Zastraszona. seria Dark Book - Patrycja Strzałkowska

Kup ebooka

33.90 zł
28.12 zł (28,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Roz­dział 1

SONIK

Leża­łam zupeł­nie sama w ciem­nym pokoju; ści­śnięta i obkur­czona ślu­zówka gar­dła spra­wiała mi nie­sa­mo­wity ból. Ni­gdzie dookoła nie dostrze­głam butelki z wodą czy szklanki z napo­jem. Napi­cie się cze­go­kol­wiek mogłoby mi odro­binę ulżyć. Nie­stety, spierzch­nięte usta i zesztyw­niała z sucho­ści szczęka musiały tym razem objeść się bez tego. Nie mia­łam siły, by wstać z łóżka i zro­bić krok w kie­runku kuchni. Byłam zbyt zmę­czona ostat­nimi wyda­rze­niami. Czu­łam, że to pomiesz­cze­nie jest miej­scem, w któ­rym powin­nam czuć się w pełni bez­piecz­nie. Jed­nakże prze­by­wa­nie we wła­snym pokoju, moim azylu, wcale nie dzia­łało kojąco. Bolała mnie każda czą­steczka ciała; obez­wład­nia­jący strach wże­rał się we mnie niczym wygłod­niałe dzi­kie zwie­rzę roz­ry­wa­jące na strzępy swoją ofiarę. Prze­je­cha­łam zdrę­twia­łymi pal­cami po mięk­kiej pościeli, po czym ści­snę­łam kawa­łek koł­dry, sta­ra­jąc się zato­pić w niej obo­lałe dło­nie. Była przy­jem­nie chłodna, lecz nie dała mi takiego uko­je­nia, jakiego potrze­bo­wa­łam. Krę­ciło mi się w gło­wie, do tego raz po raz ata­ko­wały mnie obez­wład­nia­jące fale mdło­ści, przez co każdy bodziec zewnętrzny odbie­ra­łam ze zdwo­joną siłą. Moje uszy nie­mal eks­plo­do­wały na dźwięk tyka­ją­cego coraz gło­śniej - takie przy­naj­mniej mia­łam wra­że­nie - ścien­nego zegara... Po kilku chwi­lach zde­cy­do­wa­łam się scho­wać głowę pod koł­drę, by cho­ciaż odro­binę stłu­mić ten wbi­ja­jący się w mój mózg dźwięk. Pomo­gło. Zaci­snę­łam powieki i ode­tchnę­łam z ulgą; nie­mal natych­miast poja­wił się jed­nak kolejny silny zawrót głowy, a pod powie­kami ujrza­łam jasny obraz ostat­nich wyda­rzeń. Widzia­łam je naprawdę wyraź­nie, cho­ciaż naj­chęt­niej wyma­za­ła­bym je z pamięci na zawsze. One jed­nak jak na złość oble­piały mój umysł niczym kle­ista maź, chcąc wpę­dzić mnie w poczu­cie bez­rad­no­ści.

Pomy­śla­łam, że gorzej już być nie może, kiedy nagle poczu­łam ten okropny nara­sta­jący cię­żar na wyso­ko­ści piersi, a potem moje ciało mimo­wol­nie zaczęło koły­sać się na boki, jakby wpa­dło w jakiś dzi­waczny rytu­alny trans. Za nic w świe­cie nie mogłam nad tym zapa­no­wać. Moim umy­słem zawład­nął mrok. Prze­raź­liwy, obrzy­dliwy amok, który powoli odbie­rał mi moż­li­wość racjo­nal­nego myśle­nia. W mojej gło­wie coraz inten­syw­niej roiło się od gorz­kich wspo­mnień, z któ­rymi nie chcia­łam mieć nic wspól­nego. Ale na to nie­stety było już teraz o wiele za późno... Wpa­try­wa­łam się w pustą prze­strzeń, usi­łu­jąc zmu­sić umysł do wydaj­niej­szej pracy. Chcia­łam w jaki­kol­wiek spo­sób nakło­nić go do tego, by zmie­nił tor myśli. Marzy­łam o tym, by pamięć prze­stała mi wresz­cie pod­su­wać tak pre­cy­zyjne obrazy. Jed­nak wszyst­kie te próby speł­zały na niczym. Jak na złość, pamię­ta­łam wszystko, co do minuty. Mój mózg nie przy­go­to­wał sobie żad­nej linii obrony, nie stwo­rzył czar­nej dziury w mojej gło­wie, która wessa­łaby nie­po­trzebne myśli. Nie­ważne, czy mocno zaci­ska­łam powieki, czy wręcz prze­ciw­nie, mia­łam sze­roko otwarte oczy: widzia­łam wyraźny obraz śmierci i czu­łam zale­wa­jącą moje serce pustkę... Tam­tego dnia moje życie zmie­niło się w pie­kło albo coś znacz­nie gor­szego... To nie­zwy­kłe, że jedna chwila i jedna nie­prze­my­ślana spon­ta­niczna decy­zja mogą zmie­nić wszystko.

Gorący oddech przy­lgnął do moich policz­ków i szyi, a po chwili poczu­łam, że zaczyna mi bra­ko­wać powie­trza. Nie mogąc już zaczerp­nąć odde­chu, wysu­nę­łam głowę spod koł­dry i przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wa­łam się przez okno w odda­lony o setki tysięcy kilo­me­trów księ­życ. Ze wszyst­kich sił pra­gnę­łam się na nim zna­leźć, tele­por­to­wać jak naj­da­lej od Ziemi. Przez kolejne godziny prze­wra­ca­łam się z boku na bok, chcąc zmu­sić orga­nizm do snu, ale ten wcale nie miał zamiaru nadejść. Tak wła­ści­wie to sen ni­gdy nie przy­cho­dził do mnie szybko. Odkąd pamię­tam, zawsze mia­łam pro­blem z zasy­pia­niem. Zwy­kle zapa­da­łam w sen przy­pad­kiem, ogar­nia­jąc wzro­kiem ekran komórki. Gdy naj­mniej się o niego sta­ra­łam, po pro­stu nie­ocze­ki­wa­nie nad­cho­dził.

Od paru dni żołą­dek doku­czał mi zupeł­nie ina­czej niż zwy­kle. Nie był to prze­ni­kliwy ból wywo­łany tro­skami mono­ton­nego codzien­nego życia, lecz prze­raź­liwy, bła­galny sko­wyt o kojący odpo­czy­nek. Nie mogłam pora­dzić sobie z tym, co się stało, jed­nakże naj­gor­sze było to, że nikomu nie mogłam wyznać prawdy. Byłam zmu­szona żyć ze świa­do­mo­ścią, iż odtąd bez­a­pe­la­cyj­nie muszę uda­wać. Tam­tej nocy, która w zna­czący spo­sób zmie­niła moje życie, zaczę­łam nakła­dać maskę dziew­czyny, za którą wszy­scy mnie brali. Musia­łam nauczyć się kła­mać w żywe oczy, nawet jeśli sta­nę­łaby przede mną moja wła­sna matka. Nawet jej nie mogłam wyznać prawdy...

W zasa­dzie to ni­gdy nie pomy­śla­łam, że tak dobrze będzie mi to wycho­dzić. Nie sądzi­łam, że jestem taką dobrą kłam­czu­chą, nie myśla­łam też, że pod moją skórą kryje się alter ego dziew­czyny, która jest zdolna zabić... Nikomu nie dałam się poznać z tej dru­giej strony. Sama dopiero zaczę­łam ją odkry­wać.

Nagle z nieba lunął deszcz i z całym impe­tem zaczął walić w okna. Ogłu­sza­jące i gwał­towne ude­rze­nia przy­pra­wiły mnie o dresz­cze, tak że w jed­nej chwili byłam kom­plet­nie mokra. Zasty­głam momen­tal­nie w opa­rach paniki i zaczę­łam wsłu­chi­wać się w wygry­waną przez oto­cze­nie depre­syjną melo­dię. Wła­śnie wtedy zda­łam sobie sprawę, że czas działa na moją nie­ko­rzyść, a kolejne minuty mogą dopro­wa­dzić mnie w jedno z dwóch miejsc. Wszystko zależy od tego, kto przyj­dzie po mnie jako pierw­szy...

Sie­dzia­łam sztywno, oparta ple­cami o róg łóżka, gdy poczu­łam, jak moje powieki stają się coraz cięż­sze. W końcu opa­dły, a ja zaci­snę­łam je mocno, czu­jąc, jak powoli odpły­wam, a wspo­mnie­nia zaczy­nają się roz­ma­zy­wać. W końcu zasnę­łam.

Nie wie­dzia­łam, ile spa­łam. Obu­dzi­łam się, gdy na zewnątrz było już jasno, a mnie kolejny raz za serce chwy­tał nie­po­kój. Nie wycho­dzi­łam z łóżka przez cały dzień. Leża­łam z lap­to­pem na kola­nach, sta­ra­jąc się sku­pić na serialu. Koło osiem­na­stej posta­no­wi­łam zaczerp­nąć świe­żego powie­trza i wyjść na spa­cer. Atmos­fera w domu dzia­łała na mnie destruk­cyj­nie. Mia­łam dość słu­cha­nia pła­czu, od któ­rego mdliło mnie coraz bar­dziej. Przy­po­mi­nał mi jedy­nie o tym, jak bar­dzo popie­przone stało się moje życie. Nacią­gnę­łam na głowę kap­tur, chcąc pozo­stać ano­ni­mowa, i ruszy­łam w kie­runku pobli­skiego parku z nadzieją, że wto­pię się w oto­cze­nie jako jeden z prze­chod­niów, który nikogo nie obcho­dzi.

Weszłam do parku i po przej­ściu paru kro­ków ujrza­łam pustą ławkę, na któ­rej posta­no­wi­łam przy­siąść. Pochy­li­łam się, by zrzu­cić z niej kilka kasz­ta­nów i brą­zo­wych liści, a następ­nie usia­dłam i opar­łam łok­cie na kola­nach.

Kiedy wpa­try­wa­łam się w wiru­jące na wie­trze liście i obser­wo­wa­łam ludzi spa­ce­ru­ją­cych po parku, zorien­to­wa­łam się, że kie­sze­nie mojej kurtki są puste.

- Cho­lera! Gdzie one są...? - mruk­nę­łam zde­ner­wo­wana, prze­szu­ku­jąc je ner­wowo.

Tego było już za wiele. Czy cały świat sprzy­siągł się, by uprzy­krzyć mi egzy­sten­cję? Nie wiem, jakim cudem, ale musia­łam zgu­bić klu­cze... Rap­tow­nie zgię­łam się w pół i zaczę­łam szu­kać pod ławką. Przez dobrą chwilę maca­łam ręką po mokrej tra­wie, nim moje palce natra­fiły wresz­cie na bre­lo­czek w kształ­cie kokardki. Uspo­ko­iłam oddech, wsta­łam i ruszy­łam w stronę szpa­leru bru­nat­nych jesien­nych drzew. W momen­cie gdy tuż przede mną prze­bie­gła wie­wiórka nio­sąca w pyszczku jakiś przy­smak, poczu­łam na ramie­niu mocny uścisk. Naj­wy­raź­niej infan­tylna ochrona w postaci kap­tura nie zdała egza­minu.

- Aua! - krzyk­nę­łam, odwra­ca­jąc się w kie­runku szar­pią­cej mnie postaci.

- Ciszej... Jesz­cze ktoś cię usły­szy. - Padło ostrze­że­nie.

- No i co z tego? - Nie­ocze­ki­wa­nie mój strach ustą­pił miej­sca sile, o któ­rej ist­nie­niu nie mia­łam poję­cia. Zasko­czyło mnie to, ale chyba jesz­cze bar­dziej mojego roz­mówcę.

- To doprawdy nie­sły­chane... Czy roz­są­dek nie pod­po­wiada ci, żeby być wobec mnie odro­binę grzecz­niej­szą?

- Wła­ści­wie to mam to w dupie.

Ta odpo­wiedź odpo­wiedź jesz­cze bar­dziej roz­wście­czyła Irland­czyka. Nie bacząc na parę, która szła sąsied­nią alejką, zamach­nął się i ude­rzył mnie pię­ścią pro­sto w brzuch.

- Może to prze­mówi ci do rozumu. Ciesz się, że widzisz mnie, a nie poli­cję. Wiem, co zro­bi­łaś. Wiem wszystko.

- Może... - odpar­łam cicho, kuląc się i masu­jąc obo­lałe miej­sce.

On jakby tego nie usły­szał.

- A teraz, moja droga, wra­camy do punktu wyj­ścia. Dobrze wiesz, że spier­do­li­łaś ostat­nią robotę i musisz ją dokoń­czyć. Takie mamy zasady...

- Ni­gdzie nie idę... Nie zmu­sisz mnie!

- Czyżby? Naprawdę chcesz się prze­ko­nać, że zro­bisz wszystko, co ci powiem?

- Nie - odpo­wie­dzia­łam. Było mi słabo.

- Cie­szę się - stwier­dził iro­nicz­nie. - Przy­naj­mniej w tym wzglę­dzie nie stwa­rzasz pro­ble­mów. W grun­cie rze­czy jestem łagod­nym face­tem. Nie lubię prze­mocy.

- Mhm... - mruk­nę­łam.

- A teraz, pro­szę, wytłu­macz mi jedno... Naprawdę myśla­łaś, że twój dom to dobra kry­jówka?

- A po jaką cho­lerę mia­ła­bym przed wami ucie­kać? I tak prę­dzej czy póź­niej byście mnie dorwali. Może jestem młoda, ale nie głu­pia.

Irland­czyk zmru­żył oczy.

- Już teraz rozu­miem, dla­czego Czer­wiń­ski tak bar­dzo na cie­bie naci­skał. Ładne nie­bie­skie oczy, zgrabna i cał­kiem sprytna... Gdy­byś tylko jesz­cze potra­fiła zro­bić to, o co się cie­bie prosi, to może bym się nawet z tobą oże­nił.

- Spier­da­laj!

- Słu­chaj, mała, radzę ci spu­ścić z tonu. Ty sobie nie zda­jesz sprawy, w jakie kło­poty się wpie­przy­łaś. Gdyby nie fakt, że jesteś nam potrzebna, to z chę­cią wła­sno­ręcz­nie zro­bił­bym ci taki kolo­rowy maki­jaż na tej two­jej ślicz­nej buźce, że przez tydzień nie otwo­rzy­ła­byś oczu... Ale tego nie robię, bo jestem, kurwa, dżen­tel­me­nem i nie krzyw­dzę kobiet... - Irland­czyk ści­snął mnie za gar­dło i przy­cią­gnął do sie­bie, po czym puścił tak, że z impe­tem upa­dłam na zie­mię. - Wyna­ją­łem ci na lewe nazwi­sko pokój w pod­war­szaw­skim hote­liku. Zamiesz­kasz tam na jakiś czas, póki nie skoń­czysz tego, co zaczę­łaś. Nikt nie może cię tam roz­po­znać. A teraz jedziemy - dodał po chwili.

- A co z moją rodziną? Prze­cież będą mnie szu­kać.

- Zaj­mij się zada­niem. Resztę zała­twię po swo­jemu.

Roz­dział 2

Roz­dział 2

Męż­czy­zna przy­wi­tał się z ochro­nia­rzami, któ­rzy czu­wali tuż przed wej­ściem na oddział, minął ich i ruszył w stronę sali 221. Ener­gicz­nie naci­snął klamkę, wszedł do środka i zbli­żył się do pacjenta leżą­cego na bia­łym meta­lo­wym łóżku na kół­kach.

- Jak się trzy­masz? - zapy­tał.

- Jakoś... - wyce­dził przez zaci­śnięte zęby obo­lały Czer­wiń­ski, wpa­tru­jąc się w okno wzro­kiem peł­nym żalu i nie­zro­zu­mie­nia.

- To świet­nie, ale wolał­bym, żebyś dopre­cy­zo­wał. Choć­bym nie wiem, jak się sta­rał, nie­wiele mi to mówi.

- A jak mam się, kurwa, czuć? Przy­naj­mniej ty mnie nie dener­wuj i nie wypro­wa­dzaj z rów­no­wagi. Jeśli cho­dzi ci o ból fizyczny, to napie­prza mi całe ramię. A jeśli pytasz o psy­chikę, to... Wolę się nie wypo­wia­dać w tym tema­cie. Życzę ci, abyś ni­gdy nie poznał zna­cze­nia słowa "zawód" - odrzekł Czer­wiń­ski. Krew zawrzała w jego żyłach na samo wspo­mnie­nie, cho­ciaż od feral­nego zda­rze­nia minęło już kil­ka­dzie­siąt godzin.

- Grunt, że w ogóle udało ci się z tego wyjść. Jak to się mówi? Złego licho nie bie­rze... He, he, he...

- Bez prze­sady. To tylko dra­śnię­cie... Może głę­bo­kie i bole­sne, ale dra­śnię­cie... - ziry­to­wał się Wło­dzi­mierz.

- Nazy­waj to, jak chcesz, cho­ciaż ja uwa­żam, że to żadne pie­przone dra­śnię­cie. Gdyby kula tra­fiła cię kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów dalej, byłoby po tobie. Wystar­czy­łoby, żebyś się ruszył odro­binę w prawo i dostał­byś pro­sto w serce. Nie zapo­mi­naj, kto tamo­wał ci krew i wiózł cię pro­sto do szpi­tala. Widzia­łem na wła­sne oczy, jak ucho­dzi się z cie­bie życie.

- Nie roz­czu­laj się tak nad sobą... Nic mi nie jest. Ale masz rację, powi­nie­nem ci podzię­ko­wać. Wie­dzia­łem, do kogo zadzwo­nić.

- Od cze­goś mnie masz... - Gość wresz­cie posłał mu ser­deczny uśmiech.

- Naj­ciem­niej zawsze pod latar­nią. Tylko pamię­taj, że prawdę o postrzale znasz jedy­nie ty, ja i moja Klau­dia. I tak ma pozo­stać! Jeśli dowiem się, że jakimś cudem się komuś wyga­da­łeś... Nawet nie chcę koń­czyć. Nie wypada mi gro­zić oso­bie, która rato­wała mi życie.

- Nie musisz. Nie zamie­rzam nikogo wta­jem­ni­czać w twoje sprawy. Zresztą... Ja o niczym nie wiem. - Czer­wiń­ski uśmiech­nął się, sły­sząc te słowa. - A twoja żona? Co z nią? Chyba mi nie powiesz, że o niczym nie wie?

- Irena...? Pro­szę cię... To ostat­nia osoba, przed którą muszę się z cze­go­kol­wiek tłu­ma­czyć.

Gość uniósł ręce w obron­nym geście.

- Nie wni­kam w wasze rela­cje. Cho­ciaż to chyba nie jest nor­malne, że o niczym nie wie.

- A czy cokol­wiek w moim życiu jest nor­malne i pospo­lite?

Tam­ten par­sk­nął.

- Nie­ko­niecz­nie.

- No więc o czym my tu mówimy... To ja jestem od wpro­wa­dza­nia zasad. Irena to tylko kobieta nosząca moje nazwi­sko i miesz­ka­jąca ze mną pod jed­nym dachem. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby któ­re­goś pięk­nego dnia popła­kała się ze szczę­ścia, jak­bym wyki­to­wał. Pie­przone bab­sko...

Przy­były chrząk­nął.

- Ach tak. No dobra, powiedzmy, że rozu­mia­łem prze­kaz. Nikomu nic nie powiem, a już na pewno nie two­jej żonce. A co z córką? Czy mam coś prze­kazać Klau­dii w twoim imie­niu?

Czer­wiń­ski z tru­dem pokrę­cił głową.

- Ech... To naj­gor­szy ele­ment tej całej pie­przo­nej ukła­danki. Ten jej tem­pe­ra­ment... Że też musiała wdać się w tatu­sia... Kurwa mać... Myślę o niej bez prze­rwy. Nawet mi nie przy­po­mi­naj. Jestem tak wkur­wiony, że mam ochotę zwy­zy­wać ją od naj­gor­szych suk, ale nie będę prze­cież mówić tak o wła­snym dziecku! - Spoj­rzał ze zło­ścią na komen­danta Wrzesz­cza, który stał naprze­ciw łóżka i opie­rał się ple­cami o ścianę.

Czer­wiń­ski od dwóch dni prze­by­wał w Kli­nice Kołecki, gdzie docho­dził do sie­bie po postrzale. Burza, spraw­czyni całego zamie­sza­nia, odzie­dzi­czyła po ojcu wiele cech, mię­dzy innymi wielką deter­mi­na­cję, odwagę i inte­li­gen­cję, ale na szczę­ście dla niego nie posia­dała wro­dzo­nej umie­jęt­no­ści do trzy­ma­nia broni. Zamiast więc wyce­lo­wać pro­sto w serce, tra­fiła Czer­wiń­skiego w ramię. A zaraz po tym, jak usły­szała wydo­by­wa­jący się z glocka huk, ucie­kła - zalana łzami i odu­rzona buzu­jącą w żyłach adre­na­liną. Bie­gła na oślep, byle jak naj­da­lej od męż­czy­zny, któ­rego darzyła naj­gor­szym z ist­nie­ją­cych uczuć. Miała głę­boką nadzieję, że jej strzał oka­zał się celny. Naprawdę pra­gnęła pozba­wić swo­jego ojca życia, by już ni­gdy wię­cej nie był w sta­nie nikogo skrzyw­dzić.

- Trudno mi sobie wyobra­zić, co czu­jesz... - ode­zwał się Wrzeszcz.

- I nawet nie pró­buj, bo to nic miłego - stwier­dził sar­ka­stycz­nie Czer­wiń­ski. - Jedyne, co mi pozo­staje, to pogo­dzić się z tym, co się wyda­rzyło. Nie cofnę czasu, ale nie omiesz­kam dać jej do zro­zu­mie­nia, że ostro prze­gięła.

- W takim razie poszu­kam jej. - Komen­dant obda­rzył cho­rego rozu­mie­ją­cym spoj­rze­niem, po czym pod­szedł do okna. - Może jed­nak je zamknę, co? Tu wcale nie jest aż tak cie­pło. Jesz­cze tego bra­kuje, żeby cię prze­wiało.

- Ma zostać otwarte. Tak mi dobrze.

- Jesteś pewien?

- Bez dwóch zadań. A co do Klau­dii... Nie musisz się faty­go­wać. Zostaw ją w spo­koju. Sam to zała­twię. Od tego mam swo­ich ludzi.

- Dobra... Słu­chaj... - Wrzeszcz zmie­nił temat. - Podej­rze­wam, że znam odpo­wiedź, ale muszę cię o to zapy­tać. Będziesz skła­dać zezna­nia?

- Ochu­ja­łeś? Po pierw­sze, nic mi nie jest. Po dru­gie, prę­dzej sam bym się zastrze­lił, niż miał sprze­dać wła­sne dziecko. A po trze­cie: nikt nie może się o tym dowie­dzieć! To chyba jasne jak słońce? Stra­cił­bym nie tylko rodzinę i repu­ta­cję, ale rów­nież sza­cu­nek spo­łecz­no­ści. Mam donieść na wła­sne dziecko... To nie do pomy­śle­nia... - Pokrę­cił głową, po czym, krzy­wiąc się, uniósł rękę, by popra­wić sobie poduszkę.

- Czy cze­goś pan potrze­buje? - Nagle zza drzwi wyło­niła się drobna pie­lę­gniarka.

- Nie umiesz pukać? Wyjdź stąd! Niczego nie chcę - rzu­cił pro­tek­cjo­nal­nym tonem męż­czy­zna w kie­runku wystra­szo­nej kobiety.

- Naj­moc­niej pana prze­pra­szam... Usły­sza­łam pana głos i pomy­śla­łam, że potrze­buje pan mojej pomocy...

- A w czym ty, dzie­cinko, możesz mi pomóc? Co naj­wy­żej możesz pode­trzeć mi tyłek po sra­niu. Jak widzisz, jestem cały. I nie pod­słu­chuj, dobrze ci radzę.

Pie­lę­gniarka się zaczer­wie­niła.

- Nie sły­sza­łam, o czym pano­wie roz­ma­wiali. Jesz­cze raz pana prze­pra­szam. Gdyby jed­nak cze­goś pan potrze­bo­wał, to pro­szę mnie wołać...

- Prze­cież wiem... - odparł, roz­gnia­ta­jąc pal­cami małe piórko, które wydo­stało się z pościeli.

- Raz jesz­cze prze­pra­szam. - Kobieta wyco­fała się, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Wrzeszcz pokrę­cił głową.

- Pro­szę cię... Daruj tej bied­nej babce. Nic ci nie zro­biła. A prze­cież mogłaby... Jak by nie patrzeć, to od per­so­nelu zależy, czy szybko stąd wyj­dziesz...

- Chyba robisz sobie ze mnie jaja! - wybuch­nął Czer­wiń­ski. - Nikt mnie tu siłą trzy­mać nie będzie! A poza tym stać mnie na to, by móc być chu­jem wtedy, kiedy mam na to ochotę. Pie­niędzmi wszystko da się zała­twić. O ile ma się ich wystar­cza­jąco dużo.

- No, no... Dwa­dzie­ścia lat pracy w poli­cji, ale o tym, kurwa, nie wie­dzia­łem... Oświe­ci­łeś mnie... Dzięki! - Komen­dant roze­śmiał się iro­nicz­nie.

- No tak... Komu jak komu, ale tobie tego tłu­ma­czyć nie muszę... Dobra, mów lepiej, co ze sprawą Sonik i tymi two­imi chłop­ta­siami, któ­rzy wty­kają nosy nie tam, gdzie trzeba.

- Nie będą już przy­spa­rzać ci kło­po­tów. Wię­cej się do cie­bie nie zbliżą, masz moje słowo.

- Jesz­cze tego by bra­ko­wało, aby ci skoń­czeni kre­tyni tu zaraz wpa­ro­wali.

- Spo­koj­nie. Wszystko jest pod kon­trolą. Ścią­gam na komendę Iwonę Kwie­cień, która przej­mie od nich sprawę. Damy jej do ręki dowody i poza­mia­tane. A ja będę pil­no­wać Wój­cika, by przy­pad­kiem nie naro­bił głu­pot.

- Mhm... Co to za Kwie­cień? - zapy­tał Wło­dzi­mierz Czer­wiń­ski.

- Od trzech lat sie­dzi w Niem­czech, gdzie szkoli się jako pro­fi­lerka kry­mi­nalna. To harda baba z kon­kret­nymi zasa­dami, dosko­na­lone zna­jąca swoją war­tość.

- Masz pew­ność, że jest taka dobra?

- Tak. Jest naj­lep­sza.

- I tak ją spraw­dzę...

Komen­dant zaśmiał się cicho.

- Domy­ślam się.

- Wiesz, Wrzeszcz... - Czer­wiń­ski spoj­rzał na męż­czy­znę, mru­żąc oczy. - Naprawdę lubię z tobą współ­pra­co­wać. Znasz się na rze­czy jak mało kto. To się ceni. Przyjdź do mnie jutro punk­tu­al­nie o dzie­sią­tej. Dosta­niesz solidne wyna­gro­dze­nie.

- Kul­tura wymaga, aby odmó­wić poszko­do­wa­nemu, ale wiesz, jak jest... Przyjdę. Dzięki.

- Jestem za stary i za bar­dzo zajęty, aby przej­mo­wać się manie­rami.

- Dla­tego tak świet­nie się doga­du­jemy. Spa­dam. Do jutra.

- Do jutra.

* * *

Klau­dia zale­wała się łzami we wła­snym miesz­ka­niu na Moko­to­wie. Dwa dni temu, po kilku godzi­nach od postrzału, zadzwo­nił do niej komen­dant z infor­ma­cją o sta­nie zdro­wia jej ojca. Poin­for­mo­wał ją rów­nież, że ma kate­go­ryczny zakaz prze­miesz­cza­nia się do czasu wyj­ścia Czer­wiń­skiego z kli­niki. Słowa Wrzesz­cza wbi­jały się w Klau­dię jak noże. Z jed­nej strony czuła ulgę, że nie zabiła ojca, z dru­giej zaś prze­peł­niał ją prze­szy­wa­jący lęk. Była prze­ko­nana, że czeka ją sroga kara nie tyle ze strony pro­ku­ra­tury, ile ze strony ojca. Miała świa­do­mość, że sza­nowny pan Czer­wiń­ski nie pozwoli wsa­dzić swo­jej córki za kraty, a mimo to cier­piała w samot­no­ści i stra­chu. Wyczer­pa­nie psy­chiczne zaczęło dawać o sobie znać. W ostat­nim cza­sie Klau­dia prze­szła naprawdę sporo, począw­szy od przy­ła­pa­nia swo­jego męż­czy­zny na zdra­dzie, przez stratę przy­ja­ciółki, a skoń­czyw­szy na tym, że sama pra­wie zabiła członka swo­jej rodziny, który oka­zał się zabójcą Majki. W takich oko­licz­no­ściach chyba tylko psy­cho­pata byłby w sta­nie funk­cjo­no­wać bez środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych. Usi­łu­jąc poskro­mić natłok myśli, przy­po­mniała sobie o tablet­kach, które kie­dyś prze­pi­sał jej lekarz. W popło­chu pobie­gła do kuchen­nej szafki i zaczęła wygar­niać jej zawar­tość na pod­łogę.

- Szlag by to tra­fił! - krzyk­nęła, nie mogąc zna­leźć opa­ko­wa­nia xanaksu.

Nagle przed oczami mignęło jej wspo­mnie­nie przy­ja­ciółki buszu­ją­cej w jej szafce z lekami. Majka była jedyną osoba, która miała dostęp do leków Klau­dii. Czyli Majka musiała zabrać jej tabletki... A teraz już nie było spo­sob­no­ści, aby Klau­dia mogła je odzy­skać... Nie­wiele myśląc, wycią­gnęła stary tele­fon na kartę, który wygrze­bała z dna szafy, i wybrała numer, który jako jedyny znała na pamięć. Nie chciała korzy­stać z wła­snego iPhone'a, bo wtedy ojciec byłby w sta­nie ją skon­tro­lo­wać.

- Halo? Kto mówi?

- Cześć, mamo. To ja, Klau­dia.

- Klau­dia? Dzień dobry, córeczko! Co się stało, zgu­bi­łaś komórkę?

- Nie...

- To o co cho­dzi...? Co to za numer?

Klau­dia nabrała głę­boko powie­trza.

- Mamo, posłu­chaj mnie! Nie mam czasu na tłu­ma­cze­nie. Masz w domu alpra­zo­lam?

W słu­chawce na chwilę zapa­dła cisza.

- Słu­cham? - ode­zwała się w końcu mama. - Czy ty pytasz poważ­nie?

- Jest mi naprawdę nie­zbędny.

- Dziecko, zda­jesz sobie sprawę, o co mnie pro­sisz? Wiesz, że to sil­nie dzia­ła­jący lek psy­cho­tro­powy?

- Mamo! Nie zamie­rzam wymy­ślać na pocze­ka­niu żad­nych histo­ry­jek, po pro­stu go potrze­buję... Nie wiem, jak mam ci to wytłu­ma­czyć. Wola­ła­bym nie mówić ci prawdy...

- Ale teraz już na pewno będziesz musiała! Co się dzieje?

- Przy­je­dziesz do mnie? Zro­bi­łam coś naprawdę strasz­nego... To ma zwią­zek z tatą.

- Chry­ste Panie, dziecko, prze­ra­żasz mnie. Ojca od kilku dni nie ma w domu. Co się stało?

- Zosta­łaś mi tylko ty, mamo...

- O czym ty mówisz!? - wydu­siła Irena przez ści­śnięte gar­dło.

- Przy­jedź do mnie, pro­szę! - załkała Klau­dia do słu­chawki nie­bie­skiej moto­roli z klapką.

- Oczy­wi­ście, cór­ciu, już do cie­bie jadę. Ni­gdzie się nie ruszaj.

- I tak mi nie wolno...

Tego Czer­wiń­ski nie mógł prze­wi­dzieć. Nawet przez myśl by mu nie prze­szło, że jego córka będzie chciała komu­kol­wiek przy­znać się do tego, co zro­biła, wie­dząc, jak potworny potrafi być jego gniew. Tym wła­śnie się od niego róż­niła. Była dobrym czło­wie­kiem z ogrom­nymi pokła­dami empa­tii, a on nie­stety potra­fił mie­rzyć ludzi wyłącz­nie swoją miarą.

Deszcz lał się z nieba stru­mie­niami, gdy prze­mo­czona Irena dotarła pod drzwi miesz­ka­nia Klau­dii.

- Postrze­li­łam ojca... - Dziew­czyna wykrztu­siła to z sie­bie zaraz po tym, jak jej matka sta­nęła w progu.

- Co? Co zro­bi­łaś?

- Zabił moją przy­ja­ciółkę! Nie­na­wi­dzę go! Tak bar­dzo go nie­na­wi­dzę!

- Czy on? On...? On...?

- Żyje. Jest w szpi­talu - odparła szybko Klau­dia, widząc, jak mama ner­wowo zaczyna się jąkać.

- Nie­do­brze... Bar­dzo nie­do­brze. - Irena weszła do miesz­ka­nia i powoli zdej­mo­wała z sie­bie ocie­ka­jące wodą płaszcz i buty.

- Mamo, co teraz będzie? - Słone kro­ple spły­wały po policzku dziew­czyny jedna za drugą.

- Nie wiem, córeczko... Ale... Ja też muszę ci coś wyznać. Już dawno powin­nam to zro­bić... To, co teraz ode mnie usły­szysz, może ci się wydać nie­praw­do­po­dobne, ale... Pewna część mnie głę­boko żałuje, że chy­bi­łaś...

Klau­dia zamarła.

- Jak to?

- Gdyby zabój­stwo nie było karalne, gdyby nie to, że nie mogłam cie­bie stra­cić, już dawno wła­sno­ręcz­nie wyrwa­ła­bym ojcu serce przez gar­dło, a potem rzu­ci­ła­bym je psom na pożar­cie.

- Jezu, mamo... O czym ty w ogóle mówisz? Nic z tego nie rozu­miem...

- Nawet nie wiesz, ile razy wyobra­ża­łam sobie, jak twój ojciec ginie. Był czas, kiedy co noc bła­ga­łam Boga, by wresz­cie ktoś wsa­dził mu kulkę w łeb. Twój ojciec to potwór, ale to już chyba sama zdo­ła­łaś odkryć... - stwier­dziła z gory­czą Irena Czer­wiń­ska, patrząc, jak jej córka powoli osuwa się z wra­że­nia na pod­łogę w przed­po­koju. Uklę­kła obok niej.

- Ty też nie wie­rzysz w jego nie­win­ność? - zapy­tała cicho Klau­dia.

- Skoro twier­dzisz, że jest odpo­wie­dzialny za śmierć two­jej przy­ja­ciółki, to zapewne jest to prawda... Ale nie to leży mi na sercu... Gdy byłaś jesz­cze dziec­kiem, odkry­łam jego obrzy­dliwą oso­bo­wość i zde­ma­sko­wa­łam jego brudne inte­resy. Na początku bałam się od niego odejść, bo nie chcia­łam zostać sama. Nie było mnie stać na to, by zostać samotną matką. A po kilku latach nie­szczę­śli­wego życia przez zupełny zbieg oko­licz­no­ści pozna­łam pewno męż­czy­znę, który był prze­ci­wień­stwem two­jego ojca. Cie­pły, szar­mancki, bez hor­ren­dal­nych sum na kon­cie. Był leka­rzem. Chcia­łam dać ci nor­malne życie i uwol­nić nas od tego tyrana. Czu­łam, że przy nim wresz­cie coś się zmieni. Przy­znaję się do tego, że zdra­dza­łam two­jego ojca. Ponadto marzy­łam, by od niego odejść, by zacząć żyć z Krzysz­to­fem. Ale to nie było wcale takie pro­ste...

- Dla­czego...?

- Naprawdę nie zda­jesz sobie sprawy, jakie twój ojciec ma układy... Jest zdolny do wszyst­kiego. Nawet do zabra­nia mi cie­bie. Odkrył moją tajem­nicę. Zagro­ził mi, że jeśli jesz­cze raz spo­tkam się z kochan­kiem lub z jakim­kol­wiek face­tem bez jego wie­dzy, pozbawi mnie praw rodzi­ciel­skich i wsa­dzi do zamknię­tego zakładu psy­chia­trycz­nego. Uwie­rzy­łam mu...

- Nie... - Klau­dia z nie­do­wie­rza­niem pokrę­ciła głową.

- Wtedy twój ojciec zain­we­sto­wał w Impe­rium, a mnie kazał się nim zaj­mo­wać. Mia­łam sku­pić się na tym, co przy­nosi pie­nią­dze, a nie na tym, czego naprawdę pra­gnę­łam. Serce matki zawsze będzie przy dziecku, dla­tego wybra­łam cie­bie. Ale... Do dziś nie potra­fię od niego odejść. Każ­dego dnia boję się, że już wię­cej cię nie zoba­czę. - Irena scho­wała twarz w dło­niach, nie potra­fiąc spoj­rzeć córce w oczy. Potwor­nie wsty­dziła się tego, do czego zmu­sił ją mąż.

- Nie, to nie może być prawda... - wyszep­tała Klau­dia.

- Ja też nie wie­rzę w jego nie­win­ność... - wyznała Irena. - Jestem prze­ko­nana, że to on stoi za śmier­cią Mai Sonik. Ale obie­cuję ci, że jesz­cze za to zapłaci. Pew­nego dnia roz­pły­nie się w nicość i zostawi nas wresz­cie w spo­koju.

Roz­dział 3

Roz­dział 3

SONIK

Podróż do Marek pod War­szawą dłu­żyła mi się w nie­skoń­czo­ność. Przez całą drogę sta­ra­łam się nie zamy­kać oczu, by przy­pad­kiem nie zasnąć i móc kon­tro­lo­wać to, gdzie jestem. Jed­nakże zmę­cze­nie fizyczne ostro dawało mi się we znaki. Podej­rze­wa­łam, że nawet gdyby udało mi się jakimś cudem przy­snąć z tak wyso­kim pozio­mem kor­ty­zolu we krwi, który dopro­wa­dzał mnie do obłędu, to Irland­czyk i tak nic by mi nie zro­bił. O to nie musia­łam się mar­twić. Mia­łam milion innych powo­dów, by czuć dys­kom­fort. Przede wszyst­kim zasta­na­wia­łam się nad tym, dla­czego jesz­cze mnie nie zabili, jaki był powód tego wyjazdu i po co byłam im wyjąt­kowo potrzebna. Irland­czyk wpa­ko­wał mnie do auta, nie dając moż­li­wo­ści poże­gna­nia się z rodziną czy spa­ko­wa­nia jakich­kol­wiek ubrań. Jedyne, co ze sobą mia­łam, to to, co na sobie: zno­szoną, prze­po­coną bluzę, dżinsy i spor­towe buty, które nie­mi­ło­sier­nie mnie uwie­rały. Że też nie mogłam wybrać na spa­cer innych butów... Wycho­dząc z domu, kom­plet­nie się nad tym nie zasta­na­wia­łam. Się­gnę­łam po pierw­sze lep­sze obu­wie, sądząc, że i tak zaraz wrócę, by wśród czte­rech ścian, leżąc zwi­nięta pod kocem, dalej roz­my­ślać o swo­jej smęt­nej egzy­sten­cji i o tym, jaka jestem nie­szczę­śliwa.

Gdy tylko męż­czy­zna wepchnął mnie na tylne sie­dze­nie i zatrza­snął zamek w drzwiach po obu stro­nach tak, bym nie miała moż­li­wo­ści ucieczki, zaży­czył sobie, abym podała mu swoją komórkę. Nie mia­łam wyboru. Gdy tylko to zro­bi­łam, poło­żył moją wła­sność na ziemi, tuż pod kołami swo­jego gra­fi­to­wego mer­ce­desa klasy S w wer­sji guard, a następ­nie wsiadł za kie­row­nicę i odpa­lił sil­nik. Czołg ruszył z piskiem opon, w mgnie­niu oka miaż­dżąc mój tele­fon i odbie­ra­jąc mi jedyną szansę na kon­takt z naj­bliż­szymi i w zasa­dzie z kim­kol­wiek. Nie mogłam jed­nak nic zro­bić. Teraz to Irland­czyk był sze­fem, a ja jego pod­władną, która tak naprawdę gówno miała do powie­dze­nia. W grun­cie rze­czy powin­nam się cie­szyć, że nie posłał mnie do pia­chu po tym, jak ucie­kłam z domu Czer­wiń­skiego, okła­maw­szy ich, iż wyko­na­łam zle­cone mi zada­nie.

Samo­chód, w któ­rym sie­dzia­łam, był naprawdę wygodny. Zaraz po tym, gdy ruszy­li­śmy, opar­łam głowę i ścią­gnę­łam łopatki, czu­jąc na ramio­nach ciarki. Po prze­je­cha­niu kil­ku­dzie­się­ciu kilo­me­trów silny nie­po­kój ustą­pił miej­sca zacie­ka­wie­niu. Co prawda strach nie znik­nął, ale powoli sta­ra­łam się uspo­ka­jać. Wma­wia­łam sobie, że nerwy i tak niczego nie zmie­nią w mojej sytu­acji.

Po pię­ciu godzi­nach jazdy nie czu­łam już nóg; wzię­łam głę­boki wdech i roz­luź­ni­łam spięte mię­śnie barku i ramion. Potwor­nie bolała mnie głowa, a myśli nie dawały mi spo­koju. Snu­łam wła­sne teo­rie na temat nur­tu­ją­cego mnie wciąż pyta­nia, na które chcia­łam poznać odpo­wiedź. Spoj­rza­łam na Irland­czyka, który pochy­lał się nad tele­fo­nem, zer­ka­jąc co jakiś czas na drogę. Śmi­gał pal­cem po nie­wi­docz­nych kla­wi­szach ekranu doty­ko­wego. Nie sły­sza­łam żad­nych dźwię­ków; zapewne miał włą­czony tryb mil­czący, jakby chciał coś przede mną ukryć.

- Mogę zadać ci jedno pyta­nie? - Cała drża­łam i dygo­ta­łam od chwili, gdy wsia­dłam do tego ele­ganc­kiego samo­chodu. Wresz­cie jed­nak zdo­by­łam się na odwagę, by się ode­zwać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki