Zarys krajobrazu. Wieś polska wobec zagłady Żydów 1942-1945 - Jacek Leociak, Barbara Engelking, Alina Skibińska, Dariusz Libionka, Jan Grabowski, Wojciech Józef Burszta, Zuzanna Schnepf-Kołacz, Krzystof Persak

Kup ebooka

25.00 zł
20.00 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

KRZYSZTOF PERSAKWstęp

W 1942 r. Niemcy rozpoczęli realizację planu "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej". Masowe egzekucje na Wschodzie, które pochłonęły setki tysięcy żydowskich ofiar, trwały już od agresji III Rzeszy na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 r. Sześć miesięcy później na konferencji wysokich funkcjonariuszy nazistowskiego aparatu bezpieczeństwa, administracji i NSDAP w podberlińskim Wannsee zatwierdzono plan wymordowania wszystkich europejskich Żydów. Jego część stanowiła operacja eksterminacji Żydów zamieszkujących Generalne Gubernatorstwo i włączony do Prus Wschodnich Okręg Białystok, oznaczona kryptonimem "Reinhardt" (na cześć zabitego przez czeski ruch oporu szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinharda Heydricha), która rozpoczęła się w połowie marca 1942 r.1 Począwszy od Lublina, w kolejnych miesiącach Niemcy systematycznie likwidowali getta, deportując zgromadzonych w nich Żydów do ośrodków zagłady. W ciągu roku zginęło trzy czwarte Żydów znajdujących się w zasięgu ludobójczej akcji. Operacja "Reinhardt" trwała do listopada 1943 r. i pochłonęła niemal dwa miliony ofiar.

Przed 1942 r. zagłada Żydów dokonywała się za murami gett i miała charakter pośredni. Żniwo śmierci zbierały głód, choroby, wycieńczająca praca, doraźne egzekucje. Z chwilą rozpoczęcia akcji "Reinhardt" Polacy stali się bezpośrednimi świadkami ludobójstwa. Akcjom deportacyjnym towarzyszyły przemoc i niespotykane okrucieństwo. Część mieszkańców gett rozstrzeliwano na miejscu. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach mord odbywał się na oczach polskich sąsiadów. Z pewnością wywoływało to zgrozę, lecz było i tak, że niektórzy Polacy dobrowolnie, a niektórzy pod słabszą lub silniejszą presją wzięli udział w ludobójstwie. Wielu skorzystało z okazji do plądrowania opuszczonego dobytku pędzonych na śmierć Żydów.

Na wieść o niemieckich akcjach część mieszkańców gett szukała ratunku, uciekając na aryjską stronę. Niekiedy ucieczka poprzedzona była przygotowaniami, wyszukaniem odpowiedniej kryjówki, powierzeniem wartościowych przedmiotów na przechowanie znajomym chrześcijanom. Często jednak podejmowano ją spontanicznie - podczas akcji w getcie, z placówek pracy poza gettem, z pociągu do Treblinki czy Bełżca, a nawet wydostając się z masowego grobu po egzekucji. Nagłe pojawienie się tysięcy Żydów szukających pomocy i schronienia stało się dla polskiego otoczenia problemem i wyzwaniem. Do drzwi polskich domów - by odwołać się do sformułowania Szymona Datnera - "zapukał problem moralny"2.

Kwestia postaw Polaków wobec Żydów podczas Holokaustu obecna jest w historiografii od dawna. W literaturze przedmiotu wspominano o całym wachlarzu możliwych zachowań - od wydawania Żydów w ręce Niemców, przez postawę neutralną, do udzielania doraźnej lub długotrwałej pomocy (typologia Szymona Datnera)3; lub w ujęciu bardziej psychologicznym - od aktywnej wrogości, przez niechęć, obojętność, bierne współczucie po czynną pomoc (typologia Antoniny Kłoskowskiej)4. W opisie rzeczywistości historycznej dominowało jednak spojrzenie jednostronne, skoncentrowane na zagadnieniu pomocy Żydom i ich ratowania5. Postawy negatywne - niechęć, wrogość, zachowania zbrodnicze - przez dziesięciolecia najczęściej pomijano, przemilczano, kamuflowano eufemizmami, bagatelizowano. Zdarzało się nawet cenzurowanie i fałszowanie ogłaszanych drukiem źródeł6.

O ile w literaturze historycznej wspominano jeszcze o szantażowaniu i denuncjowaniu Żydów, traktując zazwyczaj szmalcownictwo jako zjawisko godne potępienia, ale marginalne, o tyle problem bezpośredniego uczestnictwa Polaków w Zagładzie stanowił tabu. Gdy w 1994 r. Michał Cichy opisał przypadek zabójstwa grupy Żydów przez oddział Armii Krajowej podczas powstania warszawskiego7, ściągnął na siebie gromy potępienia. Przełomu świadomościowego dokonała opublikowana w 2000 r. niewielka książka Jana Tomasza Grossa, opisująca dokonany rękami Polaków masowy mord Żydów w Jedwabnem8. W następnych latach ostatniej dekady zaczęło się ukazywać coraz więcej prac przedstawiających negativa w stosunkach między Polakami a Żydami w dobie Zagłady9. Recepcja tych prac wskazuje, że przynoszą one wiedzę wciąż jeszcze przez wielu niechcianą10, bo niezgodną z autoportretem zbiorowym Polaków11.

Szczególnie słabo zagospodarowanym polem badawczym w odniesieniu do przebiegu Zagłady i reakcji polskiego otoczenia jest prowincja, a zwłaszcza wieś12. Tymczasem jest to bardzo ważny fragment wojennej rzeczywistości. W przededniu II wojny światowej mieszkańcy wsi stanowili 70 procent ludności II Rzeczypospolitej13. Ze względu na to, że Żydzi mieszkali głównie w miastach, odsetek ludności wiejskiej w wypadku chrześcijan był jeszcze wyższy. Według danych ze spisu powszechnego z 1931 r. w województwach centralnych Polski, które podczas wojny w całości lub częściowo znalazły się w Generalnym Gubernatorstwie i stały się terenem operacji "Reinhardt", na wsi mieszkało od 79 do 85 procent osób deklarujących język polski jako język ojczysty14. A zatem doświadczenie okupacji niemieckiej w specyficznych warunkach wsi stało się udziałem ogromnej większości Polaków. Częścią owego doświadczenia było świadkowanie Zagładzie, spotkanie z szukającymi ratunku i wszystko to, co wydarzyło się wówczas między Polakami a Żydami.

Holokaust był dziełem Niemców (i rekrutowanych przez nich pomocników). Około 95 procent polskich Żydów, ofiar Zagłady, zginęło w komorach gazowych ośrodków natychmiastowej zagłady, w obozach koncentracyjnych oraz podczas marszów śmierci, zostało rozstrzelanych w egzekucjach lub zmarło z głodu i chorób w odizolowanych od otoczenia gettach, i Polacy w swojej masie nie mieli na to wpływu. W statystyce Zagłady ci, którzy przepadli, szukając ocalenia po aryjskiej stronie, reprezentują wielkość marginalną. Niemniej z punktu widzenia szans Żydów na ocalenie ten "margines" Zagłady ma znaczenie kluczowe. Droga ratunku, jak trafnie zauważył Jan Tomasz Gross, wiodła bowiem przez kontakt z chrześcijańskim otoczeniem15. Los uciekających przed śmiercią Żydów zależał więc od tego, jak przebiegało ich spotkanie z Polakami. Zwłaszcza na wsi, gdzie na co dzień przedstawiciele okupacyjnej władzy najczęściej nie byli obecni, postawa polskich chłopów często decydowała o życiu lub śmierci Żydów16.

Dzieje okupacji niemieckiej na wsi były przez lata domeną historiografii ruchu ludowego. Przedstawiała ona bardzo optymistyczną wizję postaw Polaków wobec Holokaustu. Podkreślała spontaniczną, powszechną, bezinteresowną i solidarną pomoc wsi dla prześladowanych Żydów. "Piękną kartę w okupacyjnych dziejach wsi polskiej - pisał Kazimierz Przybysz - stanowi również pomoc [dla] ludności żydowskiej. Była ona odpowiedzią chłopów na terror okupanta zastosowany wobec Żydów"17. Pomoc ta była możliwa "dzięki bohaterskiej postawie znakomitej większości społeczeństwa", gdyż "wieś polska pilnie strzegła ludność żydowską przed dekonspiracją"18. Jeszcze bardziej zdecydowanie analogiczną tezę stawiał Janusz Gmitruk: "Pomoc ludności żydowskiej mogła być realizowana dzięki bohaterskiej postawie wszystkich [podkreślenie moje - K.P.] mieszkańców wsi"19. Nowsze prace, nawet te poświęcone kwestii pomagania Żydom, coraz silniej podważają ten stereotypowy, zmitologizowany obraz20.

Niniejsza książka jest próbą nowego spojrzenia na zagadnienie reakcji Polaków na Holokaust. Składające się na nią studia powstały w ramach zrealizowanego przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN programu badawczego "Ludność wiejska w Generalnym Gubernatorstwie wobec Zagłady i ukrywania się Żydów 1942-1945"21. Ograniczenie perspektywy badawczej do wsi wynika zarówno stąd, że w interesującym aspekcie była to wciąż terra incognita, jak i z oczywistej specyfiki warunków wiejskich, determinowanych przez mentalność chłopów, materialne warunki życia, sieć osadniczą oraz sieć placówek władzy okupacyjnej, topografię etc. Znaczenie rozpoznania sytuacji na wsi dla zrozumienia tego, co się podczas wojny wydarzyło między Polakami a Żydami, wynika nie tylko ze wspomnianych względów demograficznych, lecz także z roli, jaką środowisko wiejskie odgrywało w zjawisku ukrywania się Żydów. Na mapie okupowanej Polski Warszawa, gdzie (przynajmniej do powstania warszawskiego) ukrywało się może nawet do 20 tys. Żydów, była miejscem wyjątkowym22. Większość Żydów szukała jednak schronienia w lasach i chłopskich zagrodach.

Cezury chronologiczne badań to z jednej strony początek operacji "Reinhardt" i liczne ucieczki Żydów z gett, z drugiej zaś wyzwolenie spod okupacji niemieckiej, które na wschód od Wisły nastąpiło latem 1944 r., a na lewym brzegu tej rzeki w styczniu 1945 r.23 Wybór granic geograficznych obszaru badawczego podyktowany był kilkoma czynnikami. Generalne Gubernatorstwo charakteryzowała relatywnie jednorodna polityka okupanta niemieckiego (w tym czas i modus operandi akcji "Reinhardt"). Zachowane źródła dla tego terytorium są obfitsze i łatwiej dostępne. Był to obszar zamieszkany dość zwarcie przez ludność polską. Wyjątek pod tym względem stanowił dystrykt Galicja, który został pominięty w studium statystycznym Zuzanny Schnepf-Kołacz na temat Sprawiedliwych; również w tekstach opisowych przykłady odnoszące się do tego dystryktu pojawiają się sporadycznie24. Pozwala to posługiwać się pojęciami "Polacy" i "Żydzi" oraz formułować wnioski o stosunkach polsko-żydowskich na wsi. Nie ulega jednak wątpliwości, że wiele opisywanych tu zjawisk charakteryzuje również stosunek ludności chrześcijańskiej do Żydów i Holokaustu we wschodnich województwach II Rzeczypospolitej, aczkolwiek tam relacje międzyetniczne i warunki okupacyjne były bardziej skomplikowane niż w Polsce centralnej.

Wśród źródeł wykorzystanych w prezentowanych badaniach warto zwrócić uwagę na dwie kategorie źródeł masowych, nadal w stosunkowo niewielkim stopniu spenetrowanych przez historyków. Ich zaletą jest to, że odzwierciedlają zjawiska społeczne, uwypuklają powtarzalne schematy ludzkich zachowań. W wypadku źródeł masowych mniej istotne stają się występujące w nich ewentualne nieścisłości faktograficzne.

Pierwsza grupa źródeł to relacje ocalałych Żydów składane w pierwszych latach po wojnie w Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej i jej wojewódzkich odpowiednikach25. Ich wielką wartością jest wczesna rejestracja przekazów żydowskich ocaleńców, których znaczna część wkrótce rozproszyła się po świecie. Spośród ponad 7300 relacji przechowywanych w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego ponad 4000 powstało w latach 1944-194726. Uzupełniają je relacje zbierane od lat pięćdziesiątych XX w. przez jerozolimski Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu Yad Vashem.

Druga kategoria to akta procesów prowadzonych na podstawie Dekretu o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz zdrajców Narodu Polskiego z 31 sierpnia 1944 r. (tzw. dekretu sierpniowego). Był to (i nadal taki pozostaje) najważniejszy akt prawny umożliwiający pociągnięcie do odpowiedzialności za zbrodnie popełnione podczas II wojny światowej, w tym za kolaborację z Niemcami27. Po wojnie zapadło na jego podstawie około 20 tys. wyroków skazujących28. Znaczący odsetek "sierpniówek" stanowiły procesy o przestępstwa popełnione przez Polaków na szkodę Żydów. Alina Skibińska ustaliła, że w sądach kieleckich stanowiły one 32 procent wszystkich spraw z dekretu sierpniowego, przy czym 82 procent zbrodni na Żydach dokonano na wsi. Jest to więc bardzo ważne źródło do badań nad postawami Polaków wobec szukających ratunku Żydów29.

Akta sądowe są cennym źródłem również dlatego, że zawierają narrację mieszkańców wsi. Chłopi są zwykle milczącymi aktorami historii. O ile powojenna akcja zbierania relacji oddała głos ocalonym Żydom, o tyle w "sierpniówkach" mówią polscy chłopi. Ich opowieść ma swoją specyfikę, związaną z regułami śledztwa i procesu karnego, których wpływ należy uwzględnić, ale zawiera też wiele autentyzmu i przynosi bogactwo informacji o okupacyjnych realiach wsi.

Niektórzy historycy podają w wątpliwość wiarygodność akt procesów z dekretu sierpniowego, podnosząc, że prowadzono je w warunkach stalinizacji sądownictwa30. To prawda, że w kilkuset wypadkach dekret sierpniowy został nadużyty jako podstawa do represji wobec działaczy Polski Podziemnej, fałszywie oskarżanych o współpracę z okupantem. Najbardziej znanym przykładem jest mord sądowy popełniony na generale Auguście Fieldorfie "Nilu"31. Trzeba zatem zachować szczególną czujność, analizując procesy, w których podsądnymi byli członkowie wojennej i powojennej konspiracji. Niemniej odrzucenie a priori akt "sierpniówek" byłoby błędem (takie postulaty wynikają, jak sądzę, raczej z chęci zanegowania obrazu, jaki z tych źródeł wynika). Procesy o przestępstwa z dekretu sierpniowego toczyły się przed sądami powszechnymi (w latach 1944-1946 przed specjalnymi sądami karnymi) i co do zasady nie miały charakteru politycznego. Sprawy polityczne poddano jurysdykcji sądów wojskowych, które rzeczywiście były narzędziem stalinowskiego terroru. Warto też zauważyć, że 80 procent wyroków na podstawie dekretu sierpniowego wydano do 1950 r.32, tj. w okresie, gdy nie urzeczywistniono jeszcze stalinowskiej reformy sądownictwa, której towarzyszyły czystki kadrowe. W pierwszych latach po wojnie gros korpusu sędziowskiego sądów powszechnych tworzyli prawnicy przedwojenni (w 1946 r. 90 procent33). Nawet w 1952 r. 80 procent stanu Sądu Najwyższego stanowili sędziowie orzekający jeszcze w sądach II Rzeczypospolitej34.

Akta sądowe są źródłem tradycyjne wykorzystywanym w historiografii i nauka historyczna wypracowała metody ich krytyki. Paradoksalnie konsekwencją odrzucenia "sierpniówek" musiałoby być np. zanegowanie wartości historiografii powojennego podziemia niepodległościowego, która jako źródło szeroko wykorzystuje akta śledcze i procesowe. Skoro bowiem na wiarę nie zasługują "sierpniówki", tym bardziej dotyczy to procesów przed sądami wojskowymi, wytaczanych żołnierzom podziemia. Jest jednak odwrotnie. Jeśli więc historiografia może z powodzeniem wykorzystywać nawet akta procesów politycznych35, to "sierpniówki" z pewnością nie są źródłem gorszej jakości.

Studia składające się na niniejszy tom poruszają różne aspekty zagadnienia stosunku wsi polskiej do zagłady Żydów. Autorzy stosują zróżnicowane podejście do tematu i metody badawcze. W tomie znajdujemy ujęcie antropologiczne (Wojciech J. Burszta), literaturoznawcze (Jacek Leociak), statystyczne (Zuzanna Schnepf-Kołacz), jakościowe, służące ustaleniu typologii zjawisk (Barbara Engelking, Alina Skibińska), studia przypadków (Jan Grabowski, Dagmara Swałtek), analizę dyskursu (Dariusz Libionka). Poszczególne artykuły mają komplementarny charakter - nawzajem się uzupełniają, wchodzą ze sobą w dialog, oferują argumenty i wyjaśnienia, tworząc w sumie spójną całość. Książkę warto też czytać równolegle z monografiami Barbary Engelking36 i Jana Grabowskiego37, będącymi owocami tego samego przedsięwzięcia badawczego.

Aczkolwiek tom ten został pomyślany jako próba kompleksowego ujęcia tytułowego zagadnienia, nie rości sobie pretensji do wyczerpania tematu. Poszczególne studia mają charakter obszernych sondaży, choć może odpowiedniejsze byłoby określenie "odwierty głębinowe". Badania opierają się bowiem na gruntownej kwerendzie źródeł i oferują pogłębioną analizę wybranych problemów. Jest to więc raczej - zgodnie z tytułem publikacji - zarys krajobrazu polskiej wsi konfrontującej się z zagładą Żydów niż kompletny przewodnik po niej.

W omawiany temat wprowadza artykuł Wojciecha Józefa Burszty. Autor zarysowuje widnokrąg mentalny i pojęciowy kultury polskiej wsi, dokonując rekonstrukcji światopoglądu chłopskiego w świetle świadectw literackich i etnograficznych. Fundamentalną cechą chłopskiej wizji świata jest trwałość i niepodatność na zmiany, nawet w sytuacji zmieniających się warunków zewnętrznych. Centralne miejsce zajmuje w niej opozycja swój-obcy, a dobro własnej grupy w konfrontacji z "obcym" nabiera wymiaru normy absolutnej. "Walka o przetrwanie własnej grupy - pisze Burszta - to zawsze przyzwolenie na to, aby w chwili trwogi "inni" radzili sobie sami". Te cechy chłopskiego myślenia nietrudno dostrzec w opisywanych w kolejnych tekstach postawach wobec ukrywających się Żydów.

Dariusz Libionka przygląda się temu, jak Polska Podziemna patrzyła na zagładę Żydów na wsi. Podstawę rekonstrukcji stanowi analiza prasy i dokumentacji wewnętrznej różnych odłamów konspiracji, przede wszystkim AK-owskiej i ludowej. Najważniejsza obserwacja jest taka, że zagłada Żydów na prowincji w zasadzie nie została zauważona w prasie podziemnej. O ile odnotowano likwidację gett w wielkich miastach, o tyle los Żydów na wsi i małych miasteczkach znalazł bardzo niewielkie odzwierciedlenie w źródłach. Oczywiście nie znaczy to, że nie widziano, co się dzieje "za płotem". Milczenie na ten temat było raczej wyrazem co najmniej obojętności wobec grupy, której nie uważano za część wspólnoty narodowej i obywatelskiej. Symptomy tej obojętności Libionka dostrzega również w braku zapytań terenowych ogniw konspiracyjnych o wytyczne dla społeczeństwa w obliczu rozpoczęcia przez Niemców masowej eksterminacji Żydów na prowincji.

Autor pokazuje, jak na łamach różnych pism - w tym ludowych, co dla badanego tematu ma szczególne znaczenie - odbijały się wpływy przedwojennego antysemityzmu. Przy werbalnym odcinaniu się od uprzedzeń antyżydowskich powielano antysemickie klisze. Uderzające jest oderwanie tych poglądów od rzeczywistości. Gdy w kwietniu 1942 r. główne pismo Batalionów Chłopskich informowało o "masie żydowskiej", dla której nie ma miejsca w powojennej Polsce, owa "masa" ginęła w komorach gazowych Bełżca. O wrogim nastawieniu do Żydów w społeczeństwie, a nawet o wzroście nastrojów antysemickich podczas okupacji donosiły liczne sprawozdania sytuacyjne struktur konspiracyjnych.

Nic więc dziwnego, że w większości tytułów prasy podziemnej rzadko i niechętnie wspominano o wrogich zachowaniach Polaków wobec Żydów. Libionka zwraca uwagę, że informacje na ten temat, pojawiające się w sprawozdaniach terenowych i w lokalnych biuletynach prasowych, nie przebijały się na łamy pism centralnych. Denuncjowanie i mordowanie Żydów na wsi nie występowało w kontekście konspiracyjnego dyskursu o kolaboracji. Również analizowana przez Libionkę reakcja podziemnego wymiaru sprawiedliwości wydaje się bardzo wstrzemięźliwa. Wiadomo o ośmiu wyrokach śmierci wydanych w latach 1943-1944 przez Cywilne Sądy Specjalne za przestępstwa przeciwko Żydom (cztery dotyczą wsi). Ale tylko w jednym wypadku wyrok zapadł w sprawie, w której zbrodnia wobec Żyda była czynem samoistnym, niełączącym się z działaniem sprawcy przeciwko Polakom.

W dyskursie konspiracyjnym uderza brak empatii i chęci zrozumienia sytuacji egzystencjalnej poszukujących ratunku Żydów. Działalność grup przetrwania, zdobywanie żywności traktowane są jako bandytyzm, który należy zwalczać. Podobny jest również stosunek do żydowskich oddziałów partyzanckich, co w istocie oznacza, że Żydom odmawia się prawa do walki zbrojnej, odwetu, a także wymierzania sprawiedliwości krzywdzicielom. Z kolei ukrywający się Żydzi przedstawieni są jako problem i zagrożenie dla ludności polskiej. W prasie podziemnej powtarza się opinia, że schwytani przez Niemców Żydzi nagminnie wydają tych, którzy im pomagali. Bez wątpienia taki wizerunek uciekinierów z gett zniechęcał do udzielania im schronienia.

Jan Grabowski analizuje na przykładzie powiatu Dąbrowa Tarnowska zagadnienie wykorzystania w niemieckim systemie eksterminacji Żydów podstawowych struktur społeczności wiejskiej. Mowa tu o sołtysach, wartach nocnych, tzw. zakładnikach, a w pewnym zakresie także o ochotniczych strażach pożarnych i ich udziale w zarządzanych przez Niemców obławach na uciekinierów z gett oraz w samodzielnie podejmowanych akcjach wyłapywania błąkających się Żydów. Sołtys był najniższym ogniwem administracji okupacyjnej, a zarazem pośrednikiem między mieszkańcami wsi a władzą niemiecką, uosabianą przez żandarmerię i terenowy Urząd Komisarza. Autor zwraca uwagę na jego niewdzięczną rolę: z jednej strony sołtys odpowiadał za wdrażanie we wsi niemieckich zarządzeń (w tym dotyczących ścigania Żydów), z drugiej podlegał naciskom własnej społeczności. Musiał reagować na doniesienia lub indywidualne inicjatywy chłopów. Wiele zależało od jego własnej postawy - gorliwości w wykonywaniu rozkazów okupanta lub sabotowania jego oczekiwań. Grabowski rekonstruuje sposób przeprowadzania obław na Żydów, opisuje dokonywane w ich trakcie bestialstwa i rabunki. Analizując funkcjonowanie ogniw okupacyjnej administracji na poziomie wsi i ukazując ich rolę w polowaniu na Żydów, autor wyjaśnia bardzo istotny czynnik określający szanse przetrwania żydowskich uciekinierów. Opisuje też struktury, w których ramach zostały dokonane przez Polaków liczne zbrodnie przeciwko Żydom.

W drugiej części artykułu Grabowski koncentruje się na Policji Polskiej, tzw. granatowej. Chociaż stanowiła ona część niemieckiego aparatu okupacyjnego, z pewnego punktu widzenia była również strukturą pośredniczącą między mieszkańcami wsi a Niemcami. Polscy policjanci byli w jakimś stopniu "oswojeni", podatni na perswazję lub korupcję, bardziej przewidywalni od niemieckich żandarmów. Ich miejsce w polowaniu na Żydów było jednak bardzo znaczące. Z badań Jana Grabowskiego wynika, że w powiecie dąbrowskim połowę zadenuncjowanych lub schwytanych przez chłopów Żydów zabili granatowi policjanci38.

Studium Dagmary Swałtek również podejmuje zagadnienie funkcjonowania okupacyjnego systemu administracyjnego na poziomie wsi, ale dotyczy głównie okresu przed operacją "Reinhardt". Autorka opisuje warunki życia żydowskich mieszkańców podkrakowskich Wawrzeńczyc na podstawie akt gminnych. To mało znana i rzadko zachowana, a jak przekonuje przeprowadzony przez nią rekonesans, bardzo interesująca kategoria źródeł. Przypadek Wawrzeńczyc jest też dlatego ciekawy, że Żydzi (głównie przesiedleńcy z Krakowa) nie byli tam odizolowani w getcie. Niemniej akta gminne ukazują wdrażanie kolejnych dyskryminacyjnych zarządzeń okupanta. Są w nich ponadto świadectwa niemieckiej propagandy antyżydowskiej, kierowanej do ludności polskiej. Akta te odzwierciedlają również mechanizmy przejmowania majątku Żydów po deportacji i jego dystrybucji wśród ludności polskiej oraz kasowania żydowskich wierzytelności.

Studium Zuzanny Schnepf-Kołacz dotyczy jasnej strony stosunków polsko-żydowskich podczas wojny. Autorka przeprowadziła analizę pomocy niesionej Żydom w ujęciu ilościowym. Materiał empiryczny stanowią biogramy Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, którzy ratowali Żydów na wsi w dystryktach warszawskim, radomskim, krakowskim i lubelskim Generalnego Gubernatorstwa39. Autorka zidentyfikowała na tym terenie 479 przypadków pomocy. Wybór zbiorowości poddanej analizie statystycznej zadecydował o tym, że zakres badania obejmuje pewien wycinek zjawiska ratowania Żydów na wsi, jakim były przypadki szczęśliwie zakończone. Z tym wiąże się niedoreprezentowanie w badaniu zjawiska pomocy doraźnej - większość przypadków dotyczy pomocy długotrwałej. Specyfika dokumentacji Sprawiedliwych, będącej pierwotnym źródłem informacji, polega na jej laudacyjnym charakterze. Z reguły pomija ona zjawiska negatywne lub niejednoznaczne w stosunkach między ratującymi a ratowanymi, takie jak odpłatność pomocy, wymawianie schronienia czy wykorzystywanie ukrywanych Żydów przez gospodarzy. Konfrontując dokumentację powstałą na potrzeby Yad Vashem ze świadectwami składanymi przez ich podopiecznych przy innych okazjach i w innym celu, autorka pokazuje na przykładach, że realia ukrywania się i relacje z polskimi chłopami często były złożone i ambiwalentne.

Mimo tych ograniczeń bazy źródłowej Schnepf-Kołacz potrafiła wyodrębnić twarde wskaźniki ilościowe, których analiza pozwala na poczynienie istotnych ustaleń. Autorka szkicuje mapę pomocy oraz charakteryzuje zbiorowość ratowanych i ratujących. Sprawiedliwi na wsi wydają się nie wyróżniać w szczególny sposób ze swego otoczenia, widoczna jest jedynie nadreprezentacja osób samotnych oraz przedstawicieli lokalnej inteligencji i ziemiaństwa. Pomoc Żydom Sprawiedliwi świadczyli na własną rękę, w sposób niezorganizowany - tylko niewielki odsetek miał kontakty z organizacjami konspiracyjnymi. W badaniu dotyczącym pomocy skutecznej ujawniają się czynniki sprzyjające przetrwaniu. W dwóch trzecich przypadków ocaleni Żydzi i Sprawiedliwi znali się wcześniej lub mieli wspólnych znajomych; cztery piąte uratowanych mieszkało przed wojną blisko osób udzielających im pomocy. Z kolei zaledwie 15 procent uratowanych na wsi to mieszkańcy dużych miast, podczas gdy przed wojną stanowili oni około połowy ludności żydowskiej w Polsce. O szansach ocalenia w znacznym stopniu decydowała więc bliskość społeczna i przestrzenna między szukającymi ratunku Żydami a Sprawiedliwymi.

Barbara Engelking mierzy się z najczarniejszą kartą stosunków polsko-żydowskich na wsi, jaką było wydawanie w ręce Niemców i mordowanie uciekinierów z gett40. Interesują ją sytuacje, w których Polacy działali, mając swobodę wyboru, a nie w ramach obław organizowanych przez Niemców. Podkreśla, że wydany przez okupanta pod karą śmierci zakaz udzielania schronienia i pomocy Żydom przez ludność miejscową nie był tożsamy z nakazem ich doprowadzania na posterunki żandarmerii i policji lub zabijania. Autorka operuje przykładami, ale reprezentują one obraz wyłaniający się z kilkuset przeanalizowanych relacji i procesów sądowych. Pozwala to stwierdzić, że mamy do czynienia ze zjawiskiem występującym na co dzień na całym badanym obszarze. Engelking konstruuje typologię zachowań, motywów i schematów postępowania sprawców. Zwraca uwagę na rozpowszechnienie donosicielstwa, co było głównym zagrożeniem dla uciekinierów i tych, którzy im pomagali - zgadza się to z ustaleniami Zuzanny Schnepf-Kołacz.

Uwzględniając występowanie uzasadnionego strachu chłopów przed represjami za pomaganie żydowskim niedobitkom, Engelking rozważa znaczenie motywu chciwości i rolę nagród oferowanych przez okupanta za schwytanie Żydów. W aspekcie psychologicznym za kluczową uważa zgodę denuncjatorów na śmierć Żydów, która była nieuchronnym następstwem ich wydania Niemcom. Zwraca uwagę na często zbiorowy charakter zachowań sprawców i wpływ konformizmu grupowego. Analizując praktykę zabijania Żydów, autorka rozróżnia mordy indywidualne, ze wspólnikiem, zbiorowe i zinstytucjonalizowane, gdy sprawcami byli granatowi policjanci lub członkowie organizacji podziemnych. Podkreśla niezwykłą bezwzględność i okrucieństwo sprawców, stosowanie "nadmiernej" przemocy wobec ofiar. Mówiąc o zbrodniach na Żydach, uwzględnia perspektywę ofiar, ich egzystencjalne doświadczenie bycia zdradzonym, wydanym, mordowanym.

Kontrapunktem dla tekstu Barbary Engelking jest studium Aliny Skibińskiej, dotyczące motywacji sprawców zbrodni na Żydach w świetle akt procesowych. Potwierdza ono, pogłębia i egzemplifikuje ustalenia dokonane także przez innych autorów. Podstawą analizy jest 30 spraw z dekretu sierpniowego rozpatrywanych w sądach kieleckich. Wieloletnia szeroka kwerenda archiwalna "sierpniówek" pozwala autorce stwierdzić, że wybrane przykłady są reprezentatywne dla zjawisk i problemów występujących w całej Polsce.

Skibińska omawia cztery grupy sprawców zbrodni na Żydach. Pierwszą są osoby pełniące różne funkcje w strukturze społecznej wsi: sołtysi, wójtowie, komendanci straży pożarnej, leśniczy, gajowi. Ustalenia dotyczące sołtysów są zbieżne z wnioskami Jana Grabowskiego odnośnie do ich pozycji w okupacyjnym systemie administracyjnym oraz uwikłania w sytuacje wynikające z jednej strony z nakazów niemieckich, z drugiej z żądań płynących od członków własnej wspólnoty w sprawie pozbycia się Żydów. Skibińska zwraca również uwagę na mało znaną, a istotną rolę strażaków, którzy uczestniczyli między innymi w wartach nocnych, mających znaczący udział w wyłapywaniu żydowskich zbiegów41. Z kolei pracownicy służby leśnej byli nierzadko odpowiedzialni za denuncjowanie Żydów ukrywających się w lasach i organizowanie na nich obław.

Kolejną kategorię sprawców tworzą zwykli mieszkańcy wsi. W ich wypadku na plan pierwszy wysuwają się materialne motywy zbrodni: pożądanie realnego bądź wyimaginowanego majątku Żydów lub chęć otrzymania oferowanych przez Niemców nagród. Na uwagę zasługują sytuacje, gdy wydawano lub mordowano "własnych" Żydów, którym wcześniej przez krótszy lub dłuższy czas udzielano pomocy - przyczyną było zagrożenie dekonspiracją albo zwykła chciwość. Skibińska podkreśla, że zbrodnie na wsi były często popełniane zbiorowo i na widoku publicznym. Do typowych należały sytuacje, gdy Żydom doprowadzanym do sołtysa towarzyszył tłum ludzi, tworzący grupę nacisku, a zarazem społeczne alibi dla sprawców.

Osobną kategorię morderców stanowili granatowi policjanci. Realizując eksterminacyjną strategię okupanta, nierzadko dokonywali oni również "prywatyzacji" zbrodni. Niektóre posterunki Policji Polskiej prowadziły własną morderczą politykę "oczyszczania" swojego terenu z Żydów. Regułą było przy tym rabowanie ofiar. Zarówno w artykule Skibińskiej, jak i Grabowskiego ujawnia się szczególna rola granatowych policjantów jako swoistego bufora między polską wsią a Niemcami. Funkcjonariusze Policji Polskiej w pewnym sensie pomagali chłopom "rozwiązać" problem z Żydami "we własnym zakresie". Dostarczenie zbiegów na posterunek policji granatowej lub zadenuncjowanie ukrywających się Żydów i pomagających im gospodarzy było w pewnym sensie bezpieczniejsze dla wspólnoty wiejskiej niż angażowanie w sprawę niemieckich żandarmów, których reakcja była trudna do przewidzenia. Dlatego niektórzy granatowi policjanci zabijający Żydów dla "dobra ogólnego" nie widzieli sprzeczności między udziałem w tych zbrodniach a własnym zaangażowaniem konspiracyjnym.

Skibińska porusza też problem mordowania Żydów przez partyzantów (analizowane przykłady dotyczą członków Batalionów Chłopskich, Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych). Sporna jest kwestia, czy istniały wyraźne rozkazy w sprawie likwidowania błąkających się Żydów, niektóre zeznania oskarżonych mówią jednak o sprzyjającej takiemu postępowaniu atmosferze w organizacji i o tym, że żołnierze wiedzieli, czego się od nich oczekuje42. W ramach "oczyszczania" terenu działania Żydów tępiono jak szkodniki. Nierzadkie też były samowolne działania partyzantów, niewiele różniące się od "zwykłych" morderstw popełnianych przez chłopów lub bandytów, zwłaszcza że regułą było zabieranie dobytku ofiar.

Wyodrębnienie czterech grup sprawców zbrodni na Żydach ma znaczenie analityczne. W większości wypadków aktorzy wydarzeń należeli do kilku kategorii. W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego zwykli ludzie popełniali zbrodnie, autorka analizuje wyjaśnienia, linie obrony i strategie usprawiedliwień oskarżonych. Zwraca uwagę na znaczenie konsensusu grupowego, dotyczącego szczególnie bezpieczeństwa oraz dobra wspólnoty, i w tym kontekście wskazuje na społeczne usankcjonowanie grabieży, denuncjacji i zabójstw.

Tom zamyka artykuł Jacka Leociaka, który posługując się metodami właściwymi nauce o literaturze, analizuje mało znane opowiadanie Bogdana Wojdowskiego. Powstało ono na kanwie relacji młodej Żydówki, tułającej się po powstaniu w getcie w okolicach Warszawy. Leociak szczegółowo śledzi jej opisane przez pisarza losy, odnajduje ścieżkę jej wędrówki na mapie, zestawia z relacjami ocalonych Żydów, którzy ukrywali się w tych samych okolicach, odkrywając dokumentalny autentyzm dzieła literackiego, nie tylko ściśle odzwierciedlający topografię, ale i realia kontaktów z polskim otoczeniem. Ta bardzo konkretna historia, rekonstruująca doświadczenia ocalonego żydowskiego dziecka, ma zarazem wymiar uniwersalnej przypowieści o ludzkiej egzystencji.

Studia prezentowane w niniejszym tomie dają asumpt do poważnego przewartościowania stereotypowych opinii i wyobrażeń o rzeczywistości okupacyjnej na wsi i stosunku Polaków do zagłady Żydów. W tym kontekście warto powrócić do słynnego eseju Jana Błońskiego Biedni Polacy patrzą na getto z 1987 r.43, otwierającego nową epokę w polskim myśleniu o Holokauście. Błoński podejmował problem obojętności świadków Zagłady i moralnych skutków tej postawy. Mówił o potrzebie spojrzenia w prawdzie na polsko-żydowską przeszłość: "Przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić, za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowania polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni". Te słowa zachowują wagę do dziś.

Błoński pisał o tym, że między Polakami a Żydami podczas wojny "nie wszystko było w porządku". Odnosząc się do ludobójstwa, konkludował jednak z ulgą, że "nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni"44. To stwierdzenie, odzwierciedlające ówczesny społeczny stan wiedzy i świadomości historycznej45, zdezaktualizowało się, gdy poznaliśmy prawdę o mordzie w Jedwabnem. W wielkiej narodowej debacie wywołanej przez Sąsiadów Jana Tomasza Grossa zbrodnia w Jedwabnem traktowana była jako zdarzenie wyjątkowe46. W dyskursie publicznym nie zaistniały nawet nowe ustalenia o pogromach w dwóch tuzinach miejscowości tego samego regionu. Z fenomenu "codziennych" zbrodni popełnianych podczas wojny przez Polaków na Żydach nadal nie zdawaliśmy sobie sprawy47.

Tymczasem rozproszone informacje na ten temat pojawiały się w obiegu publicznym od dawna. Wszystkie zjawiska, o których mowa w tej książce, obecne są w klasycznej pracy Emanuela Ringelbluma, pisanej w ukryciu podczas wojny, a opublikowanej w całości po raz pierwszy w 1988 r.48 Świadectwa o negatywnych zachowaniach Polaków wobec Żydów podczas wojny, w tym o mordach i denuncjacjach, występowały w literaturze pięknej49 i wspomnieniowej czy w filmie50. W dawnej literaturze naukowej wspominano o nich enigmatycznie. "Nieomal każde sioło, osada, miasteczko i miasto w GG i w ościennych krajach okupowanych były świadkami mordów dokonywanych na Żydach zbiegłych z gett i transportów śmierci" - pisał Szymon Datner, nie eksponując jednak udziału ludności miejscowej w wyłapywaniu uciekinierów51. Przed dziesięciu laty w publikacji, która ukazała się w Polsce równolegle z Sąsiadami Jana Tomasza Grossa, dotyczącej udziału niemieckiego 101. Policyjnego Batalionu Rezerwy w akcji "Reinhardt" na Lubelszczyźnie, Christopher R. Browning poświęcił rozdział reakcjom polskiego otoczenia na eksterminację Żydów. "Mnóstwo policjantów - pisał Browning - wspominało o Polakach samodzielnie zatrzymujących Żydów i przekazujących ich w ręce Niemców, którzy następnie rozstrzeliwali więźniów. W kilku przypadkach Żydów pobito przed przyjazdem Niemców"52. W ostatniej dekadzie opisano kilka przypadków mordów popełnianych przez chłopów na szukających schronienia na wsi i w lasach Żydach53. Prezentowane tu badania, oparte na szerokiej kwerendzie źródeł masowych, każą dostrzec w mordach i denuncjacjach Żydów nie odizolowane incydenty, lecz fragment istotnego zjawiska o skali społecznej.

W jakiej mierze wydawanie Żydów Niemcom, zabójstwa i inne zbrodnie, których systematyczny katalog formułuje w swoim studium Alina Skibińska, były rozpowszechnione na polskiej wsi podczas wojny? Z pewnością były to sytuacje spotykane na co dzień, widoczne gołym okiem, skoro zostały odnotowane w relacjach większości ocalałych po aryjskiej stronie Żydów. Trudno orzec, jak bardzo były powszechne, bez ryzyka błędu można je jednak uznać za zjawisko powszednie. Chociaż jego rozmiary niełatwo określić, nie da się uciec od pytania o liczby. W obecnym stanie wiedzy można się pokusić o szacunki nawet nie wielkości, lecz rzędów wielkości.

Próby ustalenia liczby ofiar trzeciej fazy Zagłady, czyli Żydów, którzy podjęli próbę ratowania się przed deportacjami i egzekucjami, a nie dotrwali do końca wojny, opierają się na obliczeniu różnicy między domniemaną liczbą uciekinierów a liczbą Żydów, którzy przeżyli po aryjskiej stronie. Problem jednak w tym, że wszystkie wartości krańcowe występujące w tym równaniu są znane jedynie w przybliżeniu. Idąc tropem Szymona Datnera, historycy przyjmują zwykle, że próbę ucieczki z gett podjęło 10 procent Żydów54. Jest to liczba przyjęta arbitralnie, choć jako określenie rzędu wielkości wydaje się prawdopodobna. Skala ucieczek z gett na wieść o wysiedleniach i morderczych akcjach była znacząca. Wskazują na to liczby dotyczące dystryktu radomskiego Generalnego Gubernatorstwa. Przed akcją "Reinhardt" zamieszkiwało tam 360-380 tys. Żydów. Po pierwszej fali deportacji, na przełomie października i listopada 1942 r., Niemcy ogłosili zarządzenie o utworzeniu nowych "dzielnic mieszkaniowych" dla Żydów. Były one pułapką obliczoną na zwabienie ukrywających się zbiegów (analogiczną akcję przeprowadzono we wszystkich dystryktach GG). Do zbiorczych gett w Ujeździe, Sandomierzu, Szydłowcu i Radomsku zgłosiło się łącznie 17 tys. Żydów55. A przecież była to tylko część uciekinierów. Jeśli przyjąć, że co najmniej drugie tyle pozostało po aryjskiej stronie, zbliżamy się do 10 procent wyjściowej liczby żydowskich mieszkańców dystryktu radomskiego.

Szacunki Żydów, którzy przeżyli wojnę, są również sporne i obarczone dużym marginesem niepewności. Teresa Prekerowa szacowała liczbę ocalonych wśród ludności miejscowej na 30-60 tys., a tych, którzy przetrwali w lasach i w partyzantce, na 10-15 tys.56 Z kolei Gunnar S. Paulsson oceniał liczbę ocalałych po aryjskiej stronie na 46 tys., a w partyzantce i leśnych obozach rodzinnych na 13 tys., przy czym dla terenu powojennej Polski byłoby to według niego odpowiednio 42 tys. i 6 tys.57 Niższe są szacunki ukrywających się Żydów dokonane bezpośrednio po wojnie przez Filipa Friedmana na podstawie rejestrów Centralnego Komitetu Żydów w Polsce. Przyjmował on, że ocalało ich 13-23 tys.58

Uwzględniając te dane wyjściowe, podejmijmy próbę bilansu "brakujących" Żydów dla obszaru, którego dotyczyły prezentowane badania (Generalne Gubernatorstwo bez dystryktu Galicja plus Okręg Białystok). Według najnowszych szacunków demograficznych (wykazujących tendencję do obniżenia dotychczas funkcjonujących w literaturze wielkości strat), liczba żydowskich mieszkańców w czterech dystryktach Generalnego Gubernatorstwa przez akcją "Reinhardt" wynosiła około 1 420 tys., a w Okręgu Białystok ponad 150 tys., co daje łącznie około 1,6 mln59. Domniemana liczba uciekinierów to zatem mniej więcej 160 tys. osób. Liczbę ocalonych po aryjskiej stronie bardzo trudno ustalić. Biorąc pod uwagę średnie wartości przyjmowane przez Prekerową i szacunki Paulssona, a także zastrzeżenia Friedmana, oraz pamiętając, że wielkości te odnoszą się do większego terytorium niż nasz obszar badawczy, można szacować liczbę Żydów ocalałych po aryjskiej stronie na interesującym nas terenie na nie więcej niż 30-40 tys. Oznaczałoby to, że liczba ofiar polowania na Żydów, w którym udział wzięli miejscowi pomocnicy okupanta, wynosiła co najmniej 120 tys. Nie wiemy, jaka część ukrywających się Żydów, którzy nie dotrwali do końca wojny, padła ofiarą obław organizowanych bezpośrednio po akcjach likwidacyjnych, ilu zrezygnowanych niepowodzeniami w poszukiwaniu schronienia wśród miejscowej ludności powróciło do gett-pułapek, ilu zmarło z głodu i chorób, a ilu mają na sumieniu Polacy.

Dolną granicę liczby ofiar polowania na Żydów można próbować wyznaczyć na podstawie danych fragmentarycznych. W dystrykcie lubelskim od maja do października 1943 r., a zatem już po głównej fali ucieczek, obław i łapanek, niemiecka Ordnungspolizei (jej częścią była żandarmeria) rozstrzelała 1695 Żydów, przy czym, jak wynika z ustaleń Christophera R. Browninga, niemieccy policjanci reagowali głównie na doniesienia miejscowej ludności60. Od połowy lutego do połowy września 1943 r. pluton żandarmerii działający w powiecie warszawskim rozstrzelał 1094 schwytanych Żydów61. Ofiarami zbrodni sądzonych w 30 procesach analizowanych przez Alinę Skibińską padło około 200 osób. Jan Grabowski w powiecie Dąbrowa Tarnowska zidentyfikował 181 ofiar denuncjacji lub mordów popełnionych przez Polaków62. Barbara Engelking określiła liczbę ofiar wspomnianych w źródłach stanowiących podstawę jej badań na nie mniej niż 1500 Żydów wydanych Niemcom i nie mniej niż 1000 zamordowanych przez chłopów. Już te bardzo wyrywkowe informacje mówią o tysiącach ofiar. Nie wydaje się więc przesadne oszacowanie, że na badanym obszarze ofiarą denuncjacji i zabójstw, za które odpowiedzialność ponosili Polacy, padły podczas wojny dziesiątki tysięcy Żydów.

Jan Błoński, pisząc o enigmatycznym wierszu Czesława Miłosza Biedny chrześcijanin patrzy na getto, traktował strach "biednego chrześcijanina", że zostanie policzony "między pomocników śmierci", jako swego rodzaju metaforę63. Wiedza, jaką dziś zdobywamy, każe odczytywać słowa poety dosłownie. Na polskiej wsi znaleźli się ludzie, którzy przyłączyli się do niemieckiego dzieła Zagłady. Tropili Żydów jak zwierzynę łowną. Bezbronnych, stanowiących łatwy łup uciekinierów z gett można było pobić, zabrać im ostatni grosz, zedrzeć dosłownie ostatnią koszulę, wydać na śmierć, zamordować. Zbrodnie te najczęściej uchodziły bezkarnie, przeciwnie - denuncjatorzy byli przez Niemców nagradzani. Niektóre szczególnie zdemoralizowane jednostki czyniły sobie z chwytania żydowskich niedobitków źródło regularnego zarobku.

O szansach przetrwania na wsi uciekinierów z gett decydowały postawy ludzi, których napotkali. W dużym stopniu kształtowały je dystans i dawne uprzedzenia wobec Żydów, rozpowszechniony przedwojenny antysemityzm, który nie zniknął, lecz raczej uległ nasileniu, niemiecka propaganda i uzasadniony strach przed terrorem okupanta. W żydowskich relacjach powtarza się znamienna fraza: "Żydom nie wolno było żyć"64. Syntetycznie odzwierciedlała ona ich ogląd własnej sytuacji, a zarazem treść normy ustanowionej przez Niemców. Zgoda na śmierć Żydów, o której pisze Barbara Engelking, oznaczała właśnie akceptację przez część Polaków tej normy. W dyskusjach o postawach Polaków wobec Żydów w obliczu Holokaustu często mówi się o wpływie wojennej demoralizacji, ogólnej dewaluacji wartości ludzkiego życia. Ale czy życie Żydów zdewaluowało się w tym samym stopniu? Czy dla polskich chłopów Żydzi byli bliźnimi? Czy byli jeszcze ludźmi?

W tym świetle warto spojrzeć na Sprawiedliwych i warunki, w jakich przyszło im działać. Nie istniała powszechna "umowa społeczna" o pomaganiu Żydom, nie odczuwano obowiązku solidarności z prześladowanymi. Żydzi byli obcy, nie obejmowała ich polska wspólnota zobowiązań. Dominowało przekonanie, że ukrywanie Żydów jest czymś niepożądanym, bo zagraża wspólnocie, nie było na to ogólnego przyzwolenia. Często niechęć i wrogość wobec Żydów przenosiła się na tych, którzy im pomagali. Wymownym tego znakiem były wypadki grzebania ciał zamordowanych Żydów "za karę" w obrębie gospodarstwa osób udzielających im schronienia. Pomagając Żydom, Sprawiedliwi sprzeciwiali się nie tylko okupantowi, ale i dorozumianym normom własnej społeczności. Nazwa "Sprawiedliwi" podkreśla nie tylko ich heroizm, lecz także kontrast między nimi a otoczeniem. Jak pamiętamy z Księgi Rodzaju, Sodoma została zniszczona dlatego, że nie znalazło się w niej nawet dziesięciu sprawiedliwych (Rdz 18, 26-32).

Nowa wiedza o negatywnych postawach Polaków wobec zagłady Żydów i ich rozpowszechnieniu ułatwia też rozumienie niektórych zagadnień okresu powojennego. Należą do nich zabójstwa Żydów w Polsce tuż po wojnie65. Trudność w ich wyjaśnianiu polegała między innymi na tym, że traktowano je jako zjawisko nowe, szukając ich genezy głównie w sytuacji powojennej66. W morderstwach tych można jednak dostrzec kontynuację zbrodniczych zachowań, jakie występowały podczas wojny. Z tej perspektywy pytanie, skąd się wzięła wrogość wobec Żydów po wojnie, wydaje się źle postawione, gdyż wcale nie stanowiła novum. Powojenne zabójstwa Żydów w jakimś stopniu były również konsekwencją wydarzeń wojennych. Wychodzący z ukrycia i powracający Żydzi mogli się upomnieć nie tylko o swoją własność, ale i o wydanych Niemcom lub pomordowanych krewnych. Stanowili więc zagrożenie dla sprawców67.

Badania nad stosunkiem polskiej wsi do zagłady Żydów są także przyczynkiem do wyjaśnienia (oraz redukcji) dysonansu między żydowską a polską pamięcią II wojny światowej. W ich świetle łatwiej zrozumieć źródła antypolskich stereotypów w środowiskach żydowskich. A jeśli chodzi o polską pamięć, mentalność i tożsamość - warto zadać pytanie: jak to, co się wydarzyło między Polakami a Żydami podczas wojny, wpłynęło na nas samych?

Model

W swoim niezwykle osobistym i nostalgicznym tekście Kres kultury chłopskiej Wiesław Myśliwski nawołuje, aby nie dać się zwieść idei "ludowości" chłopów68, lecz uważniej pochylić nad ich losem, w którym skumulowała się pełnia doświadczenia ludzkiego, zarówno jednostkowego, jak i zbiorowego. Jak wygląda "plan" kultury chłopskiej - jak sam go nazywa Myśliwski - jako matryca owej swoistej struktury bytu? Wybitny pisarz wpisuje go w zespół determinant wyznaczających jej odrębność i niepodatność na zmianę wizji świata, która wynika z kolei ze świadomości o nieuchronnych wyrokach losu: "Szczególne znamię temu losowi nadawała wielowiekowa historia samotności, wieki niewoli i niedoli, cierpienia i milczenia, izolacji od narodu i państwa. Z konieczności skazywało się chłopów na samodzielność i samowystarczalność kulturową, na wypracowanie w codzienności i powtarzalności tak zdeterminowanego bytu własnych form egzystencji, własnych obrządków, rytuałów i zasad istnienia, własnego odczuwania czasu i własnego postrzegania przestrzeni, słowem, własnego wewnętrznego świata i stosunku do świata na zewnątrz"69.

Uniwersum kultury chłopskiej było tedy wynikiem maksymalnej izolacji tej warstwy ludności i jej bytowania poza historią w tym sensie, że wdzierała się ona w ich przewidywalny świat jako dopust boży. Chłopi - pisze dalej autor Widnokręgu - "byli wydani na pastwę historii bez jakichkolwiek możliwości wpływania na jej bieg. Nie mając poczucia uczestnictwa w historii, nie mieli też poczucia winy - jak powiedział Jerzy Pietrkiewicz - na przykład za upadek Polski, co tak doskwierało świadomości inteligenckiej [...]. Świadomość narodowa chłopów - jeśli założyć, że wiemy, co to pojęcie znaczy - jest bardzo późnym zjawiskiem. Zanim się chłopi dobili owej świadomej przynależności do narodu, wiedzieli na ogół, że są chrześcijańscy, że przynależą do Boga czy do cara, a najczęściej do własnej wsi i parafii. Aczkolwiek moim zdaniem - tak na marginesie - w dużej mierze to dzięki chłopom Polska przetrwała. Dzięki ich przywiązaniu do ziemi, do języka, do wiary. Na tych trzech bowiem fundamentach zasadzało się chłopskie trwanie tu i zawsze, z dziada pradziada, niezależnie od tego, czy Polska była matką czy macochą, czy w ogóle była. I niezależnie od tego, co się o niej wiedziało i co się do niej czuło"70.

Nie ma wątpliwości, że Myśliwski w dość szczególny sposób mitologizuje świadomość chłopską, a raczej należałoby powiedzieć - stawia tezę, że nieświadomość jest jakimś swoistym rodzajem "wyższej" świadomości narodowej, bo nie jest podatna na agitację, ideologiczne wybory, stanowiąc rodzaj żyznej gleby, która rodzi kolejne pokolenia wiernych obrońców "ziemi, języka i wiary". Stąd silnie podkreślany przez Myśliwskiego "brak poczucia winy" za świat zewnętrzny, za to, co dzieje się bez udziału chłopstwa, ale - jak się jeszcze okaże - zbyt pojemne to stwierdzenie, by wyjaśniało wszelkie procesy dokonujące się wewnątrz chłopskich wspólnot, te zwłaszcza, które należy interpretować w terminach moralnych. Jest więc kultura chłopska - co powtarza się jak mantrę - podstawą narodowego bytu, chociaż sami chłopi nie zdawali sobie z tego sprawy, żyjąc w granicach własnego orbis interior. Fenomen ów bierze się stąd, iż z natury rzeczy "kultura chłopska była kulturą bytu i miejsca, zamkniętą w kręgu: człowiek - ziemia - przyroda. Motywacją istnienia było jedynie trwanie i przetrwanie [podkreślenie moje - W.J.B.]. Czas liczył się rodzajem prac, porami roku, świętami i następstwem pokoleń. Przestrzeń fizyczna ograniczała się do własnego obejścia, własnej wsi, parafii i najbliższego miasteczka. Nie znaczy to, że chłopi nie wędrowali, lecz przeważnie gdy wcielono ich do takich czy innych armii, niekiedy za wolnością, dużo częściej jednak za chlebem, choć zdarzało się nawet do Ziemi Świętej. [...] Generalnie żyli jednak chłopi w tym samym miejscu z dziada pradziada, pod tym samym niebem, z przymusu czy dobrowolnego przywiązania, wrośnięci głęboko korzeniami w swój pożałowania godny byt, dziedziczony i przekazywany dalej, w tę skąpą przestrzeń dookolnego krajobrazu, poza którą rozciągał się ledwo domniemany świat, świat niepewny, budzący lęk, lecz zarazem podniecający wyobraźnię. Ów nieznany świat jako przeciwwaga zamkniętej, ograniczonej przestrzeni istnienia"71.

Pozwoliłem sobie zacytować dość obszerne fragmenty tekstu Myśliwskiego, aby pokazać, w jaki sposób do dzisiaj pisze się o kulturze wsi. Jest to narracja przesiąknięta wyobraźnią etnograficzną, wyzyskująca dodatkowo własne doświadczenia pokoleniowe i klasowe. Obraz chłopów jest tutaj o tyle idealizowany, iż z faktu wielowiekowej izolacji tej warstwy społeczeństwa - pionowej, poziomej i świadomościowej - wynikają ważkie konsekwencje: odmienność mentalna formacji chłopskiej i konieczność uwzględnienia jej specyficznego współczynnika humanistycznego. Taka opowieść o konieczności dokumentowania odmiennej formy istnienia, jaką była kultura chłopska, ma już długą tradycję.

Pierwsze sformułowanie zadań przyszłej etnografii przypisuje się w Polsce Hugonowi Kołłątajowi. To on wskazywał, że opis dziejów narodu nie powinien ograniczać się do kultury wyższej, ale musi pomieścić opis "obyczajów również i pospólstwa, różnic w mowie, szczegółach ubiorów, zabawie, muzyce, gusłach i zwyczajach, żywności i mieszkaniach, zajęciach wiejskich"72. Nie chodziło jednak o zwykłą ciekawość, jak żyją ludowe warstwy społeczeństwa, ale o coś bardziej zasadniczego. Badanie kultury chłopskiej było traktowane przez Kołłątaja jako jednoczesne badanie początków historii Polski, tylko bowiem na wsi znaleźć jeszcze można było rzeczywistość, która w kulturze miejskiej dawno zanikła: rzeczywistość prawdziwie narodowej kultury, jej rdzenną, nieskażoną kosmopolityzmem postać. Tylko tam, w wiejskich przysiółkach, na rubieżach kraju, w kurnych chatach, miała się przechowywać kultura etniczna w takiej postaci, jak przed wiekami. Tym samym Kołłątaj zakładał, że kultura chłopska stawia opór czasowi, nie poddaje się gwałtownym zmianom i dlatego - logicznie - jest rodzajem spichlerza narodowej tradycji. Fakt, że nosiciele tej tradycji nie mają tego świadomości, niczego nie zmienia. Wszak jedną z głównych zasad oświeceniowego racjonalizmu było przekonanie, że masy ludowe trzeba edukować po to, aby wynieść je na wyższy poziom rozwoju. W takim ujęciu nieświadomość nosicieli wartości była postrzegana jako dziedzictwo korzeni kultury etnicznej.

W etnografii polskiej, zwanej wcześniej ludoznawstwem, od czasów Kołłątaja taki stosunek do kultury chłopskiej był raczej powszechny. Wprawdzie Ryszard Berwiński przekonująco pokazał, że wątki pieśni ludowej i folkloru ulegają zmianom i przetworzeniom, ale mimo to utrzymywało się przekonanie o niezmienności i "rdzenności" wzorów chłopskiego życia i myślenia. Tak rodził się zarówno mit tej kultury, jak i budowały zręby modelu tradycyjnej kultury ludowej (chłopskiej), żegnanej na dobre dopiero w XXI w. przez Myśliwskiego. Pieczołowicie ów wizerunek podtrzymywali, obok ludoznawców, także pisarze i poeci. Jak pisała Alina Witkowska: "oracz-Polak, krając glebę, odprawia zarazem misterium wtajemniczenia w tradycję [...]. Rolnik z poematów opisowych w sensie najzupełniej dosłownym worywał się więc w tradycję. Oznaczało to zarazem wzbogacenie miary czasu o element stały, trwały, niezmienny. Dla dnia dzisiejszego stwarzało perspektywę głębi, która poświadczała jednocześnie polski rodowód owych dziś pozbawionych imienia oraczy. Ważki to niewątpliwie moment oporu przeciwko historyzacji bytu i wyrokom, jakie na Polaków pisały w tym czasie bynajmniej zresztą nie bezimienne siły dziejowe"73.

U podstaw podobnych poglądów leżały względy światopoglądowe i ideologiczne: oto pozbawiony własnej państwowości, dumny i wielki onegdaj naród poszukuje usilnie zatraconych pierwotnych wartości, samej istoty polskości prawdziwej. Odrodzenie narodowe dokona się dzięki tym właśnie wartościom i poprzez nie. I intelektualna elita znajduje je na wsi, która przedstawia sobą strukturę długiego trwania. Kultura symboliczna zmienia się w szybkim tempie, ale nie cała, dotyczy to kultury dworskiej i mieszczańskiej; chłopi, ci urodzeni konserwatyści, dzięki religii i folklorowi nieświadomie przechowują najstarsze pokłady tradycji. Stają się tedy żywym pomnikiem kultury zamierzchłych epok i skarbnicą narodowych pamiątek74. Tym samym kulturę chłopską zmityzowano, każąc jej tkwić w wiecznym teraz i przechowywać exempla virtutis narodowego bytu.

Wprawdzie dość szybko okazało się, że kultura ludowa nie jest kulturą archaiczną w prawdziwym sensie, lecz nie zmieniło to ogólnego do niej nastawienia. Wciąż postrzegana była jako źródło tradycji i wizerunek przeszłości. Wraz z przyrostem liczby opracowań z kręgu tradycyjnej kultury chłopskiej budowano równolegle swoisty jej model, który upowszechniał się także w zbiorowej świadomości - na łamach literatury i prasy popularnej. Można powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia ze swoistym "modelem mitologicznym", i to w dwojakim sensie. Po pierwsze, w jego ramach "zakapsułkowuje" się historyczną zmienność zjawisk z kręgu tej kultury na rzecz jakoby odwiecznych motywów do niej przypisanych i zawsze obecnych. Po drugie, posługiwanie się takim bezczasowym modelem sprawia, że analizy etnograficzne odwołują się do pojęcia praesens ethnographicum, w którego ramach elementy kultury różnego czasu i odmiennej proweniencji geograficznej dopasowywane są do przyjętego i akceptowanego z góry modelu. Tradycyjna kultura chłopska to model przecinający czas w sensie ilościowym, to jakościowo charakteryzowany typ kultury.

Kultura chłopska, zwana później zamiennie ludową, miała reprezentować owe pierwotne sposoby myślenia o czasie, polegające na nieustannym przeżywaniu przeszłości w teraźniejszości, które powodują, iż jedna i druga stają się niezróżnicowaną całością. Dla chłopów wszystkie elementy ich kultury, i te nowe, i stare, jawiły się na jednej płaszczyźnie mitycznego zawsze. Stefan Czarnowski tak o tym pisał: "tradycjonalizm chłopski nie na tym polega, by wszystko, co jest w kulturze ludowej, odziedziczone zostało od prawieków, ale na tym, że wszystkie elementy tej kultury, zarówno zupełnie nowe, jak bardzo dawne, prezentują się w jednej płaszczyźnie jako to, co "zawsze było", jako to, co "się zawsze robiło", jako dobro przekazane, rzekomo odwieczne. Inaczej mówiąc, kultura chłopska, "sposób chłopski", obyczaj jest w rozumieniu chłopskim poza czasem. Chłop w tradycjonalizmie swoim jest antyhistoryczny"75.

Spróbujmy bliżej przyjrzeć się temu obrazowi, zarówno z negatywu, jak i z pozytywu, by następnie zadać sobie pytanie o to, jak nosiciele podobnego typu kultury zachowują się w czasach kryzysu i zmiany, a więc w sytuacji, kiedy status quo ulega zachwianiu. A takim okresem były lata II wojny światowej. Jeśli uświadomimy sobie ponadto, że w roku 1939, jak podawał ówczesny Rocznik statystyczny, wsie zamieszkiwało niemal 70 procent polskiego społeczeństwa, będzie to także pytanie o mentalność większości żyjących wówczas na polskiej ziemi obywateli.

W przededniu wybuchu wojny w centrum Polski chłopi stanowili 46,3 procent ogółu ludności, w Krakowskiem 53,2 procent, a w Galicji Wschodniej 64,4 procent. Dane te dotyczą całej ludności chłopskiej, bez rozróżniania narodowości. Chłopi byli w posiadaniu 99 procent gospodarstw, ale mieli jedynie 52 procent ziemi. Ich gospodarstwa w większości były mniejsze niż 10 ha (87,1 procent). W pierwszych latach niepodległości (1920 r.) sejm przyjął ustawę o reformie rolnej, zgodnie z którą 80 procent rozparcelowanej ziemi mieli otrzymać małorolni i bezrolni, i to za nie więcej niż połowę ceny rynkowej. Zapowiedziano ponadto parcelację dóbr kościelnych. Niestety, ustawa okazała się przepisem martwym. Następna, z roku 1925, przewidywała przymusową parcelację nadwyżek gruntów od 180 do 700 ha, a także majątków kościelnych; przepisu tego jednak właściwie nie realizowano, by w roku 1932 znieść nawet przywilej wykupu ziemi przez małorolnych i robotników rolnych76.

Ponad 50 procent ludności wsi utrzymywało się z małych czy karłowatych gospodarstw rolnych. Przeludnienie na wsi, wadliwa struktura rolna, słabe wyposażenie w techniczne środki produkcji, niska wydajność pracy w rolnictwie, niska towarowość przeciętnego gospodarstwa chłopskiego, trudności zbycia produktów rolnych przy ich niskich niemal w całym okresie międzywojennym cenach z jednej strony, z drugiej zaś wysokie ceny produktów przemysłowych oraz wysokie opłaty gotówkowe, zwłaszcza podatkowe, jakie musiał ponosić chłop - to wszystko były powody zarówno niskiego udziału ludności chłopskiej w dochodzie narodowym, jak i małego ogólnego spożycia rynkowego. W konsekwencji większość ludności chłopskiej - głównie na terenach centralnych i południowych - osiągała zaledwie minimum warunków egzystencji, a gospodarka chłopska nadal miała charakter naturalny i samowystarczalny77.

Mimo oczywistego zacofania i zwykłej biedy polskiej wsi tego okresu, co udokumentowano w setkach świadectw i wyliczeń, jednocześnie cały czas chłopów mityzowano, wciąż przypisując wsi wyjątkowe, wręcz metafizyczne walory. Ich echo pobrzmiewa dzisiaj także u Wiesława Myśliwskiego: "Bo też odwrotnie proporcjonalnie do skąpej przestrzeni chłopskiego bytu miała się przestrzeń metafizyczna chłopskiej kultury [...]. Nacechowana niewyobrażalną cierpliwością istnienia, właśnie w sferze metafizycznej kultura chłopska odnajdywała niezwykłe bogactwo zadośćuczynień i pocieszeń. Była to kultura zgody z losem, afirmująca życie takie, jakie przypadło człowiekowi w udziale, odpowiadająca na pytanie, jak żyć, kiedy żyć się często nie dawało, jak odnaleźć pył swojego istnienia w chaosie wszechrzeczy, jak przemijać z pokorą"78.

Wzory kultury chłopskiej

Zacznijmy od nieco innego ujęcia zagadnienia, bardziej abstrakcyjnego, które wszakże - jak się postaram pokazać - przekłada się na konkretne świadectwa empiryczne. Wzory kultury chłopskiej proponuję zatem rozpatrywać jako (1) utrwalone formy powszechnie akceptowanych, a przynajmniej respektowanych przekonań, które tworzyły obowiązujące w danej grupie normy, dyrektywy i oceny postępowania, (2) przekraczające ramy poszczególnych form społecznej świadomości w tym sensie, że mimo funkcjonowania w różnych dziedzinach kultury stanowią ponadto oderwane od swoich kontekstów wyznaczniki globalnej samoświadomości tej grupy, pełniąc (3) funkcję sankcji światopoglądowej motywującej konkretne działania, a ponadto (4) mają znaczenie integrująco-różnicujące, tzn. pozwalają odróżniać członków rzeczonej grupy od nieczłonków, skąd bierze się w szczególności stosunek do obcych. Pamiętać przy tym należy o dwóch rodzajach determinant współdecydujących o stanie świadomości chłopskiej. O tym, jakie treści świadomości są akceptowane i pozytywnie waloryzowane, decyduje ich funkcjonalność względem życiowych praktyk społeczności wiejskiej. Drugą determinantę stanowi zastana tradycja kulturowa, kulturowe wzory myślenia i oglądu świata. Inaczej mówiąc, o istniejących formach świadomości mieszkańców wsi decydują zarówno obiektywne warunki społeczno-ekonomiczne (sposoby gospodarowania), jak i myślowo-genetyczny związek nowo pojawiających się elementów kultury z istniejącą już tradycją. Światopogląd chłopski charakteryzował się jednolitością i stałością założeń, a tym samym kultura chłopska bardzo restrykcyjnie ustosunkowywała się do wszelkich odchyleń od obowiązującej wizji świata, nie dopuszczała ujęć konkurencyjnych. Dlatego nawet w sytuacji zmieniających się warunków społeczno-ekonomicznych kultura ta trwała przy tradycyjnych wartościach, absorbowała zaś jedynie te nowe elementy, w których ów pierwiastek tradycji był obecny. Byt chłopski to nieustająca powtarzalność świata, którego cechy są niezmienne i - co więcej - nie powinny być zmieniane.

Światopogląd chłopski, wyraz świadomości tak zdeterminowanej, leżał u podstaw specyficznej dla tej warstwy społeczeństwa moralności. Jak przyjęliśmy wcześniej, jedną z podstawowych determinant światopoglądu ludowego stanowił sposób produkcji oparty na uprawie ziemi. Los chłopa był silnie związany z przyrodą choćby z tego podstawowego względu, że od zjawisk przyrody zależało jego przetrwanie biologiczne, nie dziwi więc, że przekazy światopoglądowe zawierały przede wszystkim wyobrażenia związane z relacją człowiek-przyroda. Charakterystyczne było przekonanie o braku jakościowej różnicy między naturą a ludźmi, którzy stanowili jej integralną część - podobnie jak rośliny, zwierzęta, zjawiska atmosferyczne etc.79 Można zatem wnioskować, że na tej płaszczyźnie nadrzędną wartością dla ludu wiejskiego było podtrzymanie solidarności życia w przyrodzie. Związek pomiędzy tą nadrzędną wartością światopoglądową a tzw. wartościami życiowymi ujawnia się w ramach tego, co możemy nazwać waloryzacją religijną. Przykładem ilustrującym ten sposób waloryzacji jest przekonanie (zauważane także przez wszystkich interpretatorów realiów wiejskich) o tym, iż "aby nie naruszyć obowiązującej solidarności z przyrodą, należy rzetelnie pracować na roli". Jak to ujął Robert Redfield: "Chłop to prymitywny rolnik, gospodarujący na ziemi, na której pracowali jego przodkowie [...]. Żyjąc w ten sposób, rozwinął on na całym świecie swoisty styl życia i pogląd na to, co w nim jest dobre, odpowiadające jego warunkom"80.

Mimo nierównego statusu i dostępu do ziemi to ziemia wszystkim chłopom zapewnia byt, darzona jest wspólnym szacunkiem i stanowi podstawę przekonania, że praca na roli jest czymś lepszym od innych zajęć, zwłaszcza handlu. Tym samym "rzetelna praca" jako wartość, którą można dostrzec, praktycznie ocenić, jako że jest zespołem czynności technicznych wiążących się z gospodarowaniem, uzyskuje dodatkową sankcję światopoglądowo-religijną. Pracujący na ziemi rolnik, wykonując rzetelnie swoje zadania, manifestował jednocześnie, że akceptuje ową wartość nadrzędną, co komunikował za pomocą określonych obrzędów (kropienie wodą święconą pługa, konia i oracza przed rozpoczęciem orki czy kreślenie znaku krzyża). Status tych drugich czynności był przy tym analogiczny do tego, co robiono "technicznie", gospodarując na roli. Rolnictwo było nie tylko czynnością techniczną, ale miało status działań ekspresyjnych.

Charakteryzując światopogląd chłopski, który możemy także nazwać światopoglądem typu ludowego (o czym jeszcze później), nie należy zapominać, że jednym z głównych jego komponentów były jednak odpowiednio "zredagowane" oficjalne przekazy religii chrześcijańskiej, przede wszystkim katolicyzmu. Wszelkie elementy składowe przyrody, w tym i człowiek, klasyfikowane były według przynależności czy powiązania z porządkiem boskim, uznanym powszechnie za fundament wartości pozytywnych, i antagonistycznym - diabelskim. Jedną z wartości nadrzędnych, zawartą w przekazie o religijnym dualizmie świata, było oddawane czci Bogu. Nie to jednak stanowiło specyficzną wartość światopoglądu ludowego, wyznaczały ją bowiem ramy oficjalnego światopoglądu chrześcijańskiego, istotniejsza była interpretacja przekazu doktrynalnego. Odnosi się to także do zbawienia duszy, wartości światopoglądowej wywodzącej się wszak również z doktryny chrześcijańskiej, a zaadaptowanej na gruncie ludowym w sposób, który został nazwany "religijnością ludową". Jak pisał Wincenty Witos o swojej rodzinnej wsi: "nie będzie to żadną przesadą, jeżeli zaznaczę, że ogromna większość ludności wiejskiej żyła daleko więcej myślą o przyszłym aniżeli teraźniejszym ziemskim żywocie. Wiara w życie pozagrobowe była bardzo silna i żywa. Ludzie naprawdę uważali ten padół płaczu za krótkotrwały i przejściowy, wierząc święcie, że dopiero po śmierci rozpocznie się nowe i nigdy niekończące się życie"81.

Obie te wartości odgrywały istotną rolę w życiu XIX-wiecznych chłopów, a ich trwanie zaświadcza się właściwie do dzisiaj w tych rejonach kraju, o których ostatnio powiada się, że kontynuują dziedzictwo zasiedzenia od wieków (ergo: suponuje się tym samym, że "zasiedzenie" koresponduje bezpośrednio z kontynuowaniem tradycyjnych wzorów kultury, wzorów konserwatywnych i nieufnych jakimkolwiek zmianom politycznym, jeśli tylko nie mają imprimatur kościelnego). Wiemy wprawdzie, iż rzeczone wartości nie były (i nie są) charakterystyczne tylko i wyłącznie dla warstwy chłopów, ale jest tak, że sposób ich realizowania wiąże się z typowo ludowym wyobrażeniem świata. I to właśnie decydowało o odmienności tej sfery światopoglądu chłopskiego od tego, który oficjalnie wyznaczał Kościół. Pytania o to, w jaki sposób osiągnąć zbawienie, życie wieczne albo po prostu oddawać cześć Bogu, były bowiem dla chłopów jednocześnie wskazaniami wyznaczającymi postępowanie człowieka wobec przyrody (jako świata należącego do porządku boskiego). Każde wykroczenie przeciw naturze, a więc łamanie więzów solidarności z nią, stanowiło zarazem wykroczenie przeciw Bogu, przeciw normom religijnym. W ten sposób wachlarz przekonań w formie nakazów o charakterze dyrektyw (należy robić tak i tak) określał nie tylko drogi zbawienia w sensie religijnym, ale poszerzał się o rozmaite przekonania pozareligijne w ścisłym sensie, najczęściej o zabarwieniu magicznym. Koncepcja grzechu została podporządkowana tym samym ludowemu systemowi wartości.

Wincenty Witos, którego Moje wspomnienia uważam za jedno z najbardziej wiarygodnych świadectw chłopskiej mentalności i niezależne od ujęć etnograficznych źródło wiedzy o podmiotowych aspektach kultury wsi, tak o tym pisał: "zasada "co pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na duszy swojej szkodę poniósł", była w całej pełni uznawana, a ponieważ wiedziano, że się wciąż grzeszy "myślą, mową i odpuszczeniem dobrego", stwarzało tu zupełną beznadziejność prawie u wszystkich. O niebie ludzie nie śmieli marzyć, a czyściec uważali za największe i jedynie dla siebie możliwe szczęście. Nic to zresztą dziwnego, gdyż poza przykazaniami, których przestąpienie było grzechem, poza grzechami przez Kościół ustalonymi, namnożono sobie tych grzechów i win po prostu bez liku. Za wielki grzech uważano, jeśli ktoś w adwencie, w wielkim poście, w piątek lub sobotę postną czy jakąś wilię wziął do ust trochę serwatki, jadł więcej niż raz na dzień, nie suszył w dzień wyznaczony, w niedzielę lub święto wykonał jakąś pracę konieczną. Grzechem było położenie bochenka chleba "do góry plecami" na stole albo na ławie, wzięcie do ust jedzenia przed umyciem i pacierzem, patrzenie dzieci do studni, uderzenie kijem w wodę lub ogień, oglądanie się w kościele, "wyprymuśne" ubiory itp."82.

Mówiąc tedy o światopoglądzie ludowym, musimy uwzględniać wszystkie odstępstwa od oficjalnej, obowiązującej etyki chrześcijańskiej. Nigdzie nie widać tego lepiej, jak w sferze wspomnianej wcześniej relacji człowieka do przyrody. Światopogląd chłopski jako struktura długiego trwania wyrażał, zwykle nieartykułowaną wprost, koncepcję życia i śmierci, której źródłem były jeszcze wierzenia przedchrześcijańskie. Cechą przyrody, postrzeganej przez chłopów jako zintegrowany, żyjący organizm, była nade wszystko rytmiczność: narodziny - śmierć - odrodzenie. Stąd zakładana przez ten przekaz wartość moralna poszanowania życia traktowana była przez społeczność tradycyjną dość specyficznie. Otóż wiązało się z nią przekonanie: "nie zabijaj, jeśli nie zachodzi potrzeba zachowania czyjegoś życia". Jest to przekonanie swoiste, dlatego że określa skutki odpowiedniego działania jako moralne względnie niemoralne z punktu widzenia społeczności. Tak więc człowiek mógł ściąć drzewo z przeznaczeniem na budowę domu lub stodoły, ale czynność ścinania drzewa na sprzedaż traktowana już była jako niemoralna. Świadectwa podobnego myślenia przytaczają William Thomas i Florian Znaniecki w swoim nieocenionym dziele, zauważając istotną prawidłowość w realizacji omawianej dyrektywy przekonania o solidarności życia w przyrodzie i w nastawieniu do śmierci. Czytamy tam więc między innymi: "każdy, kto z racji swego zajęcia ma jakiś związek ze śmiercią, budzi w mniejszym lub większym stopniu obawę, jest przedmiotem nienawiści i pogardy - kat, grabarz, nawet kobiety, które myją i ubierają nieboszczyka. Ludzie szczególnie stronią od osoby, która odcina ciało wisielca nawet w najlepszych intencjach. Tę postawę przyjmuje się również wobec śmierci zwierząt. Osobników trudniących się zabijaniem i oprawianiem ich ciał prawie tak samo unika się jak katów. Zalicza się do nich hycli, garbarzy i futrzarzy, rzeźników (jeśli zajmują się ubojem) itd. Wszystkie te funkcje zwykle dlatego wykonują Żydzi lub ludzie, którzy nie mają wiele do stracenia"83.

W ten oto sposób to, co z naszej nowożytnej perspektywy potraktowalibyśmy jako czynności gospodarcze (a więc po prostu służące dobrobytowi grupy), w realiach chłopskich miało sankcję moralną i było oceniane w tych właśnie kategoriach. Ci wszyscy, którzy funkcjonowali wprawdzie w społeczności lokalnej, ale byli - światopoglądowo i moralnie - w jakiś sposób z niej wykluczani, a więc ci, którzy "nie mają wiele do stracenia", spotykali się z ostracyzmem, warunkowym przyzwoleniem, ale bywało, że lżono ich, tym bardziej potwierdzając, że pozostawali wyłącznie na obrzeżach prawdziwej wspólnoty wartości - tolerowani, ale obcy. Przejmująco pisał o tym Adam Bień, członek władz Polskiego Państwa Podziemnego, chłop ze wsi Ossala w powiecie staszowskim: "Podstawą egzystencji i całą perspektywą chłopa - jest ziemia. Ziemia i tylko ziemia. Stworzona przez Boga dla ludzi, daje życie, a praca na ziemi - orka, siew, żniwo - jest zajęciem jedynie twórczym i świętym. Ubogi i podejrzany jest człowiek, który nie legitymuje się taką służbą i taką pozycją w świecie. Kiedy w słoneczną sobotę żniwną zbieraliśmy i wiązali w snopy niezliczone "garście" żytnie, rozrzucone na ogromnym ściernisku, matka i ojciec niechętnie patrzyli na sznur czarno odzianych Żydów, wolno kroczących na modły szabasowe do domu Abrama Kaufmana. Bowiem właśnie Żydzi byli owym ludem podejrzanym: nie pracowali przecież na ziemi [podkreślenie moje - W.J.B.]"84.

Jeśli przyjmiemy za Stefanem Czarnowskim, Janem Stanisławem Bystroniem i Ludwikiem Stommą, że podstawowymi wyznacznikami tradycyjnej kultury chłopskiej, zwłaszcza w zaborze rosyjskim i austriackim w XIX w. były: izolacjonizm, rytualizm, sensualizm, tradycyjna religijność i ustny przekaz tradycji85, stawiamy tym samym tezę, że kultura wsi była mało podatna na jakiekolwiek zmiany, a jeśli się one pojawiały, najczęściej pozostawały w ostrym konflikcie z zastanymi przyzwyczajeniami86. Wieś była izolowana przestrzennie i klasowo, a w konsekwencji także świadomościowo, czemu sprzyjała mała mobilność chłopów i przywiązanie do ziemi, co oznacza również niechęć do opuszczania własnego orbis interior, wiązało się to bowiem z brakiem kontroli nad tym, co stanowiło istotę bytu chłopskiego. Chłop żył w granicach wsi i parafii, w lokalnej społeczności, ale nade wszystko w obrębie własnej rodziny. Izolacja świadomościowa, opierająca się na dwóch założeniach: "ma być tak, jak jest" i "jest tak, jak ma być", leżąca u podstaw chłopskiego konserwatyzmu, w całej niemal rozciągłości obserwowana była przez badaczy jeszcze w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Józef Burszta tak o tym pisał: "dawna wieś długo jeszcze po wyjściu z poddaństwa i pańszczyzny stanowiła grupę lokalną o charakterze społeczności zupełnej i względnie samowystarczalnej. Izolacji społecznej na zewnątrz odpowiadał wewnątrz swoisty charakter jej organizacji społecznej, cechującej się jednolitością norm społecznych, wartości i postaw życiowych, zwartością i siłą opinii społecznej, stojącej na straży niezmienności obowiązującego wszystkich jednolitego wzoru społecznego. Wieś jako społeczność była pojmowana przez jej członków jako twór bezczasowy i niezmienny, skończony i absolutny. Właśnie społeczna izolacja i brak możności porównywania doprowadził do absolutyzowania wszelkich wartości i cech własnego, wiejskiego życia. Własne zwyczaje i obyczaje, narzędzia i przedmioty, sposoby i techniki pracy były pojmowane jako coś niezmiennego, absolutnie ważnego i właściwego jednakowo wszystkim"87. Normą podstawową była jednolitość i uniformizacja kultury, wyrażające się w tożsamości zwyczajów, obrzędów, norm moralnych, religii, a nawet standaryzacja przedmiotów kultury materialnej - strojów, naczyń, narzędzi, przedmiotów estetycznych. Idea postępu, zmiany, a więc to wszystko, co groziło podważeniem zasad tradycyjnego życia, było dla społeczności chłopskiej czymś obcym, wiązanym z porządkiem orbis exterior. Józef Chałasiński trafnie diagnozował, że konserwatyzm chłopski wiązał się przede wszystkim z "bogactwem i siłą węzłów wiążących chłopa z rodziną i gromadą"88, co sprawia, że wobec wszelkich zmian ustrojowych państwa (a więc przychodzących z zewnątrz) chłop wykazywał zawsze największą siłę oporu. W kontekście świeżo odzyskanej przez Polskę niepodległości Chałasiński nie miał złudzeń: "Chłop jest również najcięższym orzechem do zgryzienia w procesach formowania się naszej organizacji państwowej"89. Wtórował mu pod tym względem Wincenty Witos, zauważając, że jeszcze w momencie wybuchu I wojny światowej idea przynależności narodowej była czymś obcym chłopom galicyjskim: "Chłopi w swej masie bali się Polski niesłychanie, wierząc, że z jej powrotem przyjdzie na pewno pańszczyzna i najgorsza szlachecka niewola [...] z niesłychanym wprost szacunkiem i zaufaniem odnosili się wszyscy do cesarza Franciszka Józefa, uważając go za wcielenie mądrości, nieomylności, a przede wszystkim bezwzględnej sprawiedliwości"90.

Izolacja klasowa wsi zamykała właściwie przed ludnością wiejską szanse awansu i zmiany statusu ekonomicznego, nie mówiąc już o możliwości uczestniczenia w formach kultury ponadlokalnej i pozareligijnej. Jan Stanisław Bystroń zauważył, że przez wiele dekad tylko jeden syn z rodziny chłopskiej mógł udać się do miasta na służbę lub po naukę, i to za uprzednią zgodą dziedzica91. Źródłem informacji o świecie pozostawały trzy wiejskie instytucje: Kościół, dwór oraz karczma, a także - ale w mniejszym zakresie - szkoła92. Zakres i poziom wiedzy przekazywanej w tych nieformalnych typach placówek edukacyjnych raczej jedynie utrwalał istniejące struktury mitycznej świadomości.

Według Ludwika Stommy, który spopularyzował w kraju konkurencyjne wobec kultury ludowej i chłopskiej kultury tradycyjnej pojęcie "kultura typu ludowego", podstawowym kryterium w rozróżnianiu kultur jest stopień nasilenia ich świadomościowej izolacji, czyli - jak sam to ujmuje - stopień przenoszenia ideologii nad empirię. Jedne kultury charakteryzują się wysokim stopniem rozbudowania owej świadomości, inne zaś oczywiście niskim. Kultura społeczeństw chłopskich została zaliczona do tych pierwszych, których istotą jest tzw. świadomość (podświadomość) mityczna. Należy tym samym do pewnego typu kultur, w których ramach moralność jej członków należy widzieć przez centralną dla kultury typu ludowego opozycję "swój"-"obcy" oraz orbis interior - orbis exterior. Wypadkową tych świadomościowych przeciwstawień jest tzw. moralność swojacka93. Ten swoisty relatywizm moralny ("razem swojacy") miał na względzie to, co wcześniej określiłem mianem ochrony dobra wspólnego. Ale, pisze Stomma, odwołując się do dziesiątków świadectw: "dodajmy, iż w przypadku gdy owo całkiem dowolnie interpretowane "ogólne dobro" zwracało się przeciw osobnikowi szczególnie (narodowościowo, językowo, religijnie czy zawodowo) grupie obcemu, jego zgładzenie jawiło się chłopom niemal jako pożyteczna rozrywka, toteż prześcigali się w pomocy prowodyrom"94.

Kim są obcy dla chłopów? Okazuje się, że jest to kategoria niezwykle pojemna, wcale nieograniczająca się do tych wyznaczników, o których wspomina Stomma. Mogą to być najbliżsi, sąsiedzi, krewni, ludzie określonych stanów społecznych, dzieci itd. Charakterystyczna jest tutaj ambiwalencja tego, co obce, zarówno etnicznie (Cygan, Żyd, Niemiec), jak i obce "wewnętrznie" (kobieta w ciąży)95, zawodowo (kowal, młynarz, szewc, krawiec), dziady, żebracy, ułomni, nawiedzeni. Świat chłopskiej wyobraźni osaczony jest obcością i jej nieustanną ingerencją w to, co oswojone i bezpieczne. Zajmijmy się w tym miejscu jedynie obcością etniczną.

Obcy w kulturze chłopskiej

W typowych opisach kultury wiejskiej ich niezbywalnym elementem jest wskazywanie, że egzotyzacja innych posługiwała się rozmaitymi mechanizmami mityzacyjnymi. To, co obce, jest zawsze fenomenem granicznym - przychodzi skądinąd, nawet gdy występuje we własnym domu i we własnym świecie. Jak pisze Bernhard Waldenfels: "nie ma obcego bez miejsc obcego. Jaka waga przypada obcości, zależy przeto od tego, jak ukształtowany jest porządek, w którym nabiera kształtów nasze życie, nasze doświadczenie, nasz język, nasze czyny i nasze dzieła. Wraz ze zmianą porządku zmienia się też obce, które jest tak różnorodne, jak porządki, które przekracza i od których odbiega. Wyrażenie "obce" jest nie mniej okazjonalne niż wyrażenie "Ja". Strefy graniczne, rozpościerające się między porządkami i poza porządkiem, są siedliskami obcego"96.

Obcość ma wymiar przestrzenny. Obszar, na którym dochodzi do kontaktów interetnicznych, to potencjalne pole konfliktu. Obcość może bowiem przerodzić się we wrogość. To wszystko, co wiąże się z symbolicznymi wyobrażeniami o obcych (negacja własnej formy egzystencji), może wówczas przerodzić się w przekonanie, że własny byt jest istnieniem, które nie potrzebuje obcego bytu. W wypadku wojny czy ostrego konfliktu interesów obcy reprezentuje to, "o co nie chodzi", co symbolicznie potwierdzić może zawsze tradycja stereotypowego ujęcia obcości. Dobro własnej grupy staje się wówczas normą absolutną.

Literatura socjologiczna odwołuje się do trzech podstawowych teorii konfliktu. Pierwsza z nich poszukuje jego przyczyn w samej strukturze społecznej, w niezgodności i wykluczaniu się celów grupowych, najczęściej wynikających z ograniczonej ilości powszechnie pożądanych dóbr. Wrogie staje się dla człowieka to, co szkodzi jego interesom. Druga z teorii sięga po zasadę antagonizmu, walki i współzawodnictwa, jakie zawsze towarzyszą życiu społecznemu zróżnicowanej populacji. "Wrogie" jest tutaj niejako wpisane, choćby w uśpionej postaci, do kręgu swojskości, "naszości". Wreszcie teoria trzecia, zajmująca się mentalnymi podstawami wrogich postaw i uczuć między grupami czy osobami - obcy jest tutaj niejako "przyswojony" warunkowo w tym sensie, że stan ten może zostać odwołany w sytuacji kryzysu i anomii.

Obcość jest cechą stopniowalną. Doskonale widać to w świetle stosunków chłopsko-żydowskich na przełomie XIX i XX w., w dwudziestoleciu międzywojennym i w czasie II wojny światowej. Na terenie polskiego Podkarpacia (Galicji Zachodniej) to właśnie Żydzi stanowili podstawowy kontekst kulturowy dla ludności tubylczej. Jeszcze za panowania cesarzowej Marii Teresy 40 procent Izraelitów mieszkało na tych terenach na wsi, dopiero po zniesieniu praw de non tolerandis Judaeis zaczęli częściej osiadać w miastach. Na przełomie XIX i XX w. około 13 procent Żydów zachodniogalicyjskich pracowało w rolnictwie i leśnictwie, z handlu zaś, w tym także prowadząc karczmy, żyło ponad 37 procent tej populacji. Janusz Mucha zauważa w tym kontekście: "około 80 procent karcz[e]m na galicyjskiej wsi arendowanych było przez Żydów. Żydowski karczmarz występował wobec chłopów jako samodzielny przedsiębiorca, w pełni i wyłącznie odpowiedzialny za swą działalność i jej skutki, jak na przykład pijaństwo chłopów, ich zadłużanie się, a niekiedy upadek ich gospodarstw. Chłopi na ogół nie zdawali sobie sprawy, że wyzyskiwanie ich przez karczmarza związane jest głównie z bardzo wysokimi kosztami dzierżawy, którą musiał on opłacać właścicielowi wsi, na ogół katolickiemu, polskiemu szlachcicowi. Nienawiść chłopów kierowała się też ku Żydom-handlarzom, zwłaszcza parającym się lichwą lub sprzedającym na kredyt"97.

Nie dowiadujemy się z tego cytatu niczego, czego uważny obserwator historii wsi i etnolog nie wiedziałby doskonale. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że niechęć wobec Żydów nie korespondowała z równoległą niechęcią wobec ziemiaństwa. Cytowany już Adam Bień zaobserwował to zjawisko, zauważając, że w filozofii chłopów, choć może to się wydać dziwne, występowały elementy kultury szlacheckiej: "Środowiska - chłopskie i ziemiańskie - mimo doniosłych różnic historycznych, społecznych, prawnych i ekonomicznych, nie były sobie obce. Oba wyznawały tę samą religię chrześcijańską, wobec której ludzie są równi i wszyscy jednakowo podlegają nakazowi miłości bliźniego. Należały do tego samego Kościoła, słuchały tych samych Ewangelii i kazań, w tych samych księgach kościelnych spisywano po kolei ich akty urodzeń, małżeństw i zgonów. Grzebano ich, umarłych, obok siebie na tych samych cmentarzach"98.

Żydzi byli inni = obcy pod względem wyznawanej religii, całokształtu kultury i wykonywanych zawodów. Wprawdzie zamieszkiwali te same miejsca antropologiczne, ale zawsze jako jednostki i grupy tak czy inaczej stygmatyzowane. Lokalne realia są dobrze znane, tradycyjnie zlokalizowane, a nadto mierzalne - skalą czasowo-przestrzennego oddalenia od porządku orbis exterior. Miejsce antropologiczne, jak powiada Marc Augé, jest określone geograficznie, odseparowane i autonomiczne99. Antropolodzy przedstawiają je często jako zbiór linii, z których każda symbolizuje pewien układ przestrzeni, krzyżujących się i oddziałujących wzajemnie na siebie. W geografii codziennego życia linie te odzwierciedlają drogi, skrzyżowania i ścieżki prowadzące z jednego miejsca do drugiego, ścieżki, na których się spotykamy bądź jedynie mijamy. Miejsca antropologiczne mają swoją tradycję, historię i kontekst, a także hierarchię (mamy miejsca spotkań religijnych, politycznych, handlowych etc.) oraz centrum, którym jest najczęściej plac służący gromadzeniu ludzi. Jednostka, zawieszona w sieci międzyludzkich kontaktów dokonujących się w konkretnej, oswojonej przestrzeni, staje się tym samym częścią pewnej mentalno-geograficznej całości. Wreszcie, co nie mniej istotne, miejsce antropologiczne zakłada cielesną obecność ludzi, z którymi się kontaktujemy twarzą w twarz; są to konkretni przedstawiciele naszej grupy odniesienia, z którymi łączy nas "wspólna więź", żeby posłużyć się słynnym terminem Émile'a Durkheima. Wróćmy raz jeszcze do wspomnień Adama Bienia i jego charakterystyki jednego z takich miejsc - miasteczka Połaniec: "Każde miasteczko - to najpierw pierścień gojów: nieprzeliczone, stłoczone, karłowate, rolno-rzemieślnicze zagrody Polaków oraz ich podszyte nędzą chaty. W środku - rynek - rodzynek: żydowskie białe domki murowane, żydowskie dobrze prosperujące sklepy i sklepiki - żydowskie królestwo handlu. Bo Żyd od wieków jest mistrzem handlu. Obrał sobie ściśle określoną branżę i jego branża - to jego pasja. W zakresie swojej branży ma w sklepie, sklepiku, straganie - wszystko, co jest i co będzie potrzebne. Gdyby czegoś nie miał, nie byłby Żydem"100.

W tak rozumianych miejscach antropologicznych, właściwym planie rozumienia także relacji interetnicznych Żydów traktowano jako tzw. mniejszość pośredniczącą, co zdaniem części badaczy czyniło ich naturalnym - potencjalnym i rzeczywistym - kozłem ofiarnym. I znów Bień: "Polak natomiast - szlachcic, inteligent czy chłop - to przede wszystkim podszyty szlachetczyzną pan: gardzi handlem, a zysk handlowy, z którego żyły i żyją wielkie narody i państwa, uważa za owoc oszustwa. Jeżeli więc Polak, wbrew całej swej naturze, ima się handlu, to tylko po to, żeby jak najrychlej zdobyć fortunę i znowu stać się panem. U Polaka wszystko jest drogie, a cena nie podlega dyskusji. Polak ma być bogaty dopiero w przyszłości, ale już teraz traktuje klienta wyniośle i opryskliwie. Nic dziwnego, że w konkurencji z Żydem nie ma szans"101.

Słusznie zauważa Alina Cała, że cały arsenał symbolicznego nacechowania inności żydowskiej, jakże bogato udokumentowany w tradycyjnej etnografii, włącznie z mitycznymi "legendami o krwi", świetnie służył zarówno ustrzeżeniu się przed bliższymi kontaktami z tą grupą, jak i pozwalał zachować integrację grupy własnej. Żydzi mieli zatem ustaloną pozycję w hierarchii społecznej - wyznaczały ją granice konfliktowej symbiozy, a te z kolei były zależne od tego, w jakim stopniu Żydzi jawili się jako "mniejszość wycofująca się". Niemniej mityczne legendy ich dotyczące: "dostarczały też możliwości takiej interpretacji jej [grupy żydowskiej - W.J.B.] wizerunku, która czyniła zeń przyczynę wszelakiego zła. Skoro na przykład Żydzi dopuścili się zbrodni zabójstwa Boga, skoro naznaczeni zostali przekleństwem i "wepchnięci" w objęcia diabelskich mocy, to byli w stanie przyczynić się do kryzysu o rozmiarach kosmicznych. Skoro mieli wpływ na cykl wegetacyjny, mogli go również zatrzymać, zaburzyć. Widomymi oznakami takich zakłóceń bywały wojny, zarazy, powodzie i inne klęski żywiołowe"102.

Jest wówczas tak, że tylko krew może przywrócić właściwy porządek, czego dowodem bywały cyklicznie się powtarzające pogromy Żydów, zawsze niejako przywracające w efekcie kruchą konfliktową symbiozę. Tym, co łączy czasy kryzysu z czasem uważanym za normalny, jest przesąd - zwykle uśpiony, ale żywy, traktowany zaledwie jako element folkloru... Nagle okazuje się, że absurdalność przekazu w czasach niezwykłych, kiedy zawiesza się racjonalne myślenie, pozwala wspólnie działać w obronie dobra grupy, o którym pisałem wcześniej. Ma rację wspomniana autorka, że przesądy pozwalają utrzymać wrogość na stałym poziomie, zarówno w formie zamrożonej na co dzień, jak i aktywnej w okresie załamań.

Polska przedwojenna była drugim po Stanach Zjednoczonych skupiskiem ludności żydowskiej na świecie. Podobnie jak w innych krajach, mieszkali oni przede wszystkim w miastach (w roku 1931 mieszkało w nich 76,4 procent polskich Żydów). Warto jednak pamiętać, że 40 procent Żydów miejskich mieszkało w miastach poniżej 20 tys. ludności103, a tym samym około jednej trzeciej ludności żydowskiej w Polsce miało bezpośredni i częsty kontakt z polskimi chłopami. Nie dziwi zatem bogato udokumentowana historia tych wzajemnych kontaktów, i to po obu stronach. Okazuje się jednak, że częstotliwość owych kontaktów i rzeczywiste nasycenie poszczególnych regionów Polski przedwojennej ludnością żydowską nie przekłada się - jak można byłoby zakładać - na powszechność stereotypów o Żydach i powodzenie opowieści o nich. Zwrócił na to uwagę w krótkim, ale jakże ważnym tekście-referacie konferencyjnym Ludwik Stomma: "ludność żydowska w okresie międzywojennym partycypowała najsilniej w populacjach wiejskich na terenie Lubelszczyzny (6,4 procent ogółu mieszkańców wsi), Wołynia (4,6 procent) i Kielecczyzny (4,2 procent), najsłabiej zaś w województwie pomorskim (0,1 procent) i poznańskim (0,04 procent). Wydawać by się więc mogło logiczne, nawet uwzględniając wielkie migracje repatriacyjne lat 1945-1948, iż ludność wiejska województw centralnych i wschodniej dzisiejszej Polski przechować winna w swojej tradycji więcej wątków i motywów żydowskich niż np. ludność Wielkopolski i Pomorza Gdańskiego. Prawidłowość taka jednak nie występuje"104.

Okazuje się, że bezpośrednie kontakty z daną mniejszością, w tym wypadku żydowską, nie są warunkiem koniecznym do tego, aby wyobrażenia o cechach takiej grupy stanowiły znaczący element świadomości i by funkcjonowały w skali społecznej. Dla wszystkich - zarówno tych, dla których "Żyd" jest pojęciem niemal abstrakcyjnym, jak i tych, którzy mienią się "naocznymi świadkami" - dostępne i znane są te same opowieści, przesądy, stereotypy, teksty folklorystyczne. Stawiam zatem tezę, że w świadomości polskich chłopów (a zapewne także innych kręgów społeczeństwa), kategoria pojęciowa "Żyd" funkcjonuje jako semantycznie nacechowana matryca wyobrażeniowa bez konieczności empirycznego występowania podmiotów tych wyobrażeń105. W moim głębokim przekonaniu jest nawet tak, że brak semantycznego odniesienia do tej kategorii może tym bardziej sprzyjać podtrzymywaniu tradycyjnych sądów, mamy bowiem tutaj do czynienia z nową swoistą formą izolacji świadomościowej: przenoszenie ideologii nad empirię polega teraz na tym, że jedynym źródłem wiedzy o Żydach są mity, opowieści, przekazy ideologiczne i polityczne z przeszłości międzywojennej i wojennej, do których powraca się wyłącznie w trybie obronno-agresywnym. Ludwik Stomma zauważył: "Zwracano niejednokrotnie i słusznie uwagę, że mityczny obraz Żyda budowany jest w polskiej kulturze nie w oparciu o doświadczenie praktycznej konfrontacji z tą tu zmysłowo znaną grupą lub jednostką żydowską. Przeciwnie, odnajdujemy jakże często podział na "naszych" - dobrych Żydów, i pozostałych - abstrakcyjnych Żydów w ogóle, Żydów jako takich"106.

Nieistnienie w dzisiejszej Polsce - w wyniku wojennej hekatomby - owego "naszego Żyda", którego się tolerowało jako obcość "warunkowo" oswojoną, sprawia, że tym bardziej utrwala się obraz Żyda w ogóle, Żyda mitycznego, Żyda wszechobecnego, w tym także, co jest wariantem mitu - Żyda komunisty i wroga Polski. To ogromny i skomplikowany temat, który w tym miejscu jedynie sygnalizuję. Mimo wszelkich przemian, jakich doświadcza obecnie kraj, niejako wbrew temu, co suponuje Myśliwski - kultura typu ludowego trzyma się w wielu kręgach społeczeństwa krzepko i nie widać, aby proces edukacji mitycznej o Żydach ulegał jakimś zasadniczym zakłóceniom. Bywa i tak, że chłopska idea trwania i przetrwania przybiera nowoczesną postać nacjonalistycznego "zachowania tkanki narodowej", dla której żywotności wątek żydowski jest nadal atrakcyjny. Początki tego procesu z wielką przenikliwością obserwował Kazimierz Wyka w swoim wojennym Życiu na niby. I tym właśnie świadectwem chcę zakończyć niniejsze rozważania.

Okupacja hitlerowska w Polsce zda się pozornie rzeczywistością wszechstronnie opisaną. Kiedy jednak czyta się monumentalne opracowania historii chłopów polskich, również te cytowane przez mnie, zwraca uwagę zupełnie marginesowe potraktowanie fenomenu zniknięcia z realiów wiejskich całej wielkiej populacji żydowskiej, a więc całkowitej zmiany realiów społeczno-gospodarczych wsi. Rzecz nawet nie w tym, aby empirycznie udokumentować to wszystko, co się zdarzyło, ale zmierzyć się z problemem na płaszczyźnie moralnej. Poważył się na to Wyka, zauważając, że w czasie II wojny światowej mieliśmy do czynienia ze znamiennym faktem psychogospodarczym: zniknięciem z handlu i pośrednictwa milionowej masy żydowskiej. "Cała radość polskiego "stanu trzeciego" sprowadza się właściwie do tej nadziei: nie ma Żydów, wejdziemy na ich miejsce, niczego nie zmieniając [podkreślenie autora], wszystko dziedzicząc z nałogów, które narodowi moraliści uważali za typowe dla psychiki żydowskiej, ale tym razem będzie to narodowe cacy i tabu. Dlatego w psychologii gospodarczej okupacji jest to sprawa centralna i musi być najdokładniej rozważona, jeżeli nie ma zaciążyć na zdrowiu moralnym narodu [podkreślenie moje - W.J.B.] [...]. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo-moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy mordując Żydów, popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my - my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią. Trudno o paskudniejszy przykład moralności jak takie rozumowanie naszego społeczeństwa [podkreślenie moje - W.J.B.]"107.

Wyka jasno stawia sprawę - reakcja na formy, w jakich Niemcy poddali Żydów eksterminacji, spada na polskie sumienie. W najmniejszym stopniu dotyczy to jednak chłopstwa, mimo że lepsza koniunktura gospodarcza sprawiła, iż w Generalnym Gubernatorstwie chłopu wiodło się gospodarczo tak dobrze, jak nigdy w ciągu dwudziestolecia - przeskok "w jego sytuacji od cen z roku 1939 do cen okupacyjnych był zasadniczy i trwały, chociaż dokonał się powoli. Niemcy dbając o swój interes, ułatwiali rzeczowy postęp gospodarki rolnej, wieś produkowała więcej aniżeli przed wojną, system kontyngentów, chociaż przeprowadzony bezwzględnie, nie był - z wyjątkiem pogłowia bydlęcego, zwłaszcza w dwóch latach ostatnich - wyniszczający. Chłopu po oddaniu kontyngentu starczyło i na zasiew, i na dostatniejsze jedzenie niż przed wojną, i na handel - jednym słowem z pozoru wszystko w tej sytuacji winno było chłopa nastawić przychylnie wobec okupanta. Tymczasem stało się przeciwnie"108.

Dlaczego tak się stało, zapytuje następnie Wyka, i odpowiada: to, że wieś uświadomiła się politycznie, skonsolidowała narodowo i nie ufała okupantowi, wynikało przede wszystkim z pogardy, jaką Niemcy otaczali chłopów polskich - ciemnych, brudnych i zacofanych cywilizacyjnie, nad którymi trzeba bezwzględnie zapanować jak nad bydłem gospodarczym. "Chłop polski wydał się Niemcom idealnie pojętym przedmiotem takiego panowania. Jego cierpliwość uznano za zgodę na każdy kaprys. Milkliwość i podejrzliwość, która zawsze pozwala najpierw drugiemu powiedzieć, nim wygłosi swoje zdanie, wzięto za brak wszelkiego zdania. Roboczą, niewyczerpaną wytrwałość na własnym uznano za bydlęcą zdolność do każdej harówki. Jednym słowem, starczyły Niemcom pozory, nie dostrzegli niczego z prawdziwej natury naszego chłopa. Nie dostrzegli przede wszystkim jego pamiętliwości. Skupionej, milczącej pamiętliwości własnej krzywdy, szczególnie gospodarczej [...]. Równocześnie pamiętliwości chłopskiej dostarczali Niemcy obfitego pożywienia"109.

Problem anomii

W oficjalnej, obowiązującej także po roku 1989 wykładni czasów II wojny światowej na polskiej prowincji przyjmuje się zasadniczo, że chłop polski oparł się deprawacji moralnej, jaką niesie czas okrutny, ale w sposób nierównomierny, co wynikało ze struktury klasowej wsi polskiej. Małorolni i wiejska biedota, głównie ponosząca ciężary na rzecz okupanta, to ten segment wspólnoty, którego polityka Niemców obciążała najbardziej. Natomiast wieś rozumiana całościowo potrafiła stawiać opór jako struktura trwania realizująca własne normy moralności. Jak w każdej sytuacji zagrożenia pojawił się mechanizm obojętności wobec tych wszystkich innych, którzy wprawdzie wpisani byli w miejsce antropologiczne, jakim była przestrzeń wsi i parafii, ale którzy byli obcy w wielorakim sensie. Tymi innymi byli przede wszystkim Żydzi - chłop z obojętnością i inercją obserwował ich eksterminację, mając przede wszystkim na względzie "dobro własnej grupy". Mimo wielowiekowej zasiedziałości wspólnoty żydowskiej w polskich wsiach i miasteczkach nigdy nie stała się ona swojska w tym mocnym sensie, aby jej los poddać moralnemu osądowi w taki sposób, jak domagali się tego członkowie grupy odniesienia. Żydzi "zniknęli" tak samo, jak się "pojawili" - był to wyrok losu, dopust boży. Walka o przetrwanie własnej grupy to zawsze przyzwolenie na to, aby w chwili trwogi "inni" radzili sobie sami. Cytowany już wielokrotnie Wiesław Myśliwski zauważa taką oto cechę kultury chłopskiej: "Nie zabrakło bowiem w tym doświadczeniu niczego, co człowieka jako jednostkę i jako zbiorowość mogło spotkać na tym świecie. Z owego doświadczenia wyrastał cały system filozoficzny tej kultury, który przenikał ludzkie zachowania - jak i pieśni - praktyczną czy wręcz użytkową mądrością, ale też mądrością uogólnień, ocen i sądów. Stworzył on bez mała poradnik zaradności w każdej potrzebie, ale też zbiór zasad, według których powinien człowiek postępować. Ta mądrość przejawia się w humorze i ironii, przesycających chłopskie formy radości i zabawy, weselne obrzędy, chłopską erotykę, chłopskie przyśpiewki, zalecanki itd.110

Tak zwykło się właśnie chłopów postrzegać, w duchu niejako młodopolskim - jako zaradnych i przyjaznych dla siebie i innych, kierujących się zawsze zasadami, nieco egzotycznych, tak jak egzotyczna bywała ich mądrość. Jest to wyobrażenie rodem ze skansenu narodowych wartości. Ale na strukturę trwania opartą na tak charakteryzowanej mądrości i zaradności można spojrzeć zasadniczo inaczej - jako na ksenofobię i endogeniczność kultury, zawierającej w sobie nieodłącznie także rozmaite folkloryzacyjne formy antysemityzmu będące źródłem eksterminacyjnych postaw wobec tych, których dotyczyły. Wówczas jednak należałoby kulturę chłopów poddać zewnętrznemu osądowi moralnemu w kategoriach uniwersalnych. Nie czyni się tego w imię albo egzotyzacji tej kultury, albo w imię podtrzymywania mitu o przyrodzonej mądrości ludu.

I tutaj docieramy do najistotniejszego momentu naszych rozważań. Lud, kultura ludowa, kultura wsi, społeczność tradycyjnej wsi (czy jeszcze inaczej nazywana rzeczywistość rustykalna) jest przedmiotem nieustającej mityzacji, która nie ustaje do dzisiaj. Walka z mitem ludowości, jaką podjęło od końca lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia grono polskich etnologów, przyniosła niewątpliwe owoce w postaci bardziej realistycznego obrazu tej kultury i tworzącej ją wspólnoty. Ciągle jednak ten wizerunek jest o tyle zmityzowany, że jeden model ideologiczny zastąpiono innym, o podobnych wadach empirycznych. Słabo zdaje on egzamin w konfrontacji z żywą materią zjawisk, nie ma dynamiki historycznej, a przykładany do konkretnych problemów z dziejów wsi operuje zestawem pewnych stałych - i wygodnych - klisz pojęciowych. W całej jaskrawości widać to w momencie, gdy próbujemy opisać problem świadomości i zachowań chłopów w czasie II wojny światowej. Oczywiście, nie jest winą etnologów, że o tych czasach Sabatowskiej "nocnej historii" o mrocznym świecie, kiedy destrukcji uległy podstawowe normy etyczne, tak niewiele się wie i pisze. Literatura "dzienna", a więc ideologiczna wykładnia "chłopskości, która się ostała deprawacji", sprawia, że tak późno pojawiają się materiały każące innym okiem spojrzeć na wieś poddaną empirycznemu sprawdzianowi własnej zwartości i tożsamości. Wbrew temu, co pisze się o wspólnotowości chłopów, ich przywiązaniu do wartości odwiecznych i przyrodzonej jakoby mądrości zbiorowej, trzeba dzisiaj zapytać: jak wieś zdała egzamin z własnego człowieczeństwa (skoro mówiliśmy wcześniej o konieczności użycia pojęć uniwersalnych) w okresie, kiedy zagrożenia własnej egzystencji skonfrontowane zostały z planowaną zagładą najbliższych obcych, to jest Żydów. Niniejszy tekst pokazuje, że intelektualna prawomocność zaprezentowanego w nim modelu kultury chłopskiej zderza się z problemem moralnym. Postawić należy zatem pytanie: jak to się stało, że zwarty system światopoglądowy, za którego wyznawców zawsze uchodziło środowisko wiejskie, rozpadł się w sytuacji, kiedy do głosu doszły chciwość, zawiść, nienawiść rasowa, szczególnie pojęte "dobro własnej grupy" (zezwalające na nieliczenie się z potencjalnie oswojonymi odmiennościami sąsiadów-Żydów).

Czytelnicy, którzy zapoznają się z tekstami zawartymi w tej książce, postawią wiele innych podobnych pytań, zawsze jednak wynikających ze zdziwienia, jak mało wiemy o mieszkańcach wsi poddanej sprawdzianowi człowieczeństwa. Tak jak wiele napisano o modelu chłopskiej kultury jako struktury przetrwania, tak nic prawie nie wiemy (albo milczymy o tej wiedzy), co działo się ze wspólnotą moralną i konkretnymi ludźmi w czasach anomii w trakcie II wojny światowej. Ujawniane świadectwa każą jednak zrewidować wygodne przekonanie, że bogactwo negatywnych wyobrażeń o Żydach to wyłącznie zapis ludowej wyobraźni. Jak się okazuje w świetle wielu konkretnych aktów przemocy wobec Żydów i mordów na nich, dokonanych także przez samych chłopów, obojga płci zresztą, taka (obecnie ponownie folkloryzowana jako zapis przeszłości) wyobraźnia utrwalająca stereotypy etniczne to świetne źródło motywacji do działań z zakresu etnobójstwa, zwanego mordami etnicznymi albo etnocydem. Zgodnie z definicją ze Słownika etnologicznego jest to: "kompleksowy proces zaplanowanej lub spontanicznej, niekontrolowanej, systematycznej i przyspieszonej (długofalowej lub jednorazowej) destrukcji kulturowej odrębności grupy etnicznej (mniejszościowej) i właściwego dla niej sposobu życia, zachodzący w sytuacji bezpośredniego, nierównoprawnego, konfliktowego i narzuconego kontaktu owej grupy ze społeczeństwem dominującym, który uniemożliwiając jej własny rozwój kulturowy i kontynuację dziedzictwa, łamie podstawowe prawa człowieka w imię partykularnych racji politycznych, ideologicznych czy ekonomicznych"111.

Wieś polska w latach 1939-1945 była okupowana i eksterminowana, ale czy obawa przed własną zagładą w jakikolwiek sposób uzasadnia postawy o charakterze etnocydu wobec jeszcze bardziej prześladowanych? Wydaje się koniecznością podjęcie także etnologicznych badań nad wsią okresu II wojny światowej pod tym właśnie kątem: w jakiej mierze i kiedy światopogląd jest w stanie dostarczyć sankcji uzasadniającej eksterminację Żydów, w sytuacji kiedy ich los i tak był już przesądzony przez ideologię nazistowską, wcielaną w życie również na terenach Polski rustykalnej. Zauważmy przy okazji, że nie będzie przesadą stwierdzenie, iż szeroko dyskutowany "kres kultury chłopskiej" i jej przemianę w "ludowość" wiązać należałoby także ze zniknięciem kultury żydowskiej.

Chłopskość przetrwała wszakże we wspominanym tutaj wielokrotnie ludowym typie wyobraźni, realizującej się obecnie w różnych postaciach nacjonalizmu w państwie narodowym - państwie, którego miasta i wsie nie są już nawet miejscami pamięci po tej największej mniejszości. Gdy się zaś te miejsca przypomina, zawsze się okazuje, jak wiele jeszcze nie wiemy o sobie i własnej historii, a przede wszystkim, że postulowana przed 70 laty przez Wykę potrzeba narodowej wiwisekcji dokonuje się opornie i właściwie poza głównym nurtem tego, co dumnie zwie się polityką historyczną.

Wprowadzenie

W czerwcu 1944 r. przybył z okupowanego kraju do Londynu emisariusz Jerzy Lerski "Jur". pytany na spotkaniu z przedstawicielami Reprezentacji Żydostwa Polskiego o szanse przetrwania pozostałych przy życiu Żydów, stwierdził, że "najłatwiej ukrywać się w mieście, na wsi mogą ukrywać się tylko bardzo zasymilowani Żydzi, dobrze władający językiem polskim". I dodał: "Zachodzi zawsze obawa przed denuncjacją - ale w mieście szanse są lepsze, większa ilość ludzi, większe domy i możliwość ukrycia się w domu". Z kolei na pytanie o traktowanie Żydów przez Polskę Walczącą udzielił, zgodnej zapewne z oczekiwaniami rozmówców, pryncypialnej odpowiedzi: "Stosunek Armii Krajowej do tego zagadnienia [przyjmowania Żydów w szeregi organizacji - D.L.] jest zupełnie jasny: każdy zgłaszający się Żyd jest wykorzystany"112. O wiele bardziej niepokojący jest sporządzony nieco później zapis innego emisariusza, Tadeusza Chciuka "Celta", zwłaszcza że powstał na podstawie opinii przekazanych Chciukowi podczas spotkań z delegatem rządu Janem Stanisławem Jankowskim i innymi prominentnymi działaczami Polskiego Państwa Podziemnego. Na długiej liście pretensji, oskarżeń i zarzutów znalazł się i ten: "Żywy [jest] udział Żydów w akcji komunistycznej - w bandach PPR i AL. Żydowskie oddziały leśne były postrachem dla ludności wiejskiej. Napady, mordy, palenie wsi, rabowanie, uprowadzenia i gwałcenia kobiet i dziewcząt - były przez nich szczególnie często praktykowane. Czuło się, że Żydzi "z lasu" pałają nienawiścią do wszystkiego, co polskie, tak jakby to Polacy byli przyczyną ich nieszczęść. Z Niemcami nie walczyli. Komunistyczne bandy żydowskie postępowały często umyślnie w ten sposób, aby sprowadzać na wsie represje niemieckiej żandarmerii, która pod pozorem udzielania przez wieś pomocy komunistom kończyła zaczęte przez Żydów dzieło zniszczenia". Wszystko to miało prowadzić do powszechnego antysemityzmu społeczeństwa polskiego, które jednocześnie, właściwie wbrew własnym interesom, "współczuje i pomaga Żydom"113. Raport "Celta", do którego będziemy jeszcze powracać, nie był rzecz jasna przeznaczony do upublicznienia.

Oba cytaty wprowadzają nas w samo sedno problemów związanych z traktowaniem ukrywających się Żydów przez polską konspirację, nie tylko niepodległościową (ZWZ-AK, BCh, NSZ), ale również komunistyczną. Zarówno lokalne, jak i centralne struktury Polski Walczącej, najpierw na Kresach Wschodnich, a później w GG, stanęły wobec problemu szukających ocalenia fal uciekinierów z likwidowanych gett, transportów, obozów zagłady i obozów pracy. Ludzie ci, tropieni przez policję i żandarmerię, ukrywający się w pojedynkę lub grupowo, tworzący nierzadko uzbrojone grupy przetrwania chroniące zaimprowizowane obozy rodzinne, byli obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej. Obywatelami polskimi byli też ci, którzy im pomagali, i ci, którzy we współpracy z okupantem lub na własną rękę brali czynny udział w prześladowaniach. Sprawę komplikował dodatkowo wymuszony najczęściej przez okoliczności (bo przecież żadna niepodległościowa formacja konspiracyjna, wbrew wypowiedzianym w dobrej wierze zapewnieniom emisariusza "Jura", nie przyjmowała w swe szeregi Żydów, nie licząc osób posługujących się aryjską tożsamością114) akces niektórych uciekinierów do podziemia komunistycznego i oddziałów Gwardii Ludowej/Armii Ludowej, postrzeganych jako agentura sowiecka realizująca zgubną dla społeczeństwa strategię. Inny jeszcze problem stwarzała kwestia pozostałego po Żydach mienia ruchomego i nieruchomego. Ta wielość problemów rodziła dylematy i napięcia, jak zobaczymy, prowokowała do takich czy innych działań, jak również była przyczyną licznych zaniechań. Natomiast z perspektywy uciekinierów szanse przetrwania, zwłaszcza na terenach wiejskich, uzależnione były w dużym stopniu, znacznie bardziej aniżeli w dużych miastach, od nastawienia lokalnych struktur konspiracyjnych, a od połowy 1943 r. także od nastawienia coraz liczniejszych oddziałów partyzanckich. Jak słusznie napisał jeden z historyków ruchu ludowego, Janusz Gmitruk, "niemiecki system okupacyjny dawał niewielkie szanse na uratowanie życia ludziom prześladowanym, o ile nie pospieszyły im z pomocą struktury państwa podziemnego, organizacje polityczne i zbrojne, a przede wszystkim zwykli obywatele"115. Jak zatem polska konspiracja reagowała na eksterminację Żydów? Dostępny materiał źródłowy nakazuje jeśli nie odrzucenie, to przynajmniej czasowe zawieszenie tez funkcjonujących w literaturze historycznej.

Problematyka stosunku Polski Walczącej do Żydów jest złożona i niełatwa do analizy, a w dodatku niezmiennie od lat obciążona emocjami. Inaczej niż w pierwszych latach powojennych w PRL koncentrowano się głównie na kwestii pomocy, i to w sposób wyidealizowany. W odniesieniu do cywilnych i wojskowych struktur Polskiego Państwa Podziemnego zajmowano się przede wszystkim kontekstem miejskim: kontaktami AK z Żydowską Organizacją Bojową, "akcjami solidarnościowymi" w dniach powstania w getcie, polityką informacyjną o Zagładzie, zwalczaniem szmalcownictwa czy wreszcie działalnością Rady Pomocy Żydom "Żegota". Znacznie rzadziej przywoływano epizody związane z traktowaniem ukrywających się Żydów na terenach wiejskich przez lokalne struktury konspiracyjne, a później (od wiosny 1943 r.) przez oddziały partyzanckie116. Jeśli już to czyniono, poprzestawano na ogólnikowych konstatacjach, a niektóre narracje przyjmowały formę polemiki z "niesłusznymi" oskarżeniami. Ta sama tendencja była obecna w piśmiennictwie emigracyjnym117. Nawet w najnowszych opracowaniach omawiających funkcjonowanie terenowych struktur AK, pomijając stereotypowe stwierdzenia ogólne, tematyka Zagłady prawie w ogóle nie jest obecna118. Nie inaczej wygląda literatura dotycząca okupacyjnej historii ruchu ludowego. Od dziesięcioleci w książkach na ten temat obecna była jedna i ta sama wykładnia problemu: "Akcja pomocy dla Żydów prowadzona była przez ruch ludowy na wszystkich szczeblach organizacyjnych, w ramach pomocy dla osób prześladowanych przez okupanta". Powoływano się na obecność ludowców w Radzie Pomocy Żydom i akces pojedynczych Żydów do Batalionów Chłopskich119. Przede wszystkim jednak podkreślano, że "[z]naczna część ludności żydowskiej, która szukała schronienia przed hitlerowskimi prześladowcami, znalazła je na wsi, u działaczy podziemia ruchu ludowego"120. Kwestii niemieszczących się w takim ujęciu w ogóle nie podejmowano. Temat, w przeciwieństwie do traktowania Żydów przez AK i Narodowe Siły Zbrojne, a po 1989 r. przez podziemie komunistyczne, nie wzbudzał zresztą większych kontrowersji.

Z kolei autorzy amerykańscy i izraelscy opisywali stosunek polskiej partyzantki do żydowskich uciekinierów zasadniczo w ciemnych barwach121. Taki obraz wyłaniał się ze wspomnień i relacji spisywanych po wojnie przez ocalonych Żydów. Próby jego cieniowania i walka z nieuprawnionymi generalizacjami nie były łatwe. Przekonał się o tym choćby mieszkający w Paryżu Michał Borwicz, w 1944 r. dowódca współpracującego z AK oddziału socjalistycznego w powiecie miechowskim, na konferencji w Yad Vashem pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy jego argumenty spotkały się z całkowitym niezrozumieniem badaczy i świadków historii mających za sobą inne zgoła doświadczenia122. Obecnie odchodzi się od upraszczających tez, nadal jednak daleko do całościowego, a przede wszystkim rzeczowego i obiektywnego ujęcia tematu. W ostatnich latach pojawiły się studia poświęcone zarówno obrazowi polskiej konspiracji w relacjach żydowskich złożonych po wojnie w Polsce (tekst Aleksandry Bańkowskiej123), jak i obrazowi Żydów, w tym również tych ukrywających się na prowincji, i prace dotyczące uwarunkowań działania żydowskich grup przetrwania w dokumentach polskiej konspiracji (Adama Puławskiego124). Temat podejmuje też Elżbieta Rączy w tekstach dotyczących stosunków polsko-żydowskich i pomocy Żydom na Rzeszowszczyźnie125. Analizy te pozwalają na zweryfikowanie wielu obiegowych opinii oraz sądów i stanowią zachętę do kontynuowania bardziej rozległych kwerend. Odnosi się to również do powojennych materiałów śledczych i procesowych spraw prowadzonych na podstawie dekretu sierpniowego PKWN. Dotychczasowe analizy z jednej strony ograniczały się do prezentowania case studies, z drugiej pozwalały jednak na formułowanie ogólniejszych wniosków w kwestii prawdziwości oskarżeń pod adresem członków podziemia niepodległościowego z wczesnego okresu PRL, dotyczących szerszego kontekstu i mechanizmów opisywanych zjawisk126. Historiografia zagraniczna w niewielkim tylko stopniu przedstawia temat w sposób nowatorski127.

Niniejszy artykuł, będący efektem prowadzonych przeze mnie od kilku lat badań128, nie pretenduje do całościowego opisu zawartej w tytule problematyki, lecz stanowi próbę rozpoznania kilku kluczowych w moim przekonaniu zagadnień związanych z wiejskim aspektem Zagłady. Analizę ograniczam do Generalnego Gubernatorstwa i okresu 1942-1944, a opieram się przede wszystkim na dokumentacji konspiracyjnej, świadomie pomijając relacje powojenne. Interesują mnie wszelkie zapisy sporządzane przez członków struktur konspiracyjnych, zarówno publiczne enuncjacje zamieszczane w prasie konspiracyjnej, jak i teksty przeznaczone dla nielicznych odbiorców, odnoszące się do przebiegu Zagłady. To, co widziano, i to, co wiedziano oraz czego wiedzieć nie chciano (zwłaszcza w wypadku struktur centralnych), nie tylko fakty, lecz także ich interpretacje. Punktem wyjścia jest traktowanie "kwestii żydowskiej" i obraz prześladowań Żydów w GG w prasie Stronnictwa Ludowego "Roch" i innych ugrupowań chłopskich oraz Batalionów Chłopskich na łamach organów polityczno-propagandowych ("Żywią i Bronią", "Przebudowa", "Polska Ludowa") i pism informacyjnych ("Ku Zwycięstwu", od połowy 1942 r. noszącego tytuł "Przez Walkę do Zwycięstwa")129. Ostatni z wymienionych tytułów, co nie jest bez znaczenia, redagowany był przez przedstawiciela SL w Radzie Pomocy Żydom Tadeusza Reka "Różyckiego". Nie mogło naturalnie zabraknąć tu odniesień do ukazującej się od początku 1943 r. "Agencji Informacyjnej Wieś" sygnowanej przez Centralne Kierownictwo Ruchu Ludowego, zamieszczającej materiały dostarczane przez doskonale funkcjonującą sieć terenowych korespondentów, w których podejmowano wszystkie aspekty funkcjonowania okupowanej wsi polskiej i terroru okupanta. Warto podkreślić, że biuletyn zamieszczał również oficjalne enuncjacje, komentarze i oceny dotyczące spraw ogólnych i bieżących. W odniesieniu do roku 1944 dysponujemy kolejnymi numerami "Regionalnej Agencji Prasowej Podlasie" ("RAPP"), przynoszącymi liczne informacje o sytuacji w tym regionie. W glosie przeznaczonej dla odbiorców wyjaśniono cele przyświecające powołaniu do życia tej inicjatywy: "rejestruje [ona] fakty i wydarzenia z Podlasia oraz omawia sytuację na tym terenie. Służyć będzie ogniwom organizacyjnym i prasie centralnej jako materiał pozwalający zorientować się w życiu na prowincji". Co ważniejsze, zebrany materiał stanowić miał źródło dla "powojennego odtworzenia życia Podlasia". Z tego względu niezbędny był obiektywizm: "będą tu notowane jasne i ciemne strony życia podlaskiego"130.

Obraz wsi przedstawiany przez centralną prasę ludowców skonfrontowałem z zapisami diarystów, lokalną prasą BCh (redagowane w powiecie przeworskim "Wieści")131 i AK (organami prasowymi z Krakowa i Lwowa, prasą terenową obwodu warszawskiego), pismami PPS-WRN i Frontu Odrodzenia Polski, a także materiałami opracowywanymi w Biurze Informacji i Propagandy KG AK. Najważniejszy z nich jest biuletyn "Informacja Bieżąca" przygotowywany na użytek redakcji pism konspiracyjnych, zamieszczający setki informacji na temat życia okupowanego kraju, niekiedy dość przypadkowych i o różnym poziomie szczegółowości, pozyskiwanych głównie za pośrednictwem własnej sieci informacyjnej (lokalnych struktur BIP). Wykorzystałem też inne opracowania o charakterze informacyjnym: wydawaną w ramach struktur związanych z Delegaturą Rządu "Agencję Informacyjną Kraj"132, lokalne wydawnictwo "Małopolska Agencja Prasowa" czy wreszcie biuletyn informacyjny pt. "Wiadomości", przygotowywany w warszawskim getcie na przełomie 1942/1943 r. Nie trzeba głębiej uzasadniać znaczenia, jakie ma, nie tylko rzecz jasna dla kontekstu wiejskiego, dokumentacja terenowych struktur AK z lat 1942-1944 - w tym wypadku opieram się na unikatowych sprawozdaniach obwodu pińczowskiego do Inspektoratu Miechowskiego AK. Uwzględniłem również materiały Rady Pomocy Żydom, lecz jak się wydaje problematyka wiejska, z wyjątkiem problemów związanych z funkcjonowaniem grup przetrwania, pozostawała niezwykle słabo rozpoznana. Podobnie jest, jeśli chodzi o referat żydowski działający przy Komendzie Głównej AK od lutego 1942 r. W zasadzie w jednym tylko sprawozdaniu sygnowanym przez jego kierownika Henryka Wolińskiego znalazła się informacja o pomocy udzielanej przez chłopów w Krakowskiem133. W tym wypadku problem stanowi jednak słabe zachowanie tej dokumentacji w archiwach polskich i zagranicznych134. We wszystkich analizowanych źródłach szczególnie interesuje mnie diagnoza nastrojów społeczności wiejskich, umiejscowienie postaw antyżydowskich w szerszym kontekście wiejskiej kolaboracji, a wreszcie kwestia traktowania przestępstw na Żydach na wsi przez cywilne sądownictwo specjalne. Zarazem konieczne jest przyjrzenie się, jak opisywano sposoby udzielania pomocy ukrywającym się na wsi Żydom. Z braku miejsca problem przestępstw popełnianych przez członków podziemia (AK, BCh, NSZ, GL/AL) na Żydach ukrywających się na terenach wiejskich i ich traktowania przez czynniki dowódcze zostanie tylko zasygnalizowany, gdyż jest przedmiotem innego opracowania135.

O "kwestii żydowskiej" z Zagładą w tle

30 kwietnia 1942 r. na pierwszej stronie organu prasowego Batalionów Chłopskich "Ku Zwycięstwu" ukazał się znamienny artykuł. Mimo iż opatrzono go nagłówkiem "Z głosów czytelników", jest więcej niż pewne, że prezentował poglądy redakcji136. Zdaniem autora "sprawa żydowska", bo ona to stanowiła przedmiot roztrząsań, należy do najbardziej doniosłych kwestii politycznych, a "powaga zdarzeń i cierpień, jakie przeżywamy", wymusza przystępowanie do niej "z wielką rozwagą". Wymaga podjęcia "najwyższych wysiłków w dziedzinie myśli i czynu", i to nie tylko dlatego, że już przed wojną był to problem "nabrzmiały i wprowadzający w polskie życie cały szereg schorzeń". "Wielka masa" żydowska, "obca nam" rasowo i obyczajowo, stanowi "obce ciało rozsiane po całym naszym organizmie narodowym i przez samą swą obecność rozsadza spoistość narodu. [...] rozpełzła się po całej Polsce, opanowując wiele dziedzin naszego życia, zwłaszcza handel, przemysł i rolnictwo. Zalała prawie wszystkie miasta i miasteczka, nadając im obcy, niepolski charakter i styl życia i zahamowała możliwość kształtowania się polskiego mieszczaństwa i rzemiosła". W tych warunkach osady i miasta nie mogły spełniać swojej funkcji społecznej i gospodarczej, stając się "rozsadnikami demoralizacji, swarliwości i wypaczenia narodowego charakteru". Według autora fakt, że "polska reakcja" wypisywała na swych sztandarach hasła antysemickie, pogarszał jeszcze sytuację ("wprowadzało [to] zamęt w nasze polityczne życie"). Konieczność rozwiązania problemu dostrzegano oczywiście "we wszystkich postępowych ośrodkach polskiego życia zbiorowego". Wojna konieczność tę "jeszcze bardziej uwyraźniła". Żydzi, co wykazała ponownie sytuacja na Kresach po 17 września 1939 r., mają do "dążeń narodu polskiego" stosunek wrogi lub w najlepszym razie obojętny. Jest więcej niż pewne wystąpienie "większości masy żydowskiej" przeciwko Polsce. Polacy nie są i nigdy nie byli antysemitami, potępiają "zwierzęce metody" okupantów i nie zamierzają ich naśladować. Nie mogą jednak pozostawić "sprawy swemu biegowi", ponieważ "zdrowie naszego narodu" i "uzdrowienie naszego życia gospodarczego" wymagają jasnego programu. Powrót do sytuacji przedwojennej jest niemożliwy: "element żydowski" został na trwałe wyeliminowany z gospodarki, a jego miejsce zajął "element polski". Dlatego po zwycięskiej wojnie Żydzi będą musieli emigrować, państwo polskie musi zaś uczynić wszystko, by mieli dokąd. Wedle tej wykładni, międzynarodowe rozwiązanie "kwestii żydowskiej" miały umożliwić zapisy podpisanej przez członków koalicji antyniemieckiej Karty Atlantyckiej137.

Te skrajnie antysemickie klisze pojawiły się w druku półtora miesiąca po rozpoczęciu deportacji polskich Żydów z dystryktów lubelskiego i Galicja do obozu zagłady w Bełżcu. Zwraca tu uwagę nie tylko wspólne dla znakomitej części prasy konspiracyjnej rozpowszechnienie oskarżeń Żydów o to, że na obszarach pod okupacją sowiecką dopuszczali się zdrady, stanowiące wygodne alibi dla obojętności wobec dokonującej się fizycznej eksterminacji Żydów, ale i pewne wzmocnienie przedwojennej retoryki rasistowskiej. Tekst, co znamienne, nie wywołał żadnej dyskusji. Okazało się zresztą, że był to jedyny tekst programowy zamieszczony na tych łamach w okresie całej wojny. Nigdy później nie skorygowano tego obrazu. Nie było zresztą takiej potrzeby. SL "Roch" i inne ugrupowania chłopskie wpisały do swoich programów postulat emigracji Żydów z Polski po zwycięskiej wojnie. Organ programowy SL "Roch" "Przebudowa" od wielu miesięcy dogłębnie studiował zapisy Karty Atlantyckiej, szukając w niej wskazań i inspiracji do kompleksowego rozwiązania problemów wsi138. Stosunek ruchu ludowego do Żydów był jednoznaczny. W dokumencie programowym stronnictwa opublikowanym latem 1942 r. czytamy: "Co do Żydów, stoimy na stanowisku, że jest ich w Polsce za dużo. Wiele zagadnień naszego życia gospodarczego, politycznego, kulturalnego nie może być pomyślnie rozwiązane dlatego, że ciąży na nas ogromna masa żydowska. Ostatnie doświadczenia przekonały nas, że masa ta jest nam wroga, a w najlepszym razie obojętna. Choć dalecy jesteśmy od tego, aby stosować okrutne metody niemieckie, to jednak stoimy na stanowisku, że przerost udziału Żydów w naszym życiu musi być zlikwidowany, i Żydzi w znakomitej większości muszą Polskę opuścić. Wiemy o tym, że sprawa żydowska nie może być rozwiązana tylko u nas. Jest to zagadnienie o światowej doniosłości i w skali światowej musi być rozwiązane"139. Mniejszości słowiańskie miały otrzymać możliwość rozwoju, natomiast mniejszość niemiecką zamierzano ograniczyć w prawach obywatelskich. W dokumencie tym próżno szukać jakichkolwiek śladów empatii wobec mordowanych Żydów (o przebiegu eksterminacji informowała dość szeroko prasa konspiracyjna, przede wszystkim "Biuletyn Informacyjny"), uwagę zwraca natomiast żywotność antyżydowskiej argumentacji rozpowszechnionej w latach trzydziestych, wzmocnionej kolejnymi łatwymi do odczytania oskarżeniami. "Ostatnie doświadczenia" odnoszą się do silnie ugruntowanego w świadomości Polaków motywu żydowskiej "zdrady" podczas okupacji sowieckiej. Autorzy programu zdawali się abstrahować od realizowanego na ziemiach polskich "globalnego rozwiązywania" problemu "ciążącej na nas masy żydowskiej". A co ważniejsze, dezyderaty te wykraczały daleko poza dość stonowane w porównaniu z enuncjacjami ugrupowań prawicowych zapisy dotyczące mniejszości żydowskiej zawarte w dokumentach programowych Stronnictwa Ludowego w latach trzydziestych140. Partie chłopskie nigdy nie traktowały "kwestii żydowskiej" jako centralnego problemu politycznego czy społecznego, a nawet gospodarczego. W dokumencie programowym SL z 1931 r. mówiono o "zupełnym równouprawnieniu wszystkich obywateli państwa bez różnicy narodowości i wyznania" i uznawano ich prawo do rozwoju kulturalnego i gospodarczego. Cztery lata później, zapewne pod wpływem innego klimatu i kontekstu politycznego, mniejszości żydowskiej poświęcono znacznie więcej miejsca. Stojąc nadal na stanowisku równouprawnienia, pisano o Żydach jako "świadomie obcym narodzie" i o potrzebie przełamania "w najżywotniejszym interesie narodu i państwa" dominacji "elementu żydowskiego" w niektórych dziedzinach gospodarki. Miało się to dokonać przez organizowanie polskiej konkurencji i "popieranie elementu polskiego". Kategorycznie odżegnując się od antyżydowskiej przemocy prowadzącej do "zdziczenia duszy narodu", wyrażano poparcie dla postulatu emigracji Żydów141. Bardziej stanowczo brzmiały postulaty grup rozłamowych, takich jak Radykalna Partia Chłopska, której program zawierał ostro artykułowane akcenty antysemickie. Mowa w nim nie tylko o walce ekonomicznej, lecz także o zwalczaniu wpływów, "jakie wywierają Żydzi na umysłowość polską przez burzenie podstaw społecznych, negowanie pierwiastków narodowych, rozwijanie komunistycznej akcji antypaństwowej i podkopywanie stosunków moralnych na każdym kroku"142.

Wróćmy jednak do kontekstu okupacyjnego. Pod dużo bardziej drastycznymi postulatami aniżeli SL "Roch" podpisywał się związany z nim Związek Pracy Ludowej "Orka" utworzony na bazie przedwojennego Zrzeszenia Inteligencji Ludowej i Przyjaciół Wsi. W uchwalonym w kwietniu 1942 r. dokumencie programowym stawiano sobie za cel "radykalne naprawienie błędów przeszłości przez ułożenie zasad współżycia z tymi mniejszościami zgodnie z ludowym poczuciem sprawiedliwości oraz przez usunięcie destrukcyjnego wpływu obcych czynników". Jako rozstrzygające przyjęto kryterium rasy: "Żydzi bez różnicy wyznania powinni być traktowani jako naród obcy, który będzie korzystał z praw przyznanych ogólnie mniejszościom narodowym". Z tym że Żydzi zostali potraktowani specjalnie: "Ponieważ jednak w obecnej wojnie Żydzi wykazali pod okupacją bolszewicką wyraźnie wrogi stosunek do naszych żywotnych interesów narodowych, uważamy za niepożądane mieszanie się Żydów do polskiego życia kulturalnego, społeczno-politycznego i gospodarczego. Stąd domagać się będziemy przede wszystkim, aby nasz rząd już podczas pertraktacji pokojowych zażądał zasadniczego rozstrzygnięcia sprawy żydowskiej w drodze międzynarodowych układów w sensie przyznania Żydom terenów emigracyjnych i umożliwienia im opuszczenia Polski w jak najkrótszym czasie. Poza tym domagać się będziemy, aby renegatów pozbawić obywatelstwa i usunąć z Polski po uprzednim skonfiskowaniu im majątków"143. Jakby tego było mało, żądano uchwalenia nowego prawa małżeńskiego, "chroniącego Naród przed degeneracją". Na łamach organu prasowego ZPL zainteresowano się Żydami jeszcze dwukrotnie. W listopadzie 1942 r. przywołano konwersje religijne jako argument na poparcie tezy o sile oddziaływania polskiego katolicyzmu: "My, Polacy, jesteśmy nie tylko narodem chrześcijańskim, ale nawet katolickim, i to w dość wysokim stopniu. [...] W ostatnich latach przed wojną i już podczas wojny wielu Żydów przyjęło katolicyzm, a nie inne wyznanie chrześcijańskie. Z tego przybytku neofitów jako Polacy nie mamy powodu się cieszyć, gdyż nie zostało jeszcze wykazane, że Żyd-katolik jest wartościowszy od Polaka wyznania mojżeszowego, natomiast dowiedzionym zostało w wielu wypadkach, że Żydzi chrześcijanie nie utracili swoich ujemnych właściwości mimo zmiany wyznania i narodowości"144. W tekście tym próżno szukać odniesień do Zagłady, nie mówiąc już o dramatycznym kontekście okupacyjnych konwersji, a także odniesień do tragicznego losu konwertytów. Działacze "Orki" nie wymyślali niczego nowego, lecz powtarzali rozpowszechnione, również w części przedwojennej prasy kościelnej, stereotypy. Gdy rasistowskie sformułowania deklaracji programowej "Orki" wzbudziły pewną konsternację, uznano za konieczne uzasadnić swoje stanowisko: "Z uwagi na konieczność utrzymania jedności moralnej i kulturalnej narodu nie jest pożądane krzyżowanie się dość rażące odmiennych psychologii rasowych, co ma miejsce np. w przypadku krzyżowania aryjsko-żydowskiego. [...] Dusza mieszańca ma jednak w sobie zawsze niepokój i odmiennymi reakcjami wnosi rozdźwięk w życie danej społeczności. Prawdę tę znano już od najdawniejszych czasów"145. To ostatnie stwierdzenie miało zapewne na celu zdystansowanie się od ideologii nazistowskiej. Odniesienia do losu żydowskich obywateli RP pojawiły się tylko raz, w charakterystyczny zresztą sposób: "Sytuacja w naszym kraju pozostała nadal pod znakiem mordowania Żydów i przymusowego wywożenia ludzi [podkreślenia moje - D.L.] na roboty do Niemiec lub na wschód"146. Może to i lepiej, że nie zajmowano się więcej tym tematem147. Trudno uznać za bardziej umiarkowane stanowisko Chłopskiej Organizacji Wolności "Racławice". W broszurze wydanej w październiku 1942 r. podpisywano się pod postulatem emigracji Żydów z zastrzeżeniem, że "we wzajemnym interesie leży jednak, aby Żydzi opuszczali Rzeczpospolitą nie jako jej wrogowie. Żydzi zaś, którzy pozostaną na naszych ziemiach, muszą wykazać pozytywne ustosunkowanie się do kultury polskiej". Dochodząc do tej "budującej" konkluzji, zaprezentowano cały wachlarz antysemickich idei: "W żywym organizmie narodowym i państwowym Polski bezwzględnie przedstawiali Żydzi dotąd pozycję ujemną, pasożytniczą. Poszczególne jednostki zapisane chlubnie na kartach naszych dziejów, czy to w postaci wzorowej służby państwowo-obywatelskiej, czy naukowej, są jedynie potwierdzeniem reguły, kroplą w morzu". I tradycyjna litania krzywd i insynuacji: "zachowanie się Żydów w czasie obecnej wojny również nie jest bez zastrzeżeń. Okupacja sowiecka [...] była w ciągu całego czasu terenem nadużyć popełnianych z ich strony", co pogłębiło ogólną niechęć do nich, również ze strony Ukraińców. Wynika z tego wniosek jednoznaczny: są oni "ciałem obcym w naszym organizmie, wrogim kulturalnie, obojętnym obywatelsko, szkodliwym gospodarczo". Jedynym rozwiązaniem jest emigracja do Palestyny i gdzie indziej. "Wszystko to obecne polskie pokolenie, któremu niewątpliwie przypadnie udział przeprowadzenia zasadniczych reform w omawianej dziedzinie, musi odpowiednio poznać i zgłębić". Emigracja w pierwszej kolejności powinna objąć "typ Żydów najbardziej uciążliwych" i wynosić "co najmniej dwukrotny przyrost naturalny rocznie". Należy też spowodować wyjazd tych, którzy przybyli "na skutek represji hitlerowskich z Niemiec, Austrii i Czechosłowacji". To już da - rachował z entuzjazmem autor broszury - "po kilku latach zmniejszenie liczby Żydów w Polsce o przeszło milion". Państwowe szkolnictwo żydowskie i tolerowanie jidysz ("żargonu") "jako czynniki germanizacyjne [sic!] musi zostać zabronione"148. Słowa te wydrukowano (pod tekstem jako data figuruje czerwiec 1942 r.) już po wielkiej akcji w getcie warszawskim.

Wracając jednak do "Ku Zwycięstwu" (niedługo potem pismo zmieniło nazwę na "Przez Walkę do Zwycięstwa") - w 1942 r. jeszcze kilkakrotnie pisano o przebiegu eksterminacji Żydów, należy jednak szczególnie podkreślić, że pomijano warunki panujące na wsi. Jeśli już do nich nawiązywano, odbywało się to nadzwyczaj ogólnikowo: "Na wsi nastąpił szał aresztowania i wieszania nawet za niedostarczenie w całości lub na czas kontyngentu. Jeżeli chodzi o Żydów, to morderstwa dokonywane na tym terenie przechodzą najkoszmarniejsze pomysły". Po czym przytoczono dane statystyczne z warszawskiego getta149. O sytuacji na prowincji nie napisano zupełnie niczego. W zasadzie raz tylko znajdziemy znamienne nawiązanie do losu Żydów. W notatce z końca listopada 1942 r. z Lubelszczyzny, obszaru należącego "do najbardziej podminowanych w Polsce" jeśli chodzi o plagę bandytyzmu, zauważono, że obozy dla Żydów również "dostarczyły licznych uciekinierów do lasów". Nadmieniono zarazem, że terror i groźba represji zmusiły do ucieczki do lasów wielu mieszkańców wsi. Na naszą uwagę zasługuje też inna informacja zamieszczona w tym samym numerze: "Pod Szczebrzeszynem są uciekinierzy żydowscy w lasach. Niemcy przy pomocy policji granatowej i jeńców sowieckich urządzają polowania. Dzieci likwiduje się uderzeniem głową o kamień... Pewien "granatowy" już upolował 69 Żydów"150. Było to, dodajmy od razu, pierwsze i ostatnie nawiązanie do kwestii polowań na Żydów na łamach tego organu ruchu ludowego. Dostrzegano co prawda i piętnowano różne przejawy demoralizacji, lecz nigdy nie łączono ich z przebiegiem eksterminacji Żydów: "Tu i ówdzie znajdzie się pewna ilość marnych, sprzedajnych charakterów i podłych dusz, które dla własnej korzyści zaprzedają się wrogowi, stoją na jego usługi, pomagają szpiclowaniem i donosicielstwem. Tych należy dobrze zapamiętać i nie zapominać, gdy przyjdzie czas zapłaty i zemsty. Każdy wypadek donosicielstwa i pomocy wrogowi musi być dobrze zapamiętany i ukarany". Dopominano się o walkę z donosicielstwem151. Tendencje te, o czym piszę bardziej szczegółowo dalej, utrzymały się również w kolejnych latach.

Pozostałe tytuły wykazały jeszcze mniejsze zainteresowanie deportacjami z gett i postępującą w lawinowym tempie eksterminacją Żydów. Organ programowy SL "Roch" "Żywią i Bronią" przez cały 1942 r. nie tylko nie odnotował ucieczek z likwidowanych gett na tereny wiejskie, ale w ogóle nie dostrzegł dokonującej się zagłady Żydów, inaczej aniżeli organ prasowy Ludowego Związku Kobiet "Żywia"152. W zamieszczonym tam dramatycznym apelu do premiera i naczelnego wodza generała Władysława Sikorskiego na temat niemieckiego terroru, mimo iż znalazły się pełne empatii słowa na temat eksterminacji Żydów, do sytuacji na wsi nawiązywano nad wyraz ogólnikowo153. Pod koniec 1942 r. cała prasa ruchu ludowego, w kontekście akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie, zaczęła w alarmistycznym tonie publikować deklaracje, że ludność polska nie da się traktować "jak Żydzi" i w chwili zagrożenia stawi twardy opór154.

Zamglony obraz - Zagłada na prowincjiw centralnej i terenowej prasie AK

W często przywoływanym w literaturze artykule na temat prześladowań Żydów, który został opublikowany na łamach centralnego organu prasowego KG AK, "Biuletynu Informacyjnego", pod koniec kwietnia 1942 r., a traktował o przebiegu eksterminacji Żydów na Kresach Wschodnich, ziemiach wcielonych do Rzeszy i w GG155, nie ma żadnych odniesień do warunków panujących na terenach wiejskich, tak samo zresztą jak nawiązań do postaw ludności polskiej. Nie pojawia się tu motyw poszukiwania schronienia poza gettami, brak też wskazań dla polskiej ludności, jak reagować wobec zaistniałej sytuacji. Zabrakło ich również w następnych miesiącach - największego nasilenia mordu na polskich Żydach. Jeszcze mniej pisała na ten temat "Rzeczpospolita Polska" (organ prasowy Delegatury Rządu). Po części brak zainteresowania sytuacją na prowincji wynikał z przyczyn obiektywnych. Uwaga redaktorów, tak samo jak konspiracyjnych analityków, skupiała się na akcjach likwidacyjnych w największych gettach, na obozach pracy czy wreszcie ośrodkach zagłady w Bełżcu, Sobiborze i Treblince. Inaczej sprawa wygląda w wydawnictwach prowincjonalnych. Jesienią 1942 r., w okresie akcji likwidacyjnych gett w dystrykcie warszawskim, organ prasowy obwodu warszawskiego AK "Biuletyn Informacyjny Powiat" (wydanie P) zamieścił serię alarmistycznych materiałów dotyczących demoralizacji szerokich rzesz ludności chrześcijańskiej, w tym również chłopów ("spora liczba Polaków, nawet z dalszych wsi, rzuciła się na pozostawione przez Żydów mienie"). Ich tytuły: Wyrzutki społeczeństwa polskiego, Ohyda, mówią same za siebie. Materiały te nie zostały przedrukowane w wydaniu ogólnopolskim "Biuletynu Informacyjnego", mimo że jako pierwszy na temat demoralizacji na tym terenie pisał organ prasowy Stronnictwa Demokratycznego, redagowany przez osoby blisko współpracujące z BIP156. W podobnym duchu publikowała w tym samym czasie wydawana przez AK w Legionowie "Reduta". W tekście pt. Postępy spodlenia piętnowano zarówno udział Polaków w łapankach rodaków do pracy w Rzeszy, jak uczestnictwo w zaborze mienia żydowskiego: "Skoro tylko opustoszały żydowskie domy w likwidowanych przez Niemców gettach, ruszyły tam - informowano z oburzeniem - gromady szakali, aby kraść bez pamięci skrwawiony trupią dłonią przesiąknięty dobytek. [...] Rezultaty są naprawdę zatrważające. Nawet wyrostki 12-14-letnie handlują bez żadnej żenady zrabowanymi przedmiotami". Zjawisko to - zdaniem autorów tekstu - nie ogranicza się bynajmniej do marginesu społecznego. Nas jednak interesuje najbardziej zapis dotyczący ludności wiejskiej: "spieszyła nawet z odległych okolic do opustoszałych mieszkań, by rabować nawet drzwiczki z pieców, klamki itp.". Wymowa tekstu była jednoznaczna: "Nie możemy dopuścić, by męty i szumowiny splugawiły i rozkradły nam Polskę do reszty"157. Kilka dni później opisano wyłapywanie uciekinierów z gett: "W Legionowie i okolicy Niemcy nadal codziennie zabijają po kilku do kilkudziesięciu Żydów, którzy zbiegli przed wywiezieniem przy likwidacji tamtejszego getta, a obecnie są wyłapywani. W ub[iegłym] tygodniu wymordowano nad Wisłą koło Żerania 3 partie liczące 30, 40, 70 Żydów. Mniejsze grupy wybijane są w różnych miejscowościach, a najczęściej na terenie gminy Jabłonna". Zwrócono jednocześnie uwagę, że "[p]olicja niemiecka zmusza przy tym spędzonych do grzebania zwłok okolicznych Polaków do zdzierania z trupów ubrań i fakt ten fotografuje. Niewątpliwie zdjęcia te robione są na użytek niemieckiej propagandy, celem szkalowania Polaków przed innymi narodami"158. O szczegółach wyłapywania Żydów nie napisano. We wspomnianym "Biuletynie Informacyjnym Powiat" zamieszczono znacznie bardziej wyrazisty, a zarazem drastyczny opis. Oceniano tu, że podczas likwidacji getta w Legionowie do Radzymina 3 października 1942 r., a stamtąd do Treblinki wywieziono 930 osób. "Pozostałych 1200 rozpierzchło się po okolicznych lasach. Przez następne dwa dni trwała w okolicy obława połączona z wybijaniem złapanych Żydów. Postawa pewnej części Polaków była ohydna: zdarzały się przypadki przetrzymywania Żydów i oddawania ich w ręce niemieckie. Niemcy pozostawili denuncjatorom w nagrodę ubrania po zabitych, którym przed zastrzeleniem kazano się rozebrać. Spora liczba Polaków, nawet z dalszych wsi, rzuciła się na pozostawione przez Żydów mienie. [...] Początkowo Niemcy i policja granatowa bronili wstępu, przy czym kilkunastu Polaków zostało zastrzelonych. Później, prawdopodobnie po rozkradzeniu cenniejszych rzeczy przez policję niemiecką i granatową - rabunkom ludności nie przeciwdziałano"159. Ten krótki, lecz jakże wiarygodny zapis, pokazuje ogromną skalę ucieczek przed deportacjami - z Legionowa uciekła więcej niż połowa mieszkańców! - i zawziętość w ich wyłapywaniu, w którym uczestniczyli zarówno mieszkańcy okolicznych miasteczek, jak i chłopi.

W przeciwieństwie do "Biuletynu Informacyjnego Powiat" na łamach organu z Legionowa nie pojawiły się apele o aktywne przeciwdziałanie tym tendencjom. Daleko było jednak do bagatelizowania problemu "przerażającego poziomu moralnego mas": "Naród nasz dzięki swej postawie wobec wroga przez wzgląd na gehennę niewoli otoczył się aureolą męczeństwa i bohaterstwa, w jakiej widzą nas nasi sprzymierzeńcy i nasza emigracja. W świadomości tej aureoli sami szukamy pokrzepienia i podniety, zapominając niekiedy, że nie zwalnia nas ona - przeciwnie - zobowiązuje - do tym trudniejszej i usilniejszej dbałości o czystość duchowego oblicza naszego społeczeństwa. Zapomina się też często o tym, że wielu spośród nas tylko okoliczności zewnętrzne, często przypadkowe, wyniosły do rangi bohaterów, co nie rozgrzesza bynajmniej z błędów i wykoślawień etycznych"160. Jak tu nie zadumać się nad tym przesłaniem w kontekście takiej czy innej upraszczającej okupacyjną rzeczywistość współczesnej nam "polityki historycznej"? W poprzednim numerze "Reduty" pojawiła się informacja o utworzeniu "Żegoty": "Z inicjatywy szeregu organizacji społecznych z kół katolickich i demokratycznych organizuje się komisja pomocy dla Żydów, dotkniętych bestialskim prześladowaniem przez Niemców. Będzie się ona starała w miarę możności nieść pomoc ofiarom hitlerowskich gwałtów"161. Podawanie informacji o powstaniu związanej z Polskim Państwem Podziemnym instytucji pomocowej nie było bynajmniej regułą - nie zamieścił jej nawet organ prasowy Delegatury Rządu, przy czym trudno tłumaczyć tego rodzaju zaniechanie względami konspiracyjnymi. Publikacja w "Reducie" zasługuje na podkreślenie tym bardziej, że kilka miesięcy wcześniej, gdy w imię etyki chrześcijańskiej stanowczo potępiano bestialstwa Niemców i kolaborujących z nimi Litwinów i Ukraińców, deklarowano jednocześnie na jej łamach: "sami stoimy na stanowisku, że mielibyśmy wiele powodów do karania Żydów za ich stosunek do dzisiejszej Polski, a zwłaszcza za ich postawę w czasie okupacji sowieckiej"162. Niektóre przejawy demoralizacji spotkały się z próbą przeciwdziałania ze strony Kierownictwa Walki Cywilnej. Opisując grabienie trupów Żydów leżących wzdłuż linii kolejowej do Treblinki, zaapelowano "do mieszkańców naszych osiedli i wsi podwarszawskich, aby jeśli zauważą takich osobników, piętnowali ich natychmiast"163.

Pragnąc opisać reakcje lokalnej prasy konspiracyjnej na innych terenach, stajemy przed nie lada kłopotem, jako że prasa wydawana w tym okresie przez obwodowe struktury AK nie tylko była nieliczna, lecz w wielu wypadkach się nie zachowała. Okręg Lublin AK nie miał nawet własnego organu prasowego. Z kolei pismo będące organem prasowym Komendy Okręgu Radom-Kielce AK ("Żołnierz Wolności") nie zachowało się w ani jednym egzemplarzu!164 W wydawnictwie Okręgu Lwów AK eksterminacji Żydów aż do połowy grudnia 1942 r. poświęcono niewiele miejsca, nawet deportacje do Bełżca potraktowane zostały zdawkowo. Co z punktu widzenia naszego tematu najważniejsze - w ogóle nie pisano o postawach ludności wiejskiej, czy to polskiej, czy ukraińskiej. Nawet wtedy pojawił się tekst daleki od empatii wobec ofiar Zagłady i niepodejmujący w ogóle tematu ukrywania, i co gorsza, zawierający przeprowadzoną w duchu antysemickim rekapitulację stosunków polsko-żydowskich przed wojną, zgodnie z którą "kwestia żydowska" "domagała się rozwiązania, gdyż byliśmy krajem zbyt ubogim". Zarazem jednak nie tylko potępiono zbrodnię, ale i zdecydowanie podkreślono, że Żydzi pozostają obywatelami polskimi, i to niezależnie od ich postaw pod okupacją sowiecką165. Deklarację taką wydano, jak można przypuszczać, z myślą o przeciwstawieniu się nastrojom antysemickim.

Lepsza poznawczo sytuacja panuje w odniesieniu do dystryktu krakowskiego. W wielu miejscowościach aktywny udział w deportacjach brali junacy z Baudienst, co nie mogło pozostać niezauważone przez lokalną prasę konspiracyjną. We wrześniu 1942 r. organ prasowy Okręgu Kraków AK, "Biuletyn Informacyjny Małopolski", dwukrotnie pisał na ten temat, apelując: "Uchylaj się, jak możesz od służby budowlanej. Łapówki, chorowanie, spowodowanie lekkiego okaleczenia, to metody uwolnienia się od tej haniebnej katowni. Wytężaj spryt, szukaj sam możliwości. Staraj się oponować przeciw udziałowi w traceniu żydów, nie mogą cię zmusić do tego. Ojczyzna potrzebuje zdrowego moralnie pokolenia, a nie sadystycznych oprawców. Walcz, jak możesz i umiesz". Dwa tygodnie później eksterminacja Żydów stała się tematem artykułu wstępnego pod znamiennym tytułem Protestujemy! Pisano w nim o bierności społeczeństwa, sporadycznych przypadkach pomocy czy wreszcie o "żerowaniu na nędzy ludzkiej", potępiając popieranie polityki okupanta w jakiejkolwiek formie166. Na obecnym etapie badań nie wiadomo, czy i w jakim stopniu Baudienst była wykorzystywana w akcjach na terenach wiejskich w dystrykcie krakowskim167. Znacznie więcej miejsca poświęcano niechlubnej roli policji granatowej. Wśród nakazów KWC zamieszczanych na łamach krakowskiego organu BIP nakłaniano do unikania służby, trafnie przewidując, że zadaniem tej formacji będzie również "strzelanie do Żydów". Znalazły się tu także apele, tak jak gdzie indziej bezskuteczne, o niebranie udziału w grabieży mienia: "Powstrzymać siebie i innych od udziału w wykorzystaniu żydowskiego mienia pozostałego po szerzącym się tu i ówdzie pogromie. Masz ochotę zostać hieną czy szakalem, pomyśl, że wróg użyje momentu grabieży jako nowy argument swej propagandy antypolskiej"168. Napiętnowano też dwa przypadki ewidentnej kolaboracji: w Słomnikach, gdzie urządzono zbiórkę "jako podziękowanie za likwidację żydów", z której dochód przeznaczono na Wehrmacht, oraz suplikę do starosty powiatowego (Kreishauptmann) w Miechowie o dokończenie "odżydzenia" tej miejscowości169. Nie znajdziemy tu jednak odniesień do sytuacji na wsi. Zresztą od wiosny 1943 r. coraz rzadziej pojawiały się wzmianki na ten temat. Pojedyncze zapisy dotyczące takich zdarzeń pojawiały się co prawda w "Małopolskiej Agencji Prasowej" (w kwietniu wspominano na przykład o rozdawaniu Polakom odzieży pozostałej po Żydach i wyłapywaniu uciekinierów z gett przez policję granatową), lecz nie przedrukowywano ich na łamach krakowskiego organu AK170.

Niepokojące zjawiska i ich interpretacje

Nieobecność szczegółów dotyczących prześladowań Żydów na terenach wiejskich w najważniejszych organach prasowych ruchu ludowego i, w mniejszym stopniu, w centralnej prasie AK wymaga wyjaśnień, zwłaszcza w kontekście zapisów w innych źródłach. Związany z konspiracją AK-owską dr Zygmunt Klukowski ze Szczebrzeszyna już w połowie kwietnia 1942 r., czyli w pierwszych dniach akcji likwidacyjnych w tym rejonie, z niepokojem odnotował na kartach swego dziennika szczególnego rodzaju aktywność ludności wiejskiej podczas likwidacji gett na prowincji. Pojawia się tu zapadający w pamięć obraz wozów chłopskich ciągnących w kierunku obejmowanych akcjami miasteczek i czekających tam godzinami z nadzieją na uczestnictwo w łupach, zapisy o oddawaniu przez Żydów "mnóstwa rzeczy" na przechowanie "mieszczanom i chłopom", o panicznych ucieczkach na wieś i wszechogarniającym strachu przed udzielaniem pomocy, nawet za pieniądze. O wiele bardziej drastyczne sceny rozgrywały się podczas drugiej fazy zagłady na Lubelszczyźnie jesienią 1942 r. Tym razem ludność wiejska brała czynny udział w wyłapywaniu uciekających Żydów: "Do aresztu miejskiego wciąż przyprowadzają pojedynczych Żydów złapanych w mieście, we wsiach, w lesie - zapisał Klukowski 4 listopada 1942 r. - [...] Niektórych Żydów chłopi zabijają po wsiach, bojąc się ukrywać ich u siebie. To samo robią z nimi różni "bandyci""171. W późniejszych o trzy tygodnie wpisach pojawiają się też sformułowania o bandach komunistyczno-żydowskich, do których przyłączają się Żydzi, co z kolei miało prowadzić do wzrostu antagonizmu między nimi a ludnością wiejską: "Wśród "bandytów" jest sporo Żydów. Chłopi w obawie przed represjami wyłapują Żydów po wsiach i przywożą do miasta albo nieraz wprost na miejscu zabijają. W ogóle w stosunku do Żydów zapanowało jakieś dziwne zezwierzęcenie"172. Fakt, że zapisy o wyłapywaniu uciekinierów pojawiają się w dzienniku przez wiele dni, świadczy o dużej liczbie ucieczek, a także o "aktywności" ludności wiejskiej i małomiasteczkowej.

Obserwacje Klukowskiego, o czym doskonale wiedzą czytelnicy jego dziennika, dotyczyły przede wszystkim postaw i zachowań ludności małomiasteczkowej, niemniej odnosi się to także do polowań na Żydów urządzanych na wsiach, w których uczestniczyły grupy miejskich "pomagierów". Inaczej rozłożone są akcenty w dzienniku prowadzonym jesienią 1942 r. przez Stanisława Żemińskiego, nauczyciela z Łukowa - wiele partii jego tekstu jest poświęconych czynnemu uczestnictwu ludności wiejskiej w polowaniach na Żydów. Pisze on o brutalnym zachowaniu "straży obywatelskiej" w jednej z miejscowości, którą obarczono obowiązkiem zorganizowania deportacji Żydów do punktu koncentracji - o pastwieniu się nad ofiarami, grabieży mienia, przygotowaniach do polowania na ukrywających się w lasach uciekinierów, by w nadziei na wypłatę przyobiecanych nagród doprowadzić ich do aresztu gminnego. Nie wiadomo, czy autor tego wstrząsającego dziennika był członkiem konspiracji, na podstawie samego tekstu nie sposób tego stwierdzić, był natomiast naocznym świadkiem zdarzeń rozgrywających się na wsi173.

Oceny Klukowskiego i Żemińskiego ujrzały światło dzienne, i to w wersji ocenzurowanej, dopiero w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Inaczej jest w wypadku obserwacji poczynionych jesienią 1942 r. przez Zofię Kossak, liderkę niewielkiej, choć zajmującej ważną pozycję w strukturach konspiracyjnych organizacji katolickiej o nazwie Front Odrodzenia Polski. W wydanym w formie broszury tekście Dzisiejsze oblicze wsi znalazł się również passus poświęcony postawom wsi wobec Żydów. Zanim jednak do niego przejdziemy, koniecznych jest kilka uwag ogólnych, jako że autorka przedstawiła ogólną diagnozę dotyczącą całego kompleksu zjawisk na okupowanej wsi. W punkcie wyjścia zwróciła uwagę na osłabienie kontaktów między wsią a miastem, nawet w wypadku działaczy ludowych. Z tego powodu wieś, już przed wojną głęboko podzielona wewnętrznie, stała się "duchowo samowystarczalna, żyje swoim życiem, zdąża swoimi drogami, nie dbając o nieznanych jej i nieobecnych kierowników". Działalność konspiracyjna podejmowana jest sporadycznie, pozostając co gorsza bez większego wpływu na funkcjonowanie wsi. Wzajemne antagonizmy wskutek obowiązywania systemu kontyngentowego uległy pogłębieniu. Terror niemiecki z jednej strony doprowadził do pogłębienia uczuć narodowych, z drugiej do ugruntowania resentymentów i oczekiwania na zmianę, "na klęskę Niemców i połączony z nią dzień załatwienia wszelkich rachunków, zapłacenia wrogom, powetowania krzywd doznanych. Na moment wyżycia się. Na czym to wyżycie będzie polegać, wieś nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Nagłe rozprężenie może się wyładować, zależnie od warunków lokalnych, na Niemcach, na volksdeutschach, wysiedleńcach, żydach, dworze, właścicielu młyna, tartaku, gospody, sklepu. Zawsze jednak marzenie o tym dniu łączy się z pojęciem czyjejś likwidacji". Wśród głównych bolączek wsi Kossak-Szczucka wymieniła: całkowite załamanie systemu edukacji, negatywną rolę elementów napływowych (przesiedleńców z ziem wcielonych do Rzeszy), biedę i plagę donosicielstwa. "Ta sama baba czy chłop - pisała autorka - gotowi rozszarpać Niemca własnymi rękami, lecą do niego z ozorem o byle co, składając donos na sąsiada, sąsiadkę, nauczyciela, księdza, sołtysa... W donosach nie ma miary ni ograniczenia. Donosy o zakopanej broni, o czytanej gazetce, zabitej potajemnie świni, o bezprawnie zmielonej mące, o skradzionym drzewie, o lekceważącym odezwaniu się o Niemcach, o prawdopodobnej przynależności do tajnej organizacji - piętrzą się, gromadzą w pliki, stosy na biurkach Gestapo. Niemcy ukazują te akta, nie ukrywając pogardy". Równie dramatycznie zabrzmiał fragment traktujący, by użyć jej sformułowań, o "stosunku psychicznym" do "kwestii żydowskiej" w toku wojny: "początkowo zachowanie się chłopów wobec zbrodni popełnianych przez Niemców było ludzkie, logiczne i zrozumiałe. Wyrażało się ono w śpiesznym zajmowaniu opróżnionych przez żydów placówek, kształceniem młodzieży w rzemiosłach będących dotąd wyłącznie przywilejem żydów, jak czapnictwo lub krawiectwo, a równocześnie w bardzo chrześcijańskim udzielaniu pomocy głodomorom zbiegłym z getta. [...] Tak było jeszcze w 1941 r. Dzisiaj bestialstwa niemieckie stępiły wrażliwość wsi. Odebrały pewność sądu. Piorun nie spada z nieba, nie zabija morderców dzieci, krew nie woła o pomstę. Może to prawda, że Żyd jest tworem wyklętym, na którym zbrodnia popełniona uchodzi bezkarnie. W związku z tym mnożą się, niestety, wypadki czynnego współdziałania chłopów w eksterminacyjnej akcji niemieckiej. To precedens bardzo groźny"174. Brak tu odniesień do denuncjowania osób przechowujących Żydów.

Zwróćmy uwagę na język, argumentację, a wreszcie wnioski sformułowane przez autorkę Krzyżowców. Przedwojenne antysemickie klisze o zajmowaniu "opróżnionych placówek" i pozbawianiu Żydów dotychczasowych "przywilejów" maskują bezwzględną aryzację własności przebiegającą w atmosferze terroru. Takie czy inne "kursy przysposobienia zawodowego" organizowane były rzecz jasna przez władze lokalne175. Radykalna zmiana struktury społecznej traktowana jest tu, trudno przynajmniej oprzeć się takiemu wrażeniu, w kategoriach sprawiedliwości dziejowej. Można by nawet zgodzić się z tezą o "logicznej i naturalnej" postawie ludności chrześcijańskiej, bo ktoś przecież musiał zająć "opróżnione" przez Żydów miejsce. Pewien niepokój wywołuje natomiast, zwłaszcza u pisarki katolickiej, brak moralnych wątpliwości wobec dokonującego się bezprawia176. Określenie "ludzka" nie było z pewnością synonimem "humanitarna", wychwalanie zaś odruchów miłosierdzia to bardzo niewiele. Radykalizacja postaw chłopów wobec Żydów - od owej swoiście pojętej empatii do przejawów otwartej wrogości - miała według Kossak zajść w 1942 r. Diagnoza ta jest w wielu punktach zbieżna z zapisami mającego znacznie lepszy ogląd sytuacji Klukowskiego, dokumentującego pogłębiającą się od początku okupacji niemieckiej obojętność i wrogość ludności chrześcijańskiej do Żydów, która osiągnie apogeum w dniach likwidacji dzielnicy żydowskiej. Szczebrzeszyński lekarz wśród motywów skłaniających chłopów do uczestnictwa w polowaniach na Żydów wskazał strach i chciwość podsycaną przez system nagród. Motyw ten pojawia się w wielu dokumentach konspiracyjnych177 i powojennych relacjach. Pisze o tym na przykład w swoich powojennych wspomnieniach profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Józef Kruszyński, sprawujący funkcję wikariusza generalnego diecezji lubelskiej, wymieniając kwotę 500 RM i litr spirytusu, za które różni "wykolejeńcy" gotowi byli wydawać ukrywających się Żydów178. Autora tego przywołuję nie bez przyczyny. Kruszyński, przed wojną wojujący antysemita, nie wiązał przypadków działań czy odruchów antyżydowskich ani z indoktrynacją antyżydowską, ani tym bardziej z nauczaniem Kościoła, nie mówiąc już o wkładzie własnym. W jego ocenie patologie miały stanowić pokłosie stosunków okupacyjnych. Również z punktu widzenia Zofii Kossak, nadal zdeklarowanej antysemitki, co widać w innych jej tekstach napisanych w 1942 r., nie było między przedwojennym antysemityzmem a patologicznymi postawami związku przyczynowo-skutkowego. Podświadomie jednak zdradza ją język - z punktu widzenia nazistów Żydzi nie byli bynajmniej "tworem wyklętym" w sensie religijnym. Wpływ nauczania Kościoła (i prawicy) na okupacyjne postawy ludności dostrzegał natomiast wspomniany wcześniej Żemiński. 16 listopada 1942 r. zapisał, komentując dominującą jego zdaniem obojętność i satysfakcję Polaków wobec dokonującej się zbrodni: "Nasza endecja ze wszystkimi przybudówkami może być dumna ze swego posiewu. Kościół rzymskokatolicki nareszcie święci swój triumf. Winszuję 2 tysiącleci"179. Wracając jednak do Kossak - pisze ona nie tylko o całkowitej bezkarności niemieckich sprawców, ale również o powtarzających się "wypadkach czynnego współdziałania". Przy tej okazji, w przeciwieństwie do donosicielstwa, które powinno spotkać się z ostrą reakcją podziemia ("pomogłaby groźba, poparta wykonaniem wyroku na kilku denuncjatorach"), nie pojawia się wezwanie do przeciwdziałania. Pobrzmiewa tu echo wcześniejszych apeli publikowanych na łamach organu prasowego FOP, w których napiętnowano również przypadki nagannych zachowań ludności wiejskiej. W lipcu 1942 r. "Prawda" w rubryce pod znaczącym tytułem "Pręgierz" zamieściła dwa wiejskie epizody. W jednym z rejonów GG "garstka skazańców zdołała zbiec i ukryć się w sąsiednich lasach państwowych. Koczowali tam pewien czas, ukrywając się jak dzikie zwierzęta, w nocy wychodząc do okolicznych wsi żebrać po ziemniaki i chleb. Kilku polskich wiejskich wyrostków znalazło kryjówkę zbiegów. Najpierw ograbili ich doszczętnie, potem wydali żandarmom. Policja niemiecka otoczyła las i wystrzelała wszystkich Żydów. Tak postąpili polscy chłopcy, synowie gospodarzy, komorników i wysiedleńców". Sytuacja została uznana za poważną w kontekście panującej zmowy milczenia: "Nie mamy wprawdzie żadnej możliwości, by słowa nasze dotarły do winowajców względnie ich rodziców. Kołaczemy jednak usilnie do duchowieństwa, nauczycieli, wszystkich czytelników w ogóle, by uświadomili jak najszersze warstwy o zbrodniczości podobnych postępków. Te sprawy nie są dostatecznie omawiane, naświetlane - tajna prasa raczej się nimi nie zajmuje. Jakże się bowiem dziwić wyrostkom, skoro w innej miejscowości w sandomierskiej diecezji zdarzyło się, że ksiądz poradził chłopom zawiadomić posterunek policji, iż po wsi pęta się żydówka zbiegła z getta. Policja zabiła żydówkę jak psa. Ksiądz stał się winnym mordu. Ksiądz wydał wyrok śmierci na nieszczęsną". Czyniąc zastrzeżenie, że należy to traktować jako przypadek odosobniony, gdyż postawa ogółu duchowieństwa była "tak szczerze chrześcijańska, kilku księży zginęło za to, że wstawili się za Żydami lub usiłowali ich ukryć", opisana sytuacja "była dowodem straszliwego pomieszania pojęć, przenikania idei niemieckich w psychikę polską, a do tego doprowadzić nie wolno"180. Trzy miesiące później Kossak zapisała: "Żydzi z Wołomina, Otwocka i innych podwarszawskich osiedli, od kilku tygodni ukrywający się po lasach jak dzikie zwierzęta, udręczeni głodem i zimnem, doprowadzeni do ostatecznej rozpaczy, zgłaszają się sami na posterunki policyjne na "rozstrzał". Stwierdzono kilka takich wypadków. W jednym zgłosiła się cała grupa. - Zabijcie nas. Wolimy śmierć niż takie życie"181. Opisana sytuacja nie wymagała komentarzy. Bezsprzecznie, Zofia Kossak jako pierwsza odważyła się napisać wprost o "wstydliwym milczeniu prasy konspiracyjnej"182. Zwróciła również uwagę na karygodne zachowanie duchownego, a także na powinności Kościoła w obliczu Zagłady, co pozostawało bez precedensu. Tezy przedstawione w broszurze Dzisiejsze oblicze wsi, podobnie jak artykuły z "Prawdy" nie zostały poddane krytyce w prasie ruchu ludowego. Przemilczano je również w innych pismach konspiracyjnych183. Nie ma jednak racji autorka biografii Kossak, że prasa konspiracyjna milczała o kolaboracji przy mordowaniu Żydów "przez całą okupację i po wojnie"184. Publikacje "Prawdy", jak można przypuszczać, miały pewien wpływ na zmianę traktowania tematu. Tezę o milczeniu można odnieść natomiast do prasy centralnej ruchu ludowego.

Należy też odnotować doniesienia o zachowaniach ludności chłopskiej w obliczu akcji likwidacyjnych, pojawiające się w opracowywanych na przełomie 1942/1943 r. przez "Oneg Szabat" konspiracyjnych biuletynach "Wiadomości". Przynoszą one czarny obraz sytuacji na prowincji: "niestety, wielu uciekinierów żydowskich z Treblinki nie osiąga celu swej podróży [getta warszawskiego - D.L.], gdyż okoliczna ludność chłopska chwyta większość napotkanych Żydów i bądź ich obrabowuje doszczętnie i puszcza wolno, bądź też wiąże i odsyła z powrotem do Treblinki". Zapis ten powstał na podstawie relacji uciekinierów z transportów lub z samego obozu. Problemem pozostaje wskazanie źródeł innych doniesień. Te z dystryktu warszawskiego powstawały zapewne na podstawie relacji Żydów trafiających do getta. Odnotowano utworzenie w okolicach Jadowa grupy przetrwania, sugerując, że jej celem było "zapewnienie bezpieczeństwa ludności żydowskiej kryjącej się w lasach, a szantażowanej przez zdemoralizowaną miejscową ludność polską". W notatce z Lublina donoszono o nagrodach dla chłopów wyłapujących Żydów (trzy litry wódki i jakaś gratyfikacja finansowa). Zapis ten opatrzono znamiennym komentarzem: "Chłopi - zdemoralizowani przez prasę gadzinową i ciągłą jawną i czynną akcją antyżydowską, a pozbawieni odpowiednich wskazań i instrukcji miarodajnych czynników, dają się chwytać na lep propagandy i sztuczek hitlerowskich. Zbyteczne chyba jest dodawać, że wszyscy schwytani Żydzi zostają zabici i pogrzebani na miejscu egzekucji - na podwórzu, placu, obok ubikacji czy rowie przydrożnym". Redaktorzy biuletynu byli czytelnikami polskiej prasy konspiracyjnej (wiele egzemplarzy zachowało się zresztą w archiwum getta), a co za tym idzie, ich pretensje do Polski Walczącej o brak przeciwdziałania negatywnym tendencjom szerzącym się w społeczeństwie polskim były jak najbardziej uzasadnione. Pewną nadzieją napawała jedynie sytuacja w Kieleckiem, "gdzie w odróżnieniu od postawy ludności innych dzielnic kraju stanowisko Polaków jest nacechowane [...] prawdziwą życzliwością i ciepłem". Zupełnie inaczej było w powiecie radzyńskim. Ludność miasta odniosła się do doświadczanego przez Żydów dramatu "z życzliwą obojętnością", w przeciwieństwie do chłopów, których stosunek był "wrogi, i to aktywnie wrogi". Składający relację uciekinier z Treblinki został schwytany przez kilkudziesięciu chłopów "uwijających się wzdłuż toru kolejowego", którzy okradli go i pobili, a następnie dołączyli do większej grupy schwytanych Żydów i pognali do Łukowa. 8 listopada 1942 r. przebywało tam 200 skazańców. Po trzech dniach wszyscy zostali rozstrzelani185. Konspiracyjny biuletyn "Wiadomości" przeznaczony był nie tylko dla ludności getta, ale służył również informowaniu polskiej konspiracji. W polskiej prasie konspiracyjnej nie napotkałem jednak tekstu, nawet o charakterze informacyjnym, o zagrożeniach czyhających na uciekinierów z Treblinki. Jeśli pisano o patologiach, to w odniesieniu do funkcjonariuszy policji granatowej i członków ochotniczej straży pożarnej.

Jak było w Pińczowie

W jaki sposób terenowe struktury polskiego podziemia reagowały na opisaną sytuację? Niestety, w odniesieniu do pierwszej połowy roku 1942 dysponujemy jedynie fragmentarycznymi raportami lubelskiej AK. Siłą rzeczy sprawozdania dotyczące rozpoczętej w połowie marca 1942 r. eksterminacji Żydów musiały traktować o kwestiach najistotniejszych - deportacji z Lublina i okolicznych miasteczek oraz funkcjonowania ośrodka zagłady w Bełżcu. Niemniej w materiałach można odnaleźć takie czy inne odniesienia do sytuacji na wsi. Znalazły się one zarówno w wysłanym 16 kwietnia 1942 r., tuż po zakończeniu akcji likwidacyjnej w lubelskim getcie, szczegółowym raporcie z informacjami na temat jej przebiegu, jak też w sporządzonym nieco później przez Komendę Okręgu Lublin AK raporcie sytuacyjnym za kwiecień, przynoszącym opis procesu eksterminacji w powiatach lubelskim, włodawskim, krasnostawskim i lubartowskim: "Sprawa wysiedlania Żydów z miast i wywożenie ich w nieznanym kierunku [do Bełżca - D.L.] wywołują panikę wśród nich i chęć ukrycia się na pewien określony czas wśród ludności polskiej. Ponieważ ludność polska z reguły odmawiała, przeto Żydzi mają żal do Polaków, że w krytycznych dla nich chwilach nie przyszli im z pomocą. W związku z tym daje się słyszeć takie zdanie: "Nu, jeszcze się wojna nie skończyła, jeszcze nie wiecie, czy będziecie lepsi od nas". Za przechowanie chcieli płacić duże sumy". W drugim ze wspomnianych dokumentów zaznaczono, bez wchodzenia w szczegóły, że nawet za sumę 120 000 zł nie udało się Żydom znaleźć informatora, który zgodziłby się zdobyć szczegółowe dane o zbrodniach dokonywanych w Bełżcu. Jest wysoce prawdopodobne, że w tych passusach - usuwanych, dodajmy, z edycji źródłowych w PRL - mowa o próbach ukrywania się na terenach wiejskich, zwłaszcza gdy porównamy ten zapis z dziennikiem Klukowskiego. Brak tu jednak informacji o postawach ludności miejscowej, które tak bardzo zaniepokoiły szczebrzeszyńskiego doktora. Co więcej, jak słusznie zauważył lubelski historyk Adam Puławski, w owej całkowicie nowej sytuacji komenda okręgu nie zwróciła się do centrali o jakiekolwiek wytyczne dla polskiego społeczeństwa, mimo iż domagano się takowych w związku z innymi przejawami polityki okupanta (np. rekrutacją do pracy w Rzeszy) czy działalnością partyzantki sowieckiej186.

Nie wiadomo, czy sytuacja zmieniła się w następnych miesiącach, jako że nie zachowały się kolejne sprawozdania miesięczne AK z Lublina i wchodzących w jego skład obwodów187, tak samo jak dokumentacja z innych okręgów (lwowskiego i krakowskiego), gdzie w tym okresie przeprowadzana była akcja likwidacji gett i deportacje do Bełżca. W jedynym zachowanym materiale ze Lwowa spisanym już latem 1942 r., choć mowa w nim o obojętności Polaków wobec losu Żydów ("Ogromna większość społeczeństwa polskiego zajmuje stanowisko wrogie w stosunku do Żydów lub co najmniej negatywne") i radości z powodu przejęcia żydowskiego majątku, brak prawie odniesień do postaw ludności wiejskiej. Wspomina się tylko o handlu z gettem, który osłabł na skutek "wyczerpania wsi z zapasów produktów żywnościowych oraz systematycznych obław na dostawców prowiantów do miast"188.

Znacznie lepiej zachowały się źródła z niektórych obwodów ZWZ-AK wchodzących w skład okręgu krakowskiego. W Archiwum Akt Nowych przechowywane są miesięczne sprawozdania dotyczące sytuacji na terenie obwodu pińczowskiego AK w okresie od listopada 1942 do marca 1944 r.189, sygnowane pseudonimem "Bey" (N.N.)190. Te odręczne, miejscami trudne do odczytania sprawozdania zawierają ogólne oceny stosunku ludności wiejskiej do Żydów w okresie likwidacji gett, a później ukazują nastawienie chłopów wobec uciekinierów. Dają też, co nie jest bez znaczenia, pojęcie o postrzeganiu sytuacji przez członków terenowych ogniw Armii Krajowej i ich sposobie myślenia. Są to, biorąc pod uwagę stan zachowania terenowej dokumentacji AK, materiały unikatowe191. Interesujące nas treści pojawiały się w trzech działach tych sporządzanych według szczegółowej instrukcji sprawozdań: regularnie w rubryce "Mniejszości narodowe", rzadziej w rubrykach "Społeczeństwo własne" i "Komuna". Pierwszy z tych raportów, z listopada 1942 r., przygotowany został bezpośrednio po likwidacji ostatnich skupisk żydowskich na tym terenie - w Działoszycach i Kazimierzy Wielkiej: "zasadniczo akcja jest zakończona [...]. Wielu jednak błąka się po lasach i polach, zgłaszający się do miasteczek są z miejsca rozstrzeliwani. [...] Żydzi z zadziwiającą biernością i fatalizmem [słowo nieczytelne] odnoszą się do całej akcji i nadal zgłaszają się na posterunki policji i żandarmerii. Nieliczna garstka usiłowała przechować się u ludności celem połączenia się z bandami dywersyjnymi. Jedynie żydzi komuniści wykazywali większą aktywność, starając się zaopatrzyć w broń (ceny na broń krótką 10 tys., maszynową 30 tys.)192. Kierowali się na wschód, pomoc w tym okazywali im miejscowi komuniści". Kolejny passus dotyczy postaw ludności miejscowej: "Ludność żydowska uważa, że główną przyczyną ich nieszczęść jest ludność polska, która pobudza Niemców do coraz większych represji. Ludność polska, ogólnie biorąc, chętnie widzi tępienie Żydów, nastroje te spowodowali poniekąd i sami Żydzi, którzy nic nie chcieli sprzedawać ludności chrześcijańskiej, a niejednokrotnie w [obecności] Polaków (nabywców) otrzymane pieniądze za towary rwali. Nastroje antysemickie są [...] podsycane przez Niemców, całe mienie ruchome pozostałe po Żydach sprzedano za bezcen ludności polskiej. Ostatnio rozpowszechniane są celowo pogłoski o wyznaczeniu zakładników193 po wsiach, którzy są odpowiedzialni w wypadku przechowywania przez kogokolwiek żyda - rezultat ten, że chłopi doprowadzają Żydów na posterunki"194. Niektóre interpretacje autora, zwłaszcza dotyczące braku "kooperacji" ofiar z palącą się do przejmowania za bezcen ich własności polską ludnością, trudno nazwać inaczej niż kuriozalnymi. Odniesienia do akcji likwidacyjnych pojawiły się w listopadowym sprawozdaniu "Beya" jeszcze dwukrotnie. Zapis w części poświęconej działalności komunistów należy potraktować wręcz jako donos: "W związku z likwidacją żydów miejscowi komuniści okazali im daleko idącą pomoc, uciekających przekazywano organizacji na terenie szczytnickiego powiatu (Busko). Zajmowali się tym w szczególności niejaki Trzcina, gospodarz we wsi Nowa Wieś, Gałęziowski Jan, zam. Włochy, Pilarek, zam. Podlisz". Wreszcie, w części poświęconej "bandom dywersyjnym" znalazła się informacja o utworzeniu w lasach ordynacji Wielopolskich w Chrobrzu "bandy z Żydów. Dotychczas zanotowano jeden przypadek rabunku"195.

W grudniu 1942 r. "Bey" raportował: "Pojedynczy żydzi błąkają się po wsiach i lasach, ostatnio wykryto większą grupę w [nieczytelne] gdzie ukrywali się w rozpadlinach terenu, korzystając oczywista z pomocy ludności wiejskiej. 34 żydów zostało przy tym rozstrzelanych"196. Brak jednak szczegółów na ten temat. Na początku 1943 r. roku pojawiły się zapisy dotyczące gospodarczego kontekstu wyeliminowania Żydów ze struktury społecznej: "Po likwidacji Żydów na krótki czas [handel] zamarł prawie zupełnie, obecnie powiernicy prowadzą odziedziczone po Żydach interesy, jednak sklepy są zupełnie pozbawione towarów, na tzw. pasku [czarnym rynku - D.L.] jest równie trudno o wszelki towar pierwszej potrzeby, jak odzież, a zwłaszcza skórę. Gros bowiem tych towarów zniknął z rynku wraz z Żydami. Stan ten wpłynął niekorzystnie na położenie ludności wiejskiej w szczególności". W styczniu 1943 r. sytuacja niewiele się zmieniła: "Nadal pojedynczy Żydzi błąkają się po polach i lasach. Na skutek zarządzeń starosty miechowskiego Szmidta zastosowano akcję oczyszczającą [...]. Gminy otrzymały nakaz powiadomienia ludności przeszukania przez poszczególnych gospodarzy pól [tak w oryginale - D.L.]. Na skutek tego chłopi wyłapują Żydów, egzekucji dokonują przeważnie policjanci granatowi. Ostatnio przeprowadzono rozstrzelania 8 Żydów w [nazwa miejscowości nieczytelna - D.L.], gmina Boszczynek, 5 w Topoli, 1 w miejscowości Skalbmierz". W dalszej części sprawozdania pojawił się inny charakterystyczny motyw: "złapani Żydzi przez żandarmerię sypią Polaków, którzy ich ukrywali. Wypadek tego rodzaju miał miejsce na terenie gm. Góry oraz w Wiślicy, gdzie 21 I dokonano aresztowań 10 osób za przechowywanie Żydów lub ich mienia. Ponadto Żydzi ukrywający się w bunkrach k. Pińczowa niejednokrotnie u chłopów orientują [tak w oryginale - D.L.], a niejednokrotnie wiedzą o pracy org. BCh, w związku z tym nawet ostrzeżono władze BCh"197. Do tej sprawy jeszcze powrócę.

Ocena nastrojów na wsi z połowy marca 1943 r. była wyjątkowo jednoznaczna: "Stosunek wzajemny społeczeństwa - bez zmian, podkreślić jednak należy wzrastający w masach chłopskich antysemityzm. Chłopi zdają sobie sprawę, że powrót Żydów zamknie im drogę do miast i handlu. Toteż częste są wypadki wyłapywania przez ludność wiejską ukrywających się Żydów i oddawania ich w ręce policji [granatowej - D.L.], a niejednokrotnie i żandarmerii". I dalej: "Niedobitki Żydów tułają się po polach, ludność raz na skutek wybitnie antysemickiego nastawienia, secundo w obawie przed represjami wydaje ich w ręce policji granatowej lub żandarmerii. W okresie sprawozdawczym zanotowano szereg wypadków doprowadzania Żydów na posterunki policji, gdzie są następnie likwidowani"198. Z zapisu wynika, że to antysemityzm był w poczynaniach ludności wiejskiej czynnikiem decydującym. W następnych sprawozdaniach "Beya", do których będę jeszcze powracał, pojawiały się zarówno zapisy o wyłapywaniu kolejnych Żydów, jak i oskarżenia o prowadzenie przez uciekinierów działalności "bandyckiej" oraz informacje o innych podejrzeniach żywionych wobec nich przez miejscową ludność.

Co jest w tych zapisach charakterystyczne, to z jednej strony brak empatii wobec prześladowanych Żydów, z drugiej zaś bierność wobec antysemityzmu i zachowań patologicznych oraz traktowanie ich jako zjawisk całkowicie nieuniknionych. Sprawozdawca nie zawsze jednak ogranicza się do suchej relacji o opisywanych zdarzeniach, niekiedy powtarza plotki i pogłoski, których prawdziwości nie stara się weryfikować. Żydzi przedstawiani są jako źródło zagrożenia. Co więcej, AK najwyraźniej ostrzegała miejscowych BCh-owców o niebezpieczeństwie grożącym im jakoby ze strony Żydów.

Puzzle - zawartość biuletynów wewnętrznych AK

Raporty takie jak cytowane w poprzednim podrozdziale stawały się podstawą sprawozdań okręgowych, a te z kolei materiałów informacyjnych sporządzanych w Warszawie. Przyjrzyjmy się zatem traktującym o wsi notom zamieszczanym w biuletynach wewnętrznych opracowywanych w KG AK. Odnotowują one różne zdarzenia z całego okupowanego kraju i przynoszą o wiele bardziej niejednoznaczny obraz wsi aniżeli prasa konspiracyjna. Z uwagi na charakter tych wydawnictw znajdziemy w nich nie sądy ogólne, lecz informacje dotyczące jednostkowych zdarzeń. Pierwszy zapis poświęcony sytuacji na wsi pojawił się w "Informacji Bieżącej" już w połowie kwietnia 1942 r. Dotyczył okolic Sandomierza, gdzie nie przeprowadzano jeszcze akcji likwidacyjnych: "Meldują [lokalne struktury - D.L.], że z reguły Żydzi ujęci poza gettem bez przepustki są zabijani bez sądu na miejscu. Gdy zdarzały się morderstwa Żydów, dokonywane przez chłopów dla rabunku, władze śledcze niemieckie ograniczały się do stwierdzenia, że zabici są Żydami199. Sprawcy, jak z tego wynika, pozostawali całkowicie bezkarni. Problem postaw ludności wiejskiej siłą rzeczy był kwestią bolesną, lecz w kontekście nasilających się prześladowań Żydów mało istotną. Później, w przededniu deportacji w Sandomierskiem zapisano: "Trwa ściąganie Żydów ze wsi do miasta, co jest wstępem do [ich] likwidacji. Ginie przy tym wiele dzieci, starców, chorych, zabijają niezdolnych podczas marszu"200. Kolejne odniesienia do sytuacji na wsi pojawiły się dopiero przy okazji relacji z przebiegu rozstrzelania przez żandarmerię Żydów z Mszany Dolnej (dystrykt krakowski), gdzie na polecenie władz niemieckich polskie władze lokalne urządziły "akademię" z okazji odżydzenia miejscowości201. Pojawiały się informacje o ucieczkach Żydów do lasów i urządzanych na nich obławach. W połowie października 1942 r. donoszono o polowaniach na Żydów w następstwie "wielkich ucieczek" z Radzymina i Wołomina z komentarzem: "chłopi gdzieniegdzie ukrywają Żydów z dużym ryzykiem, czasem ich jednak grabią"202. Pod koniec roku podano, że w powiecie kraśnickim do wyłapywania "band żydowskich" użyto miejscowych strażaków, którzy "godzili się na tę funkcję bez oporów"203. Tylko w drugiej połowie października 1942 r. w okolicach Otwocka, o czym doniósł "Aneks", wytropiono około 300 Żydów. Żadnych szczegółów na ten temat nie podano204. Nie podjęto próby całościowego opisania zjawiska sygnalizowanego przez przytoczone przykłady.

Jeszcze bardziej zdawkowo o sytuacji na wsi informował drugi z biuletynów wewnętrznych redagowanych przez BIP, "Agencja Prasowa". Tutaj jednak pojawiły się teksty dotyczące generaliów. W alarmistycznym artykule napisanym w reakcji na grabież żydowskiego mienia w Warszawie, zamieszczonym pod koniec października 1942 r., znalazł się również akcent wiejski: "O podobnych wypadkach zbiorowego braku czy zaniku uczciwości i poczucia człowieczeństwa donoszą nam z różnych stron kraju. Jesteśmy m.in. w posiadaniu relacji z krakowskiego, gdzie w czasie przesiedleń żydów z małych miejscowości do miast powiatowych - ludność wiejska spieszyła nawet z odległych okolic do opuszczonych mieszkań, by rabować nawet drzwiczki z pieców, klamki itp."205. Zaprezentowana dwa tygodnie później oficjalna wykładnia dotycząca negatywnych zjawisk, jakie ujawniły się w okresie akcji likwidacyjnych (mimo iż tekst nie był opatrzony kryptonimem "Ignis" wskazującym na stanowisko dowództwa AK), przynosiła jednak inne zgoła wnioski: "Akcja likwidowania żydów na terenie GG dobiega końca. [...] Wypadki chwytania zbiegów żydowskich i oddawanie ich w ręce katów przez ludność polską należą do najzupełniej wyjątkowych (zdarzenie takie miało miejsce w powiecie jędrzejowskim). Natomiast pod innym względem część społeczeństwa polskiego nie wykazała dostatecznego wyrobienia etycznego [...], a mianowicie rzucano się do grabienia własności pożydowskiej". Podano przykłady z dystryktu radomskiego: "Niemcy wykorzystali chytrze ten objaw i na terenie Kielecczyzny nie dopuścili do swobodnej grabieży, lecz urządzili licytację rzeczy żydowskich (po wybraniu z nich przedmiotów cenniejszych). Na licytacjach takich panował wielki ścisk, gdyż niestety b[ardzo] wielu Polaków nie zdawało sobie spawy z tego, że kupowanie na takiej licytacji jest wspieraniem okupanta, a nabywanie rzeczy od mordercy trzeba co najmniej zakwalifikować jako paserstwo"206. Wykładnia ta kłóci się nieco z tym, co napisano tydzień później, lecz i tutaj kwestia przejmowania mienia pożydowskiego przedstawiana była jako najważniejsza: "Poziom moralny mas polskich jest wręcz przerażający. Nie pomniejsza znaczenia tragicznej prawdy fakt, że winę za ten stan rzeczy ponosi przede wszystkim okupant, który z całą świadomością dąży do wyniszczenia nas wszechstronnie, a więc i w dziedzinie moralności. O postępach deprawacji świadczą najwymowniej omawiane już w tym miejscu wypadki masowego grabienia pożydowskiego mienia, udziału polskich funkcjonariuszy w obławach na Polaków, pędzonych przymusowo na roboty, orgia paskarstwa, wyzysku itd. [...] Deprawacja dotyczy nie tylko niewyrobionych mas, ale i tych legitymujących się rzekomym patriotyzmem"207. Wszystko to potwierdza raz jeszcze tezę o całkowitej bezradności polskiej konspiracji wobec opisywanych zjawisk.

Wiosną 1943 r. gwałtownie zwiększyła się liczba uciekinierów na tereny wiejskie z likwidowanego getta warszawskiego. Zjawisko to wyglądało znacznie dramatyczniej na prowincji, gdzie nie było praktycznie możliwości ukrywania się w miastach. Pozostawały pola, lasy i wsie208. Od czasu do czasu biuletyny wewnętrzne zamieszczały notatki o wyłapywaniu uciekinierów przez chłopów. Podano na przykład informację o doprowadzeniu 1 stycznia 1943 r. siedmiu Żydów do urzędu gminy we wsi Prostyń. Zostali tam zamordowani kolbami przez Ukraińców209. Wieś ta leży w pobliżu linii kolejowej do Treblinki, a zapis dotyczy, o czym wiemy z innych, cytowanych w tym artykule źródeł, jednego z licznych tego rodzaju zdarzeń210. Pół roku później podano, ale bez szczegółów, że na terenie powiatu siedleckiego "w niektórych rejonach posterunków policja polska w obławach wystrzelała bądź też zatrzymała kilkudziesięciu Żydów"211. Podczas lektury tego biuletynu zwraca uwagę, że nie odnotowano ani jednego przypadku z obwodu pińczowskiego, znanego nam z raportów "Beya". O demoralizacji pisały zdawkowo również niektóre wydawnictwa konspiracyjne. W lutym 1943 r. pismo AK z Grodziska Mazowieckiego alarmowało, że "urząd przesiedleńczy w Lublinie wyznaczył premie dla chłopów, którzy schwytają i dostarczą żandarmerii ukrywającego się Żyda. Na premię składa się wynagrodzenie pieniężne i 3 litry wódki. Dostarczony Żyd jest oczywiście na miejscu zabijany". Ta i inne informacje na temat polityki na wsi skłoniły autora do całkowicie uprawnionej konstatacji, że jest to nawiązanie do polityki metternichowskiej Austrii, gdzie wynagradzano chłopa "za głowę polskiego szlachcica"212.

Jeśli nie o negatywnym stosunku, to przynajmniej o głębokiej ambiwalencji ludności wiejskiej wobec Żydów świadczą omawiane przeze mnie gdzie indziej sprawozdania BIP z obwodów wchodzących w skład Obszaru Warszawskiego AK z 1943 r., a także materiały z Lubelszczyzny i Białostocczyzny. W opinii sprawozdawców likwidacja Żydów spotkała się nie tylko z obojętnością, ale wręcz z zadowoleniem dużej części ludności wiejskiej. Oto przykładowy zapis dotyczący okolic Grójca: "Na terenie powiatu ukrywa się spora ilość Żydów, miejscowych i z Warszawy. W niektórych wypadkach są oni przedmiotem niesłychanego wyzysku, w innych - doznają dużo opieki i pomocy. Ogólny jednak nastrój do Żydów jest niechętny, podejrzewani są oni poza tym o bandytyzm i kradzieże oraz szantaże"213. Sytuacja ta znalazła odzwierciedlenie nawet w miesięcznych sprawozdaniach Delegatury przesyłanych do Londynu: "W miastach i po wsiach, wśród ludności aryjskiej oraz w lasach ukrywa się jeszcze dość znaczna ilość Żydów - pisano w połowie czerwca 1943 r. (wcześniej o ucieczkach z gett i szukaniu schronienia na wsi jedynie wzmiankowano) - Niemcy stale ich tropią, organizują na nich obławy, a po wsiach i lasach formalne polowania. Większość schwytanych Żydów mordowana jest doraźnie; do więzień idą niemal wyłącznie ci, co do których Niemcy mają nadzieję, iż dysponują jeszcze ukrytymi gdzieś cennymi rzeczami, lub ci, od których Niemcy chcą wydobyć zeznania, kto z ludności aryjskiej im pomagał". Podano przykład z okolic Otwocka, gdzie za pomocą odpowiednich gratyfikacji zachęcano "miejscowe męty" do "wykrywania i odstawiania" Żydów na posterunki żandarmerii214. Żadnych ogólnych ocen na temat postaw ludności wiejskiej jednak nie sformułowano.

Ludowców spojrzenie na wiejską kolaborację

O demoralizacji na wsi donoszono w alarmistycznym tonie w licznych pismach konspiracyjnych. Latem 1942 r. nawet podziemny "Biuletyn Gospodarczy" informował: Niezdrowe warunki są przyczyną wzrostu donosicielstwa na tle porachunków osobistych i motywacji materialnej. "Obawa przed sąsiedzkim szpiegowaniem i donoszeniem zaczyna ogarniać całe wsie"215. Wszystko to nie mogło pozostać obojętne dla ludowców. Jesienią 1942 r. SL wydało Dziesięcioro przykazań chłopa-Polaka. W punkcie ósmym tego apelu nakazywano: "Każ doraźnie zdradę i prowokację, piętnuj objawiane najeźdźcy służalstwo lub dobrowolną uległość czy zadawanie się towarzyskie, pilnuj godności narodowej"216. Piętnowanie na łamach prasy ludowców donosicielstwa, o czym już pisałem, nie obejmowało postaw wobec ukrywających się Żydów. Niekiedy pojawiał się w takich enuncjacjach kontekst żydowski, lecz wyłącznie jako groźne memento. Przykładowo, odnosząc się do oświadczenia delegata rządu o ściganiu przestępstw, potępiając donosy wynikające z zemsty sąsiedzkiej i porachunków osobistych, przestrzegano, że okupant dąży do tego, by Polacy, "jak to zrobił z Żydami, sami się niszczyli". Tak opisanemu niebezpieczeństwu należało przeciwstawić solidarność sąsiedzką: "Nikt, żaden wróg nie powinien wiedzieć, co się u sąsiadów dzieje, co się na wsi dzieje. [...] [trzeba] unikać pójścia po sprawiedliwość do okupanta"217. Szczególną uwagę zwracano na akcję kontyngentową. W dodatku do organu prasowego "Racławic" pod koniec 1942 r. surowo osądzano, posługując się konkretnymi przykładami, "hańbiące nagrody" - gratyfikacje wydawane wójtom z powiatu siedleckiego za "gorliwość w grabieniu polskiego zboża", czyli zaangażowanie w akcję kontyngentową. Nagrodami tymi były deputaty cukru (50 kg), nagrody pieniężne, wódka, papierosy czy wreszcie bony na ubrania218.

W tym samym czasie do wszystkich struktur terenowych rozesłano okólnik komendanta BCh odnoszący się do różnych form kolaboracji. Także tutaj wśród "najczęściej spotykanych przestępstw czy zbrodni" zabrakło tych popełnianych wobec żydowskich współobywateli. Tego rodzaju przestępstwa mogły zostać podporządkowane dwóm z wymienionych w okólniku kategorii; pierwsza to "denuncjacje niepolityczne połączone z osobistą korzyścią majątkową", które zakwalifikowano do lekkich przewinień (wykroczeń), druga zaś to zaliczona do najcięższych zbrodni "stała służba informacyjna u okupanta"219. W prasie niejednokrotnie przestrzegano, że "każdy wypadek donosicielstwa i pomocy wrogowi musi być dobrze zapamiętany i ukarany"220. Na łamach "Żywii", która również nie wspominała o losie Żydów, znajdziemy niewesołą konstatację: "w każdej okolicy można znaleźć takiego, który donosi, z zemsty czy za pieniądze". Domagano się przy tym, by ocena postaw była rozważna i sprawiedliwa221. Z tekstów publikowanych w 1943 r. na łamach "Przez Walkę do Zwycięstwa" wyłania się równie czarny obraz: "Chlubiliśmy się - pisano w kwietniu tego roku - że nie ma legionu polskiego", są jednak "inne legiony". Gorliwi sołtysi i wójtowie, urzędnicy gminni i powiatowi, funkcjonariusze leśni, urzędów gospodarczych i arbeitsamtów, policjanci, to "człon tego hitlerowskiego legionu, tego bractwa marnych i podłych ludzi. A potem idą donosiciele i szpicle, jako dalszy szczebel na tej samej drabinie, wiodącej w dół, ku poniżeniu i hańbie [...], ku zatracie własnego człowieczeństwa i honoru". Nie może też być usprawiedliwienia dla księży nakłaniających do oddawania kontyngentów. Równie ostra jest konstatacja: "Dziś każdy uczciwy, szanujący siebie i godność narodową, każdy przyzwoity człowiek jest narażony na ustawiczne niebezpieczeństwo - utracenia wolności, zdrowia, życia. Nikomu nie wolno zabezpieczać siebie kosztem innych bliźnich, kosztem sprawy i godności narodowej"222. Na początku 1944 r. w wyrazisty sposób opisała ten podział "RAPP". W kolejnych latach okupacji miał ulec pogłębieniu rozdźwięk między obozem współpracy z okupantem a "obozem uciskanych, pokrzywdzonych". Ten pierwszy rekrutuje się z "wójtów, agronomów - wysiedleni ziemianie, urzędnicy, często kupcy, sołtysów, komisyj kontygentowych gminnych i gromadzkich, i pozostaje w dobrych stosunkach z policją granatową, z administracją "ligenschaftów" [folwarków - D.L.], z duchowieństwem, i ciąży zdecydowanie ku ziemiaństwu. Jest to obóz nieliczny, ale dość aktywny. Współpraca jego z okupantem jest ustalona". Obóz uciekających stanowi "druzgocącą większość". Co ciekawe, starano się przekonać odbiorców, że obóz "współpracy" w taki czy inny sposób związany jest z organizacjami wojskowymi AK i NSZ, obóz "uciskany" zaś z organizacjami ruchu ludowego223.

W enuncjacjach tych zwraca uwagę brak napomnień pod adresem współpracujących z okupantem zwykłych mieszkańców wsi, przy równoczesnym podkreśleniu negatywnej roli odgrywanej przez osoby zatrudnione w aparacie okupacyjnym. Nie jest to przypadek. Nie inaczej jest w kolejnym alarmistycznym artykule na ten temat: "Należy pamiętać, że wróg oplatał nas swoją siecią szpiclowską i prowokatorską. Posiada donosicieli - stałych lub dorywczych - w każdym niemal osiedlu, w każdej wsi, w każdej gromadzie. [...] takim szpiclem może być tu i ówdzie urzędnik powiatowy, gminny czy jakiejkolwiek instytucji, gdzie z konieczności bywa dużo osób, może nim być sklepikarz, szczególnie prowadzący wyszynk alkoholu, wójt, sołtys czy rzemieślnik, funkcjonariusz leśny lub mleczarni. Im bardziej jest zamaskowany, przyczajony, tym większą posiada wartość dla wroga i tym groźniejszy jest dla swoich"224. I tym razem próżno szukać tu odniesień do sytuacji znanych z powojennych materiałów śledczych i procesowych (analizowanych w innych tekstach publikowanych w tym tomie).

Do polowań na Żydów w pewien sposób nawiązało rzeszowskie pismo "Wieści". Potępiając Polaków spoufalających się z Niemcami, wskazano na przypadek osobnika należącego do "pewnej tajnej organizacji wojskowej", który regularnie uczestniczył w polowaniach w lasach ordynacji łańcuckiej i pewnego razu został zaproszony na polowanie na Żydów. "Piszemy to - wyjaśniała redakcja - bo musimy baczyć, by na honor i godność narodu nie padały cienie wstydu, za który musi się rumienić cierpiąca tak straszny terror całość narodu polskiego"225. Na szczególną uwagę zasługuje zawartość przygotowywanego od początku 1943 r. biuletynu "Agencja Informacyjna Wieś". Od razu należy stwierdzić, że mimo dość częstego nawiązywania do prześladowania Żydów, niewiele tekstów odnosiło się do terenów wiejskich, a zwłaszcza do kwestii wywołujących niepokój Klukowskiego, Żemińskiego, Kossak czy opisów znanych nam z meldunków terenowych. Oprócz informacji na temat sytuacji w Warszawie i innych ośrodkach miejskich, jeśli już pisano o Żydach, to w kontekście represji za udzielanie im pomocy, a także obecności Żydów w działających na terenach wiejskich grupach rabunkowych. Co prawda w drugim numerze tego biuletynu zwracano uwagę na demoralizację ludności w najbliższych okolicach Treblinki ("Jako fakt tych koszmarnych stosunków występuje okoliczność, że dwie wsie najbliższe Treblinki - Poniatowo i Wólka [Okrąglik] - zostały zupełnie zdemoralizowane przez Ukraińców, jeńców bolszewickich, których Niemcy używają do mordowania Żydów. Przychodzą oni do wsi na zabawę, rzucając złotem i biżuterią zrabowaną Żydom")226, później już jednak do tego tematu nie powrócono. Nie znajdziemy tu też ani jednego zapisu bezpośrednio dotyczącego wyszukiwania uciekinierów przez mieszkańców wsi, o nagrodach oferowanych za ich doprowadzenie do aresztów gminnych czy wreszcie o donosach na osoby ukrywające Żydów. Jedyny tekst odnoszący się pośrednio do takiego zjawiska dotyczy aresztowania 2 lipca 1943 r. przez żandarmerię w Węgrowie 17 osób, zwanych "dentystami", które następnie wywieziono do obozu pracy w Treblince. "Są to zwyrodnialcy, którzy współpracowali z żandarmerią w akcji łapania Żydów, przy czym dopuszczali się barbarzyńskiej roboty obdzierania trupów żydowskich i wyłamywania szczęk ze złotymi zębami. Fakt ten ludność miejscowa przyjęła z ulgą, ale ocenia go jako chęć zatuszowania śladów niemieckiego bestialstwa"227. Biorąc pod uwagę datę tego zapisu, można przypuszczać, że gang "dentystów" operował przez długi czas po likwidacji miejscowego getta (akcję deportacyjną przeprowadzono 22 września 1942 r., niewielkie getto szczątkowe zlikwidowano w kwietniu 1943 r. - wtedy "dentyści" byli czynni228), wyszukując Żydów ukrywających się również na terenach wiejskich.

W lutym 1943 r. w wydawanych na Rzeszowszczyźnie "Wieściach", podobnie jak w cytowanych wcześniej lokalnych pismach AK, dawano wyraz bezsilności wobec sytuacji: "Wiele spraw i wybryków, na które zareagowałoby państwo i społeczeństwo, zaczęło uchodzić bezkarnie, rozwielmożniając i ośmielając do dalszych przekroczeń zwyrodniałe charaktery, żądne chciwości i użycia. Jest to tym tragiczniejsze, że nie ma sposobu na ich ukrócenie". Dlatego apelowano o solidarność społeczną, nie tylko włączanie się w działalność konspiracyjną, ale i niezatracanie poczucia moralnego: "miejmy charakter i odwagę być ludźmi. Nie wolno nam odwracać się z obojętnością od niedoli, nędzy i krzywd, cierpień naszych współrodaków". Mimo że nie wspomniano o Zagładzie, trudno nie uznać tego tekstu za niezwykle ważki229.

Spóźniona kontrakcja

Zanim przejdę do omawiania wiejskiego kontekstu działalności Cywilnych Sądów Specjalnych, odgrywających ważną rolę w karaniu przez Polskie Państwo Podziemne przestępstw przeciwko jego obywatelom, chcę przywołać artykuł wstępny opublikowany w organie prasowym konspiracyjnego Stronnictwa Demokratycznego na początku kwietnia 1943 r., czyli kilka miesięcy po powstaniu CSS, zawierający takie oto przemyślenia: "O ileż groźniejsze od zewnętrznej tyranii [...] było zło, które się lęgło wewnątrz osaczonego społeczeństwa i parowało rozkładem moralnym, deprawacją, zdradą lub biernością. Dziś już oddychamy z ulgą, widząc, że największa groza mija [podkreślenie moje - D.L.] i że tylko nieznaczne odpadki społeczeństwa przylgnęły zgodnie z naturą rzeczy do okupantów. Poszedł swój po swoje do swoich. Zresztą nadchodzi czas, kiedy okazy tej nędzy moralnej w osobach nadgorliwych policjantów granatowych i urzędników Arbeitsamtów, donosicieli, szpiegów, szantażystów itp. wytępione zostaną ogniem i żelazem przez zbrojne ramię Walki Konspiracyjnej". Mimo iż nie powiedziano o tym wprost, podkreślony przeze mnie fragment wydaje się odnosić najpewniej do sytuacji z okresu likwidacji gett. W innym miejscu, donosząc o likwidowaniu zdrajców i delatorów na prowincji, stwierdzano: "Walka z deprawacją nabiera coraz większej wagi moralnej i politycznej. Zmniejsza się przede wszystkim uczucie bezsilności wobec zła". Co więcej, w opinii redakcji, unaocznia się w ten sposób istnienie Polski Podziemnej230. W sierpniu 1943 r., przypominając, że przez długi czas walka cywilna ograniczała się do "wydawania papierowych "oświadczeń", "nakazów", za którymi nie stał żaden rygor wykonawczy", agent-szantażysta zaś musiał mieć wyjątkowego pecha, by zainteresowały się nim władze sądowe, mimo poprawy sytuacji wskazano na niepokojącą bierność w kwestii zwalczania przestępstw przeciwko Żydom: "Gdy w całym kraju, a zwłaszcza w Warszawie i okolicach szaleje plaga szantaży antyżydowskich - alarmowano - nie ogłoszono dosłownie ani jednego wyroku w tej sprawie. I wytworzyła się taka chorobliwa sytuacja, że dziś każdy Polak, który musi się delegalizować", musi obawiać się nie gestapo, ale że go "sąsiad zadenuncjuje jako Żyda"231. Rzeczywiście, ofiarami szantażystów i gorliwców padali nie tylko Żydzi, lecz także osoby brane za Żydów. Dwa tego rodzaju zdarzenia odnotowała "Informacja Bieżąca". Podczas obławy na Żydów pod Łukowem w lipcu 1943 r. policja granatowa zabiła dwie Polki, biorąc je za Żydówki232. Jeszcze bardziej drastyczny przypadek zanotowano w Krakowskiem: "W niedzielę 18 września [1943 r.] dwóch inżynierów Polaków wybrało się na wycieczkę z Myślenic. W Stróży obstąpiło ich kilku chłopów, każąc się wylegitymować. Mimo okazania przez przybyszów kart rozpoznawczych chłopi orzekli, że zatrzymani są Żydami ukrywającymi się przed sprawiedliwością niemiecką, a dokumenty są fałszywe. Nie pomogły żadne tłumaczenia - obu inżynierów zmasakrowano, łamano im żebra i kończyny, rozbijając głowy. Niemal pół wsi zbiegło się, by wziąć udział w rozprawie z rzekomymi Żydami. Jednocześnie chłopi zawiadomili żandarmerię niemiecką w Myślenicach. Przybyli Niemcy zabrali obie ofiary. Jeden zmarł po drodze, drugiego rozstrzelano w Krakowie. Ponieważ okazało się, że napadnięci nie byli Żydami, zrobiono z nich komunistów. Wieś kilka dni później została nagrodzona dodatkowymi przydziałami wódki i kartami zaopatrzeniowymi na materiały włókiennicze"233. Trudno oprzeć się wrażeniu, że postępowanie chłopów stanowiło procedurę rutynową, wypracowaną podczas łapanek na ukrywających się Żydów. Nie znalazłem jednak pisma konspiracyjnego, które by zamieściło i skomentowało ten szokujący materiał, nie mówiąc już o odniesieniu się do samego zjawiska polowań.

Jak wiadomo, na podjęcie szybkich i radykalnych działań w sprawie plagi szantaży naciskała "Żegota". Jak jednak relacjonował po wojnie przedstawiciel konspiracyjnego SL w RPŻ Tadeusz Rek "Różycki", stojący na czele KWC jego partyjny kolega Stefan Korboński działał opieszale. Miał dowodzić, że względy taktyczne nie pozwalają na szybkie i skuteczne rozwiązywanie tych problemów. Zdaniem Reka był to jedynie pretekst maskujący rzeczywiste powody zaniechań; nie jest zresztą wykluczone, że choć nie napisał o tym wprost, mógł omawiać z ramienia "Żegoty" ten temat bezpośrednio z Korbońskim. Tak czy inaczej w jego ocenie autorytet podziemia, w tym również konspiracyjnego SL, nie "stanął po stronie najbardziej pokrzywdzonych"234.

Z obwieszczeń opublikowanych w okresie 1943-1944 w prasie konspiracyjnej wynika, że do wybuchu powstania warszawskiego za przestępstwa na Żydach na karę śmierci CSS KWC (później, po podporządkowaniu KG AK, Kierownictwa Walki Podziemnej) skazały osiem osób235. Cztery wyroki dotyczą mieszkańców wsi. Sprawa funkcjonowania konspiracyjnego sądownictwa, a także liczba zasądzonych i wykonanych wyroków jest od lat przedmiotem roztrząsań, najczęściej zresztą bezproduktywnych. Z naszego punktu widzenia nie jest bez znaczenia, że pierwszy z nich, wykonany 17 lipca 1943 r., miał kontekst wiejski. Skazanym był Jan Grabiec z Krakowa, oskarżony o spowodowanie aresztowania wielu członków konspiracji, donoszenie do gestapo, a także "szantażowanie mieszkańców wsi groźbą doniesienia o ukrywaniu Żydów". Nie znamy okoliczności śledztwa prowadzonego przez CSS Okręgu Kraków AK. Wiadomo jedynie, że wyrok wykonano o godzinie 8 w pobliżu jego mieszkania236. W tym samym obwieszczeniu KWP poinformowano o likwidacji dwóch innych donosicieli (posterunkowego policji granatowej Wojciecha Krzeszkowskiego i woźnego gminnego Józefa Kotasa) z okolic Nowego Sącza237. "Agencja Informacyjna Wieś" podała ich nazwiska wraz z opisem popełnionych przestępstw, pomijając wyrok wydany na Wacława Noworola238. Nie był to, jak zobaczymy dalej, przypadek odosobniony.

W przypadku pozostałych dwóch wyroków, mimo braku dokumentacji CSS, udało się rozjaśnić niektóre szczegóły. 6 września 1943 r. zlikwidowano Wacława Noworola, rolnika z Lipnicy Wielkiej (20 km od Nowego Sącza) za doniesienie na "obywateli polskich pochodzenia żydowskiego i ukrywających ich Polaków" oraz za uczestnictwo w łapankach na roboty przymusowe239. Jak wynika z wszczętego po wojnie śledztwa dotyczącego przestępstw dokonywanych na Żydach przez mieszkańców tej miejscowości, Noworol był członkiem straży pożarnej i konfidentem. Co nie bez znaczenia, zainicjował polowania na ukrywających się w okolicy Żydów, w których aktywny udział brało kilkanaście osób. Oprócz uczestnictwa w wyłapywaniu Żydów zastraszano i denuncjowano ich opiekunów. Jeden z nich, Jan Kurzawa, trafił do Auschwitz, gdzie zmarł. Kilku kompanów Noworola, wśród nich komendant milicji gromadzkiej Kazimierz Bulanda, zostało osądzonych i skazanych na kary więzienia240. W trakcie powojennego postępowania nie pojawiły się żadne szczegóły na temat okoliczności towarzyszących wykonaniu wyroku na Noworola. Można przypuszczać, że likwidacja jednego z miejscowych prowodyrów mogła w zamierzeniach CSS stanowić rodzaj ostrzeżenia dla jego popleczników. Został zastrzelony 6 września 1943 r. przez grupę dywersyjną Inspektoratu Straży Chłopskiej w Nowym Sączu pod dowództwem Kazimierza Wątróbskiego "Sępa" (oddział "Sablik"). W książce na temat gorlickiego oddziału BCh autorstwa członka konspiracyjnego SL czytamy, że Noworol wydał w ręce niemieckie żydowską rodzinę Popielów, a ponadto że nie udało się ukarać komendanta SP Kazimierza B. za "sprzyjanie okupantowi i pomoc w łapankach"241. Chodzi najprawdopodobniej o Bulandę. W tym wypadku na łamach "Agencji Informacyjnej Wieś" nazwisko Noworola pojawiło się co prawda na liście zlikwidowanych, ale bez podania przyczyny likwidacji, z adnotacją o wykonaniu akcji przez Oddział Specjalny242. Likwidację Noworola postrzegać trzeba w szerszym kontekście działalności oddziału, jak wynika z zachowanego raportu w ciągu 3 miesięcy (od 29 lipca do 20 października 1943 r.) oddział "Sablik" operujący na terenie powiatów Nowy Sącz, Gorlice, Tarnów, Limanowa wykonał 14 akcji przeciwko niemieckim współpracownikom: 5 wyroków śmierci, plus jedna próba nieudana, i 8 kar chłosty243. Jak można z tego wnosić, możliwości działania były bardzo ograniczone.

Trzeci z interesujących nas wyroków krakowskiego Cywilnego Sądu Specjalnego został wydany na Antoniego Pajora, kierownika zlewni mleka w Dobranowicach koło Wieliczki, za "tropienie działaczy niepodległościowych i denuncjowanie Polaków ukrywających Żydów". Wykonano go 23 listopada 1943 r.244 W obwieszczeniu cytowanym we wspomnieniach szefa krakowskiego KWC Tadeusza Seweryna "Sochy" znalazło się więcej szczegółów na ten temat. Pajor denuncjował chłopów ukrywających Żydów, współpracował "w schwytaniu dwóch obywateli Państwa Polskiego i dzieci pochodzenia żydowskiego" i ponosił winę za ich zamordowanie, dekonspirował ukrywających się na wsi działaczy niepodległościowych oraz znęcał się nad chłopami, od których odbierał kontyngent. Tutaj też pojawia się inna data wykonania wyroku: 27 października 1943 r.245 Pajora zlikwidował Oddział Specjalny Ludowej Straży Bezpieczeństwa pod dowództwem Franciszka Gawła "Kotka". Jak można przypuszczać, w miejscu jego zamieszkania246. "Agencja Informacyjna Wieś" konsekwentnie przemilczała kontekst tej sprawy. Prasa SL ograniczyła się wyłącznie do podania wyroku do wiadomości publicznej, w dodatku z pewnym opóźnieniem247.

Jak z powyższych opisów widać, wszyscy trzej oskarżeni ponosili odpowiedzialność nie tylko za zbrodnie przeciwko Żydom, ale również przeciwko Polakom. Wspomniany Seweryn, przed wojną dyrektor Muzeum Etnograficznego na Wawelu, członek SL, będący równocześnie przedstawicielem Okręgowej Delegatury Rządu RP w krakowskiej "Żegocie", przytacza treść napisanego przez siebie, a podpisanego przez Okręgowe Kierownictwo Walki Cywilnej Obwieszczenia skierowanego przeciwko szantażującym ukrywających się Żydów donosicielom i zapowiadającego ściganie takich praktyk248. Ostrzeżenia przed szantażystami, lecz już bez specjalnego wymieniania prześladowców Żydów, zawierała rozpowszechniona w znacznym (5000) nakładzie broszura KWP Nakazy ze wskazaniami dla ludności polskiej. Zawierała ona powtórzenie treści broszury Do czynu! wydanej przez krakowskie KWC w marcu tego roku. Podawano do wiadomości publicznej, że karze śmierci podlega ten, kto prowadzi jawną lub anonimową działalność informacyjną, innymi słowy donosi, zdradza tajemnice organizacyjne, "kto drogą denuncjacji spowodował prześladowanie, uwięzienie, zesłanie lub śmierć obywatela państwa polskiego", "kto szantażuje obywateli państwa polskiego ukrywających się przed zbirami Gestapo", znęca się nad nimi oraz bierze udział w ich mordowaniu. Obowiązkiem obywatelskim jest informowanie o tych przestępstwach KWP, które wniesie oskarżenie do Sądu Specjalnego249. Zapewne to właśnie z inspiracji Seweryna wydano wyroki na podkrakowskich szmalcowników. W jego ocenie właśnie za sprawą tych działań w Krakowskiem "gangrena szantażu nie przybrała takich rozmiarów, jak gdzie indziej". Przedstawicielem SL w krakowskiej "Żegocie" był prawnik Jerzy Matus "Bocheński", działacz "Wici", pełniący funkcję sekretarza Okręgowej Komisji Propagandy konspiracyjnego ruchu ludowego, a następnie oficera ds. szkolenia politycznego i propagandy krakowskiej Komendy Okręgu BCh, który lokował uciekinierów żydowskich na wsi podkrakowskiej, wyposażał ich też w dokumenty wyrabiane przez SL - komórka legalizacyjna mieściła się w mieszkaniu Matusa250.

Pytanie, czy krakowski CSS wydał więcej wyroków na szantażystów? Seweryn tuż po wojnie wspominał, że "zgodnie z rozporządzeniem Centrali z dnia 7 lutego 1944 r., gdy utworzyliśmy w powiatach okręgu krakowskiego tak zwane Pesy (Placówki Ekspozytury Śledczej), otrzymały one rozkaz strzelania denuncjatorów i szantażystów bez sądu. Jeden bowiem z rozkazów skierowanych do Pesów brzmiał: "Przestępcy, winni szantażu i wymuszania korzyści materialnych na tle pochodzenia i działalności politycznej, pochwyceni na gorącym uczynku, są traceni na miejscu""251. Nie podał jednak konkretnych przykładów takich likwidacji. Nie znajdziemy ich również w prasie konspiracyjnej. Z fragmentarycznych danych, o których za chwilę, wynika jednak, że rzeczywiście prowadzono pewne, dość zresztą ograniczone, działania wobec osób stwarzających zagrożenie dla Żydów.

Pozostałe wyroki na popełniających przestępstwa wobec Żydów wydał, jak wiadomo, warszawski CSS. Jedynym ukaranym przezeń mieszkańcem wsi był Jan Krystek z Grębkowa w powiecie węgrowskim, skazany wiosną 1944 r. za "zamordowanie dwóch obywateli polskich narodowości żydowskiej"252. Był to jedyny wyrok wydany na mieszkańca wsi wyłącznie za przestępstwo przeciwko Żydom. O jednej z tych zbrodni napisano wiele miesięcy wcześniej na łamach ukazującej się w Grodzisku Mazowieckim "Kroniki Tygodniowej": "We wsi Sucha (pow. Węgrów), miejscowy leśniczy Janusz Krystek zamordował w bestialski sposób ukrywającego się Żyda - patriotę Abrama Gwiazdę, ułana 10. pułku. Krystek postrzelił Gwiazdę z ukrycia, a gdy tamten chciał się bronić w stodole, groził wezwaniem żandarmerii. Nie chcąc narażać mieszkańców na represje, Gwiazda oddał broń i pozwolił się załadować na furmankę, żegnając gospodarzy z okrzykiem: "Niech żyje Polska!". Krystek wywiózł rannego do lasu i tam go dobił. Za swoją zbrodnię otrzymał pochwałę od Niemców oraz karabin i rewolwer"253. Był to ostatni wyrok wykonany na mieszkańcu wsi za przestępstwa wobec Żydów.

Kielecki CSS nie wydał, jak się wydaje, żadnego wyroku związanego ze szmalcownictwem (zarówno miejskim, jak i wiejskim). Tak przynajmniej można wnosić z dostępnych nam niekompletnych materiałów254. Faktem jest, że działał on bardzo prężnie, a liczba likwidacji systematycznie wzrastała. W jednym tylko powiecie Radomsko w maju 1944 r. KWP "upomniało 38 osób, aby zeszły z niewłaściwej drogi" i zlikwidowało 21 szpiclów255. Z kolei z bardzo niepełnej dokumentacji lubelskiej wiadomo, że na karę śmierci skazano agronoma w gminie Markuszów. Wśród zarzucanych mu czynów widnieje oskarżenie o urządzanie łapanek na Żydów. Wyrok wykonał oddział bojowy BCh 23 kwietnia 1943 r.256 Było to jednak zdarzenie wyjątkowe. Z analizy zestawień AK z całego kraju na temat zlikwidowanych osób, zawierających informacje o przyczynie wydania wyroku, wynika bowiem, że liczba osób zastrzelonych za przestępstwa na Żydach była bardzo niewielka257. W wykazach tych ujęte są ponadto wyroki wydane przez Wojskowe Sądy Specjalne, jak również na rozkaz dowódców obwodów i okręgów. Należy przy tym zauważyć, że niektórzy funkcjonariusze likwidowani przez podziemie brali wcześniej udział w prześladowaniu Żydów. Na przykład 24 lutego 1943 r. zastrzelono niejakiego Stanisława Piątka z Widaczowa (obwód Przeworsk), podejrzewanego o wiele przestępstw, w tym wydawanie ukrywających się Żydów, który okazał się konfidentem niemieckim258. Niekiedy podawano ten fakt do wiadomości publicznej - 16 czerwca 1944 r. "RAPP" poinformowała, że "został ciężko ranny największy szubrawiec policji kryminalnej w Białej Podlaskiej, Bałdyga, który ma na sumieniu ponad 100 Żydów i dużo Polaków"259.

Interesującymi nas sprawami zajmowały się również Komisje Sądzące utworzone w celu karania wykroczeń mniejszego kalibru. Z dość dobrze zachowanych dokumentów KWC/KWP z Puław wiemy, że rozpatrywały one przypadki działalności antyżydowskiej, nie tylko z okresu bieżącego, lecz także z pierwszych lat okupacji. Na czele komisji stał Aleksander Kierek "Mika", absolwent ekonomii na KUL, i co nie jest bez znaczenia, członek sztabu BCh obwodu Puławy. Wśród zarzutów wytoczonych jednemu z podsądnych figurowało znęcanie się nad Żydami w latach 1940-1941. Na karę infamii skazano również policjantów granatowych z Puław, którzy oprócz innych przestępstw dopuszczali się grabieży mienia Żydów260. Z naszego punktu widzenia najważniejsze jest prowadzone w połowie sierpnia 1943 r. śledztwo w sprawie sołtysa gromady Kurów, którego oskarżono między innymi o zorganizowanie, zgodnie z wydanymi jesienią 1942 r. zarządzeniami nakładającymi na sołtysów odpowiedzialność za "obecność Żydów w jego gromadzie", łapanki, w której wyniku kilkanaścioro Żydów obojga płci zostało złapanych, a następnie rozstrzelanych. W sentencji wyroku wydanego 23 października 1943 r. jednak ten punkt pominięto. Ostatecznie oskarżonego skazano na naganę z ostrzeżeniem za "nadmierną i służalczą gorliwość wobec okupanta przy ściąganiu kontyngentów rolnych i werbowaniu Polaków na roboty do Rzeszy"261. Tak samo podano w obwieszczeniu zamieszczonym na łamach prasy262. Można zatem wnosić o uwolnieniu oskarżonego od tego zarzutu. W zestawieniach z działalności puławskiego KWP brak innych przypadków stawiania w stan oskarżenia osób uczestniczących w taki czy inny sposób w prześladowaniach Żydów. Natomiast napływały doniesienia w tej sprawie. Na przykład w raporcie dotyczącym 8 konfidentów działających na terenie Końskowoli wymieniono wójta tej gminy Edwarda Kudelika (przy likwidacji Żydów "rabuje mieszkania pożydowskie, jedna żydówka, której córkę wywieziono, prosi go o ratunek, rabuje jej ok. 1/5 kg złota i firanki do okien, a ją samą oddaje w ręce Kripo"), Aleksandra Kunę, 50-letniego robotnika, byłego sierżanta WP ("przez cały czas wojny żerował na żydach. Wielu z nich wydał w ręce żandarmów, poprzednio ogołacając ich ze wszystkiego") i Bolesława Szymanka ("notoryczny złodziej [...] rabunki sąsiadów i żydów")263. Nie wiadomo, jak zakończyły się te postępowania ani czy w ogóle je wszczęto. Inny dokument tego zespołu dotyczy leśniczego z Markuszowa, który "[o]prowadzając żandarmów sam z bronią w ręku za Żydami, przeważnie w obrębie Woli Przybysławskiej, niszczył i palił całe rodziny Polaków"264. Z notatki uruchamiającej śledztwo wynika, że leśniczy wiedział o bunkrach, w których ukrywali się Żydzi: "Pewien czas tolerował je, zaczął od rzeczy dość niewinnych, musicie mnie zrozumieć, ja was nie wydam, ale dajcie zarobić, dali gotówkę i złoto, obiecał, że na wypadek niebezpieczeństwa powiadomi ich. Ale jaki cel powiadamiać o niebezpieczeństwie, kiedy gotówkę i złoto już się zabrało. Kiedyś mogą mieć pretensje. Lepiej jest zlikwidować je i rzeczywiście urządza formalne polowanie przy pomocy żandarmerii, biorąc osobiście udział w tej robocie i celnym strzelaniem". Autorzy notatki ocenili to postępowanie w sposób jednoznaczny: "Niezależnie od tego, jak się kwestię żydowską traktuje, tego rodzaju załatwienie niezgodne jest z elementarnymi zasadami ludzkości. Taka praca godna jest jedynie siepaczy hitlerowskich. Ponieważ w przestrzeni żyli nie tylko żydzi i Polacy, przeto według rozumowań tego p[ana] ktoś tych żydów musiał widzieć, a może nawet [z nimi] rozmawiać. Wychodząc z tego założenia, przypuszczał, że ci właśnie Polacy mogą coś wiedzieć, stają się oni znów niebezpieczni na przyszłość, lepiej znów tych świadków nieczystych spraw pozbyć się". Leśniczy oskarżył miejscowych Polaków o bandytyzm i wziął udział w akcji pacyfikacyjnej w Woli Przybysławskiej. Konkluzja była jednoznaczna: "Te rzeczy i fakty przemawiają aż nazbyt przekonywająco. Wątpliwości tu nie ma. Jeśli będziemy czekać, fakty te przemawiać będą dalej i szybko następować"265. Ostatecznie "bohater" tej historii został zlikwidowany w październiku 1943 r., być może przez partyzantkę żydowską. Meldunek niemiecki nie budzi wątpliwości, że był kolaborantem266. Z kolei puławska AK przechwyciła donos niejakiego Sułka do kripo w Puławach o kilku mieszkańcach wsi w okolicach Kurowa, kontaktujących się z posiadającym jakoby 10 kg złota ukrywającym się Żydem. Autor był wyjątkowo bezwstydny: "Więc proszę mi wierzyć, bo ja wszystko wiem, tak jak piszę, tylko róbcie wszystko mądrze, to jak wam się to uda, to ja do was przyjdę i powiem więcej"267. Osobnik ten nie pojawia się jednak w dokumentacji puławskiego KWP.

Podejmowano też sprawy innego rodzaju. 18 maja 1944 r. puławskie KWP rozpatrywało przypadek zastrzelenia w wąwozie bochotnickim pod Kazimierzem Dolnym nad Wisłą Żydówki i dwójki jej dzieci268. Sprawcami zabójstwa mieli być członkowie miejscowej placówki AK działający z motywów rabunkowych ("Podobno zabrali od niej przed zastrzeleniem 50 000 zł"). Kobieta ukrywała się od marca u gospodarza w Górkach Pierwszych, jej mąż miał zaś przebywać w jednym z oddziałów AL269. Informacja o zabójstwie, bez wskazania sprawców, została przekazana przez "Mikę" do publikacji w "Agencji Informacyjnej Wieś" (w obwodzie puławskim, o czym już wspomniałem, istniała siatka lokalnych korespondentów, którzy przesyłali meldunki do Warszawy i Lublina)270. Ostatecznie jednak nie została tam zamieszczona. Przypuszczalni sprawcy tej zbrodni, mający na koncie pięć napadów, w tym obrabowanie domu kobiety pochodzenia żydowskiego w Kazimierzu, zostali wkrótce, będąc pod wpływem alkoholu, aresztowani przez Niemców271. Nieco wcześniej, w lutym 1944 r., do puławskiego KWP wpłynęło doniesienie przeciwko Henrykowi Peciowi, "hersztowi bandy" ze wsi Góry w gminie Markuszów. Zarzucono mu między innymi, że prowadząc działania rabunkowe, podszywał się pod grupę żydowską, oraz że przejął "na przechowanie rzeczy (majątek ruchomy) wysiedlonych Żydów, którego później nie chciał wydać, grożąc denuncjacją", a następnie "dopuścił się zastrzelenia natrętnych Żydów, domagających się słusznie, zarówno prawnie jak i moralnie, zwrotu swoich rzeczy". Informowano, że grupa Pecia, "działając z niskich pobudek [...], szantażem, przemocą (z bronią w ręku) sieje postrach na szeroką okolicę, zagraża mieniu spokojnie pracującej ludności, a ponadto zagraża bezpieczeństwu życia i wolności ruchu niepodległościowego"272. Zarzucono mu też "współpracę z PPR - bandą żydowską, którą nastawiał na napady rabunkowe". Jeden z członków grupy, Stanisław Kamiński, miał "sprzedać CKM żydom"273. Na dokumencie znalazła się parafa "Roli" - Stefana Rodaka, komendanta puławskiego obwodu BCh. Wcześniej "Mika" pisał do niego w sprawie "bandy Pecia": "Mogę skierować sprawę do Sądu Cywilnego o ukaranie śmiercią, jako bandytów. Są mi niezbędne nast[ępujące] materiały: czy są członkami PPR; czy są nadal członkami BCh; czyją własnością był CKM i za ile sprzedał go Kamiński S. (rzekomo Żydom); czy napady czynione były z ramienia BCh?"274. W powojennych wspomnieniach "Roli" Pecio jest co prawda wzmiankowany, lecz o opisywanym w dokumentach incydencie nie ma mowy. W ogóle w opinii Rodaka na terenie powiatu donosicielstwo, "że ktoś ukrywa Żydów, chowa zboże, trzyma niekolczykowane świnie, ukrywa broń, czyta tajną prasę lub należy do podziemnej organizacji były zjawiskiem bardzo rzadkim"275.

Stosunkowo dobrze zachowały się również materiały Komisji Sądzącej Obwodu Nowosądeckiego. Wśród kilkudziesięciu rozpoznawanych przez nią spraw znalazłem zaledwie jedno odniesienie do przestępstw popełnianych na Żydach. W akcie oskarżenia Stanisława Turskiego, byłego sołtysa gromady Lipnica Wielka, w punkcie szóstym czytamy: "Na jego polecenie urządzono jesienią 1942 r. obławę na Żydów, którzy schwytani, zostali przez Niemców rozstrzelani". Nie był to główny powód skazania go na karę infamii (18 września 1944 r.) - o wiele większe znaczenie miało to, że był gorliwym wykonawcą zarządzeń okupanta, stronniczo nakładającym i ściągającym kontyngenty, który przyczynił się też do wysłania wielu Polaków na roboty do Niemiec276. Miejscowość ta jest nam znana - pochodził stamtąd zastrzelony z wyroku krakowskiego CSS Wacław Noworol. W powojennych śledztwach opisanych przez Dagmarę Swałtek nazwisko Turskiego się nie pojawia, stąd wniosek, że na tym terenie polowały na Żydów równocześnie różne grupy mieszkańców. Nie można stwierdzić z całą pewnością, jak przedstawiała się sytuacja w innych obwodach krakowskiego okręgu AK. Na łamach pisma PPS-WRN "Wolność" natrafimy na informację o ukaraniu karą chłosty i konfiskatą rzeczy "nabytych po Żydach" współpracującego z Niemcami mieszkańca Wieliczki277. Jest tam także komunikat o zasądzeniu kary infamii wobec księdza Stanisława Krzemienia, proboszcza w Rzepienniku Biskupim, pow. Gorlice. Miał on organizować przyjęcia dla przedstawicieli władz niemieckich, żandarmerii i gestapo, w czasie których doszło między innymi "do wyjazdu w okolice celem rabowania Żydów"278. Nie zachowały się jednak materiały dotyczące tych przypadków.

Interesujący jest kontekst wyroku nagany ogłoszonego w prasie konspiracyjnej w maju 1943 r., a wydanego na mieszkańca Markowej Antoniego Cyrana przez CSS podokręgu rzeszowskiego za utrzymywanie kontaktów z Niemcami. W opinii autora monografii obwodu przeworskiego AK zażyłość ta miała służyć Cyranowi, żołnierzowi lokalnej placówki AK działającemu pod pseudonimem "Struś", za kamuflaż pozwalający na prowadzenie "partyzanckiej meliny", a sprawa miała zostać wszczęta na skutek bezpodstawnego jakoby donosu ze strony niechętnych AK miejscowych ludowców. Z relacji żydowskiej wynika natomiast, że osoba o tym samym imieniu i nazwisku stała na czele grupy, która wymordowała 28 miejscowych Żydów279. Albo chodzi o przypadkową zbieżność nazwisk, albo ten fragment działalności Cyrana pozostawał wnioskodawcom nieznany. Być może istnieje jakieś inne wyjaśnienie tej sprawy.

Przy temacie potępiania przestępstw przeciwko współobywatelom, w tym Żydom, warto wrócić do prasy konspiracyjnej SL "Roch". W nocie na temat sytuacji w okolicach Skierniewic w lutym 1944 r. "Agencja Informacyjna Wieś" podała: "W ostatnich dniach stycznia żandarmi niemieccy zastrzelili pięciu Żydów, rzekomo wydanych w ich ręce przez Polaków", z charakterystycznym komentarzem: "Ponieważ stanowisko nasze w stosunku do Żydów jest ogólnie znane, bo były na ten temat niejednokrotnie wypowiedzi czynników oficjalnych i organizacji politycznych, przeto nie chce się nam wierzyć, aby dziś jeszcze znalazł się Polak, któryby w tej barbarzyńskiej akcji nieludzkiego niszczenia Żydów brał udział. Jest to chyba po prostu grubymi nićmi szyty chwyt propagandy niemieckiej, aby siać zamęt i nienawiść wśród ludzi"280. Stwierdzenia te wywołały sarkastyczny komentarz ze strony komunistycznego "Głosu Warszawy": "te słodkie złudzenia trzeba rozwiać - tacy Polacy są, i jest ich dużo, w samej stolicy żyją setki takich zbrodniarzy zawodowo tropiących nielicznych ocalałych Żydów". Są wśród nich ludzie szanowani, którzy bezprawnie weszli w posiadanie majątku żydowskiego i pragną pozbyć się świadków. Złu należy wypowiedzieć walkę, "tępić każdy przejaw denuncjacji, przeciw komukolwiek byłby skierowany". Pismo wysunęło oskarżenie pod adresem Polskiego Państwa Podziemnego, które miast zwalczać "gangrenę donosicielstwa", zajęło się "propagowaniem walk i porachunków wewnętrznych"281. Mimo iż polemika miała kontekst polityczny, trudno nie przyznać racji tej diagnozie, zwłaszcza gdy uwzględni się sytuację na wsi. Przejawy działalności antyżydowskiej stawały się przedmiotem śledztw najczęściej wtedy, gdy wiązały się z przestępstwami wobec Polaków. Niewielka liczba wyroków w żaden sposób nie mogła działać odstraszająco, tym bardziej że obieg prasy konspiracyjnej był na terenach wiejskich ograniczony. Ci zaś, którzy organizowali polowania na Żydów, nie mówiąc już o ich uczestnikach, mogli czuć się prawie zupełnie bezkarni. Prawie, gdyż sprawiedliwość, również stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej, próbowali niekiedy wymierzać sami Żydzi. Zastrzelenie donosiciela, a nawet członków jego rodziny, i podpalenie gospodarstwa musiało być bardziej przekonywające aniżeli sankcje karne ze strony polskiego podziemia. Do takiej akcji doszło na przykład 7 września 1943 r., kiedy partyzanci żydowscy (w nomenklaturze miejscowej AK "uzbrojona banda żydowska") we wsi Kozice Dolne na Lubelszczyźnie spalili 8 gospodarstw i dokonali samosądu na rodzinie sołtysa Rzechoty, który "miał swego czasu pomordować przechowywaną u siebie dłuższy czas po likwidacji getta w Piaskach rodzinę żydowską dla zdobycia posiadanego przez nich złota i gotówki". Straży pożarnej uniemożliwiono dostęp do płonących gospodarstw. Nie udało się zastrzelić inicjatora mordu, niejakiego Kasprzaka, który w obawie przed zemstą został konfidentem SD w Lublinie. Zabito jego żonę z kilkuletnim dzieckiem282. Takich przypadków, o czym wiemy ze wspomnień Żydów, było więcej.

Paradoksalnie, prawdziwość propagandowego oglądu rzeczywistości zaprezentowanego w enuncjacji zamieszczonej na łamach "Agencji Informacyjnej Wieś" z lutego 1944 r. można zakwestionować nie tylko na podstawie tekstów w prasie komunistycznej, lecz także w terenowej prasie BCh i SL. W grudniu 1943 r. rzeszowski tygodnik konspiracyjny "Wieści" alarmował: "Jeden z tragicznych fragmentów niemieckiej okupacji w Polsce to kwestia żydowska. Zgodnie potępiamy ohydę mordów popełnianych przez Niemców na Żydach. Wstydliwie natomiast mówimy o tych gorliwych sołtysach i strażakach, którzy chwytają Żydów i oddają w ręce morderców. W tym wypadku ani wódka, ani strach przed okupantem nie zagłuszy wyrzutów sumienia. "Żyd nie człowiek", powiada minister propagandy Goebbels i dlatego wolno z nim czynić wszystko. Wolno go z tej racji przechowywać tak długo u siebie, dopóki się go nie wyssie z resztek mienia, a potem wyrzuci na mróz i bezkresną poniewierkę lub anonimowo wyda w ręce zbirów"283. Opis ten wprowadza nas w samo sedno tragedii ukrywających się na wsi Żydów. Świadczy także o doskonałym rozeznaniu sytuacji w terenie przez lokalne struktury organizacyjne, o autentycznej wrażliwości na los Żydów, a jednocześnie o całkowitej bezradności wobec opisywanych zjawisk. Publikacja na łamach "Wieści", choć ważna - pismo, kolportowane w tym okresie w nakładzie około 1500 egzemplarzy, docierało do wszystkich dziewięciu powiatów podokręgu rzeszowskiego BCh i pięciu powiatów należących do okręgu krakowskiego - była jednak odosobniona284. Świadczy o tym znamienny apel skierowany przez Kazimierza Sośnickiego "Śliwkę", komendanta powiatowego LSB na powiat Jarosław: "Apeluję do miarodajnych czynników RL [Ruchu Ludowego - D.L.], by wreszcie porzuciły milczące stanowisko [wobec] sprawy żydowskiej (łapanek itd.) i wydały okólnik, kategorycznie zabraniając Polakom brania udziału w wyłapywaniu Żydów. Jeden artykulik w "Wieściach" o tej sprawie to trochę za mało jako wyraz naszego stosunku do tej kwestii"285. Słowa te poprzedzał opis "wyłowienia" przez policję granatową dwóch ukrywających się Żydów we wsi Czelatyce na podstawie donosu trzech znanych z nazwiska "miejscowych naganiaczy" będących na usługach konfidenta gestapo Kruszyńskiego (jeden z nich był przedwojennym działaczem OZN, drugi paskarzem). Na tym terenie nie wykonano jednak, a przynajmniej nie ma na to dowodów, ani jednego wyroku na osobnika działającego na szkodę Żydów. O samym Sośnickim niewiele wiadomo286. Do zawartości "Wieści" jeszcze wrócę.

Pojedyncze te wezwania pozostały bez echa. Nie tylko centralna prasa ludowców wolała nie dostrzegać istnienia problemu sygnalizowanego przez lokalne struktury. Również w cytowanym sprawozdaniu emisariusza "Celta", oddającym sposób myślenia delegata rządu i jego współpracowników, dominowało myślenie życzeniowe: "Wypadki szantażowania i wydawania Żydów Niemcom, a nawet wypadki odmawiania pomocy - są rzadkie. Są też natychmiast karane, nierzadko śmiercią - przez władze Polski Podziemnej. Szantażystami i denuncjatorami są najczęściej volksdeutsche i Ukraińcy"287. Rzeczywiste rozliczenia rozpoczęły się dopiero po wojnie, w sądach komunistycznego państwa.

Dylematy wokół pomocy

Często się zapomina, że jako pierwsi apel o pomoc dla uciekających z gett Żydów wystosowali komuniści za pośrednictwem swoich organów prasowych, z "Trybuną Wolności" na czele. W tekście na temat likwidacji getta warszawskiego, zamieszczonym na łamach kierowanego do ludności wiejskiej pisma "Trybuna Chłopska", znalazło się jednoznacznie brzmiące wezwanie: "Ludność polska, także i chłopi po wsiach muszą nieść pomoc uciekającym, muszą ich ukrywać i zaopatrywać w żywność". Później bowiem naziści przystąpią do mordowania Polaków. "Dlatego stawiający czynny opór Żydzi walczą także o życie ludności polskiej, bo dezorganizują i osłabiają potworną machinę mordowania. Tylko solidarność i pomoc wzajemna w walce wszystkich narodów uciskanych pokrzyżuje krwawe plany hitlerowskich oprawców"288. Wezwania te wpisywały się w strategię komunistów zmierzających do prowadzenia walki zbrojnej za wszelką cenę. Z punktu widzenia szukających schronienia Żydów fakt ten miał, jeśli w ogóle, znaczenie drugorzędne. Tym bardziej że w enuncjacjach Polskiego Państwa Podziemnego z okresu wielkiej akcji w getcie warszawskim i likwidacji gett na prowincji podobnych apeli nie znajdziemy. Podobnie w wydanym nieco wcześniej słynnym Proteście autorstwa Zofii Kossak-Szczuckiej. Wyjątek stanowi prasa PPS-WRN, w której zamieszczono bezpośrednie wezwanie do udzielania Żydom pomocy: "ratowanie zagrożonego śmiertelnie bliźniego jest obowiązkiem silniejszym niż śmierć"289. Właściwie dopiero na początku maja 1943 r. w dodatku KWC do "Biuletynu Informacyjnego" przypomniano w kontekście obław na Żydów pod Warszawą, że "obowiązkiem naszym jest pomagać ukrywającym się i chronić ich przed Niemcami"290. Dzień wcześniej premier rządu RP Władysław Sikorski w odnoszącym się do powstania w getcie przemówieniu na falach BBC, które później było cytowane w prasie konspiracyjnej, poruszył kwestię pomocy Żydom ze strony polskiego społeczeństwa. Następnie pojawiła się podobna enuncjacja delegata rządu Jana Stanisława Jankowskiego.

Należy tu odnotować, że już wcześniej zamieszczono na łamach centralnego organu Delegatury Rządu "Rzeczpospolita Polska" odezwę zawierającą apel o pomoc dla dezerterów włoskich, węgierskich, chorwackich, rumuńskich i słowackich: "Żołnierze ci, bez dokumentów, głodni i wyczerpani, kryjąc się po lasach jak dzikie zwierzęta, ścigani przez Niemców, narażeni na wielkie trudy i niebezpieczeństwa, przemykają się na zachód, do krajów swoich i domów. Kołaczą oni nieraz do naszych domostw, prosząc o pomoc i chleb. Rodacy. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że choć walczyli oni ramię w ramię z Niemcami, to opuszczając teraz swe szeregi, świadomie osłabiają naszego największego wroga, przyśpieszając jego klęskę. Dlatego obowiązkiem każdego Polaka jest dopomaganie w miarę możności tym uciekinierom, okazywanie im pomocy i opieki. Pomagajcie im przeto, dostarczając schronienia i żywności, zaopatrując w ubranie i dokumenty, dając dobre wskazówki i pouczenia"291. Nie są znane podobnie brzmiące odezwy dotyczące zbiegłych z niewoli jeńców sowieckich292 ani tym bardziej uciekających z gett Żydów.

Nas i tym razem najbardziej interesować będzie skierowana do czytelnika wiejskiego prasa konspiracyjnego ruchu ludowego. Charakterystyczny jest tekst opublikowany pod koniec sierpnia 1942 r. w organie prasowym BCh ograniczający się do poinformowania o akcji deportacyjnej w getcie warszawskim. Niemieckie metody zostały co prawda potępione, lecz próżno szukać tu odniesień do ucieczek z gett czy prześladowań Żydów na wsi293. Również w kolejnych miesiącach nie znajdziemy apeli o pomoc uciekinierom. W kobiecym piśmie "Żywia" pojawiło się w pewnej chwili autentyczne współczucie dla ofiar eksterminacji, zwłaszcza dzieci. I w tym wypadku jednak przedmiotem troski pozostawały wyłącznie "nasze dzieci, polskie dzieci", przede wszystkim te z objętej wysiedleniami Zamojszczyzny294. Niezwykle charakterystyczny jest apel drukowany na łamach "Żywii" latem 1943 r.: "Wobec zakazu przechowywania osób nie zameldowanych znaleźć sposoby takie, aby nie narażać siebie i ich na prześladowania. Nie możemy pisać, jakie one [są], ale pamiętajcie, że jest ich wiele. [...] Wszystko robić bez rozgłosu szybko i sprawnie". Szczególną uwagę zwracano na kwestię motywacji: "pomoc musi pochodzić z czystych braterskich, obywatelskich pobudek". Dziecko zaś "powinno dostać dom i opiekę. Od tego nie ma żadnych tłumaczeń". Ci, którzy pozostaną w lesie, "mają prawo do naszej pomocy w postaci takiej, jaka im będzie potrzebna. Żywność, nocleg, wiadomości o świecie, ostrzeżenia przed ruchami żandarmów i co tam jeszcze wyniknie z okoliczności i potrzeb miejscowych. Nade wszystko mają prawo do naszej dyskrecji i milczenia. To jest pierwszy i nieodzowny obowiązek w każdej akcji pomocy"295. Żydzi, którzy znajdowali się w bardzo podobnej sytuacji, i tym razem nie zostali objęci imperatywem narodowej solidarności. Ludowcy nie tylko nie wydali żadnego apelu w tej sprawie do ludności wiejskiej, ale nawiązywania do kwestii ukrywających się na wsi Żydów wyraźnie unikali. Centralna prasa ludowa przedrukowała jedynie wspomniany apel delegata rządu, w którym znalazło się stwierdzenie: "społeczeństwo polskie słusznie czyni, żywiąc do ściganych i prześladowanych Żydów uczucia litości i okazując im pomoc. Pomoc tę winno okazywać w dalszym ciągu"296, nie opatrując go żadnym komentarzem dla swoich czytelników.

Wiele mogą tu wyjaśnić kulisy stosunku Stronnictwa Ludowego do RPŻ, które odsłania cytowana już relacja jej przedstawiciela w tej organizacji Tadeusza Reka. Zaproponowano mu wejście w skład Rady, nie ukrywając, że nie znaleziono chętnych do objęcia tej funkcji (w tekście mowa o "stanowczej niechęci do tego odcinka pracy"). Stronnictwu, w ocenie Reka, podobnie jak innym partiom miały przyświecać motywy czysto polityczne ("należy to robić, gdyż tego wymaga dobro Polski"). Efektem był brak zainteresowania i zaangażowania w kwestię pomocy. Rek nie otrzymywał od kierownictwa SL żadnych wytycznych i poleceń. Przydzielono mu 300 podopiecznych, lecz najprawdopodobniej były to osoby ukrywające się na terenie Warszawy. Symptomatyczne jest, że w jego relacji sprawa ukrywania się na wsi w ogóle nie została poruszona. Według niego, "odzew prasy konspiracyjnej [na działania i inicjatywy Rady - D.L.] był bardzo słaby". W opisywaniu Zagłady przodowała prasa SD, natomiast SL i FOP prawie nie reagowały297. O ile zarzuty pod adresem FOP nie były prawdziwe, biorąc pod uwagę choćby rok 1942, o tyle krytyczna ocena centralnej prasy SL w świetle cytowanych przeze mnie materiałów jest jak najbardziej zasadna. Z działalności na rzecz pomocy Żydom odnotowano właściwie tylko ukazanie się broszury Na oczach świata. Czytamy tu między innymi: "Bolesna książka, straszny dokument, który musi wstrząsnąć sercem każdego człowieka. Tylko bestia ludzka może takie zbrodnie popełniać, i tylko podobna bestia mogłaby to zrozumieć i pochwalać"298. Wiarygodność Reka - redaktora jednego z najważniejszych organów prasowych ludowców - nie budzi żadnych wątpliwości. Prasa SL nie wspomniała na przykład o żadnej z ulotek "Żegoty" nawołujących do niesienia pomocy, a sygnowanych "Polskie Organizacje Niepodległościowe". Trudno zresztą kierować ten zarzut jedynie do ludowców, jako że cała prawie prasa konspiracyjna apele te przemilczała. Tak czy inaczej centralne struktury SL poza desygnowaniem Reka do Rady nie uczyniły niczego na rzecz pomocy Żydom. Inaczej, o czym już pisałem, charakteryzując sytuację w krakowskiej RPŻ, wyglądała ta sprawa na prowincji, gdzie działacze niższego szczebla włączali się w takie czy inne prace. Analizy wymagałaby jeszcze prasa prowincjonalna, lecz o czym już była mowa, zachowała się ona w stopniu szczątkowym299.

Z protokołów posiedzeń RPŻ wynika, że Rada musiała ograniczyć swoją działalność wyłącznie do kilku największych skupisk miejskich i obozów pracy. Powołany w jej ramach referat terenowy zajmował się wyłącznie kontaktami z obozami pracy. Działania w kierunku znajdowania uciekinierom schronienia na wsi czy docieranie tam z jakąkolwiek pomocą materialną rozbijały się o kwestie organizacyjne. Żydzi ukrywający się na wsi, z wyjątkiem kilkunastu osób z Krakowa, nie byli powiązani z RPŻ. Po raz pierwszy bodaj wątek "chłopski" pojawiał się podczas posiedzeń kierownictwa RPŻ przy okazji przekazania decyzją delegata rządu 2 tys. dolarów z 25-tysięcznej subwencji Jointu dla "Żegoty" na potrzeby chłopów wysiedlonych z Zamojszczyzny. Decyzja została powzięta arbitralnie, a przedstawiciel Delegatury po prostu poinformował o tym fakcie na posiedzeniu 8 listopada 1943 r. Bezsilna Rada nie zaprotestowała, a przynajmniej źródła takiego protestu nie odnotowują300. Możliwe, że chciano w ten sposób zrekompensować ludności wiejskiej niemożność partycypowania w funduszach wydatkowanych na pomoc Żydom. Wiele gorzkich słów pod adresem SL (a także PPS-WRN) padło podczas dyskusji wywołanej szokującymi informacjami o egzekucji ponad 40 tys. Żydów na Lubelszczyźnie w dniach 3-4 listopada (w Lublinie, Trawnikach i Poniatowej). W opinii Reka "na terenie małych miasteczek oraz wsi kwestia znalezienia pomieszczeń na stałe na skutek szpiclowskiego systemu jest prawie niewykonalna", a "na masową pomoc stałą na prowincji liczyć nie można. Natomiast jeśli chodzi o przejściowe locum, to jest ono możliwe". Dawał też nadzieję na pomoc Radzie ze strony członków SL z prowincji ("tam SL prawdopodobnie ludzi do dyspozycji postawi"), w Warszawie miało to być niemożliwe301. W skierowanych do partii politycznych dezyderatach Rady znalazła się między innymi prośba o pomoc w wynajdywaniu dla uciekinierów z obozów stałych lub czasowych schronień na wsiach i w małych miasteczkach. Na kolejnym posiedzeniu krytyka wobec partii politycznych uległa złagodzeniu, być może pod wpływem niezadowolenia płynącego z ich strony. Zwłaszcza że sondażowe rozmowy z działaczami obu partii przeprowadzone przez Reka i Ferdynanda Arczyńskiego "Marka" napawały pewną nadzieją: postulaty Rady miały zostać przyjęte "życzliwie"302. Na deklaracjach dobrej woli jednak się skończyło, a sprawa pomocy Radzie ze strony SL i PPS-WRN utknęła w martwym punkcie. W prasie nie pojawiły się żadne enuncjacje na temat pomocy uciekinierom, nie ma również śladów wydania dyrektyw instancjom terenowym. Nie znam też żadnych materiałów mówiących o sytuacji Żydów ukrywających się na terenach wiejskich GG, choć do polskich i żydowskich członków Rady musiały dochodzić informacje o ustosunkowaniu się do nich ludności wiejskiej, nie mówiąc już o konfliktach, do jakich dochodziło między chłopami a zmuszonymi do zdobywania żywności uzbrojonymi grupami żydowskimi (tą ostatnią kwestią zajmowała się przede wszystkim Żydowska Organizacja Bojowa). Tematyka wiejska tylko dwukrotnie jeszcze pojawiła się w polu zainteresowania kierownictwa - gdy poinformowano o wymordowaniu przez polskich partyzantów oddziału ŻOB z getta częstochowskiego oraz przy okazji opublikowania broszury konspiracyjnej o tematyce rolnej autorstwa jednego z prominentnych członków SL. Była to publikacja pt. Nowy wspólny dom, sygnowana przez Departament Rolnictwa Delegatury Rządu RP, której autorem był dyrektor tego departamentu Zygmunt Załęski. Dowodził on, że zniknięcie "obcych żywiołów" stanowi fakt pozytywny i dający nadzieję na przyszłość, ponieważ Żydzi, posiadając "znaczną część majątku narodowego, zajmowali wiele poczesnego miejsca w naszym życiu gospodarczym, ale nie byli częścią tej Polski, która siłę swą i zdolność odradzania się z miłości i ofiary swych synów czerpie. Nie byli bowiem zdolni - poza nielicznymi wyjątkami - ani do miłości, ani do ofiary. Dziejowy los doprowadził ich do kresu i przeważająca część uległa zagładzie. Po olbrzymiej ilości Żydów w Polsce pozostały tylko miejsca w życiu do zajęcia przez innych i miejsca te zająć będzie trzeba"303. Rada protestowała przeciwko tym sformułowaniom, podkreślając, że wypowiedzi tego rodzaju wyrządzają niepowetowane szkody akcji pomocy. Autor broszury nie wspomniał o szczegółach eksterminacji Żydów na wsi.

Obojętność wobec losu Żydów trudno uznać za przypadek. W programowym organie CKRL "Polska Ludowa" niedługo po powstaniu w getcie można było przeczytać donośne skargi na zniszczenie przez Niemców jednej trzeciej Warszawy "w poszukiwaniu ukrytych Żydów", czym uczyniono "olbrzymie szkody narodowi polskiemu, gdyż świadomemu podpaleniu uległy między innymi domy nowe, nowoczesne bloki wielopiętrowe". Podpowiadano, by użyć tego argumentu w obliczu niemieckich "biadań" nad skutkami bombardowań. Z kolei w polemice z programem rolnym PPR opublikowanej wiosną 1944 r. pojawiła się antysemicka klisza, że komunizm jest przesiąknięty "mentalnością żydowską"304.

I tym razem wyróżniły się rzeszowskie "Wieści", które zamieściły pełen empatii tekst o powstaniu w getcie warszawskim. Czytamy w nim między innymi: "Warszawa niesie pomoc bojownikom z getta. Ludność polska, mimo kordonu, dostarcza Żydom żywności i napoju, przechowuje u siebie rannych, pomaga uciekającym. Czynami tymi dorzuca jeszcze jeden wawrzyn do swej bohaterskiej postawy i walki z najeźdźcą"305. Mimo że nie zawarto tu żadnych bezpośrednich nakazów dla ludności wsi, tekst ten pokazuje pomoc jako właściwą postawę. Podobnie należy traktować informacje o ratowaniu Żydów przez Duńczyków306.

Obraz represji za pomoc niesioną Żydom

W kwietniu 1942 r. lubelska gadzinówka "Nowy Głos Lubelski" pisała: "Mimo zarządzeń [...] spotyka się codziennie żydów nie tylko na terenie miasta Łaskarzew, ale i okolicznych wsi. Wspomniani żydzi trudnią się pokątnym handlem oraz żebractwem [...]. Są tak natrętni, że trudno się ich pozbyć, nawet użycie siły fizycznej nie zawsze pomaga. Starosta powiatu garwolińskiego [...] wyznaczył odpowiednie nagrody za doprowadzenie do posterunków policji lub żandarmerii wałęsających się żydów. Należy się spodziewać, że ludność miejscowa przestanie nareszcie udzielać pomocy żydom i tolerować żebractwo żydowskie roznoszące różne choroby wśród polskiej ludności"307. Wynika z tego, że postawy ludności chrześcijańskiej pomimo kierowanej do chłopów propagandy nie były zgodne z oczekiwaniami. Potwierdzają to niektóre z wydanych przez władze niemieckie obwieszczeń, grożących karą śmierci w wypadku udzielenia pomocy Żydom.

Represje za pomaganie Żydom zaczęto odnotowywać w biuletynach wewnętrznych od początku 1943 r. W lutym w "Informacji Bieżącej" podano, że na terenie całego powiatu biłgorajskiego stosowane są bardzo ostre represje za przechowywanie Żydów i pomaganie im. Przykładów takich działań jednak zabrakło. Niedługo potem podano budzącą grozę informację o zabiciu w gminie Sadowne (pow. Węgrów) piekarza wraz z żoną i synem za sprzedanie bułki Żydowi308. Później pojawiały się doniesienia o wydawaniu przez schwytanych Żydów pomagających im Polaków: w gminie Jeziorko (pow. Łowicz) Żyd przed śmiercią wydał 2 rodziny wieśniaków, którzy go ukrywali. 13 osób rozstrzelano309. 6 sierpnia 1943 r. ujęty i torturowany Żyd wydał Polaka, Adamczyka, z Lubomierza, że ten dostarczał mu żywności. Adamczyk został aresztowany i zabity w okrutny sposób. Tylko niektóre z tych informacji pojawiały się następnie na łamach prasy konspiracyjnej. Natomiast w wysyłanych do Londynu Pro memoria o sytuacji w kraju powtarzano pogłoski o masowych represjach spadających na ludność wiejską310.

I tym razem wydawnictwa ludowców, przynajmniej tytuły analizowane w tym tekście z wyjątkiem "Agencji Informacyjnej Wieś", nie tylko nie rozpisywały się na ten temat, lecz w ogóle go nie podejmowały. Niejednokrotnie alarmowano natomiast, że Niemcy wysyłają na wieś udających zbiegów czy członków konspiracji agentów, z zamiarem represjonowania mieszkańców wsi, którzy niebacznie zaoferowali im pomoc, i ostrzegano przed kontaktami "ze wszystkimi nieznajomymi"311. Wśród tysięcy ludzi ściganych przez siepaczy SS "trudno odróżnić zbiega patriotę, od bandyty, żołnierza AK od prowokatora" - przestrzegał "Małopolski Biuletyn Informacyjny"312. Podczas lektury biuletynów i prasy konspiracyjnej nie natrafiłem jednak na ostrzeżenia o podszywaniu się agentów pod szukających schronienia Żydów.

Przykłady represji w wydawnictwach SL "Roch" nie miały na celu zniechęcania do udzielania pomocy, tak jak robiły to niektóre pisma narodowców. Tytułem przykładu, w interesującej nas tu najbardziej kierowanej do czytelnika wiejskiego "Placówce" (ONR "Szaniec") już na początku 1943 r. można było przeczytać: "grube tysiące Machabeuszy siedzą po lasach, skąd wraz z dywersantami sowieckimi i bandytami rabują i mordują ludność polską, odznaczając się przy tym szczególnym okrucieństwem. Ilu wreszcie Żydów przechowują u siebie Polacy, niepomni, jak strasznie się w ten sposób narażają, niepomni, że ukryty przez nich żyd bez skrupułów ich zadenuncjuje w razie przechwycenia choćby na innym terenie i pierwszy by naprowadził na swych dobrodziei siepaczy GPU, gdyby ci wtargnęli do Polski"313. Mimo podejmowanych prób propaganda narodowców nie przebijała się na wieś, przynajmniej tam, gdzie silni byli ludowcy. Przed demagogią przestrzegały na przykład "Wieści": "Jakże łatwo dziś ludziom spragnionym prawdy i człowieczego życia - pisano w lutym 1943 r. - rzucić hasła i opinie, dla różnych, jakże różnych, celów. Tym masom wlokącym się za chlebem [...] jakże łatwo zaimponować śmiałym zdaniem, pięknym słowem "Bóg", "Polska". Na te słowa wielkie jakże drgają nasze skołatane serca. I już łatwo dalej "lepszemu gościowi" czy "uczonemu panu" brać nas na lep wielkich słów. Więc słówko o Żydach, komunistach, słówko o bezbożnikach i już ziarno posiane. Ludzie [...] wiozą do domów nienawiść i bielmo na oczach. Już odwrócono ich uwagę od tego, co najważniejsze". To znaczy od konieczności walki o Polskę Ludową. I zapewniano: "Bronić się będziemy przed wpływami kleru, wszelkich dyktatur lewych i prawych, wszelkich ugrupowań ograniczających prawdziwą wolność człowieka"314. Nie oznacza to, o czym już wspomniałem, że zachęcano bezpośrednio do pomagania Żydom. Inaczej było w prasie socjalistycznej, w której tak jak na łamach krakowskiej "Wolności", pisząc o represjach, publikowano jednoznacznie brzmiące zachęty do udzielania pomocy szukającym ocalenia Żydom315. Ta prasa jednak również nie docierała na wieś.

Przyjrzyjmy się interesującym nas tutaj zapisom zamieszczonym w "Agencji Informacyjnej Wieś". Odnotowano w niej 17 przypadków represji (zob. zamieszczona dalej tabela), w 1943 - 12, w 1944 - 5. Dwukrotnie pojawiły się nazwiska zamordowanych Polaków. W trzech przypadkach udzielających pomocy Polaków wydali ukrywani Żydzi, sześć sytuacji dotyczyło obław i akcji odwetowych za działalność partyzantów i dywersantów. W pozostałych przypadkach nie podano okoliczności wykrycia pomocy Żydom. Tylko raz jako przyczynę wykrycia Żydów i ukrywających ich Polaków wskazano bliżej nieokreślony donos. Zapis ten jest interesujący, jako że dotyczy zastosowania odpowiedzialności zbiorowej wobec członków rodziny Ulmów z Markowej. Uwagę zwraca nie tylko ponadmiesięczna zwłoka w publikacji tego zapisu, lecz także szczegół mówiący o bardzo krótkim okresie przechowywania Żydów. Nie wiadomo, czy autor notatki dobrze znał temat, wiadomo natomiast, że te same informacje miał komendant LSB powiatu przeworskiego316. I sprawa kolejna. Tylko niektóre incydenty odnotowane przez "Agencję Informacyjną Wieś" zostały podane do wiadomości w prasie konspiracyjnej. Nie było w nich informacji o przerażającej zbrodni na Ulmach. Musi to dziwić, zwłaszcza że sprawcy zbrodni, która wstrząsnęła lokalną społecznością317, nie zostali napiętnowani na łamach ukazujących się w Markowej "Wieści". Zapis taki powinien znaleźć się tam najpóźniej w numerze wydanym 2 kwietnia 1944 r. Nie stało się tak ani wtedy, ani później. Nie oznacza to jednak wcale przejścia nad tą sprawą do porządku dziennego. W pierwszym kwietniowym numerze zamieszczono "Ostrzeżenie" KWP o karze śmierci dla denuncjatorów. W punkcie pierwszym wyjaśniono, że zapis dotyczy tych, którzy "jawnie lub anonimowo godzą na wolność obywatela polskiego przez jawne lub anonimowe informowanie okupanta". A w komentarzu od redakcji przestrzegano, że "ręka karząca polskiej sprawiedliwości, działająca w imię obrony wiernych Polsce obywateli, dosięgnie każdego obszarnika czy chłopa, inteligenta czy robotnika, duchownego, wojskowego czy cywila, mężczyznę czy kobietę - słowem tych wszystkich, którzy w jakiejkolwiek formie dopuszczą się jednego z wyżej wymienionych przestępstw". Nie koniec na tym, w stopce podano jako ciekawostkę informacje o akcjach AK z grudnia 1943 r. wymierzonych w kolaborantów ("zlikwidowano 125 agentów gestapo, wykonano wyroki śmierci lub kary chłosty na kilkudziesięciu Polakach winnych przestępstw podanych w ostrzeżeniu KWP")318. Wszystko to miało oczywiście związek z mordem na Ulmach i ukrywających się u nich Żydach. Ale napisać o tym wprost redakcja z jakichś powodów nie chciała lub po prostu nie mogła. Jak zwykle chowanie głowy w piasek okazało się najlepszym wyjściem. Przypomnijmy - w akcji brało udział 4 żandarmów i kilku policjantów granatowych, wśród których był sprawca tragedii. Miał zostać zlikwidowany pół roku później, już po wyzwoleniu319. Była to jednak, jak można domniemywać, bo nie znam dokumentów na ten temat, kara za całokształt okupacyjnej działalności320. Przypadek ten pokazuje bezmiar tragedii Polaków pomagających Żydom, którzy nawet w tak dramatycznych sytuacjach nie mogli liczyć na ochronę ze strony konspiracji.

Incydenty związane z represjami za pomoc udzielaną Żydom zamieszczone na łamach "Agencji Informacyjnej Wieś"

- Powiat Olkusz, w ramach represji za działalność dywersantów rozstrzelano ukrywających się Żydów i pomagających (25 II 1943, nr 5, s. 5).

- Gmina Sadowne, "zamordowano 20 polskich chłopów i spalono gospodarstwa, w tym niektóre z inwentarzem. Kat - Żyd, uczestnik band bolszewickich, które swego czasu wymuszały od chłopów środki żywności, wskazywał w gminie Sadowne chłopów, którzy dawali żywność Żydom i jeńcom sowieckim. Na podstawie tej denuncjacji Niemcy zgromadzili w szkole w Zarzetce, gm. Sadowne, chłopów pod zarzutem łamania prawa. Przy badaniu w okropny sposób bito, w końcu masowo rozstrzelano" (18 III 1943, nr 8, s. 3-4).

- Miechów, wykryto akcję wystawiania kart rozpoznawczych dla Żydów za pieniądze. W związku z tym aresztowano 21 osób, w tym 18 urzędników starostwa z burmistrzem na czele (25 III 1943, nr 9, s. 5)321.

- Powiat Limanowa, 22 marca 1943 r. zamęczono (wójt i komendant PP) chłopa z Mszany Dolnej za to, że sprzedał Żydowi 25 kg ziemniaków, powieszono go głową w dół i bito (10 IV 1943, nr 11, s. 4).

- W okolicach Przeworska pomagano Żydom mieszkającym w ziemiankach wśród pól. Niemcy przyłapali dwie Żydówki, które wskazały miejsce, gdzie mieszkali ci Żydzi, i kto ich przetrzymywał. "Na skutek tego rozstrzelano dotąd 40 chłopów" (20 IV 1943, nr 13, s. 3).

- W okolicach Miechowa rozstrzelano kilka rodzin polskich za przechowywanie Żydów (ibidem, s. 4).

- Mińsk Mazowiecki, 25/26 czerwca 1943 r. zabito dwóch "kałmuków" na drodze do Cegłowa. Prawdopodobnie byli to uciekający Żydzi. Ludność poddano represjom (6 VII 1943, nr 23, s. 10).

- 5 lipca 1943 r., wieś Szarwark, powiat Dąbrowa Tarnowska, żandarmeria wymordowała "całą rodzinę Mendalową [chodzi o rodzinę Franciszka Mędali - D.L.], złożoną z 7 osób", ze "rzekome przechowywanie i udzielanie pomocy Żydom" (13 VII 1943, nr 24, s. 5).

- Grójec. [...] W Kruszewiu, gmina Kobylin, zastrzelono mężczyznę za przechowywanie Żydów. Z tego powodu w Baglewicach, gmina Jasieniec, aresztowano i wywieziono mężczyznę i dwie kobiety (17 VIII 1943, nr 29, s. 5).

- Akcja przeciwko bandom na granicy powiatów jasielskiego i rzeszowskiego z udziałem policji granatowej i wiejskiej. Złapano kilku Żydów. W wioskach Oparówka, Markuszowa, Kozłówek przeprowadzono śledztwa i aresztowania oparte na fałszywych zeznaniach złapanych Żydów (31 VII 1943, nr 31, s. 8).

- 12 września około 5 rano we wsi Rozbity Kamień i wsiach okolicznych dokonano licznych aresztowań mężczyzn. Zatrzymano ich 40. Zabrano księdza i organistę. Powodem aresztowania według Niemców było przechowywanie jeńców bolszewickich oraz Żydów i i udzielanie im pomocy (28 IX 1943, nr 36, s. 4).

- 25-30 września, powiat Gorlice, gestapo i policja "granatowa" węszą za Żydami, ujęto 6 Żydów, aresztowano kilkunastu Polaków (ibidem, s. 5).

- 28 grudnia żandarmeria zastrzeliła na cmentarzu w Mordach przechrzczoną Żydówkę, żonę gospodarza z Kamionki (29 II 1944, nr 6, s. 37b).

- Ekspedycje karne jeździły po wsiach Podlasia rzekomo w poszukiwaniu komunistów i Żydów (27 IV 1944, nr 14).

- Obława pod Kałuszynem. 14/15 kwietnia pod Kałuszynem urządzono obławę, w której brali udział żandarmi, "Mongoli" i gestapo. Złapano kilkunastu ludzi leśnych, Żydów i Żydówek (11 V 1944, nr 16, s. 9).

- Na terenie gminy Czuryły aresztowano rodzinę Gurków i zamieszkałą u nich nauczycielkę, łącznie 5 osób, za rzekome przetrzymywanie Żydów (11 V 1944, nr 16, s. 7).

- Zastrzelenie całej rodziny za udzielanie chwilowej gościny Żydom. "W Markowej koło Przeworska przebywało chwilowo u Józefa Ulmy 8 Żydów. Ktoś doniósł o tym i 24 niemiecka żandarmeria przyjechała na trzech furmankach, otoczyła dom i weszła do środka. Na strychu znaleziono Żydów, których natychmiast rozstrzelano. Następnie żandarmi rozstrzelali całą rodzinę Ulmów, składającą się również z 8 osób. Najpierw rozstrzelano sześcioro dzieci w wieku od 1 do 8 lat, następnie [ich] matkę w ciąży, a na końcu ojca. Był to człowiek biedny, szczery demokrata. Żydzi na kilka dni przybyli do niego" (17 V 1944, nr 17, s. 9).

Prasa konspiracyjna, głównie zresztą nacjonalistyczna, rozpisywała się natomiast o mordzie dokonanym w Sadownem, podkreślając kluczową w przeprowadzeniu represji rolę schwytanego przez Niemców Żyda322. Opinie na temat niebezpieczeństw grożących Polakom ze strony ukrywanych Żydów, jak wynika z materiałów konspiracyjnych, były bardzo rozpowszechnione. Warto odnotować, że szef wywiadu powiatu przeworskiego, na którego terenie dokonano mordu na Ulmach, był przekonany, a przynajmniej taki obraz przedstawiał przełożonym, że główną przyczyną pozostawania "znikomej liczby" ukrywających się na jego terenie Żydów jest "zła taktyka ofiar w śledztwie". Mieli oni "śpiewać" o wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób udzielili im pomocy. Niemniej konkluzja jest budująca: "Ci Polacy, którzy ich utrzymują, ryzykują dużo, ale poczuwają się do obowiązku obywatelskiego"323. Tego rodzaju argumentacja, choć najczęściej już bez optymistycznych wniosków, powtarzana była w wielu rozkazach i meldunkach terenowych. Rok wcześniej posłużyła ona do wydania przez dowódcę rzeszowskiego podokręgu AK kategorycznego zakazu udzielania pomocy Żydom324. Ten sam motyw, o czym już wspominałem, pojawia się w omawianych wcześniej raportach sygnowanych przez "Beya". Oto trzy kolejne zapisy z okresu wiosna-lato 1943 r. Zapis pierwszy: "Żydzi nadal napotykani są w lasach Chroberz i Sancygniów. Charakterystycznym jest, że przy kilku zabitych żydach znaleziono imienne spisy szeregu osób z dopiskiem "radio", "broń" itp. Żydzi niejednokrotnie zdobywają sobie żywność, grożąc użyciem broni. [...] Od czasu do czasu policja urządza obławy - pojmani są na miejscu rozstrzeliwani325. Zapis drugi: "Z końcem okresu sprawozdawczego schwytana została przez oddziały pacyfikacyjne większa liczba żydów. Na podkreślenie zasługuje fakt, że policji granatowej zakazano strzelania Żydów, lecz odprowadzanie ich do posterunków żandarmerii niemieckiej. Tam poddawani są przesłuchaniom, w związku z czym są wsypy. Stwierdzono, że szereg napadów bandyckich był dziełem Żydów"326. Zapis trzeci: "Od czasu do czasu zdarzają się sporadyczne wypadki wyłapywania Żydów, ludność wrogo nastawiona, uważa [dwa słowa nieczytelne], że cały szereg wsyp był dziełem Żydów"327. Podobne wnioski wypływają z powstałego w połowie 1943 r. sprawozdania BIP obwodu grójeckiego AK: "Zagadnienie żydowskie prawie nie istnieje. Żydzi zamożni, posiadający pieniądze, już dawno "urządzili się" i czekają z całą ludnością końca wojny. Żydzi kryjący się po lasach są przez ludność nienawidzeni. Są oni przyczyną wielu kłopotów i nieszczęść ludności polskiej. Urządzają napady rabunkowe, poza tym z reguły należą do komuny. Złapany przez żandarma "leśny żyd" prawie zawsze oskarża Bogu ducha winnych mieszkańców z pobliskich osiedli. Jest to albo