Zarys sztuki wojennej - Antoine-Henri Jomini

Kup ebooka

55.00 zł
45.65 zł (43,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Trwoga i nie­pew­ność jutra pano­wały w Euro­pie na prze­ło­mie XVIII i XIX wieku. W lipcu 1789 roku zbu­rzona została Basty­lia - sym­bol fran­cu­skiego abso­lu­ty­zmu. W trzy tygo­dnie póź­niej przed­sta­wi­ciele fran­cu­skiej szlachty zrze­kli się feu­dal­nych przy­wi­le­jów. Fran­cja, a wkrótce i inne pań­stwa euro­pej­skie wkro­czyły w epokę ustro­jów bur­żu­azyj­nych, ustro­jów, które, posłu­gu­jąc się eko­no­micz­nym wyzy­skiem, pchnęły gwał­tow­nie naprzód euro­pej­ską cywi­li­za­cję, zasty­głą jakby w oko­wach abso­lu­ty­stycz­nych rzą­dów.

W tym też okre­sie, obfi­tu­ją­cym w epo­kowe odkry­cia, zaczęto reali­zo­wać wspa­niałe osią­gnię­cia myśli ludz­kiej. Stos Volty i loko­mo­tywa Ste­phen­sona, apa­ra­tura tele­gra­ficzna i prze­wo­dze­nie prądu elek­trycz­nego, pierw­szy sta­tek trans­oce­aniczny i pierw­sza kolej żela­zna - wszystko to przy­pada na ostat­nie lata XVIII i pierw­sze XIX wieku.

Przej­ście do ery nowych ustro­jów spo­łecz­nych i towa­rzy­szące mu wiel­kie prze­miany nie omi­nęły rów­nież dzie­dziny woj­sko­wo­ści.

Nowe formy ustro­jowe oba­liły stare sys­temy pro­wa­dze­nia wojen, w któ­rych dwie biwa­ku­jące armie goto­wały się do decy­du­ją­cej bitwy o twier­dzę, o pro­win­cję lub o inny obiekt nie­zgody mię­dzy dyna­stiami. Po rewo­lu­cji fran­cu­skiej już nie armie zawo­dowe, lecz całe narody wal­czyły o prawo do życia. Wojna prze­stała być serią starć i poty­czek, prze­kształ­ca­jąc się w pla­nowe ope­ra­cje woj­skowe; nie była już funk­cją feu­da­łów, stała się nato­miast udzia­łem spo­łe­czeństw. Na tym pole­gała mili­tarna rewo­lu­cja na prze­ło­mie XVIII i XIX wieku.

Nad wszyst­kimi zaś spra­wami - jakimi żyły spo­łe­czeń­stwa wstę­pu­jące w wiek XIX - domi­no­wała wielka oso­bo­wość Napo­le­ona. Pod cio­sami armii napo­le­oń­skiej padały abso­lut­styczne rządy monar­chów. Napo­le­oń­skie dekrety dru­zgo­tały chy­lące się ku upad­kowi feu­dalne sys­temy gospo­dar­cze, toru­jąc za pomocą bagne­tów drogę nowym ideom. Nowa era - era współ­cze­sno­ści - wydała godną sie­bie postać.

* * *

Rewo­lu­cja fran­cu­ska wyzwo­liła uczu­cie naro­do­wego patrio­ty­zmu; w dzie­dzi­nie woj­sko­wo­ści zapo­cząt­ko­wała sys­tem poboru rekruta, spo­wo­do­wała poja­wie­nie się armii maso­wych, nadała nowy kie­ru­nek kon­cep­cjom pro­wa­dze­nia dzia­łań wojen­nych. Wojnę w 1792 roku1 roz­po­częto, sto­su­jąc formy walki obo­wią­zu­jące w śre­dnio­wie­czu. Jed­nak już w rok póź­niej repu­blika fran­cu­ska wysta­wiła prze­ciwko wro­gom 14 armii liczą­cych milion ludzi. Armie te, roz­cią­gnięte na olbrzy­mich fron­tach, wyko­ny­wały sze­reg ope­ra­cji, zada­jąc ude­rze­nia na róż­no­rod­nych kie­run­kach dzia­łań.

Spi­ri­tus movens nowego prądu w orga­ni­za­cji sił zbroj­nych i w spo­so­bach pro­wa­dze­nia dzia­łań wojen­nych był Lazare Car­not, zna­ko­mity mate­ma­tyk i wybitny przy­wódca fran­cu­skiej armii rewo­lu­cyj­nej. Jego nowa­tor­skie kon­cep­cje w dzie­dzi­nie woj­sko­wo­ści zapo­cząt­ko­wały nową stra­te­gię, opartą na aktyw­nym zaan­ga­żo­wa­niu w woj­nie wszyst­kich sił wal­czą­cego narodu.

Napo­leon w spo­sób genialny wyko­rzy­stał zarówno pomy­sły Car­nota, jak i wszyst­kie moż­li­wo­ści stwo­rzone przez rewo­lu­cję fran­cu­ską, potra­fił z nie­zwy­kłą umie­jęt­no­ścią ope­ro­wać nie tylko woj­skami, lecz rów­nież olbrzy­mimi rezer­wami ludzi i mate­ria­łów na zaple­czu, jakimi mogło dys­po­no­wać potężne, nowo­cze­sne pań­stwo. Jego kon­cep­cje stra­te­giczne stwo­rzyły dosko­nałe, jak na owe czasy, sys­temy pro­wa­dze­nia bitew, oparte na nie­zwy­kłej zdol­no­ści manew­ro­wa­nia masami ludzi, koni i sprzętu.

Zna­ko­mity fran­cu­ski histo­ryk okresu Kon­su­latu i Cesar­stwa - Louis Made­lin, w swoim dwu­to­mo­wym dziele o Napo­le­onie pod­kre­śla te walory jako prze­jaw nie spo­ty­ka­nych dotych­czas umie­jęt­no­ści wyko­rzy­sty­wa­nia licz­nych skład­ni­ków siły mili­tar­nej pań­stwa dla osią­gnię­cia wyty­czo­nego celu kam­pa­nii.

Aby dobrze zro­zu­mieć histo­ry­ków i teo­re­ty­ków woj­sko­wych XIX w. musimy patrzeć na ich prace z pozy­cji tych wiel­kich prą­dów poli­tycz­nych i mili­tar­nych, jakie prze­szły przez Europę na prze­ło­mie XVIII i XIX wieku. Repre­zen­to­wane zaś przez nich kon­cep­cje pro­wa­dze­nia wojny pozo­sta­wały pod prze­moż­nym wpły­wem napo­le­oń­skiej, pore­wo­lu­cyj­nej stra­te­gii.

Jaka więc była ta stra­te­gia?

Bona­parte był świę­cie prze­ko­nany, że klu­czem do każ­dego pod­boju jest znisz­cze­nie armii nie­przy­ja­ciela. Pań­stwo zaś pozba­wione zor­ga­ni­zo­wa­nej siły mili­tar­nej powinno pod­dać się samo. "Jest wielu dobrych gene­ra­łów w Euro­pie - mówił - ale chcą oni widzieć za wiele rze­czy na raz: ja zaś widzę tylko jedno - masy (nie­przy­ja­ciel­skie) i dążę do znisz­cze­nia ich"2.

Zmie­rza­jąc kon­se­kwent­nie do reali­za­cji tego celu Napo­leon we wszyst­kich oko­licz­no­ściach sto­so­wał pod­sta­wową zasadę kon­cen­tra­cji w odpo­wied­nim cza­sie i miej­scu sił więk­szych od tych, jakie w tym samym cza­sie i miej­scu miał prze­ciw­nik. Zdo­by­cie wia­do­mo­ści o ruchach i poło­że­niu nie­przy­ja­ciela, bły­ska­wiczne kolejne ude­rze­nie na zgru­po­wa­nia jego wojsk, okrą­że­nie ich i odcię­cie od połą­czeń z kra­jem, a następ­nie pościg bez wytchnie­nia, aż do peł­nego roz­pro­sze­nia lub znisz­cze­nia sił prze­ciw­nika - oto sys­tem, jaki Napo­leon uwa­żał za naj­lep­szy i jaki sto­so­wał z powo­dze­niem w więk­szo­ści swo­ich kam­pa­nii. Sys­tem ten zawiódł co prawda na olbrzy­mich obsza­rach Rosji, zawiódł też w Hisz­pa­nii, gdzie cały naród sta­no­wił armię zwal­cza­jącą nie­na­wist­nego oku­panta. Jed­nakże abso­lutna więk­szość napo­le­oń­skich wypraw zawdzię­cza swoje powo­dze­nie takim wła­śnie meto­dom pro­wa­dze­nia ope­ra­cji.

Napo­leon sto­su­jąc tak­tykę głę­bo­kiego obcho­dze­nia wyka­zał, jak wiel­kie zna­cze­nie ma w bitwie wyj­ście na tyły wroga i prze­cię­cie jego komu­ni­ka­cji. Uwa­żał rów­nież, że naj­lep­szym zakoń­cze­niem obej­ścia jest dopro­wa­dze­nie do decy­du­ją­cego star­cia oskrzy­dla­ją­cych wojsk z nie­przy­ja­cie­lem. Sto­su­jąc tę zasadę liczył się rów­no­cze­śnie z moż­li­wo­ścią doko­na­nia takiego samego manewru przez prze­ciw­nika i w związku z tym - w cza­sie gigan­tycz­nych wypraw wojen­nych - kie­ro­wał znaczne siły do obrony swo­ich komu­ni­ka­cji.

Uno­wo­cze­śnia­jąc metody pro­wa­dze­nia walki, Napo­leon oba­lił suwo­row­ski mit bagnetu; udo­wod­nił on, że nie walka wręcz, lecz ogień decy­duje o wyni­kach bitew. Linie ata­ku­ją­cych strzel­ców, wsparte sil­nym ogniem arty­le­rii, a następ­nie wpro­wa­dze­nie do bitwy sztur­mu­ją­cych kolumn pie­choty - to jeden z pod­sta­wo­wych sys­te­mów poko­ny­wa­nia nie­przy­ja­ciel­skiej obrony przez oddziały Wiel­kiej Armii Bona­par­tego.

Takie były - z grub­sza rzecz bio­rąc - cha­rak­te­ry­styczne rysy napo­le­oń­skiej sztuki wojen­nej, któ­rej głów­nym moty­wem, głów­nym dąże­niem było znisz­cze­nie wojsk nie­przy­ja­ciela. Aby osią­gnąć ten wła­śnie cel, Napo­leon nie cofał się przed niczym, nie miał żad­nych moral­nych zaha­mo­wań. Był wzo­rem bez­względ­no­ści i tą wła­śnie bez­względ­no­ścią - czę­sto wręcz okrutną - kie­ro­wał się w swo­ich kam­pa­niach. Zna­mienna jest pod tym wzglę­dem jego wypo­wiedź po sztur­mie na twier­dzę Abu­kir, w któ­rej zamknęło się po wylą­do­wa­niu w Egip­cie 12 tysięcy turec­kich żoł­nie­rzy. Wszy­scy oni zostali przez armię Napo­leona wymor­do­wani; do nie­woli nie brano nikogo. "Bitwa ta - napi­sał Bona­parte w dwa dni po sztur­mie - jest jedną z naj­pięk­niej­szych, jakie widzia­łem. Z całej armii nie­przy­ja­ciel­skiej, która wylą­do­wała, nie ura­to­wał się ani jeden żoł­nierz"3.

Suk­ces zaiste nie­by­wały. Wojna nie sta­wia sobie za cel okru­cień­stwa. Wydaje się jed­nak, że okru­cień­stwo to sym­bol wojny współ­cze­snej, w któ­rej zabici liczą się nie na tysiące, a na miliony. Utrata dywi­zji nie powo­duje roz­pa­czy. Ważne są masy, pro­centy zdol­nej do nosze­nia broni "siły żywej", za któ­rymi kryją się miliony ludz­kich ist­nień. I takie wła­śnie zja­wi­ska wystą­piły po raz pierw­szy w woj­nach napo­le­oń­skich. Nowe pod­łoże kon­flik­tów mię­dzy pań­stwami zmie­niło cał­ko­wi­cie dotych­cza­sowy obraz walki zbroj­nej.

"Od czasu Bona­par­tego - pisze Clau­se­witz - wojna, sta­jąc się... sprawą całego narodu, prze­obra­ziła zupeł­nie swą istotę albo raczej zbli­żyła się bar­dzo do swej wła­ści­wej natury, do swej abso­lut­nej dosko­na­ło­ści... Celem aktu wojen­nego stało się powa­le­nie prze­ciw­nika. Tylko wów­czas, kiedy leżał on bez­władny na ziemi, uwa­żano, że można walki zaprze­stać i poro­zu­mieć się co do wza­jem­nych celów. W ten spo­sób żywioł wojenny wyzwo­lił się ze wszyst­kich kon­wen­cjo­nal­nych barier i wybuchł w całej swo­jej natu­ral­nej sile"4.

Zaska­ku­jące inno­wa­cje i kon­cep­cje stra­te­giczne Bona­par­tego szybko zna­la­zły wni­kli­wego inter­pre­ta­tora. Był nim Anto­ine Henri Jomini - fran­cu­ski gene­rał, wybitny histo­ryk i teo­re­tyk woj­skowy, autor wie­lo­to­mo­wych dzie­jów bitew napo­le­oń­skich.

Uro­dził się w Szwaj­ca­rii w roku 1779 i żył lat 90. Był to kla­syczny typ woj­sko­wego pro­fe­sjo­nała, trak­tu­ją­cego swoje wojenne rze­mio­sło jako sztukę dla sztuki; słu­żył temu, kto lepiej oce­niał jego umie­jęt­no­ści zawo­dowe. Lwia część jego dzia­łal­no­ści przy­pada na liczne w owym cza­sie wojny, w któ­rych nara­żał życie w nie­usta­ją­cych bitwach i pocho­dach. Jego ryzyko było jed­nak ryzy­kiem szta­bowca; toteż mimo że uczest­ni­czył w licz­nych kam­pa­niach, dożył szczę­śli­wie sędzi­wego wieku, cie­sząc się, jako zna­ko­mity facho­wiec, ogól­nym powa­ża­niem.

Karierę woj­skową roz­po­czął Jomini jako ofi­cer Repu­bliki Hel­wec­kiej. W parę lat póź­niej prze­cho­dzi na służbę do armii fran­cu­skiej, gdzie w 1805 r. zostaje adiu­tan­tem mar­szałka Neya. Zwró­ciw­szy na sie­bie uwagę memo­ria­łem z dzie­dziny stra­te­gii, otrzy­muje wkrótce z rąk Napo­le­ona awans na puł­kow­nika, a po zawar­ciu pokoju w Tylży - god­ność barona i nomi­na­cję na szefa sztabu Neya. Poróż­niw­szy się z nim prze­cho­dzi w roku 1808 na służbę w armii rosyj­skiej, aby w trzy lata póź­niej znów powró­cić do armii fran­cu­skiej - tym razem już w stop­niu gene­rała bry­gady - do sztabu mar­szałka Ber­thiera. W 1812 roku Jomini, lojalny wobec swo­ich rosyj­skich chle­bo­daw­ców, nie bie­rze udziału w kam­pa­nii prze­ciwko Rosji. Nie prze­szka­dza mu to jed­nak być guber­na­to­rem zdo­by­tego przez Napo­le­ona Wilna, a następ­nie Smo­leń­ska, nato­miast wio­sną 1813 r. wró­cić do Neya na swoje dawne sta­no­wi­sko.

Po bitwie pod Budzi­szy­nem znów prze­cho­dzi do służby w armii rosyj­skiej. Towa­rzy­szy Alek­san­drowi w jego wjeź­dzie do Paryża, jest wycho­wawcą woj­sko­wym, a następ­nie adiu­tan­tem Miko­łaja I, uczest­ni­czy z nim w kam­pa­nii prze­ciw Tur­kom (1828-1829), a w 1830 r. reor­ga­ni­zuje rosyj­ską Aka­de­mię Woj­skową. Po tej - wcale nie ostat­niej odda­nej carowi rosyj­skiemu usłu­dze - wyco­fuje się ze względu na stan zdro­wia ze służby woj­sko­wej i prze­nosi się na stałe do Paryża. Wybuch wojny krym­skiej w 1853 r. znów uak­tyw­nia 75-let­niego już gene­rała, który na prośbę rządu rosyj­skiego odbywa daleką drogę do Peters­burga i udziela rad doty­czą­cych pro­wa­dze­nia tej wojny. Tym razem był to ostatni, pośredni zresztą udział Jomi­niego w jego wojen­nej dzia­łal­no­ści.

Pisać zaczął wcze­śnie. Mając 24 lata wydaje I tom Teo­re­tycz­nego i prak­tycz­nego kursu wyż­szej tak­tyki, a po bitwie pod Ulm przed­sta­wia Bona­par­temu swój Trak­tat o wiel­kich ope­ra­cjach wojen­nych. Trak­tat ten - któ­rego zresztą nie dokoń­czył - przy­niósł wła­śnie auto­rowi awans na puł­kow­nika, a następ­nie roz­głos we Fran­cji i poza jej gra­ni­cami.

Słu­żąc w armii rosyj­skiej, pisze Jomini wiele innych dzieł, z któ­rych naj­waż­niej­sze, to 15-tomowa Kry­tyczna histo­ria wojen rewo­lu­cji, Poli­tyczna i woj­skowa dzia­łal­ność Napo­le­ona oraz Osią­gnię­cia sztuki wojen­nej. Na szcze­gólną uwagę zasłu­guje jego pod­sta­wowa praca - Zarys sztuki wojen­nej, która jest wykład­ni­kiem wie­lo­let­nich doświad­czeń autora i teo­re­tycz­nym uko­ro­no­wa­niem jego żoł­nier­skiej dzia­łal­no­ści.

Gene­rał Jomini był, jak wszy­scy ludzie jego epoki, na wskroś prze­jęty wiel­ko­ścią napo­le­oń­skiej stra­te­gii. Błę­dem jed­nak byłoby spro­wa­dza­nie dzia­łal­no­ści pisar­skiej Jomi­niego tylko do inter­pre­ta­cji czy­nów doko­na­nych przez Bona­par­tego. Wyni­kiem jego roz­wa­żań są bowiem nie tylko uogól­nie­nia, ale i twór­cze wnio­ski, okre­śla­jące pra­wi­dło­wo­ści dzia­łań wojen­nych.

Pod­stawę teo­re­tycz­nych prac Jomi­niego sta­no­wiły cztery wojenne wyda­rze­nia: wojna sied­mio­let­nia, pierw­sze kam­pa­nie rewo­lu­cji fran­cu­skiej, wiel­kie wyprawy Napo­le­ona i wresz­cie - kam­pa­nie pro­wa­dzone przez Wel­ling­tona, który wraz z Blücherem poko­nał Napo­le­ona pod Water­loo. To, że wśród tych wyda­rzeń głów­nym źró­dłem doświad­czeń były dla Jomi­niego wojny napo­le­oń­skie - jest sprawą zupeł­nie oczy­wi­stą. Dla każ­dego, kto w XIX wieku chciał pisać o naj­now­szej teo­rii wojen, bitwy Bona­par­tego musiały być przy­kła­dem naj­bar­dziej postę­po­wej sztuki wojen­nej. Dla­tego też pozwo­li­łem sobie przed­sta­wić czy­tel­ni­kom w ogól­nych zary­sach zasady napo­le­oń­skiej stra­te­gii - jako sta­no­wiące klucz do wła­ści­wego rozu­mie­nia repre­zen­to­wa­nych przez Jomi­niego poglą­dów. Jomini bowiem pod­niósł do rangi zasad napo­le­oń­skie kon­cep­cje pro­wa­dze­nia dzia­łań wojen­nych, nada­jąc im teo­re­tycz­nie uza­sad­nioną, zakoń­czoną formę.

Zarys sztuki wojen­nej to zbiór uję­tych w arty­kuły i punkty pra­wi­deł z dzie­dziny stra­te­gii i sztuki ope­ra­cyj­nej, nazy­wa­nej przez Jomi­niego wyż­szą tak­tyką. Arty­kuły te, pisane zwię­złym, "żoł­nier­skim", a więc dość suchym języ­kiem, zawie­rają bar­dzo inte­re­su­jące roz­wa­ża­nia na temat wojny, które posta­wiły Jomi­niego w rzę­dzie naj­wy­bit­niej­szych teo­re­ty­ków woj­sko­wych.

Tez wysu­nię­tych przez Jomi­niego jest wiele i wiele z nich wpro­wa­dza nowe ele­menty do teo­rii ówcze­snych wojen. Naj­istot­niej­sze jed­nak są, moim zda­niem, dwie, które nazwał­bym teo­rią reguł i teo­rią linii.

Zacznijmy od teo­rii reguł.

Otóż główną tezą Jomi­niego jest twier­dze­nie, że stra­te­gia składa się z war­to­ści nie­zmien­nych, two­rzą­cych nie­zmienne zasady pro­wa­dze­nia wojen. "Wyna­lazki ostat­nich dwu­dzie­stu lat - pisał - zdają się być zapo­wie­dzią wiel­kiej rewo­lu­cji w orga­ni­za­cji, uzbro­je­niu, a nawet tak­tyce wojsk.

Nie zmie­niają się tylko zasady stra­te­gii, które były jed­na­kie zarówno za Scy­pio­nów i Cezara, jak i za Fry­de­ryka, Pio­tra Wiel­kiego i Napo­le­ona, one bowiem nie zależą od rodzaju uzbro­je­nia ani orga­ni­za­cji wojsk" (str. 63).

Zasad tych jest co prawda według Jomi­niego nie­wiele, ale obo­wią­zują one we wszyst­kich oko­licz­no­ściach. Wśród nich dwie uważa Jomini za decy­du­jące o powo­dze­niu każ­dych dzia­łań:

- wyko­rzy­sta­nie sił do kolej­nych ude­rzeń na poszcze­gólne zgru­po­wa­nia wojsk nie­przy­ja­ciela;

- doko­na­nie wyboru głów­nego kie­runku ude­rze­nia ze skon­cen­tro­wa­niem na nim naj­więk­szej masy wojsk.

Z tych zasad­ni­czych reguł wyni­kają z kolei inne, jak na przy­kład reguła uży­cia arty­le­rii. "W natar­ciu nato­miast może być bar­dziej korzystne kon­cen­tro­wa­nie dużych sił arty­le­rii w miej­scu, z któ­rego pla­nuje się wyko­na­nie głów­nego wysiłku... uła­twi­łoby to roz­wi­nię­cie wiel­kiego natar­cia, od któ­rego zale­żeć będzie wynik całej bitwy" (str. 217).

Nie wydaje się, aby zasady teo­re­tyczne two­rzone dla ope­ra­cji II wojny świa­to­wej róż­niły się wiele od tych, które zostały spre­cy­zo­wane wię­cej niż przed stu laty. Wojny okresu maszy­no­wego nie wnio­sły do teo­rii reguł Jomi­niego rewe­la­cyj­nych zmian, nie doko­nały w nich mery­to­rycz­nego wyłomu. Zadzi­wia­jące jest przy tym, że ta swego rodzaju sta­tycz­ność zasad roz­ciąga się rów­nież na szcze­góły. Mówiąc na przy­kład o meto­dzie prze­ła­my­wa­nia obrony prze­ciw­nika Jomini pisał: "...naj­pierw obez­wład­nie­nie obrony nie­przy­ja­ciela dzięki prze­wa­dze ognia wła­snej arty­le­rii, następ­nie wywo­ła­nie w jego sze­re­gach zamie­sza­nia przez wyko­na­nie ...szarży kawa­le­rii i wresz­cie ude­rze­nie na osła­bioną w ten spo­sób linię masą pie­choty postę­pu­ją­cej za strzel­cami". A więc: przy­go­to­wa­nie ogniowe ataku, ude­rze­nie linią czoł­gów bez­po­śred­niego wspar­cia pie­choty, atak pie­choty postę­pu­ją­cej za czoł­gami. Nic nowego pod słoń­cem.

Nie można jed­nak zgo­dzić się z twier­dze­niem o nie­zmien­nej war­to­ści stra­te­gicz­nych reguł bez względu na bazę tech­niczną i eko­no­miczną. Moim zda­niem pewną sta­gna­cję form wyka­zuje raczej sztuka ope­ra­cyjna, pod­czas gdy w dzie­dzi­nie stra­te­gii wła­śnie pod­sta­wowe reguły ule­gają dość zasad­ni­czym zmia­nom. Uwi­dacz­nia się to w prze­su­nię­ciu głów­nego celu stra­te­gicz­nych ude­rzeń.

W epoce napo­le­oń­skiej głów­nym celem dzia­łań stra­te­gicz­nych była armia prze­ciw­nika; cały wysi­łek ope­ra­cji wojen­nych spro­wa­dzał się do roz­bi­cia nie­przy­ja­ciel­skich wojsk. W II woj­nie świa­to­wej wysi­łek stra­te­giczny został roz­ło­żony na armię i obiekty zaple­cza; ważne było zarówno nisz­cze­nie sił zbroj­nych, jak i poten­cjału eko­no­micz­nego w głębi kraju. W ewen­tu­al­nej woj­nie przy­szło­ści, jeśliby to była wojna nukle­arna - głów­nym celem ude­rzeń stra­te­gicz­nych byłoby zaple­cze, poten­cjał eko­no­miczny. Armie mogą pozo­stać na ubo­czu, albo­wiem znisz­cze­nie prze­my­słu rów­na­łoby się likwi­da­cji sił zbroj­nych, w ich współ­cze­snym oczy­wi­ście poję­ciu.

Kwe­stia druga, którą chciał­bym pod­kre­ślić na mar­gi­ne­sie pracy Jomi­niego, to ory­gi­nalne uję­cie przez autora struk­tury dzia­łań wojen­nych, spro­wa­dze­nie tej struk­tury do form geo­me­trycz­nych. Nazwa­łem to teo­rią linii, każdy bowiem, układ ope­ra­cyjny spro­wa­dza się - zda­niem Jomi­niego - do linii, ozna­cza­ją­cych zarówno kie­ru­nek ude­rze­nia, jak i pas mar­szu, rubież roz­miesz­cze­nia baz zaopa­try­wa­nia i pas obrony oddzia­łów pierw­szego rzutu, drogi łączące różne ele­menty ugru­po­wa­nia wojsk i kie­runki manew­ro­wa­nia woj­skami. Odpo­wied­nio do tych pojęć Jomini wpro­wa­dza ter­miny zasad­ni­cze: linie stra­te­giczne (łączące decy­du­jące punkty teatru wojny), pro­ste linie ope­ra­cyjne (kie­ru­nek dzia­ła­nia jed­nej armii), linie podwójne (kie­runki dzia­łań dwóch dużych zgru­po­wań pod­le­głych jed­nemu dowódcy), linie manew­rowe, linie komu­ni­ka­cyjne i sze­reg innych. Uzu­peł­nie­niem zaś są odmiany linii ope­ra­cyjnych: wewnętrzne i zewnętrzne, zbieżne i roz­bieżne, głę­bo­kie, pomoc­ni­cze, przy­pad­kowe, tym­cza­sowe i wresz­cie - linie osta­teczne.

Posłu­gu­jąc się tego rodzaju ter­mi­no­lo­gią Jomini uwa­żał, że o wygra­niu kam­pa­nii decy­duje odpo­wiedni układ linii obej­mu­jący wszyst­kie ele­menty obszaru dzia­łań (kie­runki ude­rzeń, ugru­po­wa­nie wojsk, układ komu­ni­ka­cji, bazy zaopa­try­wa­nia itd.). Ten sys­tem towa­rzy­szy wszyst­kim roz­wa­ża­niom autora - zarówno przy oma­wia­niu posu­nięć stra­te­gicz­nych, jak i tak­tycz­nych.

Można oczy­wi­ście wiele dys­ku­to­wać nad takim uję­ciem zagad­nie­nia, nie można jed­nak odmó­wić ory­gi­nal­no­ści tej swo­istej geo­me­trii teatru dzia­łań wojen­nych, wpro­wa­dza­ją­cej okre­ślony ład w sys­te­mie pro­wa­dze­nia ope­ra­cji. Kto wie - może wła­śnie "teo­ria linii" sta­nowi klucz do uję­cia zja­wisk wojny w for­muły mate­ma­tyczne? Nie byłoby to jed­nak po myśli Jomi­niego. "Wojna - pisał on - jest dra­ma­tem peł­nym namięt­no­ści, a nie dzia­ła­niem mate­ma­tycz­nym".

Kiedy Jomini pisał swoją książkę, uspo­ka­jało się wzbu­rzone morze histo­rii Europy. Dzieło fran­cu­skiej rewo­lu­cji nie poszło jed­nak na marne. Rewo­lu­cja nadała nowy i nie­od­wra­calny już kie­ru­nek roz­wo­jowi państw euro­pej­skich, two­rząc m.in. pod­wa­liny nowej stra­te­gii, opar­tej na nowej kon­cep­cji pro­wa­dze­nia dzia­łań wojen­nych. Stąd też w pracy Jomi­niego znaj­dzie czy­tel­nik poglądy i defi­ni­cje zaska­ku­jące swoją aktu­al­no­ścią. Defi­ni­cję teatru dzia­łań wojen­nych, podział nauki wojen­nej, orga­ni­za­cję związ­ków ope­ra­cyj­nych i tak­tycz­nych, współ­dzia­ła­nie wszyst­kich rodza­jów wojsk jako waru­nek powo­dze­nia - wszystko to poj­mo­wał Jomini w spo­sób jak naj­bar­dziej nowo­cze­sny, pre­cy­zu­jąc reguły sta­no­wiące pod­stawę regu­la­mi­nów woj­sko­wych XX wieku. Wystar­czy przy­to­czyć cho­ciażby uję­cie przez Jomi­niego zagad­nie­nia aktyw­no­ści obrony.

"...dla armii ocze­ku­ją­cej nie­przy­ja­ciela w ugru­po­wa­niu obron­nym naj­waż­niej­sza jest umie­jęt­ność odzy­ska­nia ini­cja­tywy... (str. 192) ...każda armia, która ocze­ki­wać będzie na nie­przy­ja­ciela na pozy­cji sta­łej, zosta­nie w osta­tecz­no­ści zawsze roz­bita... Sprawa wygląda cał­kiem ina­czej, jeżeli dowódca ocze­kuje prze­ciw­nika z sil­nym posta­no­wie­niem wyko­na­nia wiel­kiego manewru w celu zdo­by­cia prze­wagi moral­nej..." (str. 193).

Cóż można dzi­siaj zarzu­cić tym sfor­mu­ło­wa­niom?

Na wskroś nowo­cze­sna jest rów­nież przy­jęta przez Jomi­niego kla­sy­fi­ka­cja wojen, któ­rych roz­róż­nia on dwa zasad­ni­cze rodzaje: wojny pro­wa­dzone mię­dzy pań­stwami i wiel­kie wojny koali­cyjne, a więc: lokalne i glo­balne wojny. Zgod­nie z duchem czasu poświęca też Jomini sto­sun­kowo wiele miej­sca roli, jaką może ode­grać naród w walce z armią regu­larną. Pisze o ogrom­nych trud­no­ściach, jakie musia­łaby prze­zwy­cię­żać armia, która oprócz regu­lar­nych sił zbroj­nych mia­łaby jesz­cze do poko­na­nia zbio­rowy opór narodu. Jomini uważa co prawda wojnę naro­dową za funk­cję niż­szego rzędu, za żenu­jące odstęp­stwo od pra­wi­deł dzia­łań pro­wa­dzo­nych przez armie regu­larne, jed­nakże w epoce napo­le­oń­skiej nie można już było pomi­nąć roli mas. Musieli się z nią liczyć naj­więksi nawet zwo­len­nicy trak­to­wa­nia walki jako zawodu wybra­nych.

Obok wojny naro­do­wej wyróż­nił też Jomini w swo­jej nomen­kla­tu­rze wojnę wyni­ka­jącą z pobu­dek ide­olo­gicz­nych, pozba­wioną według niego chęci zysku mate­rial­nego. Nie sądzę jed­nak, by okre­śle­nie takie było praw­dziwe. Potom­kom Maho­meta na pewno bar­dziej zale­żało na zwięk­sze­niu zasięgu swego pano­wa­nia, niż na roz­prze­strze­nia­niu prawd gło­szo­nych przez Koran, a kró­lo­wie decy­du­jący się na wyprawy krzy­żowe mieli na celu więk­sze korzy­ści od tych, jakie dawała im per­spek­tywa zba­wie­nia ich grzesz­nych dusz.

Prze­wi­dy­wa­nia Jomi­niego - jak to zwy­kle bywa - nie wszyst­kie są jed­na­kowo dobre. Nie­jed­no­krot­nie w swo­ich roz­wa­ża­niach nie potra­fił on wyjść poza próg współ­cze­snej mu epoki, roz­pa­tru­jąc przy­szłość jako kon­ty­nu­ację teraź­niej­szo­ści.

Zafa­scy­no­wany oso­bo­wo­ścią Bona­par­tego przy­wią­zy­wał prze­sadną wagę do postaci wodza. A prze­cież ówcze­sna tech­nika pro­wa­dze­nia ope­ra­cji prze­po­wia­dała już triumf ano­ni­mo­wych ofi­ce­rów sztabu, bez któ­rych obec­nie żaden, naj­wy­bit­niej­szy nawet wódz nie jest w sta­nie pod­jąć opty­mal­nej decy­zji.

Wspo­mi­na­jąc jakby mimo­cho­dem o osią­gnię­ciach współ­cze­snej tech­niki Jomini zdo­bywa się na taki wnio­sek: "Nie­za­leż­nie od wszel­kiego zagro­że­nia, jakie mogą sta­no­wić bate­rie rakiet, hau­bice Schrap­nela i Bour­mana, a nawet kara­biny Per­kinsa, trudno by mi było wymy­ślić lep­szy sys­tem dla pro­wa­dze­nia pie­choty do szturmu... niż sys­tem kolumn bata­lio­no­wych" (str. 225, 226).

For­muła ta wydaje się szcze­gól­nie krót­ko­wzroczna, bowiem została wypo­wie­dziana w okre­sie, kiedy Alfred Krupp budo­wał już w Essen pierw­szą odlew­nię dział gwin­to­wa­nych i dys­ku­sja nad przej­ściem z szyku bojo­wego w kolum­nach do roz­wi­nię­tych linii była w peł­nym toku. Zarys sztuki wojen­nej uka­zał się w 1830 r.; w kil­ka­na­ście lat póź­niej z fabryki Kruppa wyszła już pierw­sza seria armat zdol­nych do nisz­cze­nia każ­dej kolumny masze­ru­ją­cej w zwar­tym szyku. W 1870 r. - zale­d­wie w rok po śmierci Jomi­niego - zakłady krup­pow­skie zatrud­niały już 10 000 robot­ni­ków i pro­du­ko­wały masowo broń, wobec któ­rej sku­pia­nie wojsk na otwar­tym polu walki było typo­wym błę­dem zago­rza­łych kon­ser­wa­ty­stów5.

Tak więc, kiedy Clau­se­witz filo­zof prze­po­wia­dał naukową wojnę mas ludz­kich i maszyn, Jomini prak­tyk uzna­wał tylko reguły oparte na kam­pa­niach Napo­le­ona.

Tech­niki Jomini nie lubił.

Nie lubił też swo­ich adwer­sa­rzy. Z ich anty­te­zami roz­pra­wia się bez zbęd­nych sub­tel­no­ści, nie wda­jąc się wiele w pole­miczne dys­kursy. Jego arbi­tral­ność jest zresztą typowa dla wysłu­żo­nych gene­ra­łów; wypo­wia­da­jąc swoje bez­a­pe­la­cyjne racje odno­szą się oni do każ­dego dys­ku­tanta z tole­ran­cją pełną znie­cier­pli­wie­nia i uwa­żają za nie­uków tych wszyst­kich, któ­rzy są im prze­ciwni.

Szcze­gól­nie zgryź­li­wie odno­sił się Jomini do Clau­se­witza, któ­rego uwa­żał za kla­sycz­nego gma­twa­cza rze­czy pro­stych. Nic w tym zresztą dziw­nego. Skoro wśród fachowo rozu­mu­ją­cych rze­mieśl­ni­ków poja­wia się typ filo­zofa, musi on być przez nich uwa­żany za dzi­waka, który nie wia­domo po co wikła sprawy dla wszyst­kich zro­zu­miałe.

Mimo to cha­rak­te­ry­styczna jest zbież­ność poglą­dów Jomi­niego i Clau­se­witza na wiele mery­to­rycz­nych spraw. Jak jeden, tak i drugi uzna­wali zasadę, że głów­nym celem wodza powinno być roz­strzy­gnię­cie kon­fliktu przez szyb­kie, bez­względne wtar­gnię­cie mas woj­ska na tery­to­rium prze­ciw­nika i pobi­cie jego armii. Obaj uwa­żali, że zacho­wa­nie dłu­go­trwa­łego pokoju jest tylko poboż­nym życze­niem, lecz wojna to ultima ratio naro­dów. Obaj uwa­żali armię za wykład­nik pań­stwo­wej potęgi i siły narodu.

Teo­rie gło­szone przez Jomi­niego nie były więc jedy­nymi. Utwier­dza to w prze­ko­na­niu, że ten­den­cje cha­rak­te­ry­styczne dla danej epoki for­mu­ło­wane są przez teo­re­ty­ków, któ­rych inter­pre­ta­cje i tezy - mimo pozor­nych róż­nic - wyra­żają jed­naki stan rze­czy. Jed­na­kowe dane wyj­ściowe pro­wa­dzą na ogół do jed­no­znacz­nego wyniku, bez względu na wybraną drogę rozu­mo­wa­nia.

Wszelka kry­tyka teo­rii wysu­nię­tych przed stu laty jest obec­nie pole­miką z duchami; żaden z ówcze­snych auto­ry­te­tów nie może - ze wzglę­dów natu­ral­nych - bro­nić słusz­no­ści swo­ich tez. Nie sądzę nawet, aby żywa wymiana poglą­dów ludzi repre­zen­tu­ją­cych dwa różne stu­le­cia mogła dać pozy­tywne wyniki, te same zja­wi­ska bowiem widzie­liby oni w zasad­ni­czo róż­nej postaci.

Jed­nakże per­spek­tywa czasu pozwala na względ­nie obiek­tywną ocenę doko­na­nego dzieła, ocenę wkładu, jakie dzieło to wnio­sło do histo­rii spo­łe­czeństw, roz­woju cywi­li­za­cji, do okre­ślo­nej dzie­dziny wie­dzy.

Spo­glą­da­jąc z dystansu ponad stu lat na prace gene­rała Jomi­niego należy stwier­dzić, że dostar­czają nam one ogrom­nego mate­riału poznaw­czego - i to zarówno jeśli cho­dzi o stronę histo­rii wojen, jak i o roz­wój woj­sko­wej myśli teo­re­tycz­nej. Wśród tych prac Zarys sztuki wojen­nej sta­nowi syn­tezę ówcze­snych poglą­dów na pro­wa­dze­nie dzia­łań wojen­nych - poglą­dów zawie­ra­ją­cych nie­jedną myśl aktu­alną po dziś dzień. Toteż mimo wielu lat, jakie upły­nęły od chwili napi­sa­nia tej książki, nie stra­ciła ona war­to­ści nauko­wej i sta­nowi inte­re­su­jącą pozy­cję dla wszyst­kich, któ­rzy stu­diują histo­rię wojen i dzieje woj­sko­wo­ści. Jej autora zaś można nie­wąt­pli­wie zali­czyć do kla­sy­ków teo­rii wojen.

Tade­usz Pióro gene­rał bry­gady

Uwagi o współczesnej teorii wojny i jej przydatności

UWAGI O WSPÓŁ­CZE­SNEJ TEO­RII WOJNY I JEJ PRZY­DAT­NO­ŚCI

Niniej­szy prze­gląd ana­li­tyczny poszcze­gól­nych kom­bi­na­cji wojny, któ­rego czwarte wyda­nie mam zaszczyt obec­nie przed­sta­wić, był opra­co­wy­wany dla celów edu­ka­cji woj­sko­wej pew­nego dostoj­nego księ­cia. Śmiem sądzić, że dzięki moim licz­nym uzu­peł­nie­niom praca ta spro­sta swemu prze­zna­cze­niu. Wydaje mi się, że do lep­szego spre­cy­zo­wa­nia owego celu powi­nie­nem słów kilka powie­dzieć o obec­nym sta­nie teo­rii wojny. Będę przy tym zmu­szony wspo­mnieć nieco o sobie i swo­ich pra­cach. Wyra­żam nadzieję, że będzie mi to wyba­czone, ina­czej bowiem trudno by mi było przed­sta­wić swój pogląd na teo­rię wojny i omó­wić rolę, jaka przy­pa­dła mi w jej opra­co­wa­niu, gdy­bym nie wspo­mniał, jak owa teo­ria kształ­to­wała się w moim poję­ciu.

Jak już pisa­łem w oddziel­nej publi­ka­cji, wyda­nej w roku 1807, sztuka wojenna ist­niała zawsze, a zwłasz­cza stra­te­gia była taka sama, zarówno za cza­sów Cezara jak i Napo­le­ona. Sztuka ta ist­niała jed­nak tylko w umy­słach wiel­kich wodzów i nie była ujęta w żad­nej roz­pra­wie pisem­nej. Wszyst­kie prace poda­wały jedy­nie urywki sys­te­mów6, które powstały w wyobraźni auto­rów i zawie­rały czę­sto mało zna­czące (aby nie powie­dzieć cał­ko­wi­cie pozba­wione tre­ści) szcze­góły doty­czące dru­go­rzęd­nych zagad­nień tak­tyki, jedy­nej chyba czę­ści skła­do­wej sztuki wojen­nej, któ­rej nie można pod­po­rząd­ko­wać sta­łym zasa­dom.

Z liczby pisa­rzy współ­cze­snych roz­głos zdo­byli Feuguiéres7, Fol­lard8 i Puise­gur9. Pierw­szy - dzięki swym wysoce inte­re­su­ją­cym kry­tycz­nym i dogma­tycz­nym pra­com; drugi - dzięki swym komen­ta­rzom do dzieł Poli­biu­sza i roz­pra­wie o kolum­nie; trzeci z nich zasły­nął opra­co­wa­niem, które, jak sądzę, sta­no­wiło pierw­szy szkic z dzie­dziny logi­styki10 i jedną z pierw­szych roz­praw oma­wia­ją­cych sko­śny szyk bojowy sto­so­wany w sta­ro­żyt­no­ści. Pisa­rze ci nie wnik­nęli jed­nak dosta­tecz­nie w zagad­nie­nia, które zamie­rzali omó­wić i, aby mieć wierne wyobra­że­nie stanu sztuki wojen­nej z połowy XVIII wieku, należy prze­czy­tać to, co napi­sał Mar­sza­łek Saski11 w przed­mo­wie do swych Roz­my­ślań.

"Wojna jest dzie­dziną wie­dzy pogrą­żoną w mroku, w któ­rym nie można masze­ro­wać pew­nym kro­kiem. Następ­stwem tego są prze­sądy oraz rutyna, będące kon­se­kwen­cją niewie­dzy. Wszyst­kie nauki mają swoje zasady, jedy­nie tylko wojna jesz­cze ich nie ma. Wielcy wodzo­wie, któ­rzy o niej pisali, nie podają nam żad­nych reguł. Aby je zro­zu­mieć, trzeba mieć duże doświad­cze­nie.

Gustaw Adolf stwo­rzył pewną metodę, ale ją wkrótce zarzu­cono, ponie­waż przy­swa­jano ją sobie w spo­sób ruty­niar­ski. Pozo­stają więc jedy­nie nawyki, któ­rych zasad nie znamy".

Zostało to napi­sane mniej wię­cej w cza­sie, kiedy Fry­de­ryk Wielki12 roz­po­czy­nał wojnę sied­mio­let­nią zwy­cię­stwami odno­szo­nymi pod Hohen­fried­ber­giem, Soor itd. Nato­miast poczciwy Mar­sza­łek Saski, miast roz­pra­szać owe ciem­no­ści, na które się tak słusz­nie żalił, sam zaba­wiał się usta­la­niem prze­pi­sów wypo­sa­że­nia woj­ska w weł­niane kurty, usta­wia­niem żoł­nie­rzy w cztery sze­regi, z któ­rych dwa uzbro­jone były w kopie, i wresz­cie pro­po­no­wał skon­stru­owa­nie kara­bi­nów-armat, które zwał zabaw­kami (amu­set­tes). Na tę nazwę zasłu­gi­wały cał­ko­wi­cie ze względu na pocieszne malo­wi­dła, które je zdo­biły.

W wyniku wojny sied­mio­let­niej uka­zało się kilka war­to­ścio­wych prac. Sam Fry­de­ryk, nie zado­wa­la­jąc się tym, że był wiel­kim kró­lem, wiel­kim wodzem, filo­zo­fem i wybit­nym histo­ry­kiem, stał się jesz­cze pisa­rzem dydak­ty­kiem dzięki instruk­cji, którą opra­co­wał dla swych gene­ra­łów. Guichard, Tur­pin, Maize­roy, Menil-Durand wie­dli dys­ku­sje nad dawną i współ­cze­sną tak­tyką i wydali na ten temat kilka inte­re­su­ją­cych roz­praw. Tur­pin komen­to­wał Mon­te­cu­cu­lego i Vege­tiusa. Mar­kiz de Silva w Pie­mon­cie, a Santa-Cruz w Hisz­pa­nii rów­nież poru­szali z powo­dze­niem nie­które zagad­nie­nia. D'Escre­me­ville pobież­nie naszki­co­wał zarys histo­rii sztuki wojen­nej, który nie był pozba­wiony war­to­ści. Wszystko to jed­nak nie roz­pro­szyło ciem­no­ści, na które uskar­żał się zwy­cięzca spod Fon­te­noy.

Nieco póź­niej poja­wili się Gri­mo­ard, Guibert i Lloyd. Pierwsi dwaj przy­czy­nili się do roz­woju tak­tyki bitew i logi­styki13. Trzeci z nich poru­szył w swych inte­re­su­ją­cych pamięt­ni­kach nie­które donio­słe zagad­nie­nia stra­te­gii, nie­stety jed­nak zagrze­bał je w masie drob­nych szcze­gó­łów doty­czą­cych szy­ków tak­tycz­nych i filo­zo­fii wojny. Cho­ciaż autor ten nie roz­wią­zał żad­nego z tych zagad­nień w spo­sób umoż­li­wia­jący budowę pew­nego okre­ślo­nego sys­temu, to jed­nak należy mu oddać spra­wie­dli­wość i przy­znać, że jako pierw­szy wska­zał wła­ściwą ku temu drogę. Jego opis wojny sied­mio­let­niej, z któ­rej ukoń­czył zale­d­wie dwie kam­pa­nie, był, przy­naj­mniej dla mnie, bar­dziej poucza­jący niż całość napi­sa­nych przez niego dzieł teo­re­tycz­nych.

W prze­rwie pomię­dzy wojną sied­mio­let­nią a woj­nami rewo­lu­cji fran­cu­skiej uka­zało się w Niem­czech mnó­stwo mniej­szych lub więk­szych prac, w któ­rych auto­rzy roz­wo­dzili się nad prze­róż­nymi dru­go­rzęd­nymi dzie­dzi­nami sztuki wojen­nej, dając jed­nak przy tym słabe wyja­śnie­nia. Thielke i Faesch wydali w Sak­so­nii: pierw­szy - frag­menty poru­sza­jące temat obo­zów, ude­rze­nia na obozy i na pozy­cje, drugi - zbiór zasad doty­czą­cych róż­nych dru­go­rzęd­nych zagad­nień z zakresu dzia­łań wojen­nych. Scharn­horst czy­nił to samo w Hano­we­rze. War­nery wydał w Pru­sach nie­złą książkę o kawa­le­rii, baron Holt­zen­dorf - książkę o tak­tyce manewru. W Austrii hr. von Khevenhüller opu­bli­ko­wał zbiór zasad z dzie­dziny wojny polo­wej i oblęż­ni­czej. Wszystko to jed­nak nie dawało dosta­tecz­nego wyobra­że­nia o wyż­szych dzie­dzi­nach nauki wojen­nej.

Następ­nie nic się nie działo aż do czasu, gdy Mira­beau, po powro­cie do Ber­lina, opu­bli­ko­wał olbrzymi tom o tak­tyce Pru­sa­ków. Było to suche powtó­rze­nie regu­la­minu o ewo­lu­cjach plu­tonu i linii, czemu ze wzru­sza­jącą naiw­no­ścią przy­pi­sy­wano więk­szość suk­ce­sów Fry­de­ryka. Jak­kol­wiek tego rodzaju prace mogły powo­do­wać sze­rze­nie się owego fał­szy­wego poglądu, to jed­nak należy przy­znać, że przy­czy­niły się one do udo­sko­na­le­nia wyda­nej w roku 1791 instruk­cji o wyko­ny­wa­niu manewru, co było jedyną korzy­ścią, jakiej się można było od nich spo­dzie­wać.

Taki był stan sztuki wojen­nej na początku XIX wieku, gdy Porbeck, Ven­tu­rini i Bülow wydali kilka bro­szur, oma­wia­ją­cych pierw­sze kam­pa­nie rewo­lu­cji. Zwłasz­cza ten ostatni wywo­łał w Euro­pie pew­nego rodzaju sen­sa­cję swoją kon­cep­cją sys­temu współ­cze­snej wojny. Było to dzieło czło­wieka genial­nego, sta­no­wiące jed­nak tylko zarys, który nie­wiele roz­sze­rzył pierw­sze defi­ni­cje podane przez Lloyda. W tym samym cza­sie uka­zała się rów­nież w Niem­czech war­to­ściowa praca Laro­che-Aymona, zaty­tu­ło­wana skrom­nie jako wstęp do sztuki wojen­nej - praw­dziwa ency­klo­pe­dia wszyst­kich dzie­dzin owej sztuki z wyjąt­kiem stra­te­gii, o któ­rej ledwo napo­myka. Pomimo tej luki jest to jedno z kla­sycz­nych, naj­bar­dziej szcze­gó­ło­wych i god­nych zale­ce­nia dzieł.

Obu tych prac nie zna­łem jesz­cze wtedy, kiedy po wystą­pie­niu ze służby woj­sko­wej w Szwaj­ca­rii, gdzie byłem dowódcą bata­lionu, pra­gną­łem sam uzu­peł­nić swe wykształ­ce­nie, pochła­nia­jąc wszyst­kie książki, które oma­wiały zagad­nie­nia sporne, nur­tu­jące w dru­giej poło­wie XVIII wieku sfery woj­skowe. Poczy­na­jąc od Puiségura i koń­cząc na Menil-Duran­dzie i Guiber­cie, znaj­do­wa­łem u wszyst­kich mniej lub bar­dziej kom­pletne sys­temy tak­tyki bitew, co nie mogło dać dosko­na­łego wyobra­że­nia o woj­nie, ponie­waż wszyst­kie były ze sobą w god­nej poża­ło­wa­nia sprzecz­no­ści.

Dla­tego roz­po­czą­łem stu­dio­wa­nie dzieł z zakresu histo­rii wojen, aby w kom­bi­na­cjach wiel­kich wodzów szu­kać roz­wią­za­nia, któ­rego wcale mi nie dawały sys­temy owych pisa­rzy. Już rela­cje Fry­de­ryka Wiel­kiego zaczęły mi ujaw­niać tajem­nicę jego wspa­nia­łego zwy­cię­stwa pod Leu­then (Lissa). Stwier­dzi­łem, że tajem­nica ta pole­gała na bar­dzo pro­stym manew­rze - na skie­ro­wa­niu głów­nej masy wojsk prze­ciwko jed­nemu tylko skrzy­dłu wojsk nie­przy­ja­ciela. W prze­ko­na­niu tym utwier­dziły mnie wkrótce potem prace Lloyda. Prze­ko­na­łem się mia­no­wi­cie, że takie same przy­czyny były rów­nież powo­dem pierw­szych suk­ce­sów Napo­le­ona we Wło­szech. Nasu­nęło mi to myśl, że klucz do całej nauki wojen­nej będzie można zna­leźć wtedy, jeśli w stra­te­gii na sza­chow­nicy wojny zasto­suje się tę samą zasadę, którą Fry­de­ryk sto­so­wał na polach bitew. W prawdę tę nie mogłem już wąt­pić, czy­ta­jąc póź­niej opisy kam­pa­nii Turenne'a, Marl­bo­ro­ugha i Euge­niu­sza Sabaudz­kiego14 i porów­nu­jąc je z kam­pa­niami Fry­de­ryka, któ­rych opisy Tem­pel­hoff wła­śnie wydał z bar­dzo cie­ka­wymi, acz­kol­wiek napi­sa­nymi cięż­kim sty­lem i z czę­sto powta­rza­ją­cymi się szcze­gó­łami. Wów­czas zro­zu­mia­łem, że Mar­sza­łek Saski miał wiele racji twier­dząc, że w roku 1750 nie było wcale zasad sztuki wojen­nej i że wielu ludzi błęd­nie inter­pre­to­wało jego wstęp, wycią­ga­jąc wnio­sek, że jego zda­niem zasady takie nie ist­nieją w ogóle.

Prze­ko­nany, że zna­la­złem wła­ściwy punkt widze­nia, z któ­rego należy roz­pa­try­wać teo­rię wojny, aby odkryć jej rze­czy­wi­ste reguły i porzu­cić zawsze bar­dzo nie­pewne sys­temy oso­bi­ste, zabra­łem się do pracy z żar­li­wym zapa­łem neo­fity.

W roku 1803 napi­sa­łem jeden tom, który przed­sta­wi­łem panu d'Oubri­lowi, sekre­ta­rzowi posel­stwa rosyj­skiego w Paryżu, następ­nie też mar­szał­kowi Ney­owi. Jed­nak praca Bülowa o stra­te­gii i opis histo­ryczny Lloyda tłu­ma­czony przez Roux-Fazil­laca, które wpa­dły mi wów­czas w ręce, skło­niły mnie do trzy­ma­nia się innego planu. Pierw­szą moją próbą była dydak­tyczna roz­prawa na temat szy­ków bojo­wych, mar­szów stra­te­gicz­nych i linii ope­ra­cyj­nych. Siłą rze­czy było to opra­co­wa­nie suche, prze­ła­do­wane cyta­tami z histo­rii, uję­tymi według zagad­nień, które miały tę wadę, że w jed­nym i tym samym roz­dziale poda­wały wyda­rze­nia odle­głe czę­sto od sie­bie o cały wiek. Zwłasz­cza Lloyd utwier­dził mnie w prze­ko­na­niu, że kry­tyczne, rze­czowe uję­cie całej wojny ma tę wyż­szość, że zacho­wu­jąc kolej­ność i jed­no­li­tość opisu oraz biegu wyda­rzeń, nie utrud­nia sfor­mu­ło­wa­nia pod­sta­wo­wych tez. Wszak cykl dzie­się­ciu kam­pa­nii w zupeł­no­ści wystar­czy do przed­sta­wie­nia wszyst­kich moż­li­wych do sto­so­wa­nia zasad sztuki wojen­nej. Dla­tego spa­li­łem swą pierw­szą pracę i roz­po­czą­łem nową z zamia­rem opra­co­wa­nia dal­szego prze­biegu wojny sied­mio­let­niej, któ­rej Lloyd nie ukoń­czył. Odpo­wia­dało mi to tym bar­dziej, że mając dopiero 24 lata i małe doświad­cze­nie, mia­łem prze­ła­my­wać wiele na raz prze­są­dów i ście­rać się z ludźmi o dużej, cza­sem uzur­po­wa­nej sła­wie. Dla­tego potrze­bo­wa­łem sil­nego popar­cia, a z pomocą mogłyby mi przyjść fakty, które prze­ma­wia­łyby na mą korzyść. Obra­łem więc osta­tecz­nie ten wła­śnie spo­sób, który, moim zda­niem, wyda­wał się być najbar­dziej zro­zu­miały dla wszyst­kich czy­tel­ni­ków.

Roz­prawa dydak­tyczna byłaby nie­wąt­pli­wie odpo­wied­niej­sza ze względu na moż­ność pro­wa­dze­nia wykła­dów i bar­dziej kom­plek­sowe przed­sta­wie­nie kom­bi­na­cji nauki wojen­nej, cokol­wiek roz­pro­szo­nych w opi­sach poszcze­gól­nych kam­pa­nii. Jeśli cho­dzi o mnie, to muszę przy­znać, że uważna lek­tura jed­nej roz­sąd­nie pro­wa­dzo­nej kam­pa­nii przy­nio­sła mi wię­cej korzy­ści, niż wszyst­kie ist­nie­jące opra­co­wa­nia naukowe. Moja książka z roku 1805 była prze­zna­czona dla ofi­ce­rów star­szych, a nie dla ele­wów szkół woj­sko­wych.

Mniej wię­cej w tym samym cza­sie uka­zała się nie­wielka bro­szura trak­tu­jąca o stra­te­gii pióra majora Wagnera, peł­nią­cego wów­czas służbę w armii austriac­kiej. W owym szkicu, zawie­ra­ją­cym wiele roz­sąd­nych poglą­dów, autor zapo­wia­dał, że opra­cuje z cza­sem coś bar­dziej kom­plet­nego, co też istot­nie ostat­nio nastą­piło. W kilka lat potem arcy­książę15 poprze­dził swe zna­ko­mite dzieło książką in folio na temat wiel­kiej wojny, w któ­rej już wtedy dał się poznać geniusz mistrza. W Pru­sach zagad­nie­nia te zaczął z powo­dze­niem badać gene­rał Scharn­horst.

Wresz­cie, w dzie­sięć lat po wyda­niu mego pierw­szego Trak­tatu o wiel­kich ope­ra­cjach, uka­zało się cenne dzieło arcy­księ­cia Karola, w któ­rym połą­czone zostały obie metody opra­co­wa­nia - dydak­tyczna i histo­ryczna. Książę ujął naj­pierw w nie­wiel­kim tomie pod­stawy stra­te­gii, następ­nie zaś, w celu prak­tycz­nego roz­wi­nię­cia spo­sobu sto­so­wa­nia sztuki wojen­nej, opra­co­wał cztery tomy kry­tycz­nej histo­rii kam­pa­nii z lat 1796 i 1799. Praca ta, przy­no­sząca sław­nemu księ­ciu nie mniej chwały niż wygrane bitwy, uzu­peł­niła pod­stawy stra­te­gii jako nauki, któ­rej pio­nie­rami byli Lloyd i Bülow, a któ­rej pierw­sze zasady przed­sta­wi­łem w roku 1805 w roz­dziale o liniach ope­ra­cyj­nych, póź­niej zaś w roku 1807 w roz­dziale o pod­sta­wo­wych zasa­dach sztuki wojen­nej, dru­ko­wa­nych oddziel­nie w Gło­go­wie na Ślą­sku.

Upa­dek Napo­le­ona i powrót wielu roz­mi­ło­wa­nych w pracy nauko­wej ofi­ce­rów do poko­jo­wego życia stał się jak gdyby sygna­łem do poja­wie­nia się mnó­stwa wszel­kiego rodzaju prac woj­sko­wych. Gene­rał Rogniat wywo­łał dys­ku­sję, pro­po­nu­jąc resty­tu­cję sys­temu legio­nów bądź też dywi­zji repu­bli­kań­skich i zwal­cza­jąc nieco awan­tur­ni­czy sys­tem Napo­le­ona. Szcze­gól­nie wiele prac dogma­tycz­nych uka­zało się w Niem­czech: Xylan­der w Bawa­rii, The­obald i Müller w Wir­tem­ber­gii, Wagner, Dec­ker, Hoyer i Valen­tini w Pru­sach ogła­szali prze­różne dzieła, które w zasa­dzie nie zawie­rały nic nowego, będąc powtó­rze­niem zasad arcy­księ­cia oraz moich, z poda­niem jedy­nie odmien­nych spo­so­bów sto­so­wa­nia.

Cho­ciaż nie­któ­rzy auto­rzy w spo­sób raczej bar­dziej wyra­fi­no­wany niż sku­teczny napa­dli na mój roz­dział o cen­tral­nych liniach ope­ra­cyj­nych, to jed­nak ich pra­com nie można odmó­wić zasłu­żo­nego uzna­nia, bowiem wszy­scy oni w mniej­szym lub więk­szym stop­niu wyra­żali genialne poglądy.

W Rosji gene­rał Oku­niew wyświad­czył cenną przy­sługę mło­dym ofi­ce­rom, opra­co­wu­jąc poważny temat o połą­czo­nym bądź czę­ścio­wym uży­ciu trzech rodza­jów wojsk, co sta­nowi pod­stawę teo­rii walki.

Gay-Ver­non, Jac­gu­inot de Pre­sie i Roqu­an­co­urt wydali we Fran­cji zasłu­gu­jące na uzna­nie pod­ręcz­niki.

Tym­cza­sem doświad­cze­nie prze­ko­nało mnie, że w mojej pierw­szej pracy brak jest zbioru zasad, podob­nego do tego, jaki figu­ruje na początku pracy arcy­księ­cia. Skło­niło mnie to do wyda­nia w roku 1829 pierw­szego szkicu niniej­szego prze­glądu ana­li­tycz­nego, do któ­rego dołą­czy­łem dwa arty­kuły na temat poli­tyki wojen­nej pań­stwa.

Sko­rzy­sta­łem z tej oka­zji, aby bro­nić pod­sta­wo­wych zało­żeń swego arty­kułu o liniach ope­ra­cyj­nych, bowiem arty­kuł ten wielu pisa­rzy źle zro­zu­miało. Pole­mika ta dopro­wa­dziła przy­naj­mniej do usta­le­nia bar­dziej słusz­nych defi­ni­cji, potwier­dza­ją­cych zara­zem istotne korzy­ści wyni­ka­jące z ope­ra­cji cen­tral­nych.

W rok po wyda­niu tego ana­li­tycz­nego prze­glądu zmarł pru­ski gene­rał Clau­se­witz, obar­cza­jąc żonę tro­ską o pośmiertne wyda­nie jego dzieł, o któ­rych mówiono jako o nie dokoń­czo­nych szki­cach. Praca ta wywo­łała w Niem­czech dużą sen­sa­cję. Ja ze swej strony żałuję, że została napi­sana, zanim jesz­cze jej autor mógł zapo­znać się z moim ana­li­tycz­nym prze­glą­dem, jestem bowiem prze­ko­nany, że oce­niłby go w pew­nym stop­niu spra­wie­dli­wie.

Gene­ra­łowi Clau­se­wit­zowi nie można odmó­wić dużego wykształ­ce­nia oraz umie­jęt­no­ści wła­da­nia pió­rem. Pióro to jed­nak zbyt­nio prze­ska­kuje cza­sami z tematu na temat, a przede wszyst­kim jest zbyt pre­ten­sjo­nalne w dys­ku­sjach dydak­tycz­nych, któ­rych główną zaletą powinna być wszak pro­stota i jasność. Prócz tego, w odnie­sie­niu do zagad­nień nauki wojen­nej autor wyka­zuje tro­chę za dużo scep­ty­cy­zmu. Jego pierw­szy tom sta­nowi pero­ro­wa­nie prze­ciwko wszel­kiej teo­rii wojny, wów­czas gdy dwa następne, prze­ła­do­wane zasa­dami teo­re­tycz­nymi, wyka­zują, że autor wie­rzy w sku­tecz­ność wła­snej dok­tryny, nie dowie­rza nato­miast dok­try­nom innych pisa­rzy.

Jeśli cho­dzi o mnie, to przy­znaję, że w tym mądrym labi­ryn­cie zdo­ła­łem zna­leźć tylko nie­wiele jasnych myśli i god­nych uwagi arty­ku­łów. Ponie­waż wcale nie podzie­la­łem scep­ty­cy­zmu autora, przeto żadna inna praca nie mogła wzbu­dzić we mnie więk­szego prze­ko­na­nia o potrze­bie posia­da­nia i przy­dat­no­ści dobrych teo­rii, acz­kol­wiek w tę prawdę ni­gdy nie wąt­pi­łem. Teraz cho­dziło tylko o dokładne poro­zu­mie­nie się co do gra­nic, jakie nale­ża­łoby wyzna­czyć owym teo­riom, aby nie wpaść w prze­sadną pedan­te­rię, gor­szą od igno­ran­cji16. Przede wszyst­kim należy dobrze roz­po­zna­wać róż­nicę zacho­dzącą mię­dzy teo­rią zasad a teo­rią sys­te­mów.

W tym cza­sie, gdy Clau­se­witz usi­ło­wał w ten spo­sób pod­wa­żyć zasady nauki wojen­nej, uka­zała się we Fran­cji praca o cał­ko­wi­cie odmien­nym cha­rak­te­rze. Było to dzieło mar­kiza de Ter­naya, fran­cu­skiego emi­granta pozo­sta­ją­cego w służ­bie angiel­skiej. Książka ta jest bez wąt­pie­nia naj­bar­dziej wyczer­pu­ją­cym dotych­czas dzie­łem z zakresu tak­tyki bitew. I cho­ciaż przy for­mu­ło­wa­niu dok­tryn odno­szą­cych się do nie­wy­ko­nal­nych czę­sto na woj­nie szcze­gó­łów dzia­ła­nia autor tej książki popada nie­kiedy w skrajną sprzecz­ność z wywo­dami pru­skiego gene­rała, to jed­nak nie można odmó­wić mu istot­nie dużych zasług i nie przy­znać jed­nego z pierw­szych miejsc wśród grona tak­ty­ków.

W zary­sie tym wspo­mnia­łem tylko o pra­cach mają­cych cha­rak­ter ogólny, pomi­ja­jąc opra­co­wa­nia odno­szące się do poszcze­gól­nych rodza­jów wojsk. Dzieła Mon­ta­lem­berta, St. Paula, Bousmarda, Car­nota, d'Astera i Bles­sona przy­czy­niły się do roz­woju sztuki oblęż­ni­czej i for­ty­fi­ka­cyj­nej. Pisma Bismarcka, Laro­che-Aymona i Müllera wyja­śniły rów­nież wiele zagad­nień z dzie­dziny kawa­le­rii. Od cza­sów Gri­be­au­vala17 i Urtu­biego arty­le­ria miała już swój porad­nik i wiele róż­nych prac spe­cjal­nych; wśród ich auto­rów należy wyróż­nić Dec­kera, Paixhansa, Dedona, Hoy­era, Ravi­chio i Rouvroya. Podej­mo­wane przez nie­któ­rych z nich dys­ku­sje, a przede wszyst­kim wystą­pie­nia mar­kiza de Cham­braya i gene­rała Oku­niewa na temat ognia pie­choty oraz roz­prawy wielu ofi­ce­rów dru­ko­wane w zaj­mu­ją­cych cza­so­pi­smach woj­sko­wych, uka­zu­ją­cych się w Wied­niu, Ber­li­nie, Mona­chium, Stut­t­gar­cie i Paryżu, rów­nież przy­czy­niły się do stop­nio­wego roz­woju dys­ku­to­wa­nych dzie­dzin.

Pod­jęto także kilka prób opra­co­wa­nia histo­rii sztuki wojen­nej od cza­sów sta­ro­żyt­nych aż po chwilę obecną. Tran­chant Laverne zabrał się do tego w spo­sób umie­jętny i wni­kliwy, ale nie ogar­nął cało­ści. Car­rion-Nisas, który zbyt dużo miej­sca poświę­cił histo­rii sta­ro­żyt­nej, a za mało cza­som od odro­dze­nia do wojny sied­mio­let­niej, nie zdo­łał w ogóle przed­sta­wić sys­temu współ­cze­snego. Lep­sze na tym polu wyniki osią­gnął Rogu­an­co­urt, jak też neapo­li­tań­ski kapi­tan Blan­chi, który dał inte­re­su­jącą ana­lizę teo­rii i prak­tyki sztuki wojen­nej w poszcze­gól­nych okre­sach.

Sądząc z tak obszer­nej listy współ­cze­snych pisa­rzy, można by pomy­śleć, że gdyby Mar­sza­łek Saski sta­nął ponow­nie wśród nas, to byłby mocno zdzi­wiony bogac­twem naszej obec­nej lite­ra­tury woj­sko­wej i nie uty­ski­wałby już na mrok pokry­wa­jący tę dzie­dzinę wie­dzy. Odtąd nie brak już ksią­żek dla tych, któ­rzy zechcą je stu­dio­wać. Ale więk­szą war­tość niż wszyst­kie książki ma oko­licz­ność, że obec­nie mamy już zasady, pod­czas gdy w XVIII wieku mie­li­śmy jedy­nie metody i sys­temy.

Należy jed­nak przy­znać, że do mak­sy­mal­nego roz­wi­nię­cia teo­rii brak jest na­dal jakiejś poważ­nej pracy i że stan ten, według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa, potrwa jesz­cze długo. Zada­nie takiego dzieła pole­ga­łoby na grun­tow­nym zba­da­niu czte­rech odmien­nych sys­te­mów, na któ­rych opie­rano się na prze­strzeni stu­le­cia. Cho­dzi­łoby tu o sys­tem wojny sied­mio­let­niej, sys­tem pierw­szych kam­pa­nii rewo­lu­cji, sys­tem wiel­kich wypraw Napo­le­ona oraz wresz­cie sys­tem sto­so­wany przez księ­cia Wel­ling­tona18. Na pod­sta­wie tego porów­naw­czego bada­nia nale­ża­łoby opra­co­wać jakiś sys­tem mie­szany, odpo­wia­da­jący warun­kom wojen regu­lar­nych i mający w sobie coś z metod Fry­de­ryka i zara­zem Napo­le­ona. Ści­ślej mówiąc, nale­ża­łoby stwo­rzyć jakiś sys­tem podwójny: dla wojen zwy­kłych, pro­wa­dzo­nych pomię­dzy mocar­stwami oraz dla wiel­kich wypraw inwa­zyj­nych. Zarys tej tak waż­nej pracy poda­łem w arty­kule 8 roz­działu III. Ponie­waż jed­nak temat ten objąłby wiele tomów, poprze­sta­łem jedy­nie na zwró­ce­niu uwagi na to zada­nie tym, któ­rzy czuć się będą na siłach i znajdą dość czasu, aby mu spro­stać i któ­rzy będą radzi zna­leźć na tle nowych wyda­rzeń potwier­dze­nie słusz­no­ści owych mie­szanych dok­tryn.

Na razie koń­czę ten krótki zarys poda­niem swego poglądu na pole­mikę, któ­rej przed­mio­tem był mój niniej­szy prze­gląd oraz moja pierw­sza roz­prawa. Roz­pa­tru­jąc wszyst­kie za i prze­ciw, i porów­nu­jąc scep­ty­cyzm Clau­se­witza z olbrzy­mim postę­pem, jaki nauka wojenna poczy­niła w ostat­nim trzy­dzie­sto­le­ciu, uwa­żam, iż mam prawo stwier­dzić, że cało­kształt moich zasad i wypły­wa­ją­cych stąd reguł został źle pojęty przez wielu pisa­rzy. Jedni sto­so­wali owe reguły jak naj­bar­dziej błęd­nie, inni wycią­gali z nich zbyt prze­sadne wnio­ski, jakie mi ni­gdy nie przy­cho­dziły do głowy. Gene­rał, który brał udział w tuzi­nie kam­pa­nii, powi­nien wie­dzieć, że wojna jest strasz­li­wym dra­ma­tem, w któ­rym tysiąc moral­nych i fizycz­nych przy­czyn działa z mniej­szym lub więk­szym skut­kiem, i któ­rej nie da się ni­gdy skal­ku­lo­wać w spo­sób mate­ma­tyczny.

Muszę rów­nież przy­znać bez ogró­dek, że dwu­dzie­sto­let­nie doświad­cze­nie mogło mnie jedy­nie umoc­nić w nastę­pu­ją­cych prze­ko­na­niach:

"Ist­nieje nie­wiele pod­sta­wo­wych zasad wojny, od któ­rych nie można odstą­pić bez nara­że­nia się na nie­bez­pie­czeń­stwo, a także takich zasad, któ­rych sto­so­wa­nie mia­łoby nie­mal zawsze gwa­ran­to­wać suk­ces.

Nie­wiele rów­nież ist­nieje prak­tycz­nych reguł, wypły­wa­ją­cych z owych zasad. Jeśli nie­kiedy, zależ­nie od ist­nie­ją­cych oko­licz­no­ści, reguły owe ule­gają zmia­nom, to jed­nak mogą one być pomocne wodzowi jako kom­pas przy wyko­ny­wa­niu w wirze i zgiełku walki zawsze cięż­kiego i skom­pli­ko­wa­nego zada­nia kie­ro­wa­nia wiel­kimi ope­ra­cjami.

Czło­wiek genialny w chwili natchnie­nia na pewno potrafi sto­so­wać owe zasady lepiej od tego, który opiera się na naj­sta­ran­niej wyuczo­nej teo­rii. Nie­mniej jed­nak zwy­kła teo­ria, pozba­wiona jakiej­kol­wiek pedan­te­rii, się­ga­jąca w sedno sprawy bez narzu­ca­nia jakich­kol­wiek sys­te­mów abso­lut­nych, jed­nym sło­wem teo­ria oparta na kilku pod­sta­wo­wych regu­łach, może w wielu wypad­kach udzie­lić geniu­szowi sku­tecz­nej pomocy, a nawet przy­czy­nić się do jego roz­woju, budząc w nim więk­sze zaufa­nie do wła­snych kon­cep­cji.

Ze wszyst­kich teo­rii sztuki wojen­nej jedy­nie słuszna jest teo­ria oparta na stu­dio­wa­niu histo­rii wojen, uzna­jąca pewną liczbę zasad regu­lu­ją­cych i pozo­sta­wia­jąca wro­dzo­nemu geniu­szowi jak naj­więk­szą swo­bodę w pro­wa­dze­niu wojny, nie krę­pu­jąca go ści­słymi regu­łami.

I prze­ciw­nie, nic tak nie zdoła osła­bić owego geniu­sza i dopro­wa­dzić do try­umfu błędu, jak teo­rie zaj­mu­jące się szcze­gó­łami i oparte na fał­szy­wych poglą­dach gło­szą­cych, że wojna jest nauką pozy­tywną19, a wszel­kie ope­ra­cje można spro­wa­dzać do bez­błęd­nych obli­czeń.

Wresz­cie meta­fi­zyczne i scep­tyczne dzieła nie­któ­rych pisa­rzy rów­nież nikogo nie prze­ko­nają, że nie ist­nieją rze­komo żadne zasady doty­czące wojny. Prace ich bowiem nie zawie­rają abso­lut­nie żad­nych dowo­dów prze­ciwko regu­łom opar­tym na naj­wspa­nial­szych czy­nach bojo­wych cza­sów współ­cze­snych i nawet popar­tym rozu­mo­wa­niem tych, któ­rym wydaje się, że je zwal­czają".

Żywię nadzieję, że po tym wyzna­niu nikt nie powi­nien obwi­niać mnie o chęć uczy­nie­nia ze sztuki wojen­nej jakie­goś mecha­ni­zmu o okre­ślo­nym sys­te­mie kół, ani o twier­dze­nie, że odczy­ta­nie jed­nego tylko roz­działu zasad sztuki wojen­nej pozwoli pierw­szemu lep­szemu czło­wie­kowi zdo­być umie­jęt­ność dowo­dze­nia armią. W dzie­dzi­nie każ­dej sztuki, podob­nie jak w każ­dej sytu­acji życio­wej, wie­dza i umie­jęt­ność sta­no­wią dwa cał­kiem różne poję­cia i cho­ciaż w pew­nych wypad­kach wystar­cza sama umie­jęt­ność, to jed­nak tylko połą­cze­nie tych obu cech sta­nowi o dosko­na­ło­ści czło­wieka i zapew­nia cał­ko­wite powo­dze­nie jego poczy­na­niom. Nie chcąc się jed­nak nara­zić na zarzut pedan­ty­zmu, przy­znaję natych­miast, że pod poję­ciem wie­dzy wcale nie rozu­miem roz­le­głej eru­dy­cji. Nie cho­dzi bowiem o to, aby dużo wie­dzieć, lecz o to, by dobrze znać dane zagad­nie­nie, a przede wszyst­kim, aby znać wszystko, co doty­czy otrzy­ma­nego zada­nia.

Pra­gnął­bym, aby prze­po­jeni tymi praw­dami czy­tel­nicy życz­li­wie przy­jęli niniej­sze nowe wyda­nie mego prze­glądu ana­li­tycz­nego, roz­sze­rzo­nego o kilka donio­słej wagi arty­ku­łów. Sądzę, że obec­nie pracę tę można pole­cić jako naj­bar­dziej poucza­jącą lek­turę dla wład­ców i mężów stanu.

Uwa­ża­łem, że w powyż­szych uwa­gach nie należy wspo­mi­nać o pra­cach woj­skowo-histo­rycz­nych, cha­rak­te­ry­zu­ją­cych naszą epokę, prace te bowiem nie wcho­dzą wła­ści­wie w zakres oma­wia­nego przeze mnie zagad­nie­nia. Nie­mniej jed­nak, jeśli mi czas i miej­sce na to pozwolą, zamie­rzam umie­ścić na ten temat na końcu niniej­szego tomu odpo­wiedni dopi­sek. Tym­cza­sem pozwolę sobie zauwa­żyć, że w ostat­nich latach dzie­dzina ta poczy­niła wiel­kie postępy.

Ści­sła histo­ria wojen sta­nowi nie­wdzięczny i trudny rodzaj twór­czo­ści, ponie­waż, aby przy­nieść korzyść ludziom zaj­mu­ją­cym się sztuką wojenną, musi poda­wać szcze­góły suche i zara­zem drobne, ale nie­zbędne dla nale­ży­tej oceny poło­że­nia bojo­wego i ruchów wojsk. Dla­tego aż do Lloyda, który dał nie­zbyt dosko­nały zarys wojny sied­mio­let­niej, żaden inny pisarz woj­skowy nie zszedł z utar­tej drogi ofi­cjal­nych rela­cji albo mniej lub bar­dziej nużą­cych pane­gi­ry­ków.

W pierw­szym sze­regu histo­ry­ków woj­sko­wych XVIII wieku znaj­do­wali się: Dumont, Quincy, Bour­cet, Pezay, Gri­mo­ard, Ret­zow i Tem­pel­hoff. Ten ostatni stwo­rzył pew­nego rodzaju szkołę, mimo że jego praca została cokol­wiek prze­ła­do­wana szcze­gó­łami doty­czą­cymi mar­szów i obo­zów, bez wąt­pie­nia bar­dzo przy­dat­nymi w dniach walki, lecz cał­ko­wi­cie bez­u­ży­tecz­nymi dla histo­rii całej wojny, ponie­waż powta­rzają się one nie­mal codzien­nie w tej samej for­mie.

Począw­szy od roku 1792 ści­sła histo­ria wojen wzbo­ga­ciła się zarówno we Fran­cji, jak i w Niem­czech tak wielką liczbą prac, że samo wyli­cze­nie ich tytu­łów zaję­łoby całą bro­szurę. Spo­śród nich wymie­nię pierw­sze kam­pa­nie rewo­lu­cji Gri­mo­arda, jak rów­nież gene­rała Gra­verta; pamięt­niki Sucheta i Saint-Cyra; frag­menty pióra Gou­r­gauda i Mon­tho­lona; obszerną pracę o zwy­cię­stwach i pod­bo­jach napi­saną pod kie­row­nic­twem gene­rała Beau­vais, a także cenny zbiór opi­sów bitew puł­kow­nika Wagnera i majora Kaus­slera. Nale­ża­łoby rów­nież wymie­nić wojnę hisz­pań­ską Nepiera, wojnę egip­ską Rey­niera, kam­pa­nie Suwo­rowa pióra Laverne'a oraz nie­kom­pletne rela­cje Stut­ter­he­ima i Labaume'a20.

O wiele bar­dziej atrak­cyjna jest histo­ria poli­tyczno-woj­skowa. Opra­co­wa­nie jej jest jed­nak dużo trud­niej­sze, nie­ła­two ją bowiem dosto­so­wać do wyma­gań sta­wia­nych utwo­rom dydak­tycz­nym, ponie­waż, aby treść jej nie pozo­stała zbyt sucha, należy pomi­jać wszyst­kie szcze­góły, które odno­szą się do dzieł o tema­tyce woj­sko­wej.

Na prze­strzeni wielu wie­ków, aż do upadku Napo­le­ona, w dziale histo­rii poli­tycz­nej i woj­sko­wej ist­niała tylko jedna wyśmie­nita praca - Histo­ria moich cza­sów, któ­rej auto­rem był Fry­de­ryk Wielki21. Ten rodzaj twór­czo­ści wymaga zarówno pięk­nego stylu, jak i wszech­stron­nych, głę­bo­kich wia­do­mo­ści z zakresu histo­rii i poli­tyki, a także odpo­wied­niego talentu woj­sko­wego, umoż­li­wia­ją­cego wierną ocenę wyda­rzeń. Aby two­rzyć tego rodzaju arcy­dzieła, należy sto­sunki i sprawy poszcze­gól­nych państw przed­sta­wiać w taki spo­sób, jak to robił Ancil­lon, i opi­sy­wać bitwy z umie­jęt­no­ścią Napo­le­ona i Fry­de­ryka. Jeśli wciąż jesz­cze ocze­ku­jemy podob­nego arcy­dzieła, to jed­nak musimy przy­znać, że w ciągu ostat­nich 30 lat uka­zało się kilka dobrych pozy­cji. Należy do nich zali­czyć Wojnę hisz­pań­ską Foya, Zarys wyda­rzeń wojen­nych Mathieu-Dumasa oraz ręko­pisy Faina, mimo że w dru­gim z tych utwo­rów brak wyraź­nego punktu widze­nia, ostatni zaś grze­szy zbyt­nią stron­ni­czo­ścią. Dalej idą dzieła Segura - syna, pisa­rza peł­nego werwy i świa­tłych poglą­dów, które wyka­zał, pisząc Histo­rię Karola VIII. Gdyby styl jego był nieco bar­dziej natu­ralny, wów­czas autor ten mógłby ode­brać swym poprzed­ni­kom palmę pierw­szeń­stwa wśród grona histo­ry­ków wiel­kiego stu­le­cia, które wciąż jesz­cze ocze­kuje swego Poli­biu­sza. W trze­ciej kolej­no­ści wymie­nimy prace histo­ryczne Toulon­ge­ona i Servana22.

Ist­nieje wresz­cie trzeci rodzaj dzieł histo­rycz­nych - histo­ria kry­tyczna, roz­pa­tru­jąca zasady sztuki wojen­nej i zaj­mu­jąca się szcze­gól­nie bada­niem sto­sun­ków ist­nie­ją­cych mię­dzy wyda­rze­niami a owymi zasa­dami. Fequi?res i Lloyd wska­zali drogę w tym kie­runku, ale do cza­sów rewo­lu­cji nie mieli wielu naśla­dow­ców. Ten rodzaj twór­czo­ści, choć mniej bły­sko­tliwy w swej for­mie, dać może lep­sze wyniki, zwłasz­cza jeśli kry­tyka nie przy­bie­rze zbyt ostrej formy, co czę­sto mogłoby ją uczy­nić fał­szywą i nie­spra­wie­dliwą.

Od dwu­dzie­stu lat ów wła­śnie rodzaj twór­czo­ści histo­rycz­nej, na wpół dydak­tycz­nej, na wpół kry­tycz­nej, roz­wi­nął się bar­dziej niż pozo­stałe, lub też upra­wiany był z więk­szym powo­dze­niem, dość na tym, że przy­niósł bez­sporne korzy­ści. Opisy kam­pa­nii wydane przez arcy­księ­cia Karola, podobne opisy wydane ano­ni­mowo przez gene­rała Muf­flinga, ode­rwane rela­cje gene­ra­łów Peleta, Butur­lina, Clau­se­witza, Oku­niewa, Valen­ti­niego, Ruhle'a, Laborde'a, Kocha, de Cham­brai, Napiera i wresz­cie frag­menty prac wyda­wane przez Wagnera i Sche­ela w cza­so­pi­smach uka­zu­ją­cych się w Wied­niu i Ber­li­nie - wszyst­kie owe prace, w więk­szym lub mniej­szym stop­niu, przy­czy­niły się do roz­woju nauki wojen­nej. Sądzę, że i mnie wolno pre­ten­do­wać do nie­wiel­kiego udziału w tych osią­gnię­ciach ze względu na mą obszerną woj­skowo-kry­tyczną histo­rię wojen rewo­lu­cji oraz inne wydane przeze mnie prace histo­ryczne. Mówię o tym dla­tego, że w pra­cach tych, napi­sa­nych spe­cjal­nie do udo­wod­nie­nia nie­ustan­nego triumfu wypły­wa­ją­cego ze sto­so­wa­nia pew­nych zasad, ni­gdy nie omiesz­ka­łem podać wszyst­kich fak­tów potwier­dza­ją­cych ten zasad­ni­czy punkt widze­nia i przy­naj­mniej pod tym wzglę­dem prace te odnio­sły pewien suk­ces23. Dla potwier­dze­nia moich wypo­wie­dzi powo­łam się na ostrą ana­lizę kry­tyczną hisz­pań­skiej wojny suk­ce­syj­nej, podaną przez kapi­tana Dume­snila.

Dzięki tym dzie­łom dydak­tycz­nym i histo­ryczno-kry­tycz­nym wykła­da­nie nauki wojen­nej nie jest obec­nie tak trudne. Dla­tego sła­bymi wykła­dow­cami będą ci pro­fe­so­ro­wie, któ­rzy napo­ty­kają jesz­cze trud­no­ści w przy­go­to­wy­wa­niu wykładu, mając tysiące przy­kła­dów na popar­cie odpo­wied­nich wywo­dów. Nie należy jed­nak z tego wycią­gać wnio­sku, że sztuka wojenna osią­gnęła już szczyt dosko­na­ło­ści. Niczego dosko­na­łego nie ma pod słoń­cem! Dla­tego, gdy­by­śmy pod kie­row­nic­twem arcy­księ­cia Karola lub księ­cia Wel­ling­tona utwo­rzyli komi­tet zło­żony ze wszyst­kich naj­sław­niej­szych stra­te­gów i tak­ty­ków obec­nego stu­le­cia oraz naj­wy­bit­niej­szych gene­ra­łów arty­le­rii i inży­nie­rii woj­sko­wej, to i ten komi­tet nie zdo­łałby rów­nież opra­co­wać skoń­cze­nie dosko­na­łej i nie­zmien­nej teo­rii obej­mu­ją­cej wszyst­kie dzie­dziny sztuki wojen­nej, a zwłasz­cza teo­rii tak­tyki!

Przegląd analityczny wielkich kombinacji wojny

PRZE­GLĄD ANA­LI­TYCZNY WIEL­KICH KOM­BI­NA­CJI WOJNY

Definicja sztuki wojennej

DEFI­NI­CJA SZTUKI WOJEN­NEJ

Ogól­nie mówiąc, nauka wojenna dzieli się na cztery nastę­pu­jące, czy­sto woj­skowe działy: stra­te­gię, wyż­szą tak­tykę, sztukę inży­nie­ryjną i niż­szą tak­tykę. Ist­nieje ponadto jesz­cze jedna donio­sła dzie­dzina, którą dotych­czas cał­kiem nie­słusz­nie wyłą­czano z nauki wojen­nej, a mia­no­wi­cie poli­tyka wojny24. Cho­ciaż tą ostat­nią powinni się zaj­mo­wać raczej mężo­wie stanu niż żoł­nie­rze, to jed­nak - od czasu, gdy zde­cy­do­wano oddzie­lić togę od mie­cza - nie można zaprze­czać, że o ile nauka ta może być nie­po­trzebna pod­ko­mend­nemu gene­ra­łowi, to jed­nak z całą pew­no­ścią jest ona nie­zbędna dla każ­dego głów­no­do­wo­dzą­cego. Oddzia­łuje ona na wszyst­kie kom­bi­na­cje, które mogą decy­do­wać o woj­nie, oraz na ope­ra­cje, które można przed­się­wziąć. Dla­tego należy ona nie­odwo­łal­nie do oma­wia­nej przez nas dzie­dziny wie­dzy.

Z powyż­szego wynika, że sztuka wojenna składa się w isto­cie z pię­ciu wyraź­nie róż­nych dzia­łów:

- poli­tyki wojny;

- stra­te­gii, czyli sztuki umie­jęt­nego kie­ro­wa­nia masami wojsk na teatrze wojny zarówno w celu wtar­gnię­cia na tery­to­rium innego pań­stwa, jak i obrony wła­snego kraju;

- wyż­szej tak­tyki bitew i walk;

- sztuki inży­nie­ryj­nej oraz zdo­by­wa­nia i obrony twierdz;

- niż­szej tak­tyki.

Można by do tego jesz­cze dodać filo­zo­fię, czyli moralną stronę wojny. Wydaje się jed­nak bar­dziej celowe połą­cze­nie tego zagad­nie­nia w jed­nym roz­dziale z poli­tyką.

W pracy tej mamy zamiar omó­wić główne kom­bi­na­cje trzech pierw­szych dzia­łów sztuki wojen­nej, zada­nie nasze bowiem nie polega wcale na roz­pa­trze­niu niż­szej tak­tyki ani sztuki inży­nie­ryj­nej, ponie­waż sta­no­wią one oddzielną naukę.

Pra­gnąc być dobrym ofi­ce­rem pie­choty, kawa­le­rii i arty­le­rii nie trzeba rów­nie dobrze znać tych wszyst­kich dzia­łów sztuki wojen­nej. Aby jed­nak zostać gene­ra­łem lub wyróż­nia­ją­cym się ofi­ce­rem sztabu gene­ral­nego, należy dobrze je opa­no­wać. Szczę­śliwi ci, któ­rzy już zdo­byli tę wie­dzę, szczę­śliwe są także te rządy, które mogą wła­ści­wych ludzi wyzna­czyć na wła­ściwe miej­sca!

Rozdział I. O polityce wojny

Roz­dział I

O POLI­TYCE WOJNY

Poli­tyką wojny nazy­wamy zespół kom­bi­na­cji, na pod­sta­wie któ­rych mąż stanu powi­nien osą­dzić, czy wojna jest na cza­sie, czy jest celowa, czy też nawet konieczna, a także usta­lić jakie należy przed­się­wziąć dzia­ła­nia, aby osią­gnąć zamie­rzony cel. Pań­stwo podej­muje wojnę, aby:

- docho­dzić praw lub sta­nąć w ich obro­nie; - zabez­pie­czyć ważne inte­resy publiczne; - udzie­lić pomocy pań­stwom sąsied­nim, któ­rych ist­nie­nie jest konieczne dla bez­pie­czeń­stwa wła­snego pań­stwa lub zacho­wa­nia rów­no­wagi poli­tycz­nej; - dotrzy­mać warun­ków przy­mie­rzy zaczep­nych łub obron­nych; - pro­pa­go­wać pewne idee, oba­lać je lub bro­nić; - wzmóc swe wpływy lub potęgę dzięki zdo­by­czom nie­zbęd­nym dla dobra pań­stwa; - rato­wać zagro­żoną nie­pod­le­głość naro­dową; - pomścić znie­wagę honoru; - zaspo­koić żądzę zdo­by­czy i pod­bo­jów. Ist­nieje opi­nia, że te różne rodzaje wojen wywie­rają pewien wpływ na cha­rak­ter dzia­łań wojen­nych, zmie­rza­ją­cych do osią­gnię­cia wytknię­tego celu, oraz na wiel­kość wysił­ków i zakres przed­się­wzięć, które trzeba będzie pod­jąć.

Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że każda z tych wojen może być wojną zaczepną lub obronną. Nawet strona, która spro­wo­ko­wała kon­flikt zbrojny, może być wyprze­dzona w dzia­ła­niach i zmu­szona do obrony, strona zaś zaata­ko­wana, jeśli tylko zdoła się przy­go­to­wać, potrafi od razu prze­chwy­cić ini­cja­tywę. Mogą też powstać jesz­cze inne kom­pli­ka­cje wyni­ka­jące ze wza­jem­nego poło­że­nia stron.

1. Wojnę można pro­wa­dzić samot­nie prze­ciwko innemu mocar­stwu.

2. Można ją pro­wa­dzić samot­nie prze­ciwko kilku pań­stwom sprzy­mie­rzo­nym.

3. Można wal­czyć prze­ciwko jed­nemu prze­ciw­ni­kowi, mając u boku potęż­nego sprzy­mie­rzeńca.

4. Można sta­no­wić w woj­nie siłę główną lub być tylko siłą pomoc­ni­czą.

5. W tym ostat­nim wypadku można przy­stą­pić do wojny na jej początku albo w cza­sie mniej lub bar­dziej zaawan­so­wa­nych już walk.

6. Teatr wojny może znaj­do­wać się na tery­to­rium nie­przy­ja­ciela, sprzy­mie­rzeńca albo na obsza­rze wła­snego kraju.

7. Jeśli cho­dzi o wojnę inwa­zyjną, można ją pro­wa­dzić bli­sko lub daleko, roz­waż­nie i z umia­rem, albo w spo­sób sza­leń­czo-awan­tur­ni­czy.

8. Wojna może mieć cha­rak­ter naro­dowy, zarówno w odnie­sie­niu do nas, jak i do nie­przy­ja­ciela.

9. Wojny mogą być wresz­cie domowe lub reli­gijne, obie rów­nie nie­bez­pieczne i godne poża­ło­wa­nia.

Jeśli wojna została zde­cy­do­wana, należy ją oczy­wi­ście pro­wa­dzić według zasad sztuki wojen­nej. Trzeba jed­nak przy­znać, że w zależ­no­ści od róż­nych warun­ków ist­nieć będą znaczne róż­nice w spo­so­bie pro­wa­dze­nia dzia­łań wojen­nych. Tak np. 200 tysięcy Fran­cu­zów, pra­gną­cych ujarz­mić powstałą prze­ciwko nim jak jeden mąż Hisz­pa­nię, będzie dzia­łało ina­czej, niż 200 tysięcy tychże Fran­cu­zów zamie­rza­ją­cych posu­wać się na Wie­deń lub jaką­kol­wiek inną sto­licę, by podyk­to­wać tam pokój (1809). Par­ty­zan­tom Miny25 nikt nie uczyni zaszczytu, by wal­czyć z nimi tak, jak wal­czono pod Boro­dino26. Jest zro­zu­miałe, że pułk powi­nien wal­czyć nie­omal zawsze jed­na­kowo, ale sprawa ta wygląda jed­nak ina­czej, gdy cho­dzi o naczel­nego wodza.

Do tych prze­róż­nych kom­bi­na­cji, w więk­szym lub mniej­szym stop­niu odno­szą­cych się do zagad­nień dyplo­ma­cji, dodać można jesz­cze inne, ści­śle odno­szące się do dzia­łań wojsk. Tym ostat­nim kom­bi­na­cjom nadamy miano poli­tyki woj­sko­wej, względ­nie filo­zo­fii wojny, ponie­waż nie należą one wyłącz­nie ani do dyplo­ma­cji, ani do stra­te­gii, odgry­wa­jąc jed­nak naj­do­nio­ślej­szą rolę w pla­nach zarówno rządu, jak i dowódcy armii. Zacznijmy od roz­pa­trze­nia kom­bi­na­cji, które odno­szą się do dzie­dziny dyplo­ma­cji.

O wojnach zaczepnych prowadzonych w celu dochodzenia praw

O WOJ­NACH ZACZEP­NYCH PRO­WA­DZO­NYCH W CELU DOCHO­DZE­NIA PRAW

Jeśli pewne pań­stwo rości jakieś prawa do sąsied­niego kraju, nie sta­nowi to zawsze racji, aby docho­dzić swych rosz­czeń z bro­nią w ręku. Przed powzię­ciem podob­nej decy­zji należy wziąć pod uwagę dobro publiczne.

Naj­spra­wie­dliw­sza będzie ta wojna, która, wyni­ka­jąc z nie­za­prze­czal­nych praw danego pań­stwa, przy­nie­sie mu realne korzy­ści. W naszych cza­sach ist­nieje jed­nak nie­stety tak wiele spor­nych i kwe­stio­no­wa­nych praw, że w więk­szo­ści wypad­ków decy­zję o roz­po­czę­ciu wojny podej­muje się wła­ści­wie wtedy, gdy nada­rzy się do tego odpo­wied­nia oka­zja. Tylko pozor­nie wydaje się, że pod­ło­żem wojny są spory wypły­wa­jące z praw dzie­dzic­twa, zapi­sów testa­men­tów lub zawar­tych mał­żeństw.

Sprawa suk­ce­sji hisz­pań­skiej za cza­sów Ludwika XIV była z punktu widze­nia prawa cał­kiem jasna, ponie­waż usta­lał ją solenny testa­ment, oparty na wię­zach rodzin­nych i wyra­ża­jący powszechne życze­nie narodu hisz­pań­skiego. Jed­nak prawo to w spo­sób sta­now­czy zakwe­stio­no­wała cała Europa, co dopro­wa­dziło do zawar­cia ogól­nego przy­mie­rza zwró­co­nego prze­ciwko pra­wo­wi­temu spad­ko­biercy.

Wyko­rzy­stu­jąc wojnę Austrii z Fran­cją i powo­łu­jąc się na dawne doku­menty, Fry­de­ryk II wkro­czył zbroj­nie na Śląsk i opa­no­wał tę bogatą pro­win­cję, podwa­ja­jąc siły monar­chii pru­skiej. Ów suk­ces i donio­słość samej decy­zji były iście mistrzow­skim posu­nię­ciem. Gdyby nawet nie udało się Fry­de­rykowi zre­ali­zo­wać swego planu, nie nale­ża­łoby mu, mimo wszystko, tego wyty­kać, bowiem wiel­kość i celo­wość tego przed­się­wzię­cia mogą uspra­wie­dli­wić tę napaść, jeśli w ogóle jaki­kol­wiek napad może być uspra­wie­dli­wiony.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Mię­dzy Fran­cją a Pru­sami i Austrią. [wróć]

2. E. Tarle, Napo­leon, War­szawa 1960, s. 472. [wróć]

3. E. Tarle, op. cit., s. 479. [wróć]

4. C. Clau­se­witz, O woj­nie, War­szawa 1958, t. 2, s. 233. [wróć]

5. Tak wojo­wano jesz­cze w 1870 roku! [wróć]

6. Sys­tem - okre­ślony spo­sób, metoda postę­po­wa­nia lub wyko­na­nia jakiejś czyn­no­ści (przyp. tłum.). [wróć]

7. Feuguiéres Antoni (1648-1711), gene­rał fran­cu­ski, autor Pamięt­ni­ków o woj­nie (przyp. tłum.). [wróć]

8. Fol­lard Jan Karol (1669-1752), tak­tyk fran­cu­ski, autor wielu dzieł (przyp. tłum.). [wróć]

9. Puise­gur Jakub Fran­ci­szek (1656-1743), mar­sza­łek fran­cu­ski (przyp. tłum.). [wróć]

10. W ówcze­snym poję­ciu logi­styka obej­mo­wała prak­tyczną sztukę dowo­dze­nia woj­skami (przyp. tłum.). [wróć]

11. Mau­rycy Saski (1696-1750), syn natu­ralny króla pol­skiego Augu­sta II; mar­sza­łek Fran­cji, jeden z naj­wy­bit­niej­szych wodzów swego czasu. Mię­dzy innymi zwy­cięzca spod Fon­te­noy, Rau­coux, Law­feld (przyp. tłum.). [wróć]

12. Fry­de­ryk II (1712-1786), król pru­ski, autor Histo­rii moich cza­sów i Głów­nych zasad wojny. [wróć]

13. W zna­ko­mi­tym roz­dziale o mar­szach Guibert z lekka poru­szył zagad­nie­nie stra­te­gii, nie omó­wił jed­nak tego, co ów roz­dział zapo­wia­dał. [wróć]

14. Euge­niusz książę Sabaudzki (1663-1736), feld­mar­sza­łek austriacki. Wal­czył prze­ciwko Tur­kom, brał udział w woj­nie o suk­ce­sję hisz­pań­ską i w woj­nie suk­ce­syj­nej pol­skiej. Zali­czany do naj­więk­szych wodzów świata (przyp. tłum.). [wróć]

15. Arcy­książę Karol Austriacki (przyp. tłum.). [wróć]

16. Czło­wiek nie­ma­jący odpo­wied­nich wia­do­mo­ści, ale obda­rzony wro­dzo­nymi zdol­no­ściami, może two­rzyć wiel­kie dzieła. Ten sam jed­nak czło­wiek, prze­po­jony naby­tymi w szkole fał­szy­wymi dok­try­nami i prze­siąk­nięty pedan­tycz­nymi meto­dami, nie stwo­rzy niczego dobrego, przy­naj­mniej do czasu, aż nie zapo­mni tego, czego się nauczył. [wróć]

17. Gri­be­au­val Jean-Bap­ti­ste (1715-1789), gene­rał fran­cu­ski, wybitny arty­le­rzy­sta i kon­struk­tor dział, prze­by­wa­jący przej­ściowo w służ­bie austriac­kiej (przyp. tłum.). [wróć]

18. Książę Arthur Wel­le­sley Wel­ling­ton (1769-1852), kon­ser­wa­tywny poli­tyk, wie­lo­krotny pre­mier i gene­rał angiel­ski. Dowódca wojsk angiel­skich w Hisz­pa­nii i Por­tu­ga­lii, gdzie zwy­cię­żył woj­ska fran­cu­skie. Wraz z Blücherem w roku 1815 poko­nał pod Water­loo Napo­le­ona (przyp. tłum.). [wróć]

19. Nauki pozy­tywne - nauki oparte na doświad­cze­niu (przyp. tłum.). [wróć]

20. Można by jesz­cze wspo­mnieć o cie­ka­wych rela­cjach Sain­tina, Mor­to­nvala, de Lapenne'a, Leno­ble'a i Lafa­ille'a oraz o pra­cach pru­skiego majora Spa­tha o Kata­lo­nii, barona Vol­den­dorfa na temat kam­pa­nii Bawar­czy­ków i o wielu jesz­cze innych tego rodzaju dzie­łach. [wróć]

21. Liczni bada­cze histo­rii poli­tycz­nej, jak Ancil­lon, Segur - ojciec, Karam­zin, Guichar­din, Archen­holz, Schil­ler, Daru, Michaud, Salvandy, opi­sali rów­nież z dużym talen­tem wiele ope­ra­cji wojen­nych, jed­nak nie można ich zali­czyć do grona pisa­rzy woj­sko­wych. [wróć]

22. Nie wspo­mi­nam o pracy oma­wia­ją­cej życie poli­tyczne i woj­skowe Napo­le­ona, bowiem utrzy­my­wano, że jestem jej auto­rem. Pomi­jam rów­nież prace Norvinsa i Thi­be­au­deau, ponie­waż nie mają one wcale cha­rak­teru woj­skowego. [wróć]

23. Można mi posta­wić zarzut, że nie­które z tych prac są zbyt roz­wle­kłe, jed­nak w dzie­łach o tema­tyce woj­sko­wej trudno dogo­dzić wszyst­kim wyma­ga­niom. Jedni pra­gną tu zna­leźć, o ile moż­no­ści, wszel­kie szcze­góły, inni nato­miast wcale ich nie chcą. Przy­znaję, że będąc zachwy­cony szkołą Tem­pel­hoffa, skła­nia­łem się zbyt­nio ku tym pierw­szym. Poda­wa­nie owych drob­nych szcze­gó­łów wska­zane jest przy opi­sie poje­dyn­czych kam­pa­nii, ale nie wojny jako cało­ści. Popra­wi­łem się pod tym wzglę­dem w swych ostat­nich pra­cach. [wróć]

24. Jak mi wia­domo, ist­nieje bar­dzo nie­wiele prac oma­wia­ją­cych ów temat. Jedną, która nosi ten wła­śnie tytuł jest Poli­tyka wojny Hay du Cha­te­leta (1767). Znaj­du­jemy tu stwier­dze­nie, że chcąc przejść przez kamienny most armia powinna naka­zać cie­ślom i archi­tek­tom, aby zba­dali ów most, i czy­tamy zda­nie, że Dariusz nie poniósłby klę­ski, gdyby zamiast rzu­ce­nia prze­ciwko Alek­san­drowi cało­ści swych sił, wpro­wa­dził do tej walki tylko połowę posia­da­nych wojsk. Zadzi­wia­jące zasady poli­tyki woj­sko­wej! Maize­roy rów­nież wysu­nął kilka podob­nie męt­nych myśli na temat tak zwa­nej przez niego dia­lek­tyki wojny. Naj­głę­biej wnik­nął w te zagad­nie­nia Lloyd, ale jakże wiele praca jego pozo­sta­wia jesz­cze do życze­nia i w jak wielu wypad­kach zadały jej kłam zna­mienne wyda­rze­nia z lat 1792-1815. [wróć]

25. Fran­ci­sco Mina (1784-1856), przy­wódca par­ty­zan­tów hisz­pań­skich w okre­sie walk z Napo­le­onem (przyp. tłum.). [wróć]

26. Podaję to w odpo­wie­dzi majo­rowi Pro­ket­schowi, który - mimo swej powszech­nie zna­nej eru­dy­cji - uwa­żał za sto­sowne utrzy­my­wać, że poli­tyka wojny nie może wpły­wać na dzia­ła­nia wojenne i że wojnę należy pro­wa­dzić zawsze w jed­na­kowy spo­sób. [wróć]