Zatopione królestwo - Edward Słoński

Reflow text when sidebars are open.
Stary, bardzo stary był dziadunio. Żadne z wnucząt, których było ośmioro, nie wiedziało, ile dziadunio naprawdę ma lat. Starsze utrzymywały, że sto, młodsze zaś, które jeszcze nie znały arytmetyki, że dwieście.
Włosy na głowie dziadunia i jego długa, niemal do pasa sięgająca broda były białe, jak śnieg, a kościste i suche ręce wyglądały, jak ulane z wosku. A wszak chyba bardzo długo trzeba było żyć na świecie, żeby tak zbieleć i tak pożółknąć, jak dziadunio.
Sam dziadunio nie lubił, kiedy go o lata pytano. Zwykle wówczas wyblakłymi od starości, jak chabry od słońca, oczyma spoglądał spod białych krzaczastych brwi na pytającego i mruczał pod wąsem:
- A tobie, smyku, co do tego? Hę? Z ciekawości sam się przedwcześnie zestarzejesz, sam swoje lata pogubisz, panie dobrodzieju!
Niby się gniewał, niby srożył stary dziadunio, a pod białym, jak śnieg wąsem, całkowicie zakrywającym mu obie wargi, błąkał się wciąż pomimo gniewu jakiś łagodny i słodki uśmiech.
- Pilnuj swoich lat - dodawał po chwili - bo ci pouciekają nie wiedzieć gdzie, jak moje.
I wówczas oczy dziadunia biegły kędyś w dal, jak by szukając tych lat, co uciekły, a dzieci trwożnie oglądały się dokoła. Było im smutno i straszno, jakkolwiek nie rozumiały jeszcze słów dziadunia.
Dziadunio mieszkał na pograniczu Polski i Litwy, w starym dworze, zwanym Niemirowem. Dwór był deskami od świata zabity i otoczony wielkimi lasami, pełnymi dzikiego zwierza, błotnistych łąk i bałamutnych dróżek.
I stary był ten polsko-litewski dwór, o wiele od samego dziadunia starszy. Było w nim pełno pamiątek, pełno portretów rodzinnych, pieców z kominkami i herbami na popękanych kaflach, zwierciadeł w złoconych, mgłą starości zaszłych ramach, zapachów jakichś specjalnych i niezwyczajnych głosów. Coś skrzypiało nieraz w starych szafach, coś skrobało po ścianach i wzdychało po długich korytarzach.
Zbudowano go przed wielu laty z grubych bali modrzewiowych, z kloców dębowych wyciosano ramy okienne, odrzwia i progi, a z sosen najstarszych, przesyconych żywicą, wystrugano gonty na dach.
Przestronno i gościnnie było zawsze w starym niemirowskim dworze dla wszystkich. Przed każdym otwierały się w topolowej alei wrota wjazdowe, każdy mógł przestąpić starty próg półmrocznej sieni i wejść do pokojów bawialnych, pełnych staroświeckich mebli, serwantek z porcelaną, biureczek ze skrytkami, których nikt nigdy nie otwierał, i najdziwniejszych krzesełek, na których nikt nigdy nie siadał.
Z pokojów bawialnych, których było dwa, wchodziło się do biblioteki, zastawionej jesionowymi szafami z jesionowym okrągłym stołem pośrodku.
Za biblioteką była jadalnia, z której długi korytarz prowadził do pokoju dziadunia. Na końcu zaś owego korytarza znajdował się pokój błękitny i pokój biały i jeszcze jeden pokój bez nazwy. Ten pokój błękitny i pokój biały były przeznaczone dla dzieci, zwykle z wiosną z różnych dalekich miast zjeżdżających do starego dziadunia na wakacje.
Było to dla nich najuroczystsze i najbardziej wyczekiwane święto. Bo jakże można było nie kochać starego i dobrego dziadunia, jakże było nie tęsknić do tego cichego, klamrami ciemnych borów zamkniętego ze wszystkich stron Niemirowa, i jakże nie śpieszyć się do białych bułeczek i dobrego, tłustego mleka na śniadanie i do słodkiej leguminki przy obiedzie?
Już w połowie ostatniego tercjału, czy kwartału, dzieci zaczynały zwykle mówić o Niemirowie, układały projekty dalekich wycieczek do lasu na grzyby, wieczornych spacerów z rozpaleniem ogniska i powtarzały zeszłoroczne bajki dziadunia. A ledwo kończył się rok szkolny, układały rzeczy w małych, podróżnych walizkach i z Kielc, z Częstochowy i Warszawy ciągnęły, jak ptaki zza morza, do tego zapadłego kąta gdzieś na pograniczu Polski i Litwy.
I stary dziadunio, jakkolwiek nigdy nie brakowało mu białych bułeczek i słodkich leguminek, z niemniejszą niecierpliwością wyglądał chwili ich przyjazdu. Były to bowiem dzieci jego trzech córek, z których najmłodszej już nie było na świecie. Biedna kobieta nie przeniosła uciążliwej i pełnej grozy ucieczki z małym ośmioletnim synkiem, Lusiem, z Niemiec do Szwecji i Finlandii na początku wojny i umarła w Torneo, gdzieś na dalekiej północy Finlandii, otoczona obcymi ludźmi, polarnymi zorzami i białymi nocami. Dobra jakaś pani, przygodna matki znajoma, odwiozła małego Lusia do Warszawy, skąd potem odesłano go do Niemirowa.
Cały rok spędził Luś w Niemirowie. Po roku chciała go zabrać z sobą do Kielc ciocia Jadzia, a do Częstochowy ciocia Stasia, ale pan Jan Nowowiejski, ojciec Lusia, nie zgodził się na to. Wolał go mieć przy sobie w Warszawie.
Było to wątłe i małe chłopię o płowych, jak len, kędziorach i dużych, szafirowych oczach. Groza panicznej podróży, a przede wszystkim śmierć matki, białe noce polarne, i obce twarze, i lęk przed tym, co się stało i co się stać może, podnieciły jego dziecięcą wyobraźnię i ujemnie odbiły się na zdrowiu. Roczny jednak pobyt w Niemirowie, cisza wiejskiego życia i troskliwa opieka dobrego dziadunia kojąco podziałały na jego nerwy. Przestał się zrywać po nocach i wieczorami zaglądać z przerażeniem w mroczne kąty pokoju. Tylko czasem jeszcze nawiedzał go dziwny smutek i wówczas gorzko płakał po kątach, myśląc, że nikt go nie widzi.
Ale dziadunio wszystko widział i dlatego podczas wakacji otaczał małego Lusia troskliwszą, niż inne dzieci, opieką.
W tym roku Luś miał już lat jedenaście i uczęszczał do pierwszej klasy szkoły Konopczyńskiego w Warszawie. W marcu jednak musiał przerwać naukę, zachorował bowiem na odrę, a ledwo wyzdrowiał, przyjechała z Niemirowa ciocia Kazia i zabrała go z sobą na wieś.
Prócz Lusia miał dobry dziadunio jeszcze siedmioro wnucząt. Czworo z nich mieszkało w Kielcach, a troje w Częstochowie.
Co prawda, dwojga z nich można by nie brać w rachubę, byli bowiem tacy mali, że jeszcze nie mieli prawdziwych imion i nazywali się jakoś śmiesznie: Tom i Bob. Tom mieszkał w Kielcach, będąc najmłodszym synkiem cioci Jadzi, Bob zaś w Częstochowie. Były to jeszcze wierutne głuptasy, nieumiejące ani chodzić, ani mówić, i dzieci nie zaliczały ich do swego grona.
Najstarszą siostrzyczką małego Toma z Kielc była szesnastoletnia Mirutka. Nosiła dwa długie płowe warkocze, a zielone o niebieskich połyskach oczy zakrywała wstydliwie długimi rzęsami. Była w siódmej klasie i, jak dorosłe panny, nosiła buciki na wysokich obcasach, bardzo męczących dla jej młodych nóżek. I było w niej naprawdę obok naiwności podlotka coś z dorosłej panny.
Prócz malutkiego i głupiutkiego Toma miała Mirutka jeszcze dwóch braci: trzynastoletniego Bolesia, znanego w całej klasie grubasa i śpiocha, który nigdy nie umiał na czas zdążyć do szkoły i któremu zwykle jeszcze na pierwszej lekcji spały zapuchnięte oczy, i dziewięcioletniego Jerzyka, który w przeciwieństwie do Bolesia wstawał wcześnie, chociaż jeszcze nie uczył się w szkole.
Dzieci cioci Stasi z Częstochowy były na ogół nieco młodsze od dzieci cioci Jadzi z Kielc, bo najstarsza z nich, Hania, jakkolwiek nosiła już w uszach kolczyki, miała dopiero rok trzynasty, a brat jej, Zbyszek, dziesiąty.
Nic dziwnego, że dzieci w tym wieku nie chciały się zadawać z takimi bąkami, jak Tom i Bob, którzy właśnie w tym roku zapoznali się z sobą w Niemirowie. Tylko dobry dziadunio litował się czasem nad nimi, brał ich na kolana i, udając że śpiewa, mruczał pod nosem:
Hop!... hop!... hop!...
Jedzie stary pop,
A za popem sługa,
A za sługą druga...
Tę śmieszną dziecinną piosenkę bez sensu zmieniał czasami dziadunio samowolnie w ten sposób, że po "hop" następowało:
Jedzie Tom i Bob.
Co słysząc, Tom śmiał się do rozpuku, a Bob krzyczał:
- Prru!... prru!... - i pryskał śliną na wszystkie strony.
A dziadunio powtarzał:
Jedzie Tom i Bob.
Starsze dzieci uciekały od Toma i Boba, omijały ich z daleka. Nieraz, gdy Bob, cały zaśliniony, ukazywał się na progu, zrywały się wszystkie naraz i biegły do innego pokoju, krzycząc:
- Bob idzie! Bob!
Bob podnosił wówczas swoją dużą bezwłosą główkę do góry i patrzył zdumiony.
- Prru!... prru!... - rzucał w przestrzeń, jakby chcąc je zatrzymać.
Ale dzieci udawały, że tego nie słyszą. Unikały Boba, bo miał nieznośny zwyczaj, uczepiwszy się sukienki lub bucika pierwszego, który mu się pod rączką nawinął, mówić i mówić bez końca:
- Prru... tia... tia... prru...
Niecierpliwiło to i gniewało dzieci.
- Bob, daj spokój! Bob, przestań! - wołały, starając się uwolnić z jego małych rączek. Ale Bob był nieubłagany i chytry, bo gdy mu się ofiara z rączek wymykała, czołgał się po cichu okólną drogą i, chwyciwszy ją podstępnie obiema rączkami, na nowo rozpoczynał swoją przemowę.
W przeciwieństwie do Boba, Tom nie czołgał się, ale chodził na czworakach, jak piesek, i nie rozmawiał, ale płakał. Łzy miał duże, jak krokodyl, a buzię w płaczu układał tak jakoś dziwnie, że, pomimo spływających łez, wyglądał, jak śmiejący się hipopotam.
To też dzieci uciekały od niego jedynie dlatego, żeby nie wyglądał, jak śmiejący się hipopotam, i nie ronił takich dużych łez, jak krokodyl.
Z tych względów Tom i Bob zmuszeni byli bawić się osobno. Zwykle sadzano ich na dużej flanelce, rozesłanej na środku pokoju, i pozostawiano samym sobie. Bob podjeżdżał wówczas do Toma na prawej nóżce, odpychając się lewą, i krzyczał:
- Prru!... tia... tia!...
Tom, któremu to widocznie musiało się nie podobać, uciekał od niego na czworakach i najczęściej upadał buzią na rozesłaną na podłodze flanelkę i momentalnie zaczynał na głos płakać.
To wszystko starsze dzieci nazywały zabawą i wolały, żeby się ta zabawa odbywała bez nich.
To też Tom i Bob nie tylko bawili się osobno, lecz nawet mieszkali osobno. Podczas gdy chłopcy zajmowali pokój błękitny, znacznie od białego większy, w którym z łatwością można było ustawić pięć małych łóżeczek, a dziewczynki - pokój biały, Tom i Bob mieli swój własny na samym końcu korytarza i spali, jak małe dzieci, w kołyskach, pod opieką miłej i dobrej panny Femci.
Panna Femcia. Któreż z dzieci nie kochało panny Femci? Panna Femcia była przyjaciółką i koleżanką wszystkich, począwszy od Mirutki, a kończąc na Tomie i Bobie. Żadne też z dzieci, prócz chyba Toma i Boba, nie zrobiło jej nigdy najmniejszej przykrości.
Panna Femcia opiekowała się w Niemirowie wszystkimi dziećmi. Co dzień rano zaglądała do błękitnego pokoju i co dzień w białym zaplatała warkocze dziewczynkom.
Okna białego pokoju wychodziły na tę część ogrodu, gdzie stała duża stara lipa, a na zielonym trawniku leżał piękny kolorowy klomb. Przez zielony trawnik biegły żółte dróżki, a biegły wszystkie w kierunku starej lipy, pod którą, jak grzyb, stał na jednej nodze okrągły stół i dwie ławeczki.
Było to ulubione miejsce dziadunia. Zwykle po obiedzie stary, zaufany służący, Franciszek, ustawiał tam wygodny trzcinowy fotel, w którym zasiadał dziadunio. Wówczas dzieci otaczały go ze wszystkich stron, a dziadunio opowiadał im jakieś przedziwne historie, które dzieci nazywały bajkami.
Bajki dziadunia były zawsze uśmiechnięte, pogodne i pełne słońca, jak on sam.
Długo, bardzo długo żył dziadunio, dużo widział, dużo myślał. Z tego wszystkiego urosła dziaduniowi jedna wielka bajka, której nigdy nie umiał dokończyć. Opowiadał więc ją małemu Lusiowi podczas całorocznego pobytu w Niemirowie, opowiadał ją potem wszystkim dzieciom przez całe lato, a bajka, zamiast się kończyć, wydłużała się i rosła z dnia na dzień. Byli tam rycerze błędni i królewny zaklęte, były niedostępne zamki na urwiskach, i szklane góry, i zaczarowane fujarki, i buty skorochody, i żołnierze napoleońscy, i powstańcy z roku 1863.
Dzieci słuchały i nieraz im się zdawało, że ci żołnierze napoleońscy, którzy z Polski szli do Saragossy i do Rzymu, a potem umierali na San Domingo, to są ci sami błędni rycerze, co wdzierali się do zaczarowanych zamków i budzili śpiące królewny. I nieraz się dzieciom zdawało, że ci powstańcy z roku 1863, ci tułający się po lasach żołnierze bez znaków i bez broni, to są ci pastuszkowie, którym czarownica odczarowała wykręcone z wierzbiny fujarki. I zatracały się powoli granice między bajką, a prawdą, między rzeczywistością, a fantazją.
Więc dzieci słuchały i prosiły wciąż o dalszy ciąg. A dalszy ciąg rósł przy odgłosie trzeciego roku wojny, fantastyczniejszym od wszystkich bajek dziadunia.
A dziadunio w tym roku już z wczesną wiosną zaczął przygotowywać się do letniej kampanii, bo drogi były jeszcze mokre i nie wszystkie mosty po wiosennych rozlewach naprawione, kiedy pewnego dnia zawitał do Niemirowa z Warszawy pierwszy gość.
Był nim mały Luś. Owiniętego pledami i obłożonego futrami przywiozła go z Warszawy ciocia Kazia.
A gdy w sadach zaczęły kwitnąć jabłonie i na dworze zrobiło się tak ciepło, że nawet najmniejsze drogi wyschły zupełnie i ludzie zdążyli naprawić zepsute mosty, przyjechała z Częstochowy ciocia Stasia. Hania bez egzaminów przeszła do klasy czwartej, co pozwoliło cioci w tym roku wcześniej wyjechać z miasta, mały bowiem Zbyszek uczył się jeszcze w domu.
A kiedy bzy rozkwitły i kiedy co wieczór dobre białe anioły, które dzieciom przynoszą sny, musiały się gniewać na słowiki za to, że za głośno śpiewały w sadach, zawitała z Kielc ciocia Jadzia z Bolesiem, Jerzykiem, Tomem i panną Femcią.
Lipy już kwitły i w południe w sadach pachniało miodem, kiedy wreszcie przyjechała najstarsza z wnucząt dziadunia, Mirutka, ją bowiem najdłużej ze wszystkich zatrzymały w mieście egzaminy.
W tym więc roku już z wczesną wiosną rojno i gwarno zrobiło się w cichym i pustym Niemirowie. Na długich korytarzach, w dużych i pustych pokojach dzwonił wesoły śmiech, a w lustrach oprawnych w złocone ramy przeglądały się roześmiane twarzyczki małych gości. Dobry dziadunio zacierał z radości ręce, a stary Franciszek w kredensie całymi godzinami rozmawiał sam z sobą o tych malutkich przybyszach.
W błękitnym pokoju rej wodził Luś. Nie pozwalał on dzieciom wieczorami po zgaszeniu światła długo rozmawiać i rano budził je ze snu. Był stanowczy i nieubłagany. To też nieraz działy się tam głośne awantury, bo Jerzyk właśnie po ciemku lubił zabierać głos, a Boleś właśnie z rana spał najsmaczniej. Te głośne awantury łagodziła panna Femcia.
Za to w białym pokoju, gdzie gospodarowała Mirutka, nigdy żadnych awantur nie było, gdyż Hania zasypiała cichutko i budziła się ze wschodem słońca, i dlatego na jej buzi od rana śmiało się słońce.
To samo słońce miał na twarzy z przyjazdem małych gości stary, biały jak gołąb, dziadunio. Młode, pełne radości i wesela życie, które wraz z sobą przywoziły do Niemirowa dzieci, jakąś dziwną pogodą opromieniało białą jego głowę.
Już o świcie na długim korytarzu i w jadalni słychać było jego drobne kroki i stukanie czarnej hebanowej laski, z którą nie rozstawał się nigdy. I wszyscy jeszcze spali w najlepsze, kiedy dziadunio już siadał do stołu obok szumiącego samowara i zaczynał wolno, wolniutko popijać herbatę. Nie śpieszyło mu się, wiedział bowiem, że jeszcze dość długo będzie musiał czekać na dzieci.
Jakoż dopiero o szóstej godzinie ukazywała się na progu panna Femcia, dźwigając na ręku Toma i Boba, których zostawiała w jadalni pod opieką dziadunia, a sama szła ubierać dziewczynki.
Wówczas dziadunio przerywał picie herbaty i zabierał się do pracy. A praca to była nie lada! Tom zwykle starał się ściągnąć ze stołu serwetę, a Bob przewrócić stolik z gotującym się samowarem. Trzeba było jednocześnie mieć na oku i jednego i drugiego, być ciągle w pogotowiu i ciągle staczać utarczki. Wszystkie jednak strategiczne fortele najczęściej kończyły się porażką, gdyż ścigany przez dziadunia Tom przewracał się buzią na posadzkę i rozpoczynał swój długi i głośny płacz, podczas gdy Bob tak przekonywająco mówił do stołowej nogi, że wkrótce po jego śliniaczku spływały całe strugi śliny i panna Femcia musiała mu zmieniać sukienkę.
Dobry dziadunio wówczas miewał strasznie zakłopotaną minę, stawiał drobniejsze, niż zwykle, kroki i mocniej, niż zwykle, uderzał swoją hebanową laską w podłogą.
- Te skurczybyki, panno Femciu - wołał zasapany - zawsze wyprawiają takie brewerie! Jeden tu, drugi tam! Jeden pod stołem, drugi pod samowarem! Niech Bóg uchowa, niech Bóg uchowa!
Panna Femcia zabierała Toma i Boba do siebie, a zasapany dziadunio siadał na powrót do stołu i dopijał wystygłej herbaty.
Dopiero wtedy powoli zaczynały się schodzić dzieci. Zwykle pierwsza przybiegała Hania i rzucała się dziaduniowi na szyję, zmiatając swymi długimi warkoczami wszystkie okruszyny ze stołu. Po niej przychodził Zbyszek i Jerzyk, a w ślad za nimi Mirutka. A kiedy wszyscy już siedzieli za stołem, Luś wprowadzał grubego Bolesia z zapuchniętymi od długiego spania oczyma.
Wszystkie mamy jeszcze spały smacznie i tylko ciocia Kazia (która wcale ciocią nie była, a nazywała się tak dlatego, że od dawna mieszkała w Niemirowie) na korytarzu kuchennym gniewała się na dziewczyny, przynoszące mleko z obory, kiedy cała gromadka siadała obok dziadunia do pierwszego śniadania.
I wówczas na żółtej, jak wosk, twarzy dziadunia pod białymi, jak śnieg, wąsami zjawiał się słodki uśmiech, jak złoty promień słońca czerwcowego, wpadający do pokoju przez koronkę firanek. I oto biała głowa dziadunia stawała się podobną do wielkiej plamy słonecznej, która zazwyczaj o tej porze leżała na białym obrusie pośrodku stołu.
A za stołem dzwoniły srebrne dziecięce głosy i zrywał się co chwila, jak stado wróbli z prosa, wesoły śmiech.
- Poczekaj, Haniu, ja opowiem.
- Nie, ja!
- Ja!... ja! - krzyczały dzieci i coraz bliżej przysuwały się do dziadunia, który wkrótce wyglądał, jak stara wierzba, gdy ją obsiądą ćwierkające wesoło wróble.
Zwykle dziadunio wypijał wówczas trzecią szklankę herbaty, którą tym razem nalewała mu Mirutka.
Tak upływało dziaduniowi i dzieciom pierwsze śniadanie, kończące się najczęściej przyjściem cioci Kazi.