Senna obsesja
Na zegarze pobliskiej wieży kościelnej dochodziła godzina siedemnasta. Obok przejechał konny tramwaj, turkotały koła licznych powozów. Mijały mnie kobiety w falbaniastych sukniach i panowie z melonikami na głowach. Skręciłem na pobliskie schody i przekroczyłem próg kliniki. Wiedziałem, że za chwilę wejdę do pustego pokoju lekarskiego, gdzie założę fartuch i powieszę na szyi stetoskop. Potem przejdę przez pusty korytarz i nacisnę klamkę drzwi separatki nr 8.Wówczas zegar wybije godzinę siedemnastą, a ja zobaczę na łóżku nieruchomą bladą siedmiolatkę, która z trudem oddycha. Na ściennym kalendarzu na wprost będzie widniała data: 5 sierpnia 1916 roku. Na krześle ujrzę zapłakaną kobietę, którą pociesza stojący obok mąż. Potem zacznę czytać kartę szpitalną i poznam objawy choroby. Kiedy skończę lekturę, będę wiedział, że jeśli nie znajdę właściwego lekarstwa, mała Agnieszka umrze za dziesięć dni.
Ten sen miałem od chwili, gdy poszedłem do szkoły. Może dlatego na pytanie, kim chcę zostać, zawsze odpowiadałem: lekarzem. Kierowany dziecięcą naiwnością postanowiłem, że znajdę sposób, żeby wyleczyć małą z mojego snu.
Po pewnym czasie sen zniknął. Jednak kiedy przed maturą zacząłem się zastanawiać, czy może jednak wybrać inżynierię, majak powrócił. Ponownie stawałem przy łóżku chorej i słyszałem szloch jej matki. Którejś nocy dostrzegłem, że na kalendarzu widnieje nie piąty sierpnia, a siódmy. A to znaczyło, że Agnieszka umrze za siedem dni.
Nie zdałem egzaminu na medycynę. A data na kalendarzu zmieniła się na dziewiątego sierpnia. Nie rozumiałem dlaczego, ale zacząłem przejmować się upływającym we śnie czasem. Może dlatego, że zakochałem się w Marcie i chciałem, żeby cały świat był szczęśliwy. Nawet ten w moim śnie.
Kiedy wreszcie dostałem się na medycynę, Agnieszce zostały trzy dni życia. Przez kolejne lata szukałem obsesyjnie lekarstwa, które uleczyłoby objawy wyczytane w sennej karcie choroby dziewczynki. Paru wykładowców znajdowało szybkie rozwiązanie, mówiąc o zaaplikowaniu antybiotyków. Tylko że pierwszy antybiotyk odkrył Fleming w 1928 roku. Kiedy rozpocząłem nieformalną specjalizację w medycynie naturalnej, kalendarz wskazywał już trzynastego sierpnia. Do śmierci sennej pacjentki pozostały dwa dni.
Marta dostrzegła narastające we mnie napięcie. Pewnego dnia powiedziała wprost, że się o mnie boi. Już wtedy poszukiwanie lekarstwa stało się moją chorobliwą obsesją.
Na czwartym roku przerwałem studia, żeby całkowicie poświęcić się ziołolecznictwu. Rodzice uznali to za przejaw choroby nerwowej i zaczęli namawiać mnie na leczenie. Kiedy myślałem rozsądnie, to zdawałem sobie sprawę, że próby uleczenia pacjentki z sennego majaku wskazywały, że jestem niespełna rozumu. Ale nie potrafiłem przestać. Marta odsunęła się ode mnie, przerażona moimi napadami wściekłości. A przecież się kochaliśmy. To mnie jeszcze bardziej zdołowało.
Kiedy Agnieszce został tylko jeden dzień, rzuciłem dom, naukę, narzeczoną i wyjechałem w Polskę. Strach, który położył się cieniem na moim życiu próbowałem zapić wódką i zagłuszyć narkotykami. Obijałem się po przytułkach dla bezdomnych i wiele nocy spędziłem w aresztach policyjnych. Bałem się panicznie nocy, w czasie której odkryję, że czas upłynął, a mała umarła.
Pewnego dnia jacyś ludzie znaleźli mnie w rowie i zanieśli do miejscowego zielarza. Byłem w głębokiej depresji, którą pogłębił alkohol i narkotyki. Zrozpaczony, wyjawiłem staremu swoją historię. Wtedy on powiedział, że może przygotować odpowiednią mieszankę ziołową dla dziewczyny ze snu. Jednak wcześniej muszę odbudować własne życie, inaczej nie będę w stanie pomóc tamtej małej. Zacząłem o siebie walczyć. Wróciłem do domu. Poszedłem na terapię odwykową. Wreszcie postanowiłem spotkać się z Martą i poprosić, żeby mi jeszcze raz zaufała. Punktem granicznym, który wszystko odmieni, miała być noc, kiedy powtórnie przyśni mi się sen. Ten, w którym stoję na ulicy przed znanym mi wejściem do szpitala z lekarstwem dla umierającej Agnieszki.
*
Stanąłem przed drzwiami mieszkania Marty. Zawahałem się, czy nacisnąć dzwonek. Dzięki spotkaniu ze starym zielarzem zaszła we mnie przemiana duchowa. Odrzuciłem alkohol i narkotyki. Postanowiłem naprawić własne życie. Kochałem Martę, ale od naszego rozstania minął ponad rok. Może jest już ktoś inny? Jednak zebrałem się w sobie i nacisnąłem dzwonek. Najwyżej odejdę jak niepyszny.
Marty nie było w domu. Jej młodsza siostra powiedziała ze smutkiem, że Marta leży w szpitalu w ciężkim stanie. Już wtedy, gdy się rozstaliśmy, była chora, ale nic mi nie mówiła, bo sądziła, że i tak nie zwrócę na to uwagi. Miesiąc temu karetka zabrała ją z domu, gdy straciła przytomność.
- Nikt nie wie co jej jest. Lekarze mówią, że może umrzeć.
Pojechałem do szpitala. Kiedy stanąłem przed jego wejściem, na zegarze pobliskiej wieży kościelnej dochodziła godzina siedemnasta. Obok przejechał tramwaj, rozległ się warkot licznych samochodów. Minęli mnie jacyś przechodnie. Skręciłem na pobliskie schody i przekroczyłem próg kliniki. Na oddziale minąłem otwarte drzwi do pokoju lekarskiego.
Niczym w śnionym od lat majaku stanąłem przed drzwiami separatki numer 8. Wszedłem. Przy łóżku zobaczyłem zapłakaną matkę Marty. Obok stał jej ojciec, który próbował pocieszyć szlochającą. Wszystko było dokładnie tak, jak w moim śnie. Tylko że to nie był 1916 rok.
Na mój widok kobieta poderwała się z miejsca. Wyciągnęła dłoń w stronę drzwi. Najwyraźniej zamierzała krzyknąć, żebym się wynosił. Wtedy usłyszeliśmy cichy głos Marty:
- Chcę z nim porozmawiać.
Spojrzałem na ścianę na wprost z kalendarzem - wskazywał datę 15 sierpnia. Mijał ostatni, dziesiąty dzień. Sięgnąłem po kartę szpitalną, która leżała na blacie szafki. Znalazłem identyczne objawy chorobowe co na karcie we śnie.
Opowiedziałem pospiesznie Marcie wszystko, co się ze mną działo. Wyjąłem z kieszeni lekarstwo, które przygotowałem wraz z zielarzem. Szepnąłem do ukochanej, że jeśli nie wypije go, nim przebrzmi ostatnie z pięciu uderzeń zegara na kościelnej wieży, umrze. Skąd to wiedziałem? Zza okna napłynął pierwszy dźwięczny kurant.
*
Od pięciu lat jesteśmy z Martą szczęśliwym małżeństwem. W pierwszą rocznicę ślubu teściowa opowiedziała mi o swojej matce, która w 1916 roku zapadła na dziwną chorobę.
- Podobnie jak w przypadku Marty lekarze nie mogli znaleźć przyczyny choroby i odpowiedniego lekarstwa dla mojej mamy, która w 1916 roku miała siedem lat. Kiedy wszyscy stracili nadzieję na cud, piętnastego sierpnia zjawił się młody człowiek i przekonał rodziców umierającej, żeby podali córce przyniesione przez niego lekarstwo. Dzięki niemu mama wyzdrowiała. Mimo późniejszych poszukiwań nie udało się odnaleźć tego młodzieńca. Myślę, że to był anioł stróż, który uleczył babcię Marty.