Zatruty kielich. Shadow of the Leviathan. Tom 1 - Robert Jackson Bennett

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Z poran­nej mgły wyło­niło się przede mną ogro­dze­nie posia­dło­ści, dłu­gie, ciemne, obłe niczym bok jakie­goś mor­skiego stwo­rze­nia wyrzu­co­nego na brzeg. Sze­dłem wzdłuż niego, usi­łu­jąc zigno­ro­wać łomot serca i spły­wa­jące po karku strużki potu. Z przodu, gdzieś we mgle, migo­tało błę­kitne świa­tło, które z każ­dym kro­kiem nabie­rało kształtu, aż stało się latar­nią mai umiesz­czoną nad przej­ściem dla służby. Obok, oparty o ścianę, tkwił umun­du­ro­wany męż­czy­zna w lśnią­cym sta­lo­wym heł­mie. Cze­kał na mnie.

Prin­ceps obser­wo­wał, jak nad­cho­dzę, a im bli­żej byłem, tym wyżej uno­sił brwi.

Gdy się przed nim zatrzy­ma­łem, nie­malże wpeł­zły mu we włosy. Chrząk­ną­łem ze sto­sow­nym auto­ry­te­tem, jak mia­łem nadzieję.

- Signum Dinios Kol, asy­stent śled­czego. Przy­sze­dłem w spra­wie zwłok.

Prin­ceps zamru­gał i zmie­rzył mnie spoj­rze­niem od stóp do głów, co zajęło mu chwilę, bo byłem od niego wyż­szy nie­mal o głowę.

- Rozu­miem, panie. - Ukło­nił się oszczęd­nie, była to może ćwierć regu­lar­nego ukłonu, nie ruszył się jed­nak z miej­sca.

- Bo są tu zwłoki, tak? - upew­ni­łem się.

- Ow­szem, panie, są - zgo­dził się nie­śpiesz­nie i spoj­rzał ponad moim ramie­niem w głąb zasnu­tej mgłą alejki.

- Zatem w czym pro­blem?

- No cóż... hm... - Znów zer­k­nął w uliczkę za mną. - Pro­szę wyba­czyć, ale gdzie ta druga osoba?

- Słu­cham? - spy­ta­łem. - Jaka druga?

- No ta śled­cza? Kiedy się zjawi?

Stłu­mi­łem ukłu­cie nie­po­koju. Nie­raz już odpo­wia­da­łem na to pyta­nie, gdy zaj­mo­wa­łem się innymi spra­wami dla mojej zwierzch­niczki, teraz jed­nak, ponie­waż sytu­acja doty­czyła mar­twego czło­wieka, sprawa wyglą­dała zupeł­nie ina­czej.

- Śled­cza nie może przy­być - powie­dzia­łem. - Mam obej­rzeć miej­sce zda­rze­nia, prze­słu­chać per­so­nel, ewen­tu­al­nych świad­ków i zdać jej raport.

- Śled­cza zamie­rza pro­wa­dzić docho­dze­nie... nie bio­rąc w nim oso­bi­stego udziału? Czy mogę zapy­tać dla­czego?

Zlu­stro­wa­łem roz­mówcę. Krótka kol­czuga lśniła w sła­bym świe­tle, każde kółeczko poły­ski­wało od skro­plo­nej wil­goci. Bar­dzo ele­gancko. Nad klamrą ozdob­nego pasa wisiał wydatny, miękki brzuch - kon­se­kwen­cja wcze­snego wieku śred­niego. Efek­tem tego samego były pasma siwi­zny w bro­dzie. Czarne buty lśniły, a ich cho­lewki wykoń­czono skórą bar­wioną wodo­ro­stami. Do stan­dar­do­wego wypo­sa­że­nia nale­żały jedy­nie długi miecz w pochwie oraz ciem­no­czer­wony płaszcz, oznaka kor­pusu - był apo­te­ka­rzem, funk­cjo­na­riu­szem odpo­wie­dzial­nym za zarzą­dza­nie istot­nymi mody­fi­ka­cjami impe­rial­nymi. Resztę ekwi­punku musiał kupić sobie sam, praw­do­po­dob­nie za iście bajoń­ską sumę.

Wszystko to wska­zy­wało, że cho­ciaż jako signum prze­wyż­sza­łem go rangą, sto­jący przede mną czło­wiek góro­wał nade mną nie tylko wie­kiem i bogac­twem, ale praw­do­po­dob­nie i widział pod­czas swo­jej kariery wię­cej, niż potra­fi­łem sobie wyobra­zić. Nic dziw­nego, że ktoś taki wyra­ził zdzi­wie­nie fak­tem, że śled­cza wysłała na miej­sce zda­rze­nia dwu­dzie­sto­let­niego chło­paka w dziu­ra­wych butach.

- Śled­cza zazwy­czaj nie bie­rze oso­bi­ście udziału w docho­dze­niu, prin­cep­sie - wyja­śni­łem. - Wysyła mnie, bym oce­nił sytu­ację, i na pod­sta­wie mojego raportu wyciąga sto­sowne wnio­ski.

- Sto­sowne wnio­ski - powtó­rzył prin­ceps.

- Wła­śnie - potwier­dzi­łem.

Cze­ka­łem, aż pozwoli mi wejść do środka. Ale on na­dal stał w miej­scu. Zaczą­łem się oba­wiać, że będę musiał wydać mu roz­kaz. Ni­gdy wcze­śniej nie wyda­wa­łem bez­po­śred­niego roz­kazu urzęd­ni­kowi innych insty­tu­cji cesar­stwa. Na szczę­ście nie musia­łem tego robić i tym razem.

- Tak jest - powie­dział ku mojej uldze i wyjął z kie­szeni mały, brą­zowy krą­żek z osa­dzoną pośrodku szklaną fiolką, z któ­rej sączył się czarny płyn. - Musisz się, panie, trzy­mać bli­sko mnie. Ta brama jest stara. Bywa kapry­śna.

Odwró­cił się w stronę wej­ścia dla służby, zaokrą­glo­nego otworu w gład­kiej, czar­nej powierzchni ogro­dze­nia. Drugą stronę przej­ścia prze­sła­niała kur­tyna poro­śnię­tych wło­skami zie­lon­kawo-żół­tych pną­czy. Gdy prin­ceps się zbli­żył, zadrżały dziw­nie, nie­po­ko­jąco, a potem roz­su­nęły się, umoż­li­wia­jąc nam przej­ście.

Trzy­ma­łem się bli­sko, pochy­la­jąc się, by głową nie szo­ro­wać o skle­pie­nie bramy. Pną­cza łasko­tały mnie w kark, wydzie­la­jąc słod­kawy, mdlący zapach. Praw­do­po­dob­nie zostały zmie­nione, by łak­nąć mięsa i gdyby nie miał przy sobie swo­jego "klu­cza", czyli fiolki z reagen­tem, roślina spa­ra­li­żo­wa­łaby nas, albo nawet gorzej.

Wyszli­śmy na wewnętrzny dzie­dzi­niec, gdzie pół­mrok świtu roz­pra­szało migo­tliwe świa­tło dzie­sią­tek lam­pio­nów zawie­szo­nych na stro­mym dachu wiel­kiego domu posa­do­wio­nego na wzgó­rzu. Budowlę, opa­sy­wała weranda, a paję­czyna poro­śnię­tych ozdob­nym mchem sznu­rów osła­niała okna przed poran­nym słoń­cem. Sze­ro­kie, drew­niane posadzki lśniły gład­ko­ścią, a na wschod­nim krańcu znaj­do­wała się wydzie­lona część wypo­sa­żona w mięk­kie podu­chy, coś w rodzaju minia­tu­ro­wego pawi­lonu her­ba­cia­nego, tyle że za sto­lik słu­żyła masywna czaszka zwie­rzę­cia, przy­cięta tak, by jej szczyt two­rzył równy blat. Dość upiorna ozdoba dla tak pięk­nego miej­sca - a było to piękne miej­sce, z pew­no­ścią naj­pięk­niej­szy dom, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łem.

Zauwa­żyw­szy moje zdu­mie­nie, prin­ceps uśmiech­nął się pod nosem. Popra­wi­łem za mały w ramio­nach płaszcz Jurysu. Nagle poczu­łem się głu­pio, wci­śnięty w to błę­kitne, nie­wy­godne okry­cie, nie­do­pa­so­wane do mojej syl­wetki, ponie­waż nie zna­leźli odpo­wied­niego dla mnie roz­miaru.

- Jak się nazy­wasz, prin­cep­sie? - zapy­ta­łem.

- Prze­pra­szam, panie, zapo­mnia­łem się przed­sta­wić. Oti­rios.

- Czy ziden­ty­fi­ko­wano osta­tecz­nie ciało zmar­łego, Oti­rio­sie? Bo zro­zu­mia­łem, że był z tym pewien pro­blem?

- Tak sądzimy, panie. Przy­pusz­czamy, że to Taqtasa Blas, z Inży­nie­rii.

- Sądzi­cie? - powtó­rzy­łem. - Przy­pusz­cza­cie? A zatem nie jeste­ście pewni?

- Myśla­łem, że zosta­li­ście poin­for­mo­wani, że śmierć nastą­piła w wyniku mody­fi­ka­cji? - Mówiąc to, mój roz­mówca uciekł wzro­kiem w bok.

- Ow­szem.

- No cóż, mody­fi­ka­cje mogą utrud­nić roz­po­zna­nie ciała. - Ruszy­li­śmy przez mostek prze­rzu­cony nad stru­my­kiem. - A nawet - dodał - stwier­dze­nie, czy to jedno ciało. Wła­śnie po to jeste­śmy tu my, apo­te­ka­rze.

Wska­zał na roz­cią­ga­jącą się przed nami mgłę, z któ­rej wyłu­ska­łem wzro­kiem postaci wędru­jące po ogro­dach. Odziane w ciem­no­czer­wone płasz­cze i pele­ryny, nosiły w rękach coś na kształt kla­tek na ptaki, ale zamiast pta­ków umiesz­czono w nich deli­katne papro­cie.

- Spraw­dzamy, czy nie doszło do ska­że­nia - wyja­śnił Oti­rios. - Ale jak dotąd nie zna­leź­li­śmy nic nie­po­ko­ją­cego. Żadna z roślin nie zbrą­zo­wiała ani nie uschła. Na tere­nie posia­dło­ści brak śla­dów ska­że­nia.

Apo­te­karz zapro­wa­dził mnie do drzwi z papieru papro­cio­wego. Kiedy się zbli­ży­li­śmy, wydało mi się, że z głębi rezy­den­cji dobiegł mnie prze­cią­gły dźwięk. Krzyk, poją­łem.

- Co to? - zdzi­wi­łem się.

- Praw­do­po­dob­nie słu­żące. Zna­la­zły ciało i wciąż są dość poru­szone, jak łatwo się domy­ślić.

- Czyż to nie stało się już dobre parę godzin temu?

- Tak, ale na­dal są wzbu­rzone. Zro­zu­miesz, panie, dla­czego, kiedy pokażę ciało.

Wsłu­chu­jąc się w osza­lałe, histe­ryczne zawo­dze­nia, sta­ra­łem się zacho­wać kamienną twarz.

Naka­za­łem sobie pano­wa­nie nad emo­cjami. Jako funk­cjo­na­riusz Jurysu, impe­rial­nego kor­pusu zarzą­dza­ją­cego try­bu­na­łami, odpo­wie­dzial­nego za wymie­rza­nie spra­wie­dli­wo­ści w całym cesar­stwie, mia­łem obo­wią­zek wejść do tego pięk­nego domu, nawet jeśli wypeł­niały go nie­po­ko­jące odgłosy.

Oti­rios otwo­rzył drzwi. Krzyki stały się gło­śniej­sze.

Pomy­śla­łem, że god­ność mojego urzędu wymaga, by moje siki pozo­stały w ciele, jed­nak oba­wia­łem się, że jeśli ten raban nie usta­nie, może się to oka­zać nie­moż­liwe.

Prin­ceps wpro­wa­dził mnie do środka.

* * *

Pierw­sze, co ude­rzyło mnie w tym miej­scu, to panu­jąca wszę­dzie czy­stość. Nie cho­dziło o sam brak brudu, smug czy zacie­ków, ale o ste­ryl­ność wszyst­kiego, na czym spo­czął mój wzrok. Ele­ganc­kie sofy były zbyt gład­kie i nie­ska­lane, jakby nie­uży­wane, a tkane z jedwa­biu kwa­dra­towe maty na pod­ło­dze wyglą­dały na nie­tknięte stopą. Całe wnę­trze domu robiło wra­że­nie tak przy­tulne i wygodne jak skal­pel chi­rurga.

Nie zna­czy to, że nie pano­wał w nim prze­pych. Z sufitu zwi­sały minia­tu­rowe drzewka mai, któ­rych korony peł­niły rolę żyran­doli. Ni­gdy nie widzia­łem cze­goś podob­nego. Owoce wypeł­nione robacz­kami mai jarzyły się błę­kit­nym świa­tłem, zale­wa­jąc pomiesz­cze­nia migo­tli­wym bla­skiem. Prze­mknęło mi przez głowę, że chyba nawet powie­trze w tym domu jest kosz­towne i zaraz prze­ko­na­łem się, że tra­fi­łem w sedno - w rogu każ­dego pomiesz­cze­nia wbu­do­wano wiel­kie kir­pisy, czarne grzyby fil­tru­jące. Ich grzyb­nie zasy­sały, a potem wyda­lały oczysz­czone i schło­dzone powie­trze.

W głębi domu znów roz­le­gły się wrza­ski. Zadrża­łem lekko i wie­dzia­łem, że nie ma to nic wspól­nego z tem­pe­ra­turą panu­jącą w rezy­den­cji.

- Zgod­nie z pole­ce­niem śled­czej zatrzy­ma­li­śmy w domu cały per­so­nel oraz świad­ków - powie­dział Oti­rios. - Przyj­muję, że będzie pan chciał ich prze­słu­chać.

- Dzię­kuję, prin­cep­sie. Ilu ich jest?

- Łącz­nie sied­mioro. Cztery słu­żące, kucharka, ogrod­nik i gospo­dyni.

- Kto jest wła­ści­cie­lem posia­dło­ści? Zakła­dam, że nie pre­fekt Blas?

- Nie, panie. Ten dom należy do klanu Haza. Nie zauwa­ży­łeś insy­gnium? - Wska­zał na mały sym­bol nad drzwiami wej­ścio­wymi, pióro pomię­dzy dwoma drze­wami.

Dało mi to do myśle­nia. Hazo­wie, jeden z naj­bo­gat­szych rodów Impe­rium, posia­dali roz­le­głe tery­to­ria w Wewnętrz­nych Pier­ście­niach. Osza­ła­mia­jący luk­sus tego miej­sca nabrał sensu, jed­nak reszta stała się jesz­cze bar­dziej nie­zro­zu­miała.

- Hazo­wie i posia­dłość w Dare­ta­nie? - zapy­ta­łem, szcze­rze zdez­o­rien­to­wany.

- Nie wiem, panie. - Oti­rios wzru­szył ramio­nami. - Może gdzie indziej zabra­kło im już domów do kupie­nia.

- Czy prze­bywa tu obec­nie któ­ryś z człon­ków klanu?

- Jeśli tak, to cho­ler­nie dobrze się ukrywa. Gospo­dyni powinna wie­dzieć coś wię­cej.

Podą­ża­li­śmy dłu­gim kory­ta­rzem aż do czar­nych drzwi z kamien­nego drewna. W ich pobliżu uno­sił się słaby zapach słod­ka­wej stę­chli­zny, dopra­wio­nej nutą zjeł­cze­nia.

Poczu­łem szarp­nię­cie w żołądku i musia­łem napo­mnieć się w duchu, że mam trzy­mać wysoko głowę i zacho­wać sto­icki wyraz twa­rzy, jak praw­dziwy asy­stent śled­czego. A potem znów zga­ni­łem się w myślach, bo prze­cież, do cho­lery, byłem praw­dziwym asy­stentem śled­czego.

- Nad wie­loma spra­wami doty­czą­cymi śmierci pra­co­wa­łeś, panie? - zapy­tał Oti­rios.

- A co?

- Nic, po pro­stu jestem cie­kaw, bio­rąc pod uwagę naturę tej sprawy.

- Nie, dotych­czas zaj­mo­wa­li­śmy się ze śled­czą głów­nie oszu­stwami płat­ni­czymi wśród funk­cjo­na­riu­szy w Dare­ta­nie.

- To nie wy zaj­mo­wa­li­ście się tym mor­der­stwem w zeszłym roku? Pijany war­tow­nik, zaata­ko­wał kogoś na rogat­kach?

Poczu­łem, jak napina mi się skóra na policzku.

- Urząd śled­czego Jurysu został utwo­rzony zale­d­wie cztery mie­siące temu.

- Ach, tak. A w poprzed­nim miej­scu pra­co­wa­li­ście ze śled­czą nad spra­wami śmierci?

Mię­sień na moim policzku naprę­żył się jesz­cze moc­niej.

- Po przy­by­ciu śled­czej zosta­łem wybrany spo­śród tutej­szych funk­cjo­na­riu­szy na sta­no­wi­sko jej asy­stenta. A więc nie.

Krok Oti­riosa na mgnie­nie zmie­nił rytm.

- Ach tak? A więc pra­cuje pan dla Jurysu dopiero od czte­rech mie­sięcy?

- O co wam cho­dzi, prin­cep­sie? - ziry­to­wa­łem się.

I znów ujrza­łem igra­jący na war­gach Oti­riosa uśmie­szek.

- No cóż, panie, ja oso­bi­ście nie chciał­bym, żeby wła­śnie ten przy­pa­dek śmierci był moim pierw­szym - oświad­czył i otwo­rzył drzwi.

* * *

Sypial­nia dorów­ny­wała prze­stron­no­ścią i wspa­nia­ło­ścią resz­cie pomiesz­czeń w rezy­den­cji. Kró­lo­wało w niej sze­ro­kie łoże z mięk­kiego mchu, zaś za prze­pie­rze­niem z papro­cio­wego papieru wydzie­lono, jak się domy­śla­łem, prze­strzeń łaziebną. Ni­gdy nie widzia­łem niszy kąpie­lo­wej wewnątrz budynku, ale sły­sza­łem o nich. W dwóch rogach pokoju po prze­kąt­nej stały lam­pion mai oraz kir­pis fil­tru­jący. Obok dostrze­głem dwa kufry oraz skó­rzaną torbę miesz­czące zapewne doby­tek pre­fekta Blasa.

Jed­nakże to kępa ulist­nio­nych drzew pośrodku sta­no­wiła naj­nie­zwy­klej­szy ele­ment w tym pomiesz­cze­niu. Naj­nie­zwy­klej­szy, ponie­waż wyra­stała z czło­wieka. A raczej prze­ra­stała przez jego ciało.

Zwłoki tkwiły zawie­szone pośrodku kom­naty, prze­szyte smu­kłymi pniami, ale zgod­nie z zapo­wie­dzią Oti­riosa, począt­kowo trudno było dostrzec w nich ludz­kie ciało. Widoczne w gęstwi­nie frag­ment tuło­wia oraz lewa noga zda­wały się nale­żeć do męż­czy­zny w śred­nim wieku, ubra­nego w pur­pu­rowe barwy Impe­rial­nego Jaletu Inży­nie­ryj­nego. Pra­wego ramie­nia bra­ko­wało, zaś nogę pochło­nęło kłę­bo­wi­sko korzeni wgry­za­ją­cych się w posadzkę z kamien­nego drewna.

Po chwili wpa­try­wa­nia się w skoł­tu­nioną masę wyda­wało mi się, że dostrze­gam w niej różo­wawy guzek kości udo­wej.

Na pod­ło­dze wokół drzewa roz­lała się ogromna kałuża krwi, gładka i poły­skliwa jak lustro z czar­nego szkła.

Poczu­łem podrygi w żołądku, zupeł­nie jakby ożył w nim węgorz, który usi­ło­wał się wydo­stać na zewnątrz.

Naka­za­łem sobie sku­pie­nie. Powścią­gli­wość i opa­no­wa­nie. Zaczą­łem oddy­chać. To teraz była moja praca, zapew­nia­jąca mi utrzy­ma­nie.

- Można bez­piecz­nie podejść, panie - zachę­cił mnie Oti­rios, tro­chę nazbyt rado­śnie. - Spraw­dzi­li­śmy całe pomiesz­cze­nie. Bez obaw.

Pod­sze­dłem do zaro­śli, które z bli­ska oka­zały się nie sku­pi­skiem cien­kich drze­wek, a kępą trawy o dłu­gich, ela­stycz­nych łody­gach, podob­nych do pustych zdrew­nia­łych pędów rośliny, z któ­rych robiono rury i rusz­to­wa­nia. Wyglą­dało na to, że łodygi wyła­niały się spo­mię­dzy barku i szyi Blasa. Dostrze­gł­szy zaplą­tane w nie kręgi, musia­łem stłu­mić kolejną falę mdło­ści.

Naj­bar­dziej nie­zwy­kła była twarz Blasa. Zda­wało się, że pędy, prze­biw­szy tors, roz­ga­łę­ziły się i jedna z odro­śli prze­biła czaszkę, prze­krzy­wia­jąc głowę pod upior­nym kątem; a następ­nie owi­nęła się powy­żej gór­nej szczęki, poże­ra­jąc, nos, czoło i uszy. Z głowy Blasa pozo­stała tylko żuchwa, obwi­sła w nie­mym krzyku, a ponad nią, z pofał­do­wa­nej kory wyła­niał się łuk zębów i pod­nie­bie­nia.

Przy­pa­trzy­łem się pod­bród­kowi. Cień sza­ra­wego zaro­stu i led­wie widoczna bli­zna po jakimś wypadku lub bójce. Spoj­rza­łem na pozo­stałe czę­ści ciała. Lewą rękę pora­stały jasno­brą­zowe wło­ski, skóra na pal­cach pokryta odci­skami i spę­kana od cięż­kiej pracy. Spodnie tak mocno prze­sią­kły krwią, że zebrała się ona w bucie, wypeł­nia­jąc go niczym opi­wino kie­lich.

Poczuw­szy kro­plę cie­czy, która spa­dła mi we włosy, zadar­łem głowę. Pędy prze­biły dach domu, a mgła wpły­wała do środka, zmie­nia­jąc się w rosę.

- Łodygi wystają jakieś dzie­sięć spa­nów ponad dach, jeśli chciał­byś wie­dzieć, panie - poin­for­mo­wał mnie Oti­rios. - Prze­biły się przez czte­ro­spa­nowe pokry­cie jak przez rybi tłuszcz. Nie­zła siła wzro­stu. Ni­gdy cze­goś takiego nie widzia­łem.

- Jak długo to trwało? - zapy­ta­łem ochry­ple.

- Nie­całe pięć minut. Tak twier­dzi służba. Dom tak się trząsł, że myśleli, że to trzę­sie­nie ziemi.

- Czy apo­te­ka­rze dys­po­nują czymś, co mogłoby spo­wo­do­wać coś takiego?

- Nie, panie. Ow­szem, Jalet Apo­te­kar­ski posiada wsz­czepy i nasy­ce­nia mody­fi­ku­jące wzrost roślin, które mogą na przy­kład skró­cić doj­rze­wa­nie zboża do jed­nej czwar­tej cyklu roz­wo­jo­wego, bądź wpły­nąć na plony, zwięk­sza­jąc trzy lub czte­ro­krot­nie gaba­ryty owo­ców. Ni­gdy jed­nak nie stwo­rzy­li­śmy sub­stan­cji, która umoż­li­wi­łaby osią­gnię­cie peł­nej doj­rza­ło­ści rośliny w kilka minut. Nie mówiąc o takiej, która pobu­dzi­łaby jej wzrost we wnę­trzu czło­wieka.

- Czy mamy powód przy­pusz­czać, że śmierć Blasa jest wyni­kiem celo­wego dzia­ła­nia?

- Trudno powie­dzieć, panie. Ale jako inży­nier dużo podró­żo­wał, może więc przy­pad­kowo coś połknął albo uległ ska­że­niu. Nie jeste­śmy w sta­nie tego stwier­dzić.

- Czy odwie­dzał jesz­cze kogoś? Albo zetknął się z innym zain­fe­ko­wa­nym urzęd­ni­kiem lub funk­cjo­na­riu­szem cesar­skim?

- Nic na to nie wska­zuje. Z tego, co wiemy, przy­był tu pro­sto z innego kan­tonu, nie spo­ty­ka­jąc się z nikim po dro­dze.

- Czy kie­dy­kol­wiek odno­to­wano przy­pa­dek takiej skazy?

Oti­rios wydął pogar­dli­wie wargi.

- Cóż, skazy wystę­pują w całym cesar­stwie. Dzi­cze­jące wsz­czepy, wypa­czone nasy­ce­nia, samo­istne mody­fi­ka­cje... Każdy przy­pa­dek jest inny. Musiał­bym to spraw­dzić.

- Jed­nak jeśli to skaza, powinna się roz­prze­strze­niać, czyż nie?

- Taka jest natura ska­żeń, panie.

- A więc jak to moż­liwe, że dotknęło tylko jed­nego czło­wieka i nikogo wię­cej?

- Trudno w tej chwili odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, panie - przy­znał Oti­rios. - Obec­nie spraw­dzamy poczy­na­nia Blasa. Wiemy, że prze­pro­wa­dzał lustra­cję zewnętrz­nych kan­to­nów, w tym murów mor­skich, doko­nu­jąc oglę­dzin kon­struk­cji. - Prin­ceps zawa­hał się i urwał. - Nie­długo pora desz­czowa, panie.

Ski­ną­łem z kamienną twa­rzą. Nad­cia­ga­jąca pora desz­czowa cią­żyła nad zewnętrz­nymi kan­to­nami tak nie­uchron­nie, że usi­ło­wa­nie zigno­ro­wa­nia tego byłoby rów­nie sku­teczne, jak próba zapo­mnie­nia o ist­nie­niu słońca.

- I nikt nie prze­by­wał w tym pomiesz­cze­niu, zanim nie wszedł do niego Blas? - zapy­ta­łem. - Nikt niczego nie doty­kał?

- Natu­ral­nie wcho­dziła tu służba. Musimy pole­gać na ich zezna­niach.

- Żad­nych oznak wska­zu­ją­cych na próbę wła­ma­nia do posia­dło­ści?

- Nie, panie. To miej­sce posiada wię­cej zabez­pie­czeń niż samo Cesar­skie Sank­tu­arium. Nawet żeby się tu zbli­żyć trzeba posia­dać klu­cze reagen­towe.

Zasta­no­wi­łem się nad tym, przy­po­mi­na­jąc sobie liczbę okien i drzwi w domu.

- Byłoby dobrze, panie, gdyby udało ci się to wyja­śnić - ode­zwał się Oti­rios.

- Słu­cham?

- Dosko­nała sprawa, żeby wypły­nąć. - Kolejny jego uśmie­szek miał odcień okru­cień­stwa. - Bo prze­cież tego pra­gniesz, panie? Awansu. To chyba cel każ­dego funk­cjo­na­riu­sza?

- Moim celem jest nale­żyte wypeł­nia­nie obo­wiąz­ków - odpar­łem.

- Ależ oczy­wi­ście, panie.

Popa­trzy­łem na niego prze­cią­gle.

- Zostaw mnie na chwilę samego, prin­cep­sie - popro­si­łem. - Muszę wyryć to miej­sce w pamięci.

* * *

Oti­rios zosta­wił mnie przy zma­sa­kro­wa­nych przez drzewo zwło­kach i zamknął za sobą drzwi. Otwo­rzy­łem torbę mne­mo­ry­tow­nika, którą zawsze nosi­łem przy sobie. Wewnątrz znaj­do­wały się rzędy zakor­ko­wa­nych bute­le­czek zawie­ra­ją­cych po kilka kro­pel róż­no­ra­kich pły­nów, nie­które bla­do­po­ma­rań­czowe, inne jasno­zie­lone. Wydo­by­łem jedną, odkor­ko­wa­łem i przy­ło­żyw­szy do nosa, zacią­gną­łem się mocno.

Ostry zapach ługu wyci­snął mi łzy z oczu. Wetch­ną­łem woń jesz­cze raz, by pozo­stała wyraźna w mojej gło­wie. Potem zamkną­łem oczy i zaczerp­ną­łem tchu.

Poczu­łem za oczami trze­pot czy łasko­ta­nie, jakby moją czaszkę wypeł­niała woda, w któ­rej ska­czą małe rybki. I przy­wo­ła­łem wspo­mnie­nie. W uszach zaszem­rał mi głos zwierzch­niczki: Dokład­nie obej­rzyj miej­sce zda­rze­nia, Din. Przy­patrz się wszyst­kiemu, czego mógł doty­kać nie­bosz­czyk. Myśl o zaka­mar­kach, łatwych do prze­ocze­nia, do pomi­nię­cia, o któ­rych czysz­cze­niu służba mogła nie pomy­śleć.

Otwo­rzy­łem oczy, poto­czy­łem spoj­rze­niem po pomiesz­cze­niu i skon­cen­tro­wa­łem się pil­nie, a woń ługu na­dal kłę­biła mi się w czaszce.

Stu­dio­wa­łem ściany, pod­łogę, usta­wie­nie każ­dego mebla, układ każ­dego przed­miotu, linię każ­dego cie­nia, fałdę każ­dego koca - a dzięki sku­pie­niu uwagi, wszyst­kie te obrazy wryły mi się w pamięć.

Nie­biań­skie Cesar­stwo Kha­num dawno temu udo­sko­na­liło sztukę kształ­to­wa­nia życia, for­mo­wa­nia korze­nia i gałęzi, ciała i kości. I tak jak grzyb kir­pis został zmo­dy­fi­ko­wany, by oczysz­czać i chło­dzić powie­trze, tak ja, jako cesar­ski mne­mo­ry­tow­nik, zosta­łem ukształ­to­wany, by pamię­tać wszystko, czego doświad­cza­łem w każ­dej chwili i na zawsze.

Patrzy­łem i patrzy­łem, od czasu do czasu wącha­jąc trzy­maną w dłoni fiolkę. Rytow­nicy zapa­mię­ty­wali wszystko, ale póź­niej­sze przy­wo­ły­wa­nie tych wspo­mnień sta­no­wiło zupeł­nie inną kwe­stię. Zapach wyko­rzy­sty­wano w tym przy­padku jako wska­zówkę: podob­nie jak zwy­czajni ludzie, rytow­nicy koja­rzyli wspo­mnie­nia z wonią, więc póź­niej, kiedy sze­dłem z rapor­tem do zwierzch­niczki, otwie­ra­łem tę samą fiolkę, wypeł­nia­łem czaszkę tymi samymi opa­rami i uży­wa­łem zapa­chu jako bramy wio­dą­cej do zbioru prze­żyć. Z tego powodu nie­któ­rzy nazy­wali rytow­ni­ków "wącha­czami szkła".

Kiedy skoń­czy­łem z poko­jem, pod­sze­dłem do kępy i mru­żąc oczy, przy­glą­da­łem się pędom, obcho­dząc roślinę dookoła. Zauwa­ży­łem na jed­nej z łodyg kwiat, samotny, deli­katny, ale jed­nak kwiat.

Zbli­ży­łem się doń, uwa­ża­jąc, żeby nie wdep­nąć w kałużę krwi, i przyj­rza­łem się mu uważ­nie. Wydzie­lał mdły zapach, który koja­rzył mi się z wymio­ci­nami po nad­uży­ciu opi­wina. Na wewnętrz­nych, jasno­fio­le­to­wych płat­kach żół­ciły się plamki, a ciemne prę­ciki były skrę­cone. Mały, paskudny kwia­tek.

Następ­nie wydo­by­łem z bagaży wszyst­kie rze­czy Blasa i uło­ży­łem je przed sobą. Sakiewkę z talin­to­wymi mone­tami, mały nóż, kilka koszul, kafta­nów, spodni i pas. Do tego pochwę z impe­rial­nym mie­czem o ozdob­nym jelcu, lekką kol­czugę, praw­do­po­dob­nie na wypa­dek jakiejś nie­prze­wi­dzia­nej sytu­acji - zbroję bojową trudno byłoby dźwi­gać w bagażu - a na koniec mały sło­iczek z ole­jem.

Pową­cha­łem. Aro­mat prze­bi­jał panu­jący w tym miej­scu smród. Przy­prawy korzenne, liście oranżu, może kadzi­dło. Przy­mkną­łem powieki, szu­ka­jąc w pamięci podob­nego zapa­chu - i odna­la­złem podobny.

Nieco ponad rok wcze­śniej: Leonie, moja przy­ja­ciółka, pod­su­nęła mi pod nos mały sło­iczek.

- Olejki tera­peu­tyczne. Do masażu i innych rze­czy. Żadna tanio­cha! - powie­działa.

Jed­nak naczy­nie Blasa było o wiele bar­dziej wyszu­kane. Obró­ci­łem je w dłoni, a potem wsu­ną­łem z powro­tem do torby. Robiąc to, zauwa­ży­łem coś, co wcze­śniej prze­oczy­łem: mały notes. Serce mi zamarło. Wyją­łem ksią­żeczkę i prze­wer­to­wa­łem kilka stron. Pokry­wało je drobne pismo, które byłoby ledwo czy­telne dla więk­szo­ści ludzi, ale przed moimi oczyma drobne literki tań­czyły i podry­gi­wały i wie­dzia­łem, że będę miał ogromne trud­no­ści z ich odczy­ta­niem.

Spoj­rza­łam przez ramię na zamknięte drzwi. Sły­sza­łam głos Oti­riosa w kory­ta­rzu. Skrzy­wi­łem się, cho­wa­jąc notes do kie­szeni. Zabie­ra­nie dowo­dów z miej­sca zda­rze­nia to poważne naru­sze­nie zasad, ale mia­łem wła­sny spo­sób na czy­ta­nie. Nie mogłem go wyko­rzy­stać tutaj.

Zajmę się tym póź­niej, powie­dzia­łem sobie. A potem odło­żymy notes na miej­sce.

Następ­nie spraw­dzi­łem pomiesz­cze­nie łaziebne. Znaj­do­wała się w nim balia z kamien­nego drewna oraz jedno, wysoko umiesz­czone okienko, zbyt małe, aby kto­kol­wiek mógł przez nie wejść. Mimo to zano­to­wa­łem w duchu, żeby póź­niej zba­dać trawę pod nim. Spoj­rza­łem na lustro z pole­ro­wa­nego brązu wiszące na ścia­nie i postu­ka­łem w nie, upew­nia­jąc się, że przy­lega do ściany. Przyj­rza­łem się rurom z łodyg strze­li­słomki, po czym odsu­ną­łem się i powio­dłem wzro­kiem po ścia­nach i sufi­cie, zasta­na­wia­jąc się, w jaki spo­sób rury dopro­wa­dzają gorącą wodę z odle­głego zbior­nika. Uzna­łem, że to praw­dziwy cud, epo­kowy wyna­la­zek.

Zer­k­ną­łem prze­lot­nie przez ramię, a potem odwró­ci­łem się, żeby spraw­dzić, czy dobrze widzę. Wzdłuż gór­nej kra­wę­dzi papie­ro­wego prze­pie­rze­nia tu i ówdzie ciem­niły się małe plamki - wykwity ple­śni.

Ni­gdy nie widzia­łem, żeby na ścian­kach z papro­cio­wego papieru poja­wiła się pleśń. A już na pewno nie spo­dzie­wa­łem się zna­leźć jej tutaj, na tych tak czy­stych, bia­łych ścia­nach. Miesz­kańcy obrzeży cesar­stwa powszech­nie sto­so­wali ten papier jako budu­lec, wła­śnie ze względu na jego odpor­ność na pleśń, a także lek­kość, bowiem gdy pod­czas czę­stych w tam­tych rejo­nach trzę­sień ziemi waliły się budynki, lepiej było, żeby ich ściany były z papieru niż z kamie­nia.

Przyj­rza­łem się uważ­nie ple­śni i ponow­nie pową­cha­łem fiolkę z ługiem, by łatwo przy­po­mnieć sobie ten widok. Jesz­cze raz spoj­rza­łem na pół­trupa, zasty­głego w ago­nal­nym krzyku. Kapiąca z góry kro­pla spa­dła na kra­wędź buta Blasa, wzbu­dza­jąc maleńką fon­tannę, i po cho­lewce spły­nęła czer­wona strużka, zasi­la­jąc jeziorko krwi na posadzce. Kałuża powięk­szyła się o mili­span.

Żołą­dek znów bole­śnie dał o sobie znać. Obró­ci­łem głowę, spo­glą­da­jąc w brą­zowe zwier­cia­dło, i zamar­łem. Z gład­kiej tafli wpa­try­wało się we mnie obli­cze.

Twarz z odbi­cia nale­żała do bar­dzo mło­dego męż­czy­zny. Spod gęstej, czar­nej czu­pryny wyglą­dały ciemne, zatro­skane oczy oko­lone skórą o lekko sza­ra­wym odcie­niu, typo­wym dla osoby pod­da­nej zna­czą­cym mody­fi­ka­cjom. Deli­kat­nie zary­so­wany pod­bró­dek, długi nos - regu­larne rysy, ani męskie, ani surowe, ani przy­stojne, tylko ładne, co wyglą­dało nieco dziw­nie u osoby moich słusz­nych gaba­ry­tów.

Twarz ta nie paso­wała do asy­stenta śled­czego Jurysu. Nie paso­wała do kogoś, kto miał prawo stać w tym miej­scu. Co naj­wy­żej do chłopca bawią­cego się w prze­bie­ranki, besz­ta­ją­cego przed­sta­wi­ciela wła­dzy, któ­rego ni­gdy nawet mu się nie śniło roz­sta­wiać po kątach.

A co, gdyby ktoś odkrył, w jaki spo­sób dosta­łem obecne sta­no­wi­sko?

Mój żołą­dek skrę­cał się, pod­ska­ki­wał, tań­czył. Pod­bie­głem do okienka w pomiesz­cze­niu łazieb­nym, wychy­li­łem się i zwy­mio­to­wa­łem.

- Niech to szlag! - usły­sza­łem i sapiąc po wysiłku, spoj­rza­łem w dół. Dwóch funk­cjo­na­riu­szy Apo­teki stało w ogro­dzie, gapiąc się na mnie z nie­skry­wa­nym obu­rze­niem.

- Niech to... - stęk­nął jeden z nich.

- Zaraza - wark­ną­łem. Cof­ną­łem się do środka i zatrza­sną­łem okno.

* * *

Z braku chu­s­teczki otar­łem usta pod­szewką płasz­cza. Potem pową­cha­łem plamę i prze­łkną­łem, trzy... cztery... pięć razy, usi­łu­jąc zatrzy­mać w sobie kwa­śny posmak i zapach. Omi­ja­jąc ostroż­nie kałużę krwi, pod­sze­dłem do drzwi i otwo­rzy­łem, chcąc wyjść. Przy­sta­ną­łem jed­nak w progu.

Dobiegł mnie głos Oti­riosa roz­ma­wia­ją­cego z innym funk­cjo­na­riu­szem Apo­teki:

- ...mikry, nadęty kutas, led­wie co mleko pod nosem stra­cił - mówił prin­ceps. - To chyba o nim sły­sza­łem od innych Sub­li­mów. Ponoć naj­głup­szy z nich, już ze sto razy omal nie wyle­ciał. Nie mogę uwie­rzyć, że pra­cuje dla śled...

Ruszy­łem w stronę gło­sów.

- Prin­cep­sie.

Gdy wyło­ni­łem się zza zakrętu, Oti­rios nie­zgrab­nie sta­nął na bacz­ność.

- Tak, panie?

- Zanim poroz­ma­wiam ze świad­kami, zamie­rzam obej­rzeć dom i teren - oznaj­mi­łem. - W tym cza­sie pro­szę umie­ścić świad­ków w osob­nych pomiesz­cze­niach i pil­no­wać ich tak, żeby nie mogli się poro­zu­mie­wać. Niech wasi funk­cjo­na­riu­sze pil­nują rów­nież wszyst­kich wyjść, na wypa­dek gdyby ktoś jed­nak posia­dał dodat­kowy klucz reagen­towy i usi­ło­wał dostać się lub opu­ścić posia­dłość.

