ROZDZIAŁ III
Sierpień 1995
Po raz kolejny spotkała go kilka dni później. Był czwartek, bufet pękał w szwach, bo akurat skończyły się popołudniowe treningi, a dodatkowo bliskość parku powodowała, że oprócz sportowców do baru przychodzili też po pracy lokalni mieszkańcy, by przy piwie i frytkach pogadać ze znajomymi i złapać najnowsze plotki. Razem z Wiolką uwijały się jak w ukropie, starając się nie patrzeć na kolejkę, która zamiast topnieć, stawała się coraz dłuższa. Normalnie w godzinach szczytu pomagała im jeszcze Arleta, która pracowała na pół etatu, ale tego dnia musiała zostać w domu z powodu choroby dziecka. Z kolei w kuchni brakowało jednej z kucharek, która poprzedniego dnia zwichnęła nogę, więc zamówienia również realizowane były z opóźnieniem.
W przeciwieństwie do Wiolki, która nic sobie nie robiła z kąśliwych uwag klientów ("No co? Przecież się nie rozdwoję!"), Małgosię tego typu sytuacje stresowały. Tym bardziej że to na niej jako na kierowniczce spoczywała odpowiedzialność zapewnienia odpowiedniej obsługi. I choć w tym wypadku nie było fizycznej możliwości, by wydawać zamówienia szybciej, zadręczała się myślą, że rosnący na ich oczach ogonek zniecierpliwionych i głodnych gości był jej winą. Może gdyby od razu zareagowała i poprosiła na przykład o pomoc w obsłudze którąś ze swoich sióstr, nie miałyby tu teraz takiego chaosu? Albo gdyby nauczyła się pracować jeszcze lepiej, jeszcze szybciej... Przecież dla chcącego nic trudnego!
W głębi serca Małgosia wiedziała, że jej prawdziwym problemem nie jest niekompetencja, tylko perfekcjonizm. Była sumienna i świetnie zorganizowana, ale jak wielu ludzi, którzy za wszystkie błędy świata obwiniają siebie, i tak miała wrażenie, że każdą rzecz dałoby się zrobić lepiej, a wskazywanie fizycznych granic uważała za zwykłą wymówkę. Co ciekawe, tylko w stosunku do siebie. To wobec siebie miała niemożliwe do spełnienia oczekiwania. Od innych wymagała tylko tego, co wykonalne. Tego dnia jednak nawet ona rozumiała, że toczy nierówną walkę. Wakacje się kończyły, większość bywalców wróciła już z urlopów i chciała wykorzystać ostatnie podrygi ładnej pogody w zacienionym przez drzewa ogródku. Ale upał, który sprzyjał siedzeniu na zewnątrz, dla Małgosi, Wiolki i pracownic kuchni stanowił dodatkowe przekleństwo - w barze panowała taka duchota, że ledwo stały na nogach.
- Pani Małgosiu, niech pani się tak nie spieszy, bo zaraz tu pani padnie - pocieszył ją pan Markowski, lokalny notariusz, który w klubie grał w tenisa. Lubiła go, bo był oazą spokoju i kultury, a do tego pozostawał zupełnie niewrażliwy na wdzięki Wiolki. - Robicie, panie, co możecie. Przecież to dla nas zupełnie oczywiste.
- Dziękuję.
Małgosia uśmiechnęła się do niego ciepło i na chwilę zapomniała nawet o mokrych od potu włosach i lepiącej się do ciała sukience pod fartuszkiem. Ale mężczyzna odebrał napoje i odszedł, a ona została, marząc już tylko o fajrancie i prysznicu. Z gorąca i zmęczenia było jej słabo. Że też ta Arleta właśnie dziś musiała zostać w domu, a nie na przykład w poniedziałek, kiedy zawsze jest spokojnie...
- Długo jeszcze będziemy czekać? - odezwał się opryskliwie osiłek stojący w połowie kolejki.
Małgosia aż się wzdrygnęła. Znała go dobrze - Sebastian Wojda, wielbiciel kulturystyki i niestety kiedyś także Wiolki. Z natury nieprzyjemny i dość agresywny, od czasu rozstania z Wiolką dosłownie nie dawał im żyć. I choć głównie wyżywał się na byłej dziewczynie, Gosi obrywało się rykoszetem, zwłaszcza że kilka miesięcy wcześniej stanęła w obronie koleżanki i kazała Sebie się wynosić, póki nie przemyśli swojego zachowania. Niestety ojciec mięśniaka był jednym ze sponsorów klubu, więc Sebastian otrzymał od prezesa przeprosiny, a Małgosia - reprymendę. Od tamtej pory obie z Wiolką starały się go po prostu ignorować, z różnym skutkiem. Sebastian nie był głupi, nie pozwalał sobie na zbyt wiele, gdy istniała obawa, że ktoś stanie w obronie dziewczyn. Dziś jednak wszedł w rolę niezadowolonego klienta i odgrywał się na nich do woli.
- Stoję i stoję! - denerwował się coraz głośniej. - Jak tak dalej pójdzie, to zamkniecie, a ja jeszcze tu będę kwitł!
- Staramy się z całych sił - wyjaśniła Małgosia cierpliwie, próbując utrzymać emocje w ryzach. Czuła, że musi zareagować przez wzgląd na innych klientów. - Dziękujemy państwu za wyrozumiałość.
Większość oczekujących pokiwała głowami. Ale Sebastian oczywiście co chwila rzucał kąśliwe uwagi niby do siebie, lecz tak, by wszyscy słyszeli. Zapewne gdyby w ten sposób zachowywał się kto inny, pozostali wzięliby personel w obronę. W tym jednak wypadku każdy udawał, że nie słyszy zaczepek.
Gdy przyszła jego kolej, ostentacyjnie rzucił na ladę banknot o sporym nominale i zażądał trzech piw oraz trzech porcji fasolki po bretońsku. Małgosia zajrzała do kuchni, by przekazać zamówienie. Kiedy otworzyła drzwi, buchnął na nią żar tak wielki, że zrobiło jej się ciemno przed oczami. Zmęczenie, przegrzanie i stres zrobiły swoje. Musiała chwycić się framugi, by nie stracić przytomności.
- Wszystko w porządku? - zapytała Stasia.
Małgosia zacisnęła zęby. Musiała wziąć się w garść.
- Ttaaak... - wymamrotała. - Jestem po prostu zmęczona. Wy pewnie też macie już dziś dość.
- Może powinnaś na chwilę usiąść i odpocząć?
- I zostawić tę wielką kolejkę? Nie mogę...
- To napij się chociaż wody.
W głosie Stasi słychać było troskę i ciepło. Kucharka przypominała Gosi mamę, więc poczuła teraz wielką ochotę, by dać za wygraną - usiąść na środku kuchni i po prostu się rozpłakać.
- Nie ma potrzeby, ale bardzo dziękuję - powiedziała jednak dzielnie. - To naprawdę miłe, że się tak o mnie martwisz, ale niepotrzebnie. Wszystko jest okej.
Odwróciła się na pięcie i wróciła do bufetu.
- Jedzenie zaraz będzie - oznajmiła słabym głosem. - Zawołam.
- Co? To znowu mam czekać? Jeszcze czego! I gdzie jest moje piwo?
A tak, jeszcze to...
Małgosia wyjęła z lodówki trzy butelki, ale gdy otwierała je na barze, ręce odmówiły jej posłuszeństwa i niechcący wylała zawartość jednej z nich prosto na opięte spodnie Sebastiana.
- Ochujałaś, laska? Zapłacisz mi teraz za pralnię!
W innych warunkach Małgosia najpewniej by zaprotestowała, ale było jej tak słabo, że marzyła tylko o tym, by facet wreszcie wziął, co jego, i sobie poszedł.
Kątem oka spojrzała na Wiolkę, zwykle tak przebojową, która teraz wcisnęła się w najgłębszy kąt za lodówką i modliła się, by Seba jej nie zauważył, i z przerażeniem zrozumiała, że jest zdana tylko na siebie.
- Ja... przepraszam... Już daję nowe piwo...
- Nowe piwo, pierdolenie! Za spodnie mi wybulisz, idiotko!
Ludzie w kolejce spojrzeli po sobie z oburzeniem, ale nikt nie miał odwagi się odezwać. Sebastian miał prawie dwa metry wzrostu i co najmniej sto kilo żywych mięśni.
- Co tu się dzieje? - rozległ się nagle wściekły głos kogoś, kto wszedł właśnie do baru. - Jak ty się odzywasz do tej pani, kretynie?
Do Małgosi te słowa ledwo docierały, ale poczuła wzruszenie. Ktoś wreszcie się za nią wstawił!
Spojrzała w stronę mężczyzny i serce zabiło jej mocniej. Zobaczyła przed sobą ni mniej, ni więcej, tylko przystojnego ratownika, który kilka dni wcześniej rozmawiał z nią przy ambulansie. Ubrany był w służbowy uniform, więc raczej nie przyjechał tu na treningi. Może wpadł spotkać się z kimś po pracy jak wielu innych gości?
Mimo oszołomienia przyjrzała mu się uważnie. Wysoki, dobrze zbudowany - nie tak napakowany jak Seba, ale zapewne równie silny. Jasnopopielata czupryna układała się zawadiacko, a w niebieskich oczach widać było gniew.
- Masz natychmiast przeprosić panią - wysyczał - albo inaczej pogadamy.
- Tak? - prychnął mięśniak. - A niby co ty mi możesz zrobić, leszczu?
- Bardzo dużo. Po pierwsze, mogę obić ci gębę...
- Pierdolenie!
- Po drugie, mogę wezwać policję...
- Tak? A niby co mi zrobią, jak ich tu nie było?
- Ukarzą cię za znęcanie się nad bezbronną kobietą na oczach kilkunastu świadków. Uwierzą mnie, a nie tobie, stary, bo ty wyglądasz jak bandzior, a ja wykonuję zawód zaufania społecznego. Więc radzę ci dobrze: spierdalaj, zanim się naprawdę zdenerwuję.
- Nic mi nie zrobią, debilu! Wiesz, kim jest mój ojciec?
- Akurat tak. Nie jest premierem ani prezydentem. Ma tylko trzy stacje benzynowe, więc już się tak nie sadź. A przy okazji: leczy się w wojewódzkim. Jeszcze raz zachowasz się jak cham, to nie tylko spiorę cię na kwaśne jabłko, ale jeszcze tak zrobię, że twojego starego nie przyjmie żaden lekarz w tym mieście. A teraz zabieraj się stąd.
Sebastian zrobił się cały czerwony, przez co jeszcze bardziej upodobnił się do wielkiego buraka. Wymruczał coś pod nosem, rzucił kilkoma inwektywami, ale ostatecznie zabrał się i poszedł.
- Panowie, idziemy - rzucił jeszcze na odchodnym do dwóch kumpli równie napakowanych jak on, którzy do tej pory czekali cierpliwie pod ścianą z beznamiętnym wyrazem twarzy. Wyskoki kolegi ewidentnie nie zrobiły na nich żadnego wrażenia.
Gdy Wojda wyszedł, w barze odczuć można było niemal fizyczne odprężenie. Wszyscy zaczęli bić chłopakowi brawo.
- Super, naprawdę wielkie dzięki - odezwała się dziewczyna w legginsach i obcisłym topie. - Chciałam coś powiedzieć, ale się bałam.
- Ale go załatwiłeś, człowieku. - Młody mężczyzna klepnął go po ramieniu. - Chciałbym wiedzieć, jak to robisz!
- Szkoda, że tylko ja jeden - mruknął ratownik niezadowolony. - Co najmniej dziesięciu chłopa w barze, podobno sami sportowcy, a jak przychodzi co do czego, to nie ma odważnych, żeby zareagować.
Podszedł do przerażonej Małgosi.
- Wszystko w porządku? - zapytał łagodnie.
- No... chyba... - zaczęła, starając się zapanować nad sobą, ale zanim zorientowała się, co się dzieje, po policzkach popłynęły jej łzy.
Tymczasem Wiolka, która po wyjściu Seby szybko odzyskała pewność siebie, a chyba również czuła się winna, że nie pomogła koleżance, oświadczyła:
- Idź do domu, Gośka. Powinnaś odpocząć i się uspokoić. My tu sobie ze wszystkim poradzimy.
Dziewczyna spojrzała na nią niezdecydowanie.
- Tylko ci wszyscy klienci...
- Najwyżej wyjdą głodni. Sami sobie winni, chojracy - prychnęła Wiolka. - Nawet tyle nie mieli odwagi, żeby zawołać pomoc.
- Tak, ale...
- I tak miałyśmy dzisiaj niezły utarg. Na pewno zrobiłyśmy już więcej kasy niż w przeciętny dzień. No, idź.
- A szef?
- Wyjaśnię mu wszystko.
- Będzie na nas znowu zły... Jak Seba przyjdzie na skargę...
- Spokojna głowa - wtrącił się młody ratownik. - Nie przyjdzie. Raczej będzie się modlił, żeby ojciec nie dowiedział się o tym wyskoku. On naprawdę leczy się w wojewódzkim, a ja tam wszystkich znam i wiem, co mówią. Stary ciągle się na niego skarży i w domu krótko go trzyma, dlatego Sebiks tak się popisuje na mieście. Podobno ojciec chciałby mu przekazać interes, ale na razie się wstrzymuje, bo nie ufa synowi. No i dostałby szału, gdyby wiedział, że młody zadarł z kimś z personelu medycznego. On ma teraz naprawdę poważne problemy i z kim jak z kim, ale z ludźmi w szpitalu chce żyć dobrze.
- Nie może ich przekupić? - zdziwiła się Wiolka.
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wszystko jest na sprzedaż.
Małgosia spojrzała na niego wielkimi oczami, w których kryła się wdzięczność, ale i podziw. Chciała coś powiedzieć, ale w tym momencie Wiolka oznajmiła:
- Nie wiem, jak masz na imię, ale odprowadzisz Gośkę do domu.
