Rozdział 2
Uciekaj, opiekunko!
- Nie znaleźliśmy - skończyła opowiadać. - Przepadła jak kamień w wodę!
Potarła dłońmi twarz, wzdychając ciężko. DaWern wyciągnął rękę przez stół i czule pogłaskał dziewczynę po ramieniu. Drugą wpakował sobie do ust kiełbasę i ugryzł zachłannie.
- Zjedz coś - poradził. - Humor ci się poprawi.
Jęknęła, wywracając oczami.
- Na Welesa, jak ty niczego nie rozumiesz! - Opadła na stół, tłukąc czołem o deskę. - Ta kapota to przekleństwo. Czułam jej moc, wiem, że jest groźna. Jak znajdę złodzieja, bo zakładam, że znajdę, będę musiała bronić go przed ludźmi, a prawda jest taka, że sama nie wierzę, żeby oparł się pokusie założenia skór, więc prawdopodobnie przy kolejnej pełni będę tu miała wilkołaka! Do kroćset, DaWern, czy możesz nie mlaskać, kiedy pogrążam się w rozpaczy?!
- Jestem głodny. - Wzruszył ramionami. - Nie objadałem się całą noc smakołykami, jak niektórzy...
- Ja też się nie objadałam! Nie miałam czasu.
Nim skończyła mówić, pod jej nos podjechała nadgryziona laska kiełbasy.
- Wiedziałem, że marudzisz z głodu - mruknął dobrodusznie wilkar. - Masz.
Venda otworzyła usta, żeby wytłumaczyć mu, jak bardzo się myli, oraz że jedzenie to ostatnia rzecz, o której jest w stanie teraz myśleć, ale zamiast tego znów opadła na blat stołu, kryjąc twarz w przedramionach.
Mężczyzna podszedł, delikatnie zmuszając ją, by wstała.
- Ven, jesteś wyczerpana. - Na czole zielarki wylądowały usta o zapachu wędzonki. - Chodź, połóż się, prześpij, a ja dołożę do paleniska, żebyś miała ciepło i przytulnie.
- Nie, nie mam czasu! - Broniła się słabo, jednocześnie padając na posłanie. Wiedziała, że nie będzie w stanie się podnieść, nie po bezsennej nocy.
DaWern okrył ją dokładnie owczymi skórami, a ona ciągle biadoliła:
- Wieczorem wesele... do tego czasu muszę...
- Wiem, wiem. - Wilkar zbył ją niczym małą dziewczynkę. - Ale jak się nie prześpisz, to padniesz w połowie przysięgi. Naładuję tyle drewna, ile palenisko zmieści, i wrócę, nim się wypali.
Zmarszczyła brwi, bardzo starając się nie zasypiać.
- Wrócisz? A dokąd idziesz?
- Powęszę trochę - odparł, ładując szczapy drewna w ogień. - Może znajdę ślad tej twojej kapoty.
- Och, naprawdę? - Rozpłynęła się z czułości. - Ale przecież ty też nie spałeś.
- Dam radę. Prześpię się później. Miałem co prawda inne plany, skoro znów mi znikasz na noc, ale co tam, odpłacisz się jakoś. - Mrugnął porozumiewawczo.
Zaśmiała się i szczelniej otuliła się skórami.
- Dziękuję - wymamrotała, już prawie drzemiąc.
Ale zaraz oprzytomniała, przypominając sobie o czymś.
- Wern! Czekaj!
Odwrócił się już bez koszuli, rozwiązując właśnie sznurek i pozwalając, żeby spodnie opadły mu do kostek.
- Co?
- Podobno przedwczorajszej nocy wyłeś na ruinach.
- Niemożliwe, byłem z tobą przez całą noc.
- Ludzie słyszeli.
Pokręcił głową, strząsając spodnie ze stóp.
- To nie byłem ja. Wiedziałbym o tym.
- DaWern... - mruknęła zawiedziona. - Co się dzieje? Nie chcesz mi o czymś powiedzieć?
Miał się właśnie przemienić, ale wstrzymał się, wyprostował i zastanowił chwilę.
- Nie wiem, o co ci chodzi - stwierdził w końcu. - Cokolwiek słyszeli twoi ludzie, to nie byłem ja. A teraz śpij, wrócę niedługo.
Po czym nagi wyszedł z chaty, zamykając za sobą drzwi.
Opiekunka bezradnie opadła na posłanie. Zmęczona i przygnębiona zatonęła w głębokim śnie bez snów.
Tego dnia słońce w ogóle nie wyjrzało zza chmur, więc zimowy zmierzch przyszedł jeszcze szybciej niż zwykle. Podwójne wesele Jady i Lendava oraz Aniki i Marona miało się odbyć w gospodzie, trzeba więc było przyszykować stoły, nakryć je i zastawić jadłem, wcześniej uprzątnąwszy ślady biesiady trwającej do świtu.
Kobiety z rodzin państwa młodych użyły odwiecznej magii gospodyń, sprawiając, że gdy Venda przestąpiła próg karczmy, aż westchnęła z zachwytu. Ławy równiutko ustawiono w rzędy, a pod ścianą, równolegle, postawiono jedną dla młodych par i ich rodziców. Po przeciwnej stronie izby, na podwyższeniu, zostawiono puste miejsce do tańca. Tutaj też miała się odbyć uroczystość zaślubin.
Pod sufitem, u powały, wisiały świąteczne podłaźniczki w towarzystwie girland i słomianych wieńców. Ściany również ozdobiono w podobny sposób, przez co karczma nabrała przytulnego, ciepłego charakteru. Stoły uginały się od jadła, aż zielarce ciekła ślinka na widok smakołyków. Wesele zapowiadało się wybornie i wszystko byłoby cudowne, gdyby nie to, co wydarzyło się podczas wilczych świąt.
Venda przywitała się z rodzicami Marona i całą rodziną młynarzy, po czym weszła na podwyższenie i z namaszczeniem zaczęła rozkładać potrzebne rzeczy. Na środku ustawiono trójnóg, a na nim wykutą dawno temu ogromną misę. Opiekunka skrzesała w niej ogień, a następnie dorzuciła wonnych ziół i uświęciła płomienie modłami. Starała się skupić, odgonić niepokój i myśli o kradzieży. Bogowie nie znoszą źle odprawianych rytuałów.
Tymczasem goście już się schodzili i wkrótce można było zaczynać obrządek.
Czwórka młodych ubrana była w proste stroje. Dziewczęta miały rozpuszczone włosy, bo poprzedniego wieczoru, ostatniego w panieńskim stanie, kobiety z rodziny rozplotły im warkocze. Zarówno Jada i Anika, jak i ich przyszli mężowie ozdobili głowy wiankami z suszonych kwiatów i traw.
Dwie pary podeszły do świętego ognia, a Venda przywitała ich chlebem i miodem.
Potem młodzi złożyli ofiarę bogom, wrzucając jadło w płomienie. Dziewczęta Ładzie, bogini losu, a mężczyźni Swarogowi. Dłonie każdej z par zostały następnie obwiązane krajką i rozpoczęły się przysięgi. Zakochani mówili długo i z uczuciem, a żeńska część rodziny ocierała łzy wzruszenia.
Opiekunka mimowolnie odpłynęła myślami w kierunku wilczej kapoty. Nie potrafiła o niej zapomnieć.
DaWernowi nie udało się trafić na jakikolwiek ślad, więc dalej wiedziała tyle samo, co w momencie gdy usłyszała o zniknięciu szuby. Nic.
Ocknęła się, kiedy Maron skończył ślubowanie. Teraz młodzi ruszyli, by okrążyć trzykrotnie święty ogień zgodnie z ruchem słońca, potem żerczyni podała im róg pełen miodu, a oni kolejno wylewali odrobinę w płomienie i upijali łyk, chwaląc bogów.
To miał być taki dobry dzień, marudziła w myślach zielarka. Miałam jeść, pić, tańczyć, a na koniec wrócić do chaty i kochać się do białego rana. Tymczasem stoję tu, nie mogąc wykrzesać krztyny radości z zaślubin przyjaciółki, bo jakiś baran połasił się na coś, co nie należy do niego i zrujnował mi gody!
Zorientowawszy się, że wszystkie toasty do bogów zostały wzniesione, postąpiła do przodu i z namaszczeniem odwinęła krajkę łączącą dłonie Jady i Lendava.
- Od tej chwili jesteście jednością. - Wysiliła się na uśmiech. - Na znak wspólnoty i szczerości waszego uczucia wymieńcie się teraz wieńcami.
Młodzi zdjęli ozdoby z głów i nałożyli je sobie nawzajem, promieniejąc szczęściem, głęboko patrząc sobie w oczy. Ich radość była tak zaraźliwa, że goście zebrani w karczmie uśmiechali się mimowolnie. O dziwo, druga z par również wydawała się szczęśliwa, choć nikt nie wątpił, że taki stan nie potrwa długo. Może zresztą Anika i Maron kochali się właśnie w tak wybuchowy sposób? Dość, że tego wieczora nie obrażali się na siebie, ściskali mocno dłonie i chichotali, wymieniając się wiankami.
Na koniec uroczystości żony i mężowie stanęli naprzeciwko siebie, rozrywając nad świętym ogniem dorodne kołacze. Komu większy kawałek zostanie w dłoni, ten będzie rządził w małżeństwie. U Jady i Lendava połówki ciasta okazały się niemal równe, choć to dziewczynie udało się wyrwać więcej. Natomiast u drugich młodych kołacz rozerwał się tak, że w dłoni Aniki pozostał jedynie mały kawałeczek. Goście huknęli śmiechem, bo wynik był niemal niewyobrażalny w przypadku tego małżeństwa. Do tego mina młodej żony wyrażała takie zdziwienie, że nawet Venda po cichu parsknęła, w myślach życząc humorzastej pannie, żeby małżonek oduczył ją dąsów i sprowadził z obłoków na ziemię.
Opanowała się szybko, bo trzeba było jeszcze zakończyć zaślubiny.
- Niech wam się darzy, kochani! - zawołała. - Niech wam bogowie sprzyjają, niech wynagradzają każdą ciężką pracę, a choroby i nieszczęścia niech was omijają z daleka! Niech Rod czuwa nad nowo zawiązanymi rodzinami, niechaj będą szczęśliwe i płodne!
- Hura! Niech żyją młodzi! - zawołali goście i deszcz ziarna posypał się na głowy nowożeńców.
Matki młodych płakały zgodnie, ściskając się i obcałowując siarczyście w policzki, zaś ojcowie już ruszali do wzniesienia pierwszego toastu.
W tym momencie drzwi karczmy otworzyły się z hukiem i do środka wpadł najpierw podmuch mroźnego powietrza, a zaraz za nim Irke, wrzucony za próg przez ojca. Chłopak upadł z jękiem i posunął po podłodze dobrych kilka kroków.
- I leż, zasrańcu! - Gostowit wściekle zatrzasnął za sobą drzwi. - Nie próbuj łba podnosić, bo tak cię zdzielę, że popamiętasz!
Zebrani zamarli z otwartymi gębami, popatrując to na szlochającego na deskach chłopaka, to na stojącego nad nim bartnika. Narzucona na chude ramiona futrzana peleryna sprawiała, że wydawał się postawniejszy, a z zaczerwienionej twarzy biła taka wściekłość, że odgoniłaby od barci niedźwiedzia. Szare oczy sypały skry spod krzaczastych, siwych brwi, a srebrzyste wąsy poruszały się, gdy Gostowit sapał ze złości, potrząsając trzymanymi w dłoni grabiami.
Na grabiach tych, niczym na wieszaku, wniósł do karczmy wilczą kapotę. I to głównie z jej powodu ludzie zaniemówili z wrażenia.
Venda najszybciej otrząsnęła się z zaskoczenia. Wyminęła nowożeńców, zeskoczyła z podwyższenia i dopadła do Irkego. Przyklękła, chwyciła garścią jasną czuprynę i brutalnie zadarła chłopakowi głowę.
- Założyłeś ją?!
Szare oczy spojrzały na dziewczynę błagalnie, poprzez łzy.
- Nie!
- Na pewno?! - Szarpnęła, aż zawył z bólu. - Nie waż mi się kłamać, chłopcze!
Był od niej tylko dwa lata młodszy, ale w tej chwili dzieliła ich przepaść.
- Przysięgam! - wykrztusił płaczliwie. - Na Welesa, przysięgam! Na życie matki!
- Matki do tego nie mieszaj! - Gostowit kopniakiem przesunął nogi syna po podłodze. - Taka hańba!
Venda również miała ochotę wyładować wściekłość na chłopaku. Najchętniej przywaliłaby trzymaną głową o deski, ale powstrzymała się.
- Co ty sobie myślałeś? - spytała zamiast tego.
- Przepraszam, opiekunko!
- Nie mnie przepraszaj, durniu. Jeśli założyłeś kapotę, to przede wszystkim sobie zrobiłeś krzywdę. Nie wiesz, czym to grozi?
- Nie założyłem jej! - zawył ponownie. - Bałem się, przyrzekam! Niech mnie Perun strzeli tu i teraz, jeśli kłamię!
Stojący nad nim ojciec żachnął się gniewnie.
- Jak wielki Perun tego nie zrobi, to ja cię strzelę na pewno. Niech no tylko wrócimy do chaty.
- Do chaty?! - Zdamir poderwał się ze swego miejsca przy ławie. - Jakże to? Chłopak nigdzie nie pójdzie!
- Tutaj też nie zostanie! - odparł ojciec panien młodych. - My tu mamy wesele, nie potrzebujemy wilkołaka!
- Nie jestem wilkołakiem! - zawył Irke niczym potępieniec. - Uwierzcie mi, błagam!
- On mówi prawdę. - Sadko, syn młynarzy, postąpił niepewnie ku opiekunce.
Venda puściła włosy młodego bartnika, odwracając się ku bratu Jady.
- Aha, no tak - mruknęła złowieszczo. - Wy dwaj zawsze razem, mogłam się domyślić, że też brałeś w tym udział.
Sadko nawet nie próbował ukryć, że się jej boi. Bał się zresztą wszystkich zgromadzonych, wiedział, jak dzisiejszy wieczór może się dla niego skończyć, ale nie mógłby sobie spojrzeć w twarz, gdyby zostawił młodego bartnika na pastwę losu.
Venda z pewnością doceniłaby ten gest odwagi, gdyby tylko nie skupiała się na opanowaniu trawiącego ją ognia słusznego gniewu.
- Mów! - nakazała.
- Popiliśmy. - Sadko uciekł wzrokiem w bok, żeby tylko nie patrzeć opiekunce w oczy. - Nie pamiętam, z czego nam zeszło na kapotę i na klątwę, ale w końcu jakoś tak... To ja podpuściłem Irkego, że nie ma dość odwagi, żeby założyć szubę.
- Durnie - syknął Wastir, waląc syna dłonią przez łeb. - To nie macie jak odwagi dowodzić, tylko tak?!
Sadko skulił się pod ciosem ojcowskiej ręki, a zielarka spojrzeniem powstrzymała młynarza przed dalszymi razami.
- Później mu wtłuczecie, panie Wastir. Nie będę się do wychowania wtrącać. Ale teraz niech nam opowie do końca.
Młynarz przytaknął, po czym, nie mogąc się powstrzymać, grzmotnął chłopaka jeszcze raz i odstąpił niechętnie.
Sadko pomasował obolałą głowę i podjął:
- Czekałem za karczmą, ale wszystko przez szparę widziałem. Gdy pan Jart i Milisa zabrali naczynia i wyszli je pomyć, Irke wpadł do izby i zgarnął kapotę. Tylko zamiast ją założyć, a potem zaraz zdjąć i wiać, przywlókł ją matoł na zewnątrz, do mnie. Widać strach go jednak obleciał. - Nie darował sobie złośliwości pod adresem przyjaciela.
Irke wciąż leżał na podłodze, szlochając, i nie wyglądało, żeby słowa zrobiły na nim jakiekolwiek wrażenie.
- Byłem z nim od tamtej chwili prawie przez cały czas - opowiadał dalej młynarczyk. - Irke nie założył kapoty, ale było już za późno, żeby ją odnieść na miejsce, bo pan Jart wysłał Milisę po opiekunkę i zamknął się w gospodzie. Wtedy już baliśmy się przyznać, żebyście nie wzięli nas za wilkołaków, ale przysięgam, nie zakładaliśmy skór na siebie! Schowaliśmy je w obejściu bartników i tyle. Słowo!
Im bardziej się zarzekał, tym głośniejszy szum rodził się pośród zebranych.
- Wiadomo, że się nie przyznają! - dowodził Stojan. - Teraz ich puścimy, a za miesiąc odgryzą nam głowy!
- Nie mieliby kogo gryźć, tylko ciebie - warknął Tinne. - Taki z ciebie smakowity kąsek, jak z mojej rzyci dłubanka!
- Ale o czym wy mówicie?! - wrzasnął Wastir. - Sadko może i głupi, ale to nie on ukradł kapotę! Wara mi od syna, psiekrwie, bo uduszę tymi rękami!
Tymczasem matka Irkego ukradkiem przypadła do syna i usiłowała odciągnąć go z pola widzenia. Gostowit zasłaniał sobą wyjście z karczmy, obserwując żonę z mieszanymi uczuciami. Najwyraźniej dopiero teraz, gdy gniew trochę opadł, zdał sobie sprawę, w jak bardzo opłakanym stanie znalazło się jego dziecko.
Sytuacja zaogniała się i lada moment wesele mogło przerodzić się w bijatykę. Venda szybko podeszła do Gostowita i przejechała dłonią po wilczym futrze kapoty. Przymknęła oczy i poczuła znów to dziwne mrowienie w palcach oraz pragnienie, by zarzucić odzienie na siebie.
Moc wciąż tu była.
- Słuchajcie! - Venda odwróciła się, krzycząc najgłośniej, jak umiała.
Przycichli po chwili.
- Kapota rzuca urok na pierwszego, kto ją założy. Ofiara była zawsze tylko jedna, pamiętacie? Wiecie wszyscy, jak to działa. Po pierwsze więc, tylko jeden z tych durniów zostałby wilkołakiem. Po drugie zaś, uważam, że nie kłamią. Moc ciągle jest zaszyta, kto nie wierzy, niech tu podejdzie i posłucha, jak woła, by ją uwolnić. Ale ostrożnie, ubiję każdego, kto podda się temu wołaniu. No, dalej! Chcecie spróbować, kowalu?
Zdamir prychnął wściekle, nie zamierzając dać się sprowokować. Ale widząc, że wszyscy na niego patrzą, poczuł niepokój w sercu. Kapota napawała dziwnym lękiem.
Opiekunka głaskała szare wilcze futro, teraz już pewna, że jest silniejsza od pokusy.
- Nie jestem twoim pieskiem, dziewczyno! - Zdamir skrzyżował potężne ramiona na piersi. - Nie będę tam szedł na zawołanie.
Venda uśmiechnęła się złośliwie.
- Dobrze, jak tam chcecie. Cieszy mnie, że wreszcie i wy wierzycie mi na słowo. A zatem będzie tak: Irke i Sadko wracają do swoich rodzin, które, ufam, będą miały na nich baczenie i nie pozwolą na żadne nowe głupoty.
Młynarze i bartnicy pokiwali głowami, pomrukami dając znać, że tak właśnie się stanie.
- W czasie pełni będziemy czuwać przy obu chłopakach. Spętamy ich, zamkniemy gdzieś, gdzie nie będą mogli zrobić nikomu krzywdy, przeczekamy noc i będziemy wszystko wiedzieć. A tymczasem proponuję wrócić do zabawy, bo słowo honoru, że po tym wszystkim marzy mi się kubek miodu. Wielki kubek. Albo lepiej cały gąsiorek.
Nie wszyscy byli zadowoleni z tego rozwiązania, ale podporządkowali się woli większości. Zabawa potoczyła się, z początku trochę na siłę, rozkręcając się z czasem w zwyczajne wesele. Venda została prawie do końca, obawiając się spuścić coraz bardziej pijanych górali z oka. Szczęśliwie nie wydarzyło się już nic niepokojącego.
Wróciła do chaty wraz ze świtem i padła na posłanie bez sił. DaWern przygarnął ją, na wpół śpiąc, i zachrapał.
Kiedy się ocknęła, było już ciemno. Skrzypnęły drzwi, zawiało chłodem, a następnie coś stuknęło o stół. Gotowa do obrony opiekunka zerwała się z posłania.
- Spokojnie! - DaWern łypnął na nią rozbawiony. - Coś ci się śniło?
Rozejrzał się za ścierką i sitem do cedzenia mleka. Venda zrozumiała, że tym, co słyszała przed chwilą, był stukot skopka o stół.
- Nie - mruknęła. - Ja tylko... Przez chwilę nie pamiętałam, że nie mieszkam już sama. Zlękłam się.
- Niepotrzebnie. Przecież wszyscy wiedzą, że mnie nie trzeba się bać. - Wyszczerzył w uśmiechu nieludzkie zęby.
Dziewczyna powoli zbierała się z pieleszy.
- O rany. A gdzie reszta mleka? - Rzuciła okiem do wiadra. - Masz niesamowity apetyt, wiesz?
- To nie ja! - Obruszył się. - To bydlę mnie nie lubi, nie chciała więcej dać. Nie słucha się, mimo że doskonale dałem jej do zrozumienia, kto tu rządzi.
Zielarka pokręciła głową, zrezygnowana.
- W to akurat wierzę. Ale nic jej nie jest, prawda? To dobrze. Pójdę do niej za chwilę.
- Ale po co? Wszystko zrobiłem.
- Dziękuję, jesteś wspaniały. Ciekawe, jak tam we wsi. - Strategicznie zmieniła temat. - Wczoraj odnalazła się kapota...
- Nikogo tu nie było, więc chyba cię nie potrzebują. - Odstawił wiaderko po przecedzonym już mleku. - Głodna?
- Nie, obżarłam się tej nocy jak bąk. Starczy mi do kupalnocki!
- To świetnie! - Złapał ją wpół i mocno przyciągnął do siebie. - No to teraz poświętujemy po mojemu!
- Ale już po wilczych świętach! - pisnęła, niby to się broniąc.
- Tak, ale Gody trwają, nie? No to pokaż wilkowi, dziewczynko, jak bardzo są Szczodre.
Mróz nie odpuszczał. Szczypał w nos i policzki, rzeźbił długie sople u strzech. Słońce przygrzewało, skrząc się na śniegu i rażąc zielarkę w oczy, kiedy szczelnie otulona podbitym futrem płaszczem schodziła do wioski. Była w tak świetnym humorze, że usłyszawszy wesołe piski od strony skutego na kość jeziora, zboczyła w tamtą stronę i przez dłuższą chwilę ślizgała się po lodzie wraz z dzieciakami. Potem pożegnała się, na odchodnym machając odzianą w grubą rękawicę dłonią, i ruszyła w dalszą drogę.
Szczęśliwy czas wokół zimowego przesilenia trwał w najlepsze. Ludzie odpoczywali, odwiedzali się nawzajem, popijali miód i dużo jedli, co jakiś czas zarzekając się, że więcej już w siebie nie wcisną, a potem jedząc dalej.
- Witajcie, panie Tinne! Larse! - przywitała się zielarka, mijając sąsiadów. - Pięknie nam się Swarog odradza, prawda?
Okutani w płaszcze i futrzane czapy mężczyźni ciągnęli za sobą sanki. Każdemu dostała się do wożenia jedna z córek Tinnego. Dziewczynki były nieduże, ale najwyraźniej zabawa trwała od jakiegoś czasu, bo mężczyźni zdążyli się porządnie zziajać. Z ochotą przystanęli na moment.
- Ano. - Tinne poprawił opadającą na czoło czapę. - Aż trudno uwierzyć, że Sine Wody mogłyby dziś zamarznąć, taki piękny dzień.
- Na Roda, ten znowu o swoim! - Larse pokręcił głową. - Ciesz się słońcem, a nie myśl o najgorszym!
- Na powrót wiecie kogo zawsze trzeba być przygotowanym. Prawda, opiekunko?
Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. W taki dzień jak ten sama nie wierzyła, żeby złe miało nadejść za jej życia.
- Czasem trzeba pozwolić sobie zapomnieć, panie Tinne - odrzekła. - Nie mówię, że na zawsze, ale na chwilę. No, bawcie się dobrze!
Pomachała do rozradowanych dziewczynek, na co starsza uśmiechnęła się promiennie i odmachała.
Odchodząc, Venda zobaczyła jeszcze kątem oka, że mała szturcha łokciem młodszą.
- Czemu nie odmachałaś, Heliczka? - dotarło do uszu zielarki. - Jak nie będziesz grzeczna, opiekunka naśle na ciebie potwory.
Venda parsknęła pod nosem, ale dziewczynki nie mogły już tego widzieć, bo sanki ruszyły w jedną stronę, a opiekunka pomaszerowała w przeciwną.
Już wiem, dlaczego dzieci na ślizgawce tak dziwnie na mnie patrzyły, pomyślała rozbawiona. Zostałam straszakiem na łobuzów.
Pozdrawiając po drodze kilku sąsiadów, dotarła do chaty Lusego. Od dnia porodu Atrą opiekowała się zaglądająca do niej co dzień Marozowa, a pomoc opiekunki ograniczała się do podsyłania odpowiednich mieszanek ziół. Stara kobieta wiedziała, co robić. Venda ufała jej i skupiła się na świętach, bo wiedziała, że gdyby zaszła taka potrzeba, po prostu po nią poślą. Teraz jednak stwierdziła, że zajrzy do położnicy.
Choć rana goiła się jak należy, Atra wyglądała bardzo marnie. Jasne loki opadały jej w nieładzie aż do pasa, niemyte i nieczesane od kilku dni. Piękna twarz wychudła, oczy podkrążyły sine cienie. Powitała opiekunkę naburmuszonym wyrazem twarzy i spojrzeniem zamkniętego w klatce dzikiego zwierzęcia.
- Na Welesa, któż to się nareszcie objawił nam, maluczkim? - przywitała Vendę kąśliwie. - Toż to nasza opiekunka! Myślałam, że już nie żyjesz, bo ani widu, ani słychu po tobie...
- Byłaś pod dobrą opieką - odparła spokojnie zielarka. - Słuchaj się babki Marozowej, to szybko dojdziesz do siebie.
Kobieta prychnęła tylko, wywracając oczami, a jej mąż natychmiast zaczął się skarżyć:
- Powtarzam jej, że musi leżeć, ale nie chce mnie słuchać. Co chwila wstaje, chociaż przecież mogę jej podać, co chce.
- Nie da się tyle leżeć! - warknęła natychmiast położnica. - Nikt by nie wytrzymał. Ty mnie w ogóle nie rozumiesz, matole. Demony zabrały moje dziecko, a ja mam się oszczędzać i czekać! Aż mnie skręca w środku, nie możecie tego zrozumieć, tumany jedne?!
- Uspokój się, Atra. - Venda skarciła ją ostro. - Wiemy, jak wygląda sytuacja. Jeśli chcesz szybko wyjść z chaty i pomóc szukać swojego chłopca, to się podporządkuj. Im bardziej stajesz okoniem, tym dłużej tu poleżysz. Ogarnij się, umyj, przepierz te łachy i zrób coś z włosami, bo wyglądasz jak wiedźma spod skały. A potem na posłanie i leż, aż wydobrzejesz.
- Tak, bo mi teraz na wyglądzie zależy - prychnęła blondynka, ale odruchowo przejechała dłońmi po zlepionych potem lokach.
Venda znała doskonale próżność najpiękniejszej w dolinie i wiedziała, gdzie uderzyć.
- Bierz się do życia, dziewczyno - poradziła. - Spodziewałabym się po tobie czegoś więcej niż użalania nad sobą. Zamień te jęki i stęki w gniew przeciwko tym, którzy są winni całemu bałaganowi. A, nie! Nie możesz, bo to przecież ty. - Uśmiechnęła się na koniec złośliwie.
Atra wydęła usta naburmuszona, ciskając z oczu piorunami.
- To oni - burknęła. - To przez nich to wszystko. Cholerne demony nie wsadziłyby mi dziecka do brzucha, gdyby ojcom nie przyszło do głowy mnie swatać!
- Co? - Zielarka poczuła, że jeszcze chwila i straci cierpliwość.
Odłożyła torbę, w której szperała, poszukując ziół, po czym podeszła do posłania chorej.
- O, nie - syknęła dobitnie i zaskoczyło ją, jak bardzo jej ton przypominał głos opiekuna. - Mogłaś mieć każdego chłopca w dolinie. Mogłaś się szmacić i wziąć sobie nawet któregoś z żonatych, pewnie żaden by się nie oparł. Ale nie, ty wolałaś się puszczać z demonami. Dopiero one były dość dobre, by ci dorównać, tak? Dość niezwykłe, wyjątkowe, tak jak ty. Nikt cię na Cmentarz Wyklętych siłą nie zaganiał, biegałaś tam pewnie w podskokach, niczym łania. Więc nie zwalaj teraz na rodziców, na demony czy na mnie, bo ty i tylko ty odpowiadasz za tę tragedię.
- Ale...
- I to przez ciebie - nie dała sobie przerwać - dziecko, które nie jest winne temu, kto je spłodził, leży bogowie wiedzą gdzie.
- No właś...
- I przez ciebie - warknęła zielarka - będę narażać kark i stawać przeciw istotom, które pewnie przewyższają mocą nas wszystkich. Przez ciebie, twoją miłość do siebie i niewyżytą dupę. Miej więc chociaż tyle przyzwoitości, żeby siedzieć cicho, jak ci ktoś pomaga. A teraz muszę cię obejrzeć, więc łaskawie zrób to, co robisz najlepiej - rozłóż nogi.
- Nic nie rozumiecie - mruknęła Atra przez zaciśnięte gardło. - Nienawidzę was wszystkich.
Venda przeszła na drugi koniec posłania, czekając, aż dziewczyna spełni jej żądanie. Nie patrzyła już na nią. Wiedziała, że piękność najchętniej by ją opluła i wyrzuciła z chaty.
- Łamiesz mi serce. - Pozwoliła sobie jeszcze na ostatnią uszczypliwość. - A teraz szerzej. Już.
Opiekun, kiedy żył, potrafił mówić w taki sposób, że nawet najbutniejsi dostawali szczękościsku. Wewnątrz w człowieku płonął żywy ogień, ale ton opiekuna, połączony z surowym spojrzeniem szarych oczu, sprawiał, że nikt nie ośmielał się przeciwstawiać. Venda nienawidziła ojczyma z całego serca za rozkazy wypowiadane w ten sposób.
Aż do dzisiaj nie wiedziała, że też potrafi tak mówić. Odkrycie okazało się niepokojąco przyjemne.
- Jest bardzo dobrze - orzekła po chwili ciszy. - Podziękujcie babce za opiekę.
- Podziękujemy - przytaknął Lusy, choć bez entuzjazmu. Widocznie przypomniał sobie, jak właściwie znalazł się w obecnej sytuacji, i nie był już tak gorliwy w niesieniu pomocy żonie. - Zima jest ciężka i słyszałam, że lisy wydusiły jej wszystkie kury. Pewnie przyda się trochę jajek.
Za dobry jest, żeby się marnować przy tej jędzy, pomyślała Venda, posyłając chłopakowi dłuższe spojrzenie. A pomyśleć, że jeszcze wiosną wyłowił w rusalia wianek Jady. Życie poukładało się w zupełnie nieprzewidywalny sposób. Kto wie, co jeszcze przyniesie? Jedne chyba tylko rodzanice, co każdemu po narodzinach znak na czole uczyniły, decydując o całym życiu.
Wysupłała z torby garnuszek z maścią i postawiła na ławie.
- Smarujcie dalej, bo widzę, że rana ładnie się goi - poleciła. - Tu macie też zioła. Nie zaszkodziłoby i bogom ofiarę złożyć, poprosić o siły i podziękować za to, że Atrę przy życiu utrzymali.
Lusy przytaknął, obiecując, że tak właśnie zrobią. Venda zaczęła się zbierać do wyjścia, kiedy milcząca i obrażona Atra nie wytrzymała.
- Dlaczego do tej pory nie zrobiłaś nic, żeby odzyskać moje dziecko? - wypaliła.
Zielarka szczelnie otulała szyję chustą.
- Byłam zajęta, miałam na głowie wilcze święta...
- Słyszeliśmy - ożywił się chłopak. - Ojce mi mówili o zniknięciu kapoty, no i że Sadko albo Irke będą pewnie wilkołaczyć w najbliższą pełnię.
- Tego jeszcze nie wiemy - uspokoiła go. - Myślę, że chłopcy mówią prawdę i nie założyli skór. Ale musimy być ostrożni.
- Wiadomo.
- Zaraz, zaraz - przerwała im z posłania położnica. - Moje dziecko na mrozie i śniegu sypia gdzieś z demonami, a ty mówisz, że byłaś zajęta czym innym?!
- A co miałabym zrobić? - Zielarka hardo podrzuciła brodą. - Nie umiałaś mi powiedzieć nic na temat natury tych stworzeń. Nie wiem, jak z nimi walczyć, czym są albo kim byli za życia. Nic nie wiem! Właśnie idę na Cmentarz Wyklętych zapalić światło opiekunowi i mam zamiar się rozejrzeć. Ale nie oczekuj, że naprawię twoje błędy na zawołanie. To nie jest jakiś wąpierz czy rusałka. Nie wiem, jak się za nich zabrać, muszę poszukać w księgach, pomyśleć.
- To jest dziecko - wycedziła wściekle Atra.
- Wiem. Nie zapominam o tym, ale zakładam, że demony dbają o nie, skoro zadały sobie tyle trudu, by je porwać. Obiecuję, że teraz się tym zajmę i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby odzyskać waszego synka.
- Mojego. - Atra poprawiła ją natychmiast.
Kątem oka opiekunka dostrzegła grymas, jaki przebiegł przez twarz Lusego. Czy ta dziewczyna musi go tak ranić?, pomyślała z irytacją.
- No, w każdym razie zrobię wszystko - powtórzyła. - A jeśli ty coś sobie przypomnisz albo wpadniesz na jakiś pomysł, natychmiast dajcie mi znać. I żadnych głupot. - Pogroziła dziewczynie palcem. - Żadnego działania w pojedynkę. Razem mamy największe szanse, zrozumiano?
Atra parsknęła lekceważąco pod nosem, ale przytaknęła łaskawie.
Venda pożegnała się, czując, że to dopiero początek kłopotów.
Dzień wciąż był piękny, ale jeśli chciała wrócić do siebie przed zapadnięciem zmroku, musiała ruszać się żwawo. Droga na Cmentarz Wyklętych zasypana była śniegiem, więc tuż po wyjściu z chaty Lusego przypięła plecione z wikliny śnieżne buty. Dzięki nim nie zapadała się tak głęboko, jednak mimo to droga do lasu była mozolna i zdawała się o wiele dłuższa niż latem.
Zanim Venda dotarła na miejsce, skórzane buty zdążyły przemoknąć, a dół sukienki ozdobiły drobne kulki śniegu i lodu. Podobnie przedstawiała się sytuacja owijaczy, otulających nogi pod sukienką aż po kolana. Mimo wszystko spełniały swoją funkcję. Okutana płaszczem aż po czubek głowy dziewczyna zgrzała się jak pies, brnąc przez zaspy i starając się nie strącać na siebie białych czap z gałęzi sosen.
Wreszcie dotarła na miejsce. Niski, stary murek był zupełnie zasypany, a nieopodal ogromnego dębu wystawał jedynie czubek kapliczki zapomnianych bogów. Część grobów i kurhanów również schowała się pod śniegiem, ale Venda bez trudu trafiła do grobowca opiekuna, przygniecionego kamienna płytą.
Odgarnęła warstwę śniegu, by postawić świecę. Wygrzebała z torby krzesiwo oraz hubkę i wprawnymi ruchami roznieciła ogień. Zapaliła świecę i zapatrzyła się w jej płomień, nasłuchując odgłosów lasu. Choć cmentarz stanowił jego maleńką część, ptaki i zwierzyna trzymały się z daleka. O tej porze roku las był z natury cichy i uśpiony, ale tu brak dźwięków aż dzwonił w uszach.
Poczuła dreszcz na plecach, choć wciąż jeszcze była rozgrzana po szybkim marszu. Słońce schowało się za chmurami i dzień natychmiast zrobił się ponury. Wydawało się, jakby za kilka chwil miało zacząć zmierzchać. Nie mogła tu długo zostać.
Próbowała powspominać opiekuna, przypomnieć sobie te lepsze dni, które razem spędzili, porozmawiać z ojczymem, ale nie mogła się skupić. Zasmuciło ją też, że nie poczuła jego obecności. W czasie Dziadów i zwyczajowych obrzędów, którym towarzyszyły wizyty przodków, zdawała sobie sprawę z ich obecności, mimo że nikt ze zmarłych nie należał do jej rodziny. Tymczasem opiekun nie przychodził, by dać jej znak. Być może dlatego, że tam, dokąd odszedł, nie docierały myśli jego pasierbicy.
A być może dlatego, że nigdy nie odszedł?
Jego ciało ożyło po śmierci i zostało uśpione przez wbicie gwoździa w czaszkę. Venda odprowadziła ducha na rozstaje i wypuściła w zaświaty. Ale czy to na pewno była prawda? Czy duch opiekuna w ogóle oddzielił się od ciała ożywieńca?
Wzdrygnęła się na samą myśl, że pod płytą, w głębokim grobie, jej ojczym wciąż tylko drzemie, czekając, by kiedyś znów wyjść na świat. Uświadomiła sobie, że pewnie przyszedłby znów do niej i ta myśl przeraziła ją tak, że prawie zerwała się do ucieczki.
Oddychała szybko, a serce waliło jej w piersi niczym kowalski młot.
Zupełnie niespodziewanie ponownie poczuła dreszcz na plecach, a w myśli wdarł się cichy głos:
Słyszeliśmy o tobie, opiekunko.
Rozejrzała się, usiłując zachować twarz i nie okazać strachu. Nie dostrzegła nikogo. Słowa również docierały do niej tak słabe, że łatwo mogłaby je przegapić, gdyby nie przyszła tu gotowa na spotkanie. Podświadomie oczekiwała czegoś niezwykłego i chyba tylko dlatego, że jej zmysły były bardzo wyczulone, mogła nawiązać kontakt.
- Ja też o was słyszałam - powiedziała spokojnie, na powrót skupiając się na świecy. - Porwaliście dziecko.
Porwaliśmy? Przecież było nasze. To nasz syn, nasza krew. - W głosie czuć było dumę. - Chcesz nam go odebrać, opiekunko? Przecież jesteś słaba, nie masz nawet dość daru, żeby nas zobaczyć.
Spróbowali jej dotknąć, poczuła delikatny powiew lodowatego powietrza na policzku.
- Wy nie możecie mnie dotknąć - odparła kpiąco. - Jesteśmy kwita.
Tylko za dnia. Po zmierzchu nasza moc rośnie. Twój brak daru pozostanie brakiem.
- Nie byliście w stanie dobrać się do męża waszej kochanki, kiedy miał przy sobie amulety.
Ale byliśmy w stanie zabrać dziecko z chaty, którą nasza kochanka próbowała chronić.
Venda była przekonana, że Atra nie znała się na amuletach tak dobrze, jak jej się wydawało, a z pewnością nie tak dobrze jak opiekunka. Nie miała jednak zamiaru chwalić się tym przed demonami. Im niżej będą ją cenić, im mniej groźna będzie się wydawała, tym lepiej.
- Oddajcie chłopca matce - zażądała bez zbędnych emocji. - Potrzebuje jej.
Nie chciała zabrzmieć ani zbyt uniżenie, ani zbyt hardo. Nie wierzyła, by dało się odzyskać dziecko po dobroci, ale musiała choć spróbować. Upiory zaszemrały gniewnie.
Nigdy. Zdradziła nas, nie oddamy jej dziecka!
- Więc dajcie je mnie, jeśli tylko o to wam chodzi.
Nie! - Zawyły wściekle. - To dziecko wyrośnie na wielkiego męża i dokona wspaniałych rzeczy. Rzeczy, których ta dolina jeszcze nie widziała!
- Jeśli zamarznie w lesie, nie dokona niczego.
Upiory roześmiały się tylko.
Nie zamarznie, jego krew jest zbyt gorąca. To wyjątkowe połączenie.
Venda zrozumiała, że niczego w ten sposób nie wskóra, a nie miała zamiaru stawać w szranki z demonami tu i teraz. Nic o nich nie wiedziała.
- Kim wy do licha jesteście? - spytała wprost.
Ich śmiech brzmiał jak syk stada węży. Znów poczuła, że próbują jej dotknąć, i tym razem chłód upiornych palców był wyraźniejszy. Musiała się stąd zabierać, zanim nastanie ciemność.
Chcielibyśmy wszystko ci powiedzieć - odparł jeden z upiorów nieszczerze. - Pokutujemy tu za przewinienie wobec tego samego pana, któremu służysz.
- Wobec mojego pana? - zdziwiła się. - Roda?
Nic nie rozumiesz - znów rozbrzmiał śmiech. - Takich jak ty na tym cmentarzu jest wielu. Rozpoznajemy was po zapachu, wszak jesteśmy prawie rodziną.
- Tylko jeden opiekun został tu pochowany. W jaki sposób jesteście dla mnie rodziną?
Nie odpowiedzieli. Napawali się jej niezrozumieniem. Zielarka wiedziała, że są równie próżni jak Atra. Jeśli zada odpowiednie pytanie, będą chcieli odpowiedzieć tylko po to, żeby udowodnić swoją wyższość. Rzecz w tym, że nie wiedziała, o co spytać, by dowiedzieć się tego, na czym jej zależało. Zmarszczyła brwi. Nie rozumiała niczego, ale spróbowała zapamiętać to, co powiedział upiór, najdokładniej jak potrafiła. W jego słowach musiała kryć się podpowiedź.
Z daleka czuć cię wilkiem, opiekunko - głos rozbrzmiał tuż przy jej uchu.
- Bo mieszkam z wilkiem - odparła.
To też wiemy. Przemyśl, czy warto z nami walczyć. Może lepiej się do nas przyłączyć?
- Nie mylcie przyjemności z powinnością. Nie dajcie się zwieść pozorom.
Doprawdy?
Poczuła, jak ze złości krew występuje jej na policzki. Dawno już nikt nie traktował jej w taki sposób, nie sprawił, by czuła się zagubiona.
Nie przedłużając rozmowy, podniosła z ziemi swoją torbę z ziołami. Ruszyła ku wyjściu z cmentarza.
Uciekaj, opiekunko, uciekaj! - Upiory szydziły za jej plecami. - Już wkrótce zapadnie noc!
- Nie uciekam - odparła, siląc się na spokój. - Odchodzę. Do następnego spotkania.
Idź, opiekunko. Idź i czekaj mrozów. Oby nadeszły szybko!