Rozdział 1
Rozdział 1
SONIK
Leżałam zupełnie sama w ciemnym pokoju; ściśnięta i obkurczona śluzówka
gardła sprawiała mi niesamowity ból. Nigdzie dookoła nie dostrzegłam
butelki z wodą czy szklanki z napojem. Napicie się czegokolwiek mogłoby
mi odrobinę ulżyć. Niestety, spierzchnięte usta i zesztywniała z suchości szczęka musiały tym razem objeść się bez tego. Nie miałam siły,
by wstać z łóżka i zrobić krok w kierunku kuchni. Byłam zbyt zmęczona
ostatnimi wydarzeniami. Czułam, że to pomieszczenie jest miejscem, w którym powinnam czuć się w pełni bezpiecznie. Jednakże przebywanie we
własnym pokoju, moim azylu, wcale nie działało kojąco. Bolała mnie każda
cząsteczka ciała; obezwładniający strach wżerał się we mnie niczym
wygłodniałe dzikie zwierzę rozrywające na strzępy swoją ofiarę.
Przejechałam zdrętwiałymi palcami po miękkiej pościeli, po czym
ścisnęłam kawałek kołdry, starając się zatopić w niej obolałe dłonie.
Była przyjemnie chłodna, lecz nie dała mi takiego ukojenia, jakiego
potrzebowałam. Kręciło mi się w głowie, do tego raz po raz atakowały
mnie obezwładniające fale mdłości, przez co każdy bodziec zewnętrzny
odbierałam ze zdwojoną siłą. Moje uszy niemal eksplodowały na dźwięk
tykającego coraz głośniej - takie przynajmniej miałam wrażenie -
ściennego zegara... Po kilku chwilach zdecydowałam się schować głowę pod
kołdrę, by chociaż odrobinę stłumić ten wbijający się w mój mózg dźwięk.
Pomogło. Zacisnęłam powieki i odetchnęłam z ulgą; niemal natychmiast
pojawił się jednak kolejny silny zawrót głowy, a pod powiekami ujrzałam
jasny obraz ostatnich wydarzeń. Widziałam je naprawdę wyraźnie, chociaż
najchętniej wymazałabym je z pamięci na zawsze. One jednak jak na złość
oblepiały mój umysł niczym kleista maź, chcąc wpędzić mnie w poczucie
bezradności.
Pomyślałam, że gorzej już być nie może, kiedy nagle poczułam ten okropny
narastający ciężar na wysokości piersi, a potem moje ciało mimowolnie
zaczęło kołysać się na boki, jakby wpadło w jakiś dziwaczny rytualny
trans. Za nic w świecie nie mogłam nad tym zapanować. Moim umysłem
zawładnął mrok. Przeraźliwy, obrzydliwy amok, który powoli odbierał mi
możliwość racjonalnego myślenia. W mojej głowie coraz intensywniej roiło
się od gorzkich wspomnień, z którymi nie chciałam mieć nic wspólnego.
Ale na to niestety było już teraz o wiele za późno... Wpatrywałam się w pustą przestrzeń, usiłując zmusić umysł do wydajniejszej pracy. Chciałam
w jakikolwiek sposób nakłonić go do tego, by zmienił tor myśli. Marzyłam
o tym, by pamięć przestała mi wreszcie podsuwać tak precyzyjne obrazy.
Jednak wszystkie te próby spełzały na niczym. Jak na złość, pamiętałam
wszystko, co do minuty. Mój mózg nie przygotował sobie żadnej linii
obrony, nie stworzył czarnej dziury w mojej głowie, która wessałaby
niepotrzebne myśli. Nieważne, czy mocno zaciskałam powieki, czy wręcz
przeciwnie, miałam szeroko otwarte oczy: widziałam wyraźny obraz śmierci
i czułam zalewającą moje serce pustkę... Tamtego dnia moje życie zmieniło
się w piekło albo coś znacznie gorszego... To niezwykłe, że jedna chwila i jedna nieprzemyślana spontaniczna decyzja mogą zmienić wszystko.
Gorący oddech przylgnął do moich policzków i szyi, a po chwili poczułam,
że zaczyna mi brakować powietrza. Nie mogąc już zaczerpnąć oddechu,
wysunęłam głowę spod kołdry i przez dłuższą chwilę wpatrywałam się przez
okno w oddalony o setki tysięcy kilometrów księżyc. Ze wszystkich sił
pragnęłam się na nim znaleźć, teleportować jak najdalej od Ziemi. Przez
kolejne godziny przewracałam się z boku na bok, chcąc zmusić organizm do
snu, ale ten wcale nie miał zamiaru nadejść. Tak właściwie to sen nigdy
nie przychodził do mnie szybko. Odkąd pamiętam, zawsze miałam problem z zasypianiem. Zwykle zapadałam w sen przypadkiem, ogarniając wzrokiem
ekran komórki. Gdy najmniej się o niego starałam, po prostu
nieoczekiwanie nadchodził.
Od paru dni żołądek dokuczał mi zupełnie inaczej niż zwykle. Nie był to
przenikliwy ból wywołany troskami monotonnego codziennego życia, lecz
przeraźliwy, błagalny skowyt o kojący odpoczynek. Nie mogłam poradzić
sobie z tym, co się stało, jednakże najgorsze było to, że nikomu nie
mogłam wyznać prawdy. Byłam zmuszona żyć ze świadomością, iż odtąd
bezapelacyjnie muszę udawać. Tamtej nocy, która w znaczący sposób
zmieniła moje życie, zaczęłam nakładać maskę dziewczyny, za którą
wszyscy mnie brali. Musiałam nauczyć się kłamać w żywe oczy, nawet jeśli
stanęłaby przede mną moja własna matka. Nawet jej nie mogłam wyznać
prawdy...
W zasadzie to nigdy nie pomyślałam, że tak dobrze będzie mi to
wychodzić. Nie sądziłam, że jestem taką dobrą kłamczuchą, nie myślałam
też, że pod moją skórą kryje się alter ego dziewczyny, która jest zdolna
zabić... Nikomu nie dałam się poznać z tej drugiej strony. Sama dopiero
zaczęłam ją odkrywać.
Nagle z nieba lunął deszcz i z całym impetem zaczął walić w okna.
Ogłuszające i gwałtowne uderzenia przyprawiły mnie o dreszcze, tak że w jednej chwili byłam kompletnie mokra. Zastygłam momentalnie w oparach
paniki i zaczęłam wsłuchiwać się w wygrywaną przez otoczenie depresyjną
melodię. Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że czas działa na moją
niekorzyść, a kolejne minuty mogą doprowadzić mnie w jedno z dwóch
miejsc. Wszystko zależy od tego, kto przyjdzie po mnie jako pierwszy...
Siedziałam sztywno, oparta plecami o róg łóżka, gdy poczułam, jak moje
powieki stają się coraz cięższe. W końcu opadły, a ja zacisnęłam je
mocno, czując, jak powoli odpływam, a wspomnienia zaczynają się
rozmazywać. W końcu zasnęłam.
Nie wiedziałam, ile spałam. Obudziłam się, gdy na zewnątrz było już
jasno, a mnie kolejny raz za serce chwytał niepokój. Nie wychodziłam z łóżka przez cały dzień. Leżałam z laptopem na kolanach, starając się
skupić na serialu. Koło osiemnastej postanowiłam zaczerpnąć świeżego
powietrza i wyjść na spacer. Atmosfera w domu działała na mnie
destrukcyjnie. Miałam dość słuchania płaczu, od którego mdliło mnie
coraz bardziej. Przypominał mi jedynie o tym, jak bardzo popieprzone
stało się moje życie. Naciągnęłam na głowę kaptur, chcąc pozostać
anonimowa, i ruszyłam w kierunku pobliskiego parku z nadzieją, że wtopię
się w otoczenie jako jeden z przechodniów, który nikogo nie obchodzi.
Weszłam do parku i po przejściu paru kroków ujrzałam pustą ławkę, na
której postanowiłam przysiąść. Pochyliłam się, by zrzucić z niej kilka
kasztanów i brązowych liści, a następnie usiadłam i oparłam łokcie na
kolanach.
Kiedy wpatrywałam się w wirujące na wietrze liście i obserwowałam ludzi
spacerujących po parku, zorientowałam się, że kieszenie mojej kurtki są
puste.
- Cholera! Gdzie one są...? - mruknęłam zdenerwowana, przeszukując je
nerwowo.
Tego było już za wiele. Czy cały świat sprzysiągł się, by uprzykrzyć mi
egzystencję? Nie wiem, jakim cudem, ale musiałam zgubić klucze...
Raptownie zgięłam się w pół i zaczęłam szukać pod ławką. Przez dobrą
chwilę macałam ręką po mokrej trawie, nim moje palce natrafiły wreszcie
na breloczek w kształcie kokardki. Uspokoiłam oddech, wstałam i ruszyłam
w stronę szpaleru brunatnych jesiennych drzew. W momencie gdy tuż przede
mną przebiegła wiewiórka niosąca w pyszczku jakiś przysmak, poczułam na
ramieniu mocny uścisk. Najwyraźniej infantylna ochrona w postaci kaptura
nie zdała egzaminu.
- Aua! - krzyknęłam, odwracając się w kierunku szarpiącej mnie postaci.
- Ciszej... Jeszcze ktoś cię usłyszy. - Padło ostrzeżenie.
- No i co z tego? - Nieoczekiwanie mój strach ustąpił miejsca sile, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Zaskoczyło mnie to, ale chyba
jeszcze bardziej mojego rozmówcę.
- To doprawdy niesłychane... Czy rozsądek nie podpowiada ci, żeby być
wobec mnie odrobinę grzeczniejszą?
- Właściwie to mam to w dupie.
Ta odpowiedź odpowiedź jeszcze bardziej rozwścieczyła Irlandczyka. Nie
bacząc na parę, która szła sąsiednią alejką, zamachnął się i uderzył
mnie pięścią prosto w brzuch.
- Może to przemówi ci do rozumu. Ciesz się, że widzisz mnie, a nie
policję. Wiem, co zrobiłaś. Wiem wszystko.
- Może... - odparłam cicho, kuląc się i masując obolałe miejsce.
On jakby tego nie usłyszał.
- A teraz, moja droga, wracamy do punktu wyjścia. Dobrze wiesz, że
spierdoliłaś ostatnią robotę i musisz ją dokończyć. Takie mamy zasady...
- Nigdzie nie idę... Nie zmusisz mnie!
- Czyżby? Naprawdę chcesz się przekonać, że zrobisz wszystko, co ci
powiem?
- Nie - odpowiedziałam. Było mi słabo.
- Cieszę się - stwierdził ironicznie. - Przynajmniej w tym względzie nie
stwarzasz problemów. W gruncie rzeczy jestem łagodnym facetem. Nie lubię
przemocy.
- Mhm... - mruknęłam.
- A teraz, proszę, wytłumacz mi jedno... Naprawdę myślałaś, że twój dom to
dobra kryjówka?
- A po jaką cholerę miałabym przed wami uciekać? I tak prędzej czy
później byście mnie dorwali. Może jestem młoda, ale nie głupia.
Irlandczyk zmrużył oczy.
- Już teraz rozumiem, dlaczego Czerwiński tak bardzo na ciebie naciskał.
Ładne niebieskie oczy, zgrabna i całkiem sprytna... Gdybyś tylko jeszcze
potrafiła zrobić to, o co się ciebie prosi, to może bym się nawet z tobą
ożenił.
- Spierdalaj!
- Słuchaj, mała, radzę ci spuścić z tonu. Ty sobie nie zdajesz sprawy, w jakie kłopoty się wpieprzyłaś. Gdyby nie fakt, że jesteś nam potrzebna,
to z chęcią własnoręcznie zrobiłbym ci taki kolorowy makijaż na tej
twojej ślicznej buźce, że przez tydzień nie otworzyłabyś oczu... Ale tego
nie robię, bo jestem, kurwa, dżentelmenem i nie krzywdzę kobiet... -
Irlandczyk ścisnął mnie za gardło i przyciągnął do siebie, po czym
puścił tak, że z impetem upadłam na ziemię. - Wynająłem ci na lewe
nazwisko pokój w podwarszawskim hoteliku. Zamieszkasz tam na jakiś czas,
póki nie skończysz tego, co zaczęłaś. Nikt nie może cię tam rozpoznać. A teraz jedziemy - dodał po chwili.
- A co z moją rodziną? Przecież będą mnie szukać.
- Zajmij się zadaniem. Resztę załatwię po swojemu.
Rozdział 2
Rozdział 2
Mężczyzna przywitał się z ochroniarzami, którzy czuwali tuż przed
wejściem na oddział, minął ich i ruszył w stronę sali 221. Energicznie
nacisnął klamkę, wszedł do środka i zbliżył się do pacjenta leżącego na
białym metalowym łóżku na kółkach.
- Jak się trzymasz? - zapytał.
- Jakoś... - wycedził przez zaciśnięte zęby obolały Czerwiński, wpatrując
się w okno wzrokiem pełnym żalu i niezrozumienia.
- To świetnie, ale wolałbym, żebyś doprecyzował. Choćbym nie wiem, jak
się starał, niewiele mi to mówi.
- A jak mam się, kurwa, czuć? Przynajmniej ty mnie nie denerwuj i nie
wyprowadzaj z równowagi. Jeśli chodzi ci o ból fizyczny, to napieprza mi
całe ramię. A jeśli pytasz o psychikę, to... Wolę się nie wypowiadać w tym
temacie. Życzę ci, abyś nigdy nie poznał znaczenia słowa "zawód" -
odrzekł Czerwiński. Krew zawrzała w jego żyłach na samo wspomnienie,
chociaż od feralnego zdarzenia minęło już kilkadziesiąt godzin.
- Grunt, że w ogóle udało ci się z tego wyjść. Jak to się mówi? Złego
licho nie bierze... He, he, he...
- Bez przesady. To tylko draśnięcie... Może głębokie i bolesne, ale
draśnięcie... - zirytował się Włodzimierz.
- Nazywaj to, jak chcesz, chociaż ja uważam, że to żadne pieprzone
draśnięcie. Gdyby kula trafiła cię kilkanaście centymetrów dalej, byłoby
po tobie. Wystarczyłoby, żebyś się ruszył odrobinę w prawo i dostałbyś
prosto w serce. Nie zapominaj, kto tamował ci krew i wiózł cię prosto do
szpitala. Widziałem na własne oczy, jak uchodzi się z ciebie życie.
- Nie rozczulaj się tak nad sobą... Nic mi nie jest. Ale masz rację,
powinienem ci podziękować. Wiedziałem, do kogo zadzwonić.
- Od czegoś mnie masz... - Gość wreszcie posłał mu serdeczny uśmiech.
- Najciemniej zawsze pod latarnią. Tylko pamiętaj, że prawdę o postrzale
znasz jedynie ty, ja i moja Klaudia. I tak ma pozostać! Jeśli dowiem
się, że jakimś cudem się komuś wygadałeś... Nawet nie chcę kończyć. Nie
wypada mi grozić osobie, która ratowała mi życie.
- Nie musisz. Nie zamierzam nikogo wtajemniczać w twoje sprawy. Zresztą...
Ja o niczym nie wiem. - Czerwiński uśmiechnął się, słysząc te słowa. - A twoja żona? Co z nią? Chyba mi nie powiesz, że o niczym nie wie?
- Irena...? Proszę cię... To ostatnia osoba, przed którą muszę się z czegokolwiek tłumaczyć.
Gość uniósł ręce w obronnym geście.
- Nie wnikam w wasze relacje. Chociaż to chyba nie jest normalne, że o niczym nie wie.
- A czy cokolwiek w moim życiu jest normalne i pospolite?
Tamten parsknął.
- Niekoniecznie.
- No więc o czym my tu mówimy... To ja jestem od wprowadzania zasad. Irena
to tylko kobieta nosząca moje nazwisko i mieszkająca ze mną pod jednym
dachem. Nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś pięknego dnia popłakała się
ze szczęścia, jakbym wykitował. Pieprzone babsko...
Przybyły chrząknął.
- Ach tak. No dobra, powiedzmy, że rozumiałem przekaz. Nikomu nic nie
powiem, a już na pewno nie twojej żonce. A co z córką? Czy mam coś
przekazać Klaudii w twoim imieniu?
Czerwiński z trudem pokręcił głową.
- Ech... To najgorszy element tej całej pieprzonej układanki. Ten jej
temperament... Że też musiała wdać się w tatusia... Kurwa mać... Myślę o niej
bez przerwy. Nawet mi nie przypominaj. Jestem tak wkurwiony, że mam
ochotę zwyzywać ją od najgorszych suk, ale nie będę przecież mówić tak o własnym dziecku! - Spojrzał ze złością na komendanta Wrzeszcza, który
stał naprzeciw łóżka i opierał się plecami o ścianę.
Czerwiński od dwóch dni przebywał w Klinice Kołecki, gdzie dochodził do
siebie po postrzale. Burza, sprawczyni całego zamieszania, odziedziczyła
po ojcu wiele cech, między innymi wielką determinację, odwagę i inteligencję, ale na szczęście dla niego nie posiadała wrodzonej
umiejętności do trzymania broni. Zamiast więc wycelować prosto w serce,
trafiła Czerwińskiego w ramię. A zaraz po tym, jak usłyszała
wydobywający się z glocka huk, uciekła - zalana łzami i odurzona
buzującą w żyłach adrenaliną. Biegła na oślep, byle jak najdalej od
mężczyzny, którego darzyła najgorszym z istniejących uczuć. Miała
głęboką nadzieję, że jej strzał okazał się celny. Naprawdę pragnęła
pozbawić swojego ojca życia, by już nigdy więcej nie był w stanie nikogo
skrzywdzić.
- Trudno mi sobie wyobrazić, co czujesz... - odezwał się Wrzeszcz.
- I nawet nie próbuj, bo to nic miłego - stwierdził sarkastycznie
Czerwiński. - Jedyne, co mi pozostaje, to pogodzić się z tym, co się
wydarzyło. Nie cofnę czasu, ale nie omieszkam dać jej do zrozumienia, że
ostro przegięła.
- W takim razie poszukam jej. - Komendant obdarzył chorego rozumiejącym
spojrzeniem, po czym podszedł do okna. - Może jednak je zamknę, co? Tu
wcale nie jest aż tak ciepło. Jeszcze tego brakuje, żeby cię przewiało.
- Ma zostać otwarte. Tak mi dobrze.
- Jesteś pewien?
- Bez dwóch zadań. A co do Klaudii... Nie musisz się fatygować. Zostaw ją
w spokoju. Sam to załatwię. Od tego mam swoich ludzi.
- Dobra... Słuchaj... - Wrzeszcz zmienił temat. - Podejrzewam, że znam
odpowiedź, ale muszę cię o to zapytać. Będziesz składać zeznania?
- Ochujałeś? Po pierwsze, nic mi nie jest. Po drugie, prędzej sam bym
się zastrzelił, niż miał sprzedać własne dziecko. A po trzecie: nikt nie
może się o tym dowiedzieć! To chyba jasne jak słońce? Straciłbym nie
tylko rodzinę i reputację, ale również szacunek społeczności. Mam
donieść na własne dziecko... To nie do pomyślenia... - Pokręcił głową, po
czym, krzywiąc się, uniósł rękę, by poprawić sobie poduszkę.
- Czy czegoś pan potrzebuje? - Nagle zza drzwi wyłoniła się drobna
pielęgniarka.
- Nie umiesz pukać? Wyjdź stąd! Niczego nie chcę - rzucił
protekcjonalnym tonem mężczyzna w kierunku wystraszonej kobiety.
- Najmocniej pana przepraszam... Usłyszałam pana głos i pomyślałam, że
potrzebuje pan mojej pomocy...
- A w czym ty, dziecinko, możesz mi pomóc? Co najwyżej możesz podetrzeć
mi tyłek po sraniu. Jak widzisz, jestem cały. I nie podsłuchuj, dobrze
ci radzę.
Pielęgniarka się zaczerwieniła.
- Nie słyszałam, o czym panowie rozmawiali. Jeszcze raz pana
przepraszam. Gdyby jednak czegoś pan potrzebował, to proszę mnie wołać...
- Przecież wiem... - odparł, rozgniatając palcami małe piórko, które
wydostało się z pościeli.
- Raz jeszcze przepraszam. - Kobieta wycofała się, zamykając za sobą
drzwi.
Wrzeszcz pokręcił głową.
- Proszę cię... Daruj tej biednej babce. Nic ci nie zrobiła. A przecież
mogłaby... Jak by nie patrzeć, to od personelu zależy, czy szybko stąd
wyjdziesz...
- Chyba robisz sobie ze mnie jaja! - wybuchnął Czerwiński. - Nikt mnie
tu siłą trzymać nie będzie! A poza tym stać mnie na to, by móc być
chujem wtedy, kiedy mam na to ochotę. Pieniędzmi wszystko da się
załatwić. O ile ma się ich wystarczająco dużo.
- No, no... Dwadzieścia lat pracy w policji, ale o tym, kurwa, nie
wiedziałem... Oświeciłeś mnie... Dzięki! - Komendant roześmiał się
ironicznie.
- No tak... Komu jak komu, ale tobie tego tłumaczyć nie muszę... Dobra, mów
lepiej, co ze sprawą Sonik i tymi twoimi chłoptasiami, którzy wtykają
nosy nie tam, gdzie trzeba.
- Nie będą już przysparzać ci kłopotów. Więcej się do ciebie nie zbliżą,
masz moje słowo.
- Jeszcze tego by brakowało, aby ci skończeni kretyni tu zaraz
wparowali.
- Spokojnie. Wszystko jest pod kontrolą. Ściągam na komendę Iwonę
Kwiecień, która przejmie od nich sprawę. Damy jej do ręki dowody i pozamiatane. A ja będę pilnować Wójcika, by przypadkiem nie narobił
głupot.
- Mhm... Co to za Kwiecień? - zapytał Włodzimierz Czerwiński.
- Od trzech lat siedzi w Niemczech, gdzie szkoli się jako profilerka
kryminalna. To harda baba z konkretnymi zasadami, doskonalone znająca
swoją wartość.
- Masz pewność, że jest taka dobra?
- Tak. Jest najlepsza.
- I tak ją sprawdzę...
Komendant zaśmiał się cicho.
- Domyślam się.
- Wiesz, Wrzeszcz... - Czerwiński spojrzał na mężczyznę, mrużąc oczy. -
Naprawdę lubię z tobą współpracować. Znasz się na rzeczy jak mało kto.
To się ceni. Przyjdź do mnie jutro punktualnie o dziesiątej. Dostaniesz
solidne wynagrodzenie.
- Kultura wymaga, aby odmówić poszkodowanemu, ale wiesz, jak jest...
Przyjdę. Dzięki.
- Jestem za stary i za bardzo zajęty, aby przejmować się manierami.
- Dlatego tak świetnie się dogadujemy. Spadam. Do jutra.
- Do jutra.
* * *
Klaudia zalewała się łzami we własnym mieszkaniu na Mokotowie. Dwa dni
temu, po kilku godzinach od postrzału, zadzwonił do niej komendant z informacją o stanie zdrowia jej ojca. Poinformował ją również, że ma
kategoryczny zakaz przemieszczania się do czasu wyjścia Czerwińskiego z kliniki. Słowa Wrzeszcza wbijały się w Klaudię jak noże. Z jednej strony
czuła ulgę, że nie zabiła ojca, z drugiej zaś przepełniał ją
przeszywający lęk. Była przekonana, że czeka ją sroga kara nie tyle ze
strony prokuratury, ile ze strony ojca. Miała świadomość, że szanowny
pan Czerwiński nie pozwoli wsadzić swojej córki za kraty, a mimo to
cierpiała w samotności i strachu. Wyczerpanie psychiczne zaczęło dawać o sobie znać. W ostatnim czasie Klaudia przeszła naprawdę sporo, począwszy
od przyłapania swojego mężczyzny na zdradzie, przez stratę przyjaciółki,
a skończywszy na tym, że sama prawie zabiła członka swojej rodziny,
który okazał się zabójcą Majki. W takich okolicznościach chyba tylko
psychopata byłby w stanie funkcjonować bez środków uspokajających.
Usiłując poskromić natłok myśli, przypomniała sobie o tabletkach, które
kiedyś przepisał jej lekarz. W popłochu pobiegła do kuchennej szafki i zaczęła wygarniać jej zawartość na podłogę.
- Szlag by to trafił! - krzyknęła, nie mogąc znaleźć opakowania xanaksu.
Nagle przed oczami mignęło jej wspomnienie przyjaciółki buszującej w jej
szafce z lekami. Majka była jedyną osoba, która miała dostęp do leków
Klaudii. Czyli Majka musiała zabrać jej tabletki... A teraz już nie było
sposobności, aby Klaudia mogła je odzyskać... Niewiele myśląc, wyciągnęła
stary telefon na kartę, który wygrzebała z dna szafy, i wybrała numer,
który jako jedyny znała na pamięć. Nie chciała korzystać z własnego
iPhone'a, bo wtedy ojciec byłby w stanie ją skontrolować.
- Halo? Kto mówi?
- Cześć, mamo. To ja, Klaudia.
- Klaudia? Dzień dobry, córeczko! Co się stało, zgubiłaś komórkę?
- Nie...
- To o co chodzi...? Co to za numer?
Klaudia nabrała głęboko powietrza.
- Mamo, posłuchaj mnie! Nie mam czasu na tłumaczenie. Masz w domu
alprazolam?
W słuchawce na chwilę zapadła cisza.
- Słucham? - odezwała się w końcu mama. - Czy ty pytasz poważnie?
- Jest mi naprawdę niezbędny.
- Dziecko, zdajesz sobie sprawę, o co mnie prosisz? Wiesz, że to silnie
działający lek psychotropowy?
- Mamo! Nie zamierzam wymyślać na poczekaniu żadnych historyjek, po
prostu go potrzebuję... Nie wiem, jak mam ci to wytłumaczyć. Wolałabym nie
mówić ci prawdy...
- Ale teraz już na pewno będziesz musiała! Co się dzieje?
- Przyjedziesz do mnie? Zrobiłam coś naprawdę strasznego... To ma związek
z tatą.
- Chryste Panie, dziecko, przerażasz mnie. Ojca od kilku dni nie ma w domu. Co się stało?
- Zostałaś mi tylko ty, mamo...
- O czym ty mówisz!? - wydusiła Irena przez ściśnięte gardło.
- Przyjedź do mnie, proszę! - załkała Klaudia do słuchawki niebieskiej
motoroli z klapką.
- Oczywiście, córciu, już do ciebie jadę. Nigdzie się nie ruszaj.
- I tak mi nie wolno...
Tego Czerwiński nie mógł przewidzieć. Nawet przez myśl by mu nie
przeszło, że jego córka będzie chciała komukolwiek przyznać się do tego,
co zrobiła, wiedząc, jak potworny potrafi być jego gniew. Tym właśnie
się od niego różniła. Była dobrym człowiekiem z ogromnymi pokładami
empatii, a on niestety potrafił mierzyć ludzi wyłącznie swoją miarą.
Deszcz lał się z nieba strumieniami, gdy przemoczona Irena dotarła pod
drzwi mieszkania Klaudii.
- Postrzeliłam ojca... - Dziewczyna wykrztusiła to z siebie zaraz po tym,
jak jej matka stanęła w progu.
- Co? Co zrobiłaś?
- Zabił moją przyjaciółkę! Nienawidzę go! Tak bardzo go nienawidzę!
- Czy on? On...? On...?
- Żyje. Jest w szpitalu - odparła szybko Klaudia, widząc, jak mama
nerwowo zaczyna się jąkać.
- Niedobrze... Bardzo niedobrze. - Irena weszła do mieszkania i powoli
zdejmowała z siebie ociekające wodą płaszcz i buty.
- Mamo, co teraz będzie? - Słone krople spływały po policzku dziewczyny
jedna za drugą.
- Nie wiem, córeczko... Ale... Ja też muszę ci coś wyznać. Już dawno
powinnam to zrobić... To, co teraz ode mnie usłyszysz, może ci się wydać
nieprawdopodobne, ale... Pewna część mnie głęboko żałuje, że chybiłaś...
Klaudia zamarła.
- Jak to?
- Gdyby zabójstwo nie było karalne, gdyby nie to, że nie mogłam ciebie
stracić, już dawno własnoręcznie wyrwałabym ojcu serce przez gardło, a potem rzuciłabym je psom na pożarcie.
- Jezu, mamo... O czym ty w ogóle mówisz? Nic z tego nie rozumiem...
- Nawet nie wiesz, ile razy wyobrażałam sobie, jak twój ojciec ginie.
Był czas, kiedy co noc błagałam Boga, by wreszcie ktoś wsadził mu kulkę
w łeb. Twój ojciec to potwór, ale to już chyba sama zdołałaś odkryć... -
stwierdziła z goryczą Irena Czerwińska, patrząc, jak jej córka powoli
osuwa się z wrażenia na podłogę w przedpokoju. Uklękła obok niej.
- Ty też nie wierzysz w jego niewinność? - zapytała cicho Klaudia.
- Skoro twierdzisz, że jest odpowiedzialny za śmierć twojej
przyjaciółki, to zapewne jest to prawda... Ale nie to leży mi na sercu...
Gdy byłaś jeszcze dzieckiem, odkryłam jego obrzydliwą osobowość i zdemaskowałam jego brudne interesy. Na początku bałam się od niego
odejść, bo nie chciałam zostać sama. Nie było mnie stać na to, by zostać
samotną matką. A po kilku latach nieszczęśliwego życia przez zupełny
zbieg okoliczności poznałam pewno mężczyznę, który był przeciwieństwem
twojego ojca. Ciepły, szarmancki, bez horrendalnych sum na koncie. Był
lekarzem. Chciałam dać ci normalne życie i uwolnić nas od tego tyrana.
Czułam, że przy nim wreszcie coś się zmieni. Przyznaję się do tego, że
zdradzałam twojego ojca. Ponadto marzyłam, by od niego odejść, by zacząć
żyć z Krzysztofem. Ale to nie było wcale takie proste...
- Dlaczego...?
- Naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, jakie twój ojciec ma układy... Jest
zdolny do wszystkiego. Nawet do zabrania mi ciebie. Odkrył moją
tajemnicę. Zagroził mi, że jeśli jeszcze raz spotkam się z kochankiem
lub z jakimkolwiek facetem bez jego wiedzy, pozbawi mnie praw
rodzicielskich i wsadzi do zamkniętego zakładu psychiatrycznego.
Uwierzyłam mu...
- Nie... - Klaudia z niedowierzaniem pokręciła głową.
- Wtedy twój ojciec zainwestował w Imperium, a mnie kazał się nim
zajmować. Miałam skupić się na tym, co przynosi pieniądze, a nie na tym,
czego naprawdę pragnęłam. Serce matki zawsze będzie przy dziecku,
dlatego wybrałam ciebie. Ale... Do dziś nie potrafię od niego odejść.
Każdego dnia boję się, że już więcej cię nie zobaczę. - Irena schowała
twarz w dłoniach, nie potrafiąc spojrzeć córce w oczy. Potwornie
wstydziła się tego, do czego zmusił ją mąż.
- Nie, to nie może być prawda... - wyszeptała Klaudia.
- Ja też nie wierzę w jego niewinność... - wyznała Irena. - Jestem
przekonana, że to on stoi za śmiercią Mai Sonik. Ale obiecuję ci, że
jeszcze za to zapłaci. Pewnego dnia rozpłynie się w nicość i zostawi nas
wreszcie w spokoju.