Oti­rios zbladł, wyraź­nie nie­za­do­wo­lony z per­spek­tywy zarzą­dza­nia tak liczną grupą przez tak długi czas. Otwo­rzył usta, by zapro­te­sto­wać, po czym zamknął je nie­chęt­nie.

- I jesz­cze jedno, prin­cep­sie. - Uśmiech­ną­łem się do niego sze­roko. - Nie­zmier­nie doce­niam pań­skie wspar­cie.

Odcho­dząc, nie prze­sta­wa­łem się uśmie­chać. Ni­gdy dotąd nie wyda­łem podob­nego roz­kazu i bar­dzo mi się to spodo­bało. Nie mogłem co prawda zga­nić Oti­riosa, gdyż nale­żał do innego jaletu, innej jed­nostki admi­ni­stra­cyj­nej, ale mogłem przy­dzie­lić mu gów­niane zada­nie, przy któ­rym utknie na dłuż­szy czas.

Wędro­wa­łem po rezy­den­cji, od czasu do czasu wącha­jąc fiolkę, spraw­dza­łem każdy kory­tarz, każde pomiesz­cze­nie, a przy każ­dych drzwiach naty­ka­łem się na insy­gnia rodu Haza - pióro pomię­dzy drze­wami.

Hazów z pew­no­ścią stać było na kir­pisy w każ­dym więk­szym pomiesz­cze­niu, jed­nak ten w zachod­nim końcu budynku, przy kuchni, zasy­chał i zamie­rał. Zano­to­wa­łem sobie ów fakt, po czym ruszy­łem dalej, sta­ran­nie spraw­dza­jąc wszyst­kie okna i drzwi. Zauwa­ży­łem, że więk­szość z nich wyko­nano z papro­cio­wego papieru. Wszyst­kie śnież­no­białe i praw­do­po­dob­nie warte wię­cej niż moja mie­sięczna pen­sja.

Prze­sze­dłem przez kuch­nię i wtedy zauwa­ży­łem coś pod pie­cem: plamkę krwi. Dotkną­łem jej deli­kat­nie. Wciąż była wil­gotna i ciemna. Oczy­wi­ście krew w kuchni to nic nie­zwy­czaj­nego, ale wyry­łem sobie ten obra­zek w pamięci. Następ­nie wysze­dłem na zewnątrz.

Ogrody urzą­dzono z pie­ty­zmem i ze sma­kiem. Nad malow­ni­czymi stru­my­kami prze­rzu­cono uro­kliwe mostki. Widoki jak z bajek o duchach dla dzieci, mimo to, wędru­jąc ścież­kami i kła­nia­jąc się apo­te­ka­rzom, wciąż szu­ka­ją­cym ska­że­nia, nie zna­la­złem nic cie­ka­wego.

W końcu dotar­łem do miej­sca, gdzie zwy­mio­to­wa­łem przez okno i spraw­dzi­łem, czy w tra­wie­nie kryją się ślady dra­biny lub cze­goś podob­nego. Rów­nież i tu niczego nie zna­la­złem.

Na koniec zosta­wi­łem sobie domek dozorcy. Uro­czy, jak wszystko wokół, został zbu­do­wany z papie­ro­wych połaci. Na licz­nych pół­kach zie­le­niły się maleń­kie roślinki, które dozorca naj­wy­raź­niej roz­mna­żał. Do tego kolo­rowe kwiatki, nie­które świeże, inne już więd­nące. W chatce znaj­do­wał się cał­kiem spory gli­niany piec. Zaj­rza­łem do środka i na dnie zauwa­ży­łem popiół, a gdy dotkną­łem cegły, odkry­łem, że jest jesz­cze lekko cie­pła, jakby węgle tliły się przez noc.

Ponow­nie obsze­dłem ogrody, aby spraw­dzić, czy zoba­czy­łem wszystko, co było do zoba­cze­nia. Następ­nie rozej­rza­łem się i upew­niw­szy, że jestem sam, wycią­gną­łem z kie­szeni notes Blasa. Otwo­rzy­łem go, przy­mru­ży­łem oczy, wpa­tru­jąc się w roz­tań­czone słowa, i zaczą­łem czy­tać na głos.

- Seg­ment muru... 3C - mam­ro­ta­łem. - Data inspek­cji: czwarty egina... dwie tony pia­sku, dwie tony gliny...

Czy­ta­łem mozol­nie, zaci­na­jąc się na drob­nych liter­kach i słu­cha­jąc wła­snego głosu. Mia­łem duże pro­blemy z czy­ta­niem i zapa­mię­ty­wa­niem tek­stu, ale jeśli odczy­ty­wa­łem go na głos i słu­cha­łem słów, mogłem je zapi­sać w pamięci, podob­nie jak wszystko inne, co sły­sza­łem.

Czy­ta­łem tak szybko, jak zdo­ła­łem. Był to głów­nie zapis z inspek­cji pre­fekta z wpi­sami takimi jak: "ck. 6 do 8 egin, mosty Paytas?z w pół­noc­nej czę­ści kan­tonu Tala - wszyst­kie prze­jezdne" itd. Naj­wy­raź­niej w mie­siącu egin, ponad cztery tygo­dnie temu, pre­fekt był bar­dzo zajęty. Nie mia­łem poję­cia, czy w zapi­skach znaj­do­wało się coś istot­nego, ale jako mne­mo­ry­tow­nik mia­łem obo­wią­zek wszystko wyryć w pamięci.

Skoń­czyw­szy zapa­mię­ty­wać notes, ruszy­łem w stronę domu, po dro­dze poko­nu­jąc kolejne mostki. Ni­gdy wcze­śniej nie prze­słu­chi­wa­łem świad­ków, a już na pewno nie pra­cow­ni­ków szla­chec­kiego rodu. Zasta­na­wia­łem się, jak zacząć.

W jed­nym ze stru­mieni wychwy­ci­łem swoje odbi­cie, poszar­pane i roz­myte przez nurt. Przy­sta­ną­łem na mostku. Nie spie­przmy tego, dobra? - przy­ka­za­łem swo­jej falu­ją­cej twa­rzy.

Poko­naw­szy ostat­nią kładkę, wró­ci­łem do domu.

* * *

Jako pierw­sze przy­ci­sną­łem dziewki słu­żebne, jako że to one miały dostęp do pokoju Blasa. Zaczą­łem od tej roz­hi­ste­ry­zo­wa­nej, drob­nej chu­dzinki o wąskich ramion­kach i cien­kich nad­garst­kach. Trudno mi było sobie wyobra­zić, jak ktoś o tak nikłej postu­rze nosił góry naczyń po tych dłu­gich kory­ta­rzach. To ona przy­bie­gła, sły­sząc krzyki Blasa. Jego woła­nia o pomoc roz­le­gły się o ósmej rano, jak mi powie­działa, tuż przed śnia­da­niem.

- Wołał o pomoc? - upew­ni­łem się.

Ski­nęła, a łza, która spły­nęła jej po policzku, zawi­sła nie­pew­nie w zagłę­bie­niu przy skrzy­dełku nosa.

- Mówił, że... że boli go za most­kiem. Że ciężko mu zła­pać oddech. Scho­dził na śnia­da­nie, ale zawró­cił z drogi do pokoju. Weszłam tam i chcia­łam, żeby się poło­żył na pod­ło­dze, a wtedy... wtedy...

Pochy­liła głowę, a nie­zde­cy­do­wana łza spły­nęła jej po war­dze. Potem roz­pła­kała się na dobre.

- Prze...prze­pra­szam - łkała, sta­ra­jąc się bez­sku­tecz­nie opa­no­wać. - Za...apo­mnia­łam zapyta...ać. Napije się pan, hhe...rbaty?

- Ach, nie, bar­dzo dzię­kuję.

Nie wiem dla­czego, ale moja odmowa wywo­łała w niej kolejną falę szlo­chów. Odcze­ka­łem, aż się uspo­koi, a ponie­waż nie prze­sta­wała pła­kać, pozwo­li­łem jej odejść.

Zawo­ła­łem następną dziew­czynę, star­szą słu­żącą. Ephi­nas usia­dła powoli. Poru­szała się ostroż­nie, z namy­słem, jak ktoś nawy­kły do tego, że stale jest obser­wo­wany. Potwier­dziła wer­sję pierw­szej słu­żą­cej. Blas przy­był póź­nym wie­czo­rem, wziął kąpiel i poszedł spać. Wszystko wyda­wało się zupeł­nie nor­malne aż do rana, kiedy zaczął wołać o pomoc. To nie Ephi­nas do niego poszła, więc nie wie­działa nic wię­cej. Oży­wiła się jed­nak, gdy zapy­ta­łem, czy Blas zatrzy­my­wał się tu wcze­śniej.

- Tak. - Poki­wała głową. - Pań­stwo czę­sto pozwa­lali mu tu noco­wać. Dobrze się znali.

- Czym ten pobyt róż­nił się od poprzed­nich? - zapy­ta­łem. - O ile się róż­nił.

- No tak - przy­tak­nęła po chwili waha­nia.

- W jaki spo­sób?

Znów waha­nie.

- Tym razem zosta­wił nas w spo­koju - wyznała cicho. - Może po pro­stu nie zdą­żył nic zro­bić.

Kaszl­ną­łem i zacią­gną­łem się wonią z fiolki, licząc, że nie zauważy, jak się rumie­nię.

- Powiedz mi, pro­szę, o tym coś wię­cej.

Powie­działa. Z jej słów wyni­kało, że Blas był wstręt­nym sukin­sy­nem, który dobie­rał się do słu­żą­cych, gdy tylko udało mu się je zdy­bać na osob­no­ści. Ephi­nas nie wie­działa na pewno, czy któ­raś z dziew­cząt odwza­jem­niła jego zain­te­re­so­wa­nie, ale w to wąt­piła, choć wszyst­kie trak­to­wał tak samo.

- Co było powo­dem jego wizyty tutaj? - zapy­ta­łem.

Spu­ściła oczy.

- Jest przy­ja­cie­lem pań­stwa Hazów.

- Przy­ja­cie­lem... I to wszystko? To jedyny powód, dla któ­rego tu przy­je­chał?

- Tak.

- Czy to nie dziwne, że gość nocuje w domu pod­czas nie­obec­no­ści gospo­da­rzy?

Zer­k­nęła na mnie lek­ce­wa­żąco, a potem zmie­rzyła mnie wzro­kiem, zatrzy­mu­jąc się dłu­żej na tanich butach i przy­cia­snym płasz­czu.

- Wśród ary­sto­kra­cji to nic nie­zwy­kłego.

Naj­wy­raź­niej nawet słu­żący uwa­żali się za bar­dziej świa­to­wych ode mnie. No cóż, pew­nie mieli rację.

Zada­łem jej jesz­cze kilka pytań, ale im dłu­żej ją wypy­ty­wa­łem, tym oszczęd­niej­szych udzie­lała odpo­wie­dzi, coraz bar­dziej zamy­ka­jąc się w sobie. Zano­to­wa­łem to w myślach i kon­ty­nu­owa­łem prze­słu­cha­nia następ­nych słu­żą­cych.

Zapy­ta­łem pozo­stałe dziew­częta o zacho­wa­nie Blasa. Wszyst­kie potwier­dziły, że je napa­sto­wał, ale wszyst­kie twier­dziły także, że jedyny kon­takt miały z nim pod­czas tych nie­przy­jem­nych chwil. Żadna nie miała do doda­nia nic wię­cej.

- Nie widzia­łam nic szcze­gól­nego przed jego śmier­cią - stwier­dziła ostat­nia kate­go­rycz­nie. Była odważ­niej­sza, gło­śniej­sza i bar­dziej gniewna od pozo­sta­łych. Zde­cy­do­wa­nie mniej skora zno­sić w cicho­ści przy­kro­ści, jakie bywają udzia­łem służby. - Na pewno nie w nocy.

- Jesteś pewna?

- Na pewno - potwier­dziła. - Pra­wie nie spa­łam tej nocy.

- O? Dla­czego?

- Było mi gorąco. Strasz­nie gorąco.

Zasta­no­wiło mnie to.

- Śpisz w pobliżu kuchni?

- Tak, a co?

- Ponie­waż tam­tej­szy kir­pis więd­nie. Może dla­tego było tak gorąco?

- Kolejny zamiera? - Zda­wała się zasko­czona.

- A to nie pierw­szy?

- Są bar­dzo wraż­liwe na nad­miar wody. Jak mają zbyt mokro, więdną i zdy­chają.

- Mokro? W jakim sen­sie?

- W każ­dym. Za dużo desz­czu, za duża wil­goć... Wystar­czy zosta­wić w pobliżu grzyba otwarte okno czy drzwi i od razu zaczy­nają cho­ro­wać. Szcze­gól­nie teraz, gdy zbliża się pora desz­czowa. Są kapry­śne jak cho­lera.

Odchy­li­łem się na opar­cie i sku­pi­łem mocno. Poczu­łem trze­po­ta­nie na obrze­żach świa­do­mo­ści i przy­wo­ła­łem obrazy z prze­szu­ka­nia domu. Każde pomiesz­cze­nie poja­wiało się w mojej pamięci jasno i wyraź­nie niczym mucha uwię­ziona w kro­pli miodu. Nie widzia­łem żad­nych otwar­tych okien ani drzwi. Więc jak mogły paść te kir­pisy?

- Czy ty, albo ktoś inny, zamy­kał jakieś okno lub drzwi po śmierci Blasa?

Spoj­rzała na mnie nie­pew­nie.

- Po tym, co zoba­czy­li­śmy, panie, led­wie mogli­śmy ustać na nogach, o pracy nie wspo­mi­na­jąc.

