Oskarowi Hors: Granvi: Howard.
CZĘŚĆ I.
I.
Na skraju ciemnego boru i rozległych pól, pogrążonych w sinawo-białym tumanie zimowego wieczoru, stało dwu jeźdźców na tęgich koniach. Mężczyźni mieli na sobie futrzane tołuby i kołpaki, na nogach wysokie butforty. Obaj uzbrojeni byli w strzelby i rewolwery, jeden z nich miał bagnet, drugi szablę przy boku. Stali już kwadrans, milcząc. Tylko niepokoiły się konie, dzwoniąc munsztukami i prychając. Jeden z jeźdźców poklepał szyję wierzchowca dłonią w futrzanej rękawicy i zwrócił się do towarzysza.
- Wyglądamy jak pikieta kawalerji, albo jak bandyci, zaczajeni na podróżnych.
- Masz słuszność. Górska gotowa się nas przestraszyć - odrzekł drugi młodym, dźwięcznym głosem o minorowym brzmieniu.
- Wiesz co, Tomku, zróbmy kawał i nastraszmy ją, mamy po temu wszystkie warunki.
- Dajże pokój, baba jakaś egzotyczna, rozchoruje się, ataku nerwowego dostanie i co tu z nią poczniemy
- Prawda, że to jakaś wdowa. Pocóż ona przyjeżdża do Warowni?
- Zachciało się pani naszej zimy po upałach Riviery.
- To musi być histeryczka. Jak ty ją sobie, Tomku, wyobrażasz?
- Zupełnie jej sobie nie wyobrażam, rodzice ją mało znają, wiemy tylko, że jest stryjeczną, cioteczną, czy jakąś tam siostrą ojca i że się nazywa Elża Górska z domu Burbianka.
- Elża?...
- Tak się podpisała. Ojciec mówi, że na imię jej Leontyna, dlaczego się przerobiła na Elżę, to już dla nas tajemnicą.
- Ile ona ma lat?...
- Ojciec oblicza, że pięćdziesiąt kilka.
- Phi!!. To poco my tu stoimy?...
- To prawda, marznąć dla jakiejś baby. No, ale znowu narazić ją na wilki z racji jej pięćdziesiątki - to trochę... tego...
- Mogli wszak pojechać gajowi.
- A sport. Sam chciałeś, jesteśmy ochotnikami w tej wyprawie. Melu, patrz coś się czerni w oddali, prawda?
- To kępa tarnin przy drodze. W szaro-mętnej przestrzeni zdaje się, że ten punkt sunie naprzód. Złudzenie optyczne, nic więcej. Nas tu wilki opadną, zanim się baba przywlecze, a ty się spóźnisz.
- Dokąd?...
- Masz tobie. Zapomniałeś?...
- A... a!... Uprzedziłem Karolcię, że dziś zjawię się późno.
- Zbeczy się biedactwo i będzie wyglądała brzydko z czerwonemi oczami.
- Pojadę do niej jeszcze dziś.
- Ty z nią za delikatnie postępujesz.
- Jakto, nie rozumiem?...
- No, bo z taką tam dziewczyną... ceregiele...
- Ona mnie kocha.
- To tem lepiej... i łatwiej.
- Ty tego nie pojmujesz, Melu, a to takie proste. Słyszysz... janczary, więc jednak nie myliłem się, ten punkt to sanki. Patrz...
- Prawda! Zbliżają się. Wiwat! jedzie baba. Ogromnie jestem jej ciekawy pomimo jej pięćdziesięciu lat. Zawsze trochę przywiezie z sobą tchnienia Zachodu, którego się już tak dawno nie odczuwało.
Obaj ruszyli końmi kilka kroków naprzód, do drogi, patrząc na rozbiegane czarne bachmaty, które z prychaniem i dzwonieniem uprzęży nadbiegały, jak lewiatany, waląc z góry kopytami po wyślizganym torze. Ponad czarną masą końskich spasionych ciał czerniała wielka figura stangreta w kożuchu i futrzanej czapie.
Tomasz Burba poczuł jakiś szczególny dreszcz, krew napłynęła mu do mózgu gorącą falą.
- Co u djabła! - syknął.
- Co mówisz? - spytał Mel Uniewicz, lecz Burba szarpnął koniem i wyskoczył na środek drogi.
- Stój! - krzyknął donośnym głosem.
Stangret wstrzymał kłusaki. Z sanek wychyliła się niekształtna postać okutanej w futra kobiety.
Burba zdjął czapkę i przemówił grzecznie, pochylony lekko do przybyłej.
- Jestem Tomasz Burba, a oto mój przyjaciel, Melchjor Uniewicz.
- Wielki koniuszy dworu Burbów - dodał z ukłonem przedstawiony.
- Przyjechaliśmy tu na spotkanie pani, by ją przeprowadzić przez bór, w którym zdarzają się napady wilków - dokończył Burba.
Stangret dodał uwagę od siebie.
- Dziś straszno jechać, konie czujne aż dziwno, rwą się jak odurzałe i chrapią. Gromniczna tuż, to teraz najgorzej.
- Niech się szanowna pani nie lęka - rzekł Uniewicz - mamy broń i zresztą jesteśmy tu jako jej eskorta. Nie dopuścimy do wypadku.
- Bardzo mi miło powitać panów, zdumiewam się tylko nad... temi wilkami.
Alt jej głosu wywołał nowy dreszcz u Burby i szybkie spojrzenie w jej stronę. Uniewicz natomiast zanotował milczącą uwagę: Daleka od dziewiczego sopranu - głośno zaś dodał:
- Przyjechała pani do dzikiego kraju, po Rivierze odrazu... na wilki...
- Byle nie w ich paszczę.
- Ach, szanowna pani raczy być spokojną - tacy rycerze jak my...
- Pani pozwoli - odezwał się Burba, - że siądziemy na sanki, wierzchowce pójdą na przyprzążkę.
- Proszę panów.
Usunęła się na prawą stronę, przy niej siadł Uniewicz, mówiąc z przymileniem.
- Pragnąłbym teraz ucałować rączkę czcigodnej pani, jako naszej pupilki, więc o ile rączka nie nazbyt zamufowana...
- Zanadto zamufowana - brzmiała krótka, sucha odpowiedź.
- Aaa... pardon!
I Uniewicz zagryzł usta z lekkiej irytacji. Burba tymczasem pomagał stangretowi doprzęgać konie na orczyki po bokach dyszlowej pary, czwórka w obręk rwała się naprzód, strzygąc uszami.
- Czy duży ten bór? - spytała Górska.
- Pięć wiorst drogi, przecinamy go wpoprzek, - odpowiedział Burba.
- Ach, to olbrzym!
- Toż warownieckie bory, - znowu wtrącił stangret.
- A... do Warowni daleko?..
- Dziewięć wiorst.
Rozmowa umilkła. Po krótkiej chwili wszystko już było gotowe do dalszej podróży. Tomasz Burba usiadł obok stangreta, odwrócony twarzą do Górskiej. Ruszyli.
- Obejrzałeś strzelbę, Melu? Czyś aby spuścił kurki
- Cóż znowu, jestem przytomny.
- Bywasz niekiedy roztargniony.
- Nie mam powodu być nim teraz. W obecności starej kostycznej baby - dokończył w myśli.
Milczenie przedłużało się, przerwała je wreszcie Górska, wypytując o wilki, lasy i okolicę, wciągała do rozmowy głównie Burbę.
- Czy szanowna pani długo bawiła na Rivierze? - z umyślną uniżonością pytał Uniewicz.
- Dwie zimy po kolei.
- A lato spędzała pani w Szybowie? - zagadnął Tomasz.
Długa chwila ciszy.
- Nie.
Coś jakby śmiech drgnął w jej głosie.
- Więc pani przebywała stale zagranicą? Zazdroszczę jej tego. Cóż za szczęście być ciągle w ogniskach kultury Zachodu, w świecie cywilizacji, no i wśród cudów przyrody, - egzaltował się Mel. Burba mu przerwał:
- Jeśli o to chodzi, to i Szybów jest przepiękny. Byłem tam w wieku chłopięcym z kuzynem Joachimem, który mnie zabrał ze szkół na święta wielkanocne. Ale pani przebywała wówczas na kuracji w Warszawie.
- Kto... ja?
- No... tak, więc nie miałem przyjemności jej poznać. Szybów jest z natury piękny, przytem mąż pani, ś. p. kuzyn Joachim, ogromnie podobno Szybów ucywilizował. Wspaniała rezydencja, park, budynki...
Górska zakrztusiła się suchym jakimś, nienaturalnym kaszlem.
- Masz tobie, baba astmatyczka, - mruknął Mel do siebie.
- Przeziębiła się pani, - rzekł Burba.
- Nie, to już mój kaszel... chroniczny. Starość, na to i Riviera nie pomoże.
- Szczególnie szczera niewiasta, albo ma już sześćdziesiątkę - pomyślał pan Mel, jednocześnie zaczął z przesadną elegancją:
- Obmawia się pani.
Wtem stangret zwrócił się gwałtownie z kozła.
- Wilki... paniczu!!
Burba stanął w sankach.
- Gdzie? Widzisz ich?
- Konie tulą uszy i wspierają się na zadach, stado jest blisko.
Istotnie cała czwórka zaczęła się nagle cofać, jakby w popłochu; chrapliwy głos niby ryk wydobywał się z jej nozdrzy, grzywy i ogony ponajeżane, głowy na wygiętych szyjach pochylone w dół i nastawione, strzyżące niespokojnie uszy wskazywały na niechybne niebezpieczeństwo.
- Zatnij batem, Łukaszu, i wal całym pędem. Uważaj tylko na konie i drogę, reszta nasza rzecz! - komenderował Burba.
- Czy pan widzi wilki?.. - spytała Górska.
- Jest kilka sztuk w haszczach z lewej strony, będzie ich więcej. Baczność, Melu! wysuwają się bestje...
- Widzę.
- Szablę masz pod ręką?..
- Tak.
Burba zwrócił się gorączkowo do Górskiej.
- Niech się pani przedewszystkiem nie boi. Najwyżej proszę krzyczeć, krzyczeć z całych sił.
- Ależ pani kaszle, Tomku.
- Prawda. Zatem...
- Nic nie szkodzi, będę krzyczała, jeśli to pomaga.
- Paniczu, - napadają!
- Atakują! - zawoła? jednocześnie Uniewicz i skierował fuzję w stronę gąszczów.
Z czarnych otchłani boru wysunęło się kilka śmigłych, ciemnych ciał zwierząt i w podskokach biegło ukosem wprost na sanki.
- Jezus Marja! - krzyknęła kobieta.
- Pal!! - wrzasnął Burba.
Dwa strzały zlały się prawie z sobą; jedno ciało w skurczu śmiertelnym podskoczyło w górę i upadło cicho na śniegu. Ale z lasu jęły wysuwać się nowe bestje, sunąc szybko ku jadącym.
Rozległo się przykre nad wyraz kłańcanie zębów wilczych. Kudłate, zwinne zwierzęta atakowały konie, zabiegały z boku, z tyłu sań, a wark, szczek ich groźny mroził krew w żyłach. Stangret wygiął się w pałąk i, trzymając silnie wodze czwórki, wrzeszczał nieludzkim głosem, wpatrzony tylko w konie, czujny, uważny, snać obyty z podobnymi napadami. Konie, jakkolwiek rwały szalonym cwałem po śliskim gościńcu, świszcząc i rycząc nozdrzami, były jednak przytomne; strzały Burby nie straszyły ich wcale. Z wciśniętemi w szyję głowami, z zębami wyszczerzonemu i dzikim płomieniem w ślepiach broniły instynktownie gardła. Burba strzelał niemal bez przerwy. Z niesłychaną szybkością i zręcznością nabijał fuzję i palił tak celnie, że trupy wilków padały dość gęsto na białej drodze, lub też ranne z przeraźliwym skowytem wiły się w konwulsjach. Uniewicz strzelał nieco rzadziej i mniej celnie, ale z równą furją, klął przytem jak dragon i, nabijając fuzję, darł się świdrującym dyszkantem:
- Czekasz, jucho, na kulkę Uniewicza! - Hu!.. Ha!., szelmy zatracone, bij ich!.. Pal!.. Łup!..
Górska krzyczała donośnie, jakby hukając w lesie, jednocześnie podziwiała męstwo i zimną krew Burby. Drżała jednak na całem ciele, chwilami ogarniał ją lęk paniczny, zimny oblewał ją dreszcz, gdy nowe kudłate cielska wyłaniały się z boru.
- Na Boga! My się nie obronimy, - rzucała, przejęta zgrozą chwili, i tym głośniej zaczynała hukać:
- Ho!.. Ho!.. Hu!., hu!!. Haaaaa!..
- Skąd u starej baby taki głos, - dziwił się Uniewicz.
- Pani do reszty już ochrypnie - przestrzegał ją ironicznie.
Nagle Górska zerwała się z siedzenia i runęła całą postacią naprzód, wprost w ramiona Burby. Przeraźliwy, obłędny krzyk wypadł z jej piersi.
Stary, ogromny wilk wskoczył z tej strony na sanki i szarpał jej futro. Burba powstrzymał ją jednym ramieniem, drugim zaś zrobił ruch gwałtowny i wilk, rażony kolbą strzelby w głowę, zwalił się z sań.
- Niech się pani uspokoi, - rzekł Burba, sadowiąc zdrętwiałą kobietę na siedzeniu. Lecz nie dokończył zdania, gdy kilka wilków rzuciło się z przodu na konie. Burba strzelił po linji dyszla, konie skoczyły w bok i jęły ponosić.
- Trzymaj, trzymaj!.. Pal!!.. bij!.. - ryczał Uniewicz.
Zaczęła się walka straszna, pełna trwogi i okrutnej zaciekłości. Uczynił się zamęt, słychać było kwik koni, dziki przeraźliwy charkot bestji, który zlewał się z krzykiem Górskiej, Łukasza i Uniewicza. Nieustanne strzały i piekielne skomlenie i wycie rannych wilków potęgowało grozę chwili.
Burba nie stracił głowy, czuwał nad wszystkiem, kierował obroną.
- Niech mi pan da bagnet, - zawołała Górska.
Burba podał jej broń prędkim ruchem.
- Proszę ostrożnie.
- Tomek pal!.. nowe stado!.. - wrzasnął Uniewicz.
- Piekło się na nas sprzysięgło, czy ki djabeł, naboi nie starczy, - warknął Burba wściekły.
Ze zdwojoną furją zaczął prażyć wilki, których tyle padało, że atak ich stopniowo osłabł. Już tylko pojedyńczo doskakiwały do sanek, zajadłe z najeżoną szerścią na karku i świecącemi jak latarnie ślepiami. W spienionych pyskach łyskały potężne kły, kłańcające bezustannie.
- Tych położymy, psiakrew, co do jednego!. - krzyknął Burba.
- Ja już nie mogę - jęknął Uniewicz. - Ty strzelaj, ja będę kłół.
Rzucił strzelbę, wyrwał szablę z pochwy i tuż prawie zakłół wilka, skaczącego na płozy.
- Na Uniewicza czekałeś!.. wilkołaku, poznaj jego rękę, bestjo!.. Masz!
Szabla zgrzytnęła na czaszce drugiego zwierza. Trzeci wilk ranny kulą Burby zakręcił się koło sanek i skoczył na plecy Górskiej. Ale ona teraz nie straciła przytomności. Dała w tył mocne pchnięcie bagnetem. Ostrze ugrzęzło w ciele zwierza, ranny powtórnie zwalił się na nią całem cielskiem, rwąc pazurami futro, lecz natychmiast puścił, gdyż rażony trafną kulą Burby runął, z sanek.
- Jezus Marja! - krzyknęła Górska.
- Co się pani stało?..
- Mógł mnie pan zabić, strzela pan jak Artur...
- Jak kto?..
- Ach nic... strzela pan wybornie, kula przeleciała tuż koło mej głowy.
- Celowałem przecie do wilka.
- Proszę pani, - wtrącił Uniewicz, - Tomek potrafi kolczyk wystrzelić, nie drasnąwszy ucha.
- Mel, uważaj!.. już tylko trzy. Te nasze.
Jeszcze kilka strzałów; jeden wilk rozciągnął się martwy na drodze, jeden ranny skowyczał rozpaczliwym jękiem, ostatni cofnął się do sporej gromady swych towarzyszy, biegnących w oddali po obu stronach gościńca.
- W konie teraz, w konie! - krzyknął Burba.
Odetchnął szeroko pełną piersią.
- No... szczęśliwie. Czemu, u djabła; pochodni smolnej nie zabraliśmy, blask płoszy wilki, ale atak już się nie powtórzy.
Łukasz świsnął batem i pomknęli z chyżością prawie zdwojoną.
- Doganiają nas! - krzyknęła Górska.
- Atakują na nowo, - nie ocalimy się dziś od tych bestji.
Tom, strzelaj! Niech pani krzyczy! Las rozbrzmiał nowym krzykiem, buchnęło kilka strzałów, wilki doganiały sanie, znowu złowrogie kłańcania.
- Trzeba poświęcić jednego konia z orczyka - zawołał Uniewicz, - nie obronimy się.
- Nie, nie! Za nic! - krzyknęła Górska.
- Bór zaraz się kończy; żeby na polu nie było nowych stad, tak od tych uciekniemy, pocieszał stangret.
Walka, strzelanina rozpoczęła się na nowo.
Tymczasem wypadli z boru.
Z przestrzeni rozległych, białych pól powiał na nich silny podmuch wiatru ze śniegiem i zakotłował śnieżnym pyłem, porywanym prawie z pod kopyt koni.
- Dymka się zaczyna, - źle... - mruknął Łukasz.
- Co znaczy... dymka? - spytała trwożnie Górska.
- Zawieja śnieżna.
Wilki zziajane, biegły tuż za sankami, nie ustępując pomimo strzałów z placu.
- Głodne juchy, - mówił Uniewicz, - odprowadzą nas na kolację do Warowni.
- Trzeba im jutro przysłać w nagrodę, że nas nie zjadły, kilka baranów faszerowanych strychniną, - dodał Burba, nabijając strzelbę.
Naraz stangret zawołał:
- Paniczu, coś czerni się przed nami, jakaś gromada.
- Wilki?! - przeraziła się Górska.
- Bylibyśmy zgubieni, - rzucił Uniewicz, zaniepokojony tym razem.
Burba wytężył wzrok.
- Istotnie, jakaś gromada sunie ostro wprost na nas... co to jest, Łukaszu?
- Czy ja wiem, paniczu, ćma taka wielka, że i nie dopatrzysz... Jakby, paniczu, wilki, broń Jezu! tak już po nas; trzeba boczne konie odprzęgać, a to nie poradzim.
- Rób to zaraz do djabła zamiast gadać, czasu brak! - krzyknął Uniewicz.
- Nie, nie, nie róbcie tego panowie, - błagała Górska i zaczęła się głośno modlić.
- Szczególna chęć poświęcenia własnej skóry zamiast końskiej, ja nie myślę ginąć dla miłości koni... - oświadczył Uniewicz.
- Czy pan zwarjował?..
- Uspokój się, Mel, - rzeki Burba. - Niech się pani nie trwoży, to nie wilki, to - ktoś jedzie. Tabun koni wali.
- A prawda, gromada jeźdźców. Któż to?
- Hej! Kto jedzie?!
Zamiast odpowiedzi z gromady buchnął wrzask tak potężny, że aż konie przy saniach szarpnęły się i przysiadły na zadach. Jednocześnie z okrzykiem tym wyskoczyły z zaćmy śnieżnej rozbuchane bachmaty, nad któremi wznosiły się machające ramiona jeźdźców, zbrojne w kije i strzelby. Zadęły rogi myśliwskie i cała ta burza z łomotem, tętentem i wrzaskiem minęła sanie i z impetem wpadła na ogłupiałe wilki.
- Bij!.. Łup!.. Wal!.. Rznij!.. - wołały głosy podniecone, a wtórował im Burba i Uniewicz z niemniejszym zapałem.
Burba zwrócił się do zdumionej Górskiej.
- To gajowi i dworscy z Warowni, ojciec ich widocznie wysłał na pomoc.
- Skądże wiedział o napadzie?..
- Domyślił się, to u nas częste wypadki w tej porze.
- Musi słyszeli strzały we dworze, - rzekł Łukasz.
- Ruszaj teraz żywo, już tam oni zapędzą wilki na koniec świata, nam czas do domu.
Hałas, wrzawa, krzyki i strzały oddalały się W stronę boru. Sanki pomknęły naprzód. Pędem minęli białe męty ośnieżonych pól, zaczerniał przed nimi drugi las i huczał basem w szalejącej już na drodze zadymce.
W sankach milczeli.
Zaledwo wjechali w las, gdy od drzew oderwało się znowu dwuch jeźdźców.
- Kto to? - krzyknął Burba.
- Swoi, z Warowni. Gajowi...
- Ach, to Stacho Domalewski. Czy i tu może być napad?
- My stąd przepędzili duże stado wilków, poszły na niedźwiedzi bróg, już nie wrócą, wystraszone, ale zawsze bezpieczniej. Panicze już pewno ustali od strzelania.
- Słyszeliście?!.
- Hej, taka palba, jak w bitwie, po śniegu echo niosło. Starszy pan usłyszał pierwszy i wraz nas zwołał.
Sanki minęły gajowych; konie, wyzbyte lęku, pędziły raźnym kłusem, prychając radośnie. - "Zdrów, - zdrów!" - odpowiedział im Łukasz.
- Czy tu lud mówi po polsku? - spytała Górska Burbę - bo i stangret i gajowi mają tylko akcent małorosyjski?
- Cała służba dworska i leśna to polacy i katolicy, proszę pani. Ojciec wprowadził to u siebie i utrzymuje. Wioski małorosyjskie są prawosławne i mówią swoim narzeczem - poczem rzekł swobodnie: - ale będą nam w domu radzi, konie parskają ochoczo.
- Ja tam zdrów nie jestem, ani rad, - żalił się Uniewicz. - Ręce mi odpadają od strzałów, głowa pęka, psssia...
- A pani jak się czuje po tej przeprawie? - pytał Burba pochylony ku Górskiej.
- Wybornie, rozpamiętywam przebytą emocję i podziwiam... pana.
- Czemuż nie mnie? - jęknął Uniewicz, - napsułem wilków nie mniej od Tomka.
- Ale się pan bardziej sfatygował.
- Aha, o to chodzi! Bo ja nie lubię walczyć bez zasady.
- Pocóż pan jechał?.. Nie było zasady.
- Ale była ciekawość. Jestem zresztą wierny Tomkowi, - jak żadna kobieta, więc dla towarzystwa poświęciłem siebie... i swoją strzelbą przyczyniłem się do... ocalenia pani.
- Od wilków czy od... astmy? Ha, ha!..
Uniewicz drgnął, zmieszał się; ale nie było rady - słyszała.
- Widzę, że nie tylko głos, lecz i słuch posiada pani niezwykły.
- Bajeczny, - powtórzyła.
- Hm... to szczególne.
- Zwłaszcza w moim wieku. Takie - baby wszystko już mają przytępione. Ach, jak tu pięknie! - zawołała nagle, wychylona z sanek.
- Obraziła się, jak Boga kocham, - myślał Uniewicz.
- To już Warownia... oznajmił Burba.
- Jakże tu cudownie!
Przed nimi leżała polana leśna otoczona ze wszech stron czarnym borem. Na wzgórzu, prawie pod lasem, stał wielki gmach, jakby zamczysko odwieczne, najeżone strzelnicami, z łamanym dachem. Dokoła coś jakby wał sypany i pojedynczo stojące olbrzymie wiązy. Wszystko osnute zaćmą sypiącego śniegu, tylko z wąskich, wysokich okien przebijały zmącone światła.
- Jesteśmy w domu, - rzekł Burba.
- Jaka oryginalna rezydencja. Czy to był zamek warowny?
- Tak, kiedyś, stąd pochodzi nazwa Warowni. Ale to już dawno, zostały tylko ślady z przeszłości.
- Daj pokój!.. trącicie tu wszyscy archaizmem, aż miło, - zaprzeczył Uniewicz. - Warownia to mauzoleum, w którym przyczaiło się polskie quattrocento i siedzi tu sobie bezkarnie, kpiąc z obecnego wieku i ludzi. Pani, jako przedstawicielka zachodu i nowoczesnej kultury, odniesie tu zapewne takie samo wrażenie.
- Skąd pan wie, może ja jestem także jakieś cinquecento.
- Hm, możliwe, ale już pewno z odrobiną renaissance'u, - spodziewam się.
- Wysiadamy! - zawołał Burba trochę niecierpliwie.
Sanki zatrzymały się pod olbrzymim gankiem, wspartym na wysokich filarach. Potężne drzwi otworzyły się szeroko, buchnął z nich strumień światła i ciepła. Wysoka postać w tołubie stanęła w progu, a na ganek wytoczył się ogromny kudłaty niedźwiedź. Górska, wstępując na schody, cofnęła się odruchowo, lecz Burba podał jej rękę.
- Proszę się nie bać, to nasz stary Kajtuś, wierny przyjaciel.
Niedźwiedź podszedł do przybyłej, wspiął się na tylnych łapach i, wpatrując się małemi bystremi oczkami w jej zakapturzoną twarz, liznął ją językiem po policzkach.
- Kajtuś, dość karesów!
I Burba odsunął niedźwiedzia, mruczącego przychylnie.
- Jest już pani w Warowni legalizowana. Kajtuś - to wyrok! - zaśmiał się Uniewicz.
Wtem niedźwiedź warknął złowrogo i rzucił się z boku na Górską. Krzyknęła przerażona. Ale Burba go poskromił.
- To nic, poczuł pazury wilka.
Weszli do obszernej sieni, poprzedzani przez kozaczka w liberyjnym kożuchu.
II.
W wielkiej sali stołowej, z ciemnego dębu, pełnej odwiecznych portretów, jasno było od sutych lamp i palącego się ognia na olbrzymim kominie, który przypominał komin Żnicza. Całe kłody smolne buzowały się w nim rzęsistym płomieniem. Trzask i szum spalanych stosów drzewa raźnie i wesoło rozlegał się po sali. Przy kominie siedział pan Cezary Burba, zanurzony w głębokim fotelu, i palił fajkę na długim cybuchu. Włosy i bujne wąsy miał siwe zupełnie; oczy wyraziste, dawniej błękitne, dziś już jakby spłowiałe, patrzyły z zaciekawieniem na syna. Młody Burba, stojąc przed ojcem, opowiadał przeprawę z wilkami. Jego męska, wysoka, dorodna postać gięła się zręcznie w stronę starego. Obok Burby stał niski człowieczek zgarbiony, łysy, w okularach i, zacierając wciąż ręce jakby zmarznięte, wpatrywał się w opowiadającego z natężoną uwagą i potakiwał głową, często słowami.
- Tak, tak, jakbym widział bestje.
Około nakrytego stołu, razem ze starym lokajem krzątała się wiekowa już kobieta w czarnym koronkowym czepku na głowie.
- Byliście w opałach, widzę, - rzekł sympatycznym basem pan Cezary. - Dla was młodych to jeno rozrywka, ale kuzynka Górska musiała się przestraszyć.
- Pomagała nam jednak dzielnie.
- No, czyż tak?.. Strzelała?..
- Ee, nie, lecz broniła się bagnetem.
- Własnym.
- Wzięła odemnie.
- Przytem krzyczała tak wspaniale, że, zamiast niszczyć wilki, podziwiałem jej głos, - dodał Uniewicz z głębi pokoju.
Stary Burba odwrócił głowę.
- Co pan tam robi?
- Zalewam się starką i wchłaniam w siebie wędlinę, bo jestem głodny, jak stado wilków.
- Niechże podają wieczerzę, Jasióweczko! - zwrócił się do staruszki, - co tak długo pietrasicie?
- Wszak jeszcze panie nie przyszły - zaśpiewała przewlekłym akcentem zagadnięta.
- Cóż tak marudzą?.. pewno Leontyna przebiera się po podróży, zawsze była strojnisia, słynęła z tego.
- Wszak ona Elża, ojcze.
- Jąka tam Elża, Leontyna i basta!
- Nawet się przebierać nie może, bo po rzeczy na stacją posyłamy dopiero jutro.
- A prawda.
- Strasznie jestem ciekawy tej pani. Chociaż już mogą ją scharakteryzować, - rzekł Uniewicz.
- Naprzykład?
- Jest kostyczna, musi być zła i ma nadzwyczajny słuch. Nie jest też pewno urodziwa, bo tak się szczelnie woalem zasłoniła, gdy przeszła za panią Burbiną do dalszych pokojów, że nawet nie mogłem jej obejrzeć.
- Owszem, Leontyna była kiedyś przystojna, teraz już stara kobieta.
- I to pewno poważnie, bo sama się do starości przyznaje, co jest oznaką... - zaczął Uniewicz, lecz Tomasz nagle szepnął:
- Ciicho... idą panie.
Odstąpił od ojca, wyprostował się i wpatrzył w stronę, skąd dolatywały głosy. Przeszył go znowu silny jakiś prąd gorący, jak tam, w lesie, gdy ujrzał zbliżające się sanki. Twarz mu zapłonęła. Dziwny niepokój odbił się w całej jego postaci.
Spostrzegł to i Burba i Uniewicz.
- Tomku! - zawołał ojciec.
- Ha, ha, ha! - zgrzytnął szyderczy śmiech Uniewicza.
Drzwi w głębi sali otworzyły się, weszła okazała pani Urszula Burbina z wesołym uśmiechem na pełnej bladej twarzy; za nią wysoka, smukła, ciemna sylwetka przybyłej.
Oczy mężczyzn zwróciły się na nią badawczo.
- Pozwól, Cezary... - zaczęła Burbina rozbawionym tonem, gdy wtem szybko wysunęła się naprzód szczupła, zgrabna postać młodej kobiety, elegancko ubranej.
Z szelestem żywo podbiegła do starego Burby i podała mu obie ręce.
- Witam kochanego stryja, bo chyba wolno mi tak nazywać?...
Pan Cezary powstał z fotelu bezmiernie zdziwiony. Tomasz i Uniewicz stali z szeroko otwartemi oczami, bez ruchu, zdumieni.
Burba dopiero po chwili przemówił, trzymając podane sobie ręce, wpatrzony w nieznajomą.
- Ależ... z kim mam przyjemność?...
- Proszę zgadywać...
Stała przegięta nieco w tył, z odchyloną wdzięcznie głową strojną w orzechowo-złote włosy, upięte w węzeł. Ciemne oczy na jasnej twarzy śmiały się wesoło, białe zęby błyskały z rozchylonych, świeżych ust. Opięta w gładkie sukno, koloru ciemnego mahoniu, opasana złotym łańcuchem, z ramionami wyprężonemi, bo dłonie schowane były w rękach Burby, zapytała figlarnie:
- A więc kto ja jestem?..
- Chyba... córka Joachima i Leontyny z Szybowa, ale... nie słyszałem...
- Jestem wszakże z domu - Burbianka.
- A widzisz, Cezary!.. Przed chwilą i ja byłam w takim samym kłopocie. Ot, niespodzianka, - mówiła przeciągając pani Urszula.
- Kochany stryj zapomniał o Walerym Burbie, z Taraszczy.
- Walery?.. To przecie syn mego brata. Ożeniony z Renardówną.
- Jestem jego córką.
Nowe zdumienie odmalowało się na twarzy starca.
- Czyżby Elżusia? miała dziesięć lat...
- No, teraz znacznie więcej, teraz już cała Elża, nie Elżusia - zaśmiała się swobodnie i ucałowała pana Cezarego w ramię.
Uścisnął ją wzruszony, nie pozbywszy się jeszcze zdziwienia.
- No proszę. Witam cię, dziecko, całą duszą. Ale skądże znowu podpisałaś się Gorska? Zwiodłaś nas, figlarzu. Ot widzisz.
- Ani trochę. Mąż mój, Adam Górski, był bratankiem Joachima. Czyli że po raz drugi Burbianka za Gorskim. Ha!
- I także wdowa, - podchwyciła pani Urszula.
- Czy tak?.. moje dziecko. Czy tak?!.
- Tak, stryjku, od kilku lat.
- Biedactwo, taka jesteś młoda. Że też ja nie pamiętam, abym słyszał o waszym ślubie i...
- Wogóle stryjek o nas zapomniał.
Nagle żywym ruchem podała rękę Tomaszowi z twarzą pełną uśmiechów.
- Witam kuzyna a mego obrońcę, dwa razy wyratował mnie kuzyn z pazurów wilka.
- Nie wiedząc nawet, kogo ocalił, - śmiał się pan Cezary.
Tomasz nie otrzeźwiał jeszcze ze zdumienia, pochłaniał wzrokiem młodą kobietę. Gdy uczuł jej miękką, nerwową dłoń w swojej, schylił się nisko i niemal z namaszczeniem ucałował ją.
Gorska spłonęła rumieńcem. Twarz Tomasza, gdy podniósł głowę, zalana była ognistą łuną. Wszyscy spostrzegli pewną niezwykłość tego powitania i zapanowała dość długa chwila ciszy. Stary Burba ściągnął brwi trochę surowo.
- Oto drugi towarzysz podróży, pan Uniewicz.
- Ależ i my się znamy, zdążyliśmy się już nawet pokłócić na sankach.
Wesoło podała rękę Uniewiczowi, który ją tylko uścisnął bez słowa, ale bardzo głęboko się skłonił. Rodzaj tego drugiego powitania rozbroił pana Cezarego.
- Pozwól, Elżusiu, że dokończę prezentacji, - zawołał wesoło. - Oto pani Balbina Janowa Łomska, koleżanka i przyjaciółka mojej żony i naszego domu, a oto mój towarzysz broni i kompan serdeczny z czasów, kiedyśmy za ojczyznę walczyli w partyzantce, pan Dezydery Krywejko, nasz kochany sybirak, dwadzieścia pięć lat przebył na wygnaniu.
Gorska podała im rękę serdecznym, szczerym ruchem. Obrzucili ją życzliwym spojrzeniem, zjednani odrazu.
- No, tak teraz siadajmy do stołu. Urszuleczko, Jasiowo miła, każcie podawać wieczerzę, wszyscy głodni, a najwięcej pewno Elżunia.
Cezary Burba rozochocił się, uderzył w stół dłonią i zawołał wesoło:
- Cóż to, trunków nie widzę! Urszuleczko, serce, miodu nam daj, trzeba zapić godnie taką okazję, przyjazd mojej wnuczki; ty jesteś dla mnie wnuczka, uważasz duszko, wprawdzie przyłatana, ale wnuczka. Ty mnie dziadziem nazywaj.
- Owszem, jeśli wolno.
- Patrzaj, jaka dyplomatka. Ot, teraz widzę. Oczy masz zupełnie swego ojca, ciemno-zielone, czy bure?
- Kocie, dziadziu.
- Gdzież tam kocie, pfe! Szczere, wesołe i z takiemi latającemi świetlikami; te same ciemne łuki brwi, rzęsy, Panie Boże, toż konterfekt Walerego. A ojciec twój łobuz był niegdyś, pamiętasz ojca?
- Wybornie, umarł wszakże przed kilku laty zaledwo.
- Prawda, ciągle mi się zdaje, że jesteś dziesięcioletnią dziewczyną.
- A to już, stryjku, przewiała dwudziestka od tej pory.
- Cóż to znaczy, że masz niby trzydzieści lat?
- Skończonych.
- Bredzisz waćpani!
- Czy mam to uważać za komplement, czy przeciwnie?..
- Wszak smarkata jesteś.
- Cezary!.. - zgromiła go żona.
- Ach, przepraszam! No, ale cóż, toż ona moja wnuczka, choć taka światowa dama. Z kimże ty, Elżuniu, byłaś na Rivierze?
- Z wujostwem Renardami.
- Aha! No to wuj Renard pewno jak zawsze tylko grał w karty i kawę pił. Znam go z tego. A w Taraszczy kto?..
- Taraszcza oddana w dzierżawę. Tam zwykle przebywamy w lecie, nie w Szybowie, - uśmiechnęła się z wesołą przekorą do Tomasza Burby.
On drgnął. Zmieszał się nieco i odrzekł dość szorstko:
- Myślałem, że... kuzynka jest Joachimową Gorską, nie przypuszczałem takiej omyłki.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Zastanowił ją jego ton.
- Chciałeś powiedzieć: niespodzianki?, - poprawił Uniewicz. - Tak, zrobiła nam pani zupełną niespodziankę. Ale teraz do charakterystyki pani, którą sobie zanotowałem, dodać trzeba jeszcze wielki spryt. W lot pani odgadła, że bierzemy ją za kogo innego.
- Och, to nie było trudne do spostrzeżenia... ta astma... naprzykład. Ha, ha, ha!
- Właśnie! Ta fatalna astma. Mille pardon! Niech mi pani wybaczy, proszę.
- Ależ, owszem, to mnie wcale nie - rozgniewało, tylko ubawiło.
- No, no, co to było takiego?.. Zaciekawiacie nas. Mówcież, - wołał stary Burba.
Elża zwróciła się do Uniewicza.
- Czy pan pozwala?
Skłonił się, rozkładając ręce bezradnie.
- Proszę pani, już trudno. Mea culpa!..
Zaczęło się opowiadanie szczegółów z podróży; Elża mówiła żywo i barwnie, śmiała się, żartując z Uniewicza tak, że pod wpływem jej wesołości i Tomasz się rozruszał. Zapanował szczery, sympatyczny nastrój przy stole. Pan Cezary i jego żona patrzyli jak w tęczę w młodą kobietę, wreszcie stary Burba rzekł do syna:
- Jak ty ją nazywasz, Tomku? - kuzynka? - ot mi etykieta, mów jej po imieniu, Elża... czy jak chcesz. Wszak ona twoja... Panie Boże, wszak ty dla niej jakimś stryjem?
- Brawo! będę teraz nazywała stryjkiem. Taki poważny stryj poważnej bratanicy. Taki zły.
- Czemuż zły?.. No zdrowie twoje, Elżuniu!.. Tomek, pamiętaj, że Burba, gdy pije zdrowie to do dna. Cóż tak sączysz przez zęby?
Gorska wyciągnęła kieliszek do Tomasza, stuknęli się tak silnie, że odłamek szkła z jego kielicha upadł z dźwiękiem na stół; rozlał się miód złotą strugą. Błękitne, ciemne źrenice Tomka głęboko wniknęły W rozbawione oczy Elży, jakby pytająco i badawczo. Ona śmiało wytrzymała atak, bez zmrużenia powiek.
- Gdzie się tłucze, leje... - zaczął pan Cezary.
- Tam się już... coś dzieje, - dokończył Uniewicz z naciskiem.
- Przekręca pan stare przysłowie. - sucho odpaliła Elża.
- Tam się dobrze dzieje - dokończył Burba ojciec.
Rozmowa potoczyła się swobodna, pełna życia i jakaś nowa w Warowni.
III.
W kawalerskim pokoju, na górze, Uniewicz stanął przed Tomaszem, podparł się pod boki. I patrząc na niego uważnie, i spytał:
- No... i co?..
Burba założył w tył ramiona, przyjrzał się towarzyszowi również pilnie i odrzekł krótko:
- No... i nic!
- Cóż ty na to?..
- Że wykierowała cię na kpa, nic więcej.
- Tylko mnie?..
- Zdaje się, ja byłem wstrzemięźliwszy w wytykaniu jej lat, chrypki.
- Ale to sprytna bestja, jak nas wzięła! A teraz sobie ze mnie żartuje.
Jak sądzisz, Tomku, co ona o mnie myśli?..
- Że jesteś źle wychowany.
- A w tobie odczuła salonowca, prawda?..
- Nie jestem salonowcem, lecz znam się na elementarnej grzeczności.
- Doprawdy?.. zdumiewające! Sztukę tę stosujesz z powodzeniem wobec... Karolci.
Burba, który chodził po pokoju, stanął nagle.
- Melu, czego ty odemnie chcesz?..
- Nic. Dziwię się, że nie jedziesz do Karolci. Miałeś być u niej jeszcze dziś.
- Owszem, pojadę zaraz.
- Ha, ha! w nocy? To ci Słupski wskaże drzwi.
- Bądź spokojny. Dobranoc.
Burba wyszedł z pokoju.
- Tomek, zwarjowałeś! Tomek, wracaj!!
Uniewicz wybiegł na korytarz i chwycił towarzysza za ramię.
- Nie znasz się na żartach czy co u licha? Mówiłem sobie dla kpiny, a ten zaraz traktuje to na serjo.
- Czego chcesz? jadę do Karolci, bo jej obiecałem i zamiaru nie zmienię. Ty idź spać.
Szarpnął się lekko i znikł. Uniewicz wzruszył ramionami, wrócił do mieszkania zły.
- Licho mi nadało Wspominać tę dziewkę. Pojedzie teraz, bo to już taka wściekła bestja. A byłby zapomniał, ja się nie mylę - mruczał do siebie.
Nie mógł zasnąć, myślał o Gorskiej; zżymał się na nią, to znowu chwalił ją sam przed sobą, wyszukując w niej różne zalety i wady. Wreszcie wstał, ubrał się i wyszedł cicho do stróża nocnego. Spytał o Burbę.
- Panicz pojechał konno.
- W taką zadymkę?..
- A tak.
- Dokąd pojechał?..
- Na Wyręby.
- Jeszcze go wilki napadną.
- Da sobie panicz rady. Nie taki bojący.
- Głupiś! - mruknął Uniewicz.
Okutał się szczelniej w futro i ruszył do domu. Ale zobaczył na śniegu pasemko światła wypadającego z okna pokoju, który zajmowała Gorska.
- Jeszcze nie śpi, cóż ona robi?..
Zawahał się, podszedł bliżej, znowu stanął. Uśmiechnął się sam do siebie.
- Ee... świństwo...
Walczył chwilę z pokusą.
- No, wielkie rzeczy!
Prędko podsunął się tuż do okna i rzucił ciekawe spojrzenie.
Po za cienką tkaniną firanki, przez podwójne szyby majaczyła sylwetka kobieca w bieli z rozpuszczonemi włosami.
- Czesze się, - zauważył w myśli Uniewicz.
Wpatrzony w niewyraźną postać niewieścią, coraz dokładniej odróżniał jej kształty, widział ruch wzniesionych rąk i nie odchodził od okna. Nie usłyszał kroków w miękkim, puszystym śniegu.
- Mel!..
Przejmujący szept ten otrzeźwił go. Zadrżał, jak złodziej, złapany na kradzieży. Ujrzał przed sobą Tomka Burbę.
- Słuchaj... to - podłość! - warknął - tamten.
- Cicho, nie wrzeszcz!
Wtem światło zgasło.
Odsunęli się czemprędzej od okna.
- Słyszała, i teraz będzie miała piękne pojęcie o nas, - syknął Burba.
- Mógł być stróż równie dobrze.
- Stróż mi właśnie wskazał, gdzie ty jesteś.
- Dam mu jutro w pysk!
- Wstydź się, Melu.
- Tego uczucia u mnie nie wywołasz. Cóż Karolcia?
Burba milczał.
- Wcześnie wróciłeś. Nie powiodło się, widzę.
- Karolcia śpi.
- O, pfe! To znak, że spadają twoje papiery. Winszuję ci.
Weszli na górę, rozbierali się w milczeniu, nie zapalając światła. Gdy się już ułożyli do snu, Uniewicz rzekł rozwlekłym trochę przez ziewanie głosem.
- Wiesz, że jednak ta Gorska to frontowa baba. Niby nic osobliwego, bo uroda tak sobie, przystojna, świeża, - ale powabna i coś ma w sobie... je ne sais quoi. Temperamencik zdaje się... zdrowy! Prawda? Tak... tak... Ta taraszczańska jest wcale...
wcale... Burba milczał.
- Cóż ty zaniemówiłeś? Przecie Karolcia spała, więc chyba nie z jej powodu te twoje nieme rekolekcje.
Milczenie.
- Ach, Tomek, nudny jesteś. Dąsasz się, sam nie wiesz dla czego. Mam wrażenie, że, zamiast u... śpiącej Karolci, wolałbyś być na mojem miejscu, tam pod oknem. Zazdrościsz mi i dlatego zły jesteś.
- Tfu! - rozległo się w pokoju z pasją.
- No, skoroś przemówił nareszcie, to teraz - dobranoc!
IV.
Elża ocknęła się z głębokiego snu, otworzyła oczy szeroko i ciekawie spojrzała dokoła.
- Warownia! ach tak, jestem w Warowni. Podróż koleją, potem sankami, wilki, wieczór w rodzinie Burbów i oto już ranek. Szary jakiś dzień, zima, brrr...
Wyskoczyła z łóżka, stanęła w oknie.
Śnieg i śnieg, białe wały, góry śniegu. Dokoła stoi czarny bór, oszroniony sadzią mrozu. Biała pustka, biel i chłód. Elża zadrżała. Przykre nad wyraz uczucie owładnęła nią całą.
- Poco ja tu przyjechałam.
Taki lęk wpełznął do jej duszy, taki żal za słońcem, błękitem i morzem, że nagle poczuła w oczach łzy. Ze ściśniętym sercem patrzyła na białe zaspy, na głębie leśnego wału i żaliła się sama przed sobą.
- Taka pustka, jestem tu jak za chińskim murem, cóż mnie tu zaniosło?..
Ze zwieszoną głową, apatycznie wróciła do łóżka.
Wspomnienie Riviery, pożegnanej przed kilku dniami, nie dawało jej spokoju. Wszystkie obrazy, widoki stanęły przed nią jak na jawie, zdławiła ją gnębiąca tęsknota. Tu zimno, biało, pusto, a tam, słońce zalewa potokami błękitne fale morza ukochanego, góry, winnice; całuje róże krwiste, ozłaca białe wille, pałace, hotele. Życie wre, bulwary szumią wesołą rozmową tłumów, jest szeroko, przestrzennie. Ach, tam jakoś życie porywa, unosi w krainę snów i baśni. A tu - taka głusza. Cóż ja tu robię w tej puszczy?..
Żywo sięgnęła do ręcznej walizki i wydobyła z niej duży zeszyt, oprawny w krokodylą skórę. Ułożyła się wygodniej w łóżku.
Otworzyła książkę w jakiemś miejscu. Uśmiech rozjaśnił jej twarz. Zaczęła czytać.
"Miałam dziś bardzo miłą chwilę. Zrobiliśmy wycieczkę do Antibes samochodem. Artur sam kierował motorem; siedziałam z nim, a poza nami starzy Chreptowscy i młodzi państwo D'Ivonie. Cudna jazda tym ślicznym ciemno-ponsowym automobilem Artura, kierowanym jego śmiałą, pewną ręką. Ciepły wiatr śmiga po twarzy, widoki wprost bajeczne zmieniają się kalejdoskopowo, jest wrażenie, że się ma przypięte skrzydła do ramion i że zależy od siebie tylko, by z szalonego pędu po ziemi wzlecieć natychmiast w powietrze. Rozmawialiśmy z sobą mało, czułam się daleko lepiej w tym upojnym milczeniu, a zdaje się, że i on także. Jego wzrok, skierowany na mnie niekiedy z pod lekko zmrużonych powiek, działał jak narkotyk. Nie słyszałam, o czem tam za mną rozmawiają, byłam całkowicie pod urokiem... bądźmy szczerzy... Artura. W Villefranche oczekiwał nas szofer, któremu Dovencourt-Howe oddał maszynę; byliśmy w porcie. Stał na kotwicy pancernik angielski "Wellington" - przygotowany już do odpłynięcia. Zwiedzaliśmy go, za protekcją Artura, przez niego oprowadzani. Jako oficer rezerwy marynarki miał tu, wstęp wszędzie, znał przytem osobiście kapitana. Imponujące wrażenie zrobiły na mnie potężne maszyny pancernika i wewnętrzne urządzenie tego olbrzyma. Dovencourt pokazywał statek nam wszystkim, do mnie jednak zwracał się wyłącznie z typowym swoim sposobem bycia, który, poza chłodną uprzejmością, kryje coś odrębnego, co działa na otoczenie, lecz na mnie najsilniej. Wysoko, na mostku kapitana, zdarzyło się, że zostaliśmy chwilkę sami. Artur rzekł nagle matowym głosem:
- Chcę mieć wrażenie, że płyniemy gdzieś po oceanie, daleko od ludzi i nieznośnego gwaru. Ale nawet złudzenia być nie może.
- Dlaczego?.. - spytałam.
- Och no, - byłoby inaczej.
- Jakby było?..
Spojrzał na mnie z pod rzęs, tak po swojemu, trochę z góry.
- Pyta pani przez ciekawość tylko, ja zaś nie lubię ciekawości niewieściej zaspakajać.
- Niech pan wycofa słowo "tylko" i, ową "niewieścią ciekawość".
- Więc... mam odpowiedzieć?..
- Proszę.
Czułam, że płonę.
- Chce pani tego?..
- Tak.
Patrzył na mnie badawczo.
- A zatem płynęlibyśmy nie na pancerniku, lecz na yachcie Okeanos, który pani zna, na naszym yachcie, w świat, w przestrzenie, tam gdzie pani lubi, gdzie pani chciałaby być.
- I może kiedyś będę. - ... Gdzie... chciałabym być... - westchnęłam zcicha.
- Ale ze mną, - szepnął prędko. Wołano już nas z dołu. Całe towarzystwo nadeszło. Widziałam, że pani D'Ivonie przyglądała mi się uważnie swojemi bystremi czarnemi oczami. Artur był zimny, jak zwykle: sztywny chłód jego nie zdradzał żadnych wzruszeń. Po zwiedzeniu pancernika zgromadziliśmy się na przystani. "Wellington" odpływał właśnie. Kapitan statku żegnał nas, salutując, i rozmawiał chwilę z Arturem, poczem wydał jakieś polecenie załodze. Na pokładzie ukazała się orkiestra okrętowa, złożona z kilkunastu marynarzy z ogromnemi trąbami, błyszczącemi w słońcu. Gdy pancernik, uwolniony z kotwicy, ruszył od brzega, zadęto w trąby hucznie. Dźwięk śpiżowy, tchnący jakąś grozą, rozlał się po falach szeroko, melodja poważna, dość niezwykła i majestatyczna, przytłaczała jakby swą olbrzymiością, padała na wzniesione bałwany potęgą dostojnych tonów. Kapitan stał na swym mostku z dłonią przy kaszkiecie, cała załoga również. Spojrzałam na Artura. Kapelusz trzymał, uniesiony lekko nad głową.
- Czy to hymn narodowy? - spytałam.
- To hymn marynarki.
- Grają go in gratiam pani na jej cześć - dodał D'Ivonie, stojący obok.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Ależ tak, - potwierdził uparty francuz, czarny i żywy jak żuk. Słyszałem, jak pan Dovencourt-Howe rozmawiał z kapitanem. Ten hymn, to owacja dla pani.
Z kolei spojrzałam pytająco w oczy Artura.
- Tak, - odrzekł krótko.
Zmierzyliśmy się wzrokiem i ja spuściłam powieki. Coś szczególnego miewa on w swych oczach, gdy tak na mnie patrzy. Nawet mu nie powiedziałam "dziękuję", wydało mi się to zbyt szablonowem. W milczeniu obserwowałam odpływający pancernik. Jest w tem wyłączny wyraz, zdało mi się wówczas, że statek jest istotą żywą i czułą. Odsuwa się od brzegu wielki, pompatyczny, pyszny ze swych kominów i mocy, jest jakby nadęty butą, zda się być niezwalczony. Płynie dumny, wygląda wspaniale ze wzniesionym czołem; bierze zaborczo pod siebie rozkołysane fale, miażdży je żelazną piersią; z tyłu kolosalna śruba burzy wodę, aż pienisty szlak pozostaje po niej, niby olbrzymi ogon. W takiej chwili statek imponuje morzu, kpi sobie z fal, lekceważy góry bałwanów, idzie jak tytan, jak zwycięzca, przed którym morze rozpłaszcza się poddańczo. Uderza w oczy ta niewolniczość morza przy zwycięskim gmachu prącego naprzód pancernika. Jest złudzenie, że wchłonie on w siebie całą tę masę wód. Nie mogłam oderwać zachwyconych oczu od tych dwóch potęg, dążących ku sobie na spotkanie. Trąby grały jeszcze, wzmacniając wrażenie. Zwierzyłam się z niem przed Arturem. Byliśmy znowu sami, reszta towarzystwa stała opodal.
- Jaka pani wrażliwa - rzekł patrząc na mnie uważnie. - Potęga tego statku maluje się nie tylko w słowach, lecz i w oczach pani. Pani ma wyraz jakby... upojenia. Och no, chyba się nie mylę.
- Upaja mnie ta siła, a głównie hymn.
- Wspaniały! prawda? Nawet nie jest zbyt melodyjny.
- Ale potężny. Niech pan patrzy jak pancernik maleje.
Wskazałam mu statek, bezmiernie zdziwiona. Wielkość jego istotnie zmniejszyła się zdumiewająco. Coraz cichszy odgłos trąb umilkł zupełnie: statek wypływał na pełne morze. Wtem głuchy, ale wstrząsający huk rozdarł powietrze. Krzyknęłam lekko.
- To salwy z dział pancernika.
Nowe strzały zgromadziły całe towarzystwo na brzegu.
- "Wellington" żegna Villefranche po królewsku, - rzekł Chreptowski, gładząc swoje hajdamackie wąsy.
- Patrzmy teraz, - zwróciłam się do Artura.
Statek przestał grzmieć, kurzył tylko czarnemi słupami dymu i sunął naprzód zupełnie przeistoczony. Fizjonomja jego stała się całkiem odmienna; na pełnem morzu zmalał, skurczył się, wysmuklał i jakiś podkasany w sobie, pokorny śmigał po ciemnej fali, bez cienia dumy i poprzedniej pychy. Jakby go przeraziła potęga roztoczy wodnej. Teraz morze miało wygląd dyktatorski, statek zaś jak niewolnik poddawał się jego władzy, zdając swe losy na jego łaskę i niełaskę. Widok był tak plastyczny i pełen wyrazu, że Dovencourt uśmiechnął się.
- Skapitulował. Wygląda już, jak wasal przed suwerenem.
- Odniósł pan to samo wrażenie, co ja, - zawołałam z żywością.
- Czy panią to cieszy? - spytał.
- Bardzo, to dowód, że...
- Niech pani dokończy...
- Że... że pan jest subtelny w obserwacji.
- Och... pani nie to chciała powiedzieć. Per Bacco! zupełnie nie to...
- Więc, niech pan dokończy - palnęłam śmiało.
- Że się rozumiemy... i ten szczegół sprawił pani przyjemność.
- Tak, - odrzekłam z uśmiechem i zwróciłam się odrazu do Chreptowskich.
W drodze powrotnej szliśmy pieszo kawał drogi. Zboczyliśmy w jakąś dolinkę, gdzie mała ferma ugrzęzła w zieleni bluszczów, a mury zatrzęsione były pnącemi różami. Towarzystwo rozdzieliło się. Podeszłam do muru, który płonął w krwistych różyczkach. Nisko na drabince siedziało pięcioletnie "bambino" włoskie, czarne, jak mały negr, kudłate, z oczami wielkiemi i błyszczącemi niby dojrzałe wiśnie.Z trzymanej na kolanach miski wyciągał palcami długi makaron i jadł szybko, wpatrując się we mnie ciekawie. Gdy zbliżyłam się, chłopczyna widocznie przestraszony rzucił miskę i, niby wiewiórka, skoczył na drabinę, prędko, prędko wdrapał się na szczyt muru, usiadł na nim i patrzał na mnie z miną dowcipną, wyraźnie wątpiąc, abym za nim podążyła. Ubawiona, przemawiałam do chłopca, zachęcając go by zeszedł. Po chwili stanął przy mnie Artur i zaczął coś mówić do malca; żartowaliśmy z niego wspólnie. Patrząc w górę, nie zauważyłam jednak, jak Artur dwukrotnie oplótł mnie długą, wiotką pnączą róż, usianą czerwonemi gronami, koniec pnączy zaś zarzucił mi na ramię z bladym uśmiechem na ustach.
Oblałam się krwistym rumieńcem.
- Co pan robi?..
- Niech tak pozostanie. Jest pani uwieńczoną.
Pochylił sit i odciął pnącz od całości krzewów, gdy nadeszli państwo D'Ivonie.
- Cóż to za dekoracja? - spytała ona.
- Bajecznie pani w tych purpurowych gronach wygląda, - dodał on. - Jak to kobieta potrafi się ustroić, kokietka jednak z pani.
Śmiałam się ubawiona, ale Artur pospieszył z wyjaśnieniem:
- Och, wszakże to nie pani, lecz moje dzieło...
- Pana? a to ciekawe! - zawołała "Ivonka".
Popatrzył na nią trochę ironicznie.
- Dlaczego - ciekawe?
- Bo to do pana nie podobne. Nie myślałam, że pan umie wpaść na taki pomysł.
- Czyli, że bywam niekiedy nieobliczalny.
Był znowu zimny, suchy i sztywny prawdziwie po angielsku. Takim go lubię, taki mnie porywa. Jego chłód jest dla mnie podnietą, bo dystynkcja Artura, i wykwintna rasowość postaci jego wybitniejszą się staje w tym spokoju, w tej zimnej krwi. Wsiadając do samochodu, znowu mi wskazał miejsce przy sobie. Pnącz różany zdjęłam z siebie, trzymając go jak szal na ręku, gdy wsiedliśmy, Artur rzekł z rzadką u niego żywością:
- Pojadę całą siłą motoru.
- Chce pan katastrofy?
- A pani?
- Ja zależę od pańskiego kaprysu, raczej my wszyscy.
- Pragnąłbym, aby pani siebie wyłączyła z tej liczby mnogiej.
Automobil fuknął głośno i popędził szalenie. Zaryzykowałam znowu pytanie:
- I... dokąd bym wtedy zajechała?..
- Tam, skądbym już pani nie puścił, - rzekł głuchym głosem.
Po chwili spytał:
- Nie obawia się pani tak szybkiej jazdy?
- Nie. Ufam panu.
- To dobrze, pani powinna mi ufać.
- A tamci państwo za nami?
- Ach, to pasażerowie przygodni, ja wiozę tylko panią, to mi wystarcza.
Elża Gorska zatrzasnęła książkę i upadła na poduszki. Ręce załamała nad głową.
- Poco ja tu przyjechałam, poco... poco?...
Zamyśliła się tęsknie. Postać Artura stała jej w wyobraźni taka, jak go pożegnała na dworcu w Wiedniu, dokąd ją odprowadzał, on, pamięta tę chwilę aż nazbyt dobrze. Gdy pociąg miał wyruszyć, doznała uczucia, że kończy się w tej minucie jedna epoka jej życia, a rozpoczyna druga - nieznana. Tak ją ta świadomość przejęła, że wrażenie to odbiło się na jej twarzy. Artur spojrzał na nią uważnie i rzekł:
- Pani się czegoś trwoży?..
Milczała, gdyż nie chciała przyznać, że odgadł. A Dovencourt rzekł znowu głosem matowym, stłumionym jak zwykle, gdy był czymś poruszony.
- Nie jadę z panią tylko dlatego, że jestem pewny twego powrotu. Pragnę, by powrót nastąpił jaknajprędzej. Pani zatęskni do słońca, do morza.
Zdawało jej się, że powiedział cicho: "do mnie"... lecz może podszepnęła to jej własna myśl. Pociąg ruszył, skurcz nieokreślonego bólu zdławił jej krtań, krzyknęła z głębi duszy:
- Tam coś mnie czeka!.. Przeczuwam...
- Czy on to słyszał? - Stuk hamulców, świst, wrzawa mogły zgłuszyć jej słowa. Artur szedł przy odchodzących zwolna wagonach i kłaniał się jej kapeluszem tak długo, aż utraciła go z oczu. Nie mogła się uspokoić, żal ją ogarnął i tęsknota nagła, silna. Był moment, że chciała wysiąść na pierwszej stacji i wracać do Wiednia, lecz rozsądek wziął górę, przytem była w owej minucie niemal pewną, że robi dobrze, odjeżdżając stamtąd. Tak być powinno. Trzeba raz wreszcie zdecydować się na poszarpanie tego czaru, który mnie owładnął, wydobyć się z matni jego wpływu, nie wracać więcej. Odległa Warownia wydała jej się ostoją życia, miejscem wypoczynku, gniazdem rodzinnem. Burbowie, których nie znała, ciągnęli ją ku sobie intuicyjnie i silnie, coś ją pchało do nich, w tę pustkę, do lasów, do głuchej wsi. Życie dotychczasowe wydało się jej blade i puste. Teraz nastąpi jakiś nowy akt decydujący. Im bliżej była granicy, tem milej odczuwała ciszę i spokój, płynący ku niej z mrocznych przestrzeni. Riviera, wujostwo Renardowie zacierali się w jej wyobraźni, jedynie postać Artura goniła za nią uparcie, wiążąc się z każdą jej myślą. I teraz oto Artur był przy niej, z nią, w niej.
- Wszak jeśli zechcę, powrócę, - utwierdzała się w świadomości własnej woli.
Uspokojona pozornie, szybko zaczęła się ubierać. Wkrótce weszła do sali stołowej, gdzie zastała wszystkich przy śniadaniu.
Po kawie i ożywionej rozmowie młodzi mężczyźni wyruszyli na objazd wilków, gdyż była w projekcie wielka obława. Pan Cezary zaś Wziął Elżę na indagację. Siedzieli we dwoje przed kominkiem. Młoda kobieta, zanurzona w fotelu, trochę sennie patrzyła w ogień, odpowiadając biernie na zapytania Burby.
- To nie długo chyba żyłaś z mężem, Elżuniu?...
- Cztery lata, dziadziu.
- Nie godzi się tak młodo dawać córki w małżeństwo: dzieckiem prawie będąc wyszłaś za Adama. Dzieci nie mieliście?..
- Nie.
- A czy ty, duszko... szczęśliwą byłaś?..
Elża spojrzała mu szczerze w oczy.
- Czy byłam szczęśliwą?.. Och, dziadziu, gdy owdowiałam, pomimo przerażenia, spowodowanego zetknięciem się tak bliskiem ze śmiercią, miałam uczucie, żem zmartwychwstała, że mi u ramion skrzydła wyrosły.
- Miły Boże!., a toż co?.. Takie było złe wasze pożycie?.. Czy nie kochałaś go?..
- Nie. Och, dziadziu drogi, to straszne wspomnienia, nie lubię do nich powracać, bolą mnie i ranią, to okres mego życia nad wyraz przykry.
- Jaki on był ten... Adam Gorski?
- Szlachetny i prawy, zresztą taki sobie, przeciętny.
- Wykształcony... inteligentny?..
- Średnio, dosyć zarozumiały, powolny, flegmatyczny a gwałtowny w wybuchach, uparty, trochę hipochondryk.
- Otóż to, akurat pasował do twego usposobienia. O ile cię już poznałem, to byliście jak ogień i woda.
- Eh, - odparła Gorska z niechęcią, poczem dodała:
- Bóg sam rozciął ten węzeł, jeszcze pół roku, rok a żądała bym rozwodu.
- Najświętsza Panno, - zawołała wchodząc pani Urszula. Co ty się chciałaś rozwodzić z mężem, Elżusiu?
- Siadaj, serce, proszę i nie dziw się tak, bo niema czemu, - odpowiedział pan Cezary, podsuwając żonie fotel.
- Zaczekajże, Cezary. Czy mi się przesłyszało, gdym wchodziła tu, czy ty Elżusiu mówiłaś istotnie, że miałaś się rozwodzić z Adamem Gorskim?...
- Był już ten zamiar, cioteczko, lecz Adam zmarł.
- Łaska boska, bo gdzież taka niemoralność w porządnej rodzinie.
Górska zapłonęła.
- Nie wiem, co nazywa się niemoralnością, czy życie z mężem niekochanym, czy uwolnienie się uczciwe ze wstrętnych więzów?...
- Co Bóg złączył, moje dziecko, tego człowiek nie rozłączy.
- Bardzo ładna zasada, lecz dla tych, którzy pragną być złączeni bez względu na uczucia.
- Rozwód, to dla kobiety wstyd, to hańba. Cnotliwa niewiasta o tem nie śmie pomyśleć nawet. I nigdy bym nie myślała, że ty... Elżusiu...
- Ja, ciociu, nie mam pretensji do cnoty.
- Elżusiu...
- Tak, ciociu, bo jeśli cnotę mamy w ten sposób rozumieć, że trzeba się oddawać biernie niekochanemu mężczyźnie, dlatego, że nas złączyła stuła, to nie uznaję takiej cnoty.
- Życie kobiety to poświęcenie siebie...
- Ta dajże spokój, Urszuleczko, serce, - zaśmiał się pan Cezary, - nie wszystkie kobiety mają tak dobrych mężów, jak ty, duszko, nie pochlebiając sobie, i nie wszystkie są zdolne do poświęceń.
- Powinny.
- Parafiaństwo, Urszuleczko. A to się jejmości na morały zebrało.
- Jegomość zato skłaniasz się już, widzę, ku nowym prądom. Pochwalaj takie teorje, pochwalaj, i niech Tomek to słyszy, jego przyszła żona podziękuje ci kiedyś.
Elży było przykro, ale zaśmiała się.
- Cioteczko, proszę się nie gniewać, ja nie jestem przedstawicielką żadnych nowych prądów, ani, broń Boże, teorji, ja jestem takie sobie dziwadło. Może inna kobieta byłaby szczęśliwa z Adamem Gorskim, lecz nie ja.
- Bo pewno grymasiłaś, nowoczesnym żonom wszystkiego zamało.
Elża zwiesiła głowę, nuda przesunęła się po jej wyrazistej twarzy.
- Może być, ciociu, - odrzekła biernie.
Burbina zwróciła się do niej zamaszyście.
- Dlaczego ty mnie ciotką nazywasz. Ha?..
- Bo ja wiem, tak jakoś...
- No, wszak jeśli Cezary dziadek, to ja babcia, nie odmładzaj mnie żadną tam ciocią. Mego wieku się nie wstydzę, mogłabym już dawno mieć rodzone wnuki.
- Powiedz, Elżuniu - spytał tajemniczo Burba - czy stara się kto o ciebie? Boć to niemożliwe, żebyś nie miała starających się, - dodał filuternie...
- Owszem miałam ich, ale...
- I nie tęsknisz, nie kochasz się?.. - miękko zapytała pani Urszula.
Elża nagle schyliła się do jej ręki, z rumieńcem na twarzy ucałowała ją.
- Nie, babciu droga, nie tęsknię do małżeństwa, bo miałam go dosyć.
- Wykrętnica jesteś. Patrzaj! - zaśmiał się staruszek. - Urszulka pyta, czy się kochasz, a ta skręca na małżeństwo. Już widzę po twojej minie, że tam w sercu jest jakiś zawadjaka. Co?..
- Dlaczego zawadjaka? Ha! ha, ha!..
- Tak zdaje mi się, że ślamazary tobyś już nie pokochała. Wystarczył Gorski, czy nie prawda?..
- Oj tak, dziadziu, tak.
Przytuliła się do ramienia pana Cezarego z uczuciem; drgnęło coś w jej głosie rzewnego, łzy zaszkliły w źrenicach. Burbowie spojrzeli na nią przychylnie. Stary człowiek gładził dłonią jej włosy.
- Ty jesteś dzielne, ale trochę biedne dziecko, Elżuniu. Coś ci dolega. Prawda?
- Czasem mi tak smutno, tak pusto w życiu. Ale poco ja to mówię? Weźmiecie mnie państwo za jakiegoś mazgaja.
Burba śmiał się.
- Ot, wynalazła podobieństwo, ona i mazgaj. Facecja! toż ty samo życie, Elżuniu. Boję się tylko, że u nas za nudno ci będzie; tobie trzeba słońca, wesela, zabaw, dużo ludzi.
- Nie, dziadziu, tylko słońca i ciepła, trzeba mi dużo, dużo serca.
- No, to ci obiecujemy, bo zjednałaś nas sobie... Ale powinnaś znaleźć jedno serce, które wystarczyłoby ci za wszystkie. I tak myślę, Elżuniu, że amatorów do takiej licytacji nie zabraknie.
- Tylko powinnaś teraz dobrze siebie zbadać i tego, kogo wybierasz, dodała pani Burbina, - żeby drugi raz...
- Nie myśleć o rozwodzie? - zaśmiała się młoda kobieta przekornie.
- A tak, bo Pan Bóg takich żartów z sakramentu nie lubi i nie pochwala.
Pan Cezary rozbawiony uderzył cybuchem w podłogę.
- Bodajże cię, Urszuleczko, toż chyba więcej o serce złamane chodziłoby Bogu, niż o...
- Nie bluźnij jegomość, bo już zgroza słuchać.
- No, dobrze, dobrze, dajmy spokój sakramentom, sercu i wszelkim wzniosłościom. Opowiedz nam, Elżo, o Rivierze, o krajach włoskich. Cuda tam, cuda. Byłem kiedyś za młodu w tamtych stronach, w Rzymie, a Rzym znasz?...
Elża rozweseliła się. Z ust jej popłynęły malownicze opisy natury południa, barwne obrazy, przesiąknięte słońcem, szumem morza, zapachem róż i magnolji. Jakby w panoramie, ujrzeli Burbowie Rivierę z całym jej bogactwem widoków i przepychem roślinności. Charakterystykę ludzi i tłumów, cechy zasadnicze danej miejscowości malowała Gorska z plastyką wybitną. Staruszkowie, siedząc przy kominku w odwiecznym modrzewiowym dworze, przenieśli się całkowicie wyobraźnią na południe do słońca i fal Śródziemnego morza, dokąd na skrzydłach własnej tęsknoty, młoda kobieta unosiła ich i siebie.
V.
Tomasz Burba oprowadzał Elżę po Warowni. Zwiedziła dom pełen odwiecznych zabytków, pamiątek, starych mahoni, bronzów, w którym rzeczywiście, jak słusznie zauważył Uniewicz, czaił się archaizm. Dwór ogromny, poczerniały ze starości, pokryty był dachem podwójnym, przypominającym jakiś kołpak rycerski, ciężki i zwalisty. Z dachu, po bokach, wyrastały wyższe facjatki i pięterka. Niżej zaś od stropu wybiegały ze wszystkich czterech stron małe występy, rodzaj balkonów pod daszkiem, "strzelnicami" zwane. Tomasz tłumaczył, że stąd często strzelają do wilków, gdy zwierzęta podchodzą pod sam dom, rozżarte z głodu podczas wielkich śniegów, zwabione do umyślnie rzuconego w pobliżu barana.
- Chciałabym kiedyś wziąć udział w takim polowaniu! - zawołała Elża, - to musi być ciekawe. Proszę cię, Tomku, nie zapomnij o mnie, gdy się zdarzy okazja.
Burba wesoło błysnął oczami.
- Ach, jeśli zechcesz, możesz tu polować na dziki, na łosie; wszelkiej zwierzyny mamy mnóstwo.
- Czy i Kajtuś rodem z tutejszych borów? - spytała, gładząc kudły niedźwiedzia.
- Z tych samych rejonów, ale mateczniki są w dalszych kniejach. Kajtusia sam złapałem, zabiwszy mu bezczelnie matkę; drugiego malca, jego brata, zagryzły ogary. Było to przed trzema laty. Jak on jednak przywiązał się do ciebie, Elżo...
- O, my jesteśmy w wielkiej przyjaźni z sobą.
- A jednak Kajtuś bywa wybredny, nie wszystkich lubi.
Zaciekawiły Elżę wysokie wały i fosa głęboka, resztki starożytnej warowni, miejscami już przerywane usypaną drogą lub mostem. Drogi pomiędzy wałami biegły jak w niskim, rozwartym tunelu. Na skraju jednej strony obwałowanego placu stał dwór, na drugim zaś brzegu czerniały ruiny zamczyska, nawpół już zmurszałe, rozsypujące się, lecz starannie strzeżone przez Burbów, jako wiekowa pamiątka rodzinna, przytem chluba rodu. Mury, fosa i wały - wszystko zasypane teraz było śniegiem, co bardziej jeszcze nadawało okolicy wyrazu niezwykłej tajemniczości. Wiązy potężne swym ogromem stróżowały starym ruinom i nowszym ścianom dworu, tworząc pomiędzy temi siedliskami niejako żywy i przyjacielski łącznik.
- Przepyszne są te wiązy nasze w lecie, - rzekł Tomek, - pokochasz je, Elżo, tak, jak my je kochamy.
- Hej, gdzie ja będę w lecie!..
- Jakto?.. Chcesz uciekać z Warowni?..
- Zabawnie mówisz to, Tomku. Nie ucieknę, lecz zupełnie naturalnie wyjadę w kwietniu do... Taraszczy.
- Nigdy w świecie na to nie pozwolę! nie pozwolimy! - poprawił się. - Zresztą Warownia najpiękniejsza w lecie, miałoż by wtedy ciebie tu nie być?
Spojrzała na niego zdziwiona, bo w głosie Tomasza zadźwięczała nuta żałosna i szczere zmartwienie odbiło się na jego twarzy.
- Ty nas nie opuścisz, - Elżo.
- Ależ zostanę, dokąd będę mogła, - zaśmiała się.
- Możesz zawsze, bo jesteś swobodna, nic cię nie wiąże, - chyba...
- Chyba co?..
- Może tęsknota za światem, znudzisz się w Warowni. Bo cóż, ja jestem nie zabawny, a Uniewicz...
- Zanadto zabawny, - dokończyła.
Burba roześmiał się.
- No, więc widzisz. Rodzice starzy...
- Mój drogi, twoi rodzice to okrasa Warowni.
- Masz tobie! Komplement. A po rodzicach - Kajtuś zapewne?..
Gorska śmiała się.
- A po Kajtusiu kto? jak sądzisz
- Hm. To już... Uniewicz.
- A właśnie, że ty.
Burba rozbawiony chwycił ją za ręce.
- Muszę wycałować, muszę. Za takie wyróżnienie - zaraz po Kajtusiu, należy się.
- Tomek, warjacie, rękawiczka mi pęka.
Patrzyła mu wesoło w oczy. Podobał się jej ten dzielny, męski typ o ciemno-błękitnych, marzących źrenicach na twarzy zawadjaki, trochę łobuzerski. Wysoka, zgrabna postać Burby W bekieszy, pochylona do rąk Elży, estetyczną była i rasową. Młodzieńcze czoło z pod odchylonej fokowej czapki świeciło pogodą i rzeźką brawurą. Długą chwilę patrzyli na siebie.
- Nie pojedziesz, Elżo, prawda?..
- Owszem, pojadę, ale jeszcze nie prędko, bo za dwa miesiące.
- Nie, nie, bo widzisz, ty tu jesteś jak kwiat w Warowni, a kwiat powinien kwitnąć dla tych, którym upiększa życie, to jego posłannictwo.
Dostrzegł na jej ustach lekki uśmiech.
- Co też ja mówię, wszak ty upiększać możesz życie jeszcze i innym... ludziom.
Elża milczała.
Burba nerwowo zdjął czapkę, wyprostował się, odetchnął szeroko i znowu ją włożył, wcisnął prawie na czoło.
- Pójdziemy do folwarku, nie widziałam go jeszcze, - rzekła młoda kobieta.
- Zabudowania folwarczne i ogrody są za tym laskiem, kilka stajen od dworu, mieszka tam rządca i ekonomowie. Nie wiem, czy interesuje cię gospodarstwo?..
- Co prawda, nie bardzo, ale konie szalenie lubię.
- No, to będziesz z naszych koni zadowolona.
Minęli szeroko most, bramą wjazdową murowaną i poszli ubitą drogą, pomiędzy oszronionemi ścianami sosen niebotycznych, ku czerwieniejącym się zdaleka murom folwarku. Elża opowiadała Tomaszowi swoje wrażenia z podróży, ale nie była ożywiona jak przedtem, milkła często, zapadała w zadumę. Burba ją obserwował, patrząc na nią z ukosa. Jej jasna twarz, wychylona z futrzanego kołnierza i czapeczki, była dla niego zagadką. Na ustach jej drżał uśmiech dziwny, brwi ściągały się często nad zamyślonemi oczyma, czasem przebiegła jasna łuna przez jej twarz, jakby wspomnienie niezwykle radosne, promienne.
- Coś w niej tkwi... - myślał Burba, i dziwił się, że dręczy go szczególny niepokój. Co to być może? Dlaczego taki lęk wpełznął mu do duszy?.. Dlaczego ta kobieta, nieznana mu jeszcze przed kilkoma dniami, interesuje go teraz tak bardzo, niepokoi.
Na pytania te nie umiał sobie odpowiedzieć.
Elża zaś z przyjemnością spostrzegła, że robi na nim wrażenie; pomimo to, ciesząc się z asysty dorodnego młodzieńca, odbiegała daleko stąd, hen, nad morze Śródziemne, ku kwietnym, słonecznym ogrodom, porównywała w myśli Tomasza Burbę z Arturem Dovencourt-Howe.
- Ten, to - wesoły, miły kompan, ale tamten...
Dochodząc do stajni, ujrzeli zdaleka skuloną figurę Uniewicza w obszernej lisiurze. Stał z rękoma schowanemi w rękawach i oglądał pysznego konia złoto-gniadej maści. Uniewicz klął, wymyślał na chłopca i nagle, spostrzegłszy nadchodzących, zwrócił się do nich żywo:
- Patrz, Tomek, co ta kanalja wyprawia, nie potrafi nawet konia na lince popędzać; Mustafa-Bej ciska nim jak własnym ogonem.
Burba bez słowa wziął linkę i bat z rąk stajennego, stanął prosty i sztywny, strzelił z bata raz i drugi, umiejscowił konia natychmiast i wprowadził go w tempo regularnego kłusa dokoła siebie.
- Poczuł rękę! - zawołała Elża zadowolona.
- Ba! - dopełnił zachwytu Uniewicz.
Miarowy tupot kopyt po równym zmarzniętym placu nie przerywał tempa ani na chwilę, koń wygiął szyję i z gracją, lecz posłusznie biegał wielkim kołem, prychając jeno dla dodania sobie fantazji w haniebnem poskromieniu.
Uniewicz wskazał na Tomasza.
- Piękny okaz siły, - prawda?
- Wygląda jak posąg.
- Albo, jak właściciel cyrku, tresujący dryganta.
Elża chciała się zemścić.
- Pan nie próbował tej sztuki?
- Ja, proszę pani, jestem nazbyt eteryczny, mnie taki smok przerzuciłby przez całą Warownię.
Jego szczerość podobała się Gorskiej.
- Pocóż pan wobec tego łajał fornala. Powinien pan własną słabość wybaczyć słabym.
- Tak, ale moją słabość ratuje rasa, którą posiadam, mnie wolno być słabym, jako dziecku starej, ewolucyjnej kultury, to nie jest osobiście moja wada, lecz atawistyczne dziedzictwo po zbytniej tężyźnie przodków moich. Siła fizyczna Tomka to wytwór kultury, której ewolucyjne skarlenie tknąć nie śmiało. Ale dla chama siła muskułów powinna być rzeczą całkiem naturalną. Co mu więcej pozostaje nad siłę i czego więcej od niego wymagamy? Siły i posłuszeństwa.
- Niech pan jeszcze doda: i - głupoty.
- A naturalnie, bo mądry siłacz nie będzie nigdy uległy, a już największą zaletą chłopską jest posłuszeństwo.
- Ej, panie, - narzekał pan na archaizm Warowni, ale i w panu spoczywa tęgi feudalista. Pańskie zasady trącą myszką. Taki teorje, jakie pan głosi, straciły kurs.
- Czy pani mówi tak z przekonania?
- Najzupełniejszego.
- Hm, bo pan traktuje tę sprawę doktrynersko, nie praktycznie. Nigdy się pani z kwestją tą nie spotykała oko w oko i dlatego jeszcze pani idealizuje tę klasę ludzi, wymagając dla niej nowszych ram, tymczasem oni najlepiej się czują w starych, a wyrażając się prościej - pod starym batem.
Elża patrzyła uważnie na mówiącego. Jego cienka postać, zbyt wiotka i wątła; jego welinowe, zapadłe nieco policzki i długi nos suchy; jasne oczy, błyszczące jednak dość żywo, świadczyły, że to atawistyczne dziedzictwo, o jakiem mówił, przejadło go istotnie aż do rdzenia. Mały, anemiczny wąsik i nieco wyłysiała z jasnych włosów czaszka, dopełniała obrazu tego typu młodego degenerata. Blade usta Uniewicza skrzywiły się trochę ironicznie.
- Doskonale rozumiem, co pani myśli, patrząc na mnie.
Gorska zmieszała się.
- Myślała pani, że już ja ze swoją postacią truposza nie powinienem głosić takich zasad o starych batach, nieprawdaż? Pani jest szczerą, niech pani nie ukrywa swoich myśli.
- Zaręczam panu, że nie określiłam go tak, jak pan przypuszcza, - odparła żywo.
- Więc coś w przybliżeniu, ale ja się nie obrażam, proszę pani. Jestem sobie zdechlaczek, co zawdzięczam w dużej mierze memu papie i resztę - sobie. Wiedząc, że niewiele mam z siebie do stracenia, traciłem ile wlazło i oto już jestem izolowany od mnóstwa pokus życiowych, jak wygasły samowar, nie wulkan, proszę pani, - to za nieodpowiednie określenie, - ale taki sobie aluminiowy samowar. Mam jednak zawsze wstręt do "czuhunu". Pani wie, co to znaczy? Nie, otóż "czuhun" to podły gatunek żelaza, czyli owe chamstwo, o którem mówiliśmy. Pani ma słabostkę do chamów?..
- Nie lubię przedewszystkiem tej nazwy.
- Dla chłopów najwłaściwsza.
- Zbyt urągliwa. Z chłopami miałam niesłychanie mało styczności. W Taraszczy znam ich tylko z malowniczych strojów. W literaturze są sympatyczni i tacy jacyś żywiołowi.
- Proszę pani, w literaturze idealizuje się chłopa, najczęściej mało go znając. Biorą go ze stanowiska dawnego kmiotka, który do dzisiejszego typu chłopa zupełnie podobnym nie jest. Chłopu brak patrjotyzmu w całem tego słowa znaczeniu, miłuje on tylko własny kawał ziemi i to uczuciem pierwotnem, ponieważ jest ona jego żywicielką. Ziemia go karmi, więc ją ceni na swój sposób, ale jeśli dać mu inny dający większe zyski obszar na obczyźnie, pójdzie tam bez oglądania się wstecz.
- Czy pan mówi o tutejszych chłopach?..
- Tak, pani. No, tu istna dzicz, ale znam Królestwo; rzadko w której z tamtejszych okolic znajdzie pani odrębne natury. Gdzie jest większe uświadomienie, gęstsze szkoły, tam ludek bierze się do roboty, lepiej, gdy pracuje pod kierunkiem szlachty, gorzej, gdy słucha zagorzałych ludowców czy socjalistów, - ci chcieliby świat do góry nogami wywrócić i, miast budować, - burzą, dążąc prawie zawsze do własnej karjery.
- Tak, ma pan tutaj słuszność, znam takie wypadki. Widywałam panów ludowców w roli instruktorów kółek rolniczych i wiem, co o nich sądzić.
Uniewicz machnął ręką.
- Ach, pani, nikt ich lepiej nie zna, niż ja; byłem wszak obywatelem na Podlasiu i nawet czynny brałem udział we wszelkich zbiorowych lub indywidualnych pracach nad oświecaniem ludu. Miałem styczność często z takim jednym panem, no, nie daj Boże! Wielki partjota, a jakże! ludowiec i wywrotowiec, głośny jak rozbity dzwon - "kałakoli" wszystkim: zamożnej szlachcie obywatelskiej, bo z niej żyje. Obałamuciwszy naiwniejszych swoją ideą, ciągnie z nich dla siebie korzyści. Ale i chłopom świeci bakę, grając na ich wrażliwych strunach, brata się z nimi, pije, całuje i burzy na obywateli. Blagier przytem i chwalicholewa koncertowy. Ręczę pani za to, że ten obwieś dąży głównie do karjery i gdyby zdobył ją, wnetby zaczął sam grać rolę pana, bo to taki gatunek. Podobne indywidua trują lud, miast go krzepić. Chociaż chłopi w tamtych stronach to mądrale, poznają się często na takich farbowanych lisach.
- Mieszkał pan długo na Podlasiu?
- Większą część życia, pani.
Elża bystro spojrzała na niego. Uniewicz to zauważył.
- Pani się zapewne dziwi, że jestem tu rezydentem, co?..
- Ach, panie, niczemu się wogóle nie dziwię. - Jest pan przyjacielem Tomka, wiem o tem.
- I przyjacielem ich wszystkich, bo zacniejszych ludzi nie znam. To są już w dzisiejszych czasach unikaty. Nie jestem zależny, a gościnę u Burbów przyjąłem tak szczerze, jak mi była ofiarowaną. Dobrze mi tu w ich państwie, miewam czasem złudzenia, że jadę nie na swojej "bidce", lecz na tęgim rumaku, jakby z warownieckiej stajni, której jestem koniuszym z własnego amatorstwa.
- A czy pracujecie tu państwo społecznie? - zagadnęła Elża.
- Eee, nie, pani, tu, na Wołyniu, lud cerkiewny nie nadaje się do kultury, jest pod wpływami popów, "uriadników" i ćmy "naczalstwa", złożonego przeważnie z popowiczów. Lud głupi, ciemny, rozpity i leniwy. Na dwór patrzy z podełba, gdy zdaleka, z pokorą kłaniając się w pas, gdy u progu. Bydlęce instynkty i niewolniczość, przytem są chytrzy. Dwór im imponuje, zwłaszcza taka Warownia. Burbowie zresztą ogromnie są dobroczynni, mnóstwo rodzin wspomagają hojnie, obdarowują biednych, robią co mogą. Są szkoły cerkiewne, bo na inne rząd nie pozwala.
Nagle zawołał: - Niech pani patrzy: Mustafa-Bej mocuje się z Tomkiem, wziął na kieł, nie da się przyciągnąć, a Tom ani drgnie.
Burba istotnie zachował żelazną postawę, pomimo gwałtownych manewrów konia. Zmusił wreszcie zwierzę do ulegliwości i przyciągnął do siebie, głośno klepiąc jego wygiętą szyję. Koń zupełnie już poskromiony, chrapał nozdrzami przyjaźnie i muskał głową ramię swego pana.
- Odniosłeś nad nim bardzo ładne zwycięstwo, - rzekła Elża.
- Pogładź go, - zawołał Tomasz wesoło - to mój ulubieniec.
- Niech mu pani da cukru, - dodał Uniewicz, wręczając Elży cukier, wyjęty z kieszeni. - Albowiem konie i kobiety darzy się słodyczami.
- Przeciwnie - rzekł Tomasz - za zwycięstwo nad kobietą, słodyczą darzy... kobieta.
- Czy ty już dużo skosztowałeś takich słodyczy? - spytała Elża Tomka z zabawną miną.
- Nie umiem zwyciężać kobiet.
- Doprawdy?..
- Niech mu pani nie wierzy, wykręca się bestja. On leci na spódniczki, ale i spódniczki na niego...
- Fe! Wyrażenia pańskie zaprzeczają jego kulturze, - skrzywiła się młoda kobieta.
- Ależ, daję pani słowo honoru, że Tom nie może się niewiastom opędzić.
- Elżo, natrzyj uszu Melowi za mnie i nie wierz nic temu, co on papla.
- Więc nie chcesz mieć sławy zjadacza serc?
- Nie chcę, bo nie zasłużyłem na nią.
Uniewicz pochylił się do ucha Gorskiej.
- On jednego serduszka dziewczęcego nie może jakoś przełknąć, choć samo lezie mu w gardło i dlatego tak się broni.
- Zdradza pan przyjaciela, to brzydko, panie.
- Co wy tam szepczecie z sobą, moi państwo? - zawołał Burba.
- Opowiadam pani o twoich konkietach.
- No, no, nie zapędzaj się, chodźmy na obiad, rodzice już czekają.
Elżę zaciekawiła jednak wzmianka Uniewicza o owem sercu dziewczęcem, ale mając coraz więcej sympatycznych uczuć dla Tomka, przypuszczała, że jest to pewnie zwykła miłostka kawalerska, których taki Burba może liczyć na tuziny, a które w jego sferze nie wymagają zbytnich ofiar zadośćuczynienia. Odczuła tylko lekki niesmak i ukośnie, ze źle tajonym wyrzutem spojrzała na Tomka. On to spostrzegł i zmięszał się tak silnie, iż pod jakimś pozorem poszedł do budynków, pozostawiając Elżę z Uniewiczem. Gorska rzekła do towarzysza:
- Zdetonował pan Tomka niepotrzebnie.
- To. nie ja, tylko obecność pani.
- Czyż on ma się czego wstydzić?..
- Ależ bynajmniej. Tomek jest w tym stosunku czysty jak kryształ, powiem nawet za czysty. Obawiam się końca.
- Więc nie będzie zwykły w takich razach, to jest: krowa, prosiak i sto rubli?..
Uniewicz parsknął śmiechem.
- Skąd pani o tem wie?
- Wiem, - krótko odrzekła Elża, cała jednak ponsowa.
- Zabawne. Otóż, widzi pani w tym wypadku koniec taki wykluczony, tembardziej, że niema jeszcze nawet początku i to jest właśnie tragiczne.
- Nie rozumiem pana. Czyli, że to jest rzecz poważniejsza?
- I tak i nie, proszę pani.
- Ach, więc dajmy temu spokój, skoro to jakaś tajemnica. Tomku! - zawołała głośno W stronę stajni, - chodź, czekamy na ciebie!
Wesoło zagadnęła Burbę zbliżającego się i rozchmurzyła go odrazu. Uniewicz patrzył na młodą kobietę i myślał.
- Czy to zwykła próżność kobieca, czy też dotknęło ją to naprawdę?..
Szczera, wesoła twarz Elży była dla niego zagadką.
VI.
W wigilję wielkiej obławy na wilki Elża siedziała w swoim pokoju, zaczytana w pamiętniku z Riviery. Często jednak unosiła głowę z nad zeszytu i myśl jej wracała z dalekich przestrzeni do Warowni. Przymykając oczy, Elża gięła umysł swój gwałtownie, nachylając go ku rodzinie Burbów. Skupiały się wówczas jej brwi pod wpływem nakazu płynącego z duszy pod wpływem okrutnej a stanowczej woli.
- Wyrwać się stamtąd; wyrwać z tego koła czarów myśl, tęsknotę i cud wspomnień. Niech to wszystko spopieleje, niech się zapadnie w- mrok zapomnienia. Lecz czy to możliwe, abym zapomniała?..
Spuściła oczy na otwarty kajet. Zaczęła czytać:
- "Wdziękiem tchniesz cała,
Wdziękiem promieniujesz,
Wdzięk twój płynie z duszy,
Wdziękiem swym czarujesz".
Czterowiersz ten usłyszałam z ust Artura, gdyśmy płynęli na smukłej "Tosce" po falach Śródziemnego morza. On sam wiosłował. Wyrwaliśmy się z towarzystwa, bo nikt więcej płynąć nie chciał. Dziwna rzecz, - często z wytrawnym wioślarzem bałam się wyruszać na pełne morze, lecz z Arturem czułam się zupełnie spokojną. Jego pewność siebie i zimna krew, przytem śmiałość i siła, z jaką swobodnie rozgarniał wiosłami spiętrzone bałwany, działały na mnie tak, że jechałabym z nim na koniec świata. Ufałam mu. Imponował mi. Jego ciemne, lwie źrenice, badały mnie z pod przymrużonych powiek. Jego usta ironiczne w wyrazie, trochę szatańsko skrzywione i twarz chłodna i sztywna, a taka wybitnie rasowa, o niepospolitym wyrazie, - wszystko to działało na mnie odurzająco. Byłam całkowicie pod jego wpływem. Zdaje mi się, że gdyby mi rozkazał skoczyć w wodę na dno morza, zrobiłabym to bez wahania. Cóż za szczególny objaw we mnie? Ale taki tylko mężczyzna potrafi mną zawładnąć, takiemu jedynie mogę się poddać i do takiego należeć z rozkoszą. Gdy wypowiedział ten czterowiersz, - zdrętwiałam. Artur wytrzymał mnie długo pod mocą swego wzroku, wreszcie rzekł matowym zimnym głosem:
- Ta improwizacja - to hołd dla pani...
- Nie posądzałam pana o liryzm.
- Ja sam się sobie dziwię. Wogóle odnajduję w swej istocie pewne zmiany od czasu poznania pani i zdumiewają mnie one. Per Bacco! - nie groziło mi nigdy nic podobnego. Nadzwyczajne!
- Więc obecnie grozi panu...
- Katastrofa. Hm!
- Nie trzeba, aby się pan przeistaczał.
- Dlaczego? - spytał.
- Bo zmieniłby się wtedy właściwy jego charakter.
Na twarzy Artura drgnęły lekko muskuły.
- Ale może wówczas przestałbym być - lodowcem - jak mnie pani nazywa.
- I zatraciłby pan swój typ, ja tak nie chcę!
Krótki błysk zamigotał z pod zmrużonych rzęs Artura; pochylił głowę z nikłym uśmiechem.
- Dla pani gotów jestem stać się nawet - biegunem północnym.
Zaśmiałam się wesoło.
- Ale już na - równik nie stać pana w żadnym razie?
Uśmiechnął się ubawiony.
- Hm, na równik?.. Och, no, lepiej zaniechajmy denatów nad tak krańcową zmianą atmosfery i nad tem, - kiedy by to nastąpić mogło... u mnie.
- Dlaczego? - brnęłam, - czy to temat... niebezpieczny?
- Trochę. Pani igra ze mną, pani Elżo. Ale tak nie można.
- Dlaczego?.. - powtórzyłam.
- Bo... ja nie pozwalam.
Chwilowy bunt powstał we mnie i zgasł, gdy spojrzał mi w oczy. Po dłuższem milczeniu rzekłam, patrząc mu prosto w źrenice:
- Pan jest pierwszym mężczyzną - który tak do mnie przemawia.
- Bardzo mi to pochlebia.
Zagryzłam wargi. Jego chłód zaczynał mnie nagle drażnić.
- Niech pan zawróci, nie chcę dłużej pływać.
- Jak pani każe.
Skierował łódkę W stronę brzega.
- Cóż znaczy takie nagłe ustępstwo pańskie?...
- Nie chce się pani sprzeciwiać.
- Doprawdy?.. Jakiż pan uprzejmy.
Artur milczał, tylko usta jego zarysowały się linją sarkastyczną.
On mnie lekceważy.
Jak bezpodstawnym jednak był mój wniosek, przekonałam się w kilka minut potem, gdy dobiliśmy do brzega.
Dovencourt wysiadł pierwszy i podał mi rękę. Nie sprowadził, ale prawie porwał mnie z łodzi. Gdy stanęłam na piasku, nagle, nie puszczając mnie, uchylił kapelusza skłonił się nisko i bez powodu, długo całował moją drżącą rękę. Coś gorącego było w jego oczach, zasnutych rzęsami. Mnie zaś oblał war. Żywo pobiegłam naprzód. On szedł za mną wolno, z flegmą zapalając cygaro. Ach, jak mnie ten anglik drażni i jak... porywa. Co się ze mną dzieje, na Boga, na Boga!
Tegoż dnia przedstawił mnie swojej matce, która bawi w Nicei. Wahałam się, ale prosił mnie o to, prawie nakazując. Lęk mnie ogarniał na myśl o spotkaniu tej wielkiej damy, chociaż była polką. Słyszałam od pani D'Ivonie, że bardzo kocha swego jedynaka. Pani Dovencourt-Howe siedziała w swym fotelu, na Promenade des Anglais, za nią stał nieodstępny groom, który ją wozi, gdyż lady Dovencourt cierpi na lekki paraliż nóg. Gdyśmy się zbliżali z Arturem, matka jego czytała dzienniki w cieniu wielkiego parasola. Trapiła mnie myśl, czy się jej podobam. Miałam na sobie skromny, ale elegancki kostjum ciemny i zgrabny Windhorst na głowie. Chciałam wyglądać dobrze. Podeszliśmy. Lady Dovencourt-Howe w swych czarnych etaminach i koronkach, wyglądała bardzo poważnie i surowo. Na siwych pasmach włosów spływała pajęczynowa czarna koronka; twarz blada jak z kości słoniowej i duże siwe oczy, - miały w sobie wdzięk i wybitny typ starej rasy. Gdy mnie Artur przedstawił, utkwiła w mej twarzy badawczy ale miły wzrok, poczem podała mi białą, wązką, wytworną rękę z uśmiechem.
- Przepraszam panią, że ją tak witam, lecz nogi mam słabe - rzekła bardzo uprzejmie. Wskazała mi miejsce przy sobie. Artur stał. Rozmawialiśmy chwilę o jej zdrowiu i klimacie, lecz szybko zmieniła temat, pytając o Polskę, o moje rodzinne strony i najbliższych krewnych. Zauważyłam, że chociaż delikatnie, ale wyraźnie bada mnie oczyma i widzi tylko mnie, osobę, człowieka, twarz, oczy, - nie przesuwa jak inne pospolite kobiety wzroku po szczegółach ubrania. To mnie do niej dobrze uprzedziło. Po pewnym czasie Artur odszedł do Palais de la Jeteé, by kupić bilety na jakiś koncert. Zostałyśmy same. Lady Dovencourt patrzyła na mnie uważnie, ja zaś pod tym przejmującym wzrokiem doznałam lekkiego niepokoju.
- Czego ona tak patrzy?..
Pytając spojrzałam na nią. Pochyliła się ku mnie i, kładąc swoją miękką dłoń na mojej ręce, rzekła z prostotą, cichym, słodkim głosem:
- Sądziłam, że... jesteś piękniejsza.
Uczułam żar na twarzy i jakąś wewnętrzną miłą falę ciepła. Dziwne wrażenie zdumienia z powodu tej szczerości pierwszy raz poznanej kobiety, - zawstydzenia, że zawiodłam jej nadzieje i radości... głębokiej radości, że pomimo, iż nie jestem piękną, jaką powinna być kobieta w mniemaniu tej pani, by zainteresować jej syna, to jednak... to jednak...
Prawie odruchowo, wiedziona szczególnym popędem uczucia i wdzięczności dla jego matki za tę jej szczerość kochaną, która mi tyle, tyle powiedziała, pochyliłam się nagle do jej ręki i ucałowałam ją gorąco. Staruszka drgnęła, poczułam jej serdeczny uścisk i dotyk ust do mojej skroni.
- Przepraszam cię, dziecko, za moją bezceremonjalność, jestem polką jak i ty. Bardzo się cieszę, że pani nie... obraziłam, to miły dowód, że nie jesteś próżną.
W tej chwili podszedł Artur z kimś jeszcze. Podczas ogólnej rozmowy spoglądał na mnie z pod rzęs. Znalazł sposobność, by powiedzieć:
- Ma pani zorzę promienną na twarzy...
- Bardzo mi się podobała pańska matka, - palnęłam najniedorzeczniej.
- Tak... To mię cieszy. Posiada więc moja matka taki wpływ czarujący.
- Tak, to jej wpływ.
- Muszę to zbadać głębiej.
Nie mówiliśmy o tem więcej. Jestem istotnie pod wrażeniem tej dostojnej pani. Ma niezwykle szlachetną postać i coś, co przykuwa do siebie. Jest polką a jednak wyszła za anglika i była bardzo szczęśliwą. Dovencourt mi opowiadał trochę o jej rodzinie, pochodzącej ze starego i zacnego rodu z Wielkopolski. Gdy była mowa o jej rodzinie lady Dovencourt rzekła
- Burba... to stara i dobra szlachta.
Boże... Boże... co mi w głowie.
Artur wywiera na mnie wpływ niebywały, niepokojący. Przed zabawą kwiatową w Monte-Carlo państwo D'Ivonie i jeszcze parę osób zaprosiło mnie do ukwieconego samochodu, który miał otrzymać pierwszą nagrodę. Automobil czarny w kształcie torpedy zatrzęsiony był ponsowemi gwoździkami. Tonął w gwoździkach. Panowie w czerni, panie postanowiły być w sukniach czarnych jedwabnych z pękami gwoździków purpurowych przy gorsach. Miałam szaloną ochotę być w tym samochodzie, tembardziej, że mi mówiono, iż proszonym będzie również Dovencourt. Całe towarzystwo zebrane w hotelu paryskim omawiało szczegóły zabawy. Otoczono mnie kołem, prosząc o decyzję ostateczną. Artur stał nieco dalej, rozmawiając z Verrunim, Włochem. Słysząc, że mnie przynaglają, przerwał nagle rozmowę i utkwił we mnie wzrok badawczy, pytający. Zachwiałam się w swoim postanowieniu. Poprzez głowy otaczających mnie osób, patrzałam w przymrużone oczy Artura z dreszczem niepokoju, czując, że on mi coś nakaże. Artur wolno obcinał cygaro i z twarzą zimną, sztywną jak posąg, z lekko pochyloną głową nie spuszczał ze mnie wzroku, którym mnie wprost zniewalał. Odczułam go i jak zahypnotyzowana po długiej chwili walki z sobą odmówiłam udziału w zabawie kwiatowej, chociaż perspektywa jeżdżenia pięknym, ukwieconym samochodem uśmiechała mi się bardzo. Ale nie! On mi tego zabrania, on tego nie chce, czytałam to w jego oczach. Odmowa moja wywołała zdumienie i oburzenie, widziano bowiem poprzednio mój zapał i szczerą chęć do tej zabawy.
Artur proszony o to samo, odmówił grzecznie lecz stanowczo. Odetchnęłam. Gdyśmy się znaleźli oboje w parku, spytałam go wprost.
- Dlaczego mi pan nie pozwolił na taką dla mnie przyjemność... Tak tego pragnęłam.
Na jego twarzy drgnęły muskuły, oczy spuścił na mnie, objął mnie całą tym aksamitnym wzrokiem i rzekł miękko:
- Jednak pani odmówiła.
- Bo pan mnie do tego... skłonił... Nie byłabym, w stanie w onej minucie przyjąć zaproszenia. Za nic.
Ujął moją rękę i, odwracając ją dłonią do góry, ucałował krótko, chyląc nisko głowę. Oblał mnie żar, szliśmy chwilę milcząc, poczem on rzekł matowym głosem:
- Widok pani w tym samochodzie defilującym w tłumie, w gronie tych osób, w uniformie tych pań byłby dla mnie zbyt przykrym. Jestem egoistą, więc panią izoluję dla siebie tylko. - Unosi mię duma, że mnie pani... zrozumiała.
- Czy tylko to... - spytałam nieśmiało.
A on odrzekł ciszej z naciskiem.
- Może zbyt wiele mógłbym wypowiedzieć, ale niech mnie pani zawsze jednakowo odczuwa, wówczas wątpliwości znikną. Tego pragnę.
Szliśmy długo bez słowa.
Zupełnie, zupełnie jestem przez niego opanowana.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Wtem jakiś szczególny odgłos zwrócił uwagę Elży. Podniosła głowę i przez kilka chwil nasłuchiwała pilnie. Z poza okna, zda się z pod ziemi płynęło przeciągłe wycie jakby jęk żałosny.
- Co to jest?... Upiory cmentarne sabat swój odprawiają... Co to się dzieje? - spytała Elża samej siebie z przykrym dreszczem trwogi.
Usłyszała pukanie. Z okrzykiem skoczyła ku drzwiom i gwałtownie szarpnęła je. W progu stał młody Burba.
- To ty, Tomku! co się stało?
Tomek milczał, chłonąc ją wzrokiem. Elża oprzytomniała. Dopiero teraz spostrzegła, że jest w negliżu. Cofnęła się żywo w tył zawstydzona.
- Przepraszam, jestem nieubrana.
Z poza zamkniętych drzwi spytała powtórnie:
- Co się stało, Tomek?..
- Nie trwóż się... Elżo... tylko sądziłem, że jeszcze nie śpisz.
Drżący głos jego, jakiś zupełnie zmieniony, mimo trwogi, rozśmieszył ją.
- No nie śpię, ale o co chodzi?
- Słyszysz, wilki wyją, przyszedłem, aby cię ostrzec, że zaraz będziemy strzelali.
- Teraz, w nocy?...
- Ze strzelnic, więc bałem się, że cię przestraszymy. Zresztą myślałem, że nam zechcesz towarzyszyć. Wilki są pod samym domem, pożerają barana, możesz je z okna zobaczyć.
Gorską ogarnęła gorączka myśliwska.
- Ach, Tomek, zaczekajcie na mnie, zaraz przyjdę. Nie idźcie bezemnie na strzelnicę.
- Poczekam na ciebie tu.
- Dobrze, dobrze.
Zamknęła drzwi i jęła się szybko, jako tako, ubierać. Po kilku minutach zgasiła lampę i wyjrzała przez okno. Gdy oko oswoiło się z mrokiem, dostrzegła w oddali, w zaćmie śnieżnej, kilka ciemnych punktów kręcących się zajadle. Dreszcz nią wstrząsnął.
- Niebywała rzecz!
Wyszła na korytarz.
- Tomek, jesteś?..
Burba podsunął się w milczeniu i wziął ją za rękę.
- Chodźmy tędy prosto na schody; trzymaj się mnie, Elżo.
Oparła się na jego ramieniu, a on ją wiódł przez ciemny korytarz w zupełnej ciszy nocnej. Trzymał ją silnie i miękko. Elża słyszała przyśpieszone bicie jego serca i odczuła, że dzieje się z nim coś niezwykłego.
- Czego tak drżysz, Tomku, czy to tak się objawia żyłka myśliwska?..
Tomasz milczał.
- Okropnie jestem ciekawa tego polowania. Co ci jest, Tomku? nic nie odpowiadasz.
Tomasz nagle przystanął. Podsunął Elżę naprzód, ku schodom, i zawołał zdławionym głosem:
- Idź na górę, te schody cię zawiodą... na strzelnicę, ja... zaraz przyjdę.
Puścił jej rękę i szybko oddalił się.
- Tomek.
Ale Burby już nie było.
- Oszalał, - przemknęło przez myśl Elży. Wzruszyła ramionami i pobiegła na górę. Stopnie schodów, obite grubym wojłokiem, głuszyły jej kroki. Nagle owiał ją chłód i czyjaś ręka ujęła ją za ramię.
- Cicho. Czy to Elża?..
- Ach, to dziadzio?..
- Gdzież Tomek?..
- Po coś tam poszedł jeszcze.
- Marudzi, a już najwyższy czas, wilki tuż. Cicho...
Elża, wciągnięta przez starego, stanęła w rogu strzelnicy pod daszkiem, Obok niej stał Uniewicz i gajowy, Stacho Domalewski, obaj ze strzelbami, gotowemi do strzału. W drugim rogu znalazł miejsce stary Burba i sybirak, pan Krywejko. Uniewicz podał Elży lekką i zgrabną fuzję.
- Proszę, to dla pani przygotował Tomek.
Wzięła broń, radośnie zdziwiona.
- Ach, panie. Czy będę mogła strzelać?...
- O ile pani czuje się na siłach.
- Ale czy trafię do wilka?..
- Ba, to inna rzecz.
- Ciiiicho, - ostrzegał stary Burba niecierpliwie.
Umilkli. Młoda kobieta patrzyła w dal na czarny bór i ciemne żywe plamy wilków na śniegu. Zaczynała się niepokoić coraz więcej, wytężając wzrok przed siebie. Tymczasem wilki zbliżały się do domostwa, a gdy już słychać było ich wark i charkotanie, stary Burba syknął cicho ze złością:
- Tomek, błazen, nie przychodzi.
- Czemu nie strzelacie? - w samo ucho Uniewiczowi szepnęła Elża. Lecz on położył tylko palec na ustach.
Elża stwierdziła niesłychaną czujność wilków. Najbliższe z nich stanęły jak wryte, nastawiły słuchy i kręciły trójkątnemi głowami, węsząc. Oczy ich świeciły w ciemnościach, jak małe płomyki.
W tej chwili cicho wsunął się Tomek. Był bez czapki. Stanął przy Uniewiczu i w milczeniu wziął swoją strzelbę.
- Pal, Tomek, - szepnął ojciec.
- Coś ty kąpiel brał? - spytał jednocześnie Uniewicz.
Huk strzału zatrząsł, zda się, ścianami domu. Wilk najbliższy rozciągnął się na śniegu. W ślad za pierwszym strzałem huknęły trzy inne i znowu Tomek pociągnął za cyngiel. Pomiędzy czarnemi plamami martwych wilków żywe biegały we wściekłych skokach, spłoszone, ogłupiałe z przerażenia. Jeden zapędził się prawie pod sam dom.
- Ten mój! - krzyknęła Elża i wymierzyła.
Jednocześnie z nią strzelił Tomasz Burba tak, że dwa te strzały zlały się w jeden. Nieruchome cielsko na śniegu było jego rezultatem. Gdy Gorska po strzale spojrzała przed siebie, nie było już na pobojowisku ani jednego żywego wilka, - czerniło się tylko kilka trupów. Przerażone stado zwierząt w panicznej ucieczce dosięgało już lasu.
- Brawo, pani Elżo! Pyszny, śmiertelny cios, - wołał Uniewicz.
- Śmiertelny duet, niech pan powie, - sarknęła gniewna.
- Ach, więc pani zauważyła?
- Tomek wyrwał się jak Filip z konopi z tym swoim strzałem. Mógł tego wilka darować mnie.
- Toż zostaw, Elżuniu, wilk poszedłby w bór cały, a teraz, ot leży bestja.
- Mogłam go sama zabić.
- Ach, facecja, na to trzeba wprawy. No, udała się zasadzka. Zejdźno, Stachu, serce, i przelicz, ile ich tam jest, a uwolnij brytany z więzienia. Ja strzelałem tylko raz.
- A mnie strzelba spaliła na panewce, - żalił się Sybirak.
- Ja dwa razy, - rzekł Uniewicz.
- I ja dwa, - dodał Stacho, - ale najwięcej walił panicz.
- Strzelałem cztery razy, - mruknął Burba.
- I pół, - dodała Elża zła, - ja zaś tylko pół, złożona z tego całość zabiła wilka.
- Nie, wilk jest wyłącznie twój, ja spudłowałem.
- Dziękuję ci, Tomku, za twoją uprzejmość, ale trzeba dać świadectwo prawdzie. Trudno!
- A przedewszystkiem nie przyznawaj się nigdy do pudła wobec kobiety, - rzekł Uniewicz tonem mentorskim.
- Otóż właśnie, słuszna uwaga i doświadczona, - zaśmiał się stary Burba. - No, a teraz spać, mili państwo, wilki pozbieramy jutro, jeszcze nad nimi psy odprawią larum.
Zeszli razem ze strzelnicy. Gdy w korytarzu oddawali sobie dobranoc, pan Cezary, całując głowę syna, zawołał zdumiony:
- A toż co, lałeś wodę na głowę, czyś tak spotniał? Patrzajcie, jakby nurka dawał, taka mokra głowa.
Uniewicz zaś dodał:
- Odrazu to spostrzegłem i pytałem, czy brał kąpiel. A on sobie widocznie jak Kmicic wodę na łeb lał. Ale chyba nie z powodu wilków...
Tomasz milczał. Gdy podszedł do Elży, nagle chwycił jej obie ręce i gorąco, namiętnie prawie do ust przycisnął. Nikt tego nie spostrzegł. Tomek podskoczył za ojcem i Uniewiczem, Elża zaś wpadła do swego pokoju z dziwnym jakimś dreszczem. Rozebrała się szybko i położyła, nie zapalając światła. Była pod szczególnym wrażeniem, natłok myśli nie pozwalał jej zasnąć. Wzrok Tomka, gdy mu otworzyła drzwi, i późniejsze jego zachowanie się, było dla niej nazbyt wyraźne, by nie zrozumieć, co się z nim dzieje. Spostrzegła to zresztą już parokrotnie. Odkrycie to bawiło ją i wzruszało, dziś jednakże drgnęło w niej jakieś inne uczucie i zaniepokoiło ją silnie. "Jakże można, czyż to możliwe, wszak tamten jedynie istnieje i panuje", - robiła sobie wymówki, a sumienie odpowiadało: "wszak odtrąciłaś tamtego i wspomnienie o nim zatracić chcesz, dopełnia się twój wyrok łatwiej niż przypuszczałaś, ucieczka z pod wpływu tamtego odniosła skutek". "Ja nie chcę, nie chcę, nie chcę!" - wołała strwożona. "Czemu kokietujesz Tomka?" - zapytał inny głos wewnątrz. "Czemu?" - pytała sama siebie w zdumieniu - "nie znam celowej i sztucznej kokieterji, więc jeśli robię to bezwiednie, czyż moja w tem wina?.."
Rozmowa z własnem sumieniem nie uspokoiła Elży. Przeciwnie, obrony nie znajdywała przed sobą, gdyż istotnie Tomasz podobał się jej coraz więcej. Tak różnił się od Artura, ale pomimo to był dziwnie pociągający nieprzemożną siłą kontrastu. Tamten niepokoił, drażnił, - ten oddziaływał raczej kojąco, łagodził nerwy pomimo swej buńczuczności i zawadjactwa. W tamtym przeczuwało się pod grubą powłoką lodową ogień, podsycany zwolna i umiarkowanie, - ten oddziaływał wybuchowo jak płomień, który parzy, ale jest miły i nie wzbudza lęku. Tamten porywał trochę po szatańsku, - ten unosił, jak burza. W tamtym był jakiś urok tajemniczy a potężny, czasem wzbudzający grozę, - w tym bezpośrednio przebijał czar młodej i dzielnej natury męskiej.
"Ten złoty Tomek, jest dla wszystkich zrozumiały, - Artur dla wybranych", - myślała Elża, pełna wewnętrznej podniety.
Myśli tłoczyły się jedna za drugą, sen odleciał zupełnie. Obrazy Riviery nasuwały się plastyczne, pełne życia i kolorytu. I powoli, powoli - Warownia, Burbowie, strzelanie do wilków, zima, śniegi, bory, wszystko to malało, nikło gdzieś, zapadało, wreszcie rozwiało się zupełnie. Majaczył najdłużej Tomek Burba i jego oczy, te dziwne oczy, gdy spotkały ją w białym negliżu. Widoki jasnego brzegu panoszyły się despotycznie. Nadpływały coraz nowe, zasłaniając sobą wszystko. Tomek Burba jeszcze trwał: jego oczy i głowa, zlana wodą. Istotnie, - archaiczny, kmicicowy sposób, gaszący zapały, widocznie skuteczny, bo jakże on później celnie walił do wilków. Tomek trwa, ale oto nasuwa się wysoka rasowa postać Artura, smukła i taka wykwintnie patrycjuszowska, więc Burba nagle maleje i chwieje się, jego oczy ciemno-błękitne, takie energiczne i pełne iskier, gasną, zacierają się pod mocą magnetyczną przymrużonych źrenic tamtego. Dovencourt wypływa na falach wizji niby potężny pancernik, przed którym szybko, szybko cofa się żaglowiec - Tomek. Wreszcie zatonął zupełnie w spiętrzonych falach morza wspomnień. Wizją, tęsknotą, wyobraźnią stanęła tam wśród słońca, błękitów, kwiatów i słodkiego szumu morza. Widzi się oto na tarasach Monte-Carlo. Jest wieczór, niebo granatowe, a przezrocze, jakby czarny djament, połyskujący mnóstwem brylantowych gwiazd. Taki sam czarny djament, tylko płynny ma pod stopami. Poza nią kasyno jarzące od świateł, niby wielka czarodziejska latarnia zaczarowanej nocy. Dalej błyszczą hotele, pałace; coraz wyżej, wyżej lśnią pojedyńcze światła, ogniki lamp. Przed nią, poza płynną taflą czarnego djamentu majaczy Monaco, łyskające słabem światłem, nikle również zarysowuje się świetlna szarfa bulwaru Condamine na prawym brzegu. Latarnie oddalone gasną wobec magnackiego przepychu rakiet, tryskających z wyniosłego cypla Monaco. Jest jakaś uroczystość i dlatego puszczają cudowne te ognie. Na tarasach tłumy wyległe z sal gry kasyna, zebrane z całego wybrzeża. Stoją Chreptowscy, D'Ivonie z żoną, ale Artur i Elża są nieco odosobnieni od wszystkich, poza tłumem. Przed chwilą ona, zmęczona gwarem sal gry, uciekała na górę gmachu, do bibljoteki. Spotkała Artura już przy schodach w momencie, gdy jakiś przygodny adorator, moskal, czy gruzin o bardzo wyraźnym charakterze swej rasy, prześladujący ją wzrokiem cały dzień, spieszył za nią również do bibljoteki. Dovencourt-Howe zauważył to, a gdy dostrzegł niepokój w jej spłoszonych oczach, stanął przy niej spokojnie, zimny i sztywny jak zwykle, zamykając przejście napastnikowi, i tak wymownie spojrzał mu w oczy, że tamten, jak po policzku, cofnął się wgłąb atrium. To nieme zwycięstwo Artura uradowało ją niezmiernie. W bibljotece podziękowała mu gorąco, a on, uścisnąwszy jej dłoń, rzekł krótko:
- Chcę czuwać nad panią.
Zaraz potem zaczęło się puszczanie rakiet. Oboje wyszli na tarasy, złączywszy się z towarzystwem, lecz wkrótce jakby niechcący znowu się odsunęli. Ona była pod potężnym wrażeniem jego mocy i tajemniczego uroku, jaki posiadał. Stała przy nim blisko, on ją odgradzał od tłumu, opiekował się nią jak dzieckiem, czuła się bezpieczną, wyjątkowo spokojną i upojoną. A przed nimi działy się cuda. Z wzniesionego nad zatoką cokołu skały Monaco wykwitł nagle olbrzymi bukiet krwawo-ponsowych i purpurowych maków, wielkich, z czarnemi trzęsieniami środków. Bukiet wystrzelał pod ciemny, gwiaździsty strop nieba szalonym pędem, rozwiązywał się w powietrzu i, rozsypany, opadał pojedyńczemi kwiatami ku morzu, kapiąc gęsto karminem płatków. Zaledwo stopiły się gorące maki, gdy oto wytryska snop białych, przeczystych lilij. Kolosalne kwiaty, drżące wewnątrz swych kielichów pomarańczowo żółtym piórkiem, zwisają ciężką więzią i pojedyńczo chwieją się w powietrzu coraz niżej, niżej, aż kładą się cicho na fali, toną w jej ciemnej lawie. Za liljami wyfruwa niezliczone stado bajecznie barwnych motyli. Są ogromne o szerokich skrzydłach koloru drogich kamieni, lecą wysoko w górę, zda się szum ich słychać, lecą chmurą, wtem, - oddziela się kilka od masy i oto rozpryskują się na wszystkie strony, całe niebo osnuwają świetlną tęczą swych kolorowych skrzydeł i lot ich opada, obniża się, aż giną w falach. - Nowe więzie kwiecia wyrzuca cokół Monaco; teraz - rozchwiane, gorąco-żółte pióra chryzantemów. Wspaniałe korony kwiatów olśniewają przepychem, zdobią przez kilka sekund ciemne przestwory nocy i, posłuszne przeznaczeniu, płyną w toń morską. Coraz nowe niespodzianki pojawiają się na granatowem niebie; kwiaty, rajskie ptaki, wreszcie deszcz gwiazd złocistych, a wszystko z charakterystycznym pękaniem i trzaskiem suchym. Po rakietach, witanych oklaskami zachwyconych widzów, strzelały hen, w górę, przebijając jakby niebo, gigantyczne świece rzymskie, niesłychanie długo palące się pod obłokami i w gęstych brylantowych łzach z sykiem zanurzające się w wodzie. Elża, pierwszy raz widząc takie cuda techniki sztucznych ogni, była oczarowana. Zionący huraganem płomieni cokół skalny Monaco przerażał złudzeniem żywiołowej katastrofy pożaru, takie łuny szalały nad nim. Cichym głosem Elża wyrażała swe zachwyty Arturowi, z przedziwnie miłem uczuciem, że jest z nim i z nim razem patrzy na te zjawiska. Aż oto, zaniepokojona jego milczeniem, podniosła na niego oczy. Przeniknął ją ostry, jak iglica, bolesny dreszcz. Dovencourt spuszczoną miał lekko głowę i patrzył na nią tak, jak nigdy. Było w tym wzroku wszystko, co może wyrazić mężczyzna wybranej kobiecie; więc była przedewszystkiem - miłość i rzewność jakaś przenikająca do głębi i namiętność tytaniczna, hamowana siłą woli. Nie trzeba słów; takie nieme patrzenie mówi wszystko, co dusza chce wypowiedzieć, nie zatai nic, wyjawi całe credo istoty, zdradzi najtajniejsze uczucie. Zdrętwiała, zamarła prawie pod wrażeniem wymowy jego oczu. Stała przy nim, jak zahypnotyzowana, nie spuszczając powiek, bojąc się drgnąć, by nie uleciał czarowny urok tej chwili. Znikły dla niej łuny świetliste sztucznych ogni, zgasły rzymskie świece i trzask rakiet, sypiących kwiaty i gwiazdy, widziała tylko ciemne oczy Artura. Gdyby ją teraz pociągnął w morze, poszłaby bez wahania; gdyby ją zabijał, nie czułaby bólu i lęku. Zapanował nad nią wszechwładnie jak tyran, jak demon. Wszystko, świat, skały, morze, tarasy, tłumy zawirowały w jej umyśle huraganowym pędem, runęły w bezdeń otchłanną, nad którą stali tylko - ona i... Artur... Rozkosz, zapomnienie i szał, a potem - niech zaniknie dusza i ciało, byle się nie ocknąć, byle w tym uroku zginąć.
Dotknięcie ręki jego sparzyło ją jak rozpalony węgiel. Zadrżała. On pochylił niżej głowę i szepnął ledwie dosłyszalnie:
- Elly... pójdziemy razem... w świat.
- Dobrze, - odrzekły bezpamiętne jej usta.
Lecz w tej chwili ocknęła się. Zerwał; zerwał złotą nić czaru. Poco ją zerwał?..
- Co, co pan powiedział?.. - zapytała roztargniona. Poco ten zgrzyt?
Ścisnął jej dłoń mocno.
- Elly... pani Elżo, proszę się przebudzić. Czy ty wiesz, coś mi odpowiedziała?..
- Wiem, tylko, że coś prysło, co powinno było trwać.
- Chcę właśnie to... utrwalić.
- Nie, nie, nie można, pan wie, że... nie można.
Nowy wybuch ogni na cokole Monaco otrzeźwił ją zupełnie. Zerwała się gorączkowo, jakby do lotu, ale on ją silnie zatrzymał za rękę.
- Dokąd... pani?..
- Chodźmy stąd! - krzyknęła prawie głuchym głosem i zawołała znajomych. Artur puścił jej dłoń i wyprostował się sztywno. Podszedł D'Ivonie. Po kilku słowach o rakietach, wesoły francuz spytał:
- Co robimy z resztą wieczoru?..
- Chodźmy do kasyna, - rzekła jego żona.
- Jedźmy w góry samochodem, - sucho zaproponował Dovencourt.
- Jakto, teraz w nocy?..
- Nic nadzwyczajnego, powiozę sam.
D'Ivonie błysnął niebieskiemi białkami oczu i zrobił zdecydowany ruch ręką, poczem rzekł z naciskiem:
- "Powiozę sam". To absolut, to już pewnik, niweczący wszelkie obawy, to twierdzenie zasadnicze, gwarantujące bezwzględne bezpieczeństwo. Dobrze mieć taką pewność siebie, opartą na uznaniu opinji.
Niezwykłą przyjemność sprawiły Elży te słowa, spojrzała na Artura; zimna maska jego nie wyrażała żadnego uczucia, był to inny człowiek, niż ten, który przed chwilą patrzył na Elżę i mówił do niej. Wtedy był - dla niej, teraz jest - dla ludzi. Jakże ją upajała ta jego znamienna odrębność.
Projekt Artura przyjęto z zapałem. Elża porozumiała się z wujostwem i w kwadrans potem byli już w samojeździe Artura. Ona siedziała obok niego, za nimi D'Ivonie z żoną, Chreptowska i Verruni, młody Włoch, literat-marzyciel. Ruszyli z pod kasyna i, minąwszy Monaco, pędzili drogą górną, zwaną "route de la vielle corniche". W dole widniało morze, światła, osady i ludzie. Nad niemi - niebo przesiąkłe granatem nocy, zamieć gwiazd złotych i brylantowe pyły dróg mlecznych, i przestrzeń powietrzna szeroka, świeża, pełna upojnej czystości. Pędzą po skalnych drogach, - nad niemi wiatr jeno po skałach hula i świszczę, rozdrażniony pędem samochodu. Elża nie uczuwa żadnej trwogi; przecie maszynę prowadzi Artur, więc jest taka spokojna, taka szczęśliwa. Coś tam do niej mówi Chreptowska, Verruni prosi ją, by improwizowała opis tej nocy i jazdy podniebnej, bo lubił, gdy słowami malowała naturę. Jej opowiadanie nazywał "epiczno-malowniczą ilustracją". Ale ona odpowiada im półsłówkami, zbywa ich byle czem - w uszach jej brzmią ustawicznie słowa Artura: "Elly... pójdźmy razem... w świat" - oczy jej zatopione są ciągle w jego ciemnych, lekko przesłoniętych powiekami, źrenicach, w których wyraża wszystko to, co może wyprowadzić z równowagi umysł kobiety. A przytem siedzi tuż blisko przy nim, widzi go obok siebie, obserwuje jego rękę, opartą na kole steru, rękę, w której trzyma życie jej, własne i tych czworga, za nimi siedzących.. Jadą nad przepaściami, - jedna omyłka, jeden fałszywy kierunek i będą zgubieni. Ale ona mu ufa i nie tylko ona, bo i tamci. Ona jechałaby z nim, pod jego opieką i kierunkiem w świat tak, jak on chce.
Wspomnienie Elży zaczyna przeistaczać się z przeżytej wówczas prawdy w fantazję. Pęd automobilu staje się już nienaturalnie szybkim; to raczej - lot ptaka. Góry wznoszą się niebywale i sięgają nieba; trącane przez nie gwiazdy osypują ich deszczem złota, a oni - pędzą, lecą wzwyż, sami już, we dwoje, zapatrzeni W siebie, gdzieś poza kręgami bytu ludzkiego. Elża słyszy jeszcze szum automobilu i powiew z górskich wichrów, czuje plastycznie obecność Artura przy sobie i łowi nozdrzami woń dymu jego cygara. I słyszy wciąż jego słowa: "Elly... pójdźmy razem... w świat" i swoją odpowiedź: "dobrze". Ale czy to jej odpowiedź?.. Głos płynie gdzieś z daleka, jakby z za gór, z poza tej granatowo-gwieździstej przestrzeni. I wszystko gdzieś się oddala, głuchnie, maleje...
Elża zasnęła.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Obudził ją dziwaczny jakiś i dość brutalny odgłos. Pokrzepiona snem, oprzytomniała odrazu i usiadła na pościeli..
- Co to jest?... Ach, rogi myśliwskie! Obława.
Zerwała się gwałtownie, zawstydzona, i skoczyła do umywalni. Gdy, ubrana już, wyszła do stołowego pokoju, zastała tam trzech mężczyzn przy śniadaniu i krzątającą się panią Burbinę. Oczy Tomasza błysnęły na jej widok. Pan Cezary zawołał wesoło:
- Ot, zuch - Elżunia! Tomek nie pozwalał dąć w rogi, bo bał się ciebie obudzić, a ona już na nogach.
- Właśnie obudziło mię granie rogów.
- A co, widzi ojciec, - z lekką wymówką rzekł Tomek.
- No, tak i cóż za bieda! Jak obława, to obława. A teraz, moja miła waćpanno, jakże humor służy, bo wczoraj na strzelnicy był wcale kwaśny?.. Tak, czy odrazu wyruszasz z nami w knieje, czy potem z babami i bigosem przyjedziesz?
- Z jakiemi babami znowu?..
- Sąsiadek parę przyjedzie do Urszulki. A koło południa przywieziecie nam bigos i starki.
- Toż chyba Elżunia niech ze mną zostanie, przystojniej, - odezwała się pani Urszula.
Elża złożyła ręce błagalnie i wdzięcznie spojrzała w oczy dziadka.
- Ja tak pragnę zobaczyć obławę. Weźcie mnie z sobą. Babcia się nie zagniewa?.. - spytała Burbinę z przymileniem. - Babciu, proszę o urlop.
Jednocześnie, przebiegając koło Tomka, rzuciła mu w ucho cichutko:
- Zlituj się, ratuj mię od tych bab.
- Masz rację! Proś ojca, - odszepnął.
Ale pan Cezary już wolał:
- No, tak i jedź z nami w bór. Urszulka tu z Jasiową, gospodynią i kuchtą dadzą sobie rady, a my - marsz do kniei.
- "Na łów, na łów, towarzyszu mój" - zaśpiewał basem stary Burba, chwycił Elżę i wycisnął na jej czole głośny pocałunek. Ona objęła go za szyję i wycałowała rzetelnie.
- Ach, ty urwisie. Patrzaj, jak całuje zgrabnie; nawet nie wiedziałem, że tak potrafisz.
- Rozbisurmani się do reszty pod twoją opieką, Cezary, - zrzędziła pani Urszula,, z kolei teraz wycałowana przez Elżę.
- Mantyczysz, serce, a uśmiechasz się i nadstawiasz policzki. Facecja! No, tak teraz, Elżuniu, Tomka pocałuj, a to on prowadzi obławę, gotów cię nie zabrać.
- I mnie się coś należy - dodał Uniewicz skromnie.
Tomek sponsowiał i nagle zbladł. Elża złożyła obu panom głęboki aż do ziemi, dworski dyg, z twarzą pełną uśmiechów.
- Niech wam to wystarczy.
Wybiegła z pokoju.
- Czysta zawierucha, - śmiał się stary Burba, lecz, spojrzawszy na syna, spoważniał.
- No, Tomek, kiń niebieskie migdały, bo wilki na nas czekają.
- Lękam się, że ich dziś niewiele padnie z fuzji Toma przy takich konjunkturach, - zauważył Uniewicz.
- A z pańskiej, panie Melu? Ha?! Ot śmiałbym się, gdyby tu... kocioł garnkowi przyganiał.
- Eee, ja jestem już trudny do osmolenia. No, panowie, jeszcze po kieliszku starki. Tobie, Tomek, radzę nie pić.
Ale młody Burba już wybiegł z pokoju.
Troje sań sunęło cicho po kopnej drodze wśród czarnego boru, bez jańczarów, nawet bez prychania wyuczonych koni. W pierwszych małych saneczkach: Tomek i Uniewicz, w drugich: Cezary Burba z Elżą i na końcu, w dużych, rębnych saniach: stary pan Krywejko i Stacho Domalewski z gajowymi. Elża rozmawiała przyciszonym głosem z dziadkiem, wypytując go o szczegóły polowania i słuchając jego myśliwskich wywodów, z wielką i nową dla siebie przyjemnością. Stary pan rozgadał się, co chwila mówił - "cicho!" - jakby do Elży i do siebie, ale rozmowę dalej prowadził. Opowiadał o polowaniach w Warowni i w odległych kniejach, przypominał różne wypadki niebezpieczeństwa. Gorska słuchała z prawdziwym zajęciem.
- Patrz Elżusiu, - oto nasz "Pyszny Bór", - rzekł stary Burba.
Niebotyczne sosny i wyniosłe, zwiesiste, sumiaste jodły pokryte były grubą okiścią śniegu i szronu. Nadawało to im wyrazu wiekowej sędziwości. Szczególnie jodły, których zwieszone festony igliwia, oblepione były białemi błamami śniegu, miały wygląd praojców tego boru, ich królów i władców. Przepychem tchnęły gałęzie, imponujące wielkością i majestatem wysokości podchmurnej. Elża spoważniała, zacichła. Z nabożeństwem prawie rozglądała się dokoła, podziwiając kolosalne pnie, zanurzone w topieli śnieżnej. Wszędzie białe połacie śniegu, białe futra. Elża zaczęła mówić prawie szeptem:
- Niech dziadzio patrzy - bór cały w bieli zaklęty, śni biały sen. Jak tu cicho, jaki spokój otchłanny, jaki mistycyzm rozlany W naturze. Świat zatrzymał się na progu tego boru i nie ma odwagi wniknąć do jego głębin, bo tak się zasadniczo z nim różni; świat to zmysły, a w tym borze panuje duch. Tu się może odbywają tajemnicze misterja nieznane ludziom, bo tu tak czysto, a tak szeroko dla myśli. Pierwszy raz w życiu widzę taką puszczę magnacką i zdaje mi się, że ją rozumiem, ale jej jeszcze nie zgłębiam. Zbyt wielka potęga jest w tej pustoszy i boska dwoistość: wielmożność bytowania, materjalnego jakby, oraz idealny spokój niebytu, coś niby nirwana buddystów. Głusz, zamykająca w sobie całą zagadkę życia. Mam wrażenie, że bieg ludzkich myśli i natchnień skupia się w tym borze, że tu ucieka wszystko, co najlepsze w świecie, i poza jego progiem śni swój biały sen. Tu Wszystko śni i marzy. Patrz, dziadziu, na tę jodłę: Czyż można przypuszczać, że ta jodła nie myśli? Te niskie gałęzie mają w sobie godność zamyślonych matek nad losami dzieci, te ciężkie konary, to głowy obciążone zadumą i tęsknotą. Bo wszystko, dziaduniu, co żyje, to i tęskni, więc i w tym borze tęsknota istnieje i w tych konarach również. One tęsknią do szerokich prądów powietrznych, do pełni słońca, do przelotów ptasich, do gwiazd i tarczy księżyca. Ich dzieci, czyli szczyty jodeł, mają to, czego już im brakuje, mają wielki przestwór lazuru nieba i złote oblicze słońca, słyszą chrzęst piór lecących stad, szum swych czubów roznoszą w dal bezkreśną i daleko rzucają swój wzrok. A niskie konary, zakapturzone białemi puchami śniegu, słuchają tylko tego, co im mówią czuby, wchłaniają w siebie ich dreszcze i ich pragnienia i śnią w bezbrzeżnej ciszy i martwocie swój biały sen o minionej przeszłości, kiedy i same były... szczytami. Te jodły mają w sobie tęsknotę wyraźną, ale nie są smutne, są jedynie trochę ociężałe ze zbytniej wagi gałęzi, i to im nadaje taki apatyczny wygląd. Tkwi w nich energja i świadomość własnej siły i pewnik, że się jest szymś potężnem w społeczeństwie boru, że się jest wybitną jednostką. Takie przeświadczenie musi dawać szczęście - prawda dziadziu?..
Stary Burba patrzał na młodą kobietę ciekawie. Widział jej rumieńce, jej płonące podnietą oczy i - zdumiewał się.
- Czemu dziadzio patrzy na mnie tak dziwnie? - spytała niespokojnie.
- Powiedz mi, Elżuniu, czy ty nigdy wrażeń swoich nie zapisujesz?
Krwista łuna przeleciała przez jej twarz. Zanim zdołała odpowiedzieć, stary pan rzekł jeszcze:
- To nie może być, abyś ty nie pisała.
- Dlaczego, dziadziu?...
- Ot, dlaczego?... bo dużo myślisz i odczuwasz, boś wrażliwa jak rzadko kto, bo zresztą zauważyłem już parokrotnie, że umiesz słowami malować i rzeźbić. Ot te jodły bodaj, były dla mnie zwykłemi pniami, które przysypał śnieg, a teraz już mają fizjognomię taką, jaką tyś im nadała. Tak i przyznaj się, pewno mażesz bibułę?....
Elża zaśmiała się, zarzuciła staremu ręce na szyję, gorąco go całując.
- Ot mi odpowiedź? Ach, wykrętnica ty jesteś, Elżuniu. A jakże piszesz, prozą czy wierszami?
- Wierszami, trochę prozą dla siebie.
- Pewno pamiętniki?..
- Tak.
- Ot ciekawy byłbym. A drukowałaś już co?..
- Trochę, bardzo mało. Ale chciałabym dużo, dużo pisać i dobrze, tylko czyż ja potrafię?... Ej, miły Boże.
- Jak masz talent i natchnienie, tak czemuż nie! A zacznij tylko w siebie wątpić zanadto, tak i daleko zajedziesz, - do Berdyczowa, miast na Parnas.
- Wierzyć w siebie, to jeszcze gorzej.
- Trzeba pracować, moje dziecko, to najpewniejsza droga. Znasz francuskie przysłowie: le génie c'est la patience. Ot widzisz.
- Musiał je ułożyć jakiś skromny genjusz, ale genjusz i w tem cały sekret; do wszystkich się to stosować nie może, bo bez talentu i praca nic nie wskóra.
- Ty masz talent.
- Niewiadomo, dziadziu.
- No, no, mówię ci: nie oglądaj się na Berdyczów, jeśli nie chcesz w nim ugrzęznąć. Boję się tylko, że tobie za nudno w Warowni, ty do szerokiego świata stworzona, a tu głusz.
- Jest mi tu jak w raju, dziadziu, tyle nowych wrażeń.
- A ciągle myślą na Rivierze siedzisz. Ha!
Drgnęła i spojrzała na Burbę zdumiona.
- Ja? Skądże znowu?...
- A ot tak, jak o Rivierze mówisz, to się cała zmieniasz, promienie od ciebie idą. Oj ty, bałamutko, pewno tam kogo zwiodłaś i od niego uciekłaś, a teraz za nim tęsknisz.
Elża uśmiechnęła się trochę nienaturalnie, cała w ogniu rumieńca. Poczem nagle twarz jej ściągnęła się smutkiem.
- Nie, dziadziu, nikogo nie zwiodłam, - rzekła cicho.
Stary Burba przysunął wąsy do jej ucha. Szepnął:
- A... Tomka nie bałamucisz?... Hę?...
- Cóż znowu? Skądże takie przypuszczenie?!
- No, patrzajże, bo jego serce to złote, szczere, nie żadna, tam zagraniczna imitacja, to dusza - chłopak. Szczęśliwa, którą on pokocha; można go zabrać, lecz nie wolno złamać, taki już się nie sprostuje. Za wielka byłaby szkoda jego dla igraszki.
Mówił tonem poważnym, trochę surowym. Elża była dotkniętą, zwykła jej porywczość uniosła ją. Przemówiła sucho:
- Jeśli to ostrzeżenie dla mnie, dziadziu, to... zupełnie zbyteczne.
Stary nie obraził się.
- Wiem, bo cóż tam on dla ciebie, nie świetny pod żadnym względem, nie nazbyt wykształcony, jakich ty lubisz, ale i bez tego wszystkiego, to skarb dla kobiety. Ot, że chwalę własnego syna, będziesz się śmiała ze mnie, Elżuniu.
- Ani trochę, sama znam Tomka i wyjątkowo go cenię.
- Bo i ty kochane dziecko, ale z Tomkiem mam kłopot.
- Jaki?...
- At, zakochał się w jakiejś tam dziewczyninie, ona za nim szaleje i podobno, jak Uniewicz dowodzi, chcą go zawieść do ołtarza.
- To niemożliwe! - wyrwało się Gorskiej.
- Otóż to właśnie i bieda! Tomek miękki jak wosk, a ona głupiutkie biedactwo; jak go przyprze do muru, gotów ulec, a to już nie daj Boże. Tomek nie filozof, ale ono gęsiątko też nie dla niego, ani mózgiem, ani rodem, ani stanowiskiem, tylko że na licach gładka jako kwiat wiosenny. Strasznie ja się trwożę o Tomka.
Elża siedziała zamyślona z chmurą na czole i zmierzchem na pobladłej twarzy. Burba jeszcze coś mówił, lecz oto wyjechali na małą polankę, na której stało kilkoro sań i grupa myśliwych z Tomkiem na czele.
- Jesteśmy na punkcie zbornym. Zaraz hajda w las! - rzekł pan Cezary, witając sąsiadów. Poczem wszystkich przedstawił swojej wnuczce.
Obrzuciły Elżę ciekawe spojrzenia.
VII.
Obława była w pełni. Dwadzieścia kilka strzelb, licząc z gajowymi, dokonywało spustoszenia wśród kniei, niszcząc wilki zawzięcie. Zajmowane ostępy leśne huczały grzmotem strzałów; wrzaski licznej naganki, trzask kołatek, trąby leśniczych prowadzących naganiaczy, skowyt i zajadłe szczekanie ogarów, wszystko to zlało się w piekielny harmider, który ożywił bór, do nerwów ludzkich wprowadzając dreszcz namiętny i morderczą pasję. Elża jeździła po kniejach w małych saneczkach Tomka, czasem z nim, częściej z dziadkiem. Z nimi też stawała na stanowisku, niezmiernie zainteresowana polowaniem. Drażnił się z nią Uniewicz, że po wczorajszym dublecie z Tomkiem straciła werwę do mordowania wilków, gdyż nie strzelała ani razu, poprostu nie chcąc się narażać na żarty, a będąc przekonaną, że wilka nie zabije.
Na ostatniem stanowisku przed śniadaniem stała przy Tomaszu Burbie. Wilków nie było, natomiast Elża miała sposobność przyjrzeć się dzikom, których parę stad wypłoszyła naganka. Szły ociężałym galopem, roznosząc po lesie łomot swych kolosalnych cielsk. Racicami miażdżyły gałęzie, świst i rechot wściekły wychodził z ich zajadłych ryjów. Czarne, oblepione żywicą, miały wygląd śpiżowych kul. W pewnej chwili Tomek trącił lekko Elżę i wskazał jej oczyma na prawo. Spojrzała i - cichy okrzyk wypadł z jej piersi. Pełnym cwałem biegło kilka saren. Płowe ich ciała, wyciągnięte w pędzie jak cięciwy, miały w sobie wdzięk i grację, smukłe główki wysuwały naprzód, czarną błyszczącą chrapką wietrząc powietrze, rozedrgane od krzyków.
- Tomek, czy ty strzelasz do sarn?...
- Ojej! okropnie lubię. Ale dziś nie można.
- Wiem, a ja żałowałabym. Zające bym tłukła.
- Nauczę cię strzelać, jeśli chcesz?
- Ależ bardzo chcę. Naganka wraca, niema tu wilków.
Klekotały w gąszczach drewniane kołatki; pohukiwanie, świsty i hałas zbliżającej się zgrai rósł, aż zaczerniał szereg ciemnych postaci, idących ławą, z ogromnemi kijami w rękach.
Myśliwi schodzili ze swych stanowisk.
- No, teraz na śniadanie, panowie, do leśniczówki! Niewiasty nasze już tam pewno czekają.
Tomek szepnął do Elży:
- Jedź ze mną saneczkami.
Oczy jego wyrażały prośbę gorącą i pieściwą. Zgodziła się i poszli naprzód do koni. Usadowił ją, okrył jej nogi wilczurą, sam siadł zamaszyście i wesoło zaciął konie. Pomknęli pierwsi, za nimi inne sanie. Tomek obrzucił Wzrokiem postać Elży. Była w ciemnym sukiennym kostjumie.
- Nie zimno ci w tem?.. twoja dacha została w leśniczówce.
- Jest mi aż za ciepło. Patrz, ktoś jedzie naprzeciw.
- Pewno jakiś spóźniony myśliwy. Sąsiedzi nasi wytrzeszczają na ciebie oczy. Najchciwiej przygląda ci się Olgierd Poberezki, "Dziunio". On ci się spodoba - zobaczysz! A teraz wpadniesz pod pręgierz krytyki kobiecej.
- Ta najgorsza, - skrzywiła się.
- Bo najzłośliwsza. Nasze panie obejrzą cię od stóp do głów, bo jesteś tu nowa, więc z obowiązku muszą cię otaksować. Ale ciebie to chyba nie przestrasza?...
- Niewiele sobie robię z ludzkiej krytyki, jednak taka obserwacja nie jest miła, zwłaszcza kobieca. Wyznam ci szczerze, że wolę się znaleźć w towarzystwie stu mężczyzn, niż dziesięciu krytycznych niewiast, brrrr! to straszne.
- Ja ci wierzę. Z naszych pań najkrytyczniej będzie na ciebie patrzyła panna Emilja Gozdecka, dziewica zaawansowana w latka, z pretensją do wiosennej naiwności i wielkiej urody.
- Złośliwy jesteś. Patrz! mijamy się z kimś, kto to?...
Tomek spojrzał i uchylił czapki w milczeniu. Elża ujrzała młodziutką śliczną twarz dziewczęcą, wychyloną ciekawie z siwego baranka kołnierza i czapeczki. Ogromne niebieskie oczy, jak chabry, spłoszone i żałosne utkwiły badawczo, z przestrachem w twarzy Elży, Tomasza i znowu Elży. Źrenice błysnęły łzami i znikły w przelocie.
Elża rzuciła wzrokiem na Tomka: był zmieszany i czerwony, jak szkarłat. Odgadłszy natychmiast, kto jechał, nie chciała pytać; jednakże w obawie, by on się nie domyślił, iż ona wie o wszystkiem, spytała obojętnie:
- Czy to z sąsiedztwa?..
- Nie, to... córka leśniczego.
- Śliczna panna.
Tomek milczał.
Elża chciała mówić dużo i nie mogła; zwarzyło ją to spotkanie i to spojrzenie przerażone, prawie płaczące, niebieskich oczu młodziutkiej dziewczyny. Gorska była zgnębiona i nie mogła się przymusić do utraconego humoru. Ale Tomasz szybko odzyskał równowagę i zajrzał jej w oczy.
- Co ci jest, Elżo? Może jesteś zmęczona?...
- Czem?.. Zdaje ci się, nic mi nie jest.
- Bo... tak ucichłaś.
- Padła na nas wspólnie epidemja milczenia, albo ja zaraziłam się od ciebie.
- Niedobra jesteś, zawsze ze mnie kpisz. Oto leśniczówka!
Zdaleka, wśród lasu nieco rzadszego, widać było domek niewielki, na bronzowo umalowany, z niskim gankiem i gołębnikiem na dachu. Opodal ganku stało parę sań i cugowe konie z Warowni. Tomek zaciął batem swego karego Atamana.
- Trzeba zajechać z szykiem. Patrz, na ganku stoją panie i widzą nas.
Elża poprawiła na głowie czarny aksamitny kołpaczek z białem piórkiem i zawołała znowu wesoło:
- Zrób co, żeby je odrazu zgorszyć, mój kochany.
- Ale co?.. Wjadę na ganek, dobrze?
- Dajże pokój, warjacie. Mamę przestraszysz. Co robisz?!....
Burba umiejętnemi poruszeniami lejców podjudził konia tak, że ogier pędził jak smok prawie na tylnych nogach; dostawszy jeszcze kilka ćwiknięć bata, rozhukał się i w szalonych susach rzucił się wprost na ganek. Zanim się kto zorjentował, koń, niby czarna chmura, runął jak burza na schody. Panie z krzykiem rozbiegły się na boki i do sieni, a koń z wściekłym łomotem stanął na płaszczyźnie ganku, umiejscowiony gwałtownie przez Burbę, zziajany, z ogniem w oczach i rozdętemi chrapami. Saneczki zawisły na schodach. Elża rozbawiona, roześmiana, wyskoczyła na stopnie ganku, zniesiona jedną ręką Tomka.
- A słowo stało się ciałem - krzyknęły niewieście głosy.
Burba machnął czapką na powitanie i cofnął ogiera w tył. Załomotały znowu kopyta, lecz koń, trzymany silnie na wodzy, zsunął się gładko ze stopni. Wówczas Tomek zrobił zręczny, elegancki zawrót i oddał go w ręce stangretów. Sam wbiegł na ganek, gdzie Elża witała panie, przedstawiana przez Burbinę.
- Cóżeś ty, szałapucie, zrobił najlepszego?... - napadła na niego matka. - Chyba was koń ponosił i nie utrzymałeś go, czy co?...
- Broń Boże! Nie chciałem tylko, żeby Elża zamoczyła buciki w tym mokrym śniegu i wysadziłem ją na ganku. Jeśli przestraszyłem panie, - przepraszam.
Zaczął wesoło witać kobiety, które patrzyły na niego i Elżę w zdumieniu. Wrażenie całego zajścia spotęgowały jeszcze słowa Tomasza. Elża była przedmiotem powszechnej uwagi. Humor jej i tryskająca z zarumienionej twarzy radość, przytem jej swoboda i łatwość obycia, trochę zdetonowały młodsze panie. Szczególnie panna Emilja Gozdecka była niemile dotknięta i zaskoczona zjawieniem się Elży, w dodatku tak oryginalnem. Wiedziała o jej obecności, ale cały ten wypadek, postać Elży i słowa Burby zmieszały i rozgniewały pannę. Nie potrafiła nawet tego ukryć. Elży podała końce palców z wyraźnym dąsem na twarzy, ułożonej konwencjonalnie. Elża odczuła niechęć jej, lecz niezbyt ją to dotknęło. Nadjechali mężczyźni. Pani Urszula z drugą starszą sąsiadką jęły na wyścigi opowiadać o warjactwie Tomasza.
Pan Cezary zatarł ręce.
- Zuch Tomek! Moja krew! Prawdziwy z niego Burba! No, a to przecie Burbianka, moje panie, nic dziwnego, swój swego znalazł.
Panna Emilja uczuła się zranioną.
- Po tym jednym fakcie poznałbym Toma na końcu świata, - rzekł Uniewicz. Gdyby pani Elża chciała wysiąść na dachu, wjechałby na dach bez gadania.
- Czy to dla Tomka pochlebne, czy nie?.. - spytała Gorska.
- Pochlebstwo to przedewszystkiem dotyczy pani, - odrzekł Uniewicz z ukłonem.
- Charmée.
Panna Emilja była dobitą.
Podczas śniadania Elża pomagała Burbinie w częstowaniu gości, poczem usadowiona pomiędzy Uniewiczem i Tomkiem, obserwowała towarzystwo, bawiąc się wybornie zręcznemi uwagami pana Mela. Było parę pań starszych o czcigodnym i szczerym wyglądzie, wzbudzających odrazu sympatję, ubranych z prostotą i ze smakiem. Paliły papierosy, lecz to nie raziło. Parę młodszych mężatek, z naleciałościami bardziej światowemi, było już w innym typie, ale charakteryzowała je ta sama przewlekłość mowy i szczery nierobiony wdzięk i jakiś ciepły ton całego obejścia, nadawał im charakteru ujmująco-sympatycznego. Elża była mile usposobiona i czuła się wybornie w tem towarzystwie. Tylko panna Gozdecka i druga jakaś mumja podobna do niej drażniły Gorską zbyt obcesowem przyglądaniem się. Panna Emilja uczesana kunsztownie z sztucznym turbanem rudych loków na głowie, z szafirowemi oczyma, które stanowiły jej dumę, wystrojona i wymuszenie wesoła, była pospolitym typem panny na wydaniu, zmęczonej już wszelkiemi manewrami w tym celu odbywanemi, pokaźnym szeregiem karnawałów i wojażów do różnych wód. Grała rolę bardzo dystyngowanej, o ile można arystokratki, z odpowiednio ułożoną figurą, dumnie wzniesioną głową i zastygłym grymasem w kątach ust. Oczy jej promieniały wobec mężczyzn z rozpaczliwym wysiłkiem kokieterji. Uniewicz po śniadaniu upatrzył chwilę i rzekł do Elży:
- Panna Emilja dziobie panią oczyma, nie podobała jej się pani najwyraźniej - Helas! Panna już po trzecim dzwonku, pozostał już tylko - alarmowy...
- Ach, panie Melu!
- Daję pani słowo, że to już bliska klapa.
- No, chyba nie we własnem przekonaniu.
- Tem gorzej. Ostatnie czary skierowane są na Tomka, a tu raptem: pani z nim, on przy pani i... i t. d. Sama widzi, że akcje bajecznie zagrożone.
Spostrzegłszy cień na twarzy Elży, Uniewicz zawrócił na miejscu.
- A ta druga jak się pani podoba?...
- Istna mumja, coś z kwakierki i coś z mentorki, jakaś ślamazara.
- To siostra cioteczna Gozdeckiej, mężatka i obecnie jej opiek...unka... na naszym kresowym gruncie. Cnotliwa wielce niewiasta, do tego stopnia, że jej nawet Bóg oszczędził wszelkich pokus, wiodących do grzechu, i z tego powodu jest niezwykle surowa co do zachowania reguł moralności. Sama, nie doświadczywszy żadnych burz, ani nawet burzek namiętnych, prócz emocji zaręczyn, Veni Creator i jego... lojalnych następstw z bardzo limfatycznym małżonkiem, poprostu piętnuje i plwa na wszystko, co choć na włos wykracza z ramek kodeksu towarzyskiego i surowo moralnych obwarowań. Katon w spódnicy.
- Straszna! - wykrzyknęła Elża. - Wybryk Tomka z tym gankiem pobudzić ją może do rekolekcji. A ja zginęłam w jej oczach.
Podszedł Tomasz. Wtajemniczony w temat rozmowy, szepnął do Elży:
- Ostatnia kampanja Gozdeckiej na nasze kresy zakończy się, jak wszystkie...
- Nosem na kwintę, - rzucił Uniewicz.
- Porażką, - poprawił Tomek.
- Więc te panie nie są tutejsze?
- Pochodzą z Królestwa; do Poberezkich przyjechały tylko na szeroki połów kresowiaka, z dużemi włókami, intratami, pałacami... w marzeniu...
- Bodaj nawet dworem a la Warownia, - wtrącił Mel.
- A tak i Warownia wystarczy, bo już koroniarze jakoś...
- Odstrychnęli, - podchwycił Uniewicz. - Potem, jak stąd wrócą do Królestwa, pod zakład - pana Emilja przerobi się na kresowiankę; to znowu jest ponętną wędką na koroniarzy, bo nasuwa również złote wizje włók, lasów...
- Cicho... Poberezki idzie do nas.
Zbliżył się mężczyzna pięćdziesięciokilkoletni, średniego wzrostu, szczupły, przygarbiony, w okularach na dużych błękitnych oczach. Wąsy, jak dwa rudawo-siwe pukle, grube u osady, cieniutkie na końcach, zwisały ku surdutowi, bez fantazji, niedbale. Głowę mocno łysawą wyciągnął ciekawie naprzód, jak gdyby dochodziły go niepokojące wieści. Przemówił uprzejmie do Elży śpiewnym tonem:
- Nawet i nie słyszałem, że sąsiad Burba ma tak foremną wnuczkę, bo ojca pani, Walerego, znałem jeszcze kawalerem.
- Dawne to już czasy, panie, - uśmiechnęła się Elża.
- Nie tak to i dawne, ale czas ptakiem leci. Któż słyszał, chować się gdzieś po zagranicznych kątach, zamiast siedzieć na swojej ziemicy. Ot i dlatego pani nie znamy. Trochę to i wstyd.
- Przed zamążpójściem i po owdowieniu mieszkałam stale w Taraszczy, dopiero od paru lat spędzałam z wujostwem zimę na Rivierze.
- No to się już pani zaraziła tamtą kulturą, - trząsł rozstawionemi palcami prawej dłoni, lewą ręką gładził wiechy swych wąsów.
- Widzi pan, że nie, skoro przyjechałam w zimie na Wołyń.
- Ach, hołubko, to nęci, już wiem; jeździłem dawniej dużo, Rivierę znam i już mnie zaczynała ciągnąć, byłem troszkę poczuł spęcznienie kieszeni, tak zaraz fałajt... już i mnie tu niema. Morze, góry, rojne miasta, porty, ach, pani. Krutyło, krutyło, taj zakrutyło w hołowie. Alem sobie powiedział: - a ty kudyy? A tobie co do cudzego, jak masz swoje? Wernyś, rybeńko, a to pohybnesz. - Pani rozumie po małorosyjsku? - spytał nagle.
- Ależ wybornie, - zaśmiała się ubawiona mimiką i zapałem Poberezkiego.
- No to i dobrze. Jakem sobie powiedział: "wernyś!", takem się wziął krótko przy pysku do roboty na swojej ziemi, wpatrzyłem się w swoją magnifikę i dzieci i ani nosa mego nie widziała już Riviera. Czasem się pojedzie do Prus po bydełko, czasem do Krakowa, po babskie sprawuneczki, ale dalej i... ne dumaju. Gazety od tego są, żeby wiedzieć, co się na szerokim świecie dzieje. Syna już także strzegę od tej wabnej zalotnicy, podróży, bo bestja wabna. A mego syna pani poznała?.. - spytał odmiennym tonem.
- Owszem, był mi przedstawiony.
- Olgierdek to dobry sobie chłopak, porządny, dzielny, tylko moje baby lakierują go trochę na modnego franta, nawet go przezwały "Dziuniem" jakby jeszcze był w pieluszkach! Ale z kobietami to już nie mnie wojować.
Zaczął się rozwodzić szeroko nad swoim domem i rodziną, co Elżę trochę nudziło.
Przed ponownym wyjazdem do kniei, Elża, namawiana przez Tomka by mu towarzyszyć w dalszym ciągu, stoczyła z sobą krótką walkę i oznajmiła bez wahania:
- Nie, teraz pojadę z paniami do Warowni, wierz mi, że tak lepiej.
- Ależ, zanudzisz się do wieczora.
- Ee!... nie, ja się z naszemi paniami nie znudzę, one są bardzo miłe. A pannę Gozdecką... zostawię dla ciebie.
- Dziękuję za zaszczyt.
Rozjechali się; Elża wróciła do Warowni. Zjednała sobie tem uznanie pani Urszuli i była ze wszystkiemi paniami na najlepszej stopie. Wspólna właściwa im szczerość i łatwość bycia doprowadziła do zupełnej między niemi swobody. Tylko z Gozdecką i jej siostrą Elża była sztywna i wobec nich wyraźnie szarżowała, chcąc je coraz więcej gorszyć sobą. Po podwieczorku panie zebrały się w pokoju Elży, oglądając albumy z Riviery i miast, które znała, zaciekawione zarzucały ją pytaniami. Musiała im szczegółowo opisywać zwiedzone miejscowości, przytem rozbawiła się, gdyż wkrótce nastrój zapanował wesoły, niezwykle miły. Sąsiadki Burbów zapraszały Elżę do siebie, wyrażając zadowolenie, że przybyła do ich okolicy. Na kominku trzaskał ogień, wesoły rozgwar cieszył panią Burbinę, którą zachowanie się Elży zjednało do niej ostatecznie. Rozochocona, wyciągała z szaf i apteczek wszystkie słodycze i konserwy; pani Jasiowa Łomska przyniosła miód i wino owocowe do popijania.
- Nie wiedziałam, że z babci taki cukiernik, - śmiała się Elża. - Częstowana przez babcię, myślałam, że to wszystko kupne.
- Ot, powiedziała. Oj, detyno. A cóż to ja, nie gospodyni jestem?.. Fe! wstydź się, Elżuniu - serce. To kiedy tak, muszę ci pokazać swoje śpiżarnie. Nie powstydzę się ich, zobaczysz.
- Ach, to pani jeszcze nie zna śpiżarni Warownieckiej?. Toż to zgroza! - zawołała jedna ze starszych pań. - Pani Urszula mogłaby urządzać wystawę swoich przetworów i arcydzieł.
- Domyślam się już, że to ósmy cud świata ta śpiżarnia i dlatego ją zwiedzę.
- A pani nie jest gospodynią?... Przecie pani była żoną obywatela ziemskiego, - z uśmiechem słodko-kwaśnym przemówiła siostra Gozdeckiej, pani Cielińska, wlepiając w Gorską bezbarwne, cielęce oczy.
Elża zaśmiała się.
- Czy to żona ziemianina musi być koniecznie gospodynią?... Ja nią nie byłam, przyznaję się do tego śmiało, i nigdy gospodynią nie zostanę, bo nie mam do tego zamiłowania.
- A do czego pani ma zamiłowanie?... Co pani robi?...
Elża przytrzymała wzrokiem atakującą cnotę! Uśmiechy zadrgały na jej twarzy.
- Bąki zbijam po świecie.
Wszystkie panie zaśmiały się, nawet pani Urszula, tylko mumja zacięła usta, a Gozdecka ironicznie się skrzywiła.
Nadjechali mężczyźni z polowania, wioząc duże trofea. Wilków padło kilkadziesiąt sztuk. Ułożono je w klamrę przed dworem, a gajowi grali nad niemi larum na trąbach. Obiad i cały wieczór przeszedł niezwykle wesoło; kilku starszych panów i pań grało w karty, reszta bawiła się, jak kto umiał, przy fortepianie, przy warcabach, nawet tańczono trochę.
Tomasz Burba, przetańczywszy raz konwencjonalnie z Gozdecką i z paru paniami, nie odstępował Gorskiej, z nią tańczył, z nią rozmawiał. Walcując w takt staroświeckiego walca pani Burbiny niezwykle harmonijnie i marząco, rzekł do ucha Elży:
- Jak ty lekko tańczysz, chciałbym tak z tobą teraz przemknąć tę ścianę domu i przez śniegi popędzić gdzieś za lasy, daleko, daleko w świat...
- "Elly... pójdźmy razem w świat..." - zatrzepotało wspomnienie jaskółczem skrzydłem.
Elża zadrżała, lecz opamiętała się natychmiast, tembardziej, że poczuła silniejszy uścisk Tomka. Opanowało ją szczególne uczucie porywu do Tomka i gniewu na niego. Drugie zwyciężyło.
- I cóżby było z tej naszej wyprawy... w świat? - spytała sucho.
- Wirowałbym tak z tobą do... - nieskończoności... odrzekł oszołomiony.
- To za długo... ja bym została tam w świecie, gdzie na mnie czekają, a ty byś wrócił do Warowni, bo tu twój byt i czyn i... tu także na ciebie... czekają.
Tomek zatrząsł się. Chmurnie popatrzył na nią i spytał prawie ostro:
- Kto na ciebie tam czeka?., i kto tu... na mnie?..
- Kto na mnie, to... mniejsza, a na ciebie...
Elża zawahała się, jednak coś ją skusiło:
- Oczy błękitne, jak niebo - rzekła.
Burba szarpnął się, niby ugodzony szpadą. Zbladł i, posadziwszy Elżę na krześle, usiadł przy niej.
- Kto ci... to powiedział, że... - zaczął, lecz urwał, gdyż podszedł do niego stary służący, Piotr.
Pochylił mu się do ucha, ale szepnął tak głośno, że Gorska usłyszała:
- Paniczu, posłaniec z Wyrębów czeka z listem; mówi, że bardzo pilny.
Burba poczerwieniał.
- Cóż tam znowu?...
- Podobno bardzo pilny.
Tomek przeprosił Elżę i wyszedł. Nie wracał długo. Zaniepokojona wyszła z salonu i zaraz w korytarzu, wiodącym do kredensu, spotkała Uniewicza. Czytał list mrucząc głośno.
- Panie, co się stało?...
- Hm, co?... Nie wiem, czy mogę mówić?
- Niech pan mówi! - rzekła stanowczo.
- Karolcia Słupska zachorowała.
Elży zrobiło się dziwnie przykro.
- Czy to ta... z niebieskiemi oczyma?
- Tak. Pani ją widziała?
- Spotkaliśmy ją, jadąc z Tomkiem na śniadanie.
Uniewicz strzepnął palcami.
- A, to teraz jestem w domu. Niebożątko dostało pewno spazmów, zwykłe panieńskie fochy.
- Czy Tomasz tam pojechał?
- Wezwali go na gwałt, stary kutwa Stupski prosi, by posłać po doktora. Mądry to jest dziad... O! mądry.
- Panie, czy Tomek pojechał na Wyręby? - pytała Elża powtórnie w nerwowem podnieceniu.
Uniewicz patrzał na nią badawczo.
- Pojechał, - rzekł z naciskiem.
- Dziękuję panu i... proszę... proszę pana... bardzo...
Wahanie jej nie uszło uwagi Uniewicza.
- Czem mogę służyć, proszę mówić śmiało.
- Niech pan nie wspomina Tomkowi o naszej rozmowie. Proszę mi dać słowo.
- Słowo honoru, - rzekł pan Mel z powagą
- Dziękuję.
Podała mu rękę, którą ucałował serdecznie. Elża wróciła do salonu, blada i zmieniona. Nie chcąc więcej tańczyć, wyręczyła babkę przy fortepianie. Z początku grała mazura z taką pasją i werwą, że poruszyła całą salę. Protestowano przeciw jej usunięciu się z koła tańczących, lecz nie ustąpiła. Jej gra rozbrzmiewała hucznie, pełna szału, wrzawy, ale utrzymana w tempie, porywającem do tańca.
Wyrażał się - w tej muzyce cały bunt jej istoty, temperament i walka, jaka w niej wrzała. Oczyma duszy goniła Tomka: przez białą przestrzeń, w zaśnieżonym lesie - pędzącego małemi saneczkami do... tamtej dziewczyny. Czarny Ataman gna jak wichura, a Tomasz ma serce ściśnięte bólem, że... Karolcia chora. Jej oczy błękitne przerażone, za łzawą powieką. "Panieńskie fochy", - dlaczego to Uniewicz powiedział?... Ach tak, bo Karolcia zmartwiła się, ujrzawszy Tomasza, zajętego rozmową z nią, z Elżą. Zgryzła się i dostała spazmów, ha, ha, ha! Niewiniątko! A Tomek tam do niej pędzi; nie, już pewno tam jest, trzyma w ramionach rozpłakaną Karolcię, swoją umiłowaną, ha, ha! A Słupski "kutwa, mądry dziad", czuwa i prosi o doktora.
Mazur rozszalał się na dobre, stracił tempo i wkrótce przeszedł w huczne warjacje, fugi, scherza, - aż zaczął szlochać i konać w nokturnie Chopina. Nikt już dawno nie tańczył; wszyscy patrzyli na grającą, z początku w zdumieniu, potem wsłuchani w łkające tony nokturna, który w końcu wpadł nagle w burzliwą uwerturą. Jakby buńczuki zaszumiały na sali. Elża grała dla siebie. Znikł dla niej salon i ludzie. Uniewicz, obserwujący ją z daleka, czytał w jej skupionej twarzy jak w książce; gdy jednak dostrzegł w jej rysach drgania nerwowe, przestraszył się, że wybuchnie płaczem. Podszedł do niej biisko.
- Pani Elżo, - usłyszała cichy głos.
Podniosła na niego oczy już pełne łez. Pytała w milczeniu.
- Gramy z panią mazura na cztery ręce. Niech tańczą!
Nogą przysunął sobie krzesło, usiadł i zaczął w wiolinie grać tego samego mazura, którego przedtem grała sama. Elża zdusiła w sobie łzy i bez słowa zaczęła akompanjować, wdzięczna Uniewiczowi za jego manewr.
- Wszystkie pary! - rzucił na salę Uniewicz.
Tańce zerwały się na nowo, ale w grupach siedzących komentowano różnie zapomnienie się Gorskiej. Jedni chwalili jej muzykę, inni z Gozdecką i Cielińską na czele krytykowali złośliwie ten wyskok nietaktu towarzyskiego. Szczegół, że Tomasz Burba nie pokazywał się w salonie, dawał temat do złośliwych szeptów. Coś z tych uwag dobiegło do uszu pana Cezarego. - Zbadawszy, że Tomka istotnie brak, przywołał do siebie Piotra.
- Gdzie panicz? - spytał groźnie.
Stary sługa zawahał się.
- Mów prawdę, błaźnie!
Piotr niewiele był młodszy od pana Cezarego, ale obyty z tym epitetem.
- Panicz pojechał na Wyręby, wezwany listem leśniczego...
- Co się tam stało?..
- Leśniczanka zachorowała...
- Djabli! - zaklął stary - trzeba było listu nie oddawać.
- Mówili, że bardzo pilny, posłali po doktora.
- Kto posłał?
- Panicz.
- Proś do mnie pana Uniewicza.
- Pan Uniewicz gra z młodszą panią.
- Aaa... prawda. Więc proś panią starszą.
Stary Burba chodził szerokiemi krokami po gabinecie z rękoma założonemi w tył i pykał z cybucha, gdy weszła pani Urszula.
- Co powiesz, Cezary?...
Burba stanął przed żoną z marsem na czole.
- Wiesz jejmość, gdzie Tomek?...
- W imię ojca i syna, a toż co?... Gdzież ma być?...
- Na Wyrębach, u Słupskiej.
- Ta... pleciesz, kochany.
Burba był podrażniony.
- Ten chłopak szaleje. Goście, dom pełen ludzi, noc, a on sobie do tej dziewczyny jedzie, bo chora, słyszałaś, serce, chora! Ot, awantura! Leśniczanka zachorowała, a Burba w dyrdy do niej, rzucając wszystko i w nocy. Sądny dzień! Wzywają sobie jego już jak zięcia. Hę?.. Słyszane rzeczy. Słupski Burbę, listem w nocy, bo córeczka zachorowała. A, błazny! A Burba leci na wezwanie jak smarkacz. Pfuj! błazen jeden!
- Nie gniewaj się Cezary, a może ona i bardzo chora, ta Karolcia?
- Cóż, może mu syna rodzi? Ha! Facecja!
- Fe, Cezary, obraza boska! ta i cóż wygadujesz.
- Dość mam tego wszystkiego. Już ja mu za to natrę uszu.
- Komu?...
- A no gagatkowi jejmości.
Chodził, sapiąc z gniewu, i znowu stanął.
- Trzeba go ożenić. Chłop ma skończonych trzydzieści dwa lata i nie żonaty. Wstyd dla Burby. Dlatego to i humory biją mu do łba. Leśniczanki się zachciało. Wiesz co jejmość, mam dla niego żonę.
- A toż kogo?... Czyżby Emilję Gozdecką?... Cezary...
- Durneńka jesteś, Urszuleczko, ot co! Emilję!.. Zachciała.... Patrzajże! Podstarzała pannica w pretensjach, łowiąca nie męża, lecz fortunę jego. Nie dla Burby taki skwaśniały specjał. Dla niego byłaby w sam raz... Burbianka.
- Elżunia?...
- Przecie odgadłaś. A co myślisz, swoja krew i pokrewieństwo nie krępujące. A zresztą od czego Rzym. Co zaś masz przeciw Elży?...
- Nic przeciw niej nie mam, kochane dziecko, tylko, że... wdowa, o zawsze nie panna. Chciała się z Gorskim rozwodzić.
- Tere fere. słyszałaś przecie, jakie były powody.
- Ale ona Tomka nie zechce.
- A toż dlaczego?... Hę! Aha... co to było dzisiaj z tą j ej muzyką.... grała tak, jak nigdy dotąd, ale tak się zapomniała, ze aż warjowała na fortepjanie. Czy to nie było w związku ze zniknięciem Tomka?.. Bo oni się ku sobie mają, już ja widzę.
- A Karolcia?
Pan Cezary aż parsknął z gniewu.
- Ja mu dam Karolcię! i tak myślę, że Elża, gdyby chciała, toby mu tę Karolcię prędko wybiła z głowy.
Burbowie naradzali się długo i zgodnie nad sposobami ratowania syna od ślicznej leśniczanki.
VIII.
Burza, wisząca nad głową Tomasza, nie wybuchnęła jednak. Pan Cezary pod wpływem żony powstrzymał się od ostrych wymówek i zarzutów względem syna, zgromił go tylko za jakieś chimery i uciekanie od gości, ale bez wytknięcia zasadniczej sprawy. Wzruszyła starego twarz Tomka; był on jak struty, z pod oka z niepokojem spoglądał na Gorską, która się także zmieniła. Rozdrażnienie swoje maskowała nadrabianym humorem, lecz niedość udatnie. Unikała trochę i Burbów i Tomka. Chodziła na samotne przechadzki tylko z Kajtusiem i olbrzymim brytanem, Murmyłą. Lubiła Pyszny Bór, mając już w nim ukochane przez siebie miejsca. Tomek śledził ją wówczas i często Elża dziwiła się, gdy po nocnej śnieżycy znajdowała rano swoje dróżki odkopane ze śniegu i wygodne do przejścia. Czasem towarzyszył jej Uniewicz, wówczas rozmawiali dużo o zagranicy, o sztuce, o literaturze i podróżach. Od pana Mela dowiedziała się Elża, że Karolcia owej pamiętnej nocy dostała spazmów, bo ktoś jej tam coś nagadał, a że i sama zobaczyła ich razem na polowaniu, więc nastąpiły "zwykłe fochy panieńskie". Że zaś stary Słupski chce kuć żelazo póki gorące, przeto wszelkich starań używa, aby osiągnąć wymarzony cel. Lecz ponieważ nawet potentatom marzenia nie zawsze się spełniają, zatem on, Mel Uniewicz, obawia się, że złote sny pana Słupskiego i panny Słupskiej zostaną w krainie swego poczęcia, bez wymarzonych horyzontów. Więcej w tej sprawie nie mówili. Często Elża jeździła do boru z panem Cezarym na upatrzonego, czasem w sąsiedztwa, lecz te były dość odległe, a śniegi pozawalały drogi, utrudniając przejazdy. Elża towarzyszyła pani Urszuli w odwiedzaniu wsi chłopskich, zasypanych śniegiem, w których Burbina wspomagała biednych, wożąc sute dary, leczyła swoimi sposobami chorych, prowadząc nieraz długie gawędy o ich biedach. Dzieciom rozdawała spencerki i czapki wełniane, robione własną ręką, na drutach. Wyprawy takie nudziły Elżę, gdyż nie czuła do zadymionych chałup i bab cuchnących żadnego upodobania, tylko litość, choć tego uczucia nie znosiła organicznie. Wolała polować z naganką lub psami w towarzystwie miejscowych mężczyzn. Tomasz i pan Mel uczyli Elżę strzelać, chodzili we troje na ślizgawkę na jeziorko wśród lasu. Gorska grywała na fortepianie, często z Uniewiczem na cztery ręce, wieczory zaś spędzali wspólnie w stołowym pokoju w kręgu olbrzymiej lampy wiszącej i przy buzującym się ogniu na potężnym kominku. Elża zwykle czytała, stary Burba pykał z cybucha, słuchając pilnie. Pani Urszula chyliła swoję poważną głowę nad robotą dla biednych. Tomek zasunięty w kąt pochłaniał Elżę wzrokiem, a pan Mel zawzięcie robił papierosy, lub wyręczał Elżę w czytaniu. U nóg Elży mruczał przez sen niedźwiedź, Kajtuś, obok rozciągniętego w cieple ognia brytana, Murmyły, w kudłatym płowym futrze. Czasem pan Cezary z żoną, ze starym rezydentem, sybirakiem, i panią Jasiową grali w marjasza lub preferansa, a młodzi sprowadzali sobie z czeladnej starego leśnika, Stacha Domalewskiego, który, kucnąwszy przed kominkiem, opowiadał im o cudach boru, o obławach dawnych na niedźwiedzie i wilki, wreszcie różne legendy, baśnie fantastyczne, których mnóstwo umiał, lub sam sobie stwarzał; były te opowiadania tak ciekawe niekiedy, że słuchano ich z przyjemnością. Elża lubiła w takich chwilach wytwarzać odpowiedni nastrój, gasiła lampę i wszyscy zbierali się w promieniu ognia, przy kominku, Tomek zaś i pan Mel grzali korzenny krupnik w kociołku. Elża podawała napój gorący obecnym, w małych czarkach. Często Stacho brzdąkał na odwiecznym teorbanie i, udając "dida", śpiewał przez nos wołyńskie dumki! Z poza okien dolatywał przytłumiony szum boru i bliższy rozgwar wiązów, śnieg sypał w szyby i tłukła w nie wichura. Pan Cezary opowiadał swoje przeprawy z powstania 65 roku, a stary jego kolega, Krywajko, epizody z pobytu na Syberji, podczas zesłania. Burbina i pani Jasiowa wtrącały także jakieś ciekawe szczegóły dawnych wspomnień, częstując wszystkich serkami jabłecznemi i owocami w cukrze. Starzy wprowadzali do tych posiedzeń archaiczny ton i jakiś sentyment, wiejący niby z zapylonych szpargałów a szanowny; młodzi przeplatali go swoim humorem, wesołą beztroską chwili i nadziejami przyszłości. Wieczory takie lubili wszyscy niezwykle. Elża wyobraźnią przenosiła się w jakieś odległe czasy życia własnych prababek. Wzrok Tomka uparty dziwił ją, często wzruszał. Stosunek z nim był niby braterski i wesoły, ale bez dawnej szczerości, nasiąkły niepokojem, drażniącym ich oboje. Czuli, że stanęła między nimi zapora i że już tę zaporę przemóc ciężko. Odczuwali to samo i starzy Burbowie i Uniewicz. Elża częściej podczas dnia przesiadywała w swoim pokoju, gdzie "obłożona bibułą", jak mówił pan Mel, przenosiła się w inny świat, zapominając o Warowni i Tomku. Na stalugach jej stało zaczęte płótno obrazka, malowanego z natury - widok z jej okna. Pokój swój urządziła po swojemu, biurko zapełniło się gracikami wytwornemi, z których każdy był jakąś pamiątką lub symbolem; kilka obrazków małych własnej roboty i pejzaży z Riviery, a także reprodukcje ulubionych mistrzów zdobiły ściany. Brakło jej kwiatów, tęskniła za niemi tak silnie, że zaczęła malować kwiaty z pamięci i z wzorów. Te, co były w Warowni: sztywne fikusy, dostojne jakieś rozłożyste a niewymowne rośliny - nie zadawalniały jej pragnień. Aż kiedyś spotkała ją niespodzianka: Tomek przywiózł jej z miasta cały stos różnych doniczek kwitnących i zielonych. Wdzięczna mu za to niezmiernie, umaiła gustownie pokój i zaprosiła wszystkich, aby podziwiali. Stary Burba rzekł wówczas:
- Poczekają przyjdzie wiosna, to i tej twojej Riviery nie trzeba, będziesz mogła spać na kwiatach, kiedy je tak lubisz, i to na jakich! Ha! Nie anemonki, co od anemji nawet biorą nazwę, ale kwiaty nasze, waćpanno; to przepych, to rozkosz, ot co! Facecja! A jak ci tu leśnicy naniosą konwalji, że sobie z nich materace możesz porobić.
- Niech dziadzio nie urąga na anemony, bo to bajeczne kwiaty, zwłaszcza różowe.
Tęskna zaduma padła na jej twarz. Artur ofiarowywał jej często różowe anemony.
- At, sztuka wielka! - wołał Burba, - nasze kraśne maki zakasują te twoje anemony. A jest ich tu pełno, czerwone łąki.
Zamyślenie na jej twarzy dostrzegł Tomek. Rzekł z odcieniem żalu:
- Kto tęskni za... wspomnieniem anemonów, tego nie zadowolnią - maki.
Elża poczerwieniała, a pan Cezary spojrzał na nią, na Tomka i wzruszył ramionami.
- At! jeśli o wspomnienie chodzi, to czasem i byle jaka pstrutka, mizerna kwiecina robi wrażenie. Ot ja, gdym się Urszulce oświadczył i został przyjęty, zerwałem jakieś kwitnące niebożątko z pod jej stóp i schowałem na pamiątkę, mam do dzisiejszego dnia zasuszone. Ha! że też to każdy najstateczniejszy człowiek przechodzi takie fiksacje sercowe. A pan ma co zasuszonego?... spytał nagle Uniewicza.
- Pewno cały snop, - śmiała się Elża.
- Nie, pani, mam tylko siebie, to już pamiątka wszystkich moich fiksacji.
- Słuszna i dosadna pamiątka. A ty, Tomek?... - Pan Cezary zwrócił się do syna dla równowagi.
Młody człowiek zapłonął rumieńcem i z niechęcią spojrzał na ojca. Elża nagle uprzedziła jego odpowiedź:
- On sobie zasuszy niezapominajkę z boru.
Zaległa przykra cisza.
Elża zrozumiała, że palnęła głupstwo, i zalała się ponsem. Tomkowi drżały usta, chciał coś odrzec i Wahał się. Ale już ona podała mu żywym ruchem oderwany z wazonu purpurowo-biały kwiat fuksji.
- Masz, Tomek, na początek zasusz sobie to ode mnie, zanim będą... inne od innych.
Wziął radośnie i ucałował jej rękę serdecznie, bez słowa.
- Fuksja? Oj, to kapryśny kwiat, fantastyczny, same załomy i kontrasty, trudny do zasuszenia, straci kształt i barwę, - mówił powoli Uniewicz. - Połamią się te drżące prątki, czy piórka nerwowe, co jest zdaje się cechą główną tego kwiatu.
- Zasusz go w wacie, - śmiał się pan Cezary.
- Wolałbym, żeby kwitł wolny i nie usychał - rzekł młody Burba.
- Patrzaj, jaki przemyślny, - tak niech ci cieszy oczy i kwitnie...
- Aż zniknie, - dodał pan Mel.
- Kruk waćpan jesteś! Moja pstrutka tyle lat nie zniknęła, czemuż fuksja. Ha!
- Ot, na pesymizm mi się zebrało.
- Chyba... że tak!
Tomasz i Uniewicz ciekawi byli wierszy pisanych przez Elżę, ale kryła się z niemi, nie czytając. Natomiast na prośbę dziadka, przeczytała im kilka wspomnień z Riviery, ze swego pamiętnika, takich, w których nie było nic znaczącego o Arturze. Słuchali ciekawie.
- Powinna pani pisać, - zadecydował pan Mel - ma pani zdolności narracyjne i umysł spostrzegawczy. Z tych pamiętników możnaby ułożyć szereg listów z podróży.
- O, nie! - zawołała żywo, - to tylko dla mnie.
- Wierzę, bo odczułem niedopowiedzenia, które nawet nie są dla nas, ale powtarzam, że możnaby ułożyć listy.
- Jak pojadę daleko w podróż, będę pisała listy do druku.
- A wybierasz się? - spytał stary Burba.
- Ach, dziadziu, marzę tylko o tem, śnię na jawie i we śnie.
- No, ot masz... i kiedy te projekty uskutecznisz?... Ha?...
- Na przyszłą zimę, dziadziu.
Tomasz zbladł.
- A jak cię nie puścimy z Warowni, co?... Ot, co będzie wtedy?...
- O, dziadziu, mnie nic i nikt nie zatrzyma, gdy tęsknota gna. Ja muszę być wolnym ptakiem, inaczej nie mogłabym żyć.
- Znajdzie się ktoś, co ci kaptur na głowę założy, łańcuszki na nóżki, bodaj złote, i klatkę swą zaofiaruje.
- Ja klatek nie uznaję.
Była podrażniona.
- Nawet z ukochanym? - spytał Burba także trochę zły.
Elża spuściła głowę nisko i powieki jej zadrgały. Ujrzała w wyobraźni Artura zakładającego na nią złote okowy. Jego "klatka" szeroka, przestrzenna... jak cały świat. Tylko on miałby prawo ją skuć i taka niewola byłaby czarem.
Podniosła dumie głowę.
- Z ukochanym - tak! - rzekła śmiało.
- A widzisz, buntownico jedna, i ręczę, że byłabyś wtedy nawet pokorna.
- Nie, pokorna nigdy! ale cicha, słodka i poddana.
Tomek wstał z krzesła, podszedł do okna i przyłożył płonące czoło do zimnej szyby. Uniewicz rzekł rozwlekłym tonem:
- Silne musiałyby być ręce. które by panią do tego skłoniły, tytanicznie silne, lecz... aksamitne.
- Ach, jak pan to dobrze powiedział...
- I jeszcze dodam, że i dla niego byłaby rozkosz w takim tryumfie. Bo wziąć sobie gęś albo kuropatwę i przyprawić ją w dowolnym sosie, potrafi każdy, ale...
- Takiego czorta, jak ja, - podchwyciła Elża z uśmiechem.
- A tak, takiego czorta rzucić sobie do stóp, poddanego i upojonego, to już zwycięstwo. Na to trzeba mocarza.
- Albo drugiego czorta, - rzekł pan Cezary.
- Brawo, dziadziu!
- A jeśli kto ma większe pragnienia... niż siły? - spytał nagle pan Mel.
Zaległo milczenie. Nikt nie odpowiadał, chociaż Elży cisnęło się kilka odpowiedzi na usta. Więc Uniewicz po chwili rzekł znowu, jakby do siebie:
- Wówczas najczęściej świadomość tej nierównomierności przychodzi... zapóźno.
Nikt mu nie zaprzeczył, wszyscy milczeli.
Gdy Elża otrzymywała listy z Riviery od Artura, wówczas zamknięta w swoim pokoju, długie godziny była niewidzialną, wertując listy po kilka razy. Marzyła, często łzy zaszkliły w jej oczach, lecz siłą woli umiała je ujarzmić. Pisząc do Artura zaledwo parę razy na kartach, przyznała mu się, że pisze coś z myślą drukowania i że ją ta praca pochłania; wreszcie i te zwierzenia, w krótkich listach zawarte, ustały.
"Nie wolno mi, - nie wolno!" - myślała.
A gdy zadała sobie bolesne pytanie: dlaczego nie wolno, wówczas zdawało jej się, że ktoś serce rozdziera na kawały. Bo jednak dlaczego, dlaczego?... Nikt jej tak nigdy nie porwał jak Dovencourt, nikt nigdy nie odpowiadał tak jej wymaganiom estetycznym, jak on. Przystojny, świetny pod każdym względem, wybitny umysłem i wykształceniem, zajmujący wysokie stanowisko dyplomaty i taki jakiś inny niż wszyscy, taki odrębny. Zimny, sztywny anglik, "lodowiec", - jak go nazywano. On dla niej za wielki pan, otacza go inny świat, inna sfera. Nazywali go nieprzystępnym, niesympatycznym, pesymistą, sarkastą; jej się to właśnie w nim podobało. Zanim go poznała, już ją ta niezachęcająca o nim opinja zaciekawiła. Względem niej stał się bardzo szybko zupełnie innym, niż ogólnie względem kobiet. Spostrzegła to rychło i była dumną, szczęśliwą. Potem przyszły momenty, w których ją upajał, rozmarzał, aż wreszcie wyznał jej swe uczucia. I ona, ona je odrzuciła... choć się w niej wszystko rwało do niego z nieprzepartem... pragnieniem....Ale ona bała się istoty jego uczuć, lękała się, że to chwilowy szał, kaprys, który minie prędko, bo nie mogła uwierzyć w miłość jego dla niej. Nie była piękną, czemże go porwała? czyż to możliwe, by on ją kochał prawdziwie i chciał mieć za żonę, on, Dovencourt-Howe, ją - Elżę Gorską?...
Więc w obawie następstw, rozczarowań przyszłych, zrażona do małżeństwa w pożyciu z Gorskim, postanowiła przerwać to błędne koło czaru i obawy, niebywałego uroku i trwogi zarazem. Odmówiła Arturowi ostatecznie; podziwiając własną siłę, uciekła z Riviery, nie chciała korespondencji, nie wzięła z sobą nawet fotografji. Chciała wszystko zniszczyć, zadławić, pogrzebać. Bała się złudy i zawodu, bała się tego czaru, gdyż był zbyt silny. I teraz pisać więcej nie będzie, on zrozumie, zamilknie, skończy się piękny kilkomiesięczny sen, bo tak być powinno. Pozostanie w kraju i dla kraju, bo tu jest jej obowiązek. Nie Anglja i obcy świat, ale jej własna ojczyzna. Lecz cóż tu będzie robiła? - Praca społeczna?... jaka, na jakim gruncie?... Wszak rodzinny majątek, Taraszcza, nie do niej należy; majątek Gorskiego zabrała jego rodzina, ma tylko posag swój, cóż z nim zrobi?... jakże swe życie spożytkuje dla kraju, w czem stać się może pożyteczną?... Elża łamała ręce nad głową w chwilach takiej rozterki. Ogarniało ją straszne zwątpienie w siebie, a pragnienie jakiegoś czynu dręczyło ją okrutnie.
- Za długo już trwam pod tym znakiem zapytania, trzeba coś postanowić, coś działać! - I oto z głębi duszy, gdzieś z pod serca wydobywała się tęsknota, tragiczna prawie, oczy zachodziły lzami, a z ust gorących wybiegał krzyk:
- Ach pisać!... pisać!... pisać! Czuła, że to pragnienie jest silniejsze ponad wszystkie inne, że ono napełnia ją całą, jak musujące wino puchar, że ono rozsadza jej piersi, że przypina jej skrzydła do ramion, że jest jej żywszem marzeniem, najdroższem dobrem do osiągnięcia.
- Lecz czy zdolna jestem w tej chwili i wogóle do twórczych poczynań?
I pogrążała się w beznadziejnem kole zwątpień. Nasuwały się jej ponure wspomnienia lat małżeńskich z Gorskim, kiedy nie mogła wziąć pióra do ręki bez szyderstw z jego strony.
Ale oto ciężkie lata tej niedoli małżeńskiej z Adamem skończyły się; jest wolna, ma przed sobą otwarte pole do działań, może pisać, kształcić się, pracować.
I oto pragnienia rosną, rosną, budzi się nowe natchnienie.
Elża przypomniała sobie, jak wkrótce po owdowieniu postanowiła dowiedzieć się prawdy o pierwocinach swoich utworów drobnych i trwożnych jeszcze. Wzięła swe zeszyty i udała się do wybitnego autora polskiego, bardzo czcigodnego starca, by zasiągnąć jego rady, usłyszeć uczciwe i bezstronne zdanie i przekonać się: warto, czy nie? Czuła, że od jego miarodajnego zdania zależy wszystko, że jej marzenia mogą runąć odrazu w gruzy lub ożywić się nadzieją. Szła jak na szafot. Miłe przyjęcie, żartobliwy uśmiech z powodu jej tremy i jakiś serdeczny ton obejścia, cechujący zawsze tego wielkiego, a skromnego człowieka, usposobił ją raźniej i pobudził do odwagi. Staruszek wskazał jej krzesło przy swem biurku, a widząc, że cała drży, nalał jej z karafki szklankę wody i położył przed nią karmelki. Sam spacerował po pokoju, pytając ją o postronne rzeczy. A wreszcie, gdy na jego żądanie zostawiła zeszyty i po kilku dniach trwogi i emocji usłyszała w tym samym gabinecie, pamiętne dla niej słowa: "pracuj, dziecko, pracuj bardzo, ale pisz, bo warto", - rzuciła się do rąk starca, całując je z wybuchem szczęścia i okrzykiem szalonej radości i uczucia.
- Entuzjastka z pani, ale to dobrze, to nie szkodzi - mówił ten drogi starzec, a jej się zdawało, że nowe widnieje przed nią życie, opromienione tęczą nadziei.
Młoda kobieta ze smutkiem potrząsnęła głową.
- Gdybyż mię tak stale ktoś pobudzał, dodawał otuchy, nadzieją krzepił, możebym dopięła swego celu, ale zwątpienie mnie truje, tak mię to zwątpienie zniechęca do dalszej pracy twórczej... Ach, Boże, Boże! Czy szczyt marzeń moich spełni się kiedy? - czy ja, czy ja?... Boże, nie karz mię za zbyt śmiałe myśli...
I znowu Dovencourt wypłynął w marzeniu.
- On by mię nie krępował, on by nie szydził z tego, co mi jest tak drogiem, to człowiek wysokiej kultury, on by mi pomocą był, natchnieniem, twórczą siłą, zachętą, - nakazem do pracy. To nie ciasny umysł Gorskiego, który w kobiecie widział tylko klucznicę, mamkę i oprzątkę domową. Artur nie broniłby mi piastować moich ideałów, on by budził i zapalał, by płonęły coraz szerzej.
- A Tomek?...
Elża zastanowiła się głęboko.
- I Tomek także, on taki uczuciowy i wrażliwy, zapaleniec i entuzjasta, większy może niż Artur... bo Artur lodowiec, zimny, sztywny anglik.
Wstrząsnął nią gorący, przenikliwy dreszcz, bo utkwiły w niej przymrużone, wymowne oczy tego "lodowca".
- Nie, nie, nie! on nie dla mnie! Ja już tam nie wrócę, ja go już nigdy nie zobaczę.
Zaczęła rozmyślać o Tomku, lecz wspomnienie o Karolci przesuwało się uparcie, jak przykry majak.
- Ostatecznie jestem chyba więcej warta, niż ta gęś, - jątrzyła się Elża. Ładna buzia, nic więcej, czyżby Tomek mógł nawet porównywać? - A jeśli?... Ach, rywalizować z nią nie będę.
Zbudziła się w niej duma, niechęć do Tomka, raczej wmówiona, niż rzeczywista, bo młody Burba coraz silniej działał na wyobraźnię Elży, wbrew jej woli nawet i pomimo pewnego ochłodzenia ich stosunku. Młoda kobieta z energją właściwą jej naturze odsuwała od siebie uparcie wspomnienia z jasnego brzegu, nie otwierała więcej pamiętnika, nie zanurzała się w marzeniach. Listy od Artura przestały nadchodzić. Było jej dziwnie przykro, ale potrafiła wytłumaczyć sobie, że tak - lepiej. Posądzała go o jakąś nową słabostkę i z rozkoszą raniła samą siebie takiemi przypuszczeniami, chcąc w nie uwierzyć.
Tymczasem dni przechodziły w Warowni dość monotonnie. Elża oswoiła się z ciszą leśną, z wyciem wilków, lubiła wieczory przy kominku, swoje spacery i polowania z Tomkiem. Pisała przytem dużo, myślała, czytała; fortepian najczęściej był jej powiernikiem, zwierzała mu swe zapały i tęsknoty serdeczne. Stary Burba, słysząc jej muzykę, zwykł mawiać:
- Oho! Elża już za górami, za lasami, buja po świecie!
- Tak mię, dziadziu, porywa coś - wyraziła się kiedyś - więc muszę się w muzyce wypowiedzieć.
- Elżę "nosi", - mówiono potem, słysząc jej burzliwe, namiętne warjacje, często szalejące na klawiaturze.
Pod koniec karnawału odbywały się "wieczory tańcujące" w sąsiedztwach, gdzie były panny; Elża bawiła się tam wybornie, ciągle w asyście młodego Burby i sąsiada Poberezkiego z Chodur. podniecona gniewem panny Gozdeckiej. Śmieszyły ją te panie, łapiące Tomasza na wędkę wcale niedwuznacznie. Elża z przyjemnością obserwowała towarzystwo, zbierając ciekawe wzroki sama lub z Tomkiem i Uniewiczem, który celował dowcipem i złośliwością. Na wieczorze w ostatki w Chodurach, u Poberezkich, Gorska rzekła do Uniewicza:
- Niech pan da spokój, - nie obmawiajmy. Tutaj to razi, nie wszczepiajmy takiej trucizny towarzyskiej. Dzięki Bogu, na tutejszym gruncie niema ona powodzenia i dlatego lżej się oddycha.
- To prawda! - potwierdził Tomek, a wiesz czemu się to dzieje?... Oto u nas ludzie są szczersi, niż naprzykład w niektórych okolicach w Królestwie. Nigdzie tak ludzie na siebie wilkiem nie patrzą, jak tam właśnie.
- Masz słuszność i ogadują się nawzajem bez skrupułów. Sąsiad sąsiada zna głównie z najgorszej strony i nie zaniecha, by wady dostrzeżone opublikować mniej lub więcej głośno. Na to zaś, co dobre u sąsiada, zamyka szczelnie oczy i uszy. Przytem cóż za różniczkowanie towarzystwa. Wystarczy, aby ktoś posiadał kilka włók majątku więcej od drugiego, a już uważa się za wyższego i jak to mówią, zadziera w górę nosa. Och, jakież to niesympatyczne.
- A wie pani, kto zwykle zadziera głowę do góry? - spytał Uniewicz.
- Pyszałek - podchwycił Tomek.
- Ale dlaczego to robi?...
- Ponieważ ją ma pustą - odrzekła Elża - wszystko, co lekkie leci w powietrze, przeto i głowa takiego pana jak balonik wiecznie się unosi w górę, a z nią i nos naturalnie.
- Wybornie pani wyraziła to fizyczne prawo i moją myśl, - śmiał się pan Mel.
- Nigdzie także niema tylu pseudo-arystokratów, co wogóle u nas. Każdemu się zdaje, że jest wyższy urodzeniem od drugiego i gra rolę pana, najczęściej niesłusznie "dmie", jak określają postronni obserwatorzy. Śmiesznym jest, gdy taki pan, który "dmie", nie domyśla się nawet, że sąsiedzi wiedzą o nim wszystko. Począwszy od pochodzenia rodziny, skończywszy na jego własnych postępkach, o czem sądzi, że nikt ich nie świadomy i że znaczna ilość włók wystarczy, żeby go wynieść ponad innych. Tymczasem włóki, dając duże przywileje i sposobność do naginania karków małodusznym, nie osłaniają bynajmniej nikczemności w oczach tych, którym imponują.
- Tak! - zauważył Uniewicz, - prawda wówczas bywa za plecami, z boku, tylko nigdy en face.
- To właśnie dowód braku szczerości. W oczy pochlebstwo, uśmiechy, zachwyty, słodkie słówka, a za oczami - hulaj dusza! en face język trzymany na smyczy, z boku zaczyna wywijać się z oków życiowej dyplomacji, lub prostego fałszu, a za plecami już siecze bez miłosierdzia.
- Słusznie zauważyłaś, Elżuś, że u nas inaczej. Cieszę się, że to widzisz - rzekł Tomasz.
- To też dlatego powstrzymałam pana Mela i siebie od czynienia złośliwych uwag o tutejszym zebraniu. Tam mogłam krytykować, będąc krytykowaną, odpłacałam z naddatkiem, bo mię to bawiło.
- I tu może pani stosować to samo względem poszczególnych osobistości. Nie pozostaną pani dłużni napewno - uśmiechnął się Uniewicz.
- Wiem o tem i stosuję swoją wstrzemięźliwość w wyjątkowych wypadkach.
- Widzisz, ciebie tu mamy trochę za swoją, pochodzisz z Taraszczy i jesteś Burbianka, to powód, że raziły ciebie inne stosunki. Ty nasza jesteś, Elżuś, - mówił Tomek z błyskiem zapału w oczach.
Widziała w jego wzroku płomień uczucia i porywał ją tem ku sobie. Patrzyła mu jasno w oczy i może wypowiedzieliby sobie w owej minucie dużo wyznań serdecznych, gdyby nie Uniewicz, który zmącił pogodę.
- Tomek nazywa panią naszą, lecz ja się na to nie zgadzam, chociaż sam nazywałem panią z początku - taraszczańską. Nie, pani nie - nasza, pani jest bardziej egzotyczna, pani to... wyrażając się geograficznie - zachód, południe, ale nigdy... Warownia powiedzmy: nie tutejsze kresy. Pani pochodzi od nas, lecz jej siła ciężkości, to zagranica, Riviera... Anglja... Tam panią ciągnie.
Elża zadrżała i spłonęła krwawym rumieńcem. Burba patrzył na nią badawczo. Zaległo wymowne milczenie. Uniewicz spojrzał na Gorską, na Tomka i odczuł, że jest tu na trzeciego zbyteczny. Usunął się w głąb salonu, myśląc:
- Tomek zaczyna nierówną walkę, ja zaś niechcący podałem mu kopję.
Po odejściu pana Mela, Burba spytał Elżę:
- Nie przyciągnie ciebie... zagranica?... powiedz, Elżuś.
Gorska położyła mu rękę na ramieniu z uśmiechem trochę nienaturalnym.
- Grają walca, tańczmy Tomku.
Otoczył ją wpół mocno i z brawurą powiódł w tańcu na salę. Pochylił się do jej ucha:
- Dlaczego nie odpowiedziałaś mi?...
- Bo nic... nie wiem.
- Elże! - wybuchnął odsuwając się od niej.
- Tom, nie warjuj, patrzą na nas.
- Szczególnie Dziunio Poberezki... co?... pożera cię oczami jak smok.
- A, dajże mi z nim spokój!
- On cię odciągnie od... Anglji.
- Nie odciągnie nawet od... Warowni, - bądź pewien.
Tomasz drgnął, jakby iskrą elektryczną tknięty. Walc jego wpadł w tempo nierówne, zbyt szybkie. Gdy mijali orkiestrę, Burba krzyknął na całą salę.
- Mazura!
I sam ruszył z Elżą w pierwszą parę, hucznie, szumnie z niebywałą fantazją i zawadjacką jakąś werwą. Twarz mu promieniała, z oczu tryskały iskry. Przeistoczenie jego było tak nagłe i wyraźne, że spostrzegli to wszyscy. Stary Burba szepnął - do żony:
- Patrzaj, serce, na Tomka; czy on kiedy tak tańczył?.. Szaleje chłopak. Coś musiało między nimi zajść, bo i Elżunia jakaś dziwna.
- Ot imaginujesz, Cezary. Roztańczyli się i kwita, a ty zaraz Bóg wie co upatrujesz.
- A taki, daj Boże, żebym się nie mylił...
Uniewicz, patrząc na pierwszą parę, myślał:
- Czyżby już turniej skończony i pierścień zdobyty?... On zwycięski, ale ona... niewyraźna. Nie tak wygląda kobieta zdobyta i uszczęśliwiona własną kapitulacją.
Przyjrzał się wyraźniej zasnutej lekką chmurą twarzy Elży i stwierdził ostatecznie:
- Nie, to nie jest porozumienie, to jakaś omyłka.
W tej chwili podszedł do niego młody Poberezki, piękny i pewny siebie salonowy bywalec, zwany Dziuniem. Siadł wykwintnie na krześle, podciągając dwoma palcami ubranie na kolanach, poprawił wytworne szklą na nosie i, pochylony zgrabnie, rzekł do pana Mela półszeptem:
- Panie, co ja mam sądzić o tym mazurze pani Gorskiej?...
Uniewicz skierował na niego swe blade, ironiczne oczy.
- Jakto, co?... to chyba tylko, że pani Gorska tańczy go z Burbą i ładnie tańczy.
- Ależ ja ją prosiłem do pierwszego mazura.
- A no, to Burba pana uprzedził, nic więcej.
- Ależ to dla mnie afront.
- Nie przeczę. To nawet zmowa, spisek na pana, bo ten mazur powstał impetycznie, urodził się z walca jak piorun i widzi pan jak grzmi.
- Ale cóż ja mam teraz robić?
- Pogodzić się z losem.
- Pan sobie żartuje, a ja w tym mazurze z panią Elżą chciałem się upewnić w swoich zamiarach.
- W jakich mianowicie?
Poberezki podniósł dumnie głowę i spojrzał tryumfalnie na Uniewicza.
- Chcę się starać o rękę pani Gorskiej.
Śmiech drgnął na twarzy pana Mela, lecz z całą powagą odrzekł:
- Bardzo ryzykowne zamiary.
- Jakto, nie rozumiem.
- Wszelkie zamiary matrymonjalne są, panie, ryzykowne.
- Ależ, pani Elża bardzo mi się podoba. Nie znam tylko cyfry jej posagu. Panna Gozdecka mówiła mi, że biedna, stąd wnoszę, iż jest bogata; znam kobiety, zwłaszcza panny na wydaniu.
Uniewicz zaśmiał się, szczerze ubawiony. Dziunio, zadowolony ze swego dowcipu, dodał jeszcze:
- Utwierdza mię w przekonaniu, że pani Gorska bogata, fakt, że Burba kręci się koło niej wyraźnie.
Teraz Uniewicz się obraził.
- O panie, Tomek nie leci na posag, to nie leży w jego naturze.
- Nie leci, ale każdy na to pójdzie jak jest, w dodatku; pani Gorska mniej tego potrzebuje, panna Gozdecka dużo więcej, ale każdej się to przyda i ujmy nie przyniesie.
- Ogromnie pan praktyczny.
Poberezki nic nie odrzekł. Uniewicz zauważył, że pochłania wzrokiem Tomka i Elżę.
- Ładna para, - co?...
- Burba mię niepokoi. On wygląda, jakby już miał nadzieję - rzekł tragicznie.
- Hm! to możliwe!
- Ale czyżby pani Górska?... a zresztą przecie... Chodury... nie gorsze od Warowni, - szeptał Poberezki, w ten sposób wyrażając swe myśli i obawy.
Uniewicz śmiał się.
Elża, tańcząc, nie miała ani zapału Tomka, ani jego promienności w duszy. Przeciwnie, nurtował ją niepokój, gniew na siebie za niebaczne słowo, które tak podnieciło Tomka, i gniew na niego, że tak łatwo wziął je do siebie. Przez resztę wieczoru była nie w humorze, pomimo, że Tomek jej nie odstępował, rywalizując dzielnie z Poberezkim. Jednakże, gdy się już rozjeżdżano, Dziunio, czatując wytrwale, pochwycił chwilę i spytał Elżę bez przygotowania:
- Czy pani pozwoli mi bywać w Warowni? Zależy mi tylko na pani pozwoleniu.
Elża była zdenerwowana i usposobiona ironicznie.
- A nie boi się pan wilków?
Poberezki wyprostował się, obrażony i zły.
- Nie, pani, może mi grozić tylko jedno niebezpieczeństwo, ale to chcę zwalczyć.
- A, to pan odważny.
- Nie odpowiada mi pani na pytanie. Czy mogę bywać?
- Ależ owszem, panie, dopóki nie wyjadę do... Anglji.
Powiedziała to celowo, gdyż zbliżał się Burba. Ostatnie słowa Elży oniemiły Tomka.
Poberezki zdumiał także.
- Pani wyjeżdża?... tak daleko?... Nic o tem nie wiedziałem. To mię jednak nie zraża i będę w Warowni jaknajprędzej.
Skłonił się głęboko i cofnął, gdyż kilka osób otoczyło Elżę. Mijając Burbę, Poberezki wyzywająco trochę spojrzał na niego, lecz Tomek nie zauważył tego, pochłonięty tem, co słyszał.
Siadano do sań. Tomek zwrócił się do Elży, proponując wspólną podróż odkrytemi saniami, lecz ona zaprotestowała stanowczo:
- Pojadę z dziadkami, jestem zmęczona i mogłabym się przeziębić.
Lecz z pomocą Tomkowi przybył stary Burba.
- Tedy jedźcie we troje w karecie, a ja pojadę z panem Melem.
Tomek, siedząc na przednim siedzeniu, otulił nogi Elży i milczał zamyślony. Młoda kobieta, udając, że drzemie, obserwowała go z pod rzęs. Widząc smutek i ból na jego twarzy, żałowała, że go dręczy, ale szczególna jakaś zawziętość rozpanoszyła się w niej władczo, tłumiąc wszystkie lepsze odczucia dla Tomka. Jego męski, ładny profil pociągał ją, oczy wpatrzone w las, migający poza szybą okna, miały w sobie dużo głębi i zamyślenia niezwykłego. Elża nie mogła oderwać wzroku od tej twarzy, ogarniała ją rzewność i słodycz jakaś dziwna. Cichy skrzyp sań po śniegu, głuchy szum boru, nastrajały Elżę osobliwie. Raziło ją przykre chrapanie siedzącej obok niej pani Urszuli. Były momenty, że uczuwała pragnienie przygarnąć się do piersi Tomka i tak trwać cicho, spokojnie i tak jechać w tym szumie boru, w tym ośnieżonym zimowym świecie. Widok Tomka koił ją, nasuwając łagodne dobre marzenia.
Wtem zadrżała. On raptownie spojrzał na nią, złowił jej wzrok i utonął w jej źrenicach. Z zapartym oddechem patrzyła w niego przerażona, żeon to widzi. Długi czas oboje nie mogli słowa przemówić. Wreszcie Burba zerknął na śpiącą matkę i, utkwiwszy w Elży sporzenie prawie surowe, - spytał bezbarwnym głosem:
- Kto to jest... Artur?..
Elża doznała wrażenia, że ściany karety stłoczyły się na jej głowę. Imię tamtego padło między nich, jak nóż gilotyny, zabijając momentalnie urok chwili poprzedniej. Artur Dovencourt-Howe? z całą potęgą swej siły, z całą plastyką stanął w oczach Elży i zapanował nad nią jak tytan. Szatańskie, drwiące jego oczy zaćmiły jej świat, pod ich władzą powieki Elży opadły niby liście trącone wichurą. Na policzki wolno, wolno wypływał gorący rumieniec.
A Burba powtórzył pytanie.
- Kto to jest... Artur, Elżo?...
Młoda kobieta ocknęła się - z wrażenia. Zapanowała nad sobą.
- To mój znajomy z Nicei.
- Anglik?...
- Tak.
- Czemu nie patrzysz na mnie, Elżo?...
Podniosła teraz na niego oczy, pełne dumy.
- O co ci chodzi?...
- Ach, nic tylko wspomniałaś to imię, gdyśmy jechali pierwszy raz do Warowni, wówczas kiedy nas opadały wilki, rzekłaś - "strzelasz jak Artur". - Przypominam to sobie; potem w pamiętniku, z Riviery nam czytałaś, imię to parę razy było powtórzone jakby niechcący, snać uważałaś czytając, by go unikać. Dziś znowu ta Anglja dwukrotnie.
- Badasz mię jak detektyw.
- Czy nie mam do tego prawa?
- Niezupełnie.
Tomek zbladł.
- I chcesz dlatego uciekać do Anglji
- Co znaczy: "dlatego"? Mówiłam to zresztą nie do ciebie, lecz do Poberezkiego.
- Przed wszystkimi zasłaniasz się tą Anglją. Widocznie Uniewicz miał słuszność.
Elża milczała.
- Ja zaś - źle zrozumiałem twoje słowa w walcu i... byłem szalony.
- Cóż chcesz, czarowałeś cały salon mazurem.
Burba poczerwieniał jak ogień. Gwałtownie otworzył okno.
- Co wyrabiasz, babcia się przeziębi.
Tomasz wychylił głowę i krzyknął na stangreta.
- Stój!
- Warjat jesteś, Tomek.
- Nie, ale przyślę ci tu Uniewicza, jemu możesz urągać Potrafi się odciąć.
Kareta stanęła i jednocześnie zrównały się z nią sanie.
Burba otworzył drzwiczki, wysiadł, wślad za nim wyskoczyła Elża na śnieg.
- Co się stało? - pytał pan Cezary.
- Nic, dziadziu, tylko ja wolę jechać saniami, duszno mi w karecie - zawołała Elża.
Stary Burba patrzał na nią uważnie.
- Przedtem nie, a teraz tak; tak z kimże pojedziesz?...
- To mi obojętne.
- Ot, kiedy komplement dla nas wszystkich. No, to siadajcie w trójkę na sanie, a ja idę Urszulkę kołysać, bo widzę, że śpi niebożątko i zdrowo chrapie. Pewno ciebie tem i wystraszyła. Siadajcie, bo zimno.
- Tomek niech idzie do karety, - rzekła Elża rozbawiona - bo on chce spać, a ja będę dużo mówiła z panem Melem. Dobrze, panie?...
- Jestem na rozkazy.
- No, Tomek, gdzie siadasz?... - wołał pan Cezary.
Ale Burba wskoczył już na sanie. Usiadł przy stangrecie i odebrał od niego lejce. Strzelił z bata, czwórka ruszyła tęgiego kłusa, wymijając karetę.
- Widzę z tego wszystkiego, że pani zatęskniła za moim towarzystwem, a Tomkowi chciało się powozić, - rzekł protekcjonalnie pan Mel.
- Zgadł pan w zupełności z małym dodatkiem co do Tomka, który nagle uczuł pragnienie okładania kogoś batem. Najfatalniej wyszły na tem szpaki.
- I ja, bo siedzę za Tomem, mogę dostać batem - rzekł Uniewicz. - Zaczynam się namyślać, czyby nie przesiąść do karety.
- Idź, jeśli chcesz, Elża mi wystarczy.
- Pomimo twej uprzejmości zostanę właśnie z wami dla dwu powodów; po pierwsze, że... ty mi nie wystarczasz i chcę towarzyszyć pani, a po drugie, że pani Elży groziłoby niebezpieczeństwo.
- O, panie, ja się obronić potrafię sama, jestem odważna.
- O tak! Elżę trudno poskromić, - rzekł Tomek - i nikt jej nie utemperuje.
- Owszem, jest ktoś.
- Kto by cię ujarzmił? Nie wierzę - zaśmiał się Burba nerwowo.
- Ciekawym kto?... - rozwlekle spytał Uniewicz.
- Ktoś, kto jest stąd... bardzo daleko.
Głos jej miał głęboki ton. Zaległa cisza, tylko trzaskał bat i raźno prychały pędzące cwałem konie, dzwoniąc uprzężą. Uniewicz wiedział już wszystko.
IX.
Olbrzymie wiązy warownieckie trysnęły zielenią. Zmalały, jakby skupiły się w sobie, garnąc swe konary ciężkie i smukłe gałązki pod zielone puchy młodego listowia. Najpierw seledynowo-złota mgła omotała potężne korony wygrzewających się w słońcu drzew, lecz z każdym dniem mgła stawała się wyrazistszą, była już gazą przezroczą, prześwitującą siecią czarnych splotów gałęzi, była krepą gęsto namotanych woalów, aż wybuchnęła przepychem zieleni. Na ogromne szkielety drzew rzuciła się z szaloną namiętnością wiosennych pragnień i zgubiła je w sobie, pochłonęła, że szerokorzutne rusztowania wiązów zatraciły się pod żywiołowym, bujnym nalotem liści i kwiatów, zatonęły w ich niepowstrzymanej fali. Na mocarnych pniach piętrzyły się kopuły zielone, rozchwiane, wonne i szumiące. Wielmożność wiązów prastarych królowała teraz w Warowni, głusząc sobą dwór modrzewiowy i wiekowe ruiny. Wobec potęgi tych drzew malał, zda się, bór, okalający siedzibę Burbów, a przynajmniej schodził na plan dalszy; wiązy panowały tu wszechwładnie. Nikt ich nie podziwiał, prócz Elży.
Był wielki tydzień. Święta przypadały późno w kwietniu i cała natura nurzała się już w majowej krasie, ubarwiona zamiecią pierwszych kwiatów.
- Kobiety potraciły głowy, - żalił się stary Burba, - jedna nad ciastami, druga nad kwiatami, żadnej ani złapać.
Istotnie, we dworze panował ruch znamienny, zapowiadający gastronomiczne uciechy. Pani Urszula, niby wódz i dyktator, kierowała armią dziewek, kucharzem, gospodynią, popędzając wszystkich od świtu do nocy. Pani Jasiowa miała także swój dział. Stuk moździerzy, siekanie rozlegało się z kuchennych izb bezustannie, coraz to jakaś hoża Paraska lub Hawrośka w krasnym podkasanym samodziale wypadała z piekarni, bijąc pianę w donicy i świecąc czerwienią łydek; ta dźwigała pełne wiadra wody na "koromyśle", tamta niosła opasłego indyka pod topór kucharza. Głos Burbiny huczał po całem domostwie, pobudzając do gorączkowej pracy, jakby Warownia spodziewała się oblężenia. Pani Urszula nie mogła zapędzić tylko Elży do roboty. Młoda kobieta zasadzona do obierania migdałów a zajęta swemi myślami, nie potrafiła zadowolić babkę.
- Taż patrzaj, serce, migdały pryskają na wszystkie strony, miast w miskę. Ta dajże spokój, kochanie, z taką robotą.
I Elża uszczęśliwiona biegła z książką pod wiązy albo w las na kwiaty.
Aż nastąpiła chwila głuchej ciszy w Warowni, wszystko jakby zamarło, umilkły głosy, nikt drzwiami nie skrzypnął. "Baby" siedziały w piecu. Sławne ze smaku i wielkości baby pani Urszuli, więc cały dwór musiał się z tem liczyć. Pan Cezary, obyty już z taką sytuacją, ulokował się na werendzie w fotelu, w potokach słońca, okryty pledem czytał gazety, pykając z cybucha. U nóg jego, zwinięty w brunatny kłąb, spał Kajtuś niespokojnie jakoś. Wiosenne ciepło i pierwsze miodowe zapachy, płynące z boru, nasuwały mu widać czarowne marzenia swobody, bo mruczał, kręcił się i węszył głośno aromat powietrzny. W przeciwieństwie do milczenia dworu bór huczał rozgwarem ptasich głosów. Zawzięcie kukała kukułka, nic sobie nie robiąc z przestrogi pana Cezarego.
- Cicho, przekupko! czy to nie wiesz, że baby Urszulki w piecu?... skaranie boskie z tem ptaszyskiem.
Pan Mel z Sybirakiem wywędrowali do stajen, Elża zaś z kudłatym psem Murmyłą do Pysznego Boru. Szła ulubionemi przesmykami, zasłuchana w huk sosen i w potężny hejnał pełen melodji własnej duszy. Unosił ją prąd pragnień wiosennych, kipiących bujnie dokoła, czuła się zjednoczona z naturą, budzącą się do nowego życia, miała w sobie jej żywiołowe porywy, tęsknotę ukrytą poza wielką radością istnienia i nieprzepartych pragnień gorące źródło. Unosiły ją skrzydła fantazji. Grała w jej piersi muzyka natchnień nieodczuwanych nigdy; uczucia przeistaczały się w hymny pragnień, łaknące serce wołało: "przyjdź i kochaj, bo kocham, kocham!" W oczach jej płonął ogień zapału, usta krwawym żarem paliły, do nasuniętej wyobraźnią wizji wyciągnęła ramiona i z piersi jej stłumiony namiętnością krzyk wypadł:
- Tomek!
Widzi go przed sobą, on ramiona jej otworzył, oczy mu się iskrzą, usta pragną jej ust, zbliża się ku niej zaborczo, zaraz, zaraz ją porwie, uniesie.
Chwila... i wizja prysła. Dokoła pełno słońca, świeża jasna zieleń, stoją sosny proste, jodły obwisłe, bór usiany gwiazdami i pasmami światła. Drze się kukułka, zanoszą się śpiewem słowiki, życie tu wre i wszystko woła: "żyć!"
Elżę ogarnia nagle ogromna tęsknota. Podchodzi do smukłej sosny, obejmuje ją i tuli głowę rozpaloną do złoto-miedzianej kory. Łzy rzęsiste ma pod powiekami, szloch zrywa się w jej piersi, ale jednocześnie pali ją wstyd jakiś, więc, przygarnięta do sosny, zwierza jej swe marzenia i tłumaczy swój wybuch serdeczny. Tęskni za Tomkiem. Wyjechał w połowie postu daleko, na toki głuszców, na słonki, zaproszony przez krewnych, i nie wracał dotąd, choć już te polowania dawno skończyły się. Dopiero dziś przyjeżdża Tomek ukochany, ten złoty chłopak, bez którego tak pusto w Warowni. Elża skarży się sośnie, że męką były dla niej te trzy tygodnie bez Tomka. Żyła prawie samotnie, unikając Burbów, bo mówili wciąż o Tomku, raniąc jej serce; jedynie czasem lubiła towarzystwo pana Mela, który czytywał jej głośno, a ona wówczas malowała. Nieskończone spacery z Murmyłą były jej pociechą jedyną. Pisać nie mogła, mając chaos w głowie, zamęt zupełny w duszy. Przez te trzy tygodnie przeżyła jakby ciężki rok, nie wyjeżdżając z Warowni nawet w sąsiedztwo. Odmówiła ostatecznie Poberezkiemu, o czem dowiedziawszy się pan Cezary, pocałował ją w milczeniu w czoło bardzo gorąco. Tomek pisał tylko do Uniewicza, ale ten nie zdradzał przyjaciela i Elża wiedziała o Tomku tyle, że poluje w Mińszczyźnie i dobrze się bawi. W duszy jej nurtował żal do niego i do siebie, gorycz przykra zalewała jej serce, że oto Tomek nie dba o nią, a wszak wie, że miała w kwietniu wracać do Taraszczy. Wzywają ją tam wujostwo, ale tu Burbowie nie chcą słuchać o jej wyjeździe. A Warownia taka cudna w tej szacie wiosennej i zresztą... Tomek na święta powraca. Dziś go zobaczy. Jaki on jest, czy zmieniony dla niej czy ten sam - serdeczny Tomek z zimowych czasów, kiedy taki ogień miał w oczach, patrząc na nią, a tak szczerze okazywał jej swe uczucia. Wyjechał chmurny, rozżalony od czasu wieczoru w Chodurach i nie napisał do niej ani słowa.
- Tomku, Tomku, bądź dobry - błaga Elża, czując, że łzy z jej rzęs spadają gęsto i nikną w miedzianej korze sosny.
- Będę dla ciebie dobra, cicha, tylko już wracaj, bo żyć bez ciebie trudno.
Elża odczuwa w duszy jakiś zgrzyt przykry, trwa to mgnienie oka i znowu słodycz nadziei rozlewa się w jej całej istocie i znowu pragnie, tęskni za... Tomkiem. Oderwała głowę od pnia sosny, rozplotła ramiona, idzie przed siebie krokiem pewnym i rzeźkim, bo to wszakże droga, którą przyjedzie Tomek. Odruchowo poszła w tę stronę i już nie cofnęła się. Powita go pierwsza. Jakie będzie ich powitanie?... Serce Elży biło mocno, krew huczała w jej żyłach. Już, już powinien być. Słońce skłonione ku zachodowi nabierało złota i krwi w swój szczodry krąg i siało purpurowe pyły poprzez gęsty przetak igieł i liści. Elża spojrzała na zegarek.
- Powinien już być.
Wtem Murmyła stanął, zjeżył szerść i zawarczał groźnie, poczem z głośnem szczekaniem skoczył w krze i gąszcz młodej sośniny. Jakiś szelest, trzask i okrzyk pełen przestrachu. Murmyła ujadał zajadle. Elża poskoczyła żywo zaciekawiona. Wśród sosenek i brzózek stała młoda dziewczyna w szarym wełnianym żakiecie, w białym szaliku na jasnych włosach, cała ponsowa od rumieńca, z przerażeniem w błękitnych źrenicach, z drżącemi ustami. W ręku trzymała pęk żółtych kaczeńców. Karolcia Słupska! Elża poznała ją natychmiast. Długą chwilę stały naprzeciw siebie bez słowa, mierząc się wzrokiem. Twarz Elży ponsowiała, Karolci bladła. Murmyła naszczekiwał niepewnie.
Karolcia niezwykle zmieszana, bąknęła pierwsza:
- Przyszłam tu po... kaczeńce.
Elża uśmiechnęła się pobłażliwie.
- I po nic więcej? - spytała.
- Przyszłam także po... swarzybabę i barwinek do święconego.
- Idź, idź sobie po swój barwinek dokąd chcesz, byle jaknajdalej stąd, - błąkały się słowa pełne gniewu w ustach Elży.
Już chciała przeczekać, aż Karolcia odejdzie, lecz zbudziła się W niej duma. Ona będzie rywalizowała z tą dziewczyną?... Nie, nie, za nic. Krew jej uderzyła silną falą do głowy, Ogarnął ją strach, że Tomek może nadjechać i zastać je tu obie... Zgrzyt odczuty poprzednio powtórzył się i zatargał jej nerwami. Jakiś śmiech ironiczny, jakiś chichot piekielny usłyszała w sobie. Zawrzało w niej wszystko, odepchnęło od tego miejsca. Skinęła głową lekko, rzekła suchym głosem:
- Życzę pani pomyślności w zbieraniu... barwinku.
Zawołała na Murmyłę i odeszła szybko. Wzburzona, drżąca z gniewu i niewytłumaczonego uczucia................................................................