Przeklęta ziemia
Postanowiliśmy z żoną jechać na Słowację na narty. Kiedy u nas są roztopy, po drugiej stronie gór jeszcze leży śnieg, aż do późnego marca.
Zapakowaliśmy do samochodu biegówki i po ośmiu godzinach dojechaliśmy do Tatranskiej Kotliny. Pierwszego dnia zrobiliśmy kilka krótkich przebieżek, żeby się zaaklimatyzować. Drugiego mieliśmy już w nogach pięciokilometrową trasę. I wreszcie nadszedł dzień trzeci. Zamierzaliśmy wjechać samochodem na wyższe partie gór. Tam postanowiliśmy przebiec dwadzieścia kilometrów najtrudniejszym szlakiem.
Od rana dzień zapowiadał się piękny. W słowackim radiu prognoza zachęcała do śnieżnej przygody. Wzięliśmy do plecaków swetry, termosy z gorącą kawą i kanapki.
Po jednej trzeciej trasy zrobiliśmy przystanek. Trafiło nam się miejsce pod wiatą. Pod nią ustawiono wycięty z szerokiego pnia stół i ławę. Wypiliśmy po kubku kawy i zjedliśmy po kanapce.
Marta dostrzegła znak. Stał przy kamiennej ścieżce, która prowadziła w dół. Na szerokiej strzałce widniał wypłowiały napis Biała Bystra Woda. Na końcu zaś ledwo widoczny symbol ni to szałasu, ni chaty.
Kiedy mieliśmy zbierać się do drogi, słońce zaszło za chmurą. Pociemniało. Wyjrzałem spod dachu. Niedawno bezchmurne i rozświetlone słońcem niebo stało się szare i miejscami granatowe. Przyszło mi do głowy porównanie z kamiennym stropem ciemnej jaskini.
Uderzył gwałtowny podmuch. W ostatniej chwili chwyciłem się za metalowy słupek, a drugą ręką złapałem żonę za kombinezon. Wichura tężała w złowieszczym gwiździe. Rozległo się przeciągłe skrzypienie.
Potem odgłos łamanych desek i pękających belek. Dach pofrunął w siną mgłę, która zaczęła się mlecznić dokoła.
- Nasze plecaki! - krzyknęła żona, ale jej głos utonął w ogólnym huku.
Wietrzysko porwało je razem z wiatą, którą rozbiło halnym uderzeniem. Za nią poszybowały narty, wbite na sztorc w pryzmę śniegu. Przyciągnąłem żonę mocniej ku sobie. Marta chwyciła metalowy słupek. Wokół zapadła kompletna cisza. Nie dawała jednak nadziei na uspokojenie. Była naładowana groźbą, nieznanym złem.
Staliśmy w martwym bezgłośnym bąblu kompletnego bezruchu. Zaskoczeni, zdezorientowani i przerażeni.
- Co teraz? - usłyszałem przy uchu niespokojny szept.
Znów jękliwie zakręciło wokół ostrym wiatrem. Lodowe szpilki zakłuły boleśnie w policzki. Nasunęliśmy na oczy gogle. Jednak najbardziej niepokojący był nagły spadek temperatury.
Przypomniałem sobie o znaku, który wskazywał zejście nad Białą Bystrą Wodę. I ten charakterystyczny symbol szałasu. Może trafimy na chatę pasterską?
Wciągnąłem komórkę. Kiedy wyszliśmy w góry, wykupiłem aplikację. Byliśmy przez cały czas monitorowani przez system GPS-u. Chciałem sprawdzić na mapie, w jakim miejscu się znajdujemy, ale nie mogłem uruchomić telefonu.
Zaczynało się robić nieprzyjemnie.
- Nie ma co stać - zarządziłem. - Idziemy na poszukiwanie szałasu.
Chwyciliśmy się mocno za ręce i pochylając głowy przed naporem wichury, zaczęliśmy schodzić po kamiennej ścieżce, na której były wyrąbane w skale szerokie stopnie.
Mgła plus gęstniejący śnieżny opad niemal zamknęły nas w nieprzejrzystym kokonie.
- Boję się. - Usłyszałem szept Marty.
Zacząłem mocno masować jej plecy, żeby złapała choć trochę ciepła. W jej oczach zobaczyłem narastającą apatię i otępienie, w którą wpędzał ją rosnący wokół chłód.
Przez piętnaście minut krążyliśmy w śnieżnej mgle w nadziei, że gdzieś dojdziemy. Ale tylko zgubiliśmy drogę. Wreszcie Marta zatrzymała się zdyszana. Zrezygnowana przysiadła na pieńku.
- Dalej nigdzie nie idę - powiedziała zmęczonym głosem.
Wiedziałem, że muszę coś zrobić, żeby ruszyła się z miejsca. Inaczej przegramy.
- Dojdziemy tylko do tej sosny - wskazałem na wyrysowany ciemną kreską w bieli mgły zarys oddalonego świerku. - Czuję, że jesteśmy na dobrej drodze. - Podałem jej rękę. - Zrób to dla mnie.
Marta wstała ciężko. Ja chyba wtedy też powiedziałem sobie w duchu, że jeśli po dojściu do wskazanego celu nie znajdziemy żadnej ścieżki... To będzie nasz koniec.
Kiedy zrobiliśmy kilkanaście ciężkich kroków, dostrzegłem w mlecznym tumanie żółty blask światła.
- Zobacz - krzyknąłem z nadzieją. - To musi być ten szałas. Tam ktoś jest!
Wstąpiły w nas nowe siły. Niemal pobiegliśmy w stronę coraz bardziej wyraźnego kwadratu okna rozświetlonego palącą się w nim świecą. Po chwili doszliśmy do zamkniętej ciężkiej drewnianej furty. Więc to była wiejska zagroda. Uderzyłem pięścią w deski. Jeszcze chwilę temu słaby i zrezygnowany, poczułem przypływ energii.
Upłynęło trochę czasu, nim wreszcie po drugiej stronie odezwał się męski głos:
- Zara... Zara, mówię. Kogo tam duch niesie?
- Zabłądziliśmy we mgle - zawołałem. - Potrzebujemy pomocy.
Furta otworzyła się z przeciągłym skrzypieniem, jakby zawiasy nigdy nie były oliwione. Poczułem zapach spalenizny. Jak nic dym z komina przypadł do ziemi mgielną przyduchą i pociągnął w naszą stronę.
Nie widziałem chaty, jedynie jej zarys w mlecznym tumanie. Stary góral zaprowadził nas do sieni, a z niej wprost do kuchni. Świeca w oknie słabo rozświetlała mrok, w którym migotały refleksy ognia z trzaskiem buzującego pod kuchenną blachą.
- Przemarzliście na kość, więc grzejta się ile wlezie.
Przytknąłem dłonie do gorących kafli i zalało mnie błogie uczucie szczęścia. Byliśmy ocaleni. Znowu doleciał zaduch spalenizny. Piec był nieszczelny i po kuchni niósł się drapiący w gardle smog. Marta przykucnęła i niemal wtuliła się w piec.
- A teraz sobie golnijta, żeby od środka też was rozgrzało. - Gazda wręczył nam po kieliszku i nalał do pełna. - Na raz. Żeby poszło na zdrowie... O, właśnie tak. A tera musowo na drugą nogę, żeby odpędzić przeziębienie.
Pół godziny później siedzieliśmy nad miskami gorącej kwaśnicy. Nie zastanawiałem się, dlaczego tak dobrze rozumiem słowackie gadanie. Jest ono bardzo podobne do polskiego, ale żeby aż tak?
Kiedy się rozgrzaliśmy, a gorzałka zarumieniła twarze, rozejrzałem się po ciemnym wnętrzu. Nad drzwiami wejściowymi nie było krzyża. Byłem już w wielu góralskich chatach, i ta była pierwsza bez symbolu męki Pańskiej. Może wisiał w innym, ciemniejszym kącie? Nie przywitała nas również gospodyni. Ale w końcu to nie moja sprawa. Zima, więc pewnie w obejściu miała co robić. Albo poszła do kumy.
Bardziej ciekawa okazała się Marta.
- Sami tak siedzicie? A gdzie żona?
- Poszła sobie. A ja tu od lat dumam i nijakiego wyjścia znaleźć nie mogę.
- A co was tak dręczy? - włączyłem się do rozmowy.
- Co? - Podniósł na nas smutne oczy. - Jak tu uciec z zaklętego kręgu. Nakreślili go ludzie, obmową, niechęcią i złością. Tu, panie, przeklęta ziemia. Trza było uciekać, jak człek był młody. Ale zło uczepiło się do nóg i nie puściło. Jak ten kamień skazańca, co to nie da odbiec daleko. I tak ostałem. Tylko o zmiłowanie prosić. Najwięcej o krzyż, co skończy cierpienie.
- Duża tu wieś? - Marta zmieniła temat, gdy mina gospodarza sposępniała.
- Było ze trzydzieści chałup. W każdym gazda jak się patrzy. Wszędzie po siedemdziesiąt owieczek w kierdelu, a czasem i więcej. Ale pewnego dnia zło pomieszało wszystkim myśli i języki, jak tym budowniczym Babel. Chociaż gadaliśmy jednako, żaden nie potrafił pojąć drugiego. Mrocznica wcisnęła się do serc i rozpierała się w nich kiejby właścicielka. Jeden warczał na drugiego. Złość pomieszała gadki. Za nią do drzwi zapukała podejrzliwość i nienawiść. Aż pewnego dnia kres nadszedł wszystkiego. Dzwon bił na trwogę. Ale każdy siedział w chałupie, której drzwi zawarł drągiem. Każdy liczył, że jego ominie, a kara spadnie na sąsiada. Ale mrocznica już naznaczyła wszystkie drzwi i nie było dla nikogo zmiłowania.
Słuchałem gazdy, a ciepło i mocna gorzałka coraz częściej zamykały mi oczy. Wreszcie otoczyła mnie ciemność. Słyszałem w niej rozpaczliwe krzyki. Ktoś wołał o pomoc. Inny przeklinał świat i Boga. Coraz mocniej czułem zapach spalenizny i coraz wyraźniej huczał wokół mnie pożerający wszystko ogień.
Kiedy otworzyłem oczy, leżałem w szpitalnej sali. Miałem niegroźne odmrożenie palców u nóg i zapalenie płuc. Tydzień później przed wyjściem ze szpitala dowiedziałem się, że kiedy nie wróciliśmy na noc do schroniska, wszczęto alarm. Na monitoringu pogotowia górskiego nie można było odnaleźć sygnału naszych telefonów. Dopiero o północy rozbłysły migotliwymi światełkami. Ratownicy znaleźli nas w śnieżnej jamie. Przysypał ją śnieg i tak szczęśliwie odciął nas od mrozu.
- A co z góralem i chatą? - zapytałem zaskoczony lekarza.
Ten spojrzał na mnie, jakbym bredził w gorączce. Powiedział, że w Białej Bystrej Wodzie w latach sześćdziesiątych jeszcze była wioska. Jednak pewnego dnia cała spłonęła, a jej mieszkańcy zginęli w płomieniach.
- Od lat wszyscy mówią, że to przeklęta ziemia - stwierdził medyk. - No, ale dla was okazała się szczęśliwa.
Po powrocie do domu przez kilka dni nie rozmawiałem z Martą o tym, co się nam przydarzyło. Aż pewnego dnia żona powiedziała wprost:
- Nie wiem jak ty, ale ja dobrze pamiętam ciepło pieca i samogonu, którym nas baca poczęstował.
- Też czułaś wszechobecny zapach spalenizny? - spytałem, a żona przytaknęła. - Chyba lekarz miał rację, że mieliśmy sporo szczęścia.
- Pamiętasz, co baca powiedział?
- "Tylko o zmiłowanie prosić. Najwięcej o krzyż, co skończy cierpienie".
Sześć miesięcy później wróciliśmy do Słowacji. Na starej mapie z lat sześćdziesiątych, którą znalazłem w internecie, umiejscowiłem wioskę. Trafiliśmy na górską halę, na której czas zatarł ślady dawnej pożogi.
Przy zarośniętej wiejskiej drodze, która prowadziła donikąd, pod lasem, wbiliśmy w ziemię poświęcony w kościele krzyż. Na koniec obłożyliśmy go kamieniami, żeby nie porwała go żadna wichura.