Co się odwlecze
"Co się odwlecze, to nie uciecze", stale powtarzał mój ojciec, a ja tylko wzruszałam ramionami. Ale to on miał rację.
W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku mieszkałam z rodzicami w niewielkim miasteczku na południu Polski. W takich miejscach czas płynie całkiem inaczej niż w wielkim świecie. Niczym rzeka przesuwa się leniwym rytmem, czasami zwalnia na zakolach lub gwałtownie przyspiesza na prostych odcinkach. Kiedy patrzę wstecz, dostrzegam, jak wszystko wówczas było zhierarchizowane, ułożone, ustalone i przyklepane. Jedyne, co wówczas starym matronom zwiastowało koniec świata, to koedukacyjne klasy w szkole. Jednak stara dyrektorka znalazła wyjście i dziewczęta siedziały po lewej stronie klasy, a chłopcy po prawej.
Jako mała dziewczynka słuchałam z wypiekami na twarzy opowieści Nastki, starszej siostry, jak należy pisać poszczególne litery i co to znaczy dodawanie i odejmowanie. Piękne lata, kiedy wszystko jeszcze wydaje się proste, ludzie dobrzy, a sprawiedliwość zawsze zwycięża.
Mimo pozorów czas jednak wszędzie biegnie tak samo i pewnego dnia moja siostra była już dorastającą pannicą, która w księżycowe noce opowiadała mi z przejęciem, że najwspanialsza na świecie jest miłość. Leżałyśmy w łóżkach, przez otwarte okna widać było gwiazdy, a ja słuchałam opowieści Nastki o Janku z drugiego końca miasteczka, który napisał do niej miłosny list. Kochali się bardzo, jak szaleńcy. Dziwiłam się potem, że rodzice, którzy niegdyś też przeżywali podobne uniesienia, nie zauważyli, co dzieje się z Anastazją. Może stało się tak z powodu brata, który bez pytania rodziców o zgodę postanowił wstąpić do milicji. Ojciec uznał to za policzek i hańbę dla domu.
- Bo przecież to te komunisty wytropiły w lesie twojego stryja - krzyczał ojciec do brata - i wraz z innymi zastrzelili go jak psa jakiego. Już zapomniałeś, jak stryj przychodził do nas nocami, żeby co zjeść i chociaż raz w miesiącu zażyć kąpieli? Sam mu nosiłeś ręcznik do piwnicy.
- Co ma ręcznik do tego, że chcę iść do milicji? - Stefek nie rozumiał ojcowego wywodu.
- Ano, że stryj walczył o wolną Polskę. To mało?
- Jak to o wolną - zjeżył się brat. - A kto kradł bydło i rozstrzeliwał ludzi?
- Nie kradł, a rekwirował.
- Przecież sam słyszałem, jak mówiłeś, że miał kochankę w mieście i musiał zdobyć na nią pieniądze. A kto spalił naszą plebanię, bo ksiądz chodził pomagać biedakom, którzy zapadli na tyfus? O mało nie spłonął kościół, a wszystko przez to, że ksiądz, jak nakazywała mu wiara, poszedł nieść pomoc potrzebującym. I nic go nie obchodziło, że to komuniści, ale ludzie, którzy potrzebowali natychmiastowej pomocy.
Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, spokojna wymiana zdań zaczęła się zaogniać, głosy rozmawiających podnosić, aż w końcu brat nie wytrzymał i wypalił głośno:
- Lepiej już sobie pójdę, bo widzę, że nie jestem mile widziany w domu, gdzie zakłamanie stawiane jest nad obiektywną prawdę.
Nim ojciec zdołał zareagować, Stefek wyszedł z domu i przez następne dwa lata nas nie odwiedzał. Po szkole milicyjnej zaczął pracować w naszej miejscowości, ale mimo to wciąż do domu nie przychodził. Mnie i Nastkę często zapraszał do cukierni, ale to wszystko.
Tak więc rodzice nie bardzo mieli głowę, żeby zauważyć, co się przy ich boku święci. A święciło się dosyć mocno, gdyż pewnego dnia siostra wyznała mi w tajemnicy, że jest w ciąży z Jankiem.
- I co teraz? - wyjąkałam, wystraszona perspektywą, że zacznie być wytykana palcami przez całe miasteczko.
- Nic się nie stanie. - Nastka wzruszyła ramionami. - Myślisz, że mama z ojcem byli małżeństwem, gdy okazało się, że mam przyjść na świat? Ksiądz dał im ślub, a mama miała dużą wiązankę, za którą chowała ciążę.
Jednak sprawy nie potoczyły się tak prosto. Kilka dni później zaszlochana Nastka powiedziała mi, że Janek na wieść, że zostanie ojcem, stwierdził, że to na pewno nie jego dziecko. Dopiero wtedy rodzice dowiedzieli się o ciąży. Ojciec poszedł do rodziców Janka, żeby rozmówić się w kwestii "co dalej". Tamci jednak uznali, że ciąża Nastki to jego zmartwienie, gdyż to on nie upilnował córki. Ich Janek jest porządnym chłopakiem i wczoraj w kościele przysiągł na krzyż święty, że nie tknął Anastazji. "Byli przyjaciółmi, to prawda", usłyszał tata, "ale pewnie kiedy dziewczyna zorientowała się, że wpadła, postanowiła oczernić porządnego chłopaka i złapać frajera na ojcostwo".
Jak łatwo się domyślić, gdy ojciec usłyszał tak wredną i zakłamaną odpowiedź, wpadł w szał i gdyby nie matka, zdemolowałby dom tym zaprzańcom. Już na ulicy krzyknął głośno, że on swojej krzywdy nie daruje, a Pan na niebiesiech już przyszykuje sprawiedliwą zapłatę.
Dla siostry nastały trudne dni. W tamtych czasach w małym miasteczku panowała jednoznaczna opinia, że panna z dzieckiem oznacza puszczalską, która z pewnością dorobiła się bachora, bo gziła się, z kim popadnie. Ludzie powtarzali takie bzdury, choć jeszcze niedawno Nastka pomagała siostrze zakonnej - kierowała dziewczętami, które w czasie procesji sypały przed księdzem kwiaty, i była dawana innym za przykład.
Z przerażeniem obserwowałam, jak siostra niknie w oczach. Nie mogła uwierzyć, że ukochany zrobił jej coś takiego.
Pewnego dnia pojechałam z rodzicami do cioci na imieniny. Nastka powiedziała, że źle się czuje i została w domu. Gdzieś pod wieczór mamę tknęło złe przeczucie i zarządziła natychmiastowy powrót do domu. Przyjechaliśmy o pół godziny za późno. Nastka otruła się gazem.
Kiedy brat dowiedział się o jej śmierci, wpadł w rozpacz, a potem postanowił wyrównać rachunki z tym, który doprowadził do tej śmierci. Pojechał do Janka. Zobaczył go, gdy ten wychodził z domu na ulicę. Krzyknął: "Odpowiadasz za jej śmierć, kanalio", wyciągnął pistolet i strzelił. Kula chybiła o milimetry i zamiast w głowę mężczyzny, trafiła w rozłożysty klon, który ojciec Janka posadził w dniu narodzin syna. Chwilę potem brat został obezwładniony przez ojca Janka.
Podczas pogrzebu Anastazji nasz ojciec powiedział głośno do zebranych, kogo wini za nieszczęście. Na koniec stwierdził, że los, choć jest nierychliwy, to sprawiedliwy i przyjdzie dzień, gdy przeniewierca zapłaci za śmierć jego dziecka.
Dzień po pogrzebie Janek wyjechał cichcem z miasteczka. Dla ludzi był to wyraźny dowód, że przestraszył się klątwy ojca wypowiedzianej nad otwartym grobem córki. Od tego momentu wszyscy jakby bujnęli się w swoich sądach o Nastce w stronę przeciwną. Teraz to moja siostra była niewinną i skrzywdzoną, Janek zaś ostatnią kanalią. Ot, ludzie.
Wkrótce potem odbyła się przed sądem rozprawa przeciw mojemu bratu, który próbował zastrzelić człowieka. Sąd, uznając, że brat działał w stanie wzburzenia, orzekł karę pięciu lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Oczywiście Stefan został wydalony z szeregów milicji. Jakiś czas później ojciec pojechał do jego mieszkania na drugim końcu miasta. Pogodzili się i od tej pory każdego roku w dzień śmierci Anastazji chodzili razem na cmentarz. Tam ojciec stale powtarzał, że jeszcze przyjdzie dzień, gdy sprawiedliwy los pomści śmierć Nastki, chociaż niewielu już w to wierzyło.
Tak minęło dziewiętnaście lat, trzy miesiące i cztery dni. Jak potem obliczyłam, tyle właśnie czasu minęło od chwili narodzin siostry do momentu, gdy popełniła samobójstwo. Tamtego dnia rano, gdy wracałam ze sklepu z porannymi zakupami, zobaczyłam samochód, za którego kierownicą siedział Janek. To już nie był ten dawny ładny chłopak. Roztył się i wyłysiał. Ostatnio coraz częściej przyjeżdżał do starych i schorowanych rodziców.
Wieczorem na miasteczko spadła nieoczekiwana wichura, równie gwałtowna, co w dniu śmierci siostry. Podobno Janek wsiadł do samochodu i w tamtym momencie rozłożysty klon, posadzony w dniu jego urodzin, a w którym tkwiła kula, którą wystrzelił mój brat, z hukiem pękł i spadł na dach auta. Janek doznał poważnych obrażeń i zmarł w szpitalu po trzech dniach.
Co się odwlecze, to nie uciecze.