Trwoga i niepewność jutra panowały w Europie na przełomie XVIII i XIX wieku. W lipcu 1789 roku zburzona została Bastylia - symbol francuskiego absolutyzmu. W trzy tygodnie później przedstawiciele francuskiej szlachty zrzekli się feudalnych przywilejów.
Francja, a wkrótce i inne państwa europejskie wkroczyły w epokę ustrojów
burżuazyjnych, ustrojów, które, posługując się ekonomicznym wyzyskiem,
pchnęły gwałtownie naprzód europejską cywilizację, zastygłą jakby
w okowach absolutystycznych rządów.
W tym też okresie, obfitującym w epokowe odkrycia, zaczęto realizować
wspaniałe osiągnięcia myśli ludzkiej. Stos Volty i lokomotywa
Stephensona, aparatura telegraficzna i przewodzenie prądu elektrycznego,
pierwszy statek transoceaniczny i pierwsza kolej żelazna - wszystko to
przypada na ostatnie lata XVIII i pierwsze XIX wieku.
Przejście do ery nowych ustrojów społecznych i towarzyszące mu wielkie
przemiany nie ominęły również dziedziny wojskowości.
Nowe formy ustrojowe obaliły stare systemy prowadzenia wojen, w których
dwie biwakujące armie gotowały się do decydującej bitwy o twierdzę, o prowincję lub o inny obiekt niezgody między dynastiami. Po rewolucji
francuskiej już nie armie zawodowe, lecz całe narody walczyły o prawo do
życia. Wojna przestała być serią starć i potyczek, przekształcając się w planowe operacje wojskowe; nie była już funkcją feudałów, stała się
natomiast udziałem społeczeństw. Na tym polegała militarna rewolucja na
przełomie XVIII i XIX wieku.
Nad wszystkimi zaś sprawami - jakimi żyły społeczeństwa wstępujące w wiek XIX - dominowała wielka osobowość Napoleona. Pod ciosami armii
napoleońskiej padały absolutstyczne rządy monarchów. Napoleońskie
dekrety druzgotały chylące się ku upadkowi feudalne systemy gospodarcze,
torując za pomocą bagnetów drogę nowym ideom. Nowa era - era
współczesności - wydała godną siebie postać.
* * *
Rewolucja francuska wyzwoliła uczucie narodowego patriotyzmu; w dziedzinie wojskowości zapoczątkowała system poboru rekruta, spowodowała
pojawienie się armii masowych, nadała nowy kierunek koncepcjom
prowadzenia działań wojennych. Wojnę w 1792 roku1 rozpoczęto,
stosując formy walki obowiązujące w średniowieczu. Jednak już w rok
później republika francuska wystawiła przeciwko wrogom 14 armii
liczących milion ludzi. Armie te, rozciągnięte na olbrzymich frontach,
wykonywały szereg operacji, zadając uderzenia na różnorodnych kierunkach
działań.
Spiritus movens nowego prądu w organizacji sił zbrojnych i w sposobach
prowadzenia działań wojennych był Lazare Carnot, znakomity matematyk i wybitny przywódca francuskiej armii rewolucyjnej. Jego nowatorskie
koncepcje w dziedzinie wojskowości zapoczątkowały nową strategię, opartą
na aktywnym zaangażowaniu w wojnie wszystkich sił walczącego narodu.
Napoleon w sposób genialny wykorzystał zarówno pomysły Carnota, jak i wszystkie możliwości stworzone przez rewolucję francuską, potrafił z niezwykłą umiejętnością operować nie tylko wojskami, lecz również
olbrzymimi rezerwami ludzi i materiałów na zapleczu, jakimi mogło
dysponować potężne, nowoczesne państwo. Jego koncepcje strategiczne
stworzyły doskonałe, jak na owe czasy, systemy prowadzenia bitew, oparte
na niezwykłej zdolności manewrowania masami ludzi, koni i sprzętu.
Znakomity francuski historyk okresu Konsulatu i Cesarstwa - Louis
Madelin, w swoim dwutomowym dziele o Napoleonie podkreśla te walory jako
przejaw nie spotykanych dotychczas umiejętności wykorzystywania licznych
składników siły militarnej państwa dla osiągnięcia wytyczonego celu
kampanii.
Aby dobrze zrozumieć historyków i teoretyków wojskowych XIX w. musimy
patrzeć na ich prace z pozycji tych wielkich prądów politycznych i militarnych, jakie przeszły przez Europę na przełomie XVIII i XIX wieku.
Reprezentowane zaś przez nich koncepcje prowadzenia wojny pozostawały
pod przemożnym wpływem napoleońskiej, porewolucyjnej strategii.
Jaka więc była ta strategia?
Bonaparte był święcie przekonany, że kluczem do każdego podboju jest
zniszczenie armii nieprzyjaciela. Państwo zaś pozbawione zorganizowanej
siły militarnej powinno poddać się samo. "Jest wielu dobrych generałów w Europie - mówił - ale chcą oni widzieć za wiele rzeczy na raz: ja zaś
widzę tylko jedno - masy (nieprzyjacielskie) i dążę do zniszczenia
ich"2.
Zmierzając konsekwentnie do realizacji tego celu Napoleon we wszystkich
okolicznościach stosował podstawową zasadę koncentracji w odpowiednim
czasie i miejscu sił większych od tych, jakie w tym samym czasie i miejscu miał przeciwnik. Zdobycie wiadomości o ruchach i położeniu
nieprzyjaciela, błyskawiczne kolejne uderzenie na zgrupowania jego
wojsk, okrążenie ich i odcięcie od połączeń z krajem, a następnie pościg
bez wytchnienia, aż do pełnego rozproszenia lub zniszczenia sił
przeciwnika - oto system, jaki Napoleon uważał za najlepszy i jaki
stosował z powodzeniem w większości swoich kampanii. System ten zawiódł
co prawda na olbrzymich obszarach Rosji, zawiódł też w Hiszpanii, gdzie
cały naród stanowił armię zwalczającą nienawistnego okupanta. Jednakże
absolutna większość napoleońskich wypraw zawdzięcza swoje powodzenie
takim właśnie metodom prowadzenia operacji.
Napoleon stosując taktykę głębokiego obchodzenia wykazał, jak wielkie
znaczenie ma w bitwie wyjście na tyły wroga i przecięcie jego
komunikacji. Uważał również, że najlepszym zakończeniem obejścia jest
doprowadzenie do decydującego starcia oskrzydlających wojsk z nieprzyjacielem. Stosując tę zasadę liczył się równocześnie z możliwością dokonania takiego samego manewru przez przeciwnika i w związku z tym - w czasie gigantycznych wypraw wojennych - kierował
znaczne siły do obrony swoich komunikacji.
Unowocześniając metody prowadzenia walki, Napoleon obalił suworowski mit
bagnetu; udowodnił on, że nie walka wręcz, lecz ogień decyduje o wynikach bitew. Linie atakujących strzelców, wsparte silnym ogniem
artylerii, a następnie wprowadzenie do bitwy szturmujących kolumn
piechoty - to jeden z podstawowych systemów pokonywania
nieprzyjacielskiej obrony przez oddziały Wielkiej Armii Bonapartego.
Takie były - z grubsza rzecz biorąc - charakterystyczne rysy
napoleońskiej sztuki wojennej, której głównym motywem, głównym dążeniem
było zniszczenie wojsk nieprzyjaciela. Aby osiągnąć ten właśnie cel,
Napoleon nie cofał się przed niczym, nie miał żadnych moralnych
zahamowań. Był wzorem bezwzględności i tą właśnie bezwzględnością -
często wręcz okrutną - kierował się w swoich kampaniach. Znamienna jest
pod tym względem jego wypowiedź po szturmie na twierdzę Abukir, w której
zamknęło się po wylądowaniu w Egipcie 12 tysięcy tureckich żołnierzy.
Wszyscy oni zostali przez armię Napoleona wymordowani; do niewoli nie
brano nikogo. "Bitwa ta - napisał Bonaparte w dwa dni po szturmie -
jest jedną z najpiękniejszych, jakie widziałem. Z całej armii
nieprzyjacielskiej, która wylądowała, nie uratował się ani jeden
żołnierz"3.
Sukces zaiste niebywały. Wojna nie stawia sobie za cel okrucieństwa. Wydaje się jednak, że
okrucieństwo to symbol wojny współczesnej, w której zabici liczą się nie
na tysiące, a na miliony. Utrata dywizji nie powoduje rozpaczy. Ważne są
masy, procenty zdolnej do noszenia broni "siły żywej", za którymi kryją
się miliony ludzkich istnień. I takie właśnie zjawiska wystąpiły po raz
pierwszy w wojnach napoleońskich. Nowe podłoże konfliktów między
państwami zmieniło całkowicie dotychczasowy obraz walki zbrojnej.
"Od czasu Bonapartego - pisze Clausewitz - wojna, stając się... sprawą
całego narodu, przeobraziła zupełnie swą istotę albo raczej zbliżyła się
bardzo do swej właściwej natury, do swej absolutnej doskonałości...
Celem aktu wojennego stało się powalenie przeciwnika. Tylko wówczas,
kiedy leżał on bezwładny na ziemi, uważano, że można walki zaprzestać i porozumieć się co do wzajemnych celów. W ten sposób żywioł wojenny
wyzwolił się ze wszystkich konwencjonalnych barier i wybuchł w całej
swojej naturalnej sile"4.
Zaskakujące innowacje i koncepcje strategiczne Bonapartego szybko
znalazły wnikliwego interpretatora. Był nim Antoine Henri Jomini -
francuski generał, wybitny historyk i teoretyk wojskowy, autor
wielotomowych dziejów bitew napoleońskich.
Urodził się w Szwajcarii w roku 1779 i żył lat 90. Był to klasyczny typ
wojskowego profesjonała, traktującego swoje wojenne rzemiosło jako
sztukę dla sztuki; służył temu, kto lepiej oceniał jego umiejętności
zawodowe. Lwia część jego działalności przypada na liczne w owym czasie
wojny, w których narażał życie w nieustających bitwach i pochodach. Jego
ryzyko było jednak ryzykiem sztabowca; toteż mimo że uczestniczył w licznych kampaniach, dożył szczęśliwie sędziwego wieku, ciesząc się,
jako znakomity fachowiec, ogólnym poważaniem.
Karierę wojskową rozpoczął Jomini jako oficer Republiki Helweckiej. W parę lat później przechodzi na służbę do armii francuskiej, gdzie w 1805
r. zostaje adiutantem marszałka Neya. Zwróciwszy na siebie uwagę
memoriałem z dziedziny strategii, otrzymuje wkrótce z rąk Napoleona
awans na pułkownika, a po zawarciu pokoju w Tylży - godność barona i nominację na szefa sztabu Neya. Poróżniwszy się z nim przechodzi w roku
1808 na służbę w armii rosyjskiej, aby w trzy lata później znów powrócić
do armii francuskiej - tym razem już w stopniu generała brygady - do
sztabu marszałka Berthiera. W 1812 roku Jomini, lojalny wobec swoich
rosyjskich chlebodawców, nie bierze udziału w kampanii przeciwko Rosji.
Nie przeszkadza mu to jednak być gubernatorem zdobytego przez Napoleona
Wilna, a następnie Smoleńska, natomiast wiosną 1813 r. wrócić do Neya na
swoje dawne stanowisko.
Po bitwie pod Budziszynem znów przechodzi do służby w armii rosyjskiej.
Towarzyszy Aleksandrowi w jego wjeździe do Paryża, jest wychowawcą
wojskowym, a następnie adiutantem Mikołaja I, uczestniczy z nim w kampanii przeciw Turkom (1828-1829), a w 1830 r. reorganizuje rosyjską
Akademię Wojskową. Po tej - wcale nie ostatniej oddanej carowi
rosyjskiemu usłudze - wycofuje się ze względu na stan zdrowia ze służby
wojskowej i przenosi się na stałe do Paryża. Wybuch wojny krymskiej w 1853 r. znów uaktywnia 75-letniego już generała, który na prośbę rządu
rosyjskiego odbywa daleką drogę do Petersburga i udziela rad dotyczących
prowadzenia tej wojny. Tym razem był to ostatni, pośredni zresztą udział
Jominiego w jego wojennej działalności.
Pisać zaczął wcześnie. Mając 24 lata wydaje I tom Teoretycznego i praktycznego kursu wyższej taktyki, a po bitwie pod Ulm przedstawia
Bonapartemu swój Traktat o wielkich operacjach wojennych. Traktat ten
- którego zresztą nie dokończył - przyniósł właśnie autorowi awans na
pułkownika, a następnie rozgłos we Francji i poza jej granicami.
Służąc w armii rosyjskiej, pisze Jomini wiele innych dzieł, z których
najważniejsze, to 15-tomowa Krytyczna historia wojen rewolucji,
Polityczna i wojskowa działalność Napoleona oraz Osiągnięcia sztuki
wojennej. Na szczególną uwagę zasługuje jego podstawowa praca - Zarys
sztuki wojennej, która jest wykładnikiem wieloletnich doświadczeń
autora i teoretycznym ukoronowaniem jego żołnierskiej działalności.
Generał Jomini był, jak wszyscy ludzie jego epoki, na wskroś przejęty
wielkością napoleońskiej strategii. Błędem jednak byłoby sprowadzanie
działalności pisarskiej Jominiego tylko do interpretacji czynów
dokonanych przez Bonapartego. Wynikiem jego rozważań są bowiem nie tylko
uogólnienia, ale i twórcze wnioski, określające prawidłowości działań
wojennych.
Podstawę teoretycznych prac Jominiego stanowiły cztery wojenne
wydarzenia: wojna siedmioletnia, pierwsze kampanie rewolucji
francuskiej, wielkie wyprawy Napoleona i wreszcie - kampanie prowadzone
przez Wellingtona, który wraz z Blücherem pokonał Napoleona pod
Waterloo. To, że wśród tych wydarzeń głównym źródłem doświadczeń były
dla Jominiego wojny napoleońskie - jest sprawą zupełnie oczywistą. Dla
każdego, kto w XIX wieku chciał pisać o najnowszej teorii wojen, bitwy
Bonapartego musiały być przykładem najbardziej postępowej sztuki
wojennej. Dlatego też pozwoliłem sobie przedstawić czytelnikom w ogólnych zarysach zasady napoleońskiej strategii - jako stanowiące klucz
do właściwego rozumienia reprezentowanych przez Jominiego poglądów.
Jomini bowiem podniósł do rangi zasad napoleońskie koncepcje prowadzenia
działań wojennych, nadając im teoretycznie uzasadnioną, zakończoną
formę.
Zarys sztuki wojennej to zbiór ujętych w artykuły i punkty prawideł z dziedziny strategii i sztuki operacyjnej, nazywanej przez Jominiego
wyższą taktyką. Artykuły te, pisane zwięzłym, "żołnierskim", a więc
dość suchym językiem, zawierają bardzo interesujące rozważania na temat
wojny, które postawiły Jominiego w rzędzie najwybitniejszych teoretyków
wojskowych.
Tez wysuniętych przez Jominiego jest wiele i wiele z nich wprowadza nowe
elementy do teorii ówczesnych wojen. Najistotniejsze jednak są, moim
zdaniem, dwie, które nazwałbym teorią reguł i teorią linii.
Zacznijmy od teorii reguł.
Otóż główną tezą Jominiego jest twierdzenie, że strategia składa się z wartości niezmiennych, tworzących niezmienne zasady prowadzenia wojen.
"Wynalazki ostatnich dwudziestu lat - pisał - zdają się być zapowiedzią
wielkiej rewolucji w organizacji, uzbrojeniu, a nawet taktyce wojsk.
Nie zmieniają się tylko zasady strategii, które były jednakie zarówno za
Scypionów i Cezara, jak i za Fryderyka, Piotra Wielkiego i Napoleona,
one bowiem nie zależą od rodzaju uzbrojenia ani organizacji wojsk" (str.
63).
Zasad tych jest co prawda według Jominiego niewiele, ale obowiązują one
we wszystkich okolicznościach. Wśród nich dwie uważa Jomini za
decydujące o powodzeniu każdych działań:
- wykorzystanie sił do kolejnych uderzeń na poszczególne zgrupowania
wojsk nieprzyjaciela;
- dokonanie wyboru głównego kierunku uderzenia ze skoncentrowaniem na
nim największej masy wojsk.
Z tych zasadniczych reguł wynikają z kolei inne, jak na przykład reguła
użycia artylerii. "W natarciu natomiast może być bardziej korzystne
koncentrowanie dużych sił artylerii w miejscu, z którego planuje się
wykonanie głównego wysiłku... ułatwiłoby to rozwinięcie wielkiego
natarcia, od którego zależeć będzie wynik całej bitwy" (str. 217).
Nie wydaje się, aby zasady teoretyczne tworzone dla operacji II wojny
światowej różniły się wiele od tych, które zostały sprecyzowane więcej
niż przed stu laty. Wojny okresu maszynowego nie wniosły do teorii reguł
Jominiego rewelacyjnych zmian, nie dokonały w nich merytorycznego
wyłomu. Zadziwiające jest przy tym, że ta swego rodzaju statyczność
zasad rozciąga się również na szczegóły. Mówiąc na przykład o metodzie
przełamywania obrony przeciwnika Jomini pisał: "...najpierw
obezwładnienie obrony nieprzyjaciela dzięki przewadze ognia własnej
artylerii, następnie wywołanie w jego szeregach zamieszania przez
wykonanie ...szarży kawalerii i wreszcie uderzenie na osłabioną w ten
sposób linię masą piechoty postępującej za strzelcami". A więc:
przygotowanie ogniowe ataku, uderzenie linią czołgów bezpośredniego
wsparcia piechoty, atak piechoty postępującej za czołgami. Nic nowego
pod słońcem.
Nie można jednak zgodzić się z twierdzeniem o niezmiennej wartości
strategicznych reguł bez względu na bazę techniczną i ekonomiczną. Moim
zdaniem pewną stagnację form wykazuje raczej sztuka operacyjna, podczas
gdy w dziedzinie strategii właśnie podstawowe reguły ulegają dość
zasadniczym zmianom. Uwidacznia się to w przesunięciu głównego celu
strategicznych uderzeń.
W epoce napoleońskiej głównym celem działań strategicznych była armia
przeciwnika; cały wysiłek operacji wojennych sprowadzał się do rozbicia
nieprzyjacielskich wojsk. W II wojnie światowej wysiłek strategiczny
został rozłożony na armię i obiekty zaplecza; ważne było zarówno
niszczenie sił zbrojnych, jak i potencjału ekonomicznego w głębi kraju.
W ewentualnej wojnie przyszłości, jeśliby to była wojna nuklearna -
głównym celem uderzeń strategicznych byłoby zaplecze, potencjał
ekonomiczny. Armie mogą pozostać na uboczu, albowiem zniszczenie
przemysłu równałoby się likwidacji sił zbrojnych, w ich współczesnym
oczywiście pojęciu.
Kwestia druga, którą chciałbym podkreślić na marginesie pracy Jominiego,
to oryginalne ujęcie przez autora struktury działań wojennych,
sprowadzenie tej struktury do form geometrycznych. Nazwałem to teorią
linii, każdy bowiem, układ operacyjny sprowadza się - zdaniem Jominiego
- do linii, oznaczających zarówno kierunek uderzenia, jak i pas marszu,
rubież rozmieszczenia baz zaopatrywania i pas obrony oddziałów
pierwszego rzutu, drogi łączące różne elementy ugrupowania wojsk i kierunki manewrowania wojskami. Odpowiednio do tych pojęć Jomini
wprowadza terminy zasadnicze: linie strategiczne (łączące decydujące
punkty teatru wojny), proste linie operacyjne (kierunek działania jednej
armii), linie podwójne (kierunki działań dwóch dużych zgrupowań
podległych jednemu dowódcy), linie manewrowe, linie komunikacyjne i szereg innych. Uzupełnieniem zaś są odmiany linii operacyjnych:
wewnętrzne i zewnętrzne, zbieżne i rozbieżne, głębokie, pomocnicze,
przypadkowe, tymczasowe i wreszcie - linie ostateczne.
Posługując się tego rodzaju terminologią Jomini uważał, że o wygraniu
kampanii decyduje odpowiedni układ linii obejmujący wszystkie elementy
obszaru działań (kierunki uderzeń, ugrupowanie wojsk, układ komunikacji,
bazy zaopatrywania itd.). Ten system towarzyszy wszystkim rozważaniom
autora - zarówno przy omawianiu posunięć strategicznych, jak i taktycznych.
Można oczywiście wiele dyskutować nad takim ujęciem zagadnienia, nie
można jednak odmówić oryginalności tej swoistej geometrii teatru działań
wojennych, wprowadzającej określony ład w systemie prowadzenia operacji.
Kto wie - może właśnie "teoria linii" stanowi klucz do ujęcia zjawisk
wojny w formuły matematyczne? Nie byłoby to jednak po myśli Jominiego.
"Wojna - pisał on - jest dramatem pełnym namiętności, a nie działaniem
matematycznym".
Kiedy Jomini pisał swoją książkę, uspokajało się wzburzone morze
historii Europy. Dzieło francuskiej rewolucji nie poszło jednak na
marne. Rewolucja nadała nowy i nieodwracalny już kierunek rozwojowi
państw europejskich, tworząc m.in. podwaliny nowej strategii, opartej na
nowej koncepcji prowadzenia działań wojennych. Stąd też w pracy
Jominiego znajdzie czytelnik poglądy i definicje zaskakujące swoją
aktualnością. Definicję teatru działań wojennych, podział nauki
wojennej, organizację związków operacyjnych i taktycznych,
współdziałanie wszystkich rodzajów wojsk jako warunek powodzenia -
wszystko to pojmował Jomini w sposób jak najbardziej nowoczesny,
precyzując reguły stanowiące podstawę regulaminów wojskowych XX wieku.
Wystarczy przytoczyć chociażby ujęcie przez Jominiego zagadnienia
aktywności obrony.
"...dla armii oczekującej nieprzyjaciela w ugrupowaniu obronnym
najważniejsza jest umiejętność odzyskania inicjatywy... (str. 192)
...każda armia, która oczekiwać będzie na nieprzyjaciela na pozycji
stałej, zostanie w ostateczności zawsze rozbita... Sprawa wygląda
całkiem inaczej, jeżeli dowódca oczekuje przeciwnika z silnym
postanowieniem wykonania wielkiego manewru w celu zdobycia przewagi
moralnej..." (str. 193).
Cóż można dzisiaj zarzucić tym sformułowaniom?
Na wskroś nowoczesna jest również przyjęta przez Jominiego klasyfikacja
wojen, których rozróżnia on dwa zasadnicze rodzaje: wojny prowadzone
między państwami i wielkie wojny koalicyjne, a więc: lokalne i globalne
wojny. Zgodnie z duchem czasu poświęca też Jomini stosunkowo wiele
miejsca roli, jaką może odegrać naród w walce z armią regularną. Pisze o ogromnych trudnościach, jakie musiałaby przezwyciężać armia, która
oprócz regularnych sił zbrojnych miałaby jeszcze do pokonania zbiorowy
opór narodu. Jomini uważa co prawda wojnę narodową za funkcję niższego
rzędu, za żenujące odstępstwo od prawideł działań prowadzonych przez
armie regularne, jednakże w epoce napoleońskiej nie można już było
pominąć roli mas. Musieli się z nią liczyć najwięksi nawet zwolennicy
traktowania walki jako zawodu wybranych.
Obok wojny narodowej wyróżnił też Jomini w swojej nomenklaturze wojnę
wynikającą z pobudek ideologicznych, pozbawioną według niego chęci zysku
materialnego. Nie sądzę jednak, by określenie takie było prawdziwe.
Potomkom Mahometa na pewno bardziej zależało na zwiększeniu zasięgu
swego panowania, niż na rozprzestrzenianiu prawd głoszonych przez Koran,
a królowie decydujący się na wyprawy krzyżowe mieli na celu większe
korzyści od tych, jakie dawała im perspektywa zbawienia ich grzesznych
dusz.
Przewidywania Jominiego - jak to zwykle bywa - nie wszystkie są
jednakowo dobre. Niejednokrotnie w swoich rozważaniach nie potrafił on
wyjść poza próg współczesnej mu epoki, rozpatrując przyszłość jako
kontynuację teraźniejszości.
Zafascynowany osobowością Bonapartego przywiązywał przesadną wagę do
postaci wodza. A przecież ówczesna technika prowadzenia operacji
przepowiadała już triumf anonimowych oficerów sztabu, bez których
obecnie żaden, najwybitniejszy nawet wódz nie jest w stanie podjąć
optymalnej decyzji.
Wspominając jakby mimochodem o osiągnięciach współczesnej techniki
Jomini zdobywa się na taki wniosek: "Niezależnie od wszelkiego
zagrożenia, jakie mogą stanowić baterie rakiet, haubice Schrapnela i Bourmana, a nawet karabiny Perkinsa, trudno by mi było wymyślić lepszy
system dla prowadzenia piechoty do szturmu... niż system kolumn
batalionowych" (str. 225, 226).
Formuła ta wydaje się szczególnie krótkowzroczna, bowiem została
wypowiedziana w okresie, kiedy Alfred Krupp budował już w Essen pierwszą
odlewnię dział gwintowanych i dyskusja nad przejściem z szyku bojowego w kolumnach do rozwiniętych linii była w pełnym toku. Zarys sztuki
wojennej ukazał się w 1830 r.; w kilkanaście lat później z fabryki
Kruppa wyszła już pierwsza seria armat zdolnych do niszczenia każdej
kolumny maszerującej w zwartym szyku. W 1870 r. - zaledwie w rok po
śmierci Jominiego - zakłady kruppowskie zatrudniały już 10 000
robotników i produkowały masowo broń, wobec której skupianie wojsk na
otwartym polu walki było typowym błędem zagorzałych
konserwatystów5.
Tak więc, kiedy Clausewitz filozof przepowiadał naukową wojnę mas
ludzkich i maszyn, Jomini praktyk uznawał tylko reguły oparte na
kampaniach Napoleona.
Techniki Jomini nie lubił.
Nie lubił też swoich adwersarzy. Z ich antytezami rozprawia się bez
zbędnych subtelności, nie wdając się wiele w polemiczne dyskursy. Jego
arbitralność jest zresztą typowa dla wysłużonych generałów; wypowiadając
swoje bezapelacyjne racje odnoszą się oni do każdego dyskutanta z tolerancją pełną zniecierpliwienia i uważają za nieuków tych wszystkich,
którzy są im przeciwni.
Szczególnie zgryźliwie odnosił się Jomini do Clausewitza, którego uważał
za klasycznego gmatwacza rzeczy prostych. Nic w tym zresztą dziwnego.
Skoro wśród fachowo rozumujących rzemieślników pojawia się typ filozofa,
musi on być przez nich uważany za dziwaka, który nie wiadomo po co wikła
sprawy dla wszystkich zrozumiałe.
Mimo to charakterystyczna jest zbieżność poglądów Jominiego i Clausewitza na wiele merytorycznych spraw. Jak jeden, tak i drugi
uznawali zasadę, że głównym celem wodza powinno być rozstrzygnięcie
konfliktu przez szybkie, bezwzględne wtargnięcie mas wojska na
terytorium przeciwnika i pobicie jego armii. Obaj uważali, że zachowanie
długotrwałego pokoju jest tylko pobożnym życzeniem, lecz wojna to
ultima ratio narodów. Obaj uważali armię za wykładnik państwowej
potęgi i siły narodu.
Teorie głoszone przez Jominiego nie były więc jedynymi. Utwierdza to w przekonaniu, że tendencje charakterystyczne dla danej epoki formułowane
są przez teoretyków, których interpretacje i tezy - mimo pozornych
różnic - wyrażają jednaki stan rzeczy. Jednakowe dane wyjściowe prowadzą
na ogół do jednoznacznego wyniku, bez względu na wybraną drogę
rozumowania.
Wszelka krytyka teorii wysuniętych przed stu laty jest obecnie polemiką
z duchami; żaden z ówczesnych autorytetów nie może - ze względów
naturalnych - bronić słuszności swoich tez. Nie sądzę nawet, aby żywa
wymiana poglądów ludzi reprezentujących dwa różne stulecia mogła dać
pozytywne wyniki, te same zjawiska bowiem widzieliby oni w zasadniczo
różnej postaci.
Jednakże perspektywa czasu pozwala na względnie obiektywną ocenę
dokonanego dzieła, ocenę wkładu, jakie dzieło to wniosło do historii
społeczeństw, rozwoju cywilizacji, do określonej dziedziny wiedzy.
Spoglądając z dystansu ponad stu lat na prace generała Jominiego należy
stwierdzić, że dostarczają nam one ogromnego materiału poznawczego - i to zarówno jeśli chodzi o stronę historii wojen, jak i o rozwój
wojskowej myśli teoretycznej. Wśród tych prac Zarys sztuki wojennej
stanowi syntezę ówczesnych poglądów na prowadzenie działań wojennych -
poglądów zawierających niejedną myśl aktualną po dziś dzień. Toteż mimo
wielu lat, jakie upłynęły od chwili napisania tej książki, nie straciła
ona wartości naukowej i stanowi interesującą pozycję dla wszystkich,
którzy studiują historię wojen i dzieje wojskowości. Jej autora zaś
można niewątpliwie zaliczyć do klasyków teorii wojen.
Tadeusz Pióro
generał brygady
Uwagi o współczesnej teorii wojny i jej przydatności
UWAGI O WSPÓŁCZESNEJ
TEORII WOJNY
I JEJ PRZYDATNOŚCI
Niniejszy przegląd analityczny poszczególnych kombinacji wojny, którego
czwarte wydanie mam zaszczyt obecnie przedstawić, był opracowywany dla
celów edukacji wojskowej pewnego dostojnego księcia. Śmiem sądzić, że
dzięki moim licznym uzupełnieniom praca ta sprosta swemu przeznaczeniu.
Wydaje mi się, że do lepszego sprecyzowania owego celu powinienem słów
kilka powiedzieć o obecnym stanie teorii wojny. Będę przy tym zmuszony
wspomnieć nieco o sobie i swoich pracach. Wyrażam nadzieję, że będzie mi
to wybaczone, inaczej bowiem trudno by mi było przedstawić swój pogląd
na teorię wojny i omówić rolę, jaka przypadła mi w jej opracowaniu,
gdybym nie wspomniał, jak owa teoria kształtowała się w moim pojęciu.
Jak już pisałem w oddzielnej publikacji, wydanej w roku 1807, sztuka
wojenna istniała zawsze, a zwłaszcza strategia była taka sama, zarówno
za czasów Cezara jak i Napoleona. Sztuka ta istniała jednak tylko w umysłach wielkich wodzów i nie była ujęta w żadnej rozprawie pisemnej.
Wszystkie prace podawały jedynie urywki systemów6, które
powstały w wyobraźni autorów i zawierały często mało znaczące (aby nie
powiedzieć całkowicie pozbawione treści) szczegóły dotyczące
drugorzędnych zagadnień taktyki, jedynej chyba części składowej sztuki
wojennej, której nie można podporządkować stałym zasadom.
Z liczby pisarzy współczesnych rozgłos zdobyli Feuguiéres7,
Follard8 i Puisegur9. Pierwszy - dzięki swym wysoce
interesującym krytycznym i dogmatycznym pracom; drugi - dzięki swym
komentarzom do dzieł Polibiusza i rozprawie o kolumnie; trzeci z nich
zasłynął opracowaniem, które, jak sądzę, stanowiło pierwszy szkic z dziedziny logistyki10 i jedną z pierwszych rozpraw
omawiających skośny szyk bojowy stosowany w starożytności. Pisarze ci
nie wniknęli jednak dostatecznie w zagadnienia, które zamierzali omówić
i, aby mieć wierne wyobrażenie stanu sztuki wojennej z połowy XVIII
wieku, należy przeczytać to, co napisał Marszałek Saski11 w przedmowie do swych Rozmyślań.
"Wojna jest dziedziną wiedzy pogrążoną w mroku, w którym nie można
maszerować pewnym krokiem. Następstwem tego są przesądy oraz rutyna,
będące konsekwencją niewiedzy. Wszystkie nauki mają swoje zasady,
jedynie tylko wojna jeszcze ich nie ma. Wielcy wodzowie, którzy o niej
pisali, nie podają nam żadnych reguł. Aby je zrozumieć, trzeba mieć duże
doświadczenie.
Gustaw Adolf stworzył pewną metodę, ale ją wkrótce zarzucono, ponieważ
przyswajano ją sobie w sposób rutyniarski. Pozostają więc jedynie
nawyki, których zasad nie znamy".
Zostało to napisane mniej więcej w czasie, kiedy Fryderyk
Wielki12 rozpoczynał wojnę siedmioletnią zwycięstwami odnoszonymi
pod Hohenfriedbergiem, Soor itd. Natomiast poczciwy Marszałek Saski,
miast rozpraszać owe ciemności, na które się tak słusznie żalił, sam
zabawiał się ustalaniem przepisów wyposażenia wojska w wełniane kurty,
ustawianiem żołnierzy w cztery szeregi, z których dwa uzbrojone były w kopie, i wreszcie proponował skonstruowanie karabinów-armat, które zwał
zabawkami (amusettes). Na tę nazwę zasługiwały całkowicie ze względu
na pocieszne malowidła, które je zdobiły.
W wyniku wojny siedmioletniej ukazało się kilka wartościowych prac. Sam
Fryderyk, nie zadowalając się tym, że był wielkim królem, wielkim
wodzem, filozofem i wybitnym historykiem, stał się jeszcze pisarzem
dydaktykiem dzięki instrukcji, którą opracował dla swych generałów.
Guichard, Turpin, Maizeroy, Menil-Durand wiedli dyskusje nad dawną i współczesną taktyką i wydali na ten temat kilka interesujących rozpraw.
Turpin komentował Montecuculego i Vegetiusa. Markiz de Silva w Piemoncie, a Santa-Cruz w Hiszpanii również poruszali z powodzeniem
niektóre zagadnienia. D'Escremeville pobieżnie naszkicował zarys
historii sztuki wojennej, który nie był pozbawiony wartości. Wszystko to
jednak nie rozproszyło ciemności, na które uskarżał się zwycięzca spod
Fontenoy.
Nieco później pojawili się Grimoard, Guibert i Lloyd. Pierwsi dwaj
przyczynili się do rozwoju taktyki bitew i logistyki13.
Trzeci z nich poruszył w swych interesujących pamiętnikach niektóre
doniosłe zagadnienia strategii, niestety jednak zagrzebał je w masie
drobnych szczegółów dotyczących szyków taktycznych i filozofii wojny.
Chociaż autor ten nie rozwiązał żadnego z tych zagadnień w sposób
umożliwiający budowę pewnego określonego systemu, to jednak należy mu
oddać sprawiedliwość i przyznać, że jako pierwszy wskazał właściwą ku
temu drogę. Jego opis wojny siedmioletniej, z której ukończył zaledwie
dwie kampanie, był, przynajmniej dla mnie, bardziej pouczający niż
całość napisanych przez niego dzieł teoretycznych.
W przerwie pomiędzy wojną siedmioletnią a wojnami rewolucji francuskiej
ukazało się w Niemczech mnóstwo mniejszych lub większych prac, w których
autorzy rozwodzili się nad przeróżnymi drugorzędnymi dziedzinami sztuki
wojennej, dając jednak przy tym słabe wyjaśnienia. Thielke i Faesch
wydali w Saksonii: pierwszy - fragmenty poruszające temat obozów,
uderzenia na obozy i na pozycje, drugi - zbiór zasad dotyczących różnych
drugorzędnych zagadnień z zakresu działań wojennych. Scharnhorst czynił
to samo w Hanowerze. Warnery wydał w Prusach niezłą książkę o kawalerii,
baron Holtzendorf - książkę o taktyce manewru. W Austrii hr. von
Khevenhüller opublikował zbiór zasad z dziedziny wojny polowej i oblężniczej. Wszystko to jednak nie dawało dostatecznego wyobrażenia o wyższych dziedzinach nauki wojennej.
Następnie nic się nie działo aż do czasu, gdy Mirabeau, po powrocie do
Berlina, opublikował olbrzymi tom o taktyce Prusaków. Było to suche
powtórzenie regulaminu o ewolucjach plutonu i linii, czemu ze
wzruszającą naiwnością przypisywano większość sukcesów Fryderyka.
Jakkolwiek tego rodzaju prace mogły powodować szerzenie się owego
fałszywego poglądu, to jednak należy przyznać, że przyczyniły się one do
udoskonalenia wydanej w roku 1791 instrukcji o wykonywaniu manewru, co
było jedyną korzyścią, jakiej się można było od nich spodziewać.
Taki był stan sztuki wojennej na początku XIX wieku, gdy Porbeck,
Venturini i Bülow wydali kilka broszur, omawiających pierwsze kampanie
rewolucji. Zwłaszcza ten ostatni wywołał w Europie pewnego rodzaju
sensację swoją koncepcją systemu współczesnej wojny. Było to dzieło
człowieka genialnego, stanowiące jednak tylko zarys, który niewiele
rozszerzył pierwsze definicje podane przez Lloyda. W tym samym czasie
ukazała się również w Niemczech wartościowa praca Laroche-Aymona,
zatytułowana skromnie jako wstęp do sztuki wojennej - prawdziwa
encyklopedia wszystkich dziedzin owej sztuki z wyjątkiem strategii, o której ledwo napomyka. Pomimo tej luki jest to jedno z klasycznych,
najbardziej szczegółowych i godnych zalecenia dzieł.
Obu tych prac nie znałem jeszcze wtedy, kiedy po wystąpieniu ze służby
wojskowej w Szwajcarii, gdzie byłem dowódcą batalionu, pragnąłem sam
uzupełnić swe wykształcenie, pochłaniając wszystkie książki, które
omawiały zagadnienia sporne, nurtujące w drugiej połowie XVIII wieku
sfery wojskowe. Poczynając od Puiségura i kończąc na Menil-Durandzie i Guibercie, znajdowałem u wszystkich mniej lub bardziej kompletne systemy
taktyki bitew, co nie mogło dać doskonałego wyobrażenia o wojnie,
ponieważ wszystkie były ze sobą w godnej pożałowania sprzeczności.
Dlatego rozpocząłem studiowanie dzieł z zakresu historii wojen, aby w kombinacjach wielkich wodzów szukać rozwiązania, którego wcale mi nie
dawały systemy owych pisarzy. Już relacje Fryderyka Wielkiego zaczęły mi
ujawniać tajemnicę jego wspaniałego zwycięstwa pod Leuthen (Lissa).
Stwierdziłem, że tajemnica ta polegała na bardzo prostym manewrze - na
skierowaniu głównej masy wojsk przeciwko jednemu tylko skrzydłu wojsk
nieprzyjaciela. W przekonaniu tym utwierdziły mnie wkrótce potem prace
Lloyda. Przekonałem się mianowicie, że takie same przyczyny były również
powodem pierwszych sukcesów Napoleona we Włoszech. Nasunęło mi to myśl,
że klucz do całej nauki wojennej będzie można znaleźć wtedy, jeśli w strategii na szachownicy wojny zastosuje się tę samą zasadę, którą
Fryderyk stosował na polach bitew. W prawdę tę nie mogłem już wątpić,
czytając później opisy kampanii Turenne'a, Marlborougha i Eugeniusza
Sabaudzkiego14 i porównując je z kampaniami Fryderyka,
których opisy Tempelhoff właśnie wydał z bardzo ciekawymi, aczkolwiek
napisanymi ciężkim stylem i z często powtarzającymi się szczegółami.
Wówczas zrozumiałem, że Marszałek Saski miał wiele racji twierdząc, że w roku 1750 nie było wcale zasad sztuki wojennej i że wielu ludzi błędnie
interpretowało jego wstęp, wyciągając wniosek, że jego zdaniem zasady
takie nie istnieją w ogóle.
Przekonany, że znalazłem właściwy punkt widzenia, z którego należy
rozpatrywać teorię wojny, aby odkryć jej rzeczywiste reguły i porzucić
zawsze bardzo niepewne systemy osobiste, zabrałem się do pracy z żarliwym zapałem neofity.
W roku 1803 napisałem jeden tom, który przedstawiłem panu d'Oubrilowi,
sekretarzowi poselstwa rosyjskiego w Paryżu, następnie też marszałkowi
Neyowi. Jednak praca Bülowa o strategii i opis historyczny Lloyda
tłumaczony przez Roux-Fazillaca, które wpadły mi wówczas w ręce,
skłoniły mnie do trzymania się innego planu. Pierwszą moją próbą była
dydaktyczna rozprawa na temat szyków bojowych, marszów strategicznych i linii operacyjnych. Siłą rzeczy było to opracowanie suche, przeładowane
cytatami z historii, ujętymi według zagadnień, które miały tę wadę, że w jednym i tym samym rozdziale podawały wydarzenia odległe często od
siebie o cały wiek. Zwłaszcza Lloyd utwierdził mnie w przekonaniu, że
krytyczne, rzeczowe ujęcie całej wojny ma tę wyższość, że zachowując
kolejność i jednolitość opisu oraz biegu wydarzeń, nie utrudnia
sformułowania podstawowych tez. Wszak cykl dziesięciu kampanii w zupełności wystarczy do przedstawienia wszystkich możliwych do
stosowania zasad sztuki wojennej. Dlatego spaliłem swą pierwszą pracę i rozpocząłem nową z zamiarem opracowania dalszego przebiegu wojny
siedmioletniej, której Lloyd nie ukończył. Odpowiadało mi to tym
bardziej, że mając dopiero 24 lata i małe doświadczenie, miałem
przełamywać wiele na raz przesądów i ścierać się z ludźmi o dużej,
czasem uzurpowanej sławie. Dlatego potrzebowałem silnego poparcia, a z pomocą mogłyby mi przyjść fakty, które przemawiałyby na mą korzyść.
Obrałem więc ostatecznie ten właśnie sposób, który, moim zdaniem,
wydawał się być najbardziej zrozumiały dla wszystkich czytelników.
Rozprawa dydaktyczna byłaby niewątpliwie odpowiedniejsza ze względu na
możność prowadzenia wykładów i bardziej kompleksowe przedstawienie
kombinacji nauki wojennej, cokolwiek rozproszonych w opisach
poszczególnych kampanii. Jeśli chodzi o mnie, to muszę przyznać, że
uważna lektura jednej rozsądnie prowadzonej kampanii przyniosła mi
więcej korzyści, niż wszystkie istniejące opracowania naukowe. Moja
książka z roku 1805 była przeznaczona dla oficerów starszych, a nie dla
elewów szkół wojskowych.
Mniej więcej w tym samym czasie ukazała się niewielka broszura
traktująca o strategii pióra majora Wagnera, pełniącego wówczas służbę w armii austriackiej. W owym szkicu, zawierającym wiele rozsądnych
poglądów, autor zapowiadał, że opracuje z czasem coś bardziej
kompletnego, co też istotnie ostatnio nastąpiło. W kilka lat potem
arcyksiążę15 poprzedził swe znakomite dzieło książką in
folio na temat wielkiej wojny, w której już wtedy dał się poznać
geniusz mistrza. W Prusach zagadnienia te zaczął z powodzeniem badać
generał Scharnhorst.
Wreszcie, w dziesięć lat po wydaniu mego pierwszego Traktatu o wielkich
operacjach, ukazało się cenne dzieło arcyksięcia Karola, w którym
połączone zostały obie metody opracowania - dydaktyczna i historyczna.
Książę ujął najpierw w niewielkim tomie podstawy strategii, następnie
zaś, w celu praktycznego rozwinięcia sposobu stosowania sztuki wojennej,
opracował cztery tomy krytycznej historii kampanii z lat 1796 i 1799.
Praca ta, przynosząca sławnemu księciu nie mniej chwały niż wygrane
bitwy, uzupełniła podstawy strategii jako nauki, której pionierami byli
Lloyd i Bülow, a której pierwsze zasady przedstawiłem w roku 1805 w rozdziale o liniach operacyjnych, później zaś w roku 1807 w rozdziale o podstawowych zasadach sztuki wojennej, drukowanych oddzielnie w Głogowie
na Śląsku.
Upadek Napoleona i powrót wielu rozmiłowanych w pracy naukowej oficerów
do pokojowego życia stał się jak gdyby sygnałem do pojawienia się
mnóstwa wszelkiego rodzaju prac wojskowych. Generał Rogniat wywołał
dyskusję, proponując restytucję systemu legionów bądź też dywizji
republikańskich i zwalczając nieco awanturniczy system Napoleona.
Szczególnie wiele prac dogmatycznych ukazało się w Niemczech: Xylander w Bawarii, Theobald i Müller w Wirtembergii, Wagner, Decker, Hoyer i Valentini w Prusach ogłaszali przeróżne dzieła, które w zasadzie nie
zawierały nic nowego, będąc powtórzeniem zasad arcyksięcia oraz moich, z podaniem jedynie odmiennych sposobów stosowania.
Chociaż niektórzy autorzy w sposób raczej bardziej wyrafinowany niż
skuteczny napadli na mój rozdział o centralnych liniach operacyjnych, to
jednak ich pracom nie można odmówić zasłużonego uznania, bowiem wszyscy
oni w mniejszym lub większym stopniu wyrażali genialne poglądy.
W Rosji generał Okuniew wyświadczył cenną przysługę młodym oficerom,
opracowując poważny temat o połączonym bądź częściowym użyciu trzech
rodzajów wojsk, co stanowi podstawę teorii walki.
Gay-Vernon, Jacguinot de Presie i Roquancourt wydali we Francji
zasługujące na uznanie podręczniki.
Tymczasem doświadczenie przekonało mnie, że w mojej pierwszej pracy brak
jest zbioru zasad, podobnego do tego, jaki figuruje na początku pracy
arcyksięcia. Skłoniło mnie to do wydania w roku 1829 pierwszego szkicu
niniejszego przeglądu analitycznego, do którego dołączyłem dwa artykuły
na temat polityki wojennej państwa.
Skorzystałem z tej okazji, aby bronić podstawowych założeń swego
artykułu o liniach operacyjnych, bowiem artykuł ten wielu pisarzy źle
zrozumiało. Polemika ta doprowadziła przynajmniej do ustalenia bardziej
słusznych definicji, potwierdzających zarazem istotne korzyści
wynikające z operacji centralnych.
W rok po wydaniu tego analitycznego przeglądu zmarł pruski generał
Clausewitz, obarczając żonę troską o pośmiertne wydanie jego dzieł, o których mówiono jako o nie dokończonych szkicach. Praca ta wywołała w Niemczech dużą sensację. Ja ze swej strony żałuję, że została napisana,
zanim jeszcze jej autor mógł zapoznać się z moim analitycznym
przeglądem, jestem bowiem przekonany, że oceniłby go w pewnym stopniu
sprawiedliwie.
Generałowi Clausewitzowi nie można odmówić dużego wykształcenia oraz
umiejętności władania piórem. Pióro to jednak zbytnio przeskakuje
czasami z tematu na temat, a przede wszystkim jest zbyt pretensjonalne w dyskusjach dydaktycznych, których główną zaletą powinna być wszak
prostota i jasność. Prócz tego, w odniesieniu do zagadnień nauki
wojennej autor wykazuje trochę za dużo sceptycyzmu. Jego pierwszy tom
stanowi perorowanie przeciwko wszelkiej teorii wojny, wówczas gdy dwa
następne, przeładowane zasadami teoretycznymi, wykazują, że autor wierzy
w skuteczność własnej doktryny, nie dowierza natomiast doktrynom innych
pisarzy.
Jeśli chodzi o mnie, to przyznaję, że w tym mądrym labiryncie zdołałem
znaleźć tylko niewiele jasnych myśli i godnych uwagi artykułów. Ponieważ
wcale nie podzielałem sceptycyzmu autora, przeto żadna inna praca nie
mogła wzbudzić we mnie większego przekonania o potrzebie posiadania i przydatności dobrych teorii, aczkolwiek w tę prawdę nigdy nie wątpiłem.
Teraz chodziło tylko o dokładne porozumienie się co do granic, jakie
należałoby wyznaczyć owym teoriom, aby nie wpaść w przesadną pedanterię,
gorszą od ignorancji16. Przede wszystkim należy dobrze
rozpoznawać różnicę zachodzącą między teorią zasad a teorią systemów.
W tym czasie, gdy Clausewitz usiłował w ten sposób podważyć zasady nauki
wojennej, ukazała się we Francji praca o całkowicie odmiennym
charakterze. Było to dzieło markiza de Ternaya, francuskiego emigranta
pozostającego w służbie angielskiej. Książka ta jest bez wątpienia
najbardziej wyczerpującym dotychczas dziełem z zakresu taktyki bitew. I chociaż przy formułowaniu doktryn odnoszących się do niewykonalnych
często na wojnie szczegółów działania autor tej książki popada niekiedy
w skrajną sprzeczność z wywodami pruskiego generała, to jednak nie można
odmówić mu istotnie dużych zasług i nie przyznać jednego z pierwszych
miejsc wśród grona taktyków.
W zarysie tym wspomniałem tylko o pracach mających charakter ogólny,
pomijając opracowania odnoszące się do poszczególnych rodzajów wojsk.
Dzieła Montalemberta, St. Paula, Bousmarda, Carnota, d'Astera i Blessona
przyczyniły się do rozwoju sztuki oblężniczej i fortyfikacyjnej. Pisma
Bismarcka, Laroche-Aymona i Müllera wyjaśniły również wiele zagadnień z dziedziny kawalerii. Od czasów Gribeauvala17 i Urtubiego
artyleria miała już swój poradnik i wiele różnych prac specjalnych;
wśród ich autorów należy wyróżnić Deckera, Paixhansa, Dedona, Hoyera,
Ravichio i Rouvroya. Podejmowane przez niektórych z nich dyskusje, a przede wszystkim wystąpienia markiza de Chambraya i generała Okuniewa na
temat ognia piechoty oraz rozprawy wielu oficerów drukowane w zajmujących czasopismach wojskowych, ukazujących się w Wiedniu,
Berlinie, Monachium, Stuttgarcie i Paryżu, również przyczyniły się do
stopniowego rozwoju dyskutowanych dziedzin.
Podjęto także kilka prób opracowania historii sztuki wojennej od czasów
starożytnych aż po chwilę obecną. Tranchant Laverne zabrał się do tego w sposób umiejętny i wnikliwy, ale nie ogarnął całości. Carrion-Nisas,
który zbyt dużo miejsca poświęcił historii starożytnej, a za mało czasom
od odrodzenia do wojny siedmioletniej, nie zdołał w ogóle przedstawić
systemu współczesnego. Lepsze na tym polu wyniki osiągnął Roguancourt,
jak też neapolitański kapitan Blanchi, który dał interesującą analizę
teorii i praktyki sztuki wojennej w poszczególnych okresach.
Sądząc z tak obszernej listy współczesnych pisarzy, można by pomyśleć,
że gdyby Marszałek Saski stanął ponownie wśród nas, to byłby mocno
zdziwiony bogactwem naszej obecnej literatury wojskowej i nie
utyskiwałby już na mrok pokrywający tę dziedzinę wiedzy. Odtąd nie brak
już książek dla tych, którzy zechcą je studiować. Ale większą wartość
niż wszystkie książki ma okoliczność, że obecnie mamy już zasady,
podczas gdy w XVIII wieku mieliśmy jedynie metody i systemy.
Należy jednak przyznać, że do maksymalnego rozwinięcia teorii brak jest
nadal jakiejś poważnej pracy i że stan ten, według wszelkiego
prawdopodobieństwa, potrwa jeszcze długo. Zadanie takiego dzieła
polegałoby na gruntownym zbadaniu czterech odmiennych systemów, na
których opierano się na przestrzeni stulecia. Chodziłoby tu o system
wojny siedmioletniej, system pierwszych kampanii rewolucji, system
wielkich wypraw Napoleona oraz wreszcie system stosowany przez księcia
Wellingtona18. Na podstawie tego porównawczego badania
należałoby opracować jakiś system mieszany, odpowiadający warunkom wojen
regularnych i mający w sobie coś z metod Fryderyka i zarazem Napoleona.
Ściślej mówiąc, należałoby stworzyć jakiś system podwójny: dla wojen
zwykłych, prowadzonych pomiędzy mocarstwami oraz dla wielkich wypraw
inwazyjnych. Zarys tej tak ważnej pracy podałem w artykule 8 rozdziału
III. Ponieważ jednak temat ten objąłby wiele tomów, poprzestałem jedynie
na zwróceniu uwagi na to zadanie tym, którzy czuć się będą na siłach i znajdą dość czasu, aby mu sprostać i którzy będą radzi znaleźć na tle
nowych wydarzeń potwierdzenie słuszności owych mieszanych doktryn.
Na razie kończę ten krótki zarys podaniem swego poglądu na polemikę,
której przedmiotem był mój niniejszy przegląd oraz moja pierwsza
rozprawa. Rozpatrując wszystkie za i przeciw, i porównując sceptycyzm
Clausewitza z olbrzymim postępem, jaki nauka wojenna poczyniła w ostatnim trzydziestoleciu, uważam, iż mam prawo stwierdzić, że
całokształt moich zasad i wypływających stąd reguł został źle pojęty
przez wielu pisarzy. Jedni stosowali owe reguły jak najbardziej błędnie,
inni wyciągali z nich zbyt przesadne wnioski, jakie mi nigdy nie
przychodziły do głowy. Generał, który brał udział w tuzinie kampanii,
powinien wiedzieć, że wojna jest straszliwym dramatem, w którym tysiąc
moralnych i fizycznych przyczyn działa z mniejszym lub większym
skutkiem, i której nie da się nigdy skalkulować w sposób matematyczny.
Muszę również przyznać bez ogródek, że dwudziestoletnie doświadczenie
mogło mnie jedynie umocnić w następujących przekonaniach:
"Istnieje niewiele podstawowych zasad wojny, od których nie można
odstąpić bez narażenia się na niebezpieczeństwo, a także takich zasad,
których stosowanie miałoby niemal zawsze gwarantować sukces.
Niewiele również istnieje praktycznych reguł, wypływających z owych
zasad. Jeśli niekiedy, zależnie od istniejących okoliczności, reguły owe
ulegają zmianom, to jednak mogą one być pomocne wodzowi jako kompas przy
wykonywaniu w wirze i zgiełku walki zawsze ciężkiego i skomplikowanego
zadania kierowania wielkimi operacjami.
Człowiek genialny w chwili natchnienia na pewno potrafi stosować owe
zasady lepiej od tego, który opiera się na najstaranniej wyuczonej
teorii. Niemniej jednak zwykła teoria, pozbawiona jakiejkolwiek
pedanterii, sięgająca w sedno sprawy bez narzucania jakichkolwiek
systemów absolutnych, jednym słowem teoria oparta na kilku podstawowych
regułach, może w wielu wypadkach udzielić geniuszowi skutecznej pomocy,
a nawet przyczynić się do jego rozwoju, budząc w nim większe zaufanie do
własnych koncepcji.
Ze wszystkich teorii sztuki wojennej jedynie słuszna jest teoria oparta
na studiowaniu historii wojen, uznająca pewną liczbę zasad regulujących
i pozostawiająca wrodzonemu geniuszowi jak największą swobodę w prowadzeniu wojny, nie krępująca go ścisłymi regułami.
I przeciwnie, nic tak nie zdoła osłabić owego geniusza i doprowadzić do
tryumfu błędu, jak teorie zajmujące się szczegółami i oparte na
fałszywych poglądach głoszących, że wojna jest nauką
pozytywną19, a wszelkie operacje można sprowadzać do
bezbłędnych obliczeń.
Wreszcie metafizyczne i sceptyczne dzieła niektórych pisarzy również
nikogo nie przekonają, że nie istnieją rzekomo żadne zasady dotyczące
wojny. Prace ich bowiem nie zawierają absolutnie żadnych dowodów
przeciwko regułom opartym na najwspanialszych czynach bojowych czasów
współczesnych i nawet popartym rozumowaniem tych, którym wydaje się, że
je zwalczają".
Żywię nadzieję, że po tym wyznaniu nikt nie powinien obwiniać mnie o chęć uczynienia ze sztuki wojennej jakiegoś mechanizmu o określonym
systemie kół, ani o twierdzenie, że odczytanie jednego tylko rozdziału
zasad sztuki wojennej pozwoli pierwszemu lepszemu człowiekowi zdobyć
umiejętność dowodzenia armią. W dziedzinie każdej sztuki, podobnie jak w każdej sytuacji życiowej, wiedza i umiejętność stanowią dwa całkiem
różne pojęcia i chociaż w pewnych wypadkach wystarcza sama umiejętność,
to jednak tylko połączenie tych obu cech stanowi o doskonałości
człowieka i zapewnia całkowite powodzenie jego poczynaniom. Nie chcąc
się jednak narazić na zarzut pedantyzmu, przyznaję natychmiast, że pod
pojęciem wiedzy wcale nie rozumiem rozległej erudycji. Nie chodzi bowiem
o to, aby dużo wiedzieć, lecz o to, by dobrze znać dane zagadnienie, a przede wszystkim, aby znać wszystko, co dotyczy otrzymanego zadania.
Pragnąłbym, aby przepojeni tymi prawdami czytelnicy życzliwie przyjęli
niniejsze nowe wydanie mego przeglądu analitycznego, rozszerzonego o kilka doniosłej wagi artykułów. Sądzę, że obecnie pracę tę można polecić
jako najbardziej pouczającą lekturę dla władców i mężów stanu.
Uważałem, że w powyższych uwagach nie należy wspominać o pracach
wojskowo-historycznych, charakteryzujących naszą epokę, prace te bowiem
nie wchodzą właściwie w zakres omawianego przeze mnie zagadnienia.
Niemniej jednak, jeśli mi czas i miejsce na to pozwolą, zamierzam
umieścić na ten temat na końcu niniejszego tomu odpowiedni dopisek.
Tymczasem pozwolę sobie zauważyć, że w ostatnich latach dziedzina ta
poczyniła wielkie postępy.
Ścisła historia wojen stanowi niewdzięczny i trudny rodzaj twórczości,
ponieważ, aby przynieść korzyść ludziom zajmującym się sztuką wojenną,
musi podawać szczegóły suche i zarazem drobne, ale niezbędne dla
należytej oceny położenia bojowego i ruchów wojsk. Dlatego aż do Lloyda,
który dał niezbyt doskonały zarys wojny siedmioletniej, żaden inny
pisarz wojskowy nie zszedł z utartej drogi oficjalnych relacji albo
mniej lub bardziej nużących panegiryków.
W pierwszym szeregu historyków wojskowych XVIII wieku znajdowali się:
Dumont, Quincy, Bourcet, Pezay, Grimoard, Retzow i Tempelhoff. Ten
ostatni stworzył pewnego rodzaju szkołę, mimo że jego praca została
cokolwiek przeładowana szczegółami dotyczącymi marszów i obozów, bez
wątpienia bardzo przydatnymi w dniach walki, lecz całkowicie
bezużytecznymi dla historii całej wojny, ponieważ powtarzają się one
niemal codziennie w tej samej formie.
Począwszy od roku 1792 ścisła historia wojen wzbogaciła się zarówno we
Francji, jak i w Niemczech tak wielką liczbą prac, że samo wyliczenie
ich tytułów zajęłoby całą broszurę. Spośród nich wymienię pierwsze
kampanie rewolucji Grimoarda, jak również generała Graverta; pamiętniki
Sucheta i Saint-Cyra; fragmenty pióra Gourgauda i Montholona; obszerną
pracę o zwycięstwach i podbojach napisaną pod kierownictwem generała
Beauvais, a także cenny zbiór opisów bitew pułkownika Wagnera i majora
Kausslera. Należałoby również wymienić wojnę hiszpańską Nepiera, wojnę
egipską Reyniera, kampanie Suworowa pióra Laverne'a oraz niekompletne
relacje Stutterheima i Labaume'a20.
O wiele bardziej atrakcyjna jest historia polityczno-wojskowa.
Opracowanie jej jest jednak dużo trudniejsze, niełatwo ją bowiem
dostosować do wymagań stawianych utworom dydaktycznym, ponieważ, aby
treść jej nie pozostała zbyt sucha, należy pomijać wszystkie szczegóły,
które odnoszą się do dzieł o tematyce wojskowej.
Na przestrzeni wielu wieków, aż do upadku Napoleona, w dziale historii
politycznej i wojskowej istniała tylko jedna wyśmienita praca -
Historia moich czasów, której autorem był Fryderyk Wielki21.
Ten rodzaj twórczości wymaga zarówno pięknego stylu, jak i wszechstronnych, głębokich wiadomości z zakresu historii i polityki, a także odpowiedniego talentu wojskowego, umożliwiającego wierną ocenę
wydarzeń. Aby tworzyć tego rodzaju arcydzieła, należy stosunki i sprawy
poszczególnych państw przedstawiać w taki sposób, jak to robił Ancillon,
i opisywać bitwy z umiejętnością Napoleona i Fryderyka. Jeśli wciąż
jeszcze oczekujemy podobnego arcydzieła, to jednak musimy przyznać, że w ciągu ostatnich 30 lat ukazało się kilka dobrych pozycji. Należy do nich
zaliczyć Wojnę hiszpańską Foya, Zarys wydarzeń wojennych
Mathieu-Dumasa oraz rękopisy Faina, mimo że w drugim z tych utworów brak
wyraźnego punktu widzenia, ostatni zaś grzeszy zbytnią stronniczością.
Dalej idą dzieła Segura - syna, pisarza pełnego werwy i światłych
poglądów, które wykazał, pisząc Historię Karola VIII. Gdyby styl jego
był nieco bardziej naturalny, wówczas autor ten mógłby odebrać swym
poprzednikom palmę pierwszeństwa wśród grona historyków wielkiego
stulecia, które wciąż jeszcze oczekuje swego Polibiusza. W trzeciej
kolejności wymienimy prace historyczne Toulongeona i Servana22.
Istnieje wreszcie trzeci rodzaj dzieł historycznych - historia
krytyczna, rozpatrująca zasady sztuki wojennej i zajmująca się
szczególnie badaniem stosunków istniejących między wydarzeniami a owymi
zasadami. Fequi?res i Lloyd wskazali drogę w tym kierunku, ale do czasów
rewolucji nie mieli wielu naśladowców. Ten rodzaj twórczości, choć mniej
błyskotliwy w swej formie, dać może lepsze wyniki, zwłaszcza jeśli
krytyka nie przybierze zbyt ostrej formy, co często mogłoby ją uczynić
fałszywą i niesprawiedliwą.
Od dwudziestu lat ów właśnie rodzaj twórczości historycznej, na wpół
dydaktycznej, na wpół krytycznej, rozwinął się bardziej niż pozostałe,
lub też uprawiany był z większym powodzeniem, dość na tym, że przyniósł
bezsporne korzyści. Opisy kampanii wydane przez arcyksięcia Karola,
podobne opisy wydane anonimowo przez generała Mufflinga, oderwane
relacje generałów Peleta, Buturlina, Clausewitza, Okuniewa,
Valentiniego, Ruhle'a, Laborde'a, Kocha, de Chambrai, Napiera i wreszcie
fragmenty prac wydawane przez Wagnera i Scheela w czasopismach
ukazujących się w Wiedniu i Berlinie - wszystkie owe prace, w większym
lub mniejszym stopniu, przyczyniły się do rozwoju nauki wojennej. Sądzę,
że i mnie wolno pretendować do niewielkiego udziału w tych osiągnięciach
ze względu na mą obszerną wojskowo-krytyczną historię wojen rewolucji
oraz inne wydane przeze mnie prace historyczne. Mówię o tym dlatego, że
w pracach tych, napisanych specjalnie do udowodnienia nieustannego
triumfu wypływającego ze stosowania pewnych zasad, nigdy nie omieszkałem
podać wszystkich faktów potwierdzających ten zasadniczy punkt widzenia i przynajmniej pod tym względem prace te odniosły pewien sukces23.
Dla potwierdzenia moich wypowiedzi powołam się na ostrą analizę
krytyczną hiszpańskiej wojny sukcesyjnej, podaną przez kapitana
Dumesnila.
Dzięki tym dziełom dydaktycznym i historyczno-krytycznym wykładanie nauki wojennej nie jest obecnie tak trudne. Dlatego słabymi wykładowcami będą ci profesorowie, którzy napotykają jeszcze trudności w przygotowywaniu wykładu, mając tysiące przykładów na poparcie odpowiednich wywodów. Nie należy jednak z tego wyciągać wniosku, że sztuka wojenna osiągnęła już szczyt doskonałości. Niczego doskonałego nie ma pod słońcem! Dlatego, gdybyśmy pod kierownictwem arcyksięcia Karola lub księcia Wellingtona utworzyli komitet złożony ze wszystkich najsławniejszych strategów i taktyków obecnego stulecia oraz najwybitniejszych generałów artylerii i inżynierii wojskowej, to i ten komitet nie zdołałby również opracować skończenie doskonałej i niezmiennej teorii obejmującej wszystkie dziedziny sztuki wojennej, a zwłaszcza teorii taktyki!
Przegląd analityczny wielkich kombinacji wojny
PRZEGLĄD ANALITYCZNY WIELKICH KOMBINACJI WOJNY
Definicja sztuki wojennej
DEFINICJA SZTUKI WOJENNEJ
Ogólnie mówiąc, nauka wojenna dzieli się na cztery następujące, czysto
wojskowe działy: strategię, wyższą taktykę, sztukę inżynieryjną i niższą
taktykę. Istnieje ponadto jeszcze jedna doniosła dziedzina, którą
dotychczas całkiem niesłusznie wyłączano z nauki wojennej, a mianowicie
polityka wojny24. Chociaż tą ostatnią powinni się zajmować raczej
mężowie stanu niż żołnierze, to jednak - od czasu, gdy zdecydowano
oddzielić togę od miecza - nie można zaprzeczać, że o ile nauka ta może
być niepotrzebna podkomendnemu generałowi, to jednak z całą pewnością
jest ona niezbędna dla każdego głównodowodzącego. Oddziałuje ona na
wszystkie kombinacje, które mogą decydować o wojnie, oraz na operacje,
które można przedsięwziąć. Dlatego należy ona nieodwołalnie do omawianej
przez nas dziedziny wiedzy.
Z powyższego wynika, że sztuka wojenna składa się w istocie z pięciu
wyraźnie różnych działów:
- polityki wojny;
- strategii, czyli sztuki umiejętnego kierowania masami wojsk na teatrze
wojny zarówno w celu wtargnięcia na terytorium innego państwa, jak i obrony własnego kraju;
- wyższej taktyki bitew i walk;
- sztuki inżynieryjnej oraz zdobywania i obrony twierdz;
- niższej taktyki.
Można by do tego jeszcze dodać filozofię, czyli moralną stronę wojny.
Wydaje się jednak bardziej celowe połączenie tego zagadnienia w jednym
rozdziale z polityką.
W pracy tej mamy zamiar omówić główne kombinacje trzech pierwszych
działów sztuki wojennej, zadanie nasze bowiem nie polega wcale na
rozpatrzeniu niższej taktyki ani sztuki inżynieryjnej, ponieważ stanowią
one oddzielną naukę.
Pragnąc być dobrym oficerem piechoty, kawalerii i artylerii nie trzeba
równie dobrze znać tych wszystkich działów sztuki wojennej. Aby jednak
zostać generałem lub wyróżniającym się oficerem sztabu generalnego,
należy dobrze je opanować. Szczęśliwi ci, którzy już zdobyli tę wiedzę,
szczęśliwe są także te rządy, które mogą właściwych ludzi wyznaczyć na
właściwe miejsca!
Rozdział I. O polityce wojny
Rozdział I
O POLITYCE WOJNY
Polityką wojny nazywamy zespół kombinacji, na podstawie których mąż stanu powinien osądzić, czy wojna jest na czasie, czy jest celowa, czy też nawet konieczna, a także ustalić jakie należy przedsięwziąć działania, aby osiągnąć zamierzony cel. Państwo podejmuje wojnę, aby:
- dochodzić praw lub stanąć w ich obronie;
- zabezpieczyć ważne interesy publiczne;
- udzielić pomocy państwom sąsiednim, których istnienie jest konieczne dla bezpieczeństwa własnego państwa lub zachowania równowagi politycznej;
- dotrzymać warunków przymierzy zaczepnych łub obronnych;
- propagować pewne idee, obalać je lub bronić; - wzmóc swe wpływy lub potęgę dzięki zdobyczom niezbędnym dla dobra państwa;
- ratować zagrożoną niepodległość narodową;
- pomścić zniewagę honoru;
- zaspokoić żądzę zdobyczy i podbojów. Istnieje opinia, że te różne rodzaje wojen wywierają pewien wpływ na
charakter działań wojennych, zmierzających do osiągnięcia wytkniętego
celu, oraz na wielkość wysiłków i zakres przedsięwzięć, które trzeba
będzie podjąć.
Nie ulega wątpliwości, że każda z tych wojen może być wojną zaczepną lub
obronną. Nawet strona, która sprowokowała konflikt zbrojny, może być
wyprzedzona w działaniach i zmuszona do obrony, strona zaś zaatakowana,
jeśli tylko zdoła się przygotować, potrafi od razu przechwycić
inicjatywę. Mogą też powstać jeszcze inne komplikacje wynikające ze
wzajemnego położenia stron.
1. Wojnę można prowadzić samotnie przeciwko innemu mocarstwu.
2. Można ją prowadzić samotnie przeciwko kilku państwom sprzymierzonym.
3. Można walczyć przeciwko jednemu przeciwnikowi, mając u boku potężnego
sprzymierzeńca.
4. Można stanowić w wojnie siłę główną lub być tylko siłą pomocniczą.
5. W tym ostatnim wypadku można przystąpić do wojny na jej początku albo
w czasie mniej lub bardziej zaawansowanych już walk.
6. Teatr wojny może znajdować się na terytorium nieprzyjaciela,
sprzymierzeńca albo na obszarze własnego kraju.
7. Jeśli chodzi o wojnę inwazyjną, można ją prowadzić blisko lub daleko,
rozważnie i z umiarem, albo w sposób szaleńczo-awanturniczy.
8. Wojna może mieć charakter narodowy, zarówno w odniesieniu do nas, jak
i do nieprzyjaciela.
9. Wojny mogą być wreszcie domowe lub religijne, obie równie
niebezpieczne i godne pożałowania.
Jeśli wojna została zdecydowana, należy ją oczywiście prowadzić według
zasad sztuki wojennej. Trzeba jednak przyznać, że w zależności od
różnych warunków istnieć będą znaczne różnice w sposobie prowadzenia
działań wojennych. Tak np. 200 tysięcy Francuzów, pragnących ujarzmić
powstałą przeciwko nim jak jeden mąż Hiszpanię, będzie działało inaczej,
niż 200 tysięcy tychże Francuzów zamierzających posuwać się na Wiedeń
lub jakąkolwiek inną stolicę, by podyktować tam pokój (1809).
Partyzantom Miny25 nikt nie uczyni zaszczytu, by walczyć z nimi
tak, jak walczono pod Borodino26. Jest zrozumiałe, że pułk
powinien walczyć nieomal zawsze jednakowo, ale sprawa ta wygląda jednak
inaczej, gdy chodzi o naczelnego wodza.
Do tych przeróżnych kombinacji, w większym lub mniejszym stopniu odnoszących się do zagadnień dyplomacji, dodać można jeszcze inne, ściśle odnoszące się do działań wojsk. Tym ostatnim kombinacjom nadamy miano polityki wojskowej, względnie filozofii wojny, ponieważ nie należą one wyłącznie ani do dyplomacji, ani do strategii, odgrywając jednak najdonioślejszą rolę w planach zarówno rządu, jak i dowódcy armii. Zacznijmy od rozpatrzenia kombinacji, które odnoszą się do dziedziny dyplomacji.
O wojnach zaczepnych prowadzonych w celu dochodzenia praw
O WOJNACH ZACZEPNYCH
PROWADZONYCH W CELU
DOCHODZENIA PRAW
Jeśli pewne państwo rości jakieś prawa do sąsiedniego kraju, nie stanowi
to zawsze racji, aby dochodzić swych roszczeń z bronią w ręku. Przed
powzięciem podobnej decyzji należy wziąć pod uwagę dobro publiczne.
Najsprawiedliwsza będzie ta wojna, która, wynikając z niezaprzeczalnych
praw danego państwa, przyniesie mu realne korzyści. W naszych czasach
istnieje jednak niestety tak wiele spornych i kwestionowanych praw, że w większości wypadków decyzję o rozpoczęciu wojny podejmuje się właściwie
wtedy, gdy nadarzy się do tego odpowiednia okazja. Tylko pozornie wydaje
się, że podłożem wojny są spory wypływające z praw dziedzictwa, zapisów
testamentów lub zawartych małżeństw.
Sprawa sukcesji hiszpańskiej za czasów Ludwika XIV była z punktu
widzenia prawa całkiem jasna, ponieważ ustalał ją solenny testament,
oparty na więzach rodzinnych i wyrażający powszechne życzenie narodu
hiszpańskiego. Jednak prawo to w sposób stanowczy zakwestionowała cała
Europa, co doprowadziło do zawarcia ogólnego przymierza zwróconego
przeciwko prawowitemu spadkobiercy.
Wykorzystując wojnę Austrii z Francją i powołując się na dawne
dokumenty, Fryderyk II wkroczył zbrojnie na Śląsk i opanował tę bogatą
prowincję, podwajając siły monarchii pruskiej. Ów sukces i doniosłość
samej decyzji były iście mistrzowskim posunięciem. Gdyby nawet nie udało
się Fryderykowi zrealizować swego planu, nie należałoby mu, mimo
wszystko, tego wytykać, bowiem wielkość i celowość tego przedsięwzięcia
mogą usprawiedliwić tę napaść, jeśli w ogóle jakikolwiek napad może być
usprawiedliwiony.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Między Francją a Prusami i Austrią. [wróć]
2. E. Tarle, Napoleon, Warszawa 1960, s. 472. [wróć]
3. E. Tarle, op. cit., s. 479. [wróć]
4. C. Clausewitz, O wojnie, Warszawa 1958, t. 2, s. 233. [wróć]
5. Tak wojowano jeszcze w 1870 roku! [wróć]
6. System - określony sposób, metoda postępowania lub wykonania jakiejś czynności (przyp. tłum.). [wróć]
7. Feuguiéres Antoni (1648-1711), generał francuski, autor Pamiętników o wojnie (przyp. tłum.). [wróć]
8. Follard Jan Karol (1669-1752), taktyk francuski, autor wielu dzieł (przyp. tłum.). [wróć]
9. Puisegur Jakub Franciszek (1656-1743), marszałek francuski (przyp. tłum.). [wróć]
10. W ówczesnym pojęciu logistyka obejmowała praktyczną sztukę dowodzenia wojskami (przyp. tłum.). [wróć]
11. Maurycy Saski (1696-1750), syn naturalny króla polskiego Augusta II; marszałek Francji, jeden z najwybitniejszych wodzów swego czasu. Między innymi zwycięzca spod Fontenoy, Raucoux, Lawfeld (przyp. tłum.). [wróć]
12. Fryderyk II (1712-1786), król pruski, autor Historii moich czasów i Głównych zasad wojny. [wróć]
13. W znakomitym rozdziale o marszach Guibert z lekka poruszył zagadnienie strategii, nie omówił jednak tego, co ów rozdział zapowiadał. [wróć]
14. Eugeniusz książę Sabaudzki (1663-1736), feldmarszałek austriacki. Walczył przeciwko Turkom, brał udział w wojnie o sukcesję hiszpańską i w wojnie sukcesyjnej polskiej. Zaliczany do największych wodzów świata (przyp. tłum.). [wróć]
15. Arcyksiążę Karol Austriacki (przyp. tłum.). [wróć]
16. Człowiek niemający odpowiednich wiadomości, ale obdarzony wrodzonymi zdolnościami, może tworzyć wielkie dzieła. Ten sam jednak człowiek, przepojony nabytymi w szkole fałszywymi doktrynami i przesiąknięty pedantycznymi metodami, nie stworzy niczego dobrego, przynajmniej do czasu, aż nie zapomni tego, czego się nauczył. [wróć]
17. Gribeauval Jean-Baptiste (1715-1789), generał francuski, wybitny artylerzysta i konstruktor dział, przebywający przejściowo w służbie austriackiej (przyp. tłum.). [wróć]
18. Książę Arthur Wellesley Wellington (1769-1852), konserwatywny polityk, wielokrotny premier i generał angielski. Dowódca wojsk angielskich w Hiszpanii i Portugalii, gdzie zwyciężył wojska francuskie. Wraz z Blücherem w roku 1815 pokonał pod Waterloo Napoleona (przyp. tłum.). [wróć]
19. Nauki pozytywne - nauki oparte na doświadczeniu (przyp. tłum.). [wróć]
20. Można by jeszcze wspomnieć o ciekawych relacjach Saintina, Mortonvala, de Lapenne'a, Lenoble'a i Lafaille'a oraz o pracach pruskiego majora Spatha o Katalonii, barona Voldendorfa na temat kampanii Bawarczyków i o wielu jeszcze innych tego rodzaju dziełach. [wróć]
21. Liczni badacze historii politycznej, jak Ancillon, Segur - ojciec, Karamzin, Guichardin, Archenholz, Schiller, Daru, Michaud, Salvandy, opisali również z dużym talentem wiele operacji wojennych, jednak nie można ich zaliczyć do grona pisarzy wojskowych. [wróć]
22. Nie wspominam o pracy omawiającej życie polityczne i wojskowe Napoleona, bowiem utrzymywano, że jestem jej autorem. Pomijam również prace Norvinsa i Thibeaudeau, ponieważ nie mają one wcale charakteru wojskowego. [wróć]
23. Można mi postawić zarzut, że niektóre z tych prac są zbyt rozwlekłe, jednak w dziełach o tematyce wojskowej trudno dogodzić wszystkim wymaganiom. Jedni pragną tu znaleźć, o ile możności, wszelkie szczegóły, inni natomiast wcale ich nie chcą. Przyznaję, że będąc zachwycony szkołą Tempelhoffa, skłaniałem się zbytnio ku tym pierwszym. Podawanie owych drobnych szczegółów wskazane jest przy opisie pojedynczych kampanii, ale nie wojny jako całości. Poprawiłem się pod tym względem w swych ostatnich pracach. [wróć]
24. Jak mi wiadomo, istnieje bardzo niewiele prac omawiających ów temat. Jedną, która nosi ten właśnie tytuł jest Polityka wojny Hay du Chateleta (1767). Znajdujemy tu stwierdzenie, że chcąc przejść przez kamienny most armia powinna nakazać cieślom i architektom, aby zbadali ów most, i czytamy zdanie, że Dariusz nie poniósłby klęski, gdyby zamiast rzucenia przeciwko Aleksandrowi całości swych sił, wprowadził do tej walki tylko połowę posiadanych wojsk. Zadziwiające zasady polityki wojskowej! Maizeroy również wysunął kilka podobnie mętnych myśli na temat tak zwanej przez niego dialektyki wojny. Najgłębiej wniknął w te zagadnienia Lloyd, ale jakże wiele praca jego pozostawia jeszcze do życzenia i w jak wielu wypadkach zadały jej kłam znamienne wydarzenia z lat 1792-1815. [wróć]
25. Francisco Mina (1784-1856), przywódca partyzantów hiszpańskich w okresie walk z Napoleonem (przyp. tłum.). [wróć]
26. Podaję to w odpowiedzi majorowi Proketschowi, który - mimo swej powszechnie znanej erudycji - uważał za stosowne utrzymywać, że polityka wojny nie może wpływać na działania wojenne i że wojnę należy prowadzić zawsze w jednakowy sposób. [wróć]