Rozdział 1
Marcelina
Wigilia 2022 roku
Gdzie mam postawić choinkę? - dobiegł do mnie głos Olgierda.
Już miałam zawołać, żeby powędrował z nią do salonu, ale coś mnie tknęło. Poszłam sprawdzić, jak wygląda drzewko.
W przedpokoju natknęłam się na sięgający sufitu świerk. Pachnące gałązki skrzyły się od śniegu. I całkowicie zasłaniały mi widok na postawnego, wysokiego mężczyznę, jakim był Olgierd.
Machając brudnymi od mąki rękami, gestem wskazałam mu drzwi.
- Skąd wziąłeś taką kolubrynę?! - zawołałam przerażona. - Wyjdź, proszę, na dwór i chociaż ją otrzep! - Zastawiłam drogę do pokoju jak Rejtan.
Mój mężczyzna nie pojmował, dlaczego nie okazałam podziwu dla jego starań.
- Przecież chciałaś dużą choinkę... - Zrobił minę zasmuconego spaniela. - To pojechałem do szkółki i wziąłem najbardziej okazałą.
- Olek, nie chodziło mi o trzymetrowe drzewko! Wprawdzie mamy wysokie wnętrza, ale żeby ją ubrać, będziesz musiał pójść do stajni po drabinę!
Dom po babci, w którym od czterech lat mieszkałam, należał do tych bardziej okazałych we wsi. Solidny piętrowy budynek ze strychem i przepastną piwnicą wtapiał się jednak w gąszcz starych dorodnych drzew, pamiętających czasy moich pradziadków.
Świerki, lipy i dęby potężniały z każdym rokiem, w przeciwieństwie do drzewek owocowych, mających - jak ludzie - niezbyt długi cykl życia. Nawet przy najlepszej opiece po latach owocowania kurczyły się, marniały i zmierzały ku śmierci. Prawdę powiedziawszy, ani babci Anastazji, od urodzenia mieszkającej w Maciejówce (nazwanej imieniem pradziadka), ani mnie nie zajmował specjalnie sad i jego kondycja. Dlatego drzewka rozpościerały szeroko ramiona nad sporym ogrodem opasanym kutym płotem.
Przez lata na posesję prowadziła skrzypiąca furtka, również dzieło miejscowego kowala. Jednak kiedy poznałam Olgierda, nagle zaczęła się zamykać i otwierać bezgłośnie.
- Wiesz, chyba się wyrobiła - napomknęłam kiedyś przy kolacji. Mój chłopak wzniósł ręce do nieba, gestem wskazując na cud. - To twoja sprawka, prawda? - Prawda dotarła szybko. - Nasmarowałeś zawiasy? - Uśmiechnęłam się przymilnie, dumna, że załapałam.
Przy Olgierdzie moje życie stało się lepsze. I to nie tylko z powodu jego licznych umiejętności złotej rączki.
Pojawił się w naszej wsi na początku roku, wezwany przez moją szefową do naprawy kilku komputerów. Mieliśmy bardzo przestarzały sprzęt, a pieniądze znikąd nie chciały napływać.
Gdy któregoś dnia odprowadzałam Witka na zajęcia, zatrzymała mnie Agnieszka.
- Marcelinko, muszę wyjechać pilnie do miasta - oznajmiła. - Możesz przyjść do ośrodka około drugiej i posiedzieć kilka godzin? Znajoma przysyła do nas informatyka, który sprawdzi nam sprzęt za niewielką kasę.
Miałam wprawdzie rozgrzebaną redakcję książki, a na karku nieodległy termin jej oddania, ale czego się nie robi dla dobra synka. Witek bardzo dobrze czuł się w tym środowisku, a kontakty z dziećmi były mu potrzebne. Zresztą Agnieszka, robiąca dla gromadki dzieciaków z ośrodka dużo dobrego, zasługiwała na pomoc. Nawet gdyby miało to oznaczać poświęcenie.
- Oczywiście, że przyjdę.
Tym sposobem poznałam Olgierda. A teraz, po kilku miesiącach, mieliśmy we trójkę, z Witkiem, spędzić święta.
Mimo zauroczenia, niemal od pierwszej chwili, trzymałam serce na wodzy. Podpowiadały mi to wcześniejsze doświadczenia z mężczyznami i moja życiowa sytuacja. Miałam trzydzieści trzy lata i ośmioletniego syna, o którego musiałam dbać szczególnie. Witek urodził się z zespołem Downa i miał tylko mnie.
Do tej pory nie zdecydowałam się na zaproponowanie Olgierdowi wspólnego zamieszkania, mimo że dom po babci swobodnie pomieściłby dodatkową osobę. Olek, który pracował głównie online, wynajął zatem pokoik u sąsiadki Kordylowej. Żeby być bliżej. Jednak mimo jego bardzo dobrych stosunków z Witkiem, powiedziałabym, że nawet widocznego flow, postanowiłam dać nam czas na lepsze poznanie. Żeby nie było jak z Hubertem, który na dłuższą metę nie udźwignął downa u boku swojej dziewczyny.
Moja przyjaciółka Agnieszka, pani od wuefu, niejednokrotnie krytykowała wstrzemięźliwość wobec daru losu, jakim według niej był dla mnie Olgierd.
- W końcu sobie pójdzie - prorokowała. - Który chłop zdzierżyłby taką marudną babę jak ty? - Groziła mi palcem. - Jeżeli ty nie chcesz przystojnego informatyka, to ja się nim zajmę! - straszyła.
- Ciekawe, co na to Poldek? - wspomniałam jej męża.
- Od razu tam! Leopold nie ma nic do powiedzenia. Zaadoptuję Olka. Dzieciaki zyskają kumpla do gier komputerowych.
Łatwo jej było żartować. Miała udaną rodzinę stworzoną z facetem od pierwszego strzału Amora. I dwójkę udanych potomków...
Karciłam się w myślach, gdy tylko nachodziła mnie refleksja o niepełnosprawności Witusia. Kochałam go całym sercem i nie zamieniłabym na nikogo innego, niestety czasami okrutny umysł podsuwał obrazy życia z dzieckiem bez skazy. Zdrowym, rozwiniętym jak rówieśnicy, z perspektywami, na których tak zależy kochającym rodzicom. I niezależnym w przyszłości, kiedy mnie zabraknie.
Byłam młoda, ale czasami wydawało mi się, że noszę na grzbiecie ciężar, który mnie przygniata i postarza o kilkadziesiąt lat. Czy trzydziestotrzylatka powinna myśleć, że kiedyś jej zabraknie? I co się wówczas stanie z jej dzieckiem?
Witek był jeszcze w ośrodku, a Olek miał go odebrać za niecałą godzinę. Ja do tej pory powinnam skończyć lepienie pierogów z grzybami.
Na poważnie podjęłam się tego okrutnie skomplikowanego zadania po raz pierwszy w życiu. Poprzednie dyskretne próby kończyły się fiaskiem. Przegrywałam na polu walki z rozlazłym kleistym ciastem, które ratowałam kolejnymi porcjami mąki. Po ugotowaniu wyjmowałam z garnka twarde kluski bez zawartości, która wypływała ze źle sklejonych pierogów. Jednak tym razem się zawzięłam i uzbrojona w doświadczenie wiejskich sąsiadek, podeszłam do zadania z napiętymi mięśniami, otwartą głową i silną motywacją, żeby zasłużyć na pochwały moich panów.
- To nie chcesz tej choinki? - przerwał mi potok myśli głos Olka.
- Chcę, chcę - ustąpiłam. - Tylko daj mi już święty spokój, bo gadam tu z tobą, a tymczasem ciasto pewnie zdążyło już stwardnieć i wyschnąć.
Chyba czuwała nade mną babcia, bo po raz pierwszy w życiu pierogi wyszły mi tak dobre, że z degustacją nie czekaliśmy Wigilii.
Po południu Witek z Olgierdem ubrali choinkę, a ja nastawiłam bigos. Kolejna duża sprawa i wyzwanie, ale z nim poszło mi znacznie lepiej.
Wieczorem miałam przygotowane dwie pracochłonne wigilijne potrawy, a kiedy jeszcze Agnieszka podesłała przez Poldka piernik i keks, odetchnęłam z ulgą. Świąteczna spiżarnia powoli się zapełniała, a ja czułam się jak własna babcia, która podejmowała rodzinę tyloma smakołykami, że trudno było je zliczyć. A było kogo karmić. Wprawdzie nasza najbliższa rodzina liczyła jedynie pięć osób: babcię z dziadkiem, mamę, tatę i mnie, ale często przyjeżdżała siostra babci z mężem, ich dzieci, czyli ciotka Janka i wujek Dariusz, ze swoimi dziećmi (a moim kuzynostwem) Czarkiem i Gosią oraz siostra dziadka Jadwiga. Każdy chętnie sięgał po zupę z suszu, kaszę gryczaną z sosem grzybowym, smażonego karpia, łazanki z kapustą i grzybami oraz makiełki, o innych rybach i kulebiaku nie wspominając. A na deser obowiązkowo makowiec, ciasto orzechowe, sernik, keks, piernik i pierniczki.
I jak ja miałam w dorosłym życiu udźwignąć tak wyrafinowaną i pracochłonną tradycję?
Nie podejmowałam wyzwania przez wiele lat. Zwłaszcza że nie mogłam liczyć na towarzystwo przy stole, a naszą dwójkę zadowalało skromniejsze menu.
Dopiero teraz, kiedy poznałam Olgierda, poczułam potrzebę zorganizowania prawdziwych świąt. Takich, jakie pamiętałam z rodzinnego domu.
Umówiliśmy się, że na świąteczny czas się do nas wprowadzi. Ale ponieważ nie chciałam, żeby Wituś nadział się na nas w sypialni, umieściłam Olka na piętrze, w pokoju na końcu korytarza. Mój synuś, mimo że już dziewięcioletni, często przychodził rano do mojego łóżka.
- Nie ma sprawy. - Mój mężczyzna był cierpliwy i rozumiał potrzeby młodego.
Tym bardziej chciałam go ugościć, nie żałując sił i serca.
W dniu Wigilii wstałam wcześnie z zamiarem przygotowania śledzi w śmietanie, kremu do tortu orzechowego, pokrojenia warzyw na sałatkę z majonezem i wykonania kilku ostatnich dań, które powinny być przygotowane na świeżo.
W domu panowała cisza. Chłopcy jeszcze smacznie spali. Synonim, mój pies, podniósł łeb, kiedy przeszłam obok jego posłania. Zrozumiałam przekaz i wypuściłam kundla na dwór. On też miał swoje potrzeby.
Po chwili kuchnię opanował aromat kawy. Wyjęłam ulubioną filiżankę, prostą, białą, lekko zwężającą się do dołu. Często zastanawiało mnie, czy to upodobanie do jednego naczynia nie jest przejawem natręctwa. A może staropanieńskiej rutyny?
Trochę mnie to niepokoiło.
- Przed tobą całe życie, Marcelino - tłumaczyła mi Agnieszka, kiedy zwierzałam się jej z wątpliwości. - Każdy lubi swoją filiżankę, podomkę, ma ulubiony krem czy coś tam innego. Zobaczysz, wszystko się zmieni, kiedy poznasz tego jedynego. Świat stanie na głowie, a ty dasz się mu porwać.
Rzecz w tym, że spotkałam Olgierda i chyba się zakochałam, ale przewidywania przyjaciółki się nie spełniły. Świat nie stanął na głowie, a ja wciąż trzymałam przyszłość na dystans.
Zbyt dużo nieszczęść przeżyłam i podświadomie próbowałam zapobiec kolejnym.
W pachnącej kawą kuchni wkładałam do salaterki wymoczone i pokrojone śledzie, siekałam cebulę.
Zjemy na obiad z ziemniaczkami z wody. Bardzo je lubi, pomyślałam o Olku i natychmiast skarciłam się w myśli, że nie o synu. A Witusiowi damy trochę łazanek z kapustą i grzybami, znalazłam rozwiązanie, zanim poczułam uścisk Olgierda.
Podszedł po cichu i objął mnie w pasie. Lekko pocałował w szyję.
- Zobacz, ile śniegu spadło w nocy. - Spojrzał przez okno, nie wypuszczając mnie z ramion.
- Pięknie. Nieczęsty widok w Wigilię ostatnio. I bardzo się cieszę, że mam blat naprzeciwko okna - odparłam z uśmiechem. - Patrzę na ten bajkowy zimowy świat i od razu lepiej mi się kroi, smaży, miesza w garach.
- Powiedz, jak mogę ci pomóc, kochanie? Mieszkanie już odkurzyłem, łazienka posprzątana. Nawet Synonima wykąpałem. Aha, i wyczyściłem Rogera.
Na dobre przejął opiekę nad moim koniem.
Kupiłam go za grosze od sąsiada kilka miesięcy wcześniej, kiedy padła nasza ulubiona klacz Elektra. Witek i inne dzieci nadal mogły uczestniczyć w hipoterapii.
Mój syn bardzo się zaprzyjaźnił z dużym zwierzakiem i razem z Olkiem spędzali przy Rogerze długie godziny.
- Wypijmy razem kawę - zaproponowałam.
Przez kilka kolejnych minut gapiliśmy się przez okno na śnieżne poduszki opatulające pędy wiciokrzewu.
Godziny przybliżające nas do pierwszej gwiazdki zaostrzyły apetyt na święta. Witek przez cały czas sprawdzał, czy Mikołaj aby nie podrzucił już prezentów pod choinkę. Olgierd puszczał kolędy i przygotowywał stół. Ja wykańczałam dania i dzwoniłam do znajomych z życzeniami.
Kiedy usiedliśmy przy świecach i rozgrzanym kominku, ulegliśmy wigilijnej atmosferze.
Odsunęłam od siebie wspomnienia, skoncentrowałam się na tym, co tu i teraz. Miałam przy sobie syna, Olgierda i niczego nie chciałam zmieniać. Ale jedna sprawa z przeszłości nie dawała mi spokoju.
Niestety, nie do załatwienia.