Rozdział 2
Rozdział 2
33 dni do walentynek
- Dla milionów Polaków rozpoczął się nowy rok: czas postanowień i szans
na lepsze życie. A dla pana?
W takich sytuacjach Anna Rogozińska czuła się jak krokodyl w wodzie.
Nabierała szybkości i zwinności. Z kamer i światła reflektorów czerpała
życiową energię. Odbijała ją i wzbogacała światło swoim niepowtarzalnym
wdziękiem. Annę kochali nie tylko widzowie i szefowie stacji Primo TV,
lecz także kamery. Lubiła tak myśleć.
Obiektywna prawda nieznacznie różniła się od subiektywnych odczuć.
Widzowie powoli oswajali się z nazwiskiem "Rogozińska". Kojarzyli je z sensacyjnymi wiadomościami prezentowanymi w programach informacyjnych
oraz z pewnym głośnym wywiadem. Rozmową, która pozwoliła dziennikarce
wspiąć się na kolejny szczebel zawodowej drabiny.
Odczucia szefów telewizji mogłyby stanowić przedmiot kilkustronicowej
analizy psychologicznej. Najkrócej rzecz ujmując, można powiedzieć, że
były ambiwalentne. Szef poznańskiego oddziału Primo TV, szef programowy,
szef finansowy i wreszcie szef wszystkich szefów. Każdy z nich darzył
ambitną pracownicę zupełnie innymi uczuciami. Było z czego wybierać. Od
fascynacji, przez podziw i obawę... aż po uprzedzenie.
- Dla mnie w jednej chwili wszystko straciło sens. Po co robić
postanowienia? Walczyć o lepsze życie? W sylwestra umarł mój syn. -
Rozmówca panował nad emocjami. Trzeźwym wzrokiem wpatrywał się to w dziennikarkę, to w kamerę. Słowa wyrzucał z siebie z prędkością karabinu
maszynowego, ale jednocześnie wyraźnie akcentował kropki i przecinki.
Cisza była równoprawnym składnikiem jego wypowiedzi. Jakby za pomocą
kontrastu wypowiedzi z ciszą chciał wyrazić część towarzyszącej mu
żałoby. - Syn. Jedyny i ukochany. Świat zawalił mi się na głowę.
Szczerość bijąca z wyznania mężczyzny kłuła w uszy. Dziennikarka nie
spodziewała się takiego rozwoju wypadków. Przygotowała się na rozmowę z mężczyzną mającym pretensje do wszystkich, kierującym oskarżenia wobec
policji, prokuratury, pogotowia ratunkowego lub budowlańców. Zamiast
tego w studiu pojawili się szpakowaty polityk w średnim wieku oraz ona.
Jego żałoba. Polityk siedział na fotelu, a ona stała obok. Przybrała
ludzką postać. Była potężna, zgarbiona i podpierała głowę rękoma
opartymi na brzuchu.
Rozmówca nie wstydził się towarzystwa żałoby. Otwarcie manifestował jej
obecność. Jakby publiczne ujawnienie uczuć miało mu pomóc zaakceptować
obecny stan rzeczy, złagodzić intensywność doznań.
- Zdążyliście sobie złożyć życzenia? - Z wyczuciem zadała kolejne
pytanie.
Kontrolowała wszystkie aspekty programu telewizyjnego. Zaufanie
rozmówcy. Wiedziała, jak je zdobyć i utrzymać. Praca z kamerą. Kontrola
mimiki i gestów. Dostosowanie się do uwag realizatora, rozbrzmiewających
od czasu do czasu w jej uchu. Nie było rzeczy, które sprawiałaby jej
trudność.
Posiadała jeszcze jedną umiejętność, która pozwalała jej awansować.
Doskonale wyczuwała odbiorcę. Wiedziała, że światem rządzą słupki
oglądalności. Miliony par oczu, które trzeba czymś zainteresować i którym trzeba na bieżąco dostarczać krwawych szczegółów, by nie
poszukiwały doznań w konkurencyjnych stacjach.
- Nie. Grzegorz zginął w tragicznym wypadku kilkanaście minut przed
północą. Nie jestem w stanie opisać bólu, który przeszył moje serce.
Trzydzieści lat opieki nad dzieckiem. Oczekiwałem, że to on pochowa
mnie, nie ja jego. Nocą nie mogę spać, chodzę po domu i słyszę płacz
mojej żony.
Głos Ksawerego Króla przebiegał niespostrzeżenie przez przewody słuchowe
telewidzów, obijał się o mózg i docierał do serca, po czym się w nie
wgryzał. To była przejmująca rozmowa trafiająca do wszystkich ludzi
mających dzieci lub odrobinę wyobraźni. Wywiad gwarantujący wysoką
oglądalność. Publiczne babranie się w bólu. Cudze emocje. To one
pozwalają mediom rosnąć w siłę.
Miliony Polaków wpatrywało się w swoje telewizory. Patrzyli na Annę
Rogozińską. O tym marzyła, kiedy studiowała dziennikarstwo.
Wizualizowała sobie te chwile podczas wykonywania nic nieznaczących
zleceń w pierwszych miesiącach pracy w poznańskim oddziale
ogólnopolskiej telewizji.
Ojciec wyśmiewał wizje przyszłego życia córki i nazywał je mrzonkami.
Ona tylko wzruszała wtedy ramionami, bo miała świadomość, że sukces sam
do niej nie przyjdzie. Musi na niego zapracować, a im wcześniej zacznie,
tym szybciej poczuje się spełniona.
- Małżonki nie ma z nami...
- Nie. - Król zamilkł i spuścił głowę. Przez chwilę wydawało się, że nie
powie nic więcej. Jednak po teatralnej pauzie się odezwał, ale unikał
wzroku dziennikarki. - Nie jest jeszcze w stanie... normalnie
funkcjonować. Ja sam walczę z bólem wewnętrznym, poczuciem straty i zwyczajnym ludzkim odruchem ukrycia się przed światem. Zgodziłem się
jednak porozmawiać z panią z ważnego powodu. Chciałem przestrzec innych.
Chciałem powiedzieć rodzicom, by nie odkładali niczego na później. By
kochali swoje dzieci bez względu na to, w jakim są wieku. Nikomu nie
życzę, by spotkał się z taką niesprawiedliwością jak ja. Mój syn był dla
mnie wszystkim!
- Czy możemy przez chwilę pomówić o Grzegorzu? Jakim był człowiekiem?
- Grześ miał trzydzieści lat. Skończył w marcu. Odebrał staranne
wykształcenie. Ukończył studia... Był dobrym dzieckiem, dobrym obywatelem.
Miał pracę. Był rozsądny, wykształcony i ułożony. Nie lubił ryzyka. W życiu nie wychylałby się z balkonu tak, by spaść. Kiedyś, gdy był małym
chłopcem, mimo ostrzeżeń żony szalał na huśtawce tak bardzo, że w końcu
z niej spadł. Plecami uderzył o ziemię. Płakał wtedy bardzo głośno. Na
długo zapamiętał tę lekcję. Nie był lekkoduchem. Nie szukał wrażeń.
- Jednak w sylwestra wypadł z balkonu.
- Byłbym wdzięczny, gdyby trzymała się pani faktów. - Mężczyzna, mimo że
opowiadał o intymnych i bolesnych szczegółach życia swojego syna,
zachowywał trzeźwość umysłu. Skarcił dziennikarkę spojrzeniem. -
Prokurator nadal prowadzi śledztwo. To, że wypadł z trzeciego piętra
przez nieuwagę, jest tylko jedną z hipotez.
- Pan w nią nie wierzy?
- Nie. Grześ nie wychylałby się niebezpiecznie z balkonu znajdującego
się tak wysoko.
- Ale to był sylwester, mógł wypić troszkę za dużo...
- Co też pani insynuuje? Grześ był zbyt odpowiedzialny. Nie zaprzeczam,
pewnie wypił piwo... jedno lub dwa, ale na miłość boską, nie był głupi!
Wiedział, że nie jest Supermanem, że nie umie latać. Nie wyskoczyłby
specjalnie. Nie chciał popełnić samobójstwa. Nie miał powodów, by
zakończyć życie w takim momencie.
- Nie miał - powtórzyła Anna, aby sprowokować gościa do wyznania, które
będzie mogło funkcjonować w mediach przez kolejne dni. - Czyli jak pan
myśli: co się stało tej feralnej nocy?
- Nie wiem. Wiem, że Grześ nie wypadł przypadkiem. Będę to podkreślać w każdej rozmowie z mediami. Nie wypadł przypadkiem!
Anna współczuła swojemu rozmówcy. Widać nieszczęście nie przebiera w ofiarach. Nie puka do drzwi. Wyważa je i nic sobie nie robi z protestów
zdziwionych gospodarzy. Wchodzi bezczelnie do biednych i bogatych, do
niewykształconych i uczonych, do nieporadnych życiowo i świetnie
ustawionych.
Ksawery Król, czołowy polityk rządzącej partii, odczuwał taką samą
pustkę po śmierci syna jak bezrobotny ojciec, którego dziecko zmarło
nagle i niespodziewanie.
- Do jutra! - Głos operatora kamery wychodzącego ze studia przywrócił ją
do rzeczywistości.
- Pa! - odkrzyknęła i sięgnęła po płyn do demakijażu.
Zmywaniu profesjonalnego makijażu, będącego kwintesencją jej zawodu,
towarzyszyło poczucie zadowolenia. Kolejne warstwy podkładu, bazy
silikonowej, korektorów, pudru i różu, nadające cerze Anny Rogozińskiej
jednolity odcień, pozostawały na płatkach kosmetycznych. Skóra stawała
się różowa, a miły dreszcz ekscytacji drażnił zmysły.
Dziennikarka mogła być z siebie dumna. Po raz kolejny - w profesjonalnej
masce, ukrywającej jej prawdziwą, nie zawsze doskonałą twarz - pokazała,
na co ją stać. Teraz Ania Rogozińska, kobieta żądna sukcesów, mogła
pozwolić sobie na małą przyjemność.
Basen. Tak. Miała ochotę na reset. Oczyszczenie umysłu. Uwolnienie
napięcia mimowolnie magazynowanego w mięśniach.
Wyrzuciła brudne waciki do kosza i już miała opuścić studio, gdy
usłyszała wibracje. Z torebki wyjęła komórkę.
Wyglądałaś cudownie. Widzimy się dzisiaj?
Wiadomość od Łukasza zmusiła ją do zaplanowania czterech ostatnich
godzin, które mieściły się w definicji słowa "dzisiaj".
Dzisiaj?
Odpowiedź na to pytanie retoryczne przyszła zbyt szybko.
Za godzinę u mnie. Mam dla ciebie newsa. Bardzo ciekawego!
Dwie godziny później siedziała na kanapie w mieszkaniu Łukasza
Zawodnego, trzymając w ręku kieliszek czerwonego wina.
- Manipulował? Mną? Nie wierzę!
Wcześniej przepłynęła spory dystans i pokonała zaśnieżone drogi, by
dotrzeć z Kórnickiego Centrum Rekreacji i Sportu do mieszkania na
poznańskim Grunwaldzie. Myślała, że zużyła na te czynności całą swoją
energię.
Zmęczona, padła na kanapę. Łukasz przyniósł wino, kieliszki i talerz
wypełniony różnymi serami. Anna nie zamierzała się ruszać, jednak gdy
tylko usłyszała tezę dotyczącą manipulacji, zaczęła protestować i żywo
gestykulować.
- Nie wierzę!
- Uwierz. Trafiłaś na wytrawnego gracza, który w mediach chciał sprzedać
obraz załamanego ojca, przytłoczonego niesprawiedliwością tego świata.
Przyznaję: udało mu się. Tymczasem moje źródło donosi, że w krwi
Grzegorza Króla znaleziono fenyloetyloaminę. To dość popularna
substancja psychoaktywna.
- Psychoaktywna?
- Tak. Potocznie zwana dopalaczem.
- Sugerujesz, że facet przed śmiercią brał dopalacze?
Anka odsunęła się od Łukasza. Chciała mu się uważnie przyjrzeć. Nie
żartował. Jego twarz była poważna. Spod rękawa niebieskiego T-shirta jak
zwykle wystawał fragment tatuażu. Pazur, który ją intrygował. Pół roku
temu nie wiedziała nawet, do jakiego ptaka należy. Wystawał bezwstydnie
i prowokował. Na wszystkich kolacjach, które wtedy były jedynie
spotkaniami starych znajomych, rozpraszał ją i denerwował.
Kiedy Łukasz unosił rękę, aby przywołać kelnera do ich stolika, rękaw
odsłaniał kolejny fragment. Chciała wtedy zerwać z niego koszulkę i zobaczyć tatuaż w całości.
- Nie sugeruję. Ja to wiem. Brał. Pewnie dzięki temu wydawało mu się, że
potrafi fruwać. Wyleciał z balkonu na własne życzenie. Nagle okazało
się, że nie jest ptakiem, a jego twarz w zaskakująco szybkim tempie
zbliża się do betonu. Chociaż - zwątpił przez chwilę - nie wiem, jak
działają dopalacze. Czy Król w ogóle był w stanie zauważyć, że nie
frunie...
- OK, wziął dopalacze. - Anna próbowała oddzielić fakty od hipotez. -
Tylko to jest pewne, jeśli twoje źródło nie kłamie.
- Dlaczego miałoby kłamać? - Oburzył się. - To sprawdzony informator.
- Dobra, facet wziął jakieś świństwo, też mi coś. Była przecież noc
sylwestrowa. Czas największego szaleństwa, zabawy i...
... i tracenia kontroli nad sobą - dokończył wypowiedź za nią i uśmiechnął
się znacząco.
Anka zrozumiała aluzję, a jej ciało przeszedł miły dreszcz.
Odpowiedziała podobnym uśmiechem. Musiała przyznać, że wspólne tracenie
kontroli z Łukaszem wychodziło jej po mistrzowsku.
Poznali się podczas studiów. Ona, zajęta boksowaniem się ze swoim
ówczesnym ideałem mężczyzny, zauważała tylko zaokrąglony
brzuch Zawodnego. Tak wyraźnie odznaczał się pod koszulką, że skutecznie
odwracał uwagę od ciepłego spojrzenia i serca wyciągniętego na dłoni.
Ponownie spotkali się przypadkiem po latach. Łukasz wydoroślał. Chłopak
w przybrudzonych zamszowych butach i z dużym brzuchem stał się
atrakcyjnym mężczyzną. Jako że nie znała lepszego powiernika tajemnic
dającego wsparcie duchowe, obiecali sobie przyjaźń.
Wytrwali w postanowieniu przez chwilę, po czym zupełnie niespodziewanie
stracili nad sobą kontrolę.
- Nie można zakładać, że chciał fruwać - zaprotestowała. - To naciągane
i bardzo złośliwe!
- Masz rację, ale zobacz... Przygotowywałaś się do wywiadu, zbierałaś
informacje. - Próbował dowieść swoich racji, a jednocześnie dolał wino
do już pustych kieliszków. - Nie dotarłaś do tej o dopalaczach, mimo że
wiadomo o tym od kilku dni. Dostęp do niej mają nieliczni.
- Ktoś, kto robił badanie - Anka zaczęła wyliczać osoby, które musiały
znać wynik analizy krwi - prokurator, który zlecił czynności, policjant
prowadzący śledztwo...
- I rodzina - uzupełnił jej wypowiedź o słowa, które nie chciały jej
przejść przez gardło.
- Czyli ojciec - powtórzyła w końcu i uświadomiła sobie, że rzeczywiście
mogła paść ofiarą manipulacji. - Masz rację, musiał wiedzieć.
Spuściła głowę. Chciała w spokoju przeanalizować wydarzenia ostatnich
godzin. Mimo że drobiazgowo przygotowała się do wywiadu z politykiem,
rozmówca ją zaskoczył. Był szczery i otwarty. Zamiast agresywnego
rottweilera, którego się spodziewała, w studiu telewizyjnym pojawił się
skrzywdzony cocker-spaniel.
Czy Ksawery Król mógł ją wykorzystać, by osiągnąć swój cel? Ją?
Specjalistkę od manipulacji?
- Wiedział i starał się wybielać syna.
- Łukasz, wiesz, jak jest. Rodzice często widzą swoje dzieci w zupełnie
innym świetle. Założę się, że twoi też są nadal święcie przekonani, że
stronisz od alkoholu i nigdy nie zapaliłeś papierosa. Król mógł nie
wiedzieć o tym, że jego syn bierze dopalacze.
Łukasz wstał i podszedł do okna. Chwilę postał, opierając się o parapet,
po czym uchylił okno. Anna nie protestowała. Temperatura rozmowy rosła,
a wypite wino miło rozgrzewało ją od środka. Mroźne powietrze wpadło do
pokoju wypełnionego zapachem męskich perfum i sera pleśniowego.
- Nie, nie wierzę! - Łukasz wrócił na kanapę. - Facet jest politykiem od
lat, ma kupę kasy. Wie wszystko o wszystkich. Na każdego ma haka. Nie
uwierzę, że jego synalek nigdy nie sprawiał żadnych problemów. Wiesz,
jakie są dzieci takich ludzi? Na pewno jest się do czego przyczepić i Król dobrze o tym wie. Przedstawił widzom twojej stacji wyidealizowany
obraz syna i miał w tym jakiś interes. Założę się! Tylko jeszcze nie
wiem jaki...
Łukasz Zawodny od dziesięciu miesięcy pracował w poznańskiej gazecie
codziennej. Odpowiadał za przygotowanie informacji interwencyjnych.
"Wszystkie zadymy w Poznaniu są moje - w taki sposób zwykł zaznajamiać
obcych z zakresem swojej pracy - i pobicia, i trupy".
O pracy mógł rozmawiać bez przerwy. W pracy. W drodze do domu. W domu. W łazience. W kuchni. W łóżku. W drodze do pracy. Dwadzieścia cztery
godziny na dobę. Siedem dni w tygodniu. Podobnie jak Anna.
Sprawa śmierci syna Ksawerego Króla interesowała Łukasza o wiele
bardziej niż pojawienie się zwykłego trupa. Ksawery Król był od lat
szarą eminencją rządzącej partii politycznej, a polityka była konikiem
Zawodnego. Studiował politologię. Jego praca magisterska dotyczyła
właśnie politycznego public relations.
- Jest politykiem, trudno zaprzeczyć, ale jest też OJCEM, który stracił
syna, a to jest może teraz najważniejsze - Anka protestowała. Przecież
kilka godzin wcześniej czuła na sobie autentyczny ból rozmówcy.
- Ojcem - Łukasz nie zamierzał zmienić zdania - który dwa tygodnie po
śmierci syna udziela wywiadu w twojej telewizji. Na żywo. Nie wydaje ci
się to podejrzane?
Gdyby miała skupić się na podejrzanych szczegółach, pewnie znalazłaby
ich kilka. Zlecenie na ten wywiad dostała od Grabowskiego - szefa
poznańskiego oddziału Primo TV. Poprosił ją do siebie i powiedział, że
sprawa jest na tyle delikatna, że tylko ona może dobrze się nią zająć.
Rogozińska spojrzała na zegarek. Zbliżała się północ. Nie chciała dłużej
zastanawiać się nad tym, czy Ksawery Król jest dobrym aktorem i czy ją
wykorzystał. Nie dzisiaj. Czuła, że narasta zmęczenie, a senność
koniecznie chce zamknąć jej oczy.
- Łukaszku, myślę, że przesadzasz. Ludzie mają prawo przeżywać żałobę w dowolny sposób. Jedni zamykają się przed światem. Drudzy udają, że nic
się nie stało. Jeszcze inni wychodzą na środek sali i krzyczą, bo chcą
zwrócić na siebie uwagę społeczeństwa.
- Myślę, że powinnaś...
Anka nie zamierzała słuchać autorytarnego tonu głosu Łukasza. Bez słowa
opuściła pokój, przerywając mu w pół słowa. Głośno zamknęła za sobą
drzwi od łazienki.
- Anka, to ty jesteś dziennikarką. - Żale wylała szeptem bezpośrednio do
lustrzanego odbicia. - To ty odnosisz sukcesy. To twoje nazwisko jest
coraz bardziej rozpoznawalne. To ty awansujesz. Nie musisz słuchać jego
zaleceń. To, że jest facetem i prowadzi rubrykę w gazecie, nie uprawnia
go do pouczania.
Opłukała twarz zimną wodą, uspokoiła emocje i wróciła do pokoju. Łukasz
siedział rozpostarty na kanapie. Miał zamknięte oczy i słuchał muzyki.
Zdziwiła się. Nie zauważyła, by w tle ich rozmowy rozbrzmiewał Vangelis.
Musiał włączyć ulubioną płytę podczas jej nieobecności.
- Zdradzisz mi swoje źródło? - przytuliła się do niego.
Otoczył ją ramieniem i przysunął do siebie. W jego objęciach czuła się
bezpieczna.
- A zostaniesz dziś na noc?
Rozdział 3
Rozdział 3
32 dni do walentynek
- Halo? Kochanie? Wczoraj wyglądałaś cudnie!
Renata Rogozińska miała specyficzne wyczucie czasu. Dzwoniła do córki
zawsze w najmniej odpowiednim momencie.
Tego dnia dźwięk informujący o przychodzącym połączeniu rozległ się z samego rana. Ania zdążyła zasiąść do stołu, a Łukasz nałożył jajecznicę
na talerze.
- Halo?
Rozmącone i gorące kurze jaja wyglądały tak smakowicie, że Anka
wpakowała do ust tyle, ile się zmieściło. Było to dalekie od zasad
savoir-vivre'u, ale nie zamierzała jeść zimnego dania. Rozmowy z matką
nie należały do krótkich.
- Dziękuję - odpowiedziała z pełnymi ustami. - Co słychać, mamo? -
Strategiczne pytanie miało być otwarciem monologu rodzicielki, tak by
Anka w spokoju mogła dokończyć śniadanie.
- Żyję. Wczoraj zapomniałaś do mnie zadzwonić! - Zamiast niepohamowanego
słowotoku otrzymała wyraźnie wyartykułowaną pretensję.
- Nie zapomniałam - skłamała. - Byłam padnięta. Nie miałam siły. Gdy
wróciłam do domu, od razu poszłam spać.
Przełknęła ostatni kęs chleba i odeszła od stołu. Łukasz wyglądał na
niezadowolonego. Starał się co prawda panować nad emocjami, ale
zdradzały go przyspieszony oddech i nienaturalny wyraz twarzy. Mina
Łukasza mówiła sama za siebie.
- Właśnie, bo pracujesz i pracujesz, zamiast pomyśleć o sobie. Odpocząć.
Do matki przyjechać. Koniecznie z narzeczonym.
- Mamo. - Anka próbowała protestować. Wizja kolejnej wizyty w domu
rodzinnym i nagabywania Łukasza przez matkę nie była kusząca.
- Co "mamo"? Siedzisz w tej swojej telewizji od rana do wieczora.
Biegasz za ludźmi, użerasz się z rozmówcami, pracujesz na awans, ale czy
masz czas zadbać o siebie? Jadłaś już śniadanie? A wczoraj jadłaś
kolację? Obiad? Mówię tobie po raz kolejny! W końcu żołądek się
rozreguluje i będziesz miała problemy. Zobaczysz. Weź kilka dni urlopu.
Należy ci się. Kiedy miałaś ostatnio wakacje? Przyjedź do mnie na
dłużej. Posiedzimy razem, pogadamy.
Swobodny monolog matki płynął ze słuchawki, zmieniając jedynie co kilka
minut odcień przekazywanych uczuć. Pretensje, troska, rozczulenie,
nakazy. Ania nie miała zamiaru go przerywać. Normalnie protestowałaby
głośno albo wymyśliłaby powód, dla którego pilnie musi zakończyć
rozmowę.
Tym razem jednak rozmowa... rozmowa telefoniczna, bo tak chyba można
nazwać sytuację, w której jedna osoba dzwoni do drugiej i opowiada jej o swoich odczuciach, była dziennikarce na rękę.
Podczas przygotowywania śniadania Łukasz poruszył pewien delikatny
temat. Nie wiedziała, jak zareagować. Co powiedzieć? Śmiać się czy
płakać? Zażartowała, stwierdzając, że jest mistrzem psucia klimatu. Po
smakowitej nocy zaserwował to.
- Weź tego swojego przesympatycznego chłopaka - matka kontynuowała
monolog - i przyjedźcie chociaż na cały weekend. Przecież wiesz, że
miejsca w domu jest dużo, rozlokuję was odpowiednio. Córuś, pomyśl
proszę o rodzinie! Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą -
głos Renaty Rogozińskiej się załamał - zostaną po nich buty i telefon
głuchy.
Ania nie musiała widzieć matki, by wiedzieć, że w tej chwili po jej
policzkach spływają łzy. Cytowaniu księdza Jana Twardowskiego zawsze
towarzyszyły łzy.
- Ale dobrze się czujesz? - starała się zmienić temat. Matka nie mogła
się rozkleić.
- Dobrze, dobrze. Co prawda ciśnienie mi skacze. Nogi okropnie rwą. W ogóle nie mogę spać. Przysypiam na kilkanaście minut, po czym budzę się
tak ścierpnięta, że mogłabym chodzić po ścianach. Taki to ból. Nie wiem,
czy to starość czy to te mrozy. Ciągle mi zimno.
- Rozumiem. Mamuś, martwię się o ciebie. Obiecuję, że zobaczymy się
niebawem. Dziś śnieg sypie jak oszalały, jechałabym do Pobiedzisk dwie
godziny w jedną stronę. Jutro muszę być w Warszawie. - Odtwarzała w myślach zawartość kalendarza. - Wpadnę w sobotę albo w niedzielę. Na
kawę. Jesteśmy umówione?
- Tak. - Matka odetchnęła z ulgą. Momentalnie pozbyła się płaczliwego
tonu. - Upiekę coś pysznego.
Anka odłożyła telefon i wróciła do kuchni. Łukasz siedział przy pustym
talerzu.
- Sorry, matka dzwoniła. - Uśmiechnęła się bezradnie i rozłożyła ręce.
- Ma kobieta wyczucie czasu.
To trzeba jej przyznać, Anna potwierdziła radośnie w myślach. Zazwyczaj
telefon od matki ją irytował. Tym razem okazał się wybawieniem od
niewygodnej rozmowy.
- Jest taka samotna, chciała sobie pogadać. Przecież nie mogłam jej
zbyć. O rany! - Spojrzała na zegarek i zdała sobie sprawę z tego, że
powinna się teleportować. - Już jest ósma? Muszę lecieć do pracy.
- Samotna? - Niezadowolony Łukasz wzruszył ramionami. Telefon sprawił,
że nie zdążyli porozmawiać. - To kup jej psa.
- Myślisz, że czworonóg zastąpi jej męża? Oszalałeś?
Anka wybiegła z klatki schodowej w rozpiętej kurtce i szalu niedbale
powieszonym na szyi. Termometr okienny wskazywał minus trzy i pół
stopnia Celsjusza. Pierwszy podmuch powietrza sprawił, że poczuła się
pełna ochoty do pracy. Powietrze było rześkie i w przyjemny sposób
ukoiło jej rozgrzane policzki.
Wiedziała, że temat, który poruszył Łukasz, sam nie zniknie. Tym razem
udało jej się odsunąć rozmowę w czasie. Następnym razem musi się do niej
przygotować. Świadomie odebrała telefon od matki, bo wiedziała, że może
rozmawiać z nią tak długo, dopóki nie będzie musiała wybiec z domu,
spóźniona. Tak, zdawała sobie sprawę z tego, że Łukasz będzie
niepocieszony. Wiedziała, że to nieuczciwe zagranie. Nie miała jednak
innego pomysłu, jak zmierzyć się z bestią, tematem tabu.
Dopiero co przywykła do zmiany statusu znajomości z Łukaszem. Do
wspólnych nocy kończących się śniadaniem. Do planów weekendowych.
Niespostrzeżenie stali się parą. Cieszyła się obecnością Zawodnego,
chłonęła jego atrakcyjny zapach i jednocześnie walczyła z głęboko
zakodowaną ostrożnością w sprawach uczuciowych.
Samochód Rogozińskiej, przykryty śnieżną kołdrą, czekał na udzielenie
pierwszej pomocy. Otworzyła drzwi, wrzuciła do środka torebkę i usiadła
na miejscu kierowcy. Samochód po nocy spędzonej na ulicy był wyziębiony.
Kierownica nieprzyjemnie mroziła dłonie. Anna uruchomiła silnik.
Przyjemne warczenie przyniosło obietnicę, że za chwilę we wnętrzu pojawi
się cieplejsze powietrze.
- Cholera, zostawiłam rękawiczki u Łukasza. - Przypomniała sobie, że
kiedy wychodziła z mieszkania, widziała je na szafce z butami. Nie miała
jednak ochoty wracać. - Trudno.
Zacisnęła zęby i z kieszeni znajdującej się w drzwiach pasażera wyjęła
czerwoną szczotkę. Zanim zabrała się do odśnieżania citroena, poczuła
zimno. To mróz, który wcześniej wydał jej się jedynie rześkim
powietrzem. Zapięła więc kurtkę i otuliła się szalem. Kolejne ruchy ręki
sprawiały, że auto odzyskiwało atrakcyjne kształty i fabryczny kolor.
Przód, prawy bok, lewy bok, tył. Kolorów nabrała także twarz Anki. Z nosa zaczął kapać wodnisty katar.
Zanim dotarła do pracy, jeszcze dwukrotnie walczyła z następującymi po
sobie falami gorąca i zimna. Gdy pokonywała kolejne skrzyżowania w drodze do firmy, czuła, że za chwilę się ugotuje. Wnętrze samochodu
wypełniło się gorącym powietrzem. Znowu zaczęła rozpinać kurtkę,
rozplątywać szal. Nawet palce, wcześniej niemalże zmrożone, zaczęły
tracić sztywność. Zdążyła już zapomnieć o tym, że były zdrętwiałe.
Przed firmą nie znalazła wolnego miejsca parkingowego, więc musiała
zostawić samochód nieco dalej. Przymusowy spacer sprawił, że tego
poranka po raz kolejny zaatakował ją przejmujący chłód.
Że też rtęć nie ma problemu z relatywnością, pomyślała.
Słupek jedynego metalu normalnie występującego w stanie ciekłym zawsze
wskazywał wartości bezwzględne. Wahania zależały jedynie od temperatury
mierzalnej.
Wewnętrzny termometr człowieka wariował i oceniał jedynie temperaturę
odczuwalną. Przy większym wietrze minus trzy i pół stopnia Celsjusza
odbierał jak silny mróz. Podobnie działo się przy dużej wilgotności,
przemoczeniu czy przemęczeniu.
Anna wbiegła do firmy, spóźniona. Przywitało ją suche i ciepłe
powietrze. W firmie kaloryfery pracowały pełną parą, podobnie jak zespół
Primo TV. Nie zdążyła jednak zabrać się do pracy. Prosto z kuchni, w której przygotowała sobie herbatę, trafiła na dywanik do szefa.
Dywanik był grafitowy, puszysty i zapewne miły w dotyku.
- Pani Aniu, serdecznie gratuluję. - Kamil Grabowski zaczął bez wstępu,
dzięki czemu niepokój dziennikarki został ograniczony do minimum.
Spontaniczne wizyty w gabinecie dyrektora poznańskiego oddziału Primo TV
mogły mieć trzy podłoża: głośna bura, cicha pochwała lub przydzielenie
zadania specjalnego. W ostatnim pojęciu mieściło się wszystko. Kukułcze
jajo, szansa życia, misja samobójcza.
- Gratuluję. - Tłusta głowa szefa kiwała się na krótkiej szyi. Ruch
powtarzał się rytmicznie jak u plastikowego psa wożonego w latach
osiemdziesiątych na tyłach polonezów lub dużych fiatów. - Rozmowa z Królem została przeprowadzona wzorcowo. Wiedziałem, że tylko pani jest w stanie wykonać to zadanie bez zarzutu.
Pochwały z ust szefa są bezcenne, ale Anna pragnęła czegoś więcej. Zbyt
długo pracowała w branży, by cieszyły ją puste słowa. Nikt nie musiał
mówić jej, że jest dobra. Wiedziała o tym.
Rogozińska chciała więcej. Więcej możliwości pracy z kamerą na żywo.
Więcej wywiadów. Więcej wystąpień na ogólnopolskiej antenie. Więcej
wszystkiego. Rozpoznawalności, pieniędzy... sukcesu.
- Dziękuję - odpowiedziała bez ekscytacji.
- Muszę przyznać, że jesteśmy zadowoleni.
- Czyli co? Sukces?
- Myślę, że tak, ale czekamy jeszcze na wyniki oglądalności.
Jesteśmy zadowoleni, czekamy na wyniki. Jacy my? Ta myśl nie dawała Ance
spokoju. My? Grabowski i kto? Warszawa? Taki tok rozumowania byłby
najbardziej prawdopodobny, ale w tyle głowy majaczyła jeszcze jedna
możliwość. A może Grabowski i... Król?
Jej wrodzone uczucie ostrożności, wczoraj dodatkowo nakarmione
wątpliwościami dotyczącymi manipulacji, uważnie nastawiło uszu. Zlecenie
na wywiad z politykiem załamanym śmiercią syna dostała od Grabowskiego.
Dokładnie w tym pokoju, w otoczeniu puszystego dywanu i mebli w kolorze
wenge.
- To wszystko? - Chciała zmienić otoczenie i uwolnić się od teorii
spiskowych.
- Tak, dziękuję. - Uśmiechnięty Grabowski po raz kolejny kiwnął głową.
- Dziękuję. - Wstała i odwdzięczając się taką sama miną, dodała. -
Chciałam przypomnieć jeszcze, że jutro nie będzie mnie w pracy.
- Jakżebym mógł o tym zapomnieć! - Gwałtownej zmianie nastroju
towarzyszył grymas twarzy. - Jedzie pani na audiencję do centrali.
Ance zrobiło się gorąco. Bynajmniej nie z powodu reakcji szefa. Pokrętło
regulujące pracę kaloryfera w gabinecie szefa ustawione było na
maksimum. Gorąco atakowało jej stopy odziane w modne ocieplane obuwie.
Temperatura ciała rosła i subiektywnie, powoli zbliżała się do
temperatury wrzenia.
Mocno stąpała po ziemi. Nie była pozbawiona świadomości, że osiąganiu
sukcesu towarzyszy zazdrość innych ludzi. Kamil Grabowski nie ukrywał
frustracji. Wielbił ją kiedyś, hołubił i wychwalał przy każdej okazji.
Nagle przestał.
- Jeśli łudził się, że będę pupilkiem poznańskiego Primo TV do końca
życia, to znaczy, że jest głupi - opowiadała Łukaszowi o sytuacji
panującej w pracy. - Przecież musi zdawać sobie sprawę z tego, że
wszyscy, którzy zaczynają dla niego pracować, traktują poznański oddział
jak przystanek na trasie, jak trampolinę... Każdy marzy o stolicy!
Niektórzy zostają tu z przyzwyczajenia, ale większość tkwi tutaj z braku
innych możliwości. Ja poświęciłam wiele, by zasłużyć na awans. Jeśli
Grabowski tego nie rozumie, to jego problem.
Prokurator Wiktor Braun znalazł wreszcie czas, by usiąść przy swoim
biurku i przez chwilę pomyśleć. Powinien napisać do sądu wniosek o uchylenie tajemnicy bankowej, żeby zajrzeć na rachunek bankowy pewnego
szemranego biznesmena, jednak wzrok prokuratora padł na książkę leżącą
na półce. Jej szata graficzna znacznie odbiegała od sąsiadujących z nią
prawniczych pozycji.
- Czas skupić się na wniosku. - Upomniał sam siebie, bo cały czas
rozpraszały go wydarzenia, których świadkiem był przed południem.
Położył ręce na klawiaturze, zamknął oczy i starał się skupić na
wniosku.
Wierzę w prawo. Wierzę w świętość sali sądowej i majestat
sprawiedliwości. Wierzę też, że sprawy nie zawsze są takie, na jakie
wyglądają, że niekiedy faktami można manipulować tak, jak magik
manipuluje publicznością. Jedną ręką robi coś nieistotnego, odwracając
naszą uwagę, a w tym samym czasie drugą wykonuje sztuczki1.
Wielokrotnie powtarzał to jak mantrę. Słowa Martina Vaila stanowiące
fragment przemówienia przed ławą przysięgłych dawały Wiktorowi poczucie,
że panuje nad umysłem i odnajduje spokój.
Dłonie Brauna zaczęły płynnie przesuwać się nad klawiszami, a na ekranie
przybywało liter.
Postać Martina Vaila - cholernie dobrego, diabelnie pragmatycznego,
agresywnego i cynicznego prawnika - stanowiła dla Wiktora Brauna wzór
godny naśladowania.
Na pytanie, ile razy przeczytał książkę Pierwotny strach, której autor
stworzył postać genialnego prawnika, odpowiadał: przynajmniej kilka razy
za mało. Tę pozycję traktował jak biblię.
Ekranizację powieści, zatytułowaną Lęk pierwotny, oglądał tradycyjnie
przynajmniej raz do roku - w dniu swoich urodzin. Richard Gere zespolił
się w wyobraźni Brauna z postacią prawnika broniącego przerażonego
Edwarda Nortona debiutującego na dużym ekranie.
- ...tak więc dowody uzyskane tą drogą - dyktował dłoniom - stanowić będą
jedyny dostępny procesowo kierunek realizacji celów postępowania
przygotowawczego.
Telefon stacjonarny, który stał na biurku, rozdzwonił się i przerywał
prokuratorowi przemowę na kilka słów przed finiszem. Braun przez chwilę
próbował zlekceważyć dzwonek. Gdy uświadomił sobie, że nie może zebrać
myśli w hałasie, podniósł słuchawkę.
- Halo! - burknął, niezadowolony.
- Panie prokuratorze - rozległ się usłużny głos recepcjonistki -
przyszła pani Anna Rogozińska. Nie była umówiona. Wpuścić?
Anna? Znał ją jako Anię, ukochaną córkę promotora. Stary Rogoziński
wprowadzał Wiktora w tajniki zawodu. Dzielił się doświadczeniem,
udzielał rad i był ojcem chrzestnym sukcesu prokuratora. To dzięki
Rogozińskiemu Braun dotarł do Prokuratury Okręgowej w Poznaniu i zajmował całkiem przyjemny gabinet na czwartym piętrze.
Kiedyś widywał Anię Rogozińską dość często. Rzadko jednak rozmawiali.
Dzieliła ich różnica pięciu lat. Gdy on studiował prawo, ona biegała w wytartych dżinsach i uczyła się do sprawdzianu z chemii. Nawet gdyby
chcieli porozmawiać, nie mieliby o czym.
Czas mijał. Wiktor piął się po szczeblach kariery, a Ania zmieniała się
w Annę. Skończyła liceum, potem studia na Uniwersytecie Adama
Mickiewicza, a z jej twarzy zniknęły pryszcze. O tym, że jest
dziennikarką, usłyszał na pogrzebie promotora. Sprawa była głośna i dość
kontrowersyjna. Złośliwi mówili, że córka przyczyniła się do śmierci
ojca.
Zamienili wtedy kilka słów. Nie wiedział jeszcze, że częstotliwość ich
rozmów diametralnie się zmieni. Anna pojawiła się w sądzie półtora
tygodnia temu. Jak pies gończy czekała czujnie pod salą, w której Braun
kończył rozprawę. Przywitała się i bez zbędnych rozmów o pogodzie
przeszła do konkretów. Przygotowywała się do wywiadu z Ksawerym Królem -
ojcem młodego mężczyzny. Wiktor zajmował się sprawą jego śmierci.
Prosiła o pomoc i przekazanie niejawnych informacji. Ewidentnie chciała
wykorzystać ich nikłą prywatną relację. Szukała kontrowersyjnych
hipotez.
- Nie ma mowy - odpowiedział wtedy tak lodowatym tonem, że w budynku
sądu zrobiło się zimniej niż na dworze.
Miał nadzieję, że zrozumie. Była przecież bystra. Wyglądała zupełnie
inaczej niż kiedyś. Z kaczątka wyrósł łabędź. Mimo to nie zamierzał
narażać pozycji zawodowej w imię jakiejś znajomości. Nie do końca
starej, ale też niezbyt nowej. Dawnej znajomości w nowej odsłonie.
- Wpuścić? - recepcjonistka powtórzyła pytanie, zaniepokojona brakiem
odpowiedzi.
- Przykro mi. Prokurator jest zajęty.
Ewelina Wójcik poinformowała kobietę stojącą przy ladzie i wróciła do
wykonywania innych obowiązków. Z doświadczenia wiedziała, że odpowiedź
odmowna oraz następujący po niej brak kontaktu wzrokowego w dziewięćdziesięciu pięciu procentach przypadków sprawiają, że petent
rezygnuje z zamiaru wejścia do budynku.
- Nie szkodzi, poczekam.
Kobieta nie rezygnowała. Wręcz przeciwnie. Rozpięła kurtkę, odwinęła
szal z szyi.
- Ale ja pani nie wpuszczę. - Uprzejmy ton recepcjonistki zmienił się w lodowato kategoryczny. - Prokurator pani nie przyjmie.
- Przekazała pani mu moje nazwisko, niczego nie przekręciła? Anna
Rogozińska.
- Szanowna pani, mówię, że prokurator wykonuje czynności, jest zajęty i nie ma znaczenia, jak pani się nazywa. - Ewelina Wójcik zgodnie z instrukcjami kiwnęła głową na ochroniarzy stojących za bramkami.
Jeden z nich podszedł do recepcji i stanął, naruszając przestrzeń
osobistą dziennikarki.
Anna szybkim spojrzeniem przeanalizowała sytuację. Prokuratura Okręgowa
w Poznaniu. Wejście dla wybranych mają zapewnić recepcjoniści,
ochroniarze i bramki - prawie jak na Ławicy, czyli poznańskim lotnisku.
Oczywiście, mogła spróbować sforsować system zabezpieczeń, ale wtedy
zaryzykowałaby nie tylko powaleniem na ziemię. Taki incydent mógłby
zostać wykorzystany przeciwko niej. Na to nie mogła sobie pozwolić.
- Do widzenia. - Uśmiechnęła się złośliwie do recepcjonistki.
Wiedziała, że wróci. Jeśli nie dziś, to jutro. Kiedyś uda jej się wejść
do środka i zadać pytania prokuratorowi.
Ochroniarz odprowadził ją wzrokiem do drzwi, po czym wrócił za bramki.
Anna Rogozińska przez chwilę stała przed gmachem mieszczącym wszystkie
poznańskie prokuratury rejonowe, prokuraturę okręgową i apelacyjną.
Budynek sfinansowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości został oddany do
użytku w dwa tysiące ósmym roku. Swoim kształtem przypominał szereg
równo ułożonych segregatorów.
- Jest jak wszyscy prokuratorzy - stwierdziła sarkastycznie - równie
idealny, sztywny i lodowaty. - Ostatni epitet rozbawił ją najbardziej,
bo z parapetów zwisały sople lodu.
Okna przypomniały jej o tym, że zawsze była wierna zasadzie: jeśli nie
wpuszczą cię drzwiami, wejdź oknem.
- Może innym razem. Poczekam, aż zima odpuści.
Drętwiejące palce i piekące uszy przypomniały jej o mroźnej aurze.
Postawiła kołnierz, a z torebki wyjęła rzadko używaną czapkę. Gdy
wcisnęła ją na głowę, poczuła przyjemne ciepło.
W tej samej chwili w torebce rozległ się dzwonek telefonu.
- Halo? - Nie zdążyła spojrzeć na ekran, by ustalić, kto dzwoni. Telefon
jak zwykle ukrywał się gdzieś na dnie torebki. Zdążyła odebrać w ostatniej chwili.
- Bądź uprzejma poczekać przed budynkiem.
Nie musiała czekać zbyt długo, ale i tak czuła, że stopy przymarzają jej
do podłoża. Widocznie zimowe buty, które miała na nogach, nie były
przystosowane do mieszanki śniegu i mrozu.
- Cześć - ucieszyła się, kiedy ujrzała znajomą postać.
- Witaj - Wiktor Braun odpowiedział jak robot zaprogramowany, aby się
dobrze zachowywać.
Pozdrowił ją, bo tak wypadało. Nie wyraził emocji. Nie okazał uczuć
związanych ze spotkaniem. Przeszedł obok niej, nie zatrzymując się.
Poszła za nim. Przystanęli z boku budynku, aby uniknąć wzroku
ciekawskich urzędników.
- Media składające wizytę prokuratorowi, i to bez uprzedzenia?! To
niedopuszczalne! - zganił ją.
Niedopuszczalne, niedopuszczalne, powtórzyła w myślach, mierząc go
uważnie wzrokiem. Zaczęła od stóp. Gdy dotarła do głowy, oblizała
spierzchnięte usta. Zachowywał się jak dupek, ale wyglądał smakowicie.
Zmężniał, wyprzystojniał, pozbył się irytującej brody, którą nosił
podczas studiów. Wyraziste brwi, z których kiedyś żartowała, nadawały
jego twarzy intrygujący wyraz.
- Jakie media? - Roześmiała się, uznając, że musi rozluźnić atmosferę.
Gdyby Wiktor był tak oburzony, na jakiego starał się wyglądać, nie
zszedłby do niej. - Widzisz tu jakąś kamerę? Aparat fotograficzny albo
chociaż notatnik?
Stał blisko niej i uważnie ją obserwował. Spod eleganckiego płaszcza
Vistuli wystawał garnitur dobrej jakości. Wiktor wyglądał jak model z okładki ekskluzywnego pisma. Gdy przesunął ręką między swoimi blond
włosami, Rogozińska przypomniała sobie, że w czarnej czapce oversize,
którą kilka minut wcześniej naciągnęła na głowę, nie wygląda najlepiej.
Za późno było jednak na jej ściągnięcie.
- Jaki jest cel twojej wizyty?
Cel twojej wizyty - Anka powtórzyła w myślach. - Boże, jaki jesteś
oficjalny. Jakby cię właśnie odmrożono i uwolniono z hibernacji.
- Chciałam porozmawiać. - Nie kłamała. Chciała rozmawiać zawodowo, ale
miała też ochotę na prywatną rozmowę przy kawie w zacisznym i ciepłym
lokalu.
- Porozmawiać?
- Prywatnie porozmawiać - dopowiedziała.
- I dlatego przyszłaś do mnie do pracy...
Niebieskie oczy Brauna wpatrywały się w twarz dziennikarki. Dokładnie
tak samo przyglądał się jej ojciec, gdy próbowała wmówić mu, że coś się
zepsuło. Oczywiście, samo się zepsuło.
- Przyszłam.
- Mam wyczulony nos. Wyczuwam problemy.
Anka spojrzała najpierw na jego proporcjonalny nos, a później popatrzyła
mu w oczy. Mogłaby się w nich zapaść.
- Jestem tu prywatnie.
- Prywatnie w prokuraturze? Nie żartuj, proszę.
- Dobra - skapitulowała. - Powiedziałeś ostatnio, że sprawa śmierci
Grzegorza Króla jest w toku, że nie wykluczyłeś jeszcze udziału osób
trzecich.
Kiedy Grabowski dał jej zlecenie przeprowadzenia wywiadu na żywo,
chciała się do niego przygotować. Ustaliła, że śledztwo w sprawie
śmierci syna polityka prowadzi prokurator o znajomo brzmiącym nazwisku
"Braun".
Skontaktowała się z Wiktorem, powołała się na przynależność do klanu
prokuratora Rogozińskiego i próbowała umówić spotkanie. Braun odmówił
bez skrępowania. Nie miała więc innego wyjścia. Zaczaiła się na niego w sądzie, bo liczyła na to, że nawet jeśli przegrała bitwę o informacje,
to wygra całą wojnę.
W bezpośrednim spotkaniu ze mną nikt nie ma szans, nawet uczeń mojego
ojca - pomyślała dziennikarka.
- Powiedziałem też, że jeśli potrzebujesz informacji, to powinnaś
skontaktować się rzecznikiem Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.
Nie tego spodziewała się po chłopaku, którego w młodości widywała
regularnie w domu rodzinnym. Po latach przywitał ją zdziwionym
uśmiechem, ciepłym uściskiem dłoni i chłodnymi słowami niewiele
różniącymi się od tych, którymi poczęstował ją dzisiaj.
- Proszę - zaskomlała, przestępując z nogi na nogę. - Chociaż anonimowo
coś powiedz. Nie zacytuję cię. Potrzebuję punktu zaczepienia.
- Zaczepienia? Wywiad był wczoraj. Przesłuchałaś na żywo ojca ofiary.
Czego się jeszcze czepiasz?
Wypowiadał słowa w lodowaty sposób i tylko para wodna wychodząca z jego
ust świadczyła o tym, że jest człowiekiem.
- Jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, jestem kobietą - prowokowała Anna.
Lepiej czuła się w dwuznacznych rozmowach niż lodowatych wymianach zdań.
- Mogę się czepiać.
Czekała na reakcję, mimo że zdawała sobie sprawę, że jej postura w tamtej chwili nie potwierdzała wypowiedzianej tezy. Kobiece kształty
skrywała pod puchową kurtką, względnie łabędzią szyję omotała szalem, a włosy i część twarzy ukryła pod wielką czapką.
- Nie znam się na kobietach. - Z ust Brauna wydobywała się para wodna.
Chętnie pomogłaby mu się poznać. Tak jak jej ojciec wprowadzał Brauna w tajniki zawodu, tak ona mogłaby z pełnym poświęceniem wprowadzać go w kobiecy świat. Pokazać to i owo i patrzeć, jak jego lodowate spojrzenie
się ociepla.
Przeprowadziłaby go przez przyśpieszony kurs pod nazwą Kobiecość dla
opornych prawników i pokazałaby, że spontaniczność nie jest zakazana,
uśmiech pomaga w rozmowach, a niewinny flirt sprawia, że krew płynie
szybciej.
Pomogłaby mu niezobowiązująco. W przeciwnym razie Łukasz byłby
niepocieszony.
- Ale starej kumpeli nie pomożesz?
- W tej sprawie nic się nie zmieniło. - Wiktor z minuty na minutę stawał
się coraz bardziej lodowaty.
- A jednak... wydaje mi się, że się zmieniło. Moje źródło donosi, że we
krwi Grzegorza Króla znaleziono dopalacze. Możesz to potwierdzić? Albo
temu zaprzeczyć?
- Nie mogę rozmawiać o Grzegorzu K. Skoro jesteś w posiadaniu
szczegółowych informacji, to nie pojmuję, w jakim celu przychodzisz do
prokuratury i chcesz ze mną rozmawiać. Muszę wracać. Zimno tu. Do
widzenia. - Odwrócił się i odszedł, nie czekając na reakcję
Rogozińskiej.
Dziennikarka nie zdążyła odpowiedzieć. Chciała zażartować, że sprawa
Grzegorza jest tylko pretekstem, bo tak naprawdę przyszła, by zaciągnąć
go do łóżka. Wyobrażała sobie, że tylko w taki sposób jest w stanie
sprowokować go do okazania jakichkolwiek emocji.
Później uznała, że jego lodowate zachowanie i niska temperatura
powietrza sprawiają, że nie chce jej się otwierać ust.
Nie byłoby zimno, gdybyś wpuścił mnie do środka, pomyślała.
W drodze do Zakładu Medycyny Sądowej zaczął prószyć śnieg. Jakby za mało
leżało go na chodnikach i jezdniach. Anna zaparkowała samochód pod
drzewem. Oblepione śniegiem, wyglądało na roślinę w depresji.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki