Rozdział 2
Odkąd wyprowadziłam się z Poznania i zamieszkałam w Bielawie, czyli dużo mniejszym, ale bardzo przyjaznym mieście sąsiadującym ze stolicą województwa, tylko dwukrotnie zdarzyło się, że do mojej kwiaciarni zawitał ktoś, z kim chodziłam do liceum.
Raz była to Basia, koleżanka z klasy, a później Alan. Z nim też chodziłam do klasy, choć przed laty niezbyt za sobą przepadaliśmy.
Od kiedy otrzymałam zaproszenie do tej nieszczęsnej konwersacji na Messengerze, bardzo dużo czasu spędzałam na wspominaniu czasów szkolnych, co przez minione dwanaście lat prawie wcale mi się nie zdarzało. Kilkukrotnie mój palec zawisał nad słowami "Opuść czat", jednak za każdym razem coś mnie powstrzymywało. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że grupa na Messengerze zaczęła prawdziwie żyć: do rozmowy dołączają kolejne osoby, a ogólny entuzjazm na myśl o zbliżającym się balu przyprawia mnie o mdłości.
Zdecydowałam już, że nie wezmę w tym udziału, i ta decyzja była nieodwracalna. Mam swoje życie, pracę, którą kocham, córkę, która jest dla mnie całym światem, i byłego męża, na którego niezmiennie mogę liczyć. Po co decydować się na odgrzewanie starego kotleta, czyli relacji z czasów młodości, które zakończyły się w zasadzie zaraz po definitywnym opuszczeniu szkolnych murów?
Alicja zdążyła już donieść mamie, że nie zamierzam pójść na bal absolwentów, więc teraz zamiast jednej namawiającej mnie uparcie osoby mam na głowie dwie.
- Wika, przecież to świetna okazja na miłe spędzenie czasu i oderwanie się na chwilę od prozy życia - przekonywała mnie mama podczas jednej z rozmów telefonicznych.
Przynajmniej nie widziała, jak wywracałam oczami tak bardzo, że omal nie wypadły mi z orbit.
- Daj spokój, już podjęłam decyzję.
- Dziecko, przecież ty powinnaś być z siebie dumna, zobacz, ile osiągnęłaś. Masz o czym opowiadać.
Tylko czy rzeczywiście mam o czym opowiadać? Całkiem sporo mi w życiu wyszło, ale też mnóstwo spraw okazało się porażką. Przecież jeśli zdecydowałabym się tam pójść, to każdy myślałby, że jestem mężatką, skoro zmieniłam nazwisko, a wtedy ja musiałabym przyznać ze wstydem, że moje małżeństwo się rozpadło, bo myślałam, że z bliskiego koleżeństwa zakończonego niespodziewaną ciążą narodzi się miłość w chwili składania przysięgi przed urzędnikiem stanu cywilnego, co oczywiście się nie wydarzyło.
A to zaskoczenie.
- Nie chcę się chwalić - odpowiadam.
- Nie bądź taka zgorzkniała. Masz dopiero trzydzieści lat i jeszcze kawał życia przed sobą.
Słyszę kolejny argument z ust mamy i myślę sobie, że przecież ja je wszystkie doskonale znam. Ośmielę się rzec, że już niemal na pamięć. Ale jakoś żaden z nich za nic w świecie nie potrafi mnie przekonać do zmiany nastawienia i myślenia. O moim życiu i samej sobie.
To fakt, mam trzydzieści lat, ale mentalnie czuję się tak, jakbym miała znacznie więcej.
- Nie jestem zgorzkniała. Żyję po prostu swoim życiem - odpowiadam spokojnie. Za każdym razem to samo.
Mama fuka jak wkurzona kotka, a ja jestem w stanie sobie wyobrazić jej marsową minę.
- Zamykasz się na świat. Gdybyś mogła, to prowadziłabyś kwiaciarnię online, byleby tylko nie spotykać się z ludźmi - zauważa ostro.
Zagryzam usta, bo jest w tym źdźbło prawdy. Owszem, lubię spotykać się z kilkoma stałymi klientkami i porozmawiać na przeróżne tematy, ale nadmiar klientów jednego dnia to na ogół słodko-gorzkie uczucie. Z jednej strony się cieszę, bo przecież dzięki licznej klienteli zarabiam i interes się kręci. Z drugiej zaś jestem po takim intensywnym dniu absolutnie przebodźcowana.
Myśl, że miałabym pójść na ten bal, spotkać znajomych z liceum, a do tego jeszcze nauczycieli, ciągle się uśmiechać i wymieniać opowieściami o aktualnej sytuacji życiowej, wydaje mi się... co najmniej przerażająca.
- Nie przesadzasz trochę, mamo? - pytam w końcu, bo wolę trzymać się swojej wersji, że przecież jestem duszą towarzystwa, a ona wyolbrzymia, niż przyznawać jej rację, bo to sprawi, że jeszcze bardziej się nakręci. Jej nacisk stanie się wówczas niemożliwy do zniesienia.
- Wiktoria, mówię poważnie. Napisz na tej waszej grupie, że weźmiesz udział w balu. Ja i tata chętnie zaopiekujemy się Felcią, a ty wreszcie się trochę rozerwiesz.
W odpowiedzi mruczę coś niezobowiązującego i szybko kończę rozmowę. W głowie mam gonitwę myśli. Wydaje mi się, jakby ta przeklęta grupa na Messengerze, którą powinnam opuścić już dawno temu, a jeszcze do tej pory z niewiadomych przyczyn tego nie zrobiłam, zburzyła mój spokojny świat. Przeszłość tak jakby trochę się o mnie upomniała, szczególnie gdy Alicja wspomniała o Oskarze i Sebastianie.
Utrata tej przyjaźni bolała mnie jeszcze długo po maturze. Wspominałam chłopaków, nasze rozmowy, wygłupy podczas wycieczek, a przede wszystkim tę jedną pamiętną rozmowę z dziewczynami z klasy, które choć były moimi znajomymi, to jednak nigdy nie stały mi się jakoś szczególnie bliskie.
- My już tak kiedyś o tym gadałyśmy - zaczęła Baśka przyciszonym głosem na lekcji języka francuskiego, która tamtego dnia się nie odbyła, bo nauczycielka się rozchorowała. Mówiąc to, miała na myśli siebie, Karinę i Matyldę, czego od razu się domyśliłam. - Zazdrościmy ci tej relacji, którą masz z Sebą i Oskarem. Ja i Kara chodziłyśmy z Oskim do gimnazjum, znamy go dłużej niż ty, ale nam nigdy nie ufał tak, jak ufa tobie. My się po prostu tylko kumplowaliśmy, a was łączy prawdziwa przyjaźń.
Czuję ucisk w dołku na wspomnienie tamtych słów Baśki. Powiedziała to szczerze, z przejęciem, patrząc mi prosto w oczy. Dziewczyny jej przytaknęły, a ja długo analizowałam to, co powiedziała.
I za każdym razem, gdy wciąż to od czasu do czasu wspominam, dociera do mnie to, co najważniejsze: "Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr".
W pracy otacza mnie zapach kwiatów. Wielu ludzi uważa, że w kwiaciarniach pachnie tak intensywnie, że wręcz może niektó-rych rozboleć głowa, lecz ja odnajduję spokój i szczęście pośród tych wyrazistych kwiatowych woni.
Wbrew pozorom praca przy roślinach nie należy do prostych. Muszę każdego dnia sprawdzać stan kwiatów, pozbywać się tych, które niestety zmarniały, wymieniać regularnie wodę ciętym roślinom, dbać o odpowiednie nawilżenie gleby kwiatów doniczkowych. Odpowiednia ekspozycja witryny to jeden z najważniejszych elementów mojej pracy. Dbałość o optymalną temperaturę w pomieszczeniu także.
Układ kwiatów musi przyciągać wzrok i zachęcać do wejścia szaleństwem kolorów oraz bujnością dostępnych roślin.
Moja kwiaciarnia znajduje się w niesamowicie urokliwym miejscu, choć trochę na uboczu. By tutaj trafić, trzeba zboczyć z głównego chodnika i zejść nieco w dół, po spadzistym brukowanym zjeździe. Stojący na końcu budynek jest właśnie moim miejscem na ziemi. Wokół rozciąga się pas wysokich, rozłożystych kasztanowców, w pobliżu których władze miasta postawiły też okazałą fontannę i kilka ławeczek. Rokrocznie w okolicy kwiaciarni staje budka z lodami. Osiemset metrów dalej znajduje się cmentarz, po drugiej stronie ulicy restauracja, bardziej w centrum Bielawy mamy z kolei kościół.
Nie da się więc ukryć, że lokalizacja mojego biznesu pod wieloma względami jest wprost idealna. To dlatego kwiaciarnia rozwija się tak prężnie, przyciąga nowych klientów i przynosi zysk, który pozwala mi żyć na całkiem niezłym poziomie.
Odkąd sama jestem sobie szefową, staram się wieczorem sporządzić listę zadań na kolejny dzień, by nic istotnego nie umknęło mi w natłoku pracy. Dziś na przykład zajmuję się paprociami, robię porządek we wstążkach i dodatkach dekoracyjnych, zamawiam nowe lalki z porcelany, które ostatnio się wyprzedały, a także uzupełniam braki w ozdobnych pudełkach prezentowych. Poprawiam też ułożenie róż w wazonach, by prezentowały się jak najlepiej przed klientami.
Słyszę dźwięk dzwonka, gdy ktoś otwiera drzwi. Odwracam się z uśmiechem, bo tak staram się witać wszystkich moich klientów. Do środka wchodzi wysoka kobieta z krótkimi włosami w kolorze mahoniowego brązu. Ma na nosie okulary w grubych, czarnych oprawkach i wydaje mi się, że wygląda znajomo.
- Dzień dobry - witam się uprzejmie i natychmiast poprawiam czarny fartuszek przewiązany w pasie.
- Cześć, Wiktoria. Nie poznajesz mnie? - Głos kobiety brzmi przyjemnie, ale niestety nikogo mi nie przypomina.
Marszczę lekko brwi i kręcę głową.
Twarz kobiety rozpromienia się w uśmiechu i wtedy zaczyna mi świtać coś w pamięci.
- Karina? - pytam zdumiona.
- Zgadza się. Aż tak się zmieniłam? - Śmieje się szczerze.
- Masz inny kolor włosów niż w szkole, no i kiedyś nie nosiłaś okularów - zauważam serdecznie. - Miło cię widzieć!
- Ciebie również! Słyszałam od starych znajomych, że prowadzisz kwiaciarnię, już kilka razy wcześniej miałam wpaść, ale zawsze jakoś tak wychodziło, że nie docierałam. No i dzisiaj w końcu jestem!
Jej natura wygadanej pozostała niezmienna. Nadal jest pewna siebie, wydaje się bardzo przebojowa i otwarta. Dokładnie tak jak w szkole.
- Fajnie, że wpadłaś. Widziałyśmy się ostatni raz jakieś...
- Pięć albo nawet siedem lat temu - wchodzi mi w słowo. - Przypadkiem na mieście - przypomina, a ja przytakuję. - Ty prawie nic się nie zmieniłaś.
Śmieję się.
- Miło to słyszeć, choć ja już dostrzegam zmarszczki przy oczach, że o nadprogramowych kilogramach nie wspomnę.
- Wyglądasz fantastycznie - ocenia z serdecznym uśmiechem. - Słyszałaś o balu absolwentów organizowanym przez nasze liceum? Świętują stulecie istnienia na całego! Sporo osób z naszej klasy zadeklarowało obecność w konwersacji na Messengerze, ale od ciebie akurat wiadomości nie widziałam.
Nie czuję się zaskoczona, że porusza ten temat. Podskórnie tego się właśnie spodziewałam. Mam wrażenie, jakby ten bal wywołał jakąś dziwną reakcję łańcuchową, którą bardzo chcę powstrzymać.
- Tak, dodano mnie do tej grupy. Ja raczej nie skorzystam. - Wzruszam ramionami, na co brwi Kariny szybują.
- Dlaczego? - pyta zaskoczona. - Przecież to świetna okazja, by się spotkać, pogadać o tym, co u nas słychać. Dlaczego nie chcesz przyjść? Liczyłyśmy z Matyldą, że cię spotkamy!
Wzdycham i gorączkowo myślę, co powiedzieć, by dała mi spokój.
- Mam sporo pracy, jestem po rozwodzie, a w moim domu rządzi rezolutna trzylatka, więc...
- Daj spokój. Na ten jeden wieczór z pewnością znajdziesz opiekę dla córki. Pracować nocą też przecież nie będziesz - odpowiada i puszcza do mnie oko, jakby wiedziała, że wymówka, którą podałam, była po prostu jednym z wielu powodów.
Odchrząkuję i postanawiam nic już nie odpowiadać. Przez chwilę panuje między nami napięta cisza, ale szybko ponownie się odzywam, byleby znów nie wróciła do tematu.
- Utrzymujesz kontakt z Matyldą?
- Tak, od czasu do czasu się spotykamy. Z Baśką wszystko się rozpadło, gdy poszła na studia. Zmieniła towarzystwo i nie chciała nas znać - wyjaśnia z delikatną nutą goryczy w głosie. Patrzy na mnie znacząco. - Ty też się odcięłaś.
No tak. Trudno się z tym nie zgodzić. Wraz z końcem przyjaźni mojej i chłopaków darowałam sobie kontakty ze wszystkimi innymi kolegami i koleżankami z klasy.
- Porwała mnie dorosłość.
- Wika, minęło tyle lat... - mówi ciszej i mniej natarczywie niż wcześniej. - Będzie fajnie, zobaczysz. Posiedzimy, pogadamy, każdy powie coś o sobie. Nawet jeśli nadal chowasz do kogoś urazę, to nie warto przez to rezygnować z fajnej szansy na rozerwanie się.
Coś w jej słowach sprawia, że na moment wstrzymuję oddech, a następnie powoli go wypuszczam, jakby z ramion spadał mi ogromny ciężar, a jego miejsce zajęła ulga. To, co powiedziała, jest dla mnie ważne. Nawiązała oczywiście do Oskara i Sebastiana, lecz zrobiła to na tyle subtelnie, że nie czuję się tym zniesmaczona.
- Zastanowię się i dam ci znać - odpowiadam i posyłam jej lekki uśmiech.
Wydaje się tym usatysfakcjonowana. Przez kolejny kwadrans rozmawiamy tylko o mojej kwiaciarni, po czym przychodzi klient, więc Karina żegna się ze mną, a na odchodne woła, że będzie czekać na moją wiadomość.
Skupiam się na pracy, lecz jej słowa przez cały czas mam gdzieś z tyłu głowy.
Patrzę w ekran telefonu. Jest wieczór, a ja wreszcie mam chwilę, by przejrzeć media społecznościowe, bo za ścianą w najlepsze bawią się Felicja z Wojtkiem. Słyszę ich śmiechy, piski naszej córki i wymianę zdań, jakby jedno z nich było kupującym, a drugie sprzedawcą w markecie.
Na Messengerze czeka na mnie wiadomość, którą wysłała mi oczywiście Karina:
Karina: Przeprowadziłam wywiad. Obiekt O nie przyjedzie na bal, bo jest jakimś ważniakiem w garniaku za granicą, a obiekt S wyjeżdża w tym terminie na zagraniczne wakacje, tak że możesz być spokojna!
Tym razem, nawiązując do moich dawnych przyjaciół, nie jest tak subtelna, jak kilka godzin wcześniej.
Powinnam czuć ulgę na myśl o tym, że ani Sebastian, ani Oskar nie zamierzają się stawić. I po części ta ulga rzeczywiście mi towarzyszy, lecz pojawia się też jakieś delikatne, zdradliwe uczucie zawodu.
Mam ochotę strzelić sobie w twarz za tę naiwność. Jestem sobą zażenowana. Przecież zostawiłam temat tych chłopaków już dawno za sobą. Nie mam z nimi żadnego kontaktu od dwunastu lat i aż do tej pory nie wiedziałam, co się u nich dzieje. Tymczasem o ich dalszych losach zostałam poinformowana mimowolnie. Najpierw przez rodzoną siostrę, a teraz przez dawną koleżankę z klasy.
Postanawiam od razu odpisać.
Ja: Dziękuję za wiadomość, ale mimo wszystko i tak odpuszczę. Niezbyt przekonuje mnie pomysł tego balu absolwentów.
Widzę podskakujące trzy kropki, które oznaczają, że Karina już tworzy swoją odpowiedź.
Karina: Czy jest coś, co może Cię przekonać do zmiany zdania?
Zastanawiam się i szybko dochodzę do wniosku, że chyba nie istnieje nic takiego.
Ja: Nie chcę, żebyś mnie przekonywała. Miło mi było Cię dzisiaj zobaczyć i mam nadzieję, że jeszcze niebawem wpadniesz.
Karina odczytuje, lecz nic już nie odpisuje, co oznacza, że prawdopodobnie odpuściła namawianie mnie na uczestnictwo w balu. I całe szczęście. Czasy szkolne i znajomości z tamtych lat zostawiłam już definitywnie za sobą, nie ma sensu tego zmieniać.
- Co robisz? - Męski głos za moimi plecami sprawia, że odrywam wzrok od ekranu telefonu i zerkam przez ramię na Wojtka stojącego w wejściu do salonu.
- Piszę właśnie z koleżanką z liceum. Wpadła dzisiaj do kwiaciarni i próbowała mnie namówić na uczestnictwo w balu absolwentów, który organizuje nasza szkoła, ale chyba zrozumiała, że nic nie ugra - odpowiadam i wzruszam ramionami.
Czuję zmęczenie, które dopada mnie po pracowitym dniu. Przymykam na chwilę oczy i wzdycham lekko, a gdy ponownie je otwieram, napotykam intensywne spojrzenie niebieskich oczu mojego byłego męża.
Jest przystojnym mężczyzną, ale od początku wiedziałam, że zupełnie nie w moim typie. Ma nieco dłuższe blond włosy, które zakręcają mu się lekko wokół uszu, odkąd tylko pamiętam. Lekki garbek na nosie jest wspomnieniem po bójce z kolegą, która miała miejsce, gdy był nastolatkiem. Jest typem inteligentnego faceta, który zawsze dobrze się ubiera, jest miły i pomocny, a jednocześnie nigdy nie pozwala się wykorzystywać. Pracuje jako programista w dużej poznańskiej firmie, potrafi postawić na swoim, a przy tym jest najlepszym i najczulszym tatą na świecie, który skradłby gwiazdkę z nieba dla swojej córeczki.
Co więc w naszym małżeństwie poszło nie tak? W zasadzie tylko jedno. Nie potrafiliśmy się pokochać.
Wojtek jest moim przyjacielem od dziesięciu lat. Poznaliśmy się przez mojego kuzyna, którego on jest najlepszym kolegą. Wystarczyło jedno niespodziewane spotkanie na weselu Bartka, by nawiązała się między nami silna nić porozumienia. Podążyłam za poczuciem bezpieczeństwa, bycia zrozumianą i docenianą. Sądziłam, że solidne podstawy w końcu scementuje również miłość. Nie ta szalona i uderzająca w człowieka niczym grom z jasnego nieba, a ta, która rodzi się z czasem.
Niestety nic z tego nie wyszło. A my z szacunku do siebie nawzajem postawiliśmy sprawę jasno, troszcząc się o naszą przyjaźń, ale przede wszystkim o córkę, którą sprowadziliśmy na ten świat.
Doceniam to, że nadal mam w nim oparcie. Czasem odnoszę wrażenie, że mam u Wojtka specjalne fory, bo na ogół nie daje on nikomu tylu taryf ulgowych, co mnie.
- Dlaczego nie chcesz pójść? - pyta, opierając się ramieniem o futrynę.
Wzdycham przeciągle.
- Zerwałam kontakt ze wszystkimi zaraz po zakończeniu szkoły, więc po co się teraz spotykać i udawać, że za nimi tęskniłam - odpowiadam bez emocji.
Wsuwa ręce do kieszeni swoich ciemnych dżinsów i kręci głową, a po jego ustach błądzi uśmiech.
- Nikt ci nie każe udawać. Możesz się przecież dobrze bawić. Takie spotkania po latach to fajna sprawa - mówi, a ja wyczuwam w jego głosie pozytywne nastawienie. - No chyba że boisz się spotkać... sama wiesz kogo.
Wiem. Wiem, kogo ma na myśli. I szlag mnie trafia, że od razu o tym pomyślał. Ale przecież to nic dziwnego. Opowiedziałam Wojtkowi o okolicznościach, w jakich zakończyła się moja relacja z Sebastianem i Oskarem, tak że był świadomy wielu kwestii, o których inni poza mną i nim nie mieli pojęcia.
- Nie boję się ich spotkać. To stare dzieje i zamknięta sprawa - mówię stanowczo.
Patrzy na mnie intensywnie, po czym przytakuje krótko, choć bez najmniejszego przekonania.
Wciąga głęboko powietrze przez nos i się prostuje.
- Felicja zapytała, czy mogę zostać dzisiaj dłużej i utulić ją do snu. Nie masz nic przeciwko? - Zmienia temat, za co jestem mu wdzięczna, choć na myśl o tym, co zapewne sobie o mnie myśli, czuję przechodzący po plecach dreszcz.
- Pewnie, że nie. Pamiętaj tylko, żeby umyła zęby, bo czasami próbuje się od tego wymigać - przypominam i powoli wstaję z kanapy. - A skoro ty przejmujesz dzisiaj usypianie, to ja wyślę jeszcze maila do hurtowni, bo zabrakło mi osłonek wiklinowych dla...
- Nie - przerywa mi stanowczo, a ja zamieram. - Ty teraz weźmiesz sobie lampkę wina, pójdziesz do łazienki i weźmiesz relaksującą kąpiel.
Obserwuję go i natychmiast stwierdzam, że on nie żartuje. Wygląda na wkurzonego, bo znów chcę pracować, zamiast skupić się przez chwilę na sobie. Pilnuje mnie, bym od czasu do czasu pomyślała o sobie, i robi to jeszcze uważniej niż moja mama czy Alicja.
- Niech ci będzie. Maila wyślę jutro - odpowiadam, poddając się.
Kilka minut później jestem wdzięczna Wojtkowi za to, że nie pozwolił mi znów zatonąć w pracy. Zawsze jest coś do zrobienia, o czym osoby prowadzące własny biznes wiedzą aż za dobrze, lecz odpoczywać też trzeba umieć. A to wbrew pozorom nie zawsze jest łatwą sztuką. Dobrze jest więc mieć na straży kogoś, kto potrafi postawić znak "stop", gdy to konieczne.