko­wej kami­zelce z wid­nie­ją­cym na ple­cach napi­sem "Ochrona kolei", który pró­buje prze­ko­nać bez­dom­nego, by ten odsu­nął się od ban­ko­matu.

- Prze­pra­szam - zaga­jam.

Ochro­niarz się odwraca z bez­na­miętną miną.

- W czym mogę pomóc?

- Naj­moc­niej prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale odkąd wysia­dłam z pociągu, idzie za mną pewien czło­wiek, robi też zdję­cia mojemu dziecku. - Odwra­cam się i poka­zuję chu­dzielca. - Czuję się nie­swojo, chcia­ła­bym tylko, żeby zosta­wił nas w spo­koju.

- Ten pan? - Poka­zuje gru­bym pal­cem i marsz­czy czoło. - W czar­nej kurtce?

- Tak, to on.

- Nic wam nie jest?

- Chyba nic. - Kle­pię Mię po rączce opie­kuń­czym gestem. - Po pro­stu tro­chę się prze­stra­szy­ły­śmy.

- Niech pani tu poczeka, roz­mó­wię się z nim.

Odwraca się i pod­cho­dzi do tam­tego, pod­no­sząc dło­nie pojed­naw­czo i mówiąc cichym gło­sem.

Dostrze­gam wyraz zasko­cze­nia na twa­rzy chu­dzielca, ale nie cze­kam na roz­wój wypad­ków. Odwra­cam się, uśmie­cham do Mii i idę w kie­runku wiel­kich arkad wio­dą­cych z dworca na Mel­combe Place, gdzie przez rzed­nące chmury prze­dziera się popo­łu­dniowe słońce. Chcę się zatra­cić w gwar­nym roju wcho­dzą­cych i wycho­dzą­cych pasa­że­rów, uciec przed każ­dym, kto mógłby sta­no­wić zagro­że­nie.

Postą­pię słusz­nie wobec Mii, ale naj­pierw musimy się udać w bez­pieczne miej­sce, a ja tym­cza­sem jesz­cze tro­chę się nią zaopie­kuję.

Szybko wycho­dzę z gma­chu dworca i zmie­rzam na postój tak­só­wek, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Rozdział 5

5

Mel­combe Place jest ruchliwy po połu­dniu i do postoju tak­só­wek stoi nie­długa kolejka. Staję w ogonku z biją­cym ner­wowo ser­cem. Nie spusz­czam oczu z wyj­ścia z dworca na wypa­dek, gdyby chu­dzie­lec się stam­tąd wyło­nił, nim zdążę wsiąść do samo­chodu. Na razie go nie widać, wiem jed­nak, że jest też boczne wej­ście, nie­wy­klu­czone, że pój­dzie tam­tędy. Mia wierci się lekko, więc koły­szę ją deli­kat­nie. Od nosze­nia jej zaczy­nają mnie boleć mię­śnie.

Kolejka do tak­só­wek poru­sza się doj­mu­jąco powoli, sze­reg czar­nych aut pod­jeż­dża do przodu nie­spiesz­nie, sil­niki war­ko­czą, pasa­że­ro­wie wsia­dają, a potem auta odjeż­dżają w stronę skrzy­żo­wa­nia z Great Cen­tral Street.

No szyb­ciej, no już.

Stoję za siwo­włosą parą po sie­dem­dzie­siątce. Roz­po­znaję tych dwoje z pociągu - męż­czy­zna jest w mary­narce i kra­wa­cie, kobieta ma na sobie sukienkę i ele­ganc­kie buty. Wystro­ili się na wyprawę do Lon­dynu, może do teatru. Kobieta odwraca się i dopiero teraz mnie zauważa. Roz­po­ga­dza się na widok Mii.

- Och, jaka śliczna. - Ści­ska stópkę Mii w różo­wym buciku. - Prawda, że jesteś prze­śliczna?

Mia uśmie­cha się do niej, wyba­łu­sza­jąc oczka.

- Mike, prze­puść tę panią.

- Pro­szę? - odzywa się mąż. - Och. Tak, oczy­wi­ście.

Prze­suwa się i gestem wska­zuje, bym sta­nęła przed nimi.

- Dzię­kuję.

Pod­jeż­dża tak­sówka, siwy pan otwiera drzwi, żebym mogła wgra­mo­lić się do środka. Zatrza­skuję je i jesz­cze raz zer­kam na wyj­ście z dworca. Wciąż ani śladu cudaka z peronu.

- Dzień dobry - mówię do kie­rowcy. - Gdzie znaj­duje się naj­bliż­szy komi­sa­riat poli­cji?

- O który pani cho­dzi?

- A który jest naj­bli­żej?

Kie­rowca, przy­sa­dzi­sty gość po czter­dzie­stce, wci­ska guzik i włą­cza licz­nik.

- Pew­nie West End Cen­tral. - Odwraca się nieco na fotelu, by na mnie spoj­rzeć, i zerka na Mię, potem znów patrzy na mnie. - Wszystko w porządku, złotko?

- Tak.

- Na pewno? Brzdą­cowi nic nie jest?

- Obie mamy się dobrze - odpo­wia­dam, zdej­muję ple­cak i mosz­czę się na sie­dze­niu. W tak­sówce pach­nie starą skórą i duszą­cym, wani­lio­wym odświe­ża­czem powie­trza. - Dzię­kuję, że pan pyta.

Stęka i wrzuca bieg. Zamek cen­tralny się zamyka, gdy auto włą­cza się do ruchu. Jecha­łam już w nie­zli­czo­nych czar­nych tak­sów­kach, lecz ni­gdy nie towa­rzy­szyło mi nie­mowlę. Nie wiem, jak zapiąć pas, by chro­nił i mnie, i Mię, więc go zosta­wiam i ota­czam drobną główkę dziecka prawą dło­nią. Kie­rowca jedzie szybko, śmiga mię­dzy dziu­rami w sznu­rach samo­cho­dów. Wola­ła­bym, żeby zwol­nił.

Gdy tak­sówka kie­ruje się w stronę Mary­le­bone Road, dwa razy wyglą­dam przez okno auta, wypa­tru­jąc sygna­łów, że ten męż­czy­zna wciąż za mną podąża. Nie widzę ani jego, ani innej czar­nej tak­sówki, którą mógłby jechać. Prze­kła­dam Mię na lewą stronę, by dać pra­wej odpo­cząć, i tro­chę się roz­luź­niam. Roz­sia­dam się na wytar­tym tyl­nym sie­dze­niu i patrzę na sklepy i biura, które mijamy po obu stro­nach. Dopiero teraz dociera do mnie, w jak sur­re­ali­stycz­nej sytu­acji się zna­la­złam: jest wto­rek po połu­dniu, ja sie­dzę w tak­sówce, trzy­mam dziecko nie­zna­jo­mej i jadę na komendę poli­cji. Jesz­cze czter­dzie­ści minut temu nie zna­łam tej dziew­czynki, tej maleń­kiej osoby, a teraz - i jesz­cze przez co naj­mniej kilka minut - Mia cał­ko­wi­cie i w stu pro­cen­tach zależy ode mnie, jak nikt ni­gdy dotych­czas. Jej życie dosłow­nie spo­czywa w moich rękach... to cudowne, taka radość - to jest prze­ra­ża­jące, a zara­zem sta­nowi naj­więk­szy na świe­cie przy­wi­lej.

W podobny spo­sób wyobra­ża­łam sobie, jak to będzie, gdy zajdę w ciążę i będzie ją widać - ludzie otwie­rają drzwi, a nawet ustę­pują mi miej­sca w metrze. Żadna z moich ciąż nie prze­trwała pierw­szego try­me­stru. "Bez­płod­ność z nie­zna­nych przy­czyn", jak nazywa to spe­cja­li­sta. Skró­towe okre­śle­nie sytu­acji, gdy wyko­nali wszyst­kie testy, wypró­bo­wali wszel­kie tera­pie, a wciąż nie potra­fią podać powodu.

Może już ni­gdy nie będę bli­żej macie­rzyń­stwa niż dzi­siaj.

Naj­le­piej nie roz­trzą­sać tego zbyt długo.

Gdy prze­je­cha­li­śmy pół mili w korku ury­wa­nym ryt­mem, kie­ru­jąc się po Edgware Road, tętno mi zwol­niło nie­mal do nor­mal­nego poziomu i adre­na­lina zaczęła spa­dać. Myślę chwilę o Kath­ryn, roz­wa­żam, co powie­działa w pociągu. W liściku pro­siła, żeby nie kon­tak­to­wać się z poli­cją. Nie, wła­ści­wie to nie. Pisała, żeby nie ufać poli­cji. Ale to prze­cież nie ma sensu. Skoro ucieka od niego, swo­jego part­nera prze­mo­cowca, dla­czego unika zaan­ga­żo­wa­nia w sprawę poli­cji? Wyj­muję wymiętą kartkę z torebki.

Pro­szę, chroń Mię.

Nie ufaj poli­cji.

Nikomu nie ufaj.

Chyba że jej part­ner jest funk­cjo­na­riu­szem poli­cji. Może o to cho­dziło Kath­ryn? Ten, który w kółko dzwo­nił, czy ten typ z pociągu? Może jeden z nich to były mąż, a drugi - obecny part­ner. A może to dwóch eks. Kath­ryn to atrak­cyjna kobieta. Ale nawet jeśli jeden z nich jest poli­cjan­tem, nie przy­cho­dzi mi do głowy nic innego, co mogła­bym zro­bić. Nie mogę prze­cież po pro­stu wziąć Mii do domu. Nawet na jedną noc ani na jedno popo­łu­dnie, choćby po to, by upew­nić się, że jest bez­pieczna, tylko po to...

Nie. Nie zro­bię tego, choć­bym nie wia­domo jak chciała.

Muszę obmy­ślić, co powie­dzieć poli­cji, jak to ująć. Przed­sta­wić prawdę - to wystar­czy. Tyle mogę. Nie ma potrzeby nic doda­wać ani prze­ina­czać. Wejdę do komendy poli­cji West End Cen­tral, podejdę do recep­cji i znajdę kogoś na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku, a następ­nie dokład­nie opo­wiem, co zaszło.

"Wsia­dłam w Ayles­bury. Wra­ca­łam do domu z kli­niki płod­no­ści w Stoke Man­de­ville. Nieco póź­niej dosia­dła się Kath­ryn. Nie jestem pewna, czy wła­śnie tam wsia­dła do pociągu. Ale wyszła z prze­działu w Seer Green i zosta­wiła dziecko ze mną. Zorien­to­wa­łam się, że wysia­dła, dopiero gdy pociąg odjeż­dżał ze sta­cji. Póź­niej w tor­bie dla dziecka zna­la­złam ten liścik. Dla­czego od razu kogoś nie wezwa­łam? Nie wyda­wało mi się, że to sytu­acja awa­ryjna. Chcia­łam poroz­ma­wiać z poli­cjan­tami w Mary­le­bone, ale ich prze­kie­ro­wano, więc uzna­łam, że naj­le­piej będzie, jeśli zabiorę małą do naj­bliż­szej komendy".

Koły­szę małą i popra­wiam jej kur­teczkę. Mia się wierci i pręży. Smo­czek wypada na pod­łogę w tak­sówce. Pod­no­szę go, jest brudny. Widy­wa­łam, jak w takiej sytu­acji reaguje Tara - wkłada sobie smo­czek do ust, ssie szybko, by go "wyczy­ścić", i oddaje dziecku - ale nie­spe­cjal­nie mi odpo­wiada to roz­wią­za­nie, bo domy­ślam się, co znaj­duje się na pod­ło­dze w tak­sówce. Wrzu­cam go do bocz­nej kie­szeni torebki i bujam Mię z nadzieją, że to kojący ruch.

- Ciii, już dobrze - pró­buję ją uspo­koić. - Nie­długo wró­cisz do mamy. Ciii.

Wszystko opo­wiem poli­cji, pod­pi­szę doku­menty i prze­każę im Mię. Wła­śnie tak postą­pię.

Spo­glą­dam na jej małą buzię. Mia­rowy ruch tak­sówki koły­sze ją łagod­nie na różne strony. Czy jesz­cze kie­dyś ją zoba­czę? Czy będę ją trzy­mać na rękach w ten spo­sób - jak matka? Pew­nie nie. Na myśl o tym czuję ucisk w gar­dle.

Dziecko zaczyna pła­kać i maru­dzić, a w miej­sce uśmie­chu poja­wiają się rumie­niec i gry­mas. Otwie­ram ple­cak obok niej i grze­bię w nim, aż w końcu namie­rzam paczkę smocz­ków, wyj­muję jeden i wsa­dzam Mii do ust. Wypluwa go nie­mal od razu - tym razem łapię go w locie. Mia pła­cze coraz gło­śniej i piskli­wiej.

Bujam ją czule na rękach, prze­kła­dam na ramię i masuję jej plecki.

- Co się dzieje, Mio?

Dziecko pła­cze prze­raź­li­wie, gniewny ryk wypeł­nia tylne sie­dze­nie tak­sówki. Kątem oka dostrze­gam, że kie­rowca obser­wuje mnie we wstecz­nym lusterku. Czy uważa mnie za kiep­ską matkę, która nie potrafi sobie pora­dzić? Pod­no­szę Mię, obra­cam nieco jej sza­mo­czące się ciałko i wącham śpioszki. Uprana bawełna i leciutki zapach kremu. Woń nie wska­zuje, że trzeba ją prze­wi­nąć.

- Czego sobie życzysz, Mio? Już nie­długo będziemy na miej­scu, za chwilkę.

Znów podaję jej smo­czek i na moment się wyci­sza, ssąc zażar­cie, po chwili jed­nak otwiera usta i krzy­czy, wyplu­wa­jąc smo­czek. Kręcę głową, uci­szam ją łagod­nym gło­sem i złosz­czę się na sie­bie. Zawsze sądzi­łam, że będzie mnie stać na wię­cej. Że lepiej będę się orien­to­wać, w czym rzecz. Teraz czuję się jak na egza­mi­nie, do któ­rego się nie uczy­łam, albo na roz­mo­wie o pracę, o któ­rej nie mam poję­cia. Ale nie jestem prze­cież kom­pletną nowi­cjuszką. Spę­dzi­łam z dziećmi Tary sporo czasu i domy­ślę się, o co cho­dzi. Gła­dzę aksa­mitny poli­czek Mii opuszką palca, a dziew­czynka obraca buzię w jego stronę, szuka go. Jej usta ukła­dają się w roz­pacz­liwe małe kółeczko.

No tak. Przy­po­mi­nam sobie drugą odręczną notatkę, którą zna­la­złam w ple­caku. Patrzę na zega­rek - docho­dzi trze­cia po połu­dniu. Lustruję wzro­kiem ulicę, znów oglą­dam się za sie­bie, ale nikogo nie widzę. Żadna tak­sówka nie jedzie za nami z dworca.

Dam radę. Mia musi być bez­pieczna, ale trzeba ją także nakar­mić. Dobrze się zaopie­ko­wać.

Krzyki się wzma­gają, a ona popada w amok - zawo­dzi prze­szy­wa­jąco, aż każdy mię­sień w moim ciele się spina. Po pra­wej stro­nie zauwa­żam Caff? Nero i pochy­lam się w stronę kie­rowcy.

- Czy mógłby pan, pro­szę, wysa­dzić nas jed­nak już tutaj? - odzy­wam się przez otwór w pla­sti­ko­wej prze­gro­dzie mię­dzy mną a przed­nimi sie­dze­niami.

Dobrze wiem, że nie powin­ni­śmy się zatrzy­my­wać. Już i tak prze­cią­gnę­łam to ponad miarę. Nie­za­leż­nie od tego, czy dziecko wrzesz­czy, czy nie, powin­nam udać się na komendę i prze­ka­zać Mię w ręce władz, kogoś w mun­du­rze, pomocy spo­łecz­nej, jakiejś ano­ni­mo­wej pod­jed­no­stce miej­sco­wej rady. Ale dziew­czynka, którą trzy­mam w ramio­nach, jest głodna. Nakar­mię ją - jeden, jedyny raz - a potem ją oddam. Nie pro­szę chyba o zbyt wiele. Będę dla niej matką tylko troszkę dłu­żej.

Zale­d­wie kilka minut. Tylko tyle.

Rozdział 6

6

Tak­sów­karz włą­cza kie­run­kow­skaz i zjeż­dża na pobo­cze.

- Na pewno chce pani tu wysiąść? - pyta. - Do psiarni jest jesz­cze kawa­łek.

- Tu będzie dobrze, dzię­kuję.

Odwraca się lekko w moją stronę na fotelu.

- Pomóc z baga­żami, złotko?

- Nie trzeba - odpo­wia­dam i nie­zdar­nie otwie­ram drzwi, popy­cha­jąc je lewą stopą. - Dam radę, dzię­kuję.

Płacę mu i wysia­dam na chod­nik ostroż­nie, by nie stra­cić rów­no­wagi pod cię­ża­rem dziecka i ple­caka.

Na szczę­ście w kawiarni nie ma zbyt dużego ruchu. Znaj­duję sto­lik przy ścia­nie w głębi pomiesz­cze­nia, obok smu­kłej blon­dynki z kędzie­rza­wym chłop­czy­kiem, na oko trzy­let­nim. Chło­piec bawi się jej tele­fo­nem, a ona sączy dużą kawę z bitą śmie­taną. Mia na­dal maru­dzi i się wierci, macha­jąc drob­nymi koń­czy­nami ze zło­ścią. Pod­cho­dzę do sto­lika, zdej­muję ple­cak, wyj­muję tele­fon i wysy­łam do Tary szyb­kiego ese­mesa.

Pyta­nie od czapy: jak długo w kawiarni odgrzewa się w mikro­fa­lówce butelkę z 200 ml mleka z proszku? X

Wyobra­żam sobie, jak moja przy­ja­ciółka sie­dzi w domu z dwoma młod­szymi synami i pew­nie zbiera się do krót­kiej jazdy do szkoły po naj­star­szego. Zawsze ma tele­fon pod ręką - jak mawia, dzięki temu "mózg się jej jesz­cze cał­kiem od tych dzieci nie zla­so­wał" - i zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem odpi­suje nie­mal natych­miast: wpa­dają mi jeden po dru­gim trzy ese­mesy.

??? :0

Uhm...

Wszystko w porządku? X

Ścią­gam brwi, patrząc na ekran, i odpi­suję naprędce.

Naj­lep­szym. Zrób to dla mnie i po pro­stu powiedz.

Wygłod­niałe okrzyki Mii roz­le­gają się coraz czę­ściej, a jej buzię wykrzy­wia gry­mas znie­cier­pli­wie­nia. Gapię się w tele­fon i zakli­nam przy­ja­ciółkę, by szybko odpi­sała, a jed­no­cze­śnie cho­dzę w kółko i huś­tam Mię na ramie­niu. W końcu tele­fon pika - przy­szła następna wia­do­mość.

W kawiarni nie pod­grzeją, bo się boją, że dziecko się popa­rzy, a ty ich podasz do sądu. Poproś o kubek gorą­cej wody i trzy­maj w nim butelkę, aż się mleko zagrzeje. X

Kilka sekund póź­niej kolejna wia­do­mość.

Co się dzieje? X

Odpi­suję jedną ręką, uci­sza­jąc nie­mowlę.

Dzięki. Kole­żanka pyta.

Odkła­dam tele­fon na stół, a on brzę­czy nie­mal natych­miast i jesz­cze raz. Igno­ruję to, wyj­muję pro­fi­lo­waną butelkę z mle­kiem w proszku z bocz­nej kie­szeni ple­caka i potrzą­sam nią.

Pięć minut póź­niej sia­dam przy sto­liku z butelką w kubku paru­ją­cej wody. Pod­cho­dzi do mnie bari­sta z her­batą. Huś­tam Mię deli­kat­nie, żeby wszy­scy nie ogłu­chli od jej krzy­ków. Wycią­gam z ple­caka muśli­nową pie­luszkę, ponow­nie wstrzą­sam butelką i wyci­skam sobie na nad­gar­stek parę kro­pel, by spraw­dzić tem­pe­ra­turę. Mleko jest cie­płe, ale nie za gorące. Gdy Mia wcze­pia się w butelkę, ulga przy­cho­dzi od razu. Sły­szę w gło­wie słowa Tary: "Trzy­maj butlę pod kątem, żeby w smoczku nie było powie­trza, tylko samo mleko". Kar­mi­łam cza­sami moich chrze­śnia­ków, ale jest ina­czej, gdy matka nie znaj­duje się za ścianą i gdy nie ma nikogo, komu można by prze­ka­zać dziecko.

Mia zaczyna ssać mleko łap­czy­wymi hau­stami. Roz­luź­nia się na całym ciele i uspo­kaja pod wpły­wem roz­ko­szy jedze­nia. Sku­pia na mojej twa­rzy prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie błę­kit­nych oczu, jak gdy­bym była jedyną osobę na całym świe­cie.

Gdy mała pije, obrzu­cam spoj­rze­niem innych kawia­rzy zgro­ma­dzo­nych w knajpce po połu­dniu. Jest tu tylko kil­koro klien­tów. Pan po czter­dzie­stce o kulach, z lewą nogą w gip­sie po kolano. Pani odziana w jaskra­wo­żółtą lycrę przy ladzie, która przy­gląda się cia­stom i wypie­kom umiesz­czo­nym w gablotce. W kącie dwóch budow­lań­ców łapie oddech nad fili­żanką her­baty. Pan po sześć­dzie­siątce oto­czony gaze­tami, zasty­gły z dłu­go­pi­sem nad krzy­żówką.

Spo­koj­nie. Bez­piecz­nie. Nie ma poli­cji, chu­li­ga­nów, dzi­wa­ków z pociągu. Lewa ręka mnie boli od trzy­ma­nia Mii, ale to przy­jemna dole­gli­wość.

Dzwoni mój tele­fon - wibruje na stole, a dzwo­nek roz­lega się gło­śno w cichej kawiarni. Na ekra­nie wyświe­tla się twarz Tary, ale z dziec­kiem wtu­lo­nym w łokieć i butelką w dru­giej ręce nie dam rady ode­brać. Igno­ruję komórkę, aż w końcu dzwo­nek rap­tow­nie się urywa.

Uśmie­cham się do Mii, która pra­co­wi­cie ssie butelkę mleka z proszku. Połowę już wypiła. Wiem, że musi jej się odbić, ale mam jej w tym pomóc teraz czy kiedy butla będzie pusta? Nie jestem pewna. Cią­gnę lekko za butelkę i smo­czek wysuwa się z buzi Mii. Jej usta nie­ru­cho­mieją w kształ­cie kółeczka z zasko­cze­nia. Blon­dynka z sąsied­niego sto­lika pochyla się w moim kie­runku i coś mi podaje.

- Pro­szę - mówi i wyciąga w moją stronę miękki, biały kawa­łek muślinu. - Spa­dło ci.

- Dzięki - odpo­wia­dam, strze­puję pie­luszkę i ukła­dam ją sobie na ramie­niu gotowa na mleko, które może się ulać. - Ode­tchnij sobie tro­szeczkę - zwra­cam się do Mii łagod­nie i odsta­wiam butelkę na sto­lik. - A potem jesz­cze się napi­jesz.

Ale Mia ina­czej to sobie umy­śliła. Posęp­nieje, krzywi się z roz­cza­ro­wa­niem, strzela oczami na lewo i prawo w poszu­ki­wa­niu butelki, która dopiero co tutaj była. Doby­wają się z niej krót­kie, prze­szy­wa­jące, roz­pacz­liwe piski, a co jeden, to gło­śniej­szy.

- Dobrze - odpo­wia­dam z uśmie­chem. - Może nie masz ochoty na chwilę wytchnie­nia.

Pod­no­szę butelkę i Mia natych­miast się do niej przy­sysa. Tyle razy wyobra­ża­łam sobie, że robię tak z wła­snym dziec­kiem. Tylko tyle. Nie ma w tym nic skom­pli­ko­wa­nego ani nazna­czo­nego chci­wo­ścią. Naj­prost­sze, co może być, więź mię­dzy matką a dziec­kiem, która się two­rzy i wzmac­nia, choć już jest tak silna, że na myśl o rezy­gna­cji z Mii serce mi pęka.

Poza tym daję radę. W ciągu minio­nych lat roz­cza­ro­wań i bez­sen­nych nocy nie­mal wmó­wi­łam sobie, że na to nie zasłu­guję, że cze­goś mi bra­kuje, że ist­nieje jakaś inna przy­czyna, dla któ­rej nie mogę począć dziecka. Jakaś pokrętna logika, że nie oka­za­ła­bym się wystar­cza­jąco dobrą matką. Ale daję radę z Mią, potra­fię nakar­mić dziecko, zapew­nić jej byt, opie­ko­wać się nią. Wyrów­nuję muśli­nową pie­luszkę na ramie­niu i pod­no­szę małą, by usta­wić ją pio­nowo, a jej pod­bró­dek spo­czął na moim ramie­niu. Masuję jej plecki okręż­nymi ruchami. Przez chwilę nic się nie dzieje i zasta­na­wiam się, czy popraw­nie to robię. Potem Mia beka gło­śno, raz i drugi - odgłos w kawiarni roz­lega się tak prze­szy­wa­jąco, że ogar­nia mnie zdzi­wie­nie: że też z tak małego ciałka może się dobyć tak dono­śny dźwięk.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki