Zasypani - Justyna Dziura

-
Proszę czekać

Rozdział 4

Elias

Po wczorajszych łyżwach z Leah czuję każdy najmniejszy mięsień. Dawno już nie ćwiczyłem. Praca i kursowanie między miastami są dla mnie wyczerpujące i w szarej codzienności już brakuje na wszystko chęci. Nie mogłem co prawda narzekać na swoje ciało. Nadal było wysportowane. A od jutra, aż do świąt będę mieć ręce pełne roboty, więc też dostanie za swoje. Dziś jeszcze nie jest tak intensywnie. Bardziej to praca organizacyjna przed startem sezonu. Wjeżdżam do miasteczka ciężarówką wypchaną po brzegi. Dostaliśmy pozwolenie na wjazd pojazdu, ponieważ w naszym mieście stawiamy na brak spalin. Jednakże w okresie świątecznym zdarzają się wyjątki.

Maszyna do pakowania choinek i pierwsza partia zielonych krzaczków, które już niebawem zaczną zdobić domy klientów, czekają, aż je rozładuje. Tak, w okresie świątecznym zmieniam się w faceta od choinek. Jak zwał tak zwał, ale lubię tę robotę. Zawsze byłem przyzwyczajony do niskich temperatur, więc praca od rana do nocy na mrozie nie była mi straszna. Ludzie lubili zadawać pytania odnośnie do drzewek. O ich pochodzenie, pielęgnację, a ja jako miłośnik leśnictwa z radością im odpowiadałem. Co prawda zdarzali się też wredni, uszczypliwi i wywyższający się klienci, ale nimi nie zaprzątałem sobie myśli.

Z uśmiechem na ustach parkuję ciężarówkę przed stałym miejscem. Jest to spory plac w centrum miasteczka. Mamy tu także wynajętą halę, by drzewka były bezpieczne na noc. Choć nigdy nie zdarzyła się nam przykrość, nie warto kusić losu.

Wysiadam z pojazdu i otwieram tylne drzwi. Hala już stoi otworem. Peter podchodzi do mnie, wsuwając na głowę wełnianą czapkę. Pewnie wyrób rąk jego żony. Jest starszym, niskim mężczyzną o masywnej posturze, choć twarz ma już usłaną zmarszczkami, nadal potrafi wprowadzić człowieka w zakłopotanie. Jego siwa już broda przypomina Mikołaja, za którego dawniej lubił się przebierać, a może i w tym roku nas miło zaskoczy w tej roli? Kto wie?

Znam go całe swoje życie. Zawsze był dla mnie jak drugi ojciec. A gdy postanowił na emeryturze zająć się sprzedażą sezonową iglaków, zgłosiłem się na ochotnika i tak oto od siedemnastego roku życia pomagam mu w tym przedsięwzięciu.

- Cześć, Elias! - Wita mnie uściskiem dłoni. - Są tak piękne, jak w zeszłym roku?

- Myślę, że piękniejsze. - Uśmiecham się zadowolony. Faktycznie choinki prezentują się niczego sobie.

Zaczynamy rozładowywać pojazd. Drzewka trafiają na razie pod dach. Dopiero jutro z samego rana wyciągnę większość na zewnątrz, by kusiły przechodniów.

- Trzeba będzie je podlać - mówi Peter, odkładając kolejną już doniczkę.

- Zajmę się tym, jak skończymy - oferuję. I tak nie mam nic lepszego do roboty. Kolejny transport, jak dobrze pójdzie, będzie w przyszłym tygodniu. Mamy pozwolenie na wjazd do miasta, ale nie jest to coś, co musiałoby się odbywać codziennie i chcemy tego uniknąć, więc przywozimy większe ilości. Nie boimy się o ich sprzedaż. Z roku na rok ludzie kupują chętniej. Do tego dochodzą restauracje, bary, hotele, gdzie trafiają duże ilości.

Układając drzewka, zastanawiam się, co dziś robi Leah. Mam nadzieję, że ruszyła się z hotelu, a nie wyleguje się, kiedy można tyle tu zobaczyć. Z drugiej strony to, że ja nie umiałbym wyleżeć, nie znaczy, że ona nie lubi tak spędzać wolnego czasu. Tak naprawdę nic o niej nie wiem, ale mam nadzieję, że z biegiem czasu się to zmieni.

O czym ja w ogóle myślę. Wczorajszy dzień był fajny, ale czy to jest coś, co ma szansę na więcej niż przyjaźń? Tego nie wiem.

Gdy choinki stoją już na miejscu, we dwóch ściągamy maszynę i ustawiamy ją najbliżej wejścia, tak by nie przeszkadzała, a żeby była pod ręką. Peter zajmuje się jej sprawdzeniem, a ja w tym czasie udaję się po konewkę i wodę, by podlać drzewka. Nie żałuję im wody, ale też nie przesadzam. Podziwiam je przez chwilę i wiem, że z jedną z nich wrócę do domu. Odstawiam na bok moją wybrankę i wracam do swojego zajęcia. Po jakimś czasie podchodzi do mnie Peter.

- Może wpadłbyś do nas na obiad? - pyta. - Ursula nagotowała gulaszu.

- Z miłą chęcią. Prawie już tu kończę.

- To schowam ciężarówkę i możemy ruszać.

Przytakuję, po czym wlewam wodę do ostatnich doniczek. Odnoszę konewkę na miejsce i zamykam halę, sprawdzając dwukrotnie, czy na pewno przekręciłem klucz w zamku. Spoglądam na zegarek i okazuje się, że praca zajęła mi więcej czasu, niż przypuszczałem. Ciężkie chmury zawisły nad nami i tylko patrzeć, jak niebawem zrobi się szarówka. Chyba będzie też sypał śnieg.

- Jestem gotowy - mówię, gdy Peter znajdzie się w zasięgu mojego wzroku.

- No to ruszamy - rzuca radośnie. Razem pokonujemy uliczki.

Nie mieszkają daleko. Ich domek jest niewielki, ale przytulny. Jak znam Ursulę, od jutra zajmie się ozdabianiem budynku i podwórka. Zrobi taki klimat, że każdy będzie zazdrościł. Ludzie w miasteczku są do rany przyłóż, ale w okresie świąt wstępuje w nich duch rywalizacji. Kto będzie miał bogato ubrany dom. Sam też nie raz dałem się temu ponieść, ale odkąd nie ma przy mnie Gretty, nie bawię się już w to. Choć może w tym roku zdecyduję się na więcej, niż sama choinka.

Na miejsce docieramy w parę minut. Wchodzimy do środka, gdzie uderza we mnie ciepło i zapach potrawy. Rozbieram się z grubej puchowej kurtki i ściągam buty, by nie nanieść dalej śniegu, który pod nimi został.

- Dzień dobry - witam się z Ursulą, która weszła do korytarza sprawdzić, kto przyszedł.

- O! Elias, jak miło cię widzieć! - Kobieta dopada do mnie, chwytając za barki. Choć jest dużo niższa, pociąga mnie w dół i składa na moich policzkach szybkie cmoknięcia.

- Pięknie pani dziś wygląda - słodzę jej, na co chichocze niczym podlotka.

Wiem, jak lubi komplementy. Od lat wygląda tak samo. Jest babeczką przy kości, ale energii i sprytu jej nie brakuje. Włosy zawsze farbuje na czarny kolor, który przy jasnej karnacji wygląda trochę przerażająco, ale skoro jej pasuje, to mnie nic do tego. Jej oczy zdobią niebieskie cienie do powiek, a usta wymalowane ma wściekle różową szminką. Jest oryginalna, ale urocza. No i świetnie gotuje.

- Myj ręce bajerancie i zapraszam do salonu. - Robię więc, co mówi, a gdy zasiadam do stołu, czeka już na nas posiłek. - Smacznego - dodaje jeszcze, nim sama usiądzie. Odpowiadamy i bierzemy się za konsumpcję.

- To co, od jutra startujecie? Dużo w tym roku przywiozłeś choinek? - Ursula zwraca się do mnie.

- W tym, na razie, sto. Nie wszyscy rzucają się w pierwszym tygodniu. Liczą pewnie, że im bliżej świąt, tym będą ładniejsze i dotrwają dłużej.

- Jak zawsze. A potem pretensje, że są nie takie albo wybór za mały - prycha pod nosem Peter.

- Dacie radę chłopaki. Co byś jutro zjadł Elias na obiad?

- Wszystko, co pani ugotuje, będzie na pewno wyborne - mówię, pakując do ust łyżkę rozgrzewającego gulaszu. Mówię całkiem serio. Niebo w gębie.

- Nie słodź jej tak, bo obrośnie w piórka i żyć nam nie da - rzuca żartem Peter, na co żona trzepie go w ramię. Lubię na nich patrzeć. Są po sześćdziesiątce, spędzili ze sobą niemal całe życie, a zachowują się nadal jak para nastolatków.

- Nie przesadzaj. To miłe czasem usłyszeć komplement. - Patrzy na niego z niewinną miną.

- Przecież ci je co chwilę prawię - oponuje, na co śmieje się pod nosem, ale gdy oboje na mnie zerkają, udaję, że się zakrztusiłem. Ursula kręci głową z politowaniem, po czym zabiera się za jedzenie.

- Startujemy o siódmej. Trzeba wynieść drzewka, poprzyczepiać ceny - odzywa się Peter, odsuwając pusty talerz od siebie. Ursula zgarnia nakrycia i znika w kuchni.

- Ma się rozumieć. Z tego wszystkiego zapomniałem wziąć swoją wybrankę.

- O kim ona jest? - interesuje się kobieta, która wkracza do jadalni z talerzem ciasta. Pachnie tak, że po sytym posiłku ślinka i tak napływa mi do ust.

- A taka zielona choinka. Trochę kłująca w obyciu, ale będzie. - Mrugam do niej okiem.

- Eh, Elias. Wiesz, że Gretta chciałaby, żebyś sobie kogoś znalazł. Może to już czas?

Czy oni wszyscy się zmówili? Czas, nie czas, ale chyba sam powinienem decydować o takich rzeczach. I czy w ogóle chcę coś z tym robić. Wzdycham ciężko, a kobieta, widząc moją minę, ściska mocniej moje ramię.

- Wiesz, że nic złego nie miałam na myśli.

Smutek w jej oczach sprawia, że nakrywam jej dłoń swoją.

- Wiem, wiem. Po prostu chyba jeszcze nie trafiłem na kobietę, która byłaby choć w połowie tak dobra, jak Gretta.

- Wiesz, że porównywanie do niczego dobrego nie prowadzi? - Patrzy na mnie z troską.

- Tak. Ale z kolei kobiety nastawione tylko na jedno.

- W takim razie, życzę ci, by w te święta spotkał cię cud w postaci idealnej kobiety dla ciebie.

- Dziękuję - mówię z ulgą, że ten temat dobiegł końca.

- A teraz zajadaj ciasto i mów, czy dobre. Znalazłam przepis w tych całych internetach - mówi z dumą.

Biorę kawałek i pakuję sobie do ust sporą jego część. Przymykam na chwilę oczy, czując słodycz, migdały i orzechy.

- Coś pysznego - mówię, gdy już przełknę.

- To bardzo się cieszę. Spakuję ci trochę do domu - ożywia się.

- Nie trzeba - oponuję.

- Nie marudź. Muszę cię trochę porozpieszczać. - Uśmiecha się szeroko, po czym wstaje i znów znika w kuchni.

Ursula przejęła rolę rodzicielki, od której dzieli mnie spory kawałek drogi, gdy jestem tutaj. Ale nie przeszkadza mi to. Jest kochana w tym, co robi i doceniam to ogromnie. Najedzony i szczęśliwy, z paczuszką w ręce udaję się do swojego pustego domu. Nie przyznam się przed nikim, ale brakuje mi osoby, do której mógłbym wieczorami wracać. Wzdycham przeciągle, planując kolejny dzień.

Rozdział 6

Elias

Pojawienie się Leah wczoraj na targu było nieoczekiwane, ale zrobiło mi się przyjemnie, kiedy przyniosła i dla mnie kawałek ciasta. Ciepło, jakie poczułem wtedy w sercu, było czymś dla mnie nowym. Na samą myśl uśmiecham się sam do siebie. Dziś też obiecała wpaść w odwiedziny w porze lunchu, byśmy mogli chwilę porozmawiać. Nudziła się sama w obcym miejscu. Samotna wyprawa w góry dla nowicjusza, również mogła okazać się zgubna. W któryś luźniejszy dzień postaram się ją gdzieś wyciągnąć. Musi przecież choć trochę zwiedzić nasze piękne miasto i okolicę. Zastanawiałem się, co teraz robi. Pewnie wyleguje się pod ciepłą kołdrą. Ile bym dał, żeby samemu się porządnie wygrzać. Ale niestety praca sama się nie zrobi.

Już od wczesnych godzin porannych uwijam się na naszym stoisku. Wynoszenie choinek sprawiło, że w ciepłej kurtce się zgrzałem, natomiast teraz, gdy siedzę i czekam na jakichś klientów, marznę okropnie. Chowam się do hali, by osłonić się przed wiatrem i śniegiem, który od samego rana sypie gęsto z nieba.

Peter pracuje z drugiej strony pomieszczenia, czyszcząc ogromne, piękne sanie, które już w przyszły weekend będą uczestniczyć w kuligu. Nie przeszkadzam mu, ale gdyby zeszło więcej klientów, mam go wołać do pomocy. Pierwszego dnia mieliśmy niezłe urwanie głowy. Pensjonaty, kawiarnie, bary już chciały mieć świąteczny klimat, więc od samego rana wydawaliśmy choinki. Roboty było co niemiara, bo zeszła połowa z tego, co przywiozłem. Miałem nadzieję, że dziś też sporo sprzedamy, by móc dobrze zakończyć ten dzień.

Upijam łyk jeszcze ciepłej kawy, którą w termosie przyniósł Peter. Nie lubię gorącej, a później zawsze mi wystygnie i jestem zmuszony pić zimną Ot, problemy pierwszego świata. Wzdycham, spoglądając na spadające płatki śniegu. Gretta byłaby zachwycona. Uwielbiała ten czas w roku. Pieczenie pierniczków, pierników i ciast z orzechami, do których miała smykałkę, sprawiało jej najwięcej radości. A później dekorowanie, gdzie i ja miałem swoje pięć minut. Jednak zawsze kończyło się przekomarzaniem i finalnie lądowaliśmy w sypialni. Uśmiecham się na to wspomnienie. Wymusiła na mnie obietnicę, że nie stracę ducha świąt przez to, co się stało. Zawsze jednak lubiłem Boże Narodzenie, po jej odejściu po prostu dodałem kilka tradycji, które pomogły pielęgnować pamięć o niej.

- Hop, hop! Jest tu kto? - Dociera do mnie głos. Podrywam się ze swojego miejsca i wychodzę na zewnątrz. Odpłynąłem myślami i nie zauważyłem, że ktoś podszedł.

- Dzień dobry, pani Muller.

- O, dzień dobry, Elias! Co słychać u ciebie? Rodzice zdrowi?

- A dziękuję, wszystko dobrze. Tak. Mama już się zabrała za pichcenie. A u pani wszystko dobrze?

- Ach, kochanieńki, korzonki się odezwały. Starość nie radość. - Zbywa machnięciem ręki. - Pokaż no mi, co macie pięknego w tym roku.

- Wszystkie takie są, ale ta - przesuwam drzewka, by mieć lepszy dostęp do rozłożystego świerku - powinna się pani spodobać. Jest najładniejsza.

- Och! To prawda! To biorę ją. Tylko, tylko - rozgląda się gorączkowo - jak ja ją wezmę? - Martwi się.

- Mogę ją pani przynieść w porze lunchu. Wtedy będę mieć trochę luzu tutaj.

- Byłoby wspaniale! - odpowiada ochoczo.

- W takim razie zapraszam do kasy. - Biorę choinkę i zanoszę do środka. Na karteczce zapisuję nazwisko kobiety i przyczepiam do drzewka. Spotkanie z Leah trzeba będzie przełożyć.