3
Bergman i Alfredsson wysiedli z samochodu i spojrzeli na brązową, wykonaną z kamiennych płyt fasadę domu. Osiedle Prästg?rdsängen składało się z trzech zbudowanych w połowie lat sześćdziesiątych wieżowców. Wzniesiono je w ramach programu zwanego "Milion mieszkań", ale nie zachwycały urodą. Bergman nie mogła zrozumieć, dlaczego to miejsce stało się tak popularne, ale po głębszym zastanowieniu doszła do wniosku, że chyba tych ludzi rozumie. Osiedle należało do dzielnicy Örgryte, a mieszkania, które zaprojektował Sigvard Bernadotte, urządzone były w wysokim standardzie.
Przy jednym z wejść do budynku stał policyjny radiowóz i należący do techników mikrobus. Umundurowany funkcjonariusz poinformował ich, że zabezpiecza teren. Wskazał ręką dom i powiedział:
- Szóste piętro. Na podłodze w łazience leży starsza kobieta. Nie żyje. To prawdopodobnie właścicielka mieszkania. Nazywa się Elna Oskarsson. Ze wstępnych rozmów z sąsiadami wiemy, że nie miała dzieci ani bliskiej rodziny. Policję zawiadomiła przyjaciółka denatki, która też mieszka w tym domu. Weszła do mieszkania, używając zapasowego klucza, ponieważ miała złe przeczucie. Patrol, który jako pierwszy zjawił się na miejscu, zabezpieczył teren i wezwał karetkę pogotowia, która zabrała świadka... to znaczy tę przyjaciółkę denatki... do szpitala Sahlgrenska. Technicy przyjechali tuż przed wami.
Bergman skinęła głową i razem z Alfredssonem wjechali windą na szóste piętro, na którym znajdowały się trzy mieszkania. Do klamki jednego z nich przyczepiona była niebiesko-biała taśma policyjna. Alfredsson zapukał dwa razy i przeczytał na głos treść wiszącej na drzwiach tabliczki:
- Elna Oskarsson.
Drzwi się uchyliły i w szparze ukazała się twarz jednego z techników, Fredrika Boberga. W nozdrza uderzył smród stęchlizny i ekskrementów. Boberg miał na sobie kombinezon ochronny i lateksowe rękawiczki. Usta i nos zakrywała mu maseczka.
- Witajcie - powiedział. Cofnął się w głąb przedpokoju, a kiedy Bergman i Alfredsson weszli do środka, wręczył im po komplecie odzieży ochronnej.
- Dzięki - powiedziała komisarz, wkładając swój kombinezon. - Co wiecie? - spytała.
- Wygląda mi to na morderstwo. Patolog, który ją oglądał, stwierdził, że kobieta nie żyje od niecałej doby. Śmierć nastąpiła wczoraj, późnym popołudniem albo wieczorem.
Bergman rozejrzała się po przedpokoju, który przypominał korytarz. Zauważyła, że jedne drzwi są uchylone. Ze środka bił silny blask reflektorów.
- Ile tu jest pokojów? - spytała.
- Cztery, a do tego kuchnia - odparł Boberg.
- Oprowadź nas - poprosiła Bergman, ponieważ przed oględzinami zwłok chciała sobie wyrobić wstępną opinię o denatce. W mieszkaniu ofiary zawsze można się natknąć na jakąś cenną wskazówkę dla śledztwa, która może pomóc w wytypowaniu sprawcy.
- Ładne mieszkanie - stwierdziła, wchodząc do kuchni. Szybko jednak doszła do wniosku, że lepszym określeniem byłoby "urządzone ze smakiem". Wystarczyło rzucić okiem, żeby się przekonać, że wszystko musiało tu sporo kosztować, chociaż mieszkanie nie było ani zagracone, ani zawalone tandetą. W oknach wisiały zasłony firmy Josef Franks Tulpaner, a ponieważ kiedyś takie oglądała, dobrze wiedziała, ile kosztują. Na parapecie stały ręcznie zdobione doniczki z Waldemarsudde, w których rosły z różowymi pelargonie. W kuchni pod stołem leżał dywan Märta M??s Fjetterström. W takim lokum na pewno nie mieszkała rodzina z dziećmi, które brudzą i bałaganią, tak jak jej dwuipółletnia Nora.
- Zgadzam się z tobą - przytaknął jej Alfredsson. - Starsza pani zemdlałaby na widok mojego mieszkania.
Przeszli do dużego, jasnego pokoju, który pełnił funkcję salonu, a samo pomieszczenie przypominało salon wystawienniczy. Stały w nim meble marki Carl Malmsten z lat sześćdziesiątych, komplet wypoczynkowy i stół z sześcioma krzesłami. Do tego lampa do czytania i dwa duże fotele po obu stronach usytuowanego w rogu stolika. Bergman podeszła bliżej i zauważyła, że krzesło przy oknie wygląda na bardziej zużyte niż drugie. Domyśliła się, że było to ulubione miejsce właścicielki, znacznie wygodniejsze niż kanapa z niskim oparciem. Doszła też do wniosku, że Oskarsson musiała być bardzo samotną osobą. To, co zobaczyła w kuchni, utwierdziło ją w tym przekonaniu. Pachniało tam środkami dezynfekcyjnymi i specyfikami do czyszczenia mebli. Dla wielu starszych, samotnych osób był to sposób na podtrzymanie poczucia własnej godności. Porządek i dyscyplina... wszystko wysprzątane i poukładane. Gdyby nie te coraz bardziej kłopotliwe demencja, depresja i poczucie bezsensu każdego kolejnego dnia...
Na długiej ścianie pokoju znajdowało się okno i wyjście na balkon. Bergman wyjrzała przez nie i przeciągnęła palcem po marmurowym parapecie.
- Niewiarygodne! - stwierdziła. - Ani śladu kurzu. Wszystko jest dokładnie wyczyszczone i wysprzątane. Jak myślisz, czy mieszkanie zostało splądrowane? - spytała, patrząc na Boberga.
- Na razie nie znaleźliśmy nic, co by na to wskazywało.
- Zauważyłem piękne obrazy na ścianach - wtrącił Alfredsson. - Nie są w moim guście, ale wyglądają na drogie.
- Racja - odparła Bergman. Podeszła do jednego z nich i przez chwilę studiowała podpis autora. - To Dardel - stwierdziła.
Alfredsson wzruszył ramionami.
- Nic mi to nie mówi - odparł. - Drogi?
- Kosztuje około dwustu tysięcy koron.
Policjant gwizdnął z wrażenia. Bergman podeszła do następnego obrazu.
- X-et Erixson. Wart przynajmniej osiemdziesiąt albo i sto tysięcy koron.
- Chcesz powiedzieć, że na ścianach wiszą oryginały?
- Na to wygląda.
W tym samym momencie rozległo się głośne chrząknięcie. Bergman i Alfredsson odwrócili się i ujrzeli Bertila Nilssona. Technik stał w progu ubrany w biały kombinezon. Na czoło miał podciągniętą maseczkę.
- Wydawało mi się, że słyszę twój głos - powiedział.
- Dobrze ci się wydawało - odparła z uśmiechem Bergman.
- Chodźcie ze mną, pokażę wam łazienkę i zwłoki.
Bergman wzięła głęboki oddech, żeby się mentalnie przygotować na to, co za chwilę zobaczy. Wprawdzie przez lata pracy w policji naoglądała się wielu takich widoków, ale każdy był inny, a ona musiała sobie powtarzać, że ma przed sobą prawdziwego człowieka, który niedawno żył i oddychał. W taki sposób chroniła swoją wrażliwość, żeby w przyszłości móc się mierzyć z kolejnymi takimi widokami. Ciągle czuła się tak, jakby balansowała na linie. Musiała uważać, żeby się nie uodpornić na takie widoki, a jednocześnie pilnować, żeby się nie odbiły negatywnie na jej psychice. Stanęła w progu łazienki i rozejrzała się po niej. Kafelki, elementy porcelanowe i podłoga miały jasnozielony kolor. Po prawej stronie znajdowała się wanna, do połowy wypełniona wodą. W łazience nie było sedesu. Dwa kroki dalej, przy wannie, leżała drobna i szczupła kobieta, która wyglądała jak pisklę. Miała nie więcej niż sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i ważyła najwyżej czterdzieści pięć, pięćdziesiąt kilogramów. Jej pierś przypominała pustą torbę, a łono jak u większości starszych osób pozbawione było owłosienia. Bergman poczuła nagłą potrzebę, żeby ją czymś okryć, na przykład ciepłym kocem, aby w ten sposób wyrazić szacunek dla jej długiego życia. Skóra kobiety była bladożółta i cienka jak pergamin, ciało pomarszczone z wyjątkiem wewnętrznej strony stóp. Były wyjątkowo zadbane, a paznokcie pomalowane różowym lakierem. Kobieta wyglądała tak, jakby się położyła na podłodze, żeby przez chwilę odpocząć. I tylko prawy łokieć nienaturalnie wygięty wskazywał, że coś jest nie tak. Wokół jej stóp utworzyła się plama moczu, a ekskrementy przypominały kształtem nieregularny wieniec. Wiotczenie mięśni to typowe zjawisko pośmiertne.
Bergman odwróciła się i spojrzała na Nilssona, jakby chciała go poprosić o pozwolenie. Technik skinął głową i policjantka weszła do łazienki. Ofiara miała szeroko otwarte oczy i usta, jakby w chwili śmierci ujrzała coś strasznego. Część jej czaszki wyglądała jak papka złożona z odprysków kości, substancji mózgowej, zaschniętej krwi i kępek włosów. Bergman wyszła z łazienki. To, co zobaczyła, w pełni jej wystarczyło.
- Śmierć na pewno nie nastąpiła z przyczyn naturalnych - stwierdziła rzeczowym tonem, kiedy przeszli do kuchni, żeby się nie tłoczyć w przedpokoju.
Nilsson skinął głową na znak, że podziela jej opinię.
- Do zgonu doszło na skutek kilku uderzeń zadanych głównie w tył głowy. W łazience nie znaleźliśmy narzędzia zbrodni. Poczekamy na raport z Zakładu Medycyny Sądowej, być może zdołają określić, czym posłużył się sprawca. Doszliśmy z Bobergiem do wniosku, że zabójca działał sam. Na to przynajmniej wskazują zabezpieczone ślady.
- Ślady? - powtórzyła Bergman.
Nilsson skinął głową i poprawił maseczkę, która mu się zsunęła z czoła na twarz.
- Odciski wąskiego buta... chyba z gumy. Rozmiar trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć albo czterdzieści. Można by pomyśleć, że to but damski, ale na sto procent będziemy to wiedzieli po analizie odcisku w laboratorium. Na wannie znaleźliśmy odcisk zakrwawionej dłoni. Na rękach ofiary nie ma śladów krwi, co oznacza, że ten ślad mógł pozostawić zabójca. Takie odciski zostawia osoba z małymi dłońmi i wąskimi palcami.
- Sugerujesz, że zabójcą była kobieta? - spytał Alfredsson.
- Niekoniecznie - syknął w odpowiedzi Nilsson.
Bergman cicho jęknęła. Miała już dosyć takiego zachowania. Prawie za każdym razem, kiedy obaj ze sobą rozmawiają, skaczą sobie do gardła jak koguty. Zauważyła, że Alfredsson poczerwieniał, więc od razu się włączyła do rozmowy, a Nilssonowi rzuciła błagalne spojrzenie.
- Macie coś więcej? - spytała.
Nilsson chrząknął dwa razy i zdjął rękawiczki.
- Na dywaniku obok zwłok znaleźliśmy kilka długich, jasnych włosów. Mam nadzieję, że uda nam się z nich wyodrębnić DNA i określić płeć osoby, do której należały.
- Czy wiemy, jak zabójca wszedł do mieszkania?
- Na pierwszy rzut oka nie widać śladów włamania, ale zanim udzielimy definitywnej odpowiedzi, dokładnie obejrzymy drzwi wejściowe. Włamanie przez okno trzeba z góry wykluczyć, bo mieszkanie jest na szóstym piętrze. Pierwsze wyniki z analizy próbek pobranych w mieszkaniu będą znane najwcześniej jutro do południa. Mam rację?
Nilsson spojrzał na Boberga, który potwierdził jego słowa skinieniem głowy.
- Nie wcześniej, bo musimy poczekać na wyniki badań laboratoryjnych odcisków palców. W tym momencie właśnie to jest najważniejsze. Chyba że znajdziemy inne ciekawe ślady, ale wtedy od razu was powiadomimy.
- Zgoda, niech tak będzie - zgodziła się Bergman. - Ja i Thomas zaczniemy od oględzin sypialni, potem zajmiemy się kuchnią i dużym pokojem. A propos, znaleźliście jakieś klucze? Właścicielka powinna mieć komórkę w piwnicy. Trzeba ją będzie przeszukać.
- Górna szuflada komody w przedpokoju - odparł Alfredsson. - Stoi też na niej telefon stacjonarny, numery wybiera się przy pomocy tarczy. W dzisiejszych czasach to rzadki widok. Myślałem, że takie aparaty wyszły z użycia, ale kiedy podniosłem słuchawkę, usłyszałem sygnał.
- Co jeszcze znaleźliście w komodzie? - spytała Bergman.
- Nie sprawdzałem. Szuflada była wysunięta na kilka centymetrów i tylko dlatego zauważyłem klucze. Niczego nie dotykałem: ani komody, ani jej zawartości.
Bergman się zdziwiła, że szuflada nie była zasunięta do końca. Nie pasowało to do ogólnego wyglądu mieszkania. Wyjęła telefon i powiedziała:
- Zanim będziemy kontynuować, powiadomię o wszystkim Tingströma.
Naczelnik odebrał po drugim sygnale.
- Potrzebujemy ludzi do przesłuchania sąsiadów - powiedziała policjantka po zreferowaniu aktualnego stanu rzeczy.
- Przyślę ci kogoś - obiecał Tingström.
- Chcę też zaproponować, żeby do mojej ekipy śledczej dołączyli Nina i Viking. Pierwszą odprawę zwołam jutro na wpół do dwunastej i przydzielę każdemu odpowiedni zakres prac. Czy masz jakieś nowe informacje w sprawie sąsiadki, która nas poinformowała o znalezieniu zwłok?
- Nie, ale w szpitalu mi obiecali, że zanim ją wypiszą do domu, ktoś do nas zadzwoni. Załatwię link do nagrania z jej rozmowy.
- Okej, w takim razie kontynuujemy - stwierdziła Bergman i się rozłączyła. Postanowiła zacząć od sypialni.
W szufladzie komody, która tam stała, znaleźli zapełnioną do połowy szkatułkę z biżuterią. Niestety, nie udało się na poczekaniu ustalić, czy czegoś brakuje. W większości były to zwykłe świecidełka, które nie pasowały do charakteru mieszkania. Bergman postanowiła porozmawiać o tym z przyjaciółką zamordowanej kobiety, która mogła pomóc w ustaleniu, czy ze szkatułki coś nie zniknęło. Dziwiło ją, że nigdzie nie znaleźli lekarstw, chociaż kobiety w tym wieku zwykle jakieś zażywają. Za to w schowku stało sporo środków dezynfekcyjnych. A kiedy ze stojącej w przedpokoju komody wysunęli szufladę, znaleźli w niej portfel, nieważny paszport, notes z numerami telefonów i klucze. Alfredsson wskazał palcem te ostatnie i powiedział:
- Dwa z nich wyglądają na klucze do drzwi wejściowych z dodatkowym wizjerem, a ten to chyba klucz do komórki w piwnicy.
W stosunku do pozostałych przedmiotów portfel leżał lekko po skosie. Bergman wzięła go do ręki i rozłożyła. W środku znalazła kilka monet i kartę do bankomatu. W przegródkach nie było banknotów, zdjęć, paragonów, kartek z PIN-em ani innych drobiazgów, które ludzie zwykle noszą w portfelach.
- Co ty na to? - spytał Alfredsson. - Myślę, że ktoś ją okradł. Włamał się do mieszkania, żeby je obrobić, i sytuacja wymknęła mu się spod kontroli.
- Najpierw musimy ustalić, czy w chwili, kiedy kobieta, która do nas zadzwoniła, weszła do mieszkania, drzwi były zamknięte na klucz.
- Masz rację.
W tym momencie zadzwonił telefon Bergman. Zameldował się policjant, który stawił się na miejscu z kilkoma innymi funkcjonariuszami, żeby pomóc w przesłuchiwaniu sąsiadów. Stali przy wejściu do budynku i czekali na dalsze polecenia. Bergman wysłała do nich Alfredssona, żeby się nimi zajął i wydał im odpowiednie polecenia, a potem jeszcze raz obejrzała całe mieszkanie. Zaczęła od sypialni. Szybko zauważyła, że właścicielka sypiała na lewej stronie podwójnego łóżka, ponieważ stała przy nim para pantofli, a na szafce szklanka. Dość długo oglądała czarno-białe, oprawione w ramki zdjęcia ślubne, które wisiały nad łóżkiem. Stwierdziła, że Elna Oskarsson była kiedyś ładną kobietą. Na jednym ze zdjęć wyglądała na nie więcej niż dwadzieścia lat. Podobnie jak jej mąż.