Uzna­łem to za zaprze­cze­nie, czyli że nie, nie zamy­kali żad­nych drzwi ani okien, a potem kon­ty­nu­owa­łem prze­py­ty­wa­nie.

* * *

Gdy skoń­czy­łem ze słu­żą­cymi, zabra­łem się ostro za prze­słu­cha­nie kucharki. Pyta­nie o ślady krwi w kuchni nie wywarło na niej żad­nego wra­że­nia.

- A jak myślisz, panie, skąd mogła się wziąć krew w kuchni? - zri­po­sto­wała.

- Zra­ni­łaś się?

- Nie, oczy­wi­ście, że nie. Jestem na to za stara i zbyt doświad­czona. I zbyt dobra. Jeśli była tam jakaś krew, to pew­nie z tego lar­da­cza, co mu go na śnia­da­nie robi­łam. Tego, co go nie zjadł. - Ryba? Na śnia­da­nie? - Skrzy­wi­łem się z nie­sma­kiem.

- Lubił lar­da­cze - odparła. - Podobno trudno o nie tam, gdzie pra­co­wał, przy murach. - Nachy­liła się bli­żej. - Jak dla mnie to ten cały Blas przy­wlókł coś stam­tąd, spod murów mor­skich. Jakie­goś paso­żyta albo inne świń­stwo. Jak sobie pomy­ślę, co za tała­taj­stwo tam żyje... No prze­cież po coś te mury posta­wili. Sank­tu­arium jedno wie, jakie dzi­wac­twa mogą stam­tąd przy­wlec!

- Nic się tu nie prze­do­sta­nie. Od tego są wła­śnie te mury.

- Tak? Ale kilka lat temu zro­bił się wyłom - powie­działa zachwy­cona, że może podzie­lić się taką okrop­no­ścią. - Jeden z tych potwo­rów się prze­do­stał i zdą­żył znisz­czyć mia­sto na połu­dnie stąd, zanim Legion go zabił. Teraz drzewa, które tam rosną zaczęły kwit­nąć, cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej tego nie robiły. Bo te drzewa po pro­stu nie kwitną.

- Jeśli można, chciał­bym wró­cić do wyda­rzeń z zeszłej nocy...

- Wyda­rzeń! - prych­nęła drwiąco. - Gość zła­pał skazę i tyle. O czym tu wię­cej mówić?

Przy­ci­sną­łem ją moc­niej, ale nie powie­działa mi już nic cie­ka­wego, więc pozwo­li­łem jej odejść.

* * *

Potem wzią­łem w krzy­żowy ogień pytań ogrod­nika Uxosa. Oka­zało się, że nie tylko dozo­ruje posia­dłość, ale wyko­nuje też różne dziwne prace przy domu, napra­wia ściany i drzwi z papieru papro­cio­wego. Bar­dzo zahu­kany i chyba za stary na dozorcę. Wyda­wał się prze­ra­żony na samą myśl o napra­wach znisz­czeń doko­na­nych przez roślinę w sypialni.

- Nie wiem nawet, co to za drzewo - poskar­żył się. - W życiu cze­goś takiego nie widzia­łem.

- Zakwi­tło - powie­dzia­łem. - Wypu­ściło mały, biały kwia­tek. - Opi­sa­łem wewnętrzne, fio­le­towe, nakra­piane żółto płatki i słod­kawy, mdlący zapach. Pokrę­cił głową.

- Nie, nie koja­rzę takiego kwiatka. Ani drzewa. Nic o nim nie wiem.

Zapy­ta­łem go o kir­pis, powtó­rzył to, co mówiła słu­żąca, że giną od nad­miaru wody. Nie wie­dział, w jaki dokład­nie spo­sób stało się to w tym wypadku.

- Może ktoś go prze­lał? - zasu­ge­ro­wał. - Albo wylał do niego napi­tek? To kosz­towne grzyby, ale cza­sem się tak zda­rza. Są bar­dzo wyma­ga­jące w pie­lę­gna­cji. Chło­dze­nie powie­trza to skom­pli­ko­wany pro­ces. Do tego na korze­niach rosną im takie czarne owoce, które trzeba wybie­rać...

W końcu zada­łem mu też pyta­nie o piec w chatce i popiół na rusz­cie.

- Oczysz­czam ogniem narzę­dzia - wyja­śnił. - Nie­które rośliny są bar­dzo deli­katne i łatwo zara­żają się grzy­bami jeden od dru­giego. Dla­tego wkła­dam narzę­dzia w ogień, żeby je oczy­ścić.

- Nie ma do tego spe­cjal­nych pły­nów? Jakie­goś mydła czy cze­goś innego do oczysz­cza­nia narzę­dzi?

- To kosz­towne. Ogień jest tani.

- Hazo­wie chyba nie dbają za bar­dzo o wydatki?

- Patrzą na pie­nią­dze, oj patrzą. Jak czło­wiek dużo kosz­tuje, to go zwal­niają. A ja się bar­dzo sta­ram być tani. Nie chcę odcho­dzić.

Zauwa­ży­łem tro­skę w jego oczach. Wie­dział, że jest już stary, za stary na dozorcę. Przy­ci­sną­łem go jesz­cze, ale nie miał już nic wię­cej do powie­dze­nia, więc go puści­łem.

* * *

Na koniec zosta­wi­łem sobie och­mi­strzy­nię, panią Gen­na­dios, zarzą­dza­jącą rezy­den­cją pod nie­obec­ność wła­ści­cieli. Star­sza kobieta, o pomarsz­czo­nej, mocno wyma­lo­wa­nej twa­rzy miała na sobie kosz­towną, zie­loną szatę z mięk­kiej, lśnią­cej tka­niny - jedwa­biu sazi, który wyra­biano w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa. Po wej­ściu zatrzy­mała się tuż za pro­giem i otak­so­wała mnie chłod­nym, prze­ni­kli­wym okiem. Dopiero potem usia­dła wysztyw­niona, kolana złą­czone, nogi pod kątem, dło­nie na podołku, ramiona ścią­gnięte, wzrok wbity w kąt pomiesz­cze­nia.

- Coś nie tak, pani? - zapy­ta­łem.

- Chło­piec - wypu­ściła słowo tonem suchym i napię­tym niczym cię­ciwa. - Przy­słali nam chłopca.

- Nie bar­dzo rozu­miem?

Znowu osza­co­wała mnie kątem oka.

- I ktoś taki uwię­ził nas we wła­snym domu, w domu naszych pań­stwa, i nie pozwo­lił ruszyć tego prze­klę­tego trupa. Wielki, prze­ro­śnięty dzie­ciak.

Zamil­kła na długą, lodo­watą chwilę.

- Ktoś w tym domu zgi­nął, pani. Poten­cjal­nie z powodu ska­że­nia. Cze­goś, co mogło zabić rów­nież i was. Nie chce pani, byśmy to zba­dali?

- To gdzie wobec tego śled­czy, który powi­nien tę sprawę badać?

- Śled­cza nie mogła przy­być oso­bi­ście. Przy­słała mnie, abym zebrał infor­ma­cję i zło­żył jej szcze­gó­łowy raport z wizji miej­sca zda­rze­nia.

Spoj­rze­nie, któ­rym mnie obda­rzyła, przy­po­mi­nało to, któ­rym węgorz kon­tem­pluje rybę prze­pły­wa­jącą przed jego jaski­nią.

- No to zada­waj mi te swoje pyta­nia, panie - pona­gliła mnie. - Mam dużo pracy, muszę zała­tać tę prze­klętą dziurę w dachu. No, dalej.

Zacią­gną­łem się zapa­chem z fiolki i zapy­ta­łem o cha­rak­ter pobytu Blasa. Zare­ago­wała wzru­sze­niem ramion, naj­drob­niej­szym i naj­bar­dziej nie­szcze­rym, jakie w życiu widzia­łem.

- Jest przy­ja­cie­lem pań­stwa Hazów.

- Jedna ze słu­żą­cych powie­działa to samo - zauwa­ży­łem.

- Bo to prawda.

- Tymi samymi sło­wami.

- Bo to prawda.

- A pań­stwo czę­sto zezwa­lają przy­ja­cio­łom noco­wać w swo­ich domach?

- Pań­stwo Hazo­wie mają wielu przy­ja­ciół i wiele domów. Cza­sami ich przy­ja­ciele się tu zatrzy­mują.

- I nikt z rodziny nie zamie­rzał się tu nim spo­tkać?

- Moi pań­stwo - rze­kła z wyż­szo­ścią - wolą prze­by­wać w bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych oko­li­cach niż ten kan­ton.

Odpu­ści­łem, prze­cho­dząc do kolej­nych pytań, tym razem o to, gdzie są prze­cho­wy­wane klu­cze reagen­towe.

- Wszyst­kie zamy­kamy na noc. Jedy­nie ja i Uxos posia­damy przy sobie kom­plet, na wypa­dek nie­prze­wi­dzia­nych oko­licz­no­ści.

Wypy­ta­łem ją o klu­cze zapa­sowe, o ich ewen­tu­alne dora­bia­nie i tak dalej, ale odrzu­ciła moje suge­stie jako coś nie­moż­li­wego.

- A mody­fi­ka­cje? Czy ktoś ze służby posiada wsz­czepy impe­rialne?

- Oczy­wi­ście. Popra­wia­jące odpor­ność i prze­ciw­pa­so­żyt­ni­cze. Osta­tecz­nie miesz­kamy na Obrze­żach.

- Nic bar­dziej zaawan­so­wa­nego?

Pokrę­ciła głową. Zro­biło mi się nie­przy­jem­nie gorąco. Nie podo­bała mi się jej usztyw­niona pozy­cja i te oszczędne ruchy. Głowę prze­krzy­wiała tylko tyle, żeby zer­k­nąć na mnie prze­lot­nie kątem oka, jak jakieś cho­lerne pta­szy­sko.

- To może mi powiesz, pani, jakie rela­cje łączą pre­fekta z rodziną Hazów?

- Przy­jaź­nili się - powtó­rzyła dobit­nie.

- Od jak dawna?

- Nie znam cha­rak­teru każ­dej zna­jo­mo­ści moich pań­stwa, nie mnie to osą­dzać.

- A wielu mają przy­ja­ciół w Dare­ta­nie?

- Ow­szem. W róż­nych jale­tach, jeśli o to cho­dzi. - Łyp­nęła na mnie zło­wrogo. - Wielu na sta­no­wi­skach. Wyso­kich.

Uśmiech­ną­łem się uprzej­mie, choć groźba w jej gło­sie wybrzmiała wyraź­nie. Ponie­waż nic wię­cej nie zdo­ła­łem z niej wydo­być, zakoń­czy­łem prze­słu­cha­nie.

* * *

I to by było na tyle - świad­ko­wie prze­słu­chani, ruchy służby prze­śle­dzone, godziny wejść i wyjść usta­lone. Jedy­nym, który przy­był do posia­dło­ści w ciągu minio­nego dnia, był sam pre­fekt Taqtasa Blas, który zawi­tał w progi tego domu tuż po jede­na­stej w nocy, dwu­dzie­stego dzie­wią­tego dnia mie­siąca ska­lasi. Zaraz po przy­jeź­dzie wziął kąpiel i poło­żył się spać. Obu­dził się naza­jutrz, trzy­dzie­stego ska­lasiego, wyszedł z pokoju, aby udać się na śnia­da­nie, ale zawró­cił i umarł w nie­wy­obra­żal­nie kosz­marny spo­sób.

Cho­ciaż uwa­ża­łem, że wyko­na­łem cał­kiem nie­złą robotę - może poza roz­mową z och­mi­strzy­nią - nie potra­fi­łem wycią­gnąć żad­nych wnio­sków na temat tego, co tu zaszło, czy Blas zastał zamor­do­wany, a nawet czy w ogóle oko­licz­no­ści jego śmierci były podej­rzane.

Ska­że­nia się przy­tra­fiały, szcze­gól­nie tym, któ­rzy pra­co­wali przy murach mor­skich.

W dro­dze do wyj­ścia zatrzy­ma­łem się jesz­cze w sypialni. Chcia­łem jesz­cze raz rzu­cić okiem na zwłoki, ale przede wszyst­kim, by odło­żyć notes Blasa na miej­sce. Czu­łem się dziw­nie, wsu­wa­jąc dzien­nik z powro­tem do torby, jakby zasty­gła w krzyku twarz za moimi ple­cami śle­dziła moje poczy­na­nia. Mimo strasz­nego stanu zwłok ten wyraz bólu był tak wyraźny, jakby nie­bosz­czyk na­dal czuł pędy rośliny, które wiją się wewnątrz niego i roz­ry­wają mu ciało.

Na zewnątrz podzię­ko­wa­łem cze­ka­ją­cemu na mnie Oti­rio­sowi, który miał odpro­wa­dzić mnie do bramy dla służby.

- Czy możemy już zabrać ciało do zba­da­nia, panie? - zapy­tał.

- Raczej tak, ale niech wszy­scy świad­ko­wie pozo­staną jesz­cze na tere­nie posia­dło­ści. Po wysłu­cha­niu raportu śled­cza praw­do­po­dob­nie będzie chciała wezwać nie­któ­rych, żeby prze­słu­chać ich oso­bi­ście.

- Świet­nie ci poszło, panie.

- Słu­cham?

- Jeśli mogę zauwa­żyć, to świet­nie sobie pora­dzi­łeś, z tym docho­dze­niem, panie. - Uśmiech­nął się do mnie pro­mien­nie, jak dumny star­szy brat. Taką fami­liar­ność widy­wa­łem dopiero po czwar­tym dzba­nie opi­wina. - Choć jeśli mogę ci coś dora­dzić, panie, to suge­ruję następ­nym razem nieco więk­szą życz­li­wość w obej­ściu. Widy­wa­łem gra­ba­rzy przy­stęp­niej­szych od cie­bie, panie.

Aż przy­sta­ną­łem i spoj­rza­łem na niego. Po chwili wzno­wi­łem wędrówkę malow­ni­czymi ście­żyn­kami aż do blusz­czo­bramy.

- Cią­gle jed­nak zacho­dzę w głowę, panie... - ode­zwał się Oti­rios już po dru­giej stro­nie muru.

- Tak, prin­cep­sie? Jaką to kolejną świa­tłą radę dla mnie macie?

- Czy nie byłoby łatwiej, gdyby śled­cza przy­była tu oso­bi­ście?

- Nie - odrze­kłem bez waha­nia. - Zapew­niam cię, prin­cep­sie, nie byłoby łatwiej, gdyby śled­cza przy­była tu oso­bi­ście. I mówię to z peł­nym prze­ko­na­niem.

- Uwierz mi na słowo, abso­lut­nie nie byłoby łatwiej - doda­łem już do sie­bie, rusza­jąc w drogę powrotną do mia­sta.

Rozdział drugi

W Dare­ta­nie nie było mia­sta jako takiego, raczej sku­pi­sko zabu­do­wań impe­rial­nych jale­tów miesz­czące się przy skrzy­żo­wa­niu głów­nych trak­tów. Obej­mo­wało liczne par­cele, maga­zyny, sto­doły, w któ­rych trzy­mano mate­riały oraz żywiec, nie­ustan­nie trans­por­to­wane pod mor­skie mury. Tego popo­łu­dnia pano­wał tu zwy­kły kocioł, pełen błota, ludzi i natłoku koń­skiego ciel­ska. Mean­dro­wa­łem skra­jem mia­sta na połu­dnie, przy­sta­jąc, żeby prze­pu­ścić wozy i fur­manki, aż ujrza­łem zna­jomy widok - konie o brzu­chach uma­za­nych czer­wono-brą­zo­wym bło­tem, roje brzę­czą­cych much, prze­po­ceni legio­ni­ści, inży­nie­ro­wie i funk­cjo­na­riu­sze innych jale­tów wykrzy­ku­jący nazwi­ska oraz roz­kazy, nie przej­mu­jąc się, czy kto­kol­wiek ich sły­szy i czy ich wrza­ski przy­ku­wają czy­ją­kol­wiek uwagę. Kła­nia­łem się, kiwa­łem głową, znów kła­nia­łem, znów kiwa­łem głową, aż w końcu wydo­sta­łem się z tej kotło­wa­niny i zanu­rzy­łem w gęstwinę dżun­gli.

W lesie było ciemno, a powie­trze falo­wało od gorąca. Słońce minęło już zenit, a bla­do­świe­tli­ste włócz­nie prze­bi­jały się przez zie­lony bal­da­chim listo­wia. Odna­la­złem wąską ścieżkę pro­wa­dzącą do domu mej zwierzch­niczki i podą­ży­łem nią, witany świer­go­tem żab i chrząsz­czy. W pew­nej chwili ską­pane w parze listo­wie roz­stą­piło się i ujrza­łem ocie­nioną kwa­terę miesz­kalną z for­mo­blusz­czu.

Zaczą­łem iść pomię­dzy pnia­kami. Gdy parę mie­sięcy temu moja pani przy­była do kan­tonu objąć sta­no­wi­sko tutej­szego śled­czego Jurysu, inży­nie­ro­wie wycięli drzewa, a potem stwo­rzyli dla niej dom z for­mo­blusz­czu, zmo­dy­fi­ko­wa­nego pną­cza, które apo­te­ka­rze potra­fili zmu­sić do wyra­sta­nia w kon­kret­nym kształ­cie. Poko­ny­wa­łem tę drogę tyle razy, że sze­dłem po wła­snych śla­dach. Moja zwierzch­niczka nie wyszła z domu ani razu, odkąd w nim zamiesz­kała.

Wspią­łem się na schodki fron­towe i zoba­czy­łem leżącą przed wej­ściem stertę ksią­żek obwią­za­nych sznur­kiem. Domy­śli­łem się, że to prze­syłka z poczty dare­tań­skiej. Pochy­li­łem się i odczy­ta­łem kilka tytu­łów. Jak zwy­kle litery tań­czyły mi przed oczami, utrud­nia­jąc zło­że­nie ich w słowa, a falu­jące świa­tło w lesie nie uła­twiało sprawy, jed­nak udało mi się odczy­tać "Zesta­wie­nie trans­feru dóbr ziem­skich, Kan­ton Qabirga w latach 1100-1120" oraz "Teo­rie zwią­zane ze wzro­stem masy czmy­cho­kraba wschod­niego od roku osiem­set­nego".

- Ki lewia­tan? - mruk­ną­łem, a potem zamil­kłem, nasłu­chu­jąc.

Dobiegł mnie rechot cisko­żaby, a potem niski zaśpiew skow­ronka, ale naraz uświa­do­mi­łem sobie, że sły­szę jesz­cze inny dźwięk, męski pomruk, któ­rego źró­dło znaj­do­wało się w domu. Przy­ci­sną­łem ucho do drzwi i usły­sza­łem wyraź­niej, naj­pierw głos mojej zwierzch­niczki, ale potem i drugi, męski. Ten ostatni zdra­dzał zanie­po­ko­je­nie, wręcz zde­ner­wo­wa­nie.

- Niech to szlag - zaklą­łem. - Wyszła i zła­pała kolej­nego...

Otwo­rzy­łem i wpa­dłem do środka.

* * *

To, co jako pierw­sze rzu­cało się w oczy we wnę­trzu for­mo­blusz­czo­wego domku, to książki. Cała masa ksią­żek - na pół­kach, w ster­tach, istne góry tomów na wszel­kiego rodzaju enig­ma­tyczne tematy. Moja zwierzch­niczka dosłow­nie żyła na książ­kach, czę­sto uży­wa­jąc ich jako biurka czy noc­nego sto­lika. Musiała sobie nawet wydrą­żyć w nich grotę, żeby posta­wić łóżko.

Rozej­rza­łem się poprzez prze­łę­cze tomów i przedar­łem na tyły domku, do gabi­netu. Już z daleka widzia­łem stopy kogoś sie­dzą­cego tam na krze­śle, stopy obute w czarne, lśniące ofi­cerki. Przy­gła­dzi­łem włosy i wsze­dłem do środka.

Pomiesz­cze­nie wyglą­dało jesz­cze gorzej niż dnia poprzed­niego. Spo­wi­jała je plą­ta­nina pędów roślin donicz­ko­wych, wielu egzo­tycz­nych i rów­nie wielu na wpół uschnię­tych. Do tego wszę­dzie walały się instru­menty stru­nowe w róż­nych sta­diach roz­kładu. Tego dnia na nie­wiel­kim wyście­ła­nym stołku sie­dział jakiś kapi­tan inży­nie­rów, chudy, w śred­nim wieku i śmier­tel­nie prze­ra­żony.

Powód jego lęku był oczy­wi­sty, albo­wiem więk­szość ludzi ogar­nia owo uczu­cie w obec­no­ści mojej zwierzch­niczki. Immu­nisa Ana­gosa Dola­bra, śled­cza Jurysu kan­tonu Dare­tana, sie­działa na pod­ło­dze tyłem do kapi­tana, pra­cu­jąc nad jed­nym ze swo­ich pro­jek­tów. Urzą­dze­nie skła­dało się z plą­ta­niny dru­tów i struny dla mnie pozba­wio­nej sensu. Naj­praw­do­po­dob­niej roz­mon­to­wała jedną ze swo­ich harf situr - była zapa­loną, choć nie­dbałą muzyczką - i kon­stru­owała z niej coś w rodzaju kro­sna.

- Mówi­łam ci, Din, i to nie raz - ode­zwała się. - Zawsze pukaj.

Wyprę­ży­łem się na bacz­ność, z rękami sple­cio­nymi za ple­cami, ścią­gnię­tymi ramio­nami, pro­stymi kola­nami.

- Wyda­wało mi się, że sły­szę głosy, pani. Chcia­łem spraw­dzić, czy wszystko w porządku.

- Och, nie ma się czym mar­twić. - Spoj­rzała przez ramię, uśmie­cha­jąc się, a pasmo jej śnież­no­bia­łych wło­sów opa­dło na poli­czek niczym pió­ro­pusz egzo­tycz­nego ptaka. Sta­łem wypro­sto­wany, choć mnie nie widziała przez szkar­łatną prze­pa­skę na oczach. - Pro­wa­dzimy z kapi­ta­nem nie­zwy­kle zaj­mu­jącą kon­wer­sa­cję - stwier­dziła.

Kapi­tan łyp­nął na mnie ze zgrozą.

- Ach tak? - skwi­to­wa­łem.

- Tak! - potwier­dziła i znów zajęła się swoją pracą. - Drogi kapi­tan nad­zo­ruje prace nad sie­cią rowów nawad­nia­ją­cych w Dare­ta­nie. Jego ekipa pod­czas robót odkryła ruiny sprzed wie­ków, pozo­sta­ło­ści po kon­struk­cjach zbu­do­wa­nych przez ludzi zamiesz­ku­ją­cych te tereny przed przy­łą­cze­niem ich do Impe­rium, czy nie tak, kapi­tanie Tischte?

Bie­dak wbił we mnie prze­lęk­nione oczy i poru­szył bez­gło­śnie ustami: "Pomocy!".

- Co cie­kawe - cią­gnęła Ana - naj­wy­raź­niej część budyn­ków wznie­siono, ukła­da­jąc cegły w jodełkę, która to tech­nika wymaga znacz­nie mniej zaprawy! Czyż to nie fascy­nu­jące?

Kapi­tan roz­pacz­li­wie gesty­ku­lo­wał, wska­zu­jąc na wyj­ście.

- Nie­zwy­kle fascy­nu­jące, pani - przy­tak­ną­łem.

- Szcze­gól­nie że - pod­jęła - dawno już uku­łam teo­rię, że więk­szość Kur­mi­nów, zamiesz­ku­ją­cych obec­nie trzeci pier­ścień cesar­stwa, migro­wało wła­śnie stąd, zanim te zie­mie włą­czono do Impe­rium. To zna­le­zi­sko potwier­dza moje przy­pusz­cze­nia, zwa­żyw­szy, jak powszechna jest w kan­to­nie Kur­min tech­nika ukła­da­nia cegieł w jodełkę! Wędrówka ludów do wewnątrz - mach­nęła ręka w kie­runku wschod­nim - jest zro­zu­miała... No bo, prze­cież tylko w ten spo­sób można było postą­pić, chcąc prze­trwać.

Kapi­tan prze­stał wyma­chi­wać rękoma, ponie­waż jego wzrok padł na leżącą przy stołku tacę okrytą kawał­kiem płótna. Zanim zdą­ży­łem go powstrzy­mać, uniósł tka­ninę i zaga­pił się ze zgrozą na to, co znaj­do­wało się pod spodem: szklany słoik z zakon­ser­wo­wa­nym wró­blem jipti, któ­rego Ana zła­pała kilka tygo­dni wcze­śniej, a następ­nie zabiła i prze­pro­wa­dziła jego autop­sję. Kapi­tan wypu­ścił płótno z drżą­cej ręki.

Zaczą­łem gorącz­kowo zmy­ślać histo­ryjkę.

- Wła­ści­wie to - odchrząk­ną­łem - idąc tu, natkną­łem się na paru inży­nie­rów.

- Doprawdy?

- Tak, pani. Mówili, że szu­kają kapi­tana Tischta, ponoć jest pil­nie potrzebny.

Ana prze­rwała na moment pracę nad ustroj­stwem i prze­krzy­wiła głowę na bok.

- Hm. Nie­prawda. To kłam­stwo, Din. Jesteś fatal­nym kłamcą, sły­chać to w twoim gło­sie. Ale! Muszę przy­znać, że poza infor­ma­cją o tech­nice jodeł­ko­wej, kapi­tan Tischte nie ma zbyt wiele do powie­dze­nia i zaczyna mnie nudzić. - Odwró­ciła ku niemu twarz, strojną w prze­pa­skę oraz sze­roki uśmiech. - Może pan iść, kapi­tanie. Dzię­kuję za dotrzy­ma­nie towa­rzy­stwa.

Kapi­tan Tischte zerwał się na równe nogi, mimo jaw­nego zbul­wer­so­wa­nia skło­nił się i wydu­sił "Pani", po czym czmych­nął w stronę wyj­ścia.

Pobie­głem za nim, prze­my­śli­wu­jąc, w jaki spo­sób tym razem napra­wić wyrzą­dzone szkody.

- Pro­szę wyba­czyć, panie - zaczą­łem. - Nie ist­nieje uspra­wie­dli­wie­nie dla...

- Uspra­wie­dli­wie­nie! - zaskrze­czał tuż za pro­giem. - Nic nie jest w sta­nie uspra­wie­dli­wić cze­goś takiego! Wysłała mi list, żebym poja­wił się tu z mapami, a gdy to uczy­ni­łem, uwię­ziła mnie i przez trzy godziny prze­słu­chi­wała, wypy­tu­jąc o każdy naj­mniej­szy szcze­gół z życia! Pytała nawet o kształt moich stóp!

- Naprawdę mi przy­kro. - Ukło­ni­łem się, pod­nio­słem głowę i na widok jego nain­dy­czo­nej miny pogłę­bi­łem ukłon, nie­omal doty­ka­jąc nosem czubka zno­szo­nego buta. - Prze­rwał­bym to, gdy­bym był na miej­scu, naprawdę bym...

- A na końcu... na końcu miała czel­ność nazwać mnie nud­nym! - gul­go­tał. - I pomy­śleć, że ta sza­lona kobieta jest śled­czą Jurysu! To... - Nie dokoń­czył, rzu­cił się bie­giem ścieżką w stronę mia­sta.

- Szlag by to - wymam­ro­ta­łem, odpro­wa­dza­jąc go wzro­kiem, i wró­ci­łem do domku.

Ana pochy­lała się nad swoim ustroj­stwem, w zadu­mie prze­bie­ra­jąc pal­cami nad stru­nami.

- Wiesz, pani... - prze­rwa­łem, żeby prze­my­śleć to, co chcia­łem powie­dzieć.

- No dalej, Din - zachę­ciła mnie, zdej­mu­jąc prze­pa­skę. - Mia­łam wra­że­nie, że zamie­rzasz mnie zbesz­tać. To dopiero byłoby ucieszne.

- Cóż, sama wiesz, pani, że... tak nie można.

- Zwy­kle nie można - przy­znała. - Ale zwy­kle jesteś tu i mnie powstrzy­mu­jesz, Din.

- To prawda, pani, dokład­nie to robię, ponie­waż nie można zaga­niać tych bie­da­ków w kozi róg, a potem wyci­skać z nich infor­ma­cji jak sok z jakiejś aptioty!

- Po pro­stu robię, co mogę, żeby odna­leźć w tym zapa­dłym kan­to­nie choć okruch cze­goś cie­ka­wego - rzu­ciła bez­tro­sko i naprę­żyła strunę w swoim ustroj­stwie. - A wymaga to cięż­kiej harówki.

- Pani...

- Na przy­kład, czy wie­dzia­łeś, Din, że wysu­nięta naj­da­lej na połu­dnie stud­nia w Dare­ta­nie jest pra­wie na pewno zaka­żona irydą?

- To fascy­nu­jące, pani.

- Zaiste. Nikt o tym nie wie­dział. A ja wywnio­sko­wa­łam to po roz­mo­wach z sześć­dzie­się­cioma dwiema oso­bami, które prze­pro­wa­dzi­łam w minio­nych mie­sią­cach. Dwa­na­ścioro z tych, któ­rzy nie­świa­domi skut­ków piją regu­lar­nie tam­tej­szą wodę, skar­żyło się na lek­kie bóle, bez­sen­ność oraz nie­zwy­kły zapach moczu, co wyka­zuje na objawy powszech­nie łączone z tą cho­robą. Poin­for­mo­wa­łam o tym kapi­tana, zale­ca­jąc oczysz­cze­nie. - Znów szarp­nęła druty. - Wła­śnie to zyskuję z tych wszyst­kich roz­mów, Din. Potrze­buję po pro­stu odpo­wied­niej ilo­ści infor­ma­cji, by odgad­nąć naturę wzorca.

- I to chęć roz­gry­zie­nia wzorca skło­niła cię do pyta­nia kapi­tana Legionu o zapach jego sików, pani?

- Och nie, nie. W tym wypadku kie­ro­wała mną czy­sta cie­ka­wość.

Pozwo­li­łem sobie na nią zer­k­nąć. Była wysoką, szczu­płą kobietą dobie­ga­jącą pięć­dzie­siątki albo sześć­dzie­siątki - trudno to cza­sem okre­ślić w wypadku zmo­dy­fi­ko­wa­nych ludzi - a choć jej skóra miała podobny odcień do mojej, była zde­cy­do­wa­nie jaśniej­sza. Głów­nie dla­tego, że Ana­gosa Dola­bra nie wycho­dziła wcale na zewnątrz, a w mniej­szej czę­ści z powodu jej rasy. Sazi, miesz­ka­jący w wewnętrz­nych pier­ście­niach Impe­rium, posia­dali jaśniej­szą cerę, bar­dziej kan­cia­ste rysy i węż­szą twarz niż Talo­wie, tacy, jak ja. Z tymi śnież­no­bia­łymi wło­sami, sze­ro­kim uśmie­chem i żół­tymi oczami czę­sto przy­po­mi­nała kota, a raczej obłą­kaną kotkę, która uga­nia się po domu za tą jedyną wła­ściwą plamką słońca, choć przy oka­zji nie prze­pu­ści żad­nej przy­pad­ko­wej myszy.

Ana Dola­bra miała na sobie czarną, długą suk­nię oraz długi, ciem­no­nie­bie­ski płaszcz Jaletu Jury­stycz­nego, z nie­re­gu­la­mi­nowo przy­pię­tymi dys­tynk­cjami, tego dnia pogru­po­wa­nymi w dosko­nale syme­tryczne kon­ste­la­cje wedle koloru, ina­czej niż poprzed­niego - według roz­miaru.

- O! Książki! - wykrzyk­nęła.

- Słu­cham, pani?

- Moje książki. Przy­szły już?

- A, tak, pani. Są na ganku. Zabrał­bym je, ale zde­kon­cen­tro­wała mnie wizja tor­tu­ro­wa­nego kapi­tana.

- A w odwe­cie ty tor­tu­ru­jesz mnie swoim nie­udacz­nym poczu­ciem humoru - prych­nęła. - Jed­nak gdy­byś był tak miły...

Skło­ni­łem się, pod­sze­dłem do drzwi, ale chwy­ciw­szy za klamkę, spoj­rza­łem przez ramię.

- Nie patrzę! - zawo­łała. Miała twarz zwró­coną w stronę kąta pokoju. - Oczy odwró­cone!

Upew­niw­szy się, że nie wyj­rzy na zewnątrz, otwo­rzy­łem, chwy­ci­łem książki, wcią­gną­łem je do domu i zatrza­sną­łem drzwi. W mgnie­niu zna­la­zła się przy mnie i natych­miast wsu­nęła palec pod węzeł, żeby roze­rwać sznu­rek.

- Całe wieki to trwało - skar­żyła się. - Uwie­rzysz? Dwa tygo­dnie! Dwa jeba­niut­kie tygo­dnie zajęło im dostar­cze­nie ich do mnie!

- Pew­nie ciężko ci było wytrzy­mać, pani, bez porząd­nej pozy­cji o kra­bach.

- Nawet sobie nie wyobra­żasz! - Rzu­ciła się otwie­rać jedną za drugą. Przy­my­kała przy tym oczy i gła­dziła stro­nice. Choć więk­szość skóry miała szarą, opuszki były różowe, dzięki wsz­cze­powi, który, jak sądzi­łem, miał je uwraż­li­wić, umoż­li­wia­jąc odczy­ty­wa­nie doty­kiem druku, a cza­sem nawet pisma odręcz­nego. Co też czy­niła przez więk­szość dnia, z zawią­za­nymi oczyma prze­su­wa­jąc pal­cami po kart­kach. "Lepiej ogra­ni­czać bodźce", powie­działa mi raz. "I nie wycho­dzić. Nad­mierna sty­mu­la­cja pro­wa­dzi do utraty zmy­słów".

Obser­wu­jąc, jak prze­gląda każdą książkę, nie po raz pierw­szy zasta­na­wia­łem się, jak miał­bym stwier­dzić utratę zmy­słów w jej przy­padku. Zakła­da­łem, że jej dole­gli­wo­ści są zwią­zane z mody­fi­ka­cjami, choć ni­gdy nie dowie­dzia­łem, się, w jaki spo­sób wzmoc­niono jej umysł.

- Oooch. - Pie­ściła książkę o kra­bach w spo­sób wręcz ero­tyczny. - Tę wydru­ko­wano w kan­to­nie Rathas, czuję to po rodzaju wypu­kło­ści. Ich prasy dru­kar­skie zostały skon­stru­owane tak, by dru­ko­wać święte księgi w ich ojczy­stym języku, więc nie­które litery pochy­lają się lekko w lewo... Dzię­kuję ci, Din, że mi je przy­nio­słeś. Powin­nam mieć dzięki nim zaję­cie przez dzień czy dwa.

- Dzień, pani? - wyrwało mi się.

- Och, sądzisz, że nie star­czy na cały? - zmar­twiła się.

- Trudno rzec, pani.

- Może trzeba było kupić wię­cej, co, Din?

- Trudno rzec, pani.

Chwila peł­nego napię­cia mil­cze­nia.

- Czy to moż­liwe, Din, że potra­fił­byś zło­żyć zda­nie z wię­cej niż dzie­się­ciu słów?

Zary­zy­ko­wa­łem zer­k­nię­cie w tej jej jasno­żółte oczy i stłu­mi­łem uśmie­szek.

- Nie­wy­klu­czone, pani.

- Ach, jakże podzi­wiam twoją umie­jęt­ność zawar­cia takiej dozy non­sza­lanc­kiej bęcwa­ło­wa­to­ści w zale­d­wie paru syla­bach. Cóż za talent! - Pod­nio­sła się z wes­tchnie­niem i chwiej­nie powę­dro­wała z powro­tem do gabi­netu, gdzie klap­nęła na fotel.

Podą­ży­łem za nią, ale sta­ną­łem na bacz­ność w progu. Poto­czyła wzro­kiem po wala­ją­cych się wokół, nie­do­koń­czo­nych pro­jek­tach, a na jej twarz zwolna wpełzł wyraz przy­gnę­bie­nia.

- Jak się tak zasta­no­wię, Din, to cał­kiem moż­liwe, że już zaczy­nam tra­cić te w czuba solone zdrowe zmy­sły.

- Przy­kro mi to sły­szeć, pani.

Wzięła małą harfę situr i zaczęła machi­nal­nie trą­cać jej struny.

- Głów­nie dla­tego - pod­jęła - że w tym nud­nym kan­to­niku zupeł­nie nic się nie dzieje. A książki tu przy­peł­zają, a nie przy­cho­dzą.

Zna­łem te jej nastroje. Naj­pierw pod­nie­ce­nie nowym pomy­słem, nowym zagad­nie­niem, nową zabawką, a potem, po roz­pra­co­wa­niu, miaż­dżąca melan­cho­lia. Jedyne, co poma­gało, to pod­su­nię­cie jej cze­goś nowego.

- A co do nudy, pani, dzi­siaj rano...

- Nie­chęt­nie to przy­znaję - prze­rwała mi - ale gdy jesteś w pobliżu, wszystko staje się zno­śniej­sze. Jesteś taki ponury, taki poważny, taki nudny, Din, że ścią­gasz mnie sku­tecz­nie na zie­mię.

- Spró­buję potrak­to­wać to jako kom­ple­ment, pani. Ale dla­tego wła­śnie chcia­łem powie...

- A twoje sta­no­wi­sko wobec mojej prośby jest na­dal nie­zmienne?

Spoj­rza­łem na nią surowo.

- A kon­kret­niej, pani?

- Cho­ler­nie dobrze wiesz, o co mi cho­dzi. - Pochy­liła się naprzód i wyszcze­rzyła w uśmie­chu zęby. - Czy w końcu kupisz mi te prze­klęte nastroj­niki? Prze­sta­ła­bym drę­czyć ludzi, gdy­bym je miała!

- Funk­cjo­na­riu­szom impe­rial­nych jale­tów surowo zabra­nia się kupo­wa­nia i sto­so­wa­nia wsz­cze­pów mody­fi­ku­ją­cych nastrój - wyre­cy­to­wa­łem bez­na­mięt­nie. - A ja nie łamię prawa, pani, albo­wiem pra­gnę zacho­wać sta­no­wi­sko.

- Tylko parę, tych psy­cho­de­licz­nych - prze­ko­ny­wała. - Choć jeden dzień bez tej strasz­nej nudy.

- A czy prawo impe­rialne doty­czy rów­nież wsz­cze­pów z rodzaju psy­cho­de­li­ków? Bo jeśli tak, to znasz moją odpo­wiedź, pani.

Popa­trzyła na mnie, mru­żąc oczy, i szarp­nęła strunę, wydo­by­wa­jąc z situry prze­ni­kliwy dźwięk.

Oho, pomy­śla­łem, no to zaraz się zacznie.

- Gdy wyko­ny­wa­łam obo­wiązki w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa...

No i się zaczęło.

- ...moi asy­stenci zdo­by­wali dla mnie wszel­kiego rodzaju mate­riały oraz sub­stan­cje! - dokoń­czyła. - Bez szem­ra­nia!

- Jeśli masz ochotę wybrać się do któ­re­goś z han­dla­rzy wsz­cze­pami, możesz to uczy­nić, pani. Nie powtrzy­mam cię.

Łyp­nęła na mnie twardo.

- Dobrze wiesz, że to nie­moż­liwe.

- Rozu­miem, pani. Zbyt wiele bodź­ców.

- Wła­śnie - syk­nęła przez zęby. - Na zarazę Tytań­ską! Czemu ze wszyst­kich Sub­li­mów dostał mi się ten z kijem w dupie?!

- Hm, w zasa­dzie sama mnie pani wybrała z całej listy chęt­nych.

- A więc cię odwy­biorę i wezmę nowego!

- To mało praw­do­po­dobne, pani. Bio­rąc pod uwagę, że prze­słu­cha­łaś, pani, sześć­dzie­się­ciu dwóch funk­cjo­na­riu­szy w Dare­ta­nie, pew­nie już cały kan­ton uważa cię za sza­loną, a co za tym idzie zna­le­zie­nie nowego Sub­lima mogłoby być trudne.

Odrzu­ciła siturę na bok. Instru­ment gruch­nął o pod­łogę z głu­chym brzdę­kiem.

- Ja pier­ni­czę! Ja pier­ni­czę! Jak ja bym chciała być znów w jakimś cywi­li­zo­wa­nym miej­scu!

I w tym momen­cie wypły­wała kwe­stia budząca moje wąt­pli­wo­ści. Ana twier­dziła, że dotych­czas peł­niła obo­wiązki śled­czej w naj­bo­gat­szych, naj­bar­dziej wewnętrz­nych pier­ście­niach Impe­rium Kha­num, a każda z jej pla­có­wek była bar­dziej sza­lona i zde­pra­wo­wana od poprzed­niej. Zdu­mie­wała się wielce za każ­dym razem, gdy oka­zy­wało się, że jakiś nie­le­galny towar czy bar­ba­rzyń­ska aktyw­ność nie były w Dare­ta­nie na wycią­gnię­cie ręki, i uwa­żała, że skoro nie da się zdo­być ich w ciągu godziny, to jest to naj­za­pa­dlej­sza dziura na świe­cie.

Co nasu­wało oczy­wi­ście pyta­nie, z jakiego powodu immu­nisa Ana Dola­bra została przy­dzie­lona aku­rat tutaj, do pla­cówki na Obrze­żach Impe­rium?

Jedyna roz­sądna odpo­wiedź, jaką znaj­dy­wa­łem, brzmiała, że to wygna­nie. Sta­no­wi­sko śled­czej Jurysu kan­tonu Dare­tana jesz­cze pięć mie­sięcy temu w ogóle nie ist­niało. Musieli je wymy­ślić w ramach kary dla niej, zapewne dla­tego, że łatwiej ją było prze­nieść, niż zwol­nić.

Wyda­wało się to logiczne, bo choć dla Any pra­co­wa­łem cztery mie­siące, wystar­czyła minuta w jej towa­rzy­stwie, aby zorien­to­wać się, że moja zwierzch­niczka posiada wybitny talent do sia­nia zgor­sze­nia. Z łatwo­ścią potra­fi­łem sobie wyobra­zić jakie­goś wysoko posta­wio­nego impe­ria­li­stę, który zmę­czony jej wysko­kami wyko­pał ją do obrze­żo­wego kan­tonu, gdzie przy­dzie­lono jej wakat dla jed­nego asy­stenta, któ­rego mogła wybrać spo­śród miej­sco­wych Sub­li­mów.

A to ja byłem owym Sub­li­mem. Posada asy­stenta śled­czej była jedyną, jaką udało mi się zdo­być i zamie­rza­łem peł­nić służbę pod zwierzch­nic­twem Any i brać upo­sa­że­nie, dopóki tylko się da. No chyba że Ana zmusi mnie do zro­bie­nia cze­goś tak nie­zgod­nego z pra­wem, że zostanę z miej­sca zwol­niony.

- Napi­jesz się her­baty, pani? - zapro­po­no­wa­łem.

- Nie, Din - wymam­ro­tała spod ramie­nia, któ­rym zakryła oczy. - Aro­ma­tyczna czy nie, nie chcę żad­nej jeba­niut­kiej her­batki.

- Może wobec tego chcia­ła­byś poroz­ma­wiać o spra­wie, nad którą pra­cu­jemy?

Opu­ściła ramię i przez moment wpa­try­wała się we mnie skon­ster­no­wana. A potem roz­pro­mie­niła się, zachwy­cona.

- Ach! Ten pie­przony trup! Wła­śnie!

- Wła­śnie - wes­tchną­łem.

- Gdy dosta­łam wia­do­mość od immu­nisa Irtosa, myśla­łam, że ten kre­tyn nały­kał się jakie­goś tref­nego wsz­czepu czy coś. To by paso­wało do tego zadu­pia. Ale po two­jej minie, Din, poznaję, że jed­nak nie?

- Nie, pani, jed­nak nie.

- A więc co w tym takiego cie­ka­wego?

- Kępa traw wyro­sła ze zmar­łego, roz­dzie­ra­jąc go od środka. - Aż się wzdry­gną­łem. - W życiu... W życiu nie widzia­łem cze­goś tak kosz­mar­nego, pani.

Ana zamarła i po raz pierw­szy tego dnia pło­mień sza­leń­stwa w jej oczach zgasł.

- Na nie­biosa, Din - mruk­nęła. - Sły­sza­łeś to?

- Co takiego, pani?

- Tę emo­cję.

- Nie rozu­miem?

- To była naj­sil­niej­sza emo­cja, jaką dotych­czas sły­sza­łam w twoim gło­sie! To dopiero musi być kapi­talna śmierć, skoro prze­ła­mała twoją drę­twą postawę i wywo­łała w tobie taką dziką pasję!

Zawią­zała oczy i uśmiech­nęła się nie­po­ko­jąco dra­pież­nie, uka­zu­jąc zbyt wiele, zbyt bia­łych zębów.

- Opo­wia­daj. Opo­wiedz mi wszystko, co wry­łeś w tę swoją małą, śliczną cza­szeczkę! No, Dinio­sie Kolu, dawaj!

Wycią­gną­łem z torby bute­leczkę z ługiem, odkor­ko­wa­łem ją i zacią­gną­łem się zapa­chem. Potem poczu­łem łasko­ta­nie za oczami i zaczą­łem mówić.

Rozdział trzeci

Jeśli cho­dzi o ciało ludz­kie, impe­rialni apo­te­ka­rze pre­fe­ro­wali dwie metody mody­fi­ka­cji - za pomocą wsz­cze­pów, które wywo­ły­wały poje­dyn­cze wzmoc­nie­nia, zapew­nia­jąc obiek­towi krót­ko­trwałe wzmo­że­nie, na przy­kład zwięk­sze­nie wytrzy­ma­ło­ści, więk­szą odpor­ność, lep­sze widze­nie czy moc­niej­sze kości, oraz za pomocą nasy­ca­nia, spo­sobu bar­dziej inwa­zyj­nego, jed­nak co waż­niej­sze, wywo­łu­ją­cego trwałe zmiany, nie­od­wra­calne i dzie­dziczne, o ile dane nasy­ce­nie nie pozba­wiało zdol­no­ści pro­kre­acyj­nych, a więk­szość z nich pozba­wiała.

Ozna­czało to oczy­wi­ście, że Impe­rium posia­dało lep­szych żoł­nie­rzy niż siły wroga. Ale serce Impe­rium sta­no­wili Sub­li­mo­wie, kasta ulep­szo­nych ludzi o wzmoc­nio­nych umy­słach, dzięki któ­rym pla­no­wali, zarzą­dzali i koor­dy­no­wali dzia­ła­nia licz­nych jale­tów cesar­stwa.

Ist­niały różne rodzaje Sub­li­mów: aksjo­mo­wie, któ­rych umy­sły zmo­dy­fi­ko­wano do wyko­ny­wa­nia obli­czeń z nie­osią­galną dla zwy­kłych ludzi bie­gło­ścią; lin­gwo­wie, nasy­ceni tak, by mogli przy­swoić nie­zli­czone języki w mowie i piśmie; topo­so­wie, bez­błędni w poj­mo­wa­niu prze­strzeni, co czy­niło ich feno­me­nal­nymi rysow­ni­kami i kar­to­gra­fami; oraz parę innych, bar­dziej nie­ty­po­wych i rza­dziej spo­ty­ka­nych.

Nasy­ce­nia to nic przy­jem­nego. Wiele z nich skra­cało życie o całe lata, jeśli nie dzie­się­cio­le­cia i nie­mal zawsze szły w parze z bez­płod­no­ścią. Mimo to Sub­li­mo­wie byli nie­za­stą­pieni. Prze­trwa­nie tego, co każ­dej pory desz­czo­wej nad­cho­dziło z mórz na wscho­dzie, wyma­gało nie­wia­ry­god­nej zmyśl­no­ści i sta­ran­nego pla­no­wa­nia.

Naj­bar­dziej potrzebni Sub­li­mo­wie, mne­mo­ry­tow­nicy, tacy jak ja, nasy­ceni by pamię­tać wszystko, co zoba­czą, słu­żyli za żywe zbiory infor­ma­cji. To wła­śnie ulep­sze­nie wyko­rzy­sty­wa­łem, prze­ka­zu­jąc Anie infor­ma­cje zdo­byte na miej­scu zda­rze­nia. Rela­cjo­no­wa­łem wszystko, co widzia­łem, powta­rza­łem każde słowo dokład­nie takim tonem, jakim zostało wypo­wie­dziane. Przez bli­sko cztery godziny prze­ka­zy­wa­łem wszystko, co zare­je­stro­wa­łem pod­czas mojego pobytu w rezy­den­cji Hazów.

Skoń­czy­łem po zacho­dzie słońca. Umiesz­czony w rogu lam­pion mai zaczął się jarzyć, gdy prze­bu­dzone robaczki w jego wnę­trzu roz­po­częły żero­wa­nie na roz­sy­pa­nych na dnie gra­nul­kach, co powo­do­wało ich reak­cję świetlną. W ciszy roz­le­gło się odle­głe zawo­dze­nie jakie­goś samot­nego ptaka.

Ana zaczerp­nęła gwał­tow­nie powie­trza, jakby prze­bu­dziła się z głę­bo­kiego snu.

- Dobrze - powie­działa. - Bar­dzo dobrze. Mam kilka pytań, Din...

Zaczęła mnie wypy­ty­wać o dziwne rze­czy. Ile kro­ków wyko­na­łem, prze­cho­dząc od końca do końca budynku? Czy Gen­na­dios była prawo czy lewo­ręczna? Czy Uxos miał jakieś wyraźne bli­zny na dło­niach? Czy zauwa­ży­łem gdzieś pod ogro­dze­niem posia­dło­ści świeżo wzru­szoną zie­mię? A może wil­gotny ślad na ściółce pode­rwa­nej czy­jąś pode­szwą?

Przy każ­dym pyta­niu czu­łem woń ługu, ten spe­cy­ficzny trze­pot za oczami, a odpo­wie­dzi spły­wały z mego języka z into­na­cją drew­nia­nego beł­kotu: Osiem­dzie­siąt dzie­więć kro­ków; Gen­na­dios trzy­mała na kola­nach zaple­cione dło­nie, prawą na lewej, co wska­zuje na pra­wo­ręcz­ność; Uxos miał dwie cien­kie, jasne bli­zny na knyk­ciu pra­wego kciuka, a choć pozo­stałe knyk­cie miał pora­nione, tamte ślady powstały w wyniku pęk­nię­cia zro­go­wa­ceń; i nie, nie widzia­łem wzru­szo­nej ściółki, poza skraw­kiem podzio­ba­nym przez drozda.

Po tym Ana mil­czała przez chwilę.

- Dzię­kuję ci, Din - rze­kła wresz­cie, mnąc w zadu­mie fałdy sukni. - Ten ród Hazów, wiesz coś o nich?

- Wiem, że są bogaci, pani. Posia­dają wiele wło­ści w wewnętrz­nych pier­ście­niach cesar­stwa. Ale nic poza tym.

- Uhm. Zie­mia­nie. To ozna­cza, że są posia­da­czami tego, co w Impe­rium naj­cen­niej­sze. - Ręka Any wystrze­liła naprzód, palce zgar­nęły z mego buta grudkę ziemi, którą moja zwierzch­niczka roz­tarła opusz­kami na pył. - Zie­mię. Hodowla roślin, zwie­rząt oraz pro­duk­cja reagen­tów nie­zbęd­nych do impe­rial­nych mody­fi­ka­cji wymaga wiele ziemi. To nie­wy­obra­żalna wręcz praca rolna, która odbywa się w dru­gim i trze­cim pasie. Ozna­cza to, że uszy cesar­stwa są bar­dziej wyczu­lone na głosy zie­miań­stwa, a to spra­wia, że z kolei obszar­nicy nie­ko­niecz­nie czują się zobo­wią­zani do prze­strze­ga­nia wszyst­kich naszych praw. To znów może być pro­ble­ma­tyczne, gdy są uwi­kłani w takie podej­rzane gówno, jak to.

- Czyż­bym nie speł­nił two­ich ocze­ki­wań w tej spra­wie, pani? - zanie­po­ko­iłem się nie na żarty.

- Och nie, nie, spi­sa­łeś się dosko­nale, Din. Wiesz, gdy­bym ja była na twoim miej­scu, to bym tej jeba­niut­kiej och­mi­strzyni kazała się wypchać tłu­czo­nym szkłem. Ale jak na pierw­sze śledz­two w spra­wie mor­der­stwa pora­dzi­łeś sobie feno­me­nal­nie. Nie każdy pora­dziłby sobie tak dobrze z prze­szu­ka­niem posia­dło­ści takich Hazów i prze­słu­cha­niem każ­dego świadka z osobna.

- Dzię­kuję, pani - powie­dzia­łem ura­do­wany.

- Powiem wię­cej, Din, posia­dasz wła­ściwy zapał do nud­nej, dro­bia­zgo­wej harówki, co czyni z cie­bie świet­nego asy­stenta śled­czego.

- Dzię­kuję, pani - mruk­ną­łem ze znacz­nie już mniej­szą dozą rado­ści.

- I nie obwi­niaj się za to, że nie potra­fisz usta­lić, co tak naprawdę się wyda­rzyło. Apo­te­ka­rze w tym kan­to­nie są naj­wy­raź­niej tak głupi, że parę spodni uznają za fascy­nu­jącą zagadkę. - Zsu­nęła opa­skę z oczu, które poru­szały się tak szybko, że źre­nice się roz­my­wały. - Bia­ło­fio­le­towy kwiat, nakra­piany na żółto, o słod­ka­wym, mdlą­cym zapa­chu, który wyra­sta z trupa... Powiedz mi, Din, wiesz coś o kan­to­nie Oypat?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki