Zaszłość - Rafał Glina

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (32,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nawigacja

Spis treści

Karta redakcyjna Motto Prolog. Kulmhof (Chełmno nad Nerem). Marzec 1942 roku Współcześnie

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

Od autora

Poza trzema osobami: Adolfem Hitlerem, Heinrichem Himmlerem oraz Aloisem Hudalem, wszystkie inne postacie w tej książce są fikcyjne, a wszelkie podobieństwa do jakichkolwiek osób, żyjących lub nie, niezamierzone. O ile dwóch pierwszych raczej przedstawiać nie trzeba, to trzecia jest właściwie nieznana. Otóż Alois Hudal był biskupem pochodzenia austriackiego, który po II wojnie światowej pomagał niemieckim zbrodniarzom wojennym, między innymi Josefowi Mengelemu czy Adolfowi Eichmannowi, w ucieczce do Ameryki Południowej. W mojej książce pomógł w ten sposób Karlowi Grabenemu. Relacja schwytania tego esesmana, opowiedziana przez Floriana Siegemeiera, została luźno oparta na prawdziwej historii poszukiwania i ujęcia zbrodniarza niemieckiego Franza Stangla, komendanta obozów zagłady w Treblince i Sobiborze, przez słynnego łowcę nazistów Szymona Wiesenthala.

Jeśli chodzi o obozy zagłady, przywołałem dwa. O Auschwitz-Birkenau (Oświęcim-Brzezinka) napisałem w kontekście ilości złota odbieranego więźniom, a także pozyskiwanego z ich zwłok (od dwudziestu dziewięciu do trzydziestu czterech kilogramów dziennie), co uwiarygodniało wysłanie fikcyjnego transportu w mojej powieści. Natomiast ten w Kulmhof (Chełmno nad Nerem) był pierwszym obozem zagłady na terenach okupowanych oraz jedynym, gdzie do eksterminacji ludzi używano mobilnych komór gazowych. Pomysł na sceny przedstawione w prologu podsunęły mi wspomnienia osób, którym udało się uciec i uniknąć okrutnego losu. Działalność obozu w Kulmhof rzeczywiście została zawieszona w 1943 roku, a część budynków wysadzono, ale jest to jedyne podobieństwo do wydarzeń opisanych w książce.

Kolejnym przystankiem na fikcyjnej trasie mojego wymyślonego pociągu (pociągi takie załadowane złotem oraz innymi rzeczami, chociażby włosami, odjeżdżały z różnych obozów; na przykład z Treblinki, wysyłane przez wspomnianego już Franza Stangla) był obóz jeniecki dla polskich oficerów Oflag II C Woldenberg (Dobiegniew). Istniał on od maja 1940 roku do stycznia roku 1945 i rzeczywiście utworzono tam tzw. Uniwersytet Woldenberski, o którym mówi Alina Fritzhof. Poza tym działały tam teatr i biblioteki, wydawano prasę oficjalną i podziemną, a nawet w 1944 roku zorganizowano olimpiadę jeniecką.

Kolejnym obozem na trasie pociągu był Stalag II D, przeznaczony dla szeregowych i podoficerów, w miejscowości Stargard in Pommern (Stargard Szczeciński). Funkcjonował on do lutego 1945 roku. Obecnie znajduje się tam Oddział Zewnętrzny Aresztu Śledczego w Szczecinie.

Ostatnim przystankiem, zmniejszonego już składu, stał się Oflag X C w Lubece. Obóz karny, do którego zsyłano ludzi "krnąbrnych" i "nieposłusznych", nieprzestrzegających regulaminów innych obozów. To właśnie z Lubeki 23 kwietnia 1945 roku Himmler zaproponował aliantom rozejm, który oczywiście został odrzucony. Himmler uciekł i schronił się w sanatorium w Hohenlychen, gdzie ostatecznie został odwołany ze stanowiska dowódcy grupy armii.

Miejscowość Dölitz (Dolice), w której na chwilę zatrzymał się pociąg, także jest prawdziwa.

Operacja Sonnenwende, zwana także pancerną bitwą o Stargard, odbyła się w lutym 1945 roku i była jedną z ostatnich pancernych akcji mających na celu zmianę sytuacji strategicznej Niemiec.

Jeśli chodzi o opisy Suchania z dawnych lat, to posiłkowałem się biuletynem turystyczno-krajoznawczym Pomorza "Jantarowe Szlaki", wydaniem z marca 1975 roku.

Co do prawdziwych instytucji zawartych w książce to należy do nich Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego Stasi, a także wspomniany Wydział M i jego działalność oraz Grupa Operacyjna Warszawa Stasi wraz z przedstawicielstwem terenowym w Szczecinie.

Grupa "Narew" KGB również istniała w tym samym czasie.

Wszechzwiązkowe Towarzystwo Łączności Kulturalnej z Zagranicą powstało w 1925 roku, ale robienie zdjęć powojennej Polski przez jego przedstawicieli, a tym bardziej sprzedawanie ich chętnym jest tylko moim wymysłem.

Czarnobylski trójząb, tryzub albo sosnowy krzyż, wspomniany przez Majewskiego, to drzewo rosnące w Czarnobylu jeszcze przed wybudowaniem elektrowni. W latach dziewięćdziesiątych drzewo runęło i przewieziono je w inne miejsce, gdzie zostało zabezpieczone. Ostatnie zdjęcia (które znalazłem w Internecie) pochodzą z marca 2021 roku. Sam tryzub nie ma nic wspólnego z drzewem, którego poszukuje Gloss.

Wydaje mi się, że są to wszystkie prawdziwe informacje zawarte w książce. Pozostała część jest tylko i wyłącznie fikcją literacką.

Mam nadzieję, że przeczytanie tego kryminału sprawiło wam tyle satysfakcji, co mi jego napisanie.

Aha, jeszcze jedno.

Historia drzewa poszukiwanego przez Glossa jest oparta na prawdziwej opowieści, którą usłyszałem, jeszcze zanim w ogóle pomyślałem o byciu autorem. Otóż w latach dziewięćdziesiątych do Suchania przyjechało dwóch mężczyzn. Jeden był Niemcem, a drugi Polakiem, tłumaczem. Poszukiwali oni drzewa rosnącego gdzieś w okolicy miasteczka. Samo drzewo nie przedstawiało się tak charakterystycznie jak to z mojej książki, ale podobno dało się je zobaczyć z określonego miejsca. Nie powiedzieli, dlaczego się nim interesują. Czy coś pod nim zakopano? Czy stanowiło tylko punkt orientacyjny? Pewnie nigdy się nie dowiemy, ponieważ poszukiwania nie przyniosły rezultatu i panowie wkrótce opuścili miasteczko.

Nigdy później nie słyszałem, aby ktoś jeszcze szukał owego drzewa, ale jeśli ktoś posiada informacje na ten temat, to chętnie je poznam.

Dziękuję wszystkim, którzy mieli jakikolwiek wpływ na powstanie tej książki.

Dziękuję Wydawnictwu Zwierciadło za wydanie mojej kolejnej powieści, moim najbliższym oraz znajomym za wsparcie i motywację potrzebną do jej napisania oraz Tobie, Czytelniku, że dotrwałeś do tego miejsca. Jeśli tak, to mam nadzieję, że Ci się podobało.

Rafał Glina

.

KILKA DNI WCZEŚNIEJ(NIEDZIELA)

Alina Fritzhof siedziała w swoim ulubionym fotelu i z dwunastego piętra z kieliszkiem wina w ręku spoglądała na panoramę Berlina. Kilka lat temu jej mąż przegrał walkę z rakiem, dzieci natomiast usamodzielniły się i wyprowadziły już wcześniej. Syn ukończył studia prawnicze i mieszkał w Dortmundzie, córka otworzyła klinikę medycyny estetycznej w Hamburgu. Alina została sama, dlatego sprzedała wielką willę usytuowaną na przedmieściach i przeprowadziła się do apartamentu bliżej centrum. Bynajmniej nie po to, aby mieć łatwiejszy i szybszy dojazd do kancelarii adwokackiej, którą prowadziła od kilkudziesięciu lat. Po prostu tak było wygodniej.

Samopoczucie i figurę zawdzięczała diecie oraz ćwiczeniom, w niewielkim tylko stopniu zabiegom chirurgicznym i nie chodziło o powiększanie piersi czy ust, bo to akurat nigdy jej nie interesowało. Wolała postawić na naturalność i zdrowy styl życia. W wieku sześćdziesięciu jeden lat wyglądała i, co ważniejsze, czuła się jak czterdziestolatka, jednak przebywanie w wielkim, pustym domu okazało się ponad jej siły. Tu, gdzie teraz żyła, miała wszystko pod ręką: fitness club z siłownią i basenem, na które chodziła kilka razy w tygodniu, wykwintne restauracje, w których ciągle jeszcze spotykała się z najważniejszymi klientami, oraz ekskluzywne sklepy, do których też lubiła zaglądać.

Na dzisiejsze późne popołudnie i wieczór nic nie zaplanowała, dlatego dokończyła wino i postanowiła zafundować sobie długą, gorącą kąpiel w wannie. Napełniła ponownie kieliszek i poszła do łazienki.

Kiedy już zrelaksowana i odświeżona wróciła do salonu, zasiadła przed laptopem. Chyba tylko z przyzwyczajenia zaczęła najpierw sprawdzać media społecznościowe, a później miała zamiar zrobić to samo z kilkunastoma wybranymi forami internetowymi. Wszystkie dotyczyły jednej miejscowości. Leżącej w Polsce, w województwie zachodniopomorskim, kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Niemcami. Liczyła na znalezienie jakichkolwiek informacji, które by pozwoliły naprawić zło wyrządzone lata temu. Wprawdzie w swojej kancelarii starała się "naprawiać to zło" cały czas, w głównej mierze po to ją założyła, ale ta jedna niewyjaśniona sprawa nie dawała jej spokoju. Mimo że poszukiwania prowadziła coraz rzadziej, coraz mniej wierząc w jakikolwiek sukces, nadal tliła się w niej nadzieja na natrafienie choćby na wzmiankę o tym, co ją interesowało.

Alina była rodowitą Niemką, ale język polski znała bardzo dobrze. Od kiedy poznała niechlubną przeszłość swego narodu, zamierzała pomagać ofiarom nazistowskich prześladowań oraz aktywnie wspierać działania na rzecz polsko-niemieckiego pojednania. Stąd studia prawnicze. Postanowiła otworzyć kancelarię i współpracować z fundacjami wspierającymi relacje między Polakami i Niemcami. Dopięła swego i w ciągu tych kilkudziesięciu lat pomogła setkom osób. Przez ten okres jej ideały lekko się zatarły, zeszły na drugi plan, ale nigdy nie zapomniała o tej jednej historii, którą opowiedziała jej kiedyś babcia.

Alina ponownie dolała sobie wina do kieliszka. Koniec na dzisiaj, pomyślała, klikając zakładkę Facebook na pasku przeglądarki. Wyświetlił się panel logowania, a po chwili pojawił się znajomy widok. Kolejne kliknięcie i po lewej stronie ekranu rozwinęła się lista ostatnio wyszukiwanych profili. Spośród kilkunastu dotyczących interesującej ją miejscowości wybrała jeden ze swoich ulubionych.

Suchań Dawniej, Suchań Dziś.

Administrator starał się jak najczęściej publikować nie tylko stare zdjęcia i porównywać je ze stanem obecnym, ale zamieszczał także mnóstwo ciekawostek z historii miasteczka.

Od jej poprzedniej wizyty tutaj pojawiło się kilka nowych postów. Najświeższy prezentował, jak wynikało z opisu, fragment pocztówki Ottona Scheela z 1926 roku, z widokiem na ówczesną ulicę Breitestrasse. Alina tylko przelotnie zerknęła na domki znajdujące się na fotografii, aż tak daleka przeszłość jej nie zaprzątała.

Wcześniejszy post zawierał kilkanaście zdjęć opisanych jako: "Prezent od jednego z fanów profilu. Może ktoś zobaczy coś znajomego?". Kliknęła pierwsze i jej oczom ukazał się szereg budynków. Te akurat były szare i bez wyrazu, nieciekawe. Następne zdjęcie przedstawiało kościół, który widziała zresztą kiedyś na własne oczy, a kolejne ołtarz. Przeglądając, sięgnęła po kieliszek z winem, ale ten wypadł jej z ręki. Stuknął o szklany blat stołu, na którym stał laptop, i już bezgłośnie spadł na biały, puszysty dywan, zostawiając na nim czerwoną plamę. Alina wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć. Serce jej przyspieszyło, oparła się jednym łokciem o stół, prawa ręka trzymająca myszkę drżała. Jej oczy wpatrywały się w ujęcie, które wyświetliło się na ekranie.

- Mein Gott - wyrwało jej się z ust. Rozejrzała się po salonie, jakby chciała się z kimś podzielić swoim odkryciem.

Ponownie skupiła szklisty wzrok na fotografii, ale przez napływające łzy wszystko się zamazywało. Wstała, odnalazła chusteczki i przetarła oczy. Znów spojrzała na post.

- So viele Jahren...1 - wyszeptała.

Fotografia przedstawiała las. Jednak na pierwszym planie wyróżniało się dziwne drzewo, kształtem przypominające trójząb, przed którym stało dwóch mężczyzna w białych koszulach z podwiniętymi rękawami. Zapozowali tak, jakby fotograf poprosił ich, aby na chwilę przerwali pracę.

Alina z ciągle mocno bijącym sercem powiększyła obraz i dokładnie przyjrzała się ich twarzom, a później przeanalizowała całe ujęcie. Nie dostrzegła nic, co mogłoby pomóc rozwiązać zagadkę, która dręczyła ją od kilkudziesięciu lat. Z duszą na ramieniu przejrzała pozostałe zdjęcia, a później starsze posty. Nigdzie więcej nie dostrzegła żadnych ludzi, dziwnego drzewa ani tego lasu. Same budynki. Wróciła do zdjęcia z mężczyznami. Pod postem było już ponad czterdzieści polubień, ale ani jednego komentarza.

Otworzyła okno wiadomości. Na Facebooku występowała jako Tamara Syczuk, wolała, aby nie kojarzono jej prawdziwego nazwiska z poszukiwaniami, które prowadziła. Zabrała się do pisania. "Dzień dobry, chciałabym zasięgnąć informacji o jednym ze zdjęć, które pojawiło się na Pana profilu". Wiedziała, że administratorem jest prawdziwy Janusz Manachiewicz, miał zresztą drugi profil na swoje nazwisko. "Chodzi mi o zdjęcie z tym dziwnym drzewem, a właściwie o dane osób ze zdjęcia lub fotografa, który je zrobił, ewentualnie o miejsce, gdzie zostało zrobione. Będę bardzo wdzięczna za jakiekolwiek informacje na ten temat". Przeleciała tekst wzrokiem, po czym wysłała.

Zamyślona wpatrywała się w czerwoną plamę na dywanie. A co, jeśli to fałszywy trop? Jeśli to tylko zbieg okoliczności? Niemożliwe, przekonywała samą siebie, i w tym momencie usłyszała dźwięk przychodzącej wiadomości.

"Dzień dobry, jak podałem w opisie postu, otrzymałem te zdjęcia od znajomego, niedawno i jeszcze nic o nich nie wiem. Jedynie to, że wykonano je w Suchaniu i okolicy. Czy to jakaś Pani rodzina? Mogę napisać do tego znajomego i zapytać o to zdjęcie. A może jest Pani zainteresowana jego kupnem?"

Alina zrobiła zdziwioną minę. Sądziła, że to tylko plik obrazkowy. Szybko zaczęła odpisywać. "To Pan ma to zdjęcie..." Zawahała się, jakiego słowa użyć. "...fizycznie, to znaczy prawdziwe?"

"Tak, trzymam je właśnie w ręce :-)".

"Zakładam, że nie jest w żaden sposób opisane?"

"Jest. Z tyłu widnieje napis "Suchań 1946"".

Alina wiedziała, że stare fotografie nierzadko podpisywano. Może w tym wypadku część napisu nie wyblakła całkowicie i dałoby się go jakoś odtworzyć? A może coś tam zostało napisane sympatycznym atramentem? Prawdopodobieństwo było nikłe, ale było.

"Tak, chciałabym je kupić. Mogę przyjechać do Suchania w ciągu dwóch godzin".

"Cieszę się, ale w Suchaniu mieszkałem jako dziecko, stąd moje zainteresowanie historią miasteczka. Wprawdzie często tam bywam, ale już nie mieszkam. Poza tym jest już za późno, żeby Pani przyjeżdżała. Postaram się dowiedzieć jak najwięcej o tym zdjęciu i możemy się umówić na jutro, powiedzmy na siedemnastą. Co Pani na to?"

Niechętnie, ale się zgodziła. Bardziej zależało jej na informacjach niż na samym zdjęciu. Mężczyzna zaproponował cenę, a później podał adres.

Alina Fritzhof jeszcze raz przyjrzała się zdjęciu. Być może za dwadzieścia cztery godziny będę miała szansę ułożyć puzzle rozsypane lata temu, pomyślała.

Mężczyzna z zadowoleniem zatarł ręce, chociaż zastanawiał się, czy nie wycenił zdjęcia zbyt nisko. Jakby co, to doliczy sobie jeszcze trochę za informacje, oczywiście jeśli takowe zdobędzie.

Janusz Manachiewicz z zawodu był nauczycielem historii w szkole podstawowej, a z zamiłowania pasjonatem starych fotografii. Profil Suchań Dawniej, Suchań Dziś założył, ponieważ chciał upamiętnić miejscowość, w której się urodził i mieszkał do szesnastego roku życia. Dawno temu przeczytał w jakimś biuletynie turystyczno-krajoznawczym, że Suchań to praktycznie jedyne miasto na Pomorzu Zachodnim, gdzie w dużej mierze zachowało się nie tylko małomiasteczkowe, drobnomiejskie budownictwo, ale także i zdobnictwo ludowe. Jeszcze po dziadkach miał mnóstwo starych zdjęć miasteczka, więc postanowił zrobić z nich użytek, aby nie kurzyły się po szufladach. Chciał, aby każdy zobaczył, jak piękny był dawniej Suchań. Kiedy okazało się, że parę osób zdecydowało się kupić od niego niektóre zdjęcia, odkrył, że stare fotografie to całkiem dobry interes. Szczególnie jeśli trafi się na takie, za które ktoś zgodzi się zapłacić nawet kilkaset złotych, co już parę razy mu się zdarzyło. Oczywiście prowadził jeszcze inne profile poświęcone starym zdjęciom, ale tylko ten o Suchaniu znajdował się w kategorii sentymentalno-hobbystycznej.

Manachiewicz odszukał na Facebooku profil mężczyzny, który przesłał mu zdjęcie z dziwnym drzewem, i zaczął pisać. Od tego, ile informacji zdoła uzyskać, będzie zależeć wysokość marży, jaką sobie naliczy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PROLOGKulmhof (Chełmno nad Nerem)MARZEC 1942 ROKU

Strwożeni mężczyźni, kobiety i dzieci ledwo mieścili się w ogrzanej sali niewielkiego pałacyku leżącego we wsi Chełmno nad Nerem. Z nadzieją przysłuchiwali się staremu Niemcowi z długim cybuchem w ustach, który zapewniał, że nic im się nie stanie, kiedy pojadą do getta w Litzmannstadt. Stojący obok oficer SS potwierdzał jego słowa, co jakiś czas kiwając głową i uśmiechając się łagodnie.

- Będziecie tam pracować, a dzieciom zapewnimy edukację - grzmiał tubalnym głosem. - Przed podróżą musicie się porządnie wyszorować. Łaźnia jest na dole. - Wskazał drzwi po lewej stronie. - Najpierw jednak musicie się rozebrać. Ubrania zostaną spalone, więc należy wszystkie posiadane przedmioty oddać na przechowanie.

Zebrani zaczęli wykonywać polecenia. Nie mieli powodu nie wierzyć Niemcowi. Przecież kiedy tu przyjechali, to razem z tym oficerem pomagali starszym osobom schodzić z ciężarówek i dotrzeć do drzwi wejściowych, przenosili niemowlęta, aby odciążyć zmęczone matki, troszczyli się o przyjezdnych.

Kiedy wszyscy się już przygotowali, otwarto drzwi. Powiało chłodem, ale Niemiec zapewnił, że na dole jest cieplej. Gdy stłoczeni ludzie zorientowali się, że to nie łaźnia, a wnętrze wielkiej ciężarówki, było już za późno.

Kiedy sala w pałacyku opustoszała, pojawili się uzbrojeni żołnierze Hauskommanda pilnujący kilku wymizerowanych więźniów. Ci od razu przystąpili do swojego zadania. Zaczęli uważnie przeglądać pozostawione rzeczy. Każde znalezisko: złoto, biżuteria, zegarki czy pieniądze, skrupulatnie odnotowywano i odkładano do odpowiednich pojemników.

Druga ekipa więźniów, zmarzniętych i zagłodzonych, pilnowanych przez żołnierzy Waldkommanda, czekała na przybycie ciężarówki kilka kilometrów dalej. Kierowca, esesman z trupią czaszką umieszczoną na czapce, zatrzymał szary, hermetycznie zamykany pojazd, kilkadziesiąt metrów przed nimi. Przez chwilę majstrował w szoferce, po czym uruchomił aparaturę tłoczącą trujący gaz do wnętrza ciężarówki i wysiadł z auta. Dopiero po piętnastu minutach otworzył tylne drzwi. Kilka ciał wypadło na trawę. Kiedy gaz wywietrzał, do akcji przystąpili czekający więźniowie. Wyciągali trupy z samochodu i po jednym na raz kładli przed dwoma niemieckimi cywilami. Ze zgrozą patrzyli, jak ci dokładnie je przeszukują, sprawdzając każdy otwór ciała w poszukiwaniu ukrytych kosztowności. Po "badaniu" więźniowie zanosili zabitych do pobliskich dołów, gdzie postanowiono ich zakopać. Nie mieli wyjścia. Każdą chwilę zwłoki, najmniejszy objaw niesubordynacji karano śmiercią.

Za każdym razem, gdy badanie kończyło się sukcesem i do skrzyni trafiał cenny kamień lub grudka żółtego kruszcu, stojący nieopodal oficer uśmiechał się z satysfakcją.