Rozdział 2
Jowanka stanęła w progu pokoju. Mieszkanie Lidii było zawsze szare i opuszczone. Za każdym razem, kiedy tu przychodziła, doznawała paskudnego uczucia chandry.
- Dlaczego nie wchodzisz? - zapytała Lidka. Siedziała nad cerowaniem - nijaka, jak jej mieszkanie.
Gdybym ja czekała kilka lat na swój kąt - myślała Jowanka - i gdybym go zdobyła, wkładałabym w niego każdy grosz, wszystkie siły. Przejechała spojrzeniem po sprzętach bez wyrazu, pustych ścianach, gołych oknach. Ona się nigdy nie pozbędzie prowincjonalizmu - pomyślała o Lidce. - Nie może wyleźć z naszego miasteczka. Z rodzinnego domu zaszydełkowanego na śmierć. Całe dzieciństwo łabędzie pływały jej nad kredensem. Ech, a ja z tego wyszłam. Czasem mam uczucie, że ani przez pięć minut nie chowałam się w takim domu. Czy to zasługa Sławka? Nieprawda. Chciałam się czegoś nauczyć, pozbyć się garbu.
- Lidka, dlaczego nie pójdziesz do kosmetyczki? Do fryzjera? Dlaczego nie zadbasz trochę o mieszkanie? Nikt ci go nie dał w prezencie. Ciężko na niego harowałaś.
Jowanka mówiła wbrew sobie, ponieważ robiła to za każdym razem, gdy tu przychodziła. Lidka rzuciła robotę.
- Po to przyszłaś? - zaczepiła koleżankę już z jawnym gniewem. - Znów mi dokuczać? Krytykować mnie? Ja taka jestem!
- Bzdury! - orzekła Jowanka z lekceważeniem, wcale nie przejmując się reakcją koleżanki. - Ty chcesz być taka. Spójrz na mnie!
- Przestań, Jowanka - zniecierpliwiła się Lidka - też porównanie. Twoje warunki i moje! Ty masz Sławka.
- Mam? - zadrwiła Jowanka. - Może. Widuję go przez miesiąc w roku.
- Nie o to chodzi - mruknęła Lidka. - Wejdź, rozgość się, jeśli tu przyszłaś.
- Wolałabyś, żebym nie przychodziła, co? - zaśmiała się Jowanka. - Nic z tego. Będę przychodzić, nie wypłoszysz mnie. Co by się z tobą stało beze mnie? W końcu razem chodziłyśmy siusiać do sadu. Mój ty Boże, taki tam sad! Cztery cherlawe drzewka, za którymi nie można się było dobrze schować przed chłopakami z sąsiedztwa. Ty masz podły charakter, ale swoich się nie zostawia. Nie chcesz się niczego nauczyć i dlatego omija cię byle powodzenie.
- Po pierwsze, nie wyrażaj się, Jowanka! Po drugie...
- Ojej, zapomniałaś, jak się w chałupie mówiło...
- Tak, zapomniałam. Nieprawda, że nie chcę się niczego nauczyć. Ja się po prostu uczę czegoś innego niż ty. Wcale nie mam podłego charakteru. Rozbierz się. Nie za gorąco ci?
- Nie!
Jowanka zrzuciła wiosenny płaszczyk, nie troszcząc się o niego. Lidka podniosła go z tapczanu, włożyła na wieszak i wsunęła do szafy.
- Sławek mi go przysłał - poinformowała ją Jowanka.
- Gdzie on teraz jest?
- Na Cejlonie. Diabli go wiedzą, gdzie - Jowanka wzruszyła ramionami - nie wiem. Z geografii miałam zawsze dwóję. - Usiadła niedbale na wąskim tapczanie Lidki. - O rany, twardy mebel. Kup sobie lepszy. W handlu nie zarabia się źle.
- Jak to? - mruknęła Lidka.
- Pewnie! Kto głupi!
- Jowanka, ty za kimś nie tęsknisz? - spytała nagle Lidka dziecinnie. - Tak ciągle sama.
- Daj mi coś pić - rozkazała Jowanka. - Niby za kim mam tęsknić?
- Nie wiem. Chcesz coli? Herbaty?
- Coli. Co mam poradzić, że nie mamy nawet dziecka? - rozgniewała się elegancka kobieta. Jej głos i sposób mówienia stał w sprzeczności z wyglądem zewnętrznym. Być może właśnie dlatego tutaj przychodziła. Wracała od czasu do czasu do siebie. Dawała sobie odpocząć od siebie takiej, jaką sama stworzyła. - On nie ma nawet czasu zrobić mi dziecka. Pływa w dalekowschodnie rejsy. Nigdy nie wiadomo, kiedy wróci ani z jakim ładunkiem popłynie. Dopada do mnie, jakby zaraz jego statek miał się dostać w cyklon. Nie potrafię tak zajść w ciążę - powiedziała ciszej świetnie ubrana dziewczyna. - No i co? Jesteś zadowolona? Masz moje szczęście. Czy to znaczy jednak, że mam się zachowywać tak jak ty? Mieć szarocytrynową skórę i skudlony łeb, żeby się wszyscy cieszyli!
- Daj spokój, Jowanka - poprosiła nagle miękko druga dziewczyna.
- Ja... ja też pozostanę zawsze dziewczyną z małego miasteczka. Ale tak, żeby nikt tego nigdy nie zobaczył. Ja też chciałabym się w niedziele i święta poprzewracać z mężem pod pierzynami. I co z tego?
- Bo kto wychodzi za marynarza - odważyła się wypowiedzieć swoje zdanie Lidka.
Gdyby Jowance było lżej na duszy, roześmiałaby się z wyobrażeń Lidki o życiu i o mężczyznach.
- Co ty gadasz - zaprotestowała obojętnie - marynarze też chcą mieć rodziny. - Czy tylko oni są teraz poza domem? Takie czasy.
- No więc, czego się skarżysz? - zniecierpliwiła się Lidka.
- A czy ja coś na niego kiedyś powiedziałam?! - oburzyła się Jowanka. - Sławek jest porządnym chłopcem. Co ja zrobię, nie potrafię udawać, że stałe osamotnienie jest dla mnie wymarzonym stanem? Skąd miałam wiedzieć, że moje małżeństwo będzie tylko czekaniem? Nie ma z kim pójść na zabawę, na spacer, do kina. Nawet w Sylwestra siedzę sama. Żaden chłopak nie będzie towarzyszył dziewczynie na piękne oczy. Niby nie wiesz tego. Ja mam dwadzieścia cztery lata. Kiedy będę żyć, Lidio?
- Nie powiesz mi, że nie wiedziałaś, co robisz?
Jowanka wzruszyła ramionami.
- Co tam wie, rozumie, dwudziestoletnia smarkata na drugim roku studiów. Uniwersytet przez niego rzuciłam.
- Możesz teraz skończyć. Masz za dużo wolnego czasu.
- Już mi się nie chce, rozumiesz? - powiedziała Jowanka kapryśnie. - Nie mam dopingu, wiesz? Kiedyś chciałam się dostać do wielkiego miasta. Osiągnęłam cel. Mam pieniądze. Czy to ważne, że nie ja je zarabiam? Niczego mi nie brakuje.
- Powiedz, Jowanka - zapytała druga dziewczyna - chciałabyś kogoś mieć? Możesz mi nie odpowiadać, jeśli nie chcesz.
- Mogę ci odpowiedzieć - zaśmiała się Jowanka. - Ja Sławka, w ogóle... kochałam. Jakżeśmy się pobierali. A teraz nie wiem. Ja go niemal zapominam od zobaczenia do zobaczenia. Mało o nim wiem, bo spotykamy się na krótko, a wtedy nie wiadomo, o czym najpierw mówić. Jak można być z kimś blisko w takich warunkach? Sławek daje mi w życiu pozycję i... on mnie naprawdę kocha. Nie umiem się zdecydować. Och, dajmy temu spokój.
- Przenieś się może do Gdyni? Będziesz zawsze bliżej Sławka. Chociażby jego środowiska.
- Za nic! - krzyknęła namiętnie Jowanka. - I stać w porcie jak inne kobiety? Nie! Nigdy. Zajmować się plotami, intrygami. To normalka, gdy baby nie mają nic do roboty, tylko czekają, są ubrane, nie muszą się gryźć, w jaki sposób dociągnąć do pierwszego. Czy same nie jesteśmy babami? Nie znamy się? Wolę już być tu. Tutaj mam przynajmniej pozór normalnego życia. I tak jakoś zleci od rejsu do rejsu. Dawniej pływali na Wietnam i umierałam ze strachu. Nie umiałam być świnią, bo to tak, jakby on był na wojnie... Skończył się Wietnam, był Laos, Kambodża. Zawsze coś będzie, Lidka. Jak teraz przyjedzie, zrobię wszystko, żeby mieć chociaż dziecko. Czasami po nocach, wiesz, chce mi się krzyczeć, łykam elenium, nie mogę zasnąć, duszę się z gorąca, wstaję, spaceruję. Do diabła, po co ja ci to wszystko mówię? Wstyd, nie? Ale to jest piekło, Lidia. Zastanawiam się, o czym tam, na morzu, myśli, tak mnie zostawiając. Czy mężczyźni w ogóle wiedzą, że samotna dziewczyna tak samo się męczy jak chłopak? Jak myślisz, Lidia?
Poczuła na plecach ręce towarzyszki dziecinnych zabaw. Razem chodziły do małej, niemal wiejskiej jeszcze szkoły, nie takiej, jakie są teraz - zbiorczej.
- Biedna Jowanka - mówiła cicho Lidka - biedna Jowanka.
- Daj spokój! - nastroszyła się nagle Jowanka. Wstała z tapczanu. Miała długie, smukłe nogi, które "robiły" jej sylwetkę. "Ubierały" ją lepiej niż wszystko, co miała na sobie. - Nie warto się mazać, Lidka - stwierdziła oschle, niezadowolona z siebie. - Ty jedna potrafisz wyciągnąć ze mnie słabość. Coś lepszego, co tam jeszcze we mnie siedzi. - Sięgnęła po płaszczyk. - Masz coś do załatwienia w mieście? Mam na dole wóz. Mogę cię podrzucić.
- Poczekaj - namyśliła się Lidka - mam o dwunastej spotkanie. Podrzuć mnie na plac Konstytucji.
- Chłopak?
- Bo ja wiem? Tak, mężczyzna - odparła Lidka skrycie.
- To wspaniale, Lidka! Zmądrzałaś!
- Tak myślisz? - zawahała się Lidka, jakby coś chciała powiedzieć i jednocześnie to samo ją powstrzymywało. Wyciągnęła z szafy świeżą spódnicę i bluzkę. Jowanka chodziła tymczasem po bezimiennym, obojętnym pokoju. To mieszkanie wyglądało tak, jakby Lidce nic na nim nie zależało.
- Musisz zrobić sobie zasłony do okna - odezwała się Jowanka. - Chcesz, ja z tobą kupię materiał? Trzeba tu skombinować jakiś fotel, obmyślić światła, postawić jakąś doniczkę, powiesić obrazek albo ceramikę. Żaden mężczyzna nie czułby się tu dobrze. Słyszysz mnie?
- Tak, słyszę.
- Zrobisz, co mówię?
- Tak. Nie wiem. Zrobię. Wracam taka zmęczona. W sklepie trzeba się nastać, nanosić paczek... nie wyobrażasz sobie!
- Co ma jedno do drugiego? - zirytowała się Jowanka. - Jesteś gotowa? Nawet ładna bluzka - obrzućiała Lidkę babskim spojrzeniem. - Polska?
- Nie. Import z Wiednia. Akurat przywieźli. Wzięłam sobie jedną.
- Bardzo mądrze. Jeżeli masz chłopaka. Zadbamy trochę o mieszkanie i zaprosisz go, nie?
- Aa... co tu gadać - zlekceważyła Lidka samą siebie - jak on zechce ślubu, zaproszę. Inaczej - wcale nie. Nikt mnie nie będzie wystawiać na dudka.
Z taką filozofią - myślała Jowanka - nie wyjdzie za mąż. Nie ma żadnych szans. Zgubi ją wychowanie, nasze miasteczko, chociaż sto mil dzieli nas już od domu i od starych.