Zastępy Anielskie. Żarna niebios - Maja Lidia Kossakowska

Kup ebooka

29.93 zł
24.84 zł (24,34 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Maja Lidia KossakowskaCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2008

WYDANIE I - poprawione

ISBN 978-83-7574-323-4

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT ORAZ GRAFIKA NA OKŁADCE Piotr Cieśliński

ILUSTRACJE Grzegorz Krysiński

REDAKCJA Dominika Repeczko

KOREKTA Ewa Hartman, Magdalena Byrska

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Światło w tunelu

Nie zapamiętał uderzenia ani wstrząsu. Pamiętał zbliżający się z szaloną prędkością samochód, który po prostu nie miał prawa znaleźć się nagle na prawym pasie, jadąc w przeciwnym kierunku, niż powinien. Eryk zdążył tylko pomyśleć, że to naprawdę nie w porządku. Wydawało się, że nadjeżdżająca maszyna zdaje sobie z tego sprawę, bo w wytrzeszczonych ślepiach reflektorów zobaczył poczucie winy. A może tak mu się zdawało. Samochód sunął prosto na niego, a potem zapadła ciemność, jakby ktoś wyłączył światło.

Eryk ocknął się na poboczu, w rowie. W powietrzu unosiła się przykra listopadowa mżawka. Karetka migała wściekłym błękitem, jakby sugerowała, że jest ekspresem prosto do nieba. Sanitariusze ostrożnie ładowali ciało na nosze. Wokół stała grupka gapiów. W polu, niczym martwe zwierzęta, leżały dwie kupy zgniecionej blachy. W jednej z nich Eryk rozpoznał swój samochód.

Z jękiem zajechał wóz policyjny, zahamował ostro. Mundurowi wyskoczyli z wnętrza jak diabełki z pudełka.

Sanitariusze pakowali ofiarę wypadku do karetki. Dziwny niepokój kazał Erykowi spojrzeć w twarz rannego. Przysunął się bliżej, zajrzał przez ramię lekarza i poczuł lodowaty dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Na noszach, zakrwawiony i umazany błotem, leżał on sam. Niemożliwe, jęknął w duchu. Kuli się przecież w porywach jesiennego wiatru, mżawka tnie go w policzki i nos. Spojrzał na swoje buty. Były przemoczone i oblepione ziemią. Stał w końcu po kostki w błocie. To jakieś szaleństwo!

Wyciągnął rękę, dotknął ramienia lekarza.

- Panie doktorze - powiedział - ja jestem tutaj.

Brzmiało głupio, ale niczego lepszego nie wymyślił. Lekarz nie zareagował. Eryk zacisnął palce, szarpnął mocno.

- Hej, czy pan mnie słyszy?

Nic na to nie wskazywało. Lekarz pozostał niewzruszony. Majstrował coś przy masce z tlenem nałożonej ciału Eryka. Sanitariusze zatrzasnęli drzwi, zanim Eryk zdążył zrobić cokolwiek. Chciał wsiąść do karetki, ale nie zdążył. Furgonetka zawyła przeraźliwie i pomknęła w listopadowy zmierzch.

Eryk został na poboczu w mokrych butach, z uczuciem całkowitej bezradności. No dobra, umarłem, pomyślał. I co dalej? Przypomniał sobie mgliście zasłyszane kiedyś opowieści o doznaniach z pogranicza śmierci, ale nic tam nie było o ciałach odjeżdżających w dal karetką. Czuł się zawiedziony i w jakiś sposób oszukany. Nie miał pojęcia, co robić.

Rozejrzał się. Na szosie zdążył już powstać spory korek. Policjanci starali się regulować ruch, ale zdaniem Eryka tylko potęgowali zamieszanie. Mrugając żółtymi światłami, zajechał samochód pomocy drogowej, podobny do wielkiej głębinowej ryby. Kiedy pracownicy zabrali się do wywożenia resztek jego peugeota, Eryk, nie wiedzieć czemu, poczuł się naraz strasznie samotny. Szybko jednak to uczucie przerodziło się w złość. Stał w rowie, na deszczu, zmarznięty i przemoczony, a przecież umarł, do cholery! Ktoś tam, z góry, powinien się nim zająć, a przynajmniej pokazać mu drogę. Wcisnął ręce w kieszenie i ruszył przed siebie poboczem, bo najbardziej na świecie nie chciał zostać sam na miejscu wypadku, gdy policja odjedzie, a gapie się rozejdą. W ten sposób miał przynajmniej wrażenie, że podejmuje jakąś decyzję.

Szedł, z każdą chwilą bardziej rozgoryczony i wściekły, a wiatr zawodził paskudnie. Wył i świstał nie do wytrzymania głośno. Dźwięk narastał. Hałas ogłuszył Eryka, zmusił do zatkania uszu dłońmi. W końcu mężczyzna zatrzymał się, a potem poczuł, jak przemożna siła wyrzuca go w górę. Świst ucichł, zmienił się w ciche mruczenie. Wokół Eryka utworzył się obszerny tunel z gęstej mgły mieniącej się kolorami tęczy. Niewidzialna ręka pchała go wyżej i wyżej, ku światłu. Było olśniewająco białe, kojące, cudowne. Eryk wyciągnął ramiona. Poczuł gwałtowną falę radości i spokoju. Płynął do światła.

Powoli w cudownej jasności zaczęły majaczyć postacie. Z początku małe i niewyraźne, ale z chwili na chwilę większe. Na spotkanie Eryka kroczył anioł, sylwetka z wyciągniętymi rękami i rozpostartymi skrzydłami. Eryk uczuł, jak ogarnia go głębokie, mistyczne wzruszenie. Zrozumiał, że zapewne widzi swego anioła stróża.

- Jaki piękny! - wyszeptał.

Postać skąpana w blasku zbliżyła się znacznie. Eryk był w stanie dokładnie zobaczyć krótką burą tunikę, jaką miała na sobie, i dostrzec oblicze, szczerze mówiąc, całkiem przeciętne. Lekkie rozczarowanie wynagrodził mu za to widok drugiej osoby, drobnej staruszki z trójkątną twarzą okoloną chmurą białych loczków, które upodobniały ją do kalafiora.

- Babcia! - krzyknął radośnie.

Starsza pani z uśmiechem pomachała ręką.

- Witaj, zbłąkana duszo! - zawołał anioł, cokolwiek namaszczonym tonem. - Oto przybyłeś do Królestwa Światła... Auuu!

Ostatni okrzyk nie należał do przemowy. Anioł wydał go mimowolnie, zgiął się wpół i upadł, kopnięty w brzuch, a następnie grzmotnięty w kark przez trzecią postać, której gwałtowne pojawienie się przerwało ceremonię powitania. Eryk zobaczył jeszcze, jak babcia małymi piąstkami tłucze napastnika w plecy, gdy nagle ktoś przyskoczył do niego z boku, narzucił mu na głowę ciężką, cuchnącą kurzem tkaninę. Eryk szarpnął się rozpaczliwie, próbując się wyrwać. O Boże, pomyślał w panice. Porwały mnie diabły! To koniec! Trafię do piekła! Młócił rękami na prawo i lewo, ale strach osłabiał go, zamiast motywować. Poczuł silne uderzenie w głowę i zapadł w cuchnącą kurzem ciemność.

Ocknął się z paskudnym bólem głowy. W ustach czuł nieprzyjemny słony posmak. Ktoś klepał go po twarzy, niezbyt łagodnie, ale z pewnością nie po to, żeby zrobić mu krzywdę. Przez zmrużone powieki widział tylko rozmazane cienie. Przezornie nie otworzył oczu, udając, że wciąż jest nieprzytomny.

- Po coś go tak grzmotnął w łeb? - usłyszał zirytowany głos. - Z tobą tak zawsze! Niczego nie zrobisz porządnie.

- Wyrywał się, co niby miałem wymyślić innego? - odpowiedział drugi, a klepanie w twarz ustało.

- Właśnie - sarknął pierwszy. - Myślenie, czyli coś, co ci zdecydowanie nie idzie. Teraz się na pewno nie zgodzi. I wiesz co, braciszku? Mamy przechlapane.

- Czekaj! A może oblać go wodą? - doznał olśnienia drugi.

Eryk uznał, że teraz warto już otworzyć oczy. Przekonał się, że siedzi oparty o ścianę w jakimś brudnym zaułku. W pierwszej chwili pomyślał, że znalazł się w zapuszczonym skansenie, bo budynki były krzywe, zbite z grubych bali uszczelnionych słomą. Uniósł wzrok i jęknął. No pięknie, wstrząs mózgu jak nic! Widział podwójnie. Dwie pochylone nad nim postacie były zupełnie identyczne. Zobaczył takie same rozczochrane czupryny grubych, jasnych włosów, dwie pary szarych oczu osadzonych trochę za blisko nosa, wydatne, kwadratowe szczęki. Obie twarze różnił tylko jeden szczegół. Na policzku tej z lewej widniała długa, brzydka blizna.

To bliźniacy, pomyślał Eryk. Oczywiście, jeśli bliźniakami mogą być anioły. A obaj panowie z całą pewnością byli aniołami. Świadczyły o tym niezbicie duże, trochę brudnawe i przyżółcone skrzydła.

- Ocknął się - powiedział ten bez blizny.

- Co za światła uwaga, Uwabriel - warknął drugi. - Jestem pod wrażeniem.

Twarz ofukniętego anioła zasnuła się smutkiem, aż Erykowi zrobiło się go szkoda. Blondyn z blizną oblizał wargi.

- No, tego - zaczął wyraźnie zmieszany. - Nie bój się, synu Adama, nie zrobimy ci krzywdy.

Eryk poczuł, że ogarnia go złość.

- Zbędne zapewnienia - wychrypiał przez wyschnięte gardło. - Już zrobiliście.

Odkaszlnął i splunął na ziemię. Po ubitym niedbale klepisku snuła się samotna kura.

- Co to za miejsce, do diabła? - spytał odruchowo.

- No, Limbo - powiedział anioł z blizną. - A co ma być?

Uwabriel wzruszył ramionami.

- Przecież on nie ma pojęcia, co to znaczy - rzucił.

- No tak - mruknął pierwszy. - Nieważne. Później ci to wyjaśnimy, synu Adama. Teraz pójdziesz z nami.

Eryk z wysiłkiem dźwignął się na nogi, nie przyjął wyciągniętej w pomocnym geście ręki Uwabriela. Zauważył, że prawa dłoń anioła jest owinięta brudnym bandażem. Otrzepał pomięte ubranie.

- Nigdzie nie pójdę - oświadczył ostro. - I nie jestem synem Adama, tylko Aleksandra.

- Ale człowiekiem, nie? - Anioł z blizną odsłonił w uśmiechu duże, mocne zęby.

- A wy aniołami, jak widzę! - rzucił ze złością. - Ładnie to porywać ludzi? Zasuwajcie świadczyć dobre uczynki i śpiewać, a mnie odstawcie do raju, czy gdzie tam trzeba.

- Do jakiego raju, misiu? - Twarz anioła wykrzywił grymas politowania. - Nie rób z siebie durnia, dobra? No chodź, szkoda czasu. Załatwimy sprawę i będziesz wolny.

Złapał Eryka pod ramię i pociągnął za sobą jak worek. Był co najmniej o głowę wyższy od człowieka, szeroki w ramionach i zwalisty. Eryk mógł najwyżej wić się w uścisku skrzydlatego jak robak w dziobie wróbla.

- No co ty robisz? - Uwabriel rozłożył ręce. - Będziesz go tak wlókł przez pół Limbo? Trzeba człowiekowi coś wytłumaczyć, nie?

Anioł z blizną niechętnie poluzował uścisk.

- Ja się nazywam Uwabriel - powiedział drugi skrzydlaty. - A to mój brat Parmiel. Wybacz mu grubiańskie maniery. Jest zdenerwowany, bo wpadliśmy w poważne kłopoty...

- Nie zapomnij dodać, kto nas w nie wpakował - mruknął pod nosem Parmiel.

Uwabriel ciągnął niezrażony:

- ...i potrzebujemy fachowej pomocy. Niestety, możemy jej oczekiwać tylko od człowieka o pewnych szczególnych kwalifikacjach. Dlatego pozwoliliśmy sobie postąpić dość, eehmm, radykalnie.

- I po prostu mnie porwać, tak?

Uwabriel westchnął.

- Nie było innego wyjścia. Twój stróż nie pozwoliłby nawet z tobą pogadać. Stróże to straszni służbiści. Betony, prawdę mówiąc. A my mamy nóż na gardle. Musieliśmy tak postąpić.

Eryk spojrzał w szczere szare oczy anioła. Poczuł się mile połechtany, że został wyróżniony jako ktoś szczególny. Co nie znaczyło, że zamierzał dać się bezwolnie prowadzić cholera wie dokąd. Może bracia żywili złe zamiary. Czemu miałby im ufać? W końcu go porwali. Postanowił udawać, że się zgadza, a w sposobnym momencie spróbować ucieczki.

- Czyli jestem kimś w rodzaju wybrańca? - spytał.

Uwabriel skinął głową.

- No, w pewnym sensie.

- To jak, idziesz po dobroci? - zagadnął milczący dotąd Parmiel. W szarych tęczówkach czaiła się podejrzliwość.

- Tak.

- No to już, tylko spokojnie.

Wzięli Eryka między siebie i poprowadzili wąskimi uliczkami. Zaułki były brudne i wyludnione, budynki niskie, często zapadnięte ze starości, drewniane. Z wolna jednak okolica zaczęła się zmieniać. Uboga dzielnica nabierała miejskiego charakteru. Domy stawały się większe, bardziej zadbane, często trafiały się kamienne podmurowania czy podcienie. W dużych oknach zamiast szmat czy rybich pęcherzy lśniły szyby, pojawiały się kolorowo malowane balkony i mansardy. Nawierzchnię ulicy pokrył bruk. Pojawiło się więcej przechodniów. Smagły dżinn o drapieżnych, pięknych rysach twarzy prowadził na złotym łańcuszku małą chimerę. Odziany w błękitną szatę i turban wydawał się cudowną fatamorganą. Wyzywająco ubrana skrzydlata kobieta mrugnęła do Eryka zalotnie. Miała złotą skórę i cudowne, wykrojone jak migdały oczy. Ciemne skórzaste skrzydła wieńczyły matowo połyskujące haki jak u nietoperza. Domyślił się, że widzi żeńskiego demona. Istota minęła ich, kołysząc biodrami.

W podcieniach kamienic mieściły się sklepy, na ulicach stały stragany, przechodniów kręciło się coraz więcej, ale żaden nie był człowiekiem. Eryk rozpoznawał dżinny, skrzydlate demony, anioły i chochliki, malutkie stworzenia o złośliwych pyszczkach buszujące w rynsztokach. Nie wiedział natomiast, kim byli pozostali. Niewysokie, ciemnolice istoty o bardzo chudych twarzach i wydatnych nosach, eteryczne piękności o bladej cerze i zielonych włosach, niscy, miedzianoskórzy łucznicy z kołczanami na plecach i grzebieniami płomiennych włosów, zdających się sypać iskry, ubrani w czerwienie i pomarańcze, oraz cała masa innych dziwnych stworzeń. Uwabriel pochylił się ku niemu.

- Jesteśmy w Limbo. To rodzaj pasa ziemi niczyjej, okalającego równocześnie Królestwo i Głębię. Dlatego widzisz tu aniołów i Głębian spacerujących zgodnie. Głębianie to po waszemu, zdaje się, demony. Te zielonowłose ślicznotki to sylfy, duchy powietrza, a kolesie z ognistymi czuprynami to salamandry, duchy ognia. Przyjrzyj się dobrze, bo salamandry rzadko goszczą w Limbo. Odkąd archanioł Gabriel, regent Królestwa, dał duchom żywiołów, dżinnom i geniuszom autonomię, salamandry siedzą na pustynnym skrawku ziemi głęboko w Strefach Poza Czasem i udają, że są okropnie niezależni. Aha, popatrz, ci ciemni, ubrani w brązowe szaty, to geniusze. Są cwani. Często zajmują się medycyną, magią, edukacją albo finansami. Zadzierają nosa, chociaż jak wszyscy nieskrzydlaci podlegają skrzydlatym i Głębianom.

- Zaraz - Eryk się pogubił. - Co to znaczy skrzydlaci?

- No, aniołowie - wyjaśnił Uwabriel. - Wszystkie duchy żywiołów, dżinny, geniusze i stworzenia ze Stref Poza Czasem nazywają się nieskrzydlatymi i stoją w hierarchii niżej od nas. I Głębian, czyli demonów, oczywiście. Widzisz, hierarchia u nas to ważna rzecz. Aniołowie też się dzielą na klasy. I chóry. Wszystko zależy od urodzenia. Są aniołowie służebni, którzy stoją najniżej, aniołowie stróże, aniołowie służący w Zastępach, to znaczy w regularnej armii, urzędnicy, zarządcy Domów i tak dalej. Wszystko w granicach pierwszego chóru, właściwych aniołów. Potem są archaniołowie i kupa innych, aż do cherubinów i serafinów. Arystokraci Królestwa nazywają się Świetlistymi, a głębiańscy Mrocznymi. Rozumiesz?

- Tak, chyba tak - wymamrotał Eryk.

Od nazw, kast, widoków i zdumiewających stworzeń, które mijał, zakręciło mu się w głowie.

- Nie czaruj tak, Uwabriel - odezwał się Parmiel. - Wytłumaczysz człowiekowi w kilku zdaniach całą strukturę Królestwa i Głębi? Daruj sobie.

Uwaga anioła przywołała Eryka do rzeczywistości. Zamiast gawędzić i podziwiać otoczenie, powinien szukać sposobności do ucieczki. Wyszli na rozległe kamienne nabrzeże. Widok dosłownie zapierał dech w piersi. Szeroka, połyskująca srebrem rzeka znajdowała ujście w ogromnej zatoce, której zielone i błękitne wody wyzłacało złotą smugą niskie, chylące się ku zachodowi słońce. Dalej rozpościerał się bezkres granatowej, oszronionej pianami fal wody. Na przeciwległym krańcu zatoki leżał port. Smukłe żaglowce o dziwacznych kształtach kołysały się w objęciach wiatru. Wyglądały tak pięknie, że aż chciało się rozpłakać z zachwytu. Na bulwarze ciągnącym się wzdłuż brzegu kłębił się kolorowy tłum.

- Piękne, co? - zagadnął Parmiel. - To Zatoka Zmierzchu. Za nią rozciąga się już tylko Praocean. A rzeka, która do niej wpada, to Strumień Czasu. Powiadają, że każdy, kto wrzuci monetę do wody, kiedyś tu wróci.

Eryk, nie odrywając wzroku od horyzontu, nerwowo przeszukiwał kieszenie.

- Masz jakieś drobne? - spytał z nadzieją.

Anioł roześmiał się i wyciągnął dłoń z małą miedzianą monetą. Napisy i rysunki były wpółzatarte, ale ledwo widoczne litery nic Erykowi nie mówiły. Cisnął pieniążek w wodę. Topiel pochłonęła go natychmiast.

Parmiel położył człowiekowi rękę na ramieniu.

- Jeśli chcesz zobaczyć coś jeszcze lepszego, spójrz za siebie.

Eryk odwrócił się. Daleko za kręgiem zabudowań Limbo, na otwartej przestrzeni, ciągnął się pierścień gigantycznych, oślepiająco białych murów. Zatłoczone trakty, niczym kolorowe krajki, wiodły do szeroko rozwartych, zdobionych bram. Mury otaczały gigantyczną, jakby utkaną z błękitnej mgły górę, wysoką na pół nieba. Erykowi zdawało się, że widzi miasta wyczarowane ze światła, unoszące się w przestworzach złote wieże lśniące w promieniach słońca, pałace kruche jak ozdoby z cukru, ażurowe konstrukcje mostów, wiszące w powietrzu ogrody. Wokół leniwie płynęły obłoki. Widok nie mógł być rzeczywisty. Pochodził wprost ze snów, miraży i marzeń. Erykowi omal serce nie pękło z tęsknoty. Mógłby spędzić wieczność, po prostu patrząc na ten żywy cud.

- Co to? - wyszeptał wstrząśnięty.

- Królestwo, synu Adama - powiedział Parmiel. W głosie anioła dźwięczała duma.

Eryk stał wpatrzony, a obłoki leniwie przesuwały się po błękicie.

- No chodź już - szturchnął go Parmiel. - Nie możemy tu sterczeć w nieskończoność.

- Nie chcę - wymamrotał Eryk.

Anioł bezceremonialnie wpakował mu łapę pod ramię.

- Idziemy, i to już! Mamy niedaleko.

Powlókł Eryka przez bulwar. Niedaleko, uświadomił sobie więzień z niepokojem. Jeśli miał spróbować ucieczki, to teraz. Mijali rozstawione wzdłuż nabrzeża stragany.

- Zobacz, jaki piękny sztylet! - zawołał naraz Uwabriel, zatrzymując się przy stoisku płatnerza.

- Daj spokój! - stęknął Parmiel. - Spieszymy się.

Ale brat nie miał zamiaru stracić okazji.

- Ile to kosztuje? - spytał, potrząsając sztyletem.

Parmiel zaczął go odciągać od straganu. Kupiec wykrzykiwał cenę, anioł się targował. Eryk, korzystając z zamieszania, postanowił dać nogę. Rzucił się w tłum.

- Oż, ty bydlę! - usłyszał ryk Parmiela.

Biegł, roztrącając przechodniów. Nie myślał na razie, dokąd pójdzie, jeśli ucieczka się uda. Zagadnie jakiegoś anioła i już. Ale nie udała się. Poczuł nagle silne szarpnięcie za ramię, zobaczył wykrzywioną ze złości twarz z blizną na policzku.

- Co ty wyrabiasz, misiu? - warknął wściekle anioł.

Eryk spróbował się wyrwać i omal nie wyłamał sobie ręki. Chwyt Parmiela był silny jak imadło. Za chwilę dołączył Uwabriel.

- Puszczajcie mnie! - wrzasnął na cały głos Eryk. - Bandyci! Cholerni porywacze! Na pomoc!

Kilku przechodniów odwróciło głowy, ktoś się zatrzymał.

- Ratunku! - ryknął Eryk.

- Zamknij się, idioto! - Parmiel próbował zatkać usta szarpiącemu się mężczyźnie.

Eryk ugryzł go w rękę.

- Auuu! - wrzasnął skrzydlaty.

- Co tu się dzieje? - odezwał się z tyłu władczy głos.

Trójka walczących zamarła. Wysoki anioł o surowym wejrzeniu i ciemnoniebieskich włosach wyglądał na kogoś ważnego.

- Porwali mnie! - zawołał Eryk, ale urwał z okrzykiem bólu, bo Uwabriel wykręcił mu palec.

- To zbiegła dusza, panie! - powiedział szybko Parmiel. - Właśnie udało nam się ją schwytać.

Wysoki anioł zmarszczył czoło.

- Nie słuchaj ich! - wrzasnął więzień, ale tym razem Uwabriel skutecznie zatkał mu usta.

- Zawsze tak mówią. - Parmiel pokręcił głową. - Zaraza z tymi duszami.

Niebieskowłosy anioł machnął ręką.

- Dobrze już. Zabierzcie go, dość tego zamieszania.

Odwrócił się, żeby odejść. Eryk wydał okropny ryk, lecz aniołowie szybko odwlekli go w stronę najbliższej przecznicy.

- No co ty wyrabiasz, misiu? - sarknął Parmiel. - Niezłego stracha nam napędziłeś.

Trzymali teraz Eryka pod ręce, w ciasnym uścisku między sobą. Obrażony, nie odpowiedział. Minęli jeszcze kilka uliczek, domki znów zrobiły się nędzne i małe, choć murowane. Zatrzymali się przed kamienną komórką zaopatrzoną w solidne drzwi. Parmiel wyciągnął zza pazuchy klucz, obrócił w zamku. Aniołowie wepchnęli Eryka do wnętrza. Pomieszczenie było wielkości sporego pokoju, z małymi okienkami umieszczonymi przy suficie. W środku znajdował się długi drewniany stół, ława i kilka zydli. Pod ścianami stały prycze i prowizoryczne półki. W sumie całość wyglądała jak karcer albo tymczasowy areszt.

Uwabriel zaryglował drzwi. Parmiel wskazał Erykowi ławę.

- Siadaj. Musimy pogadać.

- Chyba tak - mruknął więzień cierpko, ale posłusznie usiadł.

- Naprawdę nie chcemy zrobić ci krzywdy. Rozpaczliwie potrzebujemy pomocy, to wszystko.

Anioł spojrzał na brata.

- Uwabriel, dawaj szkło. Ja tego na trzeźwo nie zniosę.

Na stole znalazły się szybko trzy szklanice z grubego zielonkawego szkła i pękata flaszka. Parmiel rozlał do naczyń ciemny, czerwonawy płyn, który pachniał korzennie.

- Golnij sobie - mruknął anioł. - Nie bój się. Jest mocne, ale dobre. Nazywa się "Łzy jednorożca". W sam raz na stypę. No, to za Królestwo!

Bracia wychylili po pół szklanki od razu. Eryk spróbował ostrożnie. Skrzydlaty miał rację. Trunek był przedni.

- Który zacznie? - spytał Uwabriel. Parmiel machnął ręką.

- Dobra, mogę ja. - Zmierzył Eryka uważnym wzrokiem. - Posłuchaj teraz spokojnie, bo musimy ci parę rzeczy wyjaśnić. Jak wiesz, jesteśmy bliźniakami. Aniołami, oczywiście. Może nie bardzo dobrze urodzonymi, ale czystej krwi. Uwabriel służy pod Sarkamiszem, przy trzeciej godzinie nocy, a ja pod Wegnanielem, przy trzeciej godzinie dnia. Parszywa fucha, co tu gadać, ale taki los. Dwie doby temu wracaliśmy obaj z szynku, bladym świtem. To nie był nasz szczęśliwy dzień, synu Adama.

Szare oczy anioła patrzyły ze smutkiem i jakąś straceńczą desperacją. Wspomnienie niedawnych zdarzeń powróciło z niezwykłą wyrazistością.

Było zimno. Niebo szarzało, lecz nie strząsnęło jeszcze okruchów bladych gwiazd. Bracia wracali na kwaterę podchmieleni, ale nie pijani. Chłodne powietrze otrzeźwiło ich niemal zupełnie. Parmiel narzekał, że spóźni się na wachtę, a Uwabriel miał już dyżur za sobą.

Limbo o tej porze było puste i uśpione. Szynki właśnie zamknięto, bywalcy rozeszli się do domów. Mieszkańcy, kupcy i rzemieślnicy, smacznie chrapali w łóżkach. Kroki aniołów niosły się cichym echem między kamiennymi murami. Czarne strzępy cieni zalegały w bramach i zaułkach.

- Hej, co to za szmer? - spytał naraz Uwabriel.

- We łbie ci szumi i tyle - zaśmiał się brat.

Uwabriel zatrzymał się, nasłuchiwał.

- Nie, czekaj! Nic nie słyszysz?

Stali przez chwilę w milczeniu i do Parmiela także doszedł nikły chrobot. Anioła przeszedł dreszcz.

- Lepiej stąd chodźmy. Cholera wie co się włóczy po Limbo o takiej godzinie.

- Aleś wymyślił! - fuknął oburzony Uwabriel. - Przez takich jak ty panuje ogólna znieczulica, a bandyci czują się bezkarni. Może ktoś potrzebuje pomocy?

Parmiel wzruszył ramionami.

- Pewnie okaże się, że my - burknął.

Uwabriel nie słuchał. Wolnym krokiem ruszył w stronę pobliskiego zaułka.

- Gdzie leziesz? - syknął brat.

Anioł uspokajająco machnął ręką.

- Dźwięk dochodzi stamtąd. Tylko sprawdzę.

Parmiel wzniósł oczy do nieba, ale podążył za bratem. Uliczka wybrukowana była kocimi łbami. W słabym świetle przedświtu migotały niewielkie, ciemne kałuże. Uwabriel przypadkiem wdepnął w jedną z nich i szybko cofnął nogę. Parmiel przełknął ślinę. Przyklęknął ostrożnie. Ciecz była gęsta, lepka i cuchnęła krwią. Podniósł wzrok na brata.

- Spadamy stąd, stary.

Twarz Uwabriela pokryła się bladością, ale anioł potrząsnął głową.

- Nie. Tam może być ktoś ranny.

- Oszalałeś?! To paskudna sprawa. Nie mam zamiaru się w to mieszać!

W oczach Uwabriela zalśniła niezłomność.

- A ja tak! W końcu jestem skrzydlatym, poddanym Jasności. Zachowam się jak anioł. A ty jak chcesz! Idę, Parmiel. Muszę sprawdzić, czy nie ma tam rannych potrzebujących pomocy.

- Czekaj! - jęknął Parmiel, ale brat wkroczył już w zaułek. Nie zostało mu nic innego jak pójść za nim.

Za rogiem istotnie byli ranni, ale nic prócz cudu nie mogłoby im pomóc. Obaj leżeli w kałużach krwi, a obok, jak małe księżyce, lśniły dwa noże. Ciemnowłosy, barczysty Głębianin półsiedział oparty o mur. Głęboka czerwień barwiła mu ubranie, twarz i ręce. Przypatrywał się aniołom spod zmrużonych powiek, a wielki, pokraczny pistolet w jego dłoni wlepiał w braci cyklopie ślepie. Pod murem, w zasięgu ręki Głębianina, leżał elegancki srebrzysty neseser.

Gdyby Parmiel ośmielił się poruszyć, skułby bratu gębę aż miło. A nie mówiłem! - wył wewnętrzny głos w głowie.

Aniołowie stali bez ruchu, ze ściśniętymi gardłami i pobladłymi twarzami, a ranny mierzył ich wzrokiem. Cisza się przedłużała. Uwabriel spróbował zrobić pół dyskretnego kroczka w tył.

- Ani drgnij! - wykrakał chrapliwie Głębianin.

Pistolet w jego ręce podskoczył lekko. Zabije nas, pomyślał z niedowierzaniem Parmiel. Zabije jak nic. Z trudem przełknął ślinę.

- Posłuchaj - wymamrotał. - Jesteś ciężko ranny. Potrzebna ci pomoc. Zostanę z tobą, a mój brat pójdzie...

- Nie! - Palec na spuście osunął się niebezpiecznie.

- Nie ruszam się! - krzyknął rozpaczliwie Parmiel. - Stoję w miejscu!

Głębianin ze świstem wciągał powietrze.

- Ciszej - wychrypiał.

Boi się, że przyprowadzimy żandarmów, pomyślał anioł. Nie pozwoli nam odejść. Załatwi nas. Popatrzył morderczo na brata. Zaraza na twoje miłosierdzie, Uwabriel! Oblizał suche wargi.

- Pozwól się chociaż opatrzyć...

- Precz! - warknął ranny. - Nie zbliżać się, bo zabiję!

Cwaniak, przeszło przez myśl aniołowi. Wie, że jeśli dopuści nas do siebie, rzucimy się i spróbujemy zabrać mu broń. Rozejrzał się ostrożnie wokoło. Nie załatwi nas bez koniecznej potrzeby. Boi się, że przypadkowy patrol usłyszy huk wystrzału. Dlatego walczył na noże. Jest już prawie rano, zaraz zacznie się ruch. Na co liczy? Może na kogoś czeka? Parmielem wstrząsnął dreszcz. Tak czy inaczej, żywych nas nie wypuści.

Czas sączył się jak krew z rany. Aniołowie stali nieporuszeni, niczym osobliwe identyczne posągi, niemi strażnicy Głębianina i walizki. Świt powoli różowił niebo. Z zimna i strachu szczękały zęby. O Jasności, Jasności, błagam, wyciągnij nas z tego, bezgłośnie modlił się Parmiel. W końcu był tylko zwykłym skrzydlatym. Nie znał się na broni, ciemnych interesach i sposobach wybrnięcia z gardłowych sytuacji. Całe jego doświadczenie bojowe ograniczało się do kilku niewinnych w sumie bójek w knajpach. Uwabriel stał obok, blady i jakiś dziwnie obcy. Czas płynął, a Parmielowi powoli zaczynało się chcieć płakać. Przecież mogli sterczeć w tym zaułku do skończenia świata.

O Panie, szeptał do siebie, błagam, niech coś się stanie! Niech nas zabije albo wypuści, byle zaraz. Nie zniosę dłużej czekania!

Czas płynął. Niebo pokryło się błękitem, ciepłe palce słońca ślizgały się po dachach. Parmiel słyszał trzask podnoszonych w sklepach żaluzji, brzękanie odsuwanych rygli. Po ulicy przejechał wóz.

W bezokiennym zaułku panował półmrok i groza.

Oczy demona wpatrywały się w aniołów nieruchomo jak ślepia gada. Lśniły szkliście, zimno.

- Uwabriel - szepnął Parmiel głosem cichym jak tchnienie - on chyba umarł.

Uwabriel rozdziawił usta. Parmiel zrobił maleńki kroczek w przód. Głębianin nie drgnął. Jeszcze jeden kroczek. Nic. Skoczył gwałtownie i wyrwał rannemu pistolet. Głębianin osunął się na bok.

- Chodu! - krzyknął Parmiel i rzucił się do ucieczki, nie czekając na brata. Za sobą słyszał kroki galopującego Uwabriela. Brat dopadł go, szturchnął w plecy.

- Schowaj to! - wysapał, nie zwalniając biegu.

Parmiel nie bez zdziwienia zauważył, że wymachuje zabranym demonowi pistoletem. Biegnąc, upchnął broń za pazuchę.

Przez najbliższą bramę bracia wpadli do Pierwszego Nieba. Roztrącając spieszących do pracy aniołów służebnych wpadli do Domu Siedemdziesiątego Szóstego przy Bramie Krogulców. Zaryglowali drzwi swojej kwatery i dysząc, padli na podłogę. Dopiero wtedy Parmiel zauważył, że Uwabriel zaciska palce na rączce srebrnego neseseru.

- Na Otchłań! - wrzasnął. - Po coś to zabrał?!

Uwabriel rozgarniał mokre od potu włosy.

- Ktoś oddał za nią życie. Może być ważna.

- Natychmiast odnieś walizkę! - zażądał Parmiel.

Brat popatrzył na niego krzywo.

- Pewnie już go znaleźli. Zaułek roi się do żandarmów. Odniosę, jeśli pójdziesz ze mną i wytłumaczysz, skąd ją mamy.

Parmiel zaklął.

- No dobra - mruknął. - Pora zobaczyć, co jest w środku.

Położył walizkę na kolanach. Była ciężka. Uwabriel pochylił się ciekawie.

- Magiczny zamek! - powiedział.

Parmiel parsknął z pogardą.

- Nie widziałem jeszcze takiego magicznego zamknięcia, na które nie pomógłby dobry scyzoryk.

Wyciągnął nożyk z kieszeni, majstrował chwilę. Wieko odskoczyło z trzaskiem.

- O dupa! - powiedział i gwizdnął przez zęby.

Uwabriel poszarzał na twarzy.

- Pięknie, co? - warknął wściekle Parmiel. - Ważne rzeczy. Ano pewnie. Koniec z nami, braciszku. Czas odśpiewać rekwiem. Bo o te twoje ważne rzeczy z pewnością ktoś się upomni.

Neseser wypełniały fiolki z brązowym lub przezroczystym płynem i paczuszki z czymś, co wyglądało jak siano.

- Co było w walizce? - Eryk nie potrafił ukryć podekscytowania.

Parmiel popatrzył ponuro.

- Prochy, misiu.

Eryk się żachnął.

- Co ty, robisz ze mnie głupka? Jakie prochy? Przecież aniołowie nie ćpają!

- Jeszcze jak! - mruknął skrzydlaty. - Od dobrych paru wieków. Coś złego stało się ze światem, synu Adama. Kiedyś wszystko opromieniała Chwała Jasności. Każdy mógł z niej czerpać do woli. Od pewnego czasu coś się jednak popsuło. Światłość przygasła, przestała przetykać każdy zakątek wszechświata. Wielu skrzydlatych cierpi z tego powodu. Stracili kontakt z Jasnością, źródło życia, siły i wiary. Szukają sobie namiastek. Zwracają się przede wszystkim w stronę Królowej, ale i jej błogosławione, słodkie światło zanika. Zostają miejsca i rzeczy, które nasyciła swą mocą na Ziemi. Wiesz, miejsca objawień, święte źródła, obrazy. Góra potępia to w czambuł. Za handel lub używanie zakazanych substancji można przez wieki nie wyjrzeć z lochu. Za przemyt grozi nawet czapa. Łapę na zbycie i zyskach trzymają głównie Głębianie. Widzisz, w co się wpakowaliśmy? Jakbyśmy zadarli u was z mafią kolumbijską, rozumiesz?

Eryk pokręcił głową.

- Czym wy się, u diabła, możecie naćpać? Przecież nie koką.

- Pewnie, że nie. Ale wodą z Lourdes już śpiewająco. Albo krwawymi łzami płaczących figur. Są podobno najmocniejsze i cholernie drogie. Popalić ususzoną trawkę z Fatimy też ponoć można z dobrym skutkiem.

Anioł uśmiechnął się krzywo.

- Fajnie, co?

- No dobra, macie problem. Ale to jeszcze nie katastrofa. Jeśli ktoś przyjdzie po towar, oddajcie walizkę i po strachu. Wątpię, żeby was od razu zabili. Trupy to zawsze dochodzenie, kłopoty, węszący policjanci. U was pewnie wszystko też tak wygląda.

Parmiel w milczeniu skinął głową.

- Nie macie się co bać. Oddacie walizkę i po sprawie. Filmów nie oglądacie? Nie załatwią was.

- Załatwią - powiedział anioł ponuro. - Bo nie mamy już walizki. W każdym razie nie mamy zawartości. Nie sądzę, żeby Głębianie zadowolili się samym neseserem, chociaż jest naprawdę elegancki.

- Zaraz - szepnął Eryk z niedowierzaniem. - Sprzedaliście towar? A forsa? Przehulaliście całą w dwa dni?

Parmiel westchnął. Rzucił mordercze spojrzenie w kąt, gdzie drugi anioł udawał, że wyciera szklanki.

- Mylisz się, misiu. Nic nie sprzedaliśmy. Mój brat Uwabriel, dzielny samarytanin, wszystko rozdał.

- Co?! - krzyknął Eryk. - O rany!

Parmiel potarł kwadratową szczękę.

- I ja nie mogłem uwierzyć. Ale zrobił to. - Twarz anioła wykrzywił szyderczy grymas. - "Bo ci biedacy tak cierpieli bez Jasności". A teraz nam przyjdzie pocierpieć, kiedy właściciele upomną się o swoje dobro.

- Może zrozumieją - mruknął z powątpiewaniem Eryk.

- Nie, misiu. Nie zrozumieją. To Głębianie. Po twojemu - demony. Na nich nie działają podobne subtelności. Zresztą już raz nas dorwali. Wiedzą, że mamy walizkę, i bardzo chcą się dowiedzieć, gdzie ją trzymamy. Dopadli nas nocą następnego dnia, kiedy Uwabriel szedł na dyżur. Odprowadzałem go dla bezpieczeństwa, ale nie pomogło. Skopali mnie tak, że chyba mam pęknięte żebro, a bratu złamali dwa palce. Uratował nas patrol żandarmerii przechodzący obok. Rzadko się cieszę na widok glin, ale o mało ich nie wyściskałem. Głębianie zwiali, a my od tego czasu ukrywamy się. Wynajęliśmy tę kanciapę i boimy się nosa wyściubić.

- Skąd wiedzieli, że macie towar?

Anioł wzruszył ramionami.

- Cholera ich zna. Wiedzieli i już. Pewnie ktoś im podkapował.

Eryk podrapał się w ciemię.

- Może powinienem was obejrzeć? Jestem w końcu chirurgiem.

Bracia wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- Nie teraz, misiu. Potem naoglądasz się nas do woli. Zaraz zrobi się ciemno. Wtedy wyjdziemy.

- Dokąd?

Anioł znów wzruszył ramionami.

- Na umówione miejsce. Zobaczysz.

Eryk pojął, że niczego więcej się nie dowie. Mimo protestów trzeźwej strony natury musiał przyznać, że polubił braci.

- Długo będziemy czekać?

- Zanim noc nie zapadnie na dobre - odezwał się nieśmiało Uwabriel.

Parmiel wciąż patrzył na niego jak na glistę.

- To może wypijemy po szklaneczce i opowiecie mi trochę o zaświatach. Mam mnóstwo pytań. Ludziom nie zdarzają się takie okazje. W każdym razie nie wszystkim.

- Racja. Polej, Uwabriel. Na trzeźwo tracę wyrozumiałość.

Skrzydlaty z miną zbitego psa napełnił szklanki. Eryk pociągnął łyk.

- Jak to możliwe, że jesteście bliźniakami?

Uwabriel z wdzięcznością przyjął zmianę tematu.

- Czasem w nieustannej pieśni wszechanioła Wretila Metatrona, której dźwięki powołują do życia nowe anioły, trafi się podwójna nuta. Wtedy rodzą się bliźnięta.

- Pogubiłem się trochę, kiedy tłumaczyłeś. Jak wygląda ten zaświat? No, niebo, piekło i reszta?

Uwabriel przysunął sobie zydel, upił łyk gorzałki.

- Widzisz, Królestwo przypomina ogromny tort. Składa się z siedmiu wznoszących się kręgów, nazywanych Niebami. Zwykli skrzydlaci mają dostęp tylko do Czwartego Nieba, gdzie mieszczą się wszystkie ważne gmachy państwowe i urzędy. Wyżej mogą wchodzić wyłącznie dobrze urodzeni, Świetliści. Królestwem rządzi regent, archanioł Gabriel, i rada siedmiu archaniołów, którzy dostępują zaszczytu wstępowania przed Tron Pański. W Siódmym Niebie rezyduje sama Jasność, ale mało który skrzydlaty Ją widział. Głębia mieści się bezpośrednio pod Królestwem i wygląda podobnie, ale odwrotnie, niczym odbicie w wodzie. Składa się z siedmiu Piekieł, a w najniższym stoi Pandemonium, reprezentacyjny pałac Lucyfera. Najwyższy krąg Głębi nazywa się Przedpiekle. Limbo to rodzaj podgrodzia, równocześnie dla Otchłani i Królestwa. Mieszkańcy trudnią się handlem i rzemiosłem, są neutralni i żyją z obu państw, które zaopatrują się tu w niezbędne towary. Limbo otacza z jednej strony Rzeka Czasu, która wpada do Praoceanu. Z drugiej ciągną się Lasy Cieni, a za nimi są Strefy Poza Czasem ze swoimi dziwnymi mieszkańcami. Aha, w różnych Niebach Królestwa bywają jeszcze prowincje, którymi władają możni skrzydlaci. Jest ich sto dziewięćdziesiąt sześć, czy sto sześćdziesiąt dziewięć, nie pamiętam. Królestwo ma ponadto w posiadaniu Księżyc, Słońce i planety. Chór Potęg opiekuje się porządkiem w kosmosie.

Parmiel wstał, zadarł głowę i wyjrzał przez małe okienko.

- Ściemniło się - powiedział. - Dość geografii. Musimy iść.

 

Dopuszczalne straty

Archanioł Gabriel, regent Królestwa, Pan Objawień, zatrzasnął za sobą drzwi Sali Tronowej i z wolna osunął się na posadzkę. Dygotał. Przed oczami widział wirujące plamy, czerwone i czarne, podobne do liści miecionych kurzawą. Sam czuł się podobnie, niby strzęp rzucony na pastwę huraganu. Fale lodowatego potu zlepiły w mokre kosmyki jego włosy barwy antracytu, starannie przycięte do wysokości szczęki. Zimne strużki spływały po czole, skroniach, policzkach anioła. Uniósł do twarzy dłonie, które podrygiwały w konwulsyjnych drgawkach. Nie potrafił opanować drżących palców nawet na tyle, żeby wyciągnąć z kieszeni chustkę i otrzeć pot. Siedział na korytarzu pod drzwiami Sali Tronowej przekonany, że oszalał lub padł ofiarą spisku.

Pomyślał przelotnie, że mógłby odemknąć odrobinę wielkie wierzeje sali, spojrzeć i przekonać się ponownie, ale ledwie ten zamiar zaświtał mu w głowie, serce zerwało się do panicznego galopu, a gardło zdławił skurcz strachu. Gdyby mógł zmusić ciało do jakiegokolwiek wysiłku, Gabriel zerwałby się z miejsca i uciekł. Nieważne dokąd. Daleko. Bardzo daleko. Siedział jednak na podłodze, bliski zemdlenia, pocąc się i drżąc. Żałował, że przybył przed Oblicze Pańskie. Żałował, że stanął przed Białym Tronem bez specjalnego powodu, niewzywany. Miałby przed sobą jeszcze trochę czasu. Ba, dużo, dużo czasu, zanimby się zorientował. Przeklinał butę, która pozwoliła mu skorzystać z przywileju wkraczania bez rozkazu przed Tron Pański. Przeklinał urząd regenta, karierę, jaką zrobił z własnej głupoty i pychy, przeklinał wreszcie całe Królestwo.

Powinien rozpaczać, płakać, tłuc łbem w ścianę, ale nie potrafił. Pewnie łzy przyniosłyby ulgę, lecz Gabriel nie umiał opłakiwać straty, która powinna złamać serce każdego anioła. Gorzki grymas wykrzywił usta regenta. To nie tragedia wywołała u niego atak paniki, ale proste pytanie: co dalej?

Archanioł, czepiając się kurczowo klamki, zdołał wstać. Plamy przed oczami wirowały nadal, kolana drżały, lecz Gabriel usilnie starał się wziąć w garść. Królestwo nie może się zachwiać. Nawet jeśli regent żałuje, że nie przemienił się nagle w proste, bezmózgie stworzonko, jak choćby chrząszcz. Żałuje, że w ogóle się urodził.

Pan Objawień wziął kilka głębokich wdechów, drżącymi palcami przeczesał włosy i tak szybko, jak pozwoliły miękkie ze strachu nogi, oddalił się od strasznej komnaty. Sprawy wymagały natychmiastowego omówienia z zaufanymi przyjaciółmi.

Rafael płakał. Wielkie łzy płynęły po wykrzywionej smutkiem twarzy Archanioła Uzdrowień. Nawet nie próbował ich otrzeć. Skulony na fotelu w prywatnym gabinecie Gabriela, ubrany w prostą brązową szatę bez ozdób, wyglądał żałośnie i jakoś nie na miejscu w otoczeniu kosztownych mebli i cennych bibelotów.

Zielone niczym butelkowe szkło oczy regenta Królestwa przypatrywały się przyjacielowi z irytacją. Na litość, to nie był czas na łzy! Dobrze, że chociaż Michał zdaje sobie z tego sprawę. Gabriel obrócił głowę, spojrzał na Pana Zastępów, wodza regularnej armii anielskiej. Archanioł nerwowo miętosił w palcach kosmyk szafranowych loków. Jego szczera, przystojna twarz miała barwę popiołu. W niebieskich tęczówkach mieszkała udręka. Otworzył usta, jakby chciał o coś spytać, czemuś się dziwić, ale się nie odezwał.

W gabinecie dawał się słyszeć tylko stłumiony szloch Rafała i odgłos nerwowych kroków Gabriela. Pan Objawień krążył wokół stołu, bezwiednie obracając na palcu pierścień, oznakę władzy regenta.

Zatrzymał się, potarł skronie, znów zmierzył lodowym wzrokiem płaczącego Archanioła Uzdrowień.

- Rafał, na Jasność! Przestań się mazać! - syknął. - Myśli nie można zebrać!

Łagodne orzechowe oczy Rafaela szkliły się od łez.

- Nie wierzę - wyszeptał z rozpaczą. - Nie mogę uwierzyć!

Gabriel rozłożył ręce.

- Widziałeś, prawda? Byłeś tam! Więc przestań negować fakty, tylko rusz głową. Stoimy nad przepaścią, Rafał. Właściwie nie jestem pewien, czy nie spadamy na łeb z rozłożonymi skrzydłami i przerażeniem w oczach. Musimy coś wymyślić! Musimy działać! Natychmiast.

- Nie krzycz na niego, Gabrysiu - odezwał się Michał grobowym głosem. - Jest w szoku.

- Ja też! - warknął Gabriel.

Michał westchnął, przeciągnął ręką po twarzy.

- Dżibril - powiedział łagodnie, używając imienia, którym ochrzciły Gabriela dżinny, a które Michał stosował w charakterze poufałego zdrobnienia - zaczekajmy. Może to czasowe, może minie...

- Nie wiem - szepnął Pan Objawień. - Nie liczyłbym na taki obrót sprawy, zwłaszcza w świetle słów Serafiela.

Michał zadrżał, przypomniawszy sobie ogromnego serafina spoczywającego u stóp Białego Tronu.

- Wszyscy wiedzą, że Serafiel jest stuknięty - mruknął niepewnie. - Wierzysz w gadaninę wariata?

Gabriel pokręcił głową.

- Misiu, Jasność rzadko pozwala sobie na żarty. A nigdy na kiepskie. To, co się zdarzyło, z pewnością jest poważne. Bardzo poważne.

Rafał skulił się jeszcze mocniej.

- Co zrobimy? - jęknął. - Jak będziemy teraz żyć? Co się stanie z nami wszystkimi, z Królestwem?

Michał milczał ponuro. Gabriel zwarł ręce w pięści, targnął głową. Zielone oczy płonęły.

- Jedno jest pewne - powiedział dobitnie. - Królestwo musi trwać!

Michael westchnął głęboko.

- To nie zależy od nas, Dżibril.

Regent zacisnął dłonie na oparciu krzesła, pochylił się, przybliżając twarz do twarzy przyjaciela.

- Mylisz się, Michasiu - w jego głosie drgało napięcie. - Wystarczy, jeśli nie dopuścimy, by tajemnica wyszła na jaw.

Pan Zastępów pobladł gwałtownie.

- To się nie uda - szepnął. - Wszyscy się dowiedzą. Natychmiast poczują...

Gabriel się żachnął.

- A myśmy poczuli, Misiu, zanim nie poszedłem do Sali Tronowej?

Michael w zamyśleniu pocierał brodę.

Pan Objawień znów podjął nerwową wędrówkę wokół stołu.

- Zastanówcie się - ciągnął. - Kto w ogóle widuje Jasność? Kto? Którzy aniołowie?

- No... - mruknął Michał. - Metatron...

Gabriel machnął ręką.

- Jego możesz nie liczyć. Pozostałych ulubieńców Pana też nie. Kto zostaje?

- My - powiedział Michał. - Siedmiu archaniołów, którzy mają przywilej stawania przed Białym Tronem.

- Właśnie! - wykrzyknął triumfalnie Gabriel.

- Gabrysiu, to byłoby oszustwo - wtrącił oszołomiony Rafał.

- Nie! Oczywiście, że nie! Naszym podstawowym obowiązkiem jest służenie Królestwu i ratowanie go za wszelką cenę!

- Może i racja - zgodził się Michał. - Ale jak chcesz zachować tajemnicę? Do Sali Tronowej może wchodzić siedmiu archaniołów, w tym pokoju znajduje się trzech. Co z pozostałymi?

Gabriel bawił się pierścieniem.

- Razjel nie stanowi chyba problemu. Zawsze stał po naszej stronie. Właściwie uważam go za przyjaciela. Jest samotnikiem, ma swoje sprawy, ale nigdy nas nie zawiódł.

Michael skinął głową.

- W porządku. Razjel pewnie nas poprze. A Sariel?

Pan Objawień zamyślił się. Przed oczami stanęła mu zwalista postać Archanioła Zrównania Dnia z Nocą.

- Nie wiem. Wydaje się rozsądny. Trzeba będzie z nim porozmawiać.

- Dobra, powiedzmy - mruknął Pan Zastępów. - Zostaje Fanuel. Trudna sztuka.

Prawda, pomyślał Gabriel. Fanuel, Archanioł Pokuty, Cichy Młodzieniec, jak nieco pogardliwie nazywał go Michał, stanowił w tym równaniu zagadkę. Dżibril nie znał Fanuela za dobrze, wiedział tylko, że archanioł ma skłonność do ascezy, jest trochę naiwny i bardzo praworządny. Nie będzie łatwo namówić go do współpracy. Z drugiej strony Fanuel nie był fanatykiem ani idiotą. Jeśli dobrze dobiorą argumenty, może się zgodzi.

Rozłożył ręce.

- Spróbujemy go przekonać. Nie mamy nic do stracenia.

Michał potrząsnął szafranowymi lokami.

- Nie wolno zapominać o Urielu. Jak mam być szczery, uważam, że na nim spisek się wykopyrtnie. Uriel nie pójdzie na coś podobnego.

Dumny złotowłosy archanioł, regent Słońca, rzeczywiście stanowił problem. Właściwie Gabriel nigdy go nie lubił. Zachowanie i wygląd Uriela najbardziej pasowały do obiegowego wizerunku archanioła, chociaż błękitnooki atleta, obiegający prowincje Słońca na złotym rydwanie zaprzężonym w dorodne siwki, snobował się raczej na tradycje antyczne, aspirując do rangi solarnego bóstwa.

Michael nerwowo pocierał szczękę.

- Zobaczysz, najwięcej zachodu będzie z naszym pieprzonym Heliosem.

Gabriel westchnął.

- Misiu, Uriel jest lojalny i odpowiedzialny aż do bólu. Wmówimy mu, że to jedyne wyjście. Zresztą naprawdę tak sądzę.

Michał wzruszył ramionami.

- Dobra, zobaczymy. W końcu mało wie o mechanizmach rządzenia Królestwem. Większość czasu zajmuje mu odstawianie prowincjonalnego Apolla.

Rafał ukrył twarz w dłoniach.

- Na Jasność! To wszystko bez sensu! Nie uda się. Nawet nie warto próbować. Nie rozumiem was! Ponieśliśmy straszliwą stratę, zawiedliśmy! Doprowadziliśmy do tragedii. A wy opowiadacie o jakichś spiskach! Próbujecie utrzymać tajemnicę. Po co, na litość Pańską?

- Uspokój się, Rafałku - burknął Michał. - Nie histeryzuj. Myślisz, że coś się zmieni, jeśli posypiemy głowy popiołem i zaczniemy zawodzić? Gabriel ma rację. Trzeba działać. Weź to na spokojnie. Może to próba, której zostaliśmy poddani?

Rafael jęknął.

W Michała wstąpił duch czynu. Niebieskie oczy zalśniły, skóra straciła odcień popiołu, nabrała naturalnego koloru bladego karmelu, na policzki wystąpiły rumieńce. Istniała tylko jedna rzecz, której bał się wódz Zastępów. Bezradność. Teraz, kiedy powstał już pomysł, lepszy czy gorszy, kontrowersyjny czy ryzykowny, pozostawało go realizować. A w tym Michael czuł się dobry.

- Od czego zaczynamy, Dżibril?

Gabriel daleki był od zapału przyjaciela.

- Chyba pogadam z Razjelem - powiedział. - Na razie nie mam siły na trudne negocjacje.

Pan Tajemnic, zamknięty w swej sekretnej pracowni, eksperymentował z fluidem iluminacji. Nie był zadowolony z wyników prac. Substancja wciąż wykazywała cechy skażenia pragnieniami badacza. W konkluzji nie otrzymywał wzorca czystego oświecenia, tylko esencję tego, co chciał uzyskać. Różnica zasadnicza i wielce irytująca.

W skupieniu długimi srebrnymi szczypcami wydobył z fiolki trzy drobiny gwiezdnego pyłu, dodał do roztworu. Pstryknął palcami i pod tyglem zapłonął fioletowy ogień oczyszczenia. Odczekał, aż płyn się wzburzy, ruchem dłoni nakazał płomieniom zgasnąć. Delikatnie uniósł pokrywę tygla, spod której zaczęła się sączyć blada poświata. Błękitna, nie biała. Oczywiście, skażenie nie znikło. Sądząc po barwie światła, tym razem było nawet silniejsze. Rozczarowany Razjel westchnął.

Robotę trzeba będzie zaczynać od nowa, od żmudnej czynności mycia i rytualnego oczyszczania tygla. Pan Tajemnic podwijał właśnie rękawy błękitnej szaty, gdy odezwało się Oko Dnia. Sięgnął po klejnot. Gładka powierzchnia kryształu przez chwilę pozostawała ciemna, a potem pojawiło się w niej zasępione oblicze Gabriela.

- Razjel? Muszę natychmiast z tobą pogadać.

- Dobrze - zgodził się Książę Magów. - Gdzie teraz jesteś?

- W twojej głównej pracowni - padła odpowiedź. - Po prostu wyjdź.

Razjela zdziwiła trochę bezceremonialność przyjaciela, ale tylko skinął głową.

- W porządku. Wychodzę.

Zaintonował zaklęcie, prędkimi ruchami dłoni kreślił w powietrzu znaki usuwające magiczne blokady, wreszcie wyrysował pulsującymi świetlnymi liniami framugę czarodziejskich drzwi. Poczekał, aż się zmaterializują, i przeszedł do pracowni zwanej dzienną, dostępnej dla gości i służby, gdzie dokonywał prostych, niegroźnych czarów. Gabriel rzeczywiście czekał. Twarz miał ściągniętą, w zielonych oczach powagę.

- Razjelu, stało się coś niepojętego. Ważą się losy całego Królestwa.

Pan Tajemnic położył palec na ustach.

- Nie tutaj. Przejdźmy do gabinetu. Tam gwarantuję spokój i dyskrecję.

W zacisznym, urządzonym z prostotą gabinecie Razjela Gabriel ciężko opadł na fotel. Książę Magów milczał, ale jego błękitne niczym akwamaryn oczy patrzyły pytająco. Pan Objawień wziął głęboki oddech i zaczął mówić. Prosto, rzeczowo, bez owijania w bawełnę. Gdy skończył, Razjel stał blady jak ściana, miętosząc w chudych palcach koniec długiego czarnego warkocza.

- Domyślałem się, że może nastąpić jakieś radykalne wydarzenie - wyjąkał. - Ale nie takie! Na Jasność, nie takie!

Oczy Gabriela zwęziły się.

- Domyślałeś się? Na litość Pańską, Razjelu, dlaczego więc milczałeś?!

Czarnowłosy archanioł nerwowo potarł czoło.

- To były wrażenia, niejasne przepowiednie, znaki. Nic konkretnego.

- Nic konkretnego? - jęknął regent. - Powinieneś dzielić się z nami każdą przesłanką. Do cholery, obowiązuje cię lojalność!

- Obowiązuje mnie milczenie! Gabrysiu, zrozumże! Jestem Panem Tajemnic. U zarania dziejów Jasność powierzyła mi część sekretnej wiedzy i zabroniła z niej korzystać bez pozwolenia. Zresztą niczego nie ukrywałem. Powtarzam, widziałem tylko znaki.

- Jakie?

Ciałem chudego, kostycznego archanioła wstrząsnął dreszcz.

- Paskudne. Krew. Ognisty deszcz. Rozkładające się mięso. Bezgłowe trupy. Zagładę całych miast i krain. Podstawowe omina zapowiadające niemiłe rzeczy. Pewnie każdy lepszy czarodziej Królestwa też widział podobne znaki.

Gabriel przypatrywał się Razjelowi spod przymrużonych powiek.

- Co ty właściwie wiesz, bracie? - syknął.

Książę Magów drgnął, w jego głosie zabrzmiało cierpienie.

- Nie dręcz mnie! Nie mogę zdradzić! Przecież musisz to pojąć!

- W porządku - mruknął Gabriel, wytrącony z równowagi wybuchem zawsze chłodnego i opanowanego Razjela. - Nie napadam na ciebie. Jestem roztrzęsiony i zdruzgotany.

Pan Tajemnic potrząsnął głową.

- Nie spodziewałem się czegoś podobnego. Przysięgam.

- Wierzę - westchnął Archanioł Objawień.

Błękitne oczy Razjela patrzyły z niepokojem i napięciem.

- Co zamierzasz? Decyzja należy do ciebie. Jesteś przecież regentem Królestwa. Zastępcą Jasności. Zwłaszcza teraz.

Gabriel uśmiechnął się z goryczą.

- Coś w sam raz dla ciebie - powiedział i położył palec na ustach. - Cisza. Tajemnica. Nikt w Królestwie nie może wiedzieć.

- Nikt? - zdziwił się Razjel.

- Poza wybranymi. Doborową siódemką spod Tronu.

Pan Tajemnic w zamyśleniu skubał koniec warkocza.

- To już ma więcej sensu. Pozostali się zgodzili?

Gabriel potrząsnął głową.

- Nie wiem, z tobą chciałem pogadać najpierw.

Razjel pozwolił sobie na lekki uśmiech.

- Dzięki za zaufanie. Zatem jestem włączony do bractwa, tak?

- Od zawsze, Razjelu - powiedział Gabriel z powagą.

Książę Magów rozłożył ręce.

- W porządku. Kogo mam ugadać? Uriela? Fanuela?

- Uriela - w głosie regenta dawała się słyszeć wdzięczność. - Sam wiesz, że nie pałamy do siebie sympatią. Michał też się nie nadaje. Przepada za Urielem jak kot za psem. Zajmie się Sarielem. Dla mnie zostanie Fanuel.

- A Rafał? - zainteresował się Razjel.

Na ustach Pana Objawień pojawił się cierpki grymas.

- Szlocha.

- No cóż - mruknął Archanioł Tajemnic. - Byłem tego pewien.

- Dzięki, Razjelu - powiedział Gabriel szczerze. - Wiedziałem, że na ciebie można liczyć.

- Zrobię, co w mojej mocy. - Książę Magów pochylił lekko głowę. - Aha, chciałbym porozmawiać z Serafielem. Chyba nigdzie nie pójdzie, mam nadzieję?

Gabriel wzdrygnął się na myśl o olbrzymim, szalonym wodzu chóru serafinów, krążącym nad siedmioma Niebami Królestwa i wieszczącym nieszczęście wszystkim skrzydlatym. Pozostawało mu tylko liczyć, że Serafiel okaże się wierny własnym słowom.

- Twierdzi, że nie ruszy się poza próg, bo sama Jasność mu zabroniła.

- To pocieszające - skwitował Razjel z wyraźnie wyczuwalną ironią. Błękitne oczy przenikliwie wpatrywały się w twarz regenta. - Gabrysiu, pozostaje jedna kwestia. Obawiam się, że nie poradzimy sobie sami. Mam na myśli, hmm, konieczność ewentualnego porozumienia z Mrocznymi. To znaczy z Lucyferem i jego najbliższymi wspólnikami. Może to zabrzmi absurdalnie, ale im też prawda nie jest na rękę. Przemyśl to, dobrze?

Pan Objawień odchylił się na krześle.

- Przemyślałem - powiedział spokojnie.

- I co? - Brwi Razjela uniosły się lekko.

Gabriel splótł palce, westchnął.

- Doszedłem do takiego samego wniosku - rzekł cicho.

Sariel oglądał właśnie dorodną chimerę do polowań, którą dopiero co kupił, gdy doniesiono mu, że przybył Michał. Archanioł zdziwił się trochę, ale nakazał podjąć gościa winem i przekąskami, zanim sam nie umyje się i nie przebierze, aby godnie przyjąć skrzydlatego tej klasy. Zdziwienie przerodziło się w prawdziwe zdumienie, gdy ujrzał Pana Zastępów żwawo przemierzającego dziedziniec, a za nim dwóch własnych służących i majordoma, rozpaczliwie starających się skłonić gościa do zachowania etykiety.

Michał zbliżył się do klatek ze zwierzętami, wyciągnął do Sariela dłoń.

- Witaj i wybacz najście - powiedział. - Ale musimy natychmiast pogadać o sprawach dotyczących bezpieczeństwa Królestwa.

Zaskoczony Sariel potrząsał ręką Pana Zastępów.

- Aaa, tak - wymamrotał. - Oczywiście. Niezwłocznie.

Zwykle pogodne oblicze Michała było poważne jak dusza kwakra, w niebieskich oczach lśniła determinacja.

- Chodźmy gdzieś w spokojne miejsce - zniżył głos. - Chodzi o sprawy najwyższej wagi państwowej.

Sariel skinął głową.

- Dobrze, porozmawiamy w bibliotece. Tędy, Michale.

Archaniołowie odeszli, a rozzłoszczona zamieszaniem chimera miotała się po klatce, bijąc o boki ogonem i sycząc wściekle.

Uriel właśnie wyprzęgał ukochane siwki, gdy ujrzał wysoką, chudą sylwetkę anioła, którego długie czarne włosy były starannie splecione w warkocz. Skrzydlaty miał na sobie krótko skrojony kaftan maga w kolorze lodowego błękitu. Zbliżał się szybkim krokiem. Zdziwiony Uriel otworzył usta, żeby spytać, czego Razjel sobie życzy, lecz Pan Tajemnic położył palec na wargach i pokręcił głową.

- Nie tutaj, Urielu - szepnął. - Stało się coś, o czym powinieneś wiedzieć, ale zgodzę się rozmawiać tylko w bezpiecznym miejscu. Dyskrecja może teraz zaważyć na istnieniu państwa, regencie Słońca.

Fanuel podniósł wzrok znad księgi, którą właśnie studiował, i napotkał zielone, płonące jak u kota oczy Gabriela.

- Czy coś się stało? - spytał zaniepokojony.

- Tak - powiedział regent Królestwa. - Z całą pewnością tak.

Słońce zachodziło czerwono nad dachami prywatnej rezydencji Gabriela na Księżycu. Regent Królestwa nerwowymi krokami przemierzał pokój. Doba, którą zostawił do namysłu trzem pozostałym archaniołom, ciągnęła się w nieskończoność.

Rafael siedział nieruchomo w głębokim fotelu. Powieki miał zamknięte, ręce splecione. Gabriel przypuszczał, że się modli. Razjel zajmował krzesło w przeciwległym końcu pokoju. Próbował czytać, ale nie mógł się skupić na treści książki. Przebiegał wzrokiem wciąż te same wersy, a litery rozmazywały się w ciąg nieczytelnych znaków. Michael nie udawał spokoju. Siedział na parapecie, nerwowo nawijał na palec szafranowy kosmyk i bez przerwy wyglądał przez okno.

- Jest Sariel - powiedział z napięciem w głosie. - Właśnie wchodzi.

- Dobrze - szepnął Gabriel.

- Zaraz, widzę na drodze rydwan Uriela. Punktualny drań.

- Dobrze - powtórzył regent Królestwa.

- Mamy i Fanuela. - Michał klepnął dłonią o parapet. - W tej chwili ląduje dywan.

- Przynajmniej wszyscy przybyli - mruknął Razjel. - To już coś.

Po chwili długiej jak kolejna doba drzwi się otworzyły, służący wpuścił trzech archaniołów. Czterej zgromadzeni w pomieszczeniu wstali.

Gabriel oblizał wyschnięte wargi.

- Jaka jest wasza decyzja? - spytał, modląc się do Jasności, żeby głos mu nie drżał.

Przybyli popatrywali po sobie, milcząc. W końcu Sariel wystąpił krok do przodu.

- Zgadzam się - powiedział dobitnie.

- Ja także - odezwał się Fanuel.

Uriel zmierzył zebranych uważnym spojrzeniem.

- I ja - powiedział wreszcie.

Gabriel usłyszał wyraźnie łoskot głazu spadającego mu z serca. Archaniołowie, milcząc, uścisnęli dłonie towarzyszy. Sprzysiężenie zostało zawiązane.

Wysoki biały mur niczym delikatna mgiełka zasnuwały świeże, zieleniejące pędy winorośli. Cicho szemrała fontanna. Smukłe kolumny rozkwitały kamiennym akantem. Ptaki uwijały się wśród gałązek krzewów. Kolorowe kielichy kwiatów sennie pochylały głowy.

Asi, młody anioł, sługa Omaela, naczelnego farmaceuty Królestwa, krążył po ogrodzie z niepewną miną. Nigdy nie został wysłany tak daleko od pracowni pana, w całkowicie nieznane rejony Królestwa. Wiedział mgliście o istnieniu prowincji olimpijskich przylegających do poszczególnych Nieb, ale nie podejrzewał, że kiedykolwiek będzie się błąkał po rozległym, niepokojąco dzikim ogrodzie w czterdziestej trzeciej prowincji Drugiego Nieba.

Czuł się nieswojo pośród kolczastej gęstwy krzewów nieznanych roślin o wąskich srebrzystych liściach, między portykami z białego niczym kość marmuru, obrosłymi splątanym bluszczem, w cienistych alejach ciągnących się w głąb i w głąb, bez końca. Białe kamienne statuy o pustych oczach i surowych twarzach wyglądały jak widma. Zimne ręce płaskorzeźb wyciągały się z murów, bezgłośnie krzyczały otwarte usta. Anioła raz po raz przechodził dreszcz. Bał się przyznać przed sobą, że dawno już zgubił drogę. Serce szybko biło mu w piersi, lęk chuchał zimnym oddechem w kark. Ogród był dziwny, nawiedzony. Asi słyszał w gęstwinie za plecami błagania, szepty i chichoty, wśród tańczących plam światła i cienia coś się poruszało, prześlizgiwało na granicy wzroku. Anioła z wolna ogarniała panika. Bezwiednie przyspieszał kroku, w końcu zaczął biec. Zdawało mu się, że stare, pokręcone drzewa oliwne wyciągają za nim konary, aby schwytać za skrzydła, za ubranie, za włosy. Ciemne, złowrogie cyprysy pochylały się nad ścieżką, gotowe przygnieść niefortunnego wędrowca. Ciernie kaleczyły ręce, wyrywały pióra. Pod stopami roiło się od podstępnych korzeni i niewidocznych wykrotów. A posągi! Na Jasność, poruszały się! Widzi przecież wyraźnie, że go ścigają, przemykając bezszelestnie wśród zieleni. Asi zacząłby krzyczeć, ale głos uwiązł mu w gardle. Bał się wydać dźwięk, przekonany, że straszliwe posągi rzucą się wtedy na niego i zgniotą. Chciał wzywać na pomoc imienia Symei, anielicy, do której został wysłany, lecz krzyk zdławił mu w piersi okropny lęk, że ona także okaże się potworem. Asi biegł przed siebie, przez zdziczały, pusty, nieskończony ogród, dysząc i z trudem powstrzymując szloch. Sforsował barierę kolczastych zarośli, wypadł na małą polanę, porośniętą gęstym dywanem kwitnącej werbeny. Wtem zaczepił stopą o wystający korzeń i runął jak długi. Poderwał się z piskiem przestrachu, bo wprost w niego wpatrywało się martwe, zasnute bielmem oko leżącego olbrzyma. Dopiero po chwili do anioła dotarło, że spogląda na wielki, zwalony posąg. Odetchnął z ulgą. Panika powoli zaczynała mijać. Pajęcze tamaryszki, z gałązkami ozdobionymi kiściami różowych kwiatów, kołysały się nieznacznie na słabym wietrze. Podłużne srebrne liście rokitników drżały. Gdzieś w pobliżu, niewidoczna w gęstwinie zieleni, szemrała fontanna. Asi stał bez ruchu, czekając, aż uspokoi się bijące serce. Na dźwięk głosu poderwał się jak zacięty biczem.

- Ogród upomniał się o ciebie, chłopcze? Jest zachłanny. Tu rzadko ktoś przychodzi.

Przez jedną straszną chwilę Asi myślał, że przemawia do niego posąg, ale szybko doszedł do wniosku, iż niemłody mężczyzna, siedzący na kamiennej ławce ukrytej w cieniu oleandrów, jest żywy.

- Wybacz, panie - wyjąkał. - Nie miałem zamiaru zakłócać twego spokoju.

- Spokoju? - Mężczyzna zaśmiał się zgrzytliwie. - Na bogów, w których straciłem wiarę, jeszcze zanim się tu znalazłem, chłopcze, ty mówisz tu o spokoju?

Asi nerwowo przełknął ślinę. Coś niepokojącego czaiło się w oczach tego człowieka o suchej, orlej twarzy i gorzkim grymasie ust. Anioł zrozumiał z przestrachem, że to nie Symea jest potworem z ogrodu. I nie ogród wpływa na swego dziwnego mieszkańca, lecz on przez samą obecność czyni to miejsce nawiedzonym.

Asi zadrżał.

- Pozwól, że pójdę już, panie - wyszeptał. - Mam posłanie do Świetlistej Symei od mistrza Omaela, maga, twórcy specyfików leczniczych.

Mężczyzna znów się zaśmiał, lecz jego oczy pozostały chłodne.

- Ach, więc to twemu mistrzowi zawdzięczam cudowne kordiały, które pozwalają mi zasnąć w noce pełne wirujących gwiazd i umierających komet! Przekaż mu wdzięczność i ukłony.

Zęby Asiego poczęły dzwonić ze strachu, choć przecież nic niepokojącego nie dało się odczytać w słowach starszego, krótko ostrzyżonego mężczyzny w czystej białej tunice.

- Żegnaj, panie.

- Nie! - Żylasta ręka błyskawicznie zacisnęła się na przedramieniu anioła. Nieznajomy poderwał się z ławki ze zwinnością pantery. Wielkie, płonące źrenice patrzyły bez mrugnięcia w oczy anioła. Asi spróbował wyrwać rękę z uścisku, ale nie zdołał. Mężczyzna ściskał ramię skrzydlatego niby kleszcze.

- On odszedł, wiesz, słodki aniołku? - wyszeptał świszczącym, niskim głosem. - Odszedł, a wy nic nie poczuliście. Ale ja tak. O, tak! Ja... spotkałem Go, rozmawiałem z Nim i zabiłem! Rozumiesz? Jestem naznaczony, jak każdy, kto Go spotkał, kto stanął na Jego drodze. Jako przyjaciel czy wróg, nieważne. On nie ma wrogów. Nie zna przeszkód. Nic Mu się nie oprze. Napiętnował mnie. Odcisnął... swoje... światło. Aż oślepłem, umarłem, wypaliłem się. I jestem tu. Sam, ale nie sam. Nigdy. Zostałem z Nim związany na wieczność. Wiesz, co to wieczność, aniołku? A teraz odszedł. Odsunął się od was. Zabrał swoich ulubieńców. Tak. Jak dziecko zabawki. Jak kobieta pachnidła, szminki i ozdoby. Są z Nim, tam. I nie ma ich, bo odszedł. Rozumiesz?

Potrząsnął ramieniem anioła. Wystraszony Asi nie zdołał nic wyjąkać. Szaleniec patrzył na niego, ale rozszerzone, puste źrenice widziały odległe światy.

- To było wygnanie. Niełaska - szeptał gorączkowo. - Ten upał, smród, krzyczący na każdym rogu prorocy. Wciąż o wieczności, gniewie, zbrodniczych postępkach. Nie rozumiałem ich. Gardziłem. O, jakże pragnąłem wrócić do domu. Gniew, krew, zbrodnie, rozwichrzone brody, brudne, podarte szaty, cuchnące kozy na ulicach miast. Ulicach! Udeptanych klepiskach! I wciąż to samo. Zbrodnicze uczynki, kara. Tak jakby był wiecznie niezadowolony. On nie zna takich uczuć. Jest... światłem, które oślepia. Oślepił mnie i odszedł. Bo go zabiłem. Bo pozwoliłem zabić. Nic nie rozumiesz. Te krzyki, wrzaski, absurdalne argumenty. I upał. I pył. I muchy. A ja chciałem po prostu spokoju. Był dla mnie kolejnym szaleńcem. Innym, bo cichym. Żal mi Go było, ale tak się darli, wrzeszczeli, grozili. Zrozum, nie mogłem sobie pozwolić na zamieszki. A tam tliło się nieustanne zarzewie. Nie mogłem sobie pozwolić, aniołku, bo tak bardzo chciałem wrócić do domu. Gdybym ściągnął na siebie kolejną niełaskę, straciłbym szansę. Musiałem utrzymać spokój. Nie rozumiałem ich. Bezsensownych nakazów, zakazów, praktyk. Byli tacy bezkompromisowi. Zaciekli. Nienawidzili mnie, a ja nienawidziłem ich. Pragnąłem, żeby wytłukły ich pioruny z niebios, zalało morze, sam nie wiem. Czasem nawet nie widziałem w nich ludzi. Obce istoty, gorsze od barbarzyńców. Nie dało się z nimi porozumieć. Wszystko było źle! Te wieczne histerie! Absolut, mistycyzm i brudne łachmany. Pot, smród, lepianki z błota. Gnijąca na ulicach krew z tych ich zarzynanych owiec. Czy wiesz, co to znaczy żyć w kraju, gdzie oszczędza się wodę? Mógłbym się bezustannie kąpać. Zmywać ten upał, duchotę, zmęczenie. Tęskniłem. Chciałem znów ujrzeć ogromne, jaśniejące budynki, brukowane ulice, wodociągi, wille zaszyte wśród cichych ogrodów. Śnieg. Ośnieżone szczyty pod niebem ciemnym jak szafir. I dumną, ciągnącą się po horyzont linię akweduktu. Znak cywilizacji. Chciałem zobaczyć potęgę i majestat mojego miasta. Czytać książki. Dyskutować. Spierać się. Wynajdować argumenty. Żartować. Wymieniać plotki. O czym miałem z nimi rozmawiać? O absolucie? O baranach? Zrozum, musiałem wrócić. Z wygnania. Z więzienia. Za cenę jednego życia. To nie tak, jak myślisz. Wtedy życie było tanie. Nie skazałem Go przecież! Nie znalazłem winy. Skąd mogłem wiedzieć? Co robić? Wyprowadzać armię? Bić się? O jednego cichego, dziwnego szaleńca, którego mieli fantazję przestać lubić? Pragnąłem tylko spokoju!

Zaśmiał się krótko, jakby szczekał czy szlochał.

- Spokoju! Co za szaleństwo! Ale teraz zostawił i was. Zobacz, nie ma Go. Poszedł. Odsunął się. Możesz sprawdzić, przysięgam. Zabrał niewiastę, którą zwiecie Królową. I starców, patriarchów, wybranych, oślepionych jak ja. I świętych, którym odebrał wzrok i duszę jeszcze za ich życia. I niektórych z was. Cherubów, serafów, Książąt Sarim, eonów. Możesz ich szukać, lecz nie znajdziesz. I Jego możesz szukać. Próżny trud.

Oddychał płytko, szybko.

- Odszedł - powtórzył bezradnie. Nagle odskoczył, puścił ramię Asiego. - Mam brudne ręce - powiedział ze zdumieniem. - Brudne...

Rzucił się w krzaki, znikając aniołowi z oczu. Asi, choć rozum podpowiadał, że czas uciekać, wiedziony dziwną siłą powoli rozgarnął zarośla.

Szaleniec klęczał nad ocembrowaniem fontanny i nerwowymi ruchami pocierał zanurzone w wodzie dłonie.

Z drugiej strony na polanę wkroczyła wysoka, kosztownie odziana anielica. Zmarszczyła idealnie wykrojone brwi.

- Co tu się dzieje? - spytała ostro.

Mężczyzna przy fontannie momentalnie poderwał głowę. Ale anielica patrzyła prosto na Asiego.

- Przyniosłem posłanie od Omaela, pani - wymamrotał anioł. - I nowe leki.

- Rozmawiałeś z nim? - Ruchem głowy wskazała klęczącego.

- Niiee - wyjąkał Asi. - Nie, pani.

Właściwie nie kłamał, bo sam zdążył powiedzieć zaledwie kilka słów, a czuł przez skórę, że przyznanie się oznaczałoby poważne kłopoty.

Surowa Świetlista skinęła ręką.

- Chodź, nie życzę sobie, żeby obcy kręcili się po ogrodzie i niepokoili chorego.

Odchodząc, Asi ujrzał, jak twarz mężczyzny w tunice wykrzywia się w drwiącym uśmiechu.