Rozdział IIDo Heiligenkreuzu czy do Mayerlingu?
Przez chwilę panowało milczenie. Kobieta zdawała się oszołomiona tym wyznaniem. Ale wnet opanowała się. Roześmiała się złośliwie.
- To bardzo dowcipne! - rzekła.
- To tylko prawda!
- Pan jesteś po prostu... łgarz!
Teraz on znowu zakołysał się śmiechem. Długo nie mógł mówić. Tak go śmiech dusił.
- Ależ pani... pani... jest po prostu cudowna! - wybąkał wreszcie. - Więc ja nie jestem... arcyksięciem?
- Owszem... tak samo, jak ja jestem arcyksiężną!
Zaniósł się śmiechem ponownie.
- A gdybym pani dał słowo honoru? - zapytał, sięgając naraz po ton powagi.
- Nie uwierzyłabym panu! Ludzie, którzy po nocy porywają samotne kobiety, nie mają słowa honoru. Zresztą mam dowody, że pan nie jest arcyksięciem.
- Ciekawym, jakie?
- Sto, nie jeden!
- Proszę o pierwszy.
- Choćby ten, że pan uwozi mnie gwałtem.
- Niewystarczający... Pani jest kusicielką... przez swój opór, zaś arcyksiążę jest ostatecznie tylko... mężczyzną. Proszę o dowód drugi.
- W jaki sposób arcyksiążę znalazłby się w tej chwili na tej szosie, zamiast jechać do Wiednia?
- W bardzo prosty! Arcyksiążę, to jest ja udaję się do mego myśliwskiego zamku w Mayerlingu.
- Pomysł zręczny! Ale chwytam pana na kłamstwie. Może pan jest jakimś poślednim oficerem jadącym z rozkazu księcia do Mayerlingu... w sprawach gospodarskich. Ale nie należysz nawet do świty.
- A to dlaczego?
- Kto kłamie, powinien mieć dobrą pamięć. Pan sam się przyznał, że nie może umieścić mnie w dworskim pociągu... Nie masz wpływów.
- Ten przeciwdowód także nie wystarcza. Przypuśćmy, że wolałem spędzić jeszcze kilka godzin z panią w podróży.
- Mogliśmy razem jechać do Wiednia.
- Pani jest bardzo młoda... i rozumuje dziecinnie. W pociągu dworskim jedzie arcyksiężna. To jest... pewną przeszkodą. Teraz ja panią złapałem na braku logiki życia.
- Nie! ja pana trzymam dalej w potrzasku nielogiczności. Gazeta Badeńska ogłosiła, że arcyksięstwo powracają zaraz po kiermaszu do Wiednia.
- Ach! pani jeszcze wierzy prasie?... Czyż arcyksiążę nie może mieć kaprysów... i zmienić zamiarów na jutro?
- To niemożliwe w danym wypadku. Arcyksiążę jest następcą tronu i nie może czynić despektu następczyni, arcyksiężnej Stefanii. Proszę mi nie wmawiać tego, że arcyksiążę Rudolf, który jest przecie... następcą tronu i przyzwoitym małżonkiem, opuści naraz na wieczorze dobroczynnym... publicznie... żonę - dla jakiejś eskapady.
- Oho! to jest bolesne ukłucie! - rzekł mężczyzna z niejakim pomieszaniem w głosie. - A jeżeli arcyksiążę przeprosił żonę... i zamierzył udać się na polowanie? Pani wiadomo, że arcyksiążę Rudolf jest zapalonym myśliwym.
- Wiem o tym. Ale arcyksiążę, który daje narodowi przykład dobrego wychowania, odprowadziłby jednak żonę do Wiednia, a rano pojechał na polowanie. Zresztą pan najwyraźniej kłamie! Co to za polowanie... po nocy... na które pan zamierzał jechać z jakąś damą?
- To także myśliwska żyłka!... Czy ten, co się urodził na górze, musi być pozbawiony ludzkich namiętności?
- Nie! Ale ma stokroć więcej obowiązków zapanowania nad nimi, niż każdy przeciętny poddany.
- Oho! pani zaczyna mówić, jak własna babka.
- Proszę nie drwić!
- Ile pani ma lat?
- Sto... przez doświadczenie.
- Nie bardzo je widać po pani... Chociaż przyznaję, że chciałbym mieć taką nauczycielkę. Może byłbym lepszy.
Głos jego zabrzmiał nieco smętnie. Ale zaraz przerzucił się do wesołego tonu.
- Jednak pani mi trochę wierzy. Bowiem uspokoiła się pani i... jedzie ze mną cicho, zgodnie... A przecie jedziemy przez las - do Mayerlingu.
- Pan się myli. Zorientowałam się tylko, że... tu, na tej szosie leśnej, nic nie poradzę krzykiem. Musiałam się pogodzić z losem... po części. Wiem, że mogę wyjechać dopiero rano o siódmej. Mąż mój zrozumie, ze zaszło nieporozumienie... odgadnie, że nie mając nikogo ze znajomych w Badenie, a nie chcąc korzystać z hotelu (to nie bardzo wypadałoby młodej kobiecie) pojechałam do mego wuja...
- Do Mayerlingu?
- Co panu znowu w głowie?... Do Heiligenkreuzu!... Ponieważ pan jedzie do Mayerlingu - i jesteś uprzejmym kawalerem - mam nadzieję, że tam mnie odwieziesz. Wszak to po drodze?
- Troszkę z drogi... w ukos!
- No, to pan nałoży parę kilometrów dla mnie.
- Choćby sto... gdybyśmy jechali razem po szczęście.
- To niemożliwe! Ja już je znalazłam... przy mężu.
- To jest oficjalne szczęście!
- My, ludzie prości, nie znamy takich rozróżnień...
- A jednak istnieje szczęście... zapomnienia.
- Dla ludzi bez pamięci... i honoru!
- Oho! jak surowo... Więc pani mnie odsądza od honoru?
- Niezupełnie. Jeżeli pan da mi słowo, że zawiezie mnie dziś jeszcze do Heiligenkreuzu. Liczę na to.
- Daję pani słowo... Dziś jeszcze zawiozę panią do Heiligenkreuzu.
- O! teraz mi się pan podoba. Proszę podać mi rękę. Tak! jesteśmy przyjaciółmi... aż do rozstania.
- Nie! Na zawsze!
- Nie rozumiem, co znaczy na zawsze w ustach takiego lekkoducha, jak pan.
- A w ustach arcyksięcia?
- Który przyznaje się, że jest lekkoduchem?
- Jednak pani już wierzy w to, że lekkoduch jest arcyksięciem!
- Ani... ani... Zostaw pan arcyksięcia w spokoju. Rudi jest oczkiem w głowie wszystkich narodów Austrii. Jest bóstwem dla nas, zwykłych śmiertelników. Proszę go nie postponować, porównując się doń.
- Cha! cha! cha!... przyjemnie mi to słyszeć... Ale pani upór trochę mnie zawstydza. Czy ja naprawdę nic a nic nie jestem podobny do arcyksięcia?
- Nic a nic! Ani źdźbło...
- Szkoda, że jest tak ciemno. Poznałaby mnie pani. Musiałaś mnie chyba widzieć dziś na balu.
- Naturalnie! I dlatego wiem z pewnością, że pan nim nie jest. Arcyksiążę Rudolf przewyższa pana o głowę.
- Oho! w karecie - kiedy się siedzi - trudno osądzić wzrost.
- Ale ja znam arcyksięcia Rudolfa doskonale... Znam jego głos... Mówiłam z nim kiedyś...
Odpowiedział jej głos wesoły:
- No! no!... teraz to pani mija się z prawdą. Na honor, mógłbym przypuścić, że pani wcale dzisiaj nie była na kiermaszu...
- I nie widziałam, jak arcyksiążę oklaskiwał z zapałem jakąś tancerkę, wykonującą taniec góralski?
- Pardon! cofam swoje słowo... To fakt!... Tancerka była wyśmienita! Ale kiedy to miałem przyjemność rozmawiać z panią?
- Nie pan... ale arcyksiążę... Bardzo dawno!... Za granicą!
- Dawno?!... Gdzie?... w którym roku?
- Oho! egzamin? To ja raczej miałabym prawo wziąć pana na egzamin i dowieść panu, że nie jesteś arcyksięciem.
- No! proszę... proszę... Staję do egzaminu... jeżeli w tej ciasnocie można stanąć. Skróćmy sobie czas tym egzaminem - a może uda mi się go zdać na piątkę.
- Doskonale! Zaczynam!... W którym roku, mój panie, podający się za arcyksięcia, jesteś urodzony?
- W dniu 21 sierpnia roku 1858 na zamku Laxenburg ujrzałem światło dzienne, jako trzecie z kolei dziecko, a pierwszy syn cesarza Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety, z rodu królewny Bawarskiej, któremu na chrzcie świętym nadano imię pierwszego z Habsburgów... Cóż, czy zdałem egzamin?
Pan jesteś doprawdy naiwny! Przecież to można wyczytać w Almanachu Gotajskim.
- Ale pani sama zadała mi to pytanie.
- Bo mówią ludzie, że arcyksiążę Rudolf jest człowiekiem genialnym. Chciałam sprawdzić, czy odpowie mi pan na me pytanie naiwnie. To się nie zgodzi z genialnością.
- Nie będę bronił swojej mądrości. Ale pani czyni błąd... teoretyczny. Geniusz bywa jak dziecko.
- Śliczne mi dziecko! Ile pan sobie liczy lat?
- Znowu odpowiadam naiwnie. Wystarcza znajomość pierwszych reguł arytmetyki, aby określić, że skoro urodziłem się w roku 1858, a obecnie mamy kwiecień roku 1888, to mam lat blisko trzydzieści. Czy zadawala panią moja pomoc w odejmowaniu?
- Zaraz odpowiem. Pragnę wprzód dowiedzieć się, czy pan dobrze pamięta, że pan się ożenił... i kiedy?
- Najdoskonalej! Ale to znowu znajdzie pani w kalendarzu Gotajskim. Poślubiłem księżniczkę belgijską Stefanię w dniu 10 maja roku 1881, zatem mając lat dwadzieścia dwa.
- To się zgadza! Jest pan dzietny?
- Owszem, pani egzaminatorko. Mam prześliczną córeczkę o imieniu Elżbieta, urodzoną 3 września 1885 roku, zatem liczącą półtrzecia roku - którą, mówiąc nawiasem, kocham nad życie.
- Pan kocha żonę i dziecko... nawiasem?
- Pani!... ten żart wybaczam - kobiecie!
- Panie!... jeżeli jesteś arcyksięciem, upoważniłeś mnie dziś wieczorem do tego żartu.
- Hm... Przypuśćmy!... Ciekawy jestem, ile pani lat liczy. Bo na swoje lata zdajesz się być zbyt mądrą... i pedantką.
- Lata kobiety są jej tajemnicą.
- Póki ich nie potrzebuje odejmować sobie.
- Póki rada jest je sobie dodawać.
- Wyborne! Z pani jest dialektyczka nie lada. Ale wróćmy do egzaminu. Czy wszystko się zgadza?
- Właśnie, że nie wszystko... Nie zgadza się z pańskim poważnym wiekiem męskim... (lat trzydzieści), z pańskim ośmioletnim małżeństwem, z pańskim dwuletnim ojcostwem... jak nie zgadzałoby się z Twoim arcyksiążęcym tytułem, gdybyś go nosił w istocie, że... zachowuje się pan jak młodzik i... zdradziłeś pan zaledwie przed półgodziną temperament studenta!
- Ach, pani... to natura.
- Natura ma swoje prawa.
- Te prawa są kapryśne. Czy nie uważa pani, że obecna wiosna zaczęła się niezmiernie wcześnie. A dzisiaj, w kwietniu, mamy dzień prawie parny.
- To pan jest tak gorący...
- Nielitościwa sędzini, której oblicze pragnąłbym jak najprędzej ujrzeć, aby skonstatować, w jaki sposób mogą się łączyć rysy Minerwy i Wenery - czy nie przyznasz mi, że temperament w wieku dojrzałym jest przywilejem... najlepiej urodzonych.
- Może! - roześmiała się srebrzyście młoda kobieta Ale z tym wszystkim nie jestem jeszcze przekonana, że jest pan arcyksięciem. Raczej jestem pewna, że nim nie jesteś. Pan - proszę mi wybaczyć - wydajesz się pustakiem. Zaś arcyksiążę jest człowiekiem niezmiernie poważnym.
- Oho!... przynajmniej coś dobrego słyszę o sobie.
- O arcyksięciu.
- Niech i tak będzie! Z czego pani wnosi, że arcyksiążę jest człowiekiem poważnym?
- Mój Boże!... pan się podaje za niego, a nie wie tego, co wiedzą wszyscy? Arcyksiążę Rudolf otrzymał świetne wychowanie... od dziecka posiadał niesłychany zapał do wiedzy... uczył się przedziwnie... Czy jest człowiekiem poważnym?... Mój Boże! on, który stoi na czele wspaniałego wydawnictwa pod tytułem Austro-Węgry w słowie i obrazie - wydawnictwa pomnikowego - które stanowi wcielenie jego pamiętnych słów: Niechaj morze światła rozleje się nad narodami Austrii... On, który pisze sam... cudownie, malowniczo, porywająco, opowiadając dziwy, które widział w różnych krajach, obyczaje mnóstwa ludów... On, który posiada śmiałego ducha, wróżącego postęp ludzkości... rzadki okaz śród następców tronu - może Schillerowski Don Carlos... Poeta i uczony!... myśliciel i statysta!... a przy tym wszystkim prawdziwy rycerz!... Czy pan widział go kiedy tak... z bliskiej odległości jak ja... kiedy jedzie na białym koniu, wysmukły, obok smukłej cesarzowej-matki, również świetnej amazonki... Ach! panie - on jest czarujący! Po prostu książę z bajki!
Porywał ją potok słów... Znajdowała je niesłychanie łatwo w tym wylewie niemal dziecinnego entuzjazmu... Aż zadyszała się, mówiąc... Urwała, jakby straciwszy nić myśli, z okrzykiem:
- Ale co to ja chciałam powiedzieć?
Arcyksiążę Rudolf - nie mamy bowiem powodu taić, że to był on - słuchał tego potoku słów zachwytu z bijącym radością sercem, ale zarazem z zawstydzeniem. Jego towarzyszka poruszyła najtajniejsze struny jego duszy, malując mu jego jaźń podwójną - wynosząc go pod niebiosa, jako kogoś dalekiego, nieznajomego, i chłoszcząc go niemiłosiernie zaprzeczeniem, iż to on, ten obecny Don Juan, był jej ideałem i - według jej świadectwa - ideałem narodów monarchii, którą miał kiedyś odziedziczyć po ojcu jako rządca milionów dusz ludzkich!
- Zamilcz pani, proszę - rzekł naraz błagalnie. Gdyby tu było światło, oceniłabyś z mego rumieńca, że jestem tym... o którym mówisz.
- Pan ciągle żartuje!... Nie widzi pan, jak bardzo chciałabym, abyś pan był arcyksięciem... naprawdę!
- Wszak mówisz, żeś go znała...
- Kiedyś... dzieckiem...
- Kiedy? Kiedy? Gdzie?
- Mniejsza o to... daleko!... w Szkocji... na balu w salonach Konsula greckiego... w Edynburgu.
- W roku 1878.
- Tak! To się zgadza... Ale to pan także wie z gazet.
- Ja tę dziewczynkę pocałowałem w czoło... Podała mi bukiet?... Tak! - dopytywał się wzruszony.
- Tak, tak... to nie sztuka zgadnąć. Tak się zawsze robi... Ale proszę pana... czy nie przejechaliśmy poza zakręt?
- Nie, nie! proszę być spokojną!... Już ja pilnuję!
- Proszę tylko na czas uprzedzić woźnicę...
- Pozwól pani!... Więc tą dziewczynką... cudnym dziecięciem o wijących się czarnych lokach, była pani?
- Oczywiście! Musiałam urosnąć.
- Więc skoro pamiętam ciebie - to... to rozumiesz pani, że ja jestem... tym, za kogo się podaję.
- Oho! jaki sprytny...
- Przecież powiedziałem pani, jaki był kolor twych włosów...
- Ba! rzekłam: w greckim poselstwie... I pan skombinował. Zresztą przy blasku latarni ulicznych rozpoznałeś pan kolor mych włosów.
- Nie, pani! nie męcz mnie tą niewiarą, bo... to teraz nie bawi mnie, ale... boli. Rozumiesz, dziecko?!...
Ujął ją pieszczotliwie za rękę. Nie cofnęła jej.
- Winnaś mi pocałunek... za tamten... równie niewinny.
- Przepraszam... Gdybyś pan nawet był arcyksięciem, to już ci... go oddałam.
- Gdyby!... Kobieto uparta, jakiż dam ci dowód, że nie kłamię, jeżeli... mamy się rozstać za chwilę... bo tu już zakręt drogi jest blisko... A chcesz mi uciec do Heiligenkreuzu.
Arcyksiążę w tej chwili kłamał z całą świadomością, porywany przez jakiś mus, który owładał nim wobec towarzyszki nęcącej go tyleż śpiewnym głosem, co tajemniczością twarzy - jednakowo oczarowaniem, z jakim o nim mówiła, jak przekornością i kolcami zasłużonych zarzutów pod adresem jego niewiernej męskiej natury i lekkomyślności nie pasującej do jego szczytowego stanowiska w ludzkim świecie. Kłamał, gdyż pojazd minął właśnie zakręt drogi, skąd jechało się do Heiligenkreuzu. Rudolf wiózł - jak był sobie z góry zamierzył - przygodną towarzyszkę do Mayerlingu. Konie szły kłusem, byli więc już niedaleko celu jego podróży.
Nieznajoma zmieniła naraz ton. Teraz głosem kornym, w którym przepadły wszystkie ostre, złośliwe tony, coraz śpiewniejszym, mówiła o tym, jak bardzo interesowała się tym wszystkim, co pojawiało się spod pióra arcyksięcia; zwłaszcza o tym, co dotyczyło ptaków - gdyż, jak i on, interesowała się ornitologią.
- Oczywiście, nie znam się na tym fachowo... jestem, że tak powiem, laiczką. Arcyksiążę słynie jako ornitolog. Otóż jeżeli pan chce przekonać mnie, że pan jest w samej rzeczy... arcyksięciem, to proszę mi tak ładnie, jak on to robi, opowiedzieć o polowaniu na sępy.
Koła dudniły po szosie. Wiatr szumiał w liściach. Tu i ówdzie przez przesieki zaglądały w szyby pojazdu świetne gwiazdy podnoszące się spod horyzontu. A Rudolf, zachwycony uwagą czułej słuchaczki, porwany własnymi wspomnieniami - obrazami, które rozgrzewały krew przyrodzonego myśliwca - opowiadał wrażenia ze swoich wycieczek górskich i polowań. Starał się mówić osobliwie zajmująco - przeskakiwał szybko z jednego tematu na drugi. Pragnął bowiem ze wszystkich sił, aby towarzyszka jego zapomniała o zakręcie, o którym wspomniał nieostrożnie, acz kłamliwie, jako o "bliskim", aby nie dopominała się zatrzymania koni - i dała się dowieźć do Mayerlingu. A tam już się zobaczy, co ma nastąpić...
Z ciężkiego tchu bliskich jego twarzy ust słuchaczki - głowy ich schyliły się ku sobie - zgadywał radośnie, że przejęła się całkowicie niebezpieczeństwami, które jej malował. Bodaj słyszała, dzięki potędze jego opowiadawczej zdolności, szum olbrzymich skrzydeł sępów... ich obrzydliwy skrzekot, gdy opuszczały się na podrzucone im ścierwo wilcze... widziała, jak jej towarzysz przykładał uprzednio broń do oka i mierzył między świecące ślepia ogromnego wilka. Uczuwała z nim razem ową zajadłą rozkosz myśliwego, gdy "ołowiany pokarm" słał w brzuch drapieżnych ptaków... słyszała, jak ciężko opadały ranione na skały. Widziała lot królewskich orłów w błękitach nad szczytami gór, idąc śladem jego wspomnień.
Potem przenosił ją w myśli do Burgu Wiedeńskiego, opowiadał o dziwach swego mieszkania na zamku: trzy salony - jakkolwiek stanowiły jego lokal - sprawiać musiały raczej wrażenie gabinetu naturalisty. Jeden z salonów wyglądał na las ze skałami i grotami; były tu drzewa sięgające do sufitu; wiecznie zielone iglaste gałęzie stanowiły dekorację ścian. W kącie znajdował się pierwszy niedźwiedź ubity przez arcyksięcia pod Munkaczem - olbrzym, wypchany przez mistrza. Tenże mistrz upozował na sztucznej skale w drugim kącie salonu kilka sępów z rozpostartymi skrzydłami nad głową konia. Zabite sępy pochodziły z Hiszpanii, Egiptu, z wyspy Plawnik w Quarnero.
W drugim salonie - według pomysłu arcyksięcia - wypchane zwierzęta zabite przezeń odgrywały dramatyczną scenę naśladowaną z natury: hiena broniła trupa owcy przeciw kilku zgłodniałym lisom... Tu znajdowały się także szable tureckie i pistolety arabskie oraz całe składy innych kosztownych darów otrzymanych przez Rudolfa od wodzów nomadów pustyni.
W trzecim salonie znajdowało się mnóstwo rogów sarnich i jelenich, kłów dzików, skór niedźwiedzi - wszystko owoce wytrwałości myśliwskiej arcyksięcia.
- Dlaczego kareta się zatrzymała? - spytała naraz kobieta, gdy Rudolf jednocześnie zamilkł.
- Bo przyjechaliśmy do... Mayerlingu!
- Ależ ja... miałam jechać do Heiligenkreuzu!
- Przyrzekłem dostawić tam panią dziś... Dotrzymam słowa... Będzie tam pani na szóstą rano... i wuj odwiezie panią na kolej, jeżeli zechce.
- Ależ!...
- Wszakże nie godzi się budzić starego wuja po nocy... Kilka godzin spędzi pani u mnie w gościnie... Potrafię uszanować panią... Na honor!
- Jednak...
- Ciszej!...
Przy otwartych drzwiach karety stał woźnica. W mroku rysowały się wrota Mayerlingowskiego pałacyku. Słychać było zgrzytanie kluczy w zamku. Wierny kamerdyner Loschek czuwał w otwartym oknie - dosłyszał turkot kół i rżenie koni we wjazdowej alei i pośpieszył otworzyć panu. Rudolf wyskoczył z karety.
- Arcyksiążę! polegam na słowie waszej Książecej Mości...
I wysiadła, podawszy mu rękę, którą mocno uścisnął. A więc uwierzyła mu!... Więcej! Zawierzyła mu swój honor.