- Nie ma takiej potrzeby... - Dziewczyna zrobiła się cała czerwona.
- Ależ jest - zaprotestował chłopak. - Nie powinna pani być teraz sama.
- Idźcie już, bo teraz to serio muszę wrócić do obsługi - fuknęła Wiolka. - Tylko mi przeszkadzacie.
- Dziękuję - powiedziała miękko Małgosia, gdy znaleźli się na zewnątrz. Świeże powietrze ją otrzeźwiło, bo mimo upału było znacznie bardziej rześkie niż zaduch panujący w barze. - I nie musi pan mnie odprowadzać. Naprawdę dam sobie radę, już mi lepiej...
Chłopak uśmiechnął się do niej zawadiacko.
- Po pierwsze, żaden pan. Bartek jestem.
- Małgosia.
Wyciągnęła do niego drobną, delikatną dłoń. Pomyślał, że taka kobieta nie powinna pracować w barze.
- Na ogół u nas w pracy jest bardzo w porządku - oznajmiła, jakby słyszała jego myśli. - Większość klientów jest miła i kulturalna. To tylko ten Sebastian... Dostał kiedyś kosza od Wiolki, mojej koleżanki, i teraz się na nas wyżywa.
- To twoja szefowa?
- Co? - zdziwiła się dziewczyna. - Nie, podwładna... A co?
Chłopak wyglądał na zaskoczonego.
- W sumie nic... - przyznał. - Po prostu pomyślałem...
- Ona uwielbia rozstawiać ludzi po kątach, ale to ja umiem prowadzić to miejsce. Wiolka padłaby na pierwszym zamówieniu z hurtowni. - Roześmiała się, a w tym momencie niebieskie oczy chłopaka również rozbłysły. Małgosia znów zwróciła na nie uwagę - były takie żywe, pełne ekspresji, a równocześnie ciepła.
- Cieszę się, że już ci lepiej.
- Znacznie! - przyznała z entuzjazmem, starając się nie myśleć o tym, jak fatalnie musi teraz wyglądać: spocona, zziajana, cała czerwona od upału i emocji. - Można powiedzieć, że mnie uratowałeś... Chociaż w sumie to nie dziwne, skoro jesteś ratownikiem! - Zaśmiała się, a potem zarumieniła z zakłopotania. Ale głupotę strzeliła!
Bartek zdawał się jednak tego nie zauważyć. Pochwała sprawiła mu chyba przyjemność.
- A po drugie? - przypomniała mu. - Bo skoro było po pierwsze...
- A, tak. A po drugie, to może i nie muszę cię odprowadzać, ale chcę. Właściwie to dziś przyszedłem do klubu tylko po to, żeby cię spotkać.
Gosia przystanęła, oszołomiona. Ten przystojny, wrażliwy, romantyczny chłopak naprawdę szukał akurat jej? Ale czy to znaczy... Nie, to nie mogło znaczyć, że mu się podoba. Może po prostu chciał przekazać jej, co ostatecznie stało się ze znalezioną przez nią kobietą? Wydawał się bardzo empatyczny, więc może zrozumiał, że się martwiła, i chciał ją uspokoić?
- Spotkać? - upewniła się. - Mnie? Dlaczego?
- Dlatego - podszedł do niej nieco bliżej, tak że poczuła świeży zapach jego wody kolońskiej - żeby móc zaprosić cię na kawę.
- Ale... skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? - spytała, przeklinając się w duchu za swoją niezdarność. To mogła być taka piękna chwila, a ona wszystko zepsuła! Wiolka na pewno świetnie wiedziałaby, jak się odnaleźć w takiej sytuacji.
- To proste. - Wzruszył ramionami. - Gdy wróciłem do szpitala, powiedziałem, że fajna z ciebie dziewczyna i chętnie bym cię jeszcze spotkał, i wtedy jeden z sanitariuszy mi zdradził, że cię zna, bo przyjaźnisz się z jego dziewczyną...
- Z Anitą? - domyśliła się Małgosia. Czyli Zbyszek musiał być wśród personelu karetki, pomyślała ze wstydem. Była tak zaaferowana chorą kobietą i przystojnym ratownikiem, że nawet go nie zauważyła.
- Tak. W ten sposób dowiedziałem się, że tu pracujesz. Dziś schodziłem wcześnie z dyżuru, więc przyszedłem.
- Wow - powiedziała, a jej twarz rozbłysła. - Naprawdę się cieszę, że to zrobiłeś. I to nie tylko dlatego, że mi pomogłeś.
- Ja też się cieszę. - Spojrzał jej głęboko w oczy. - Bardziej, niż możesz sobie wyobrazić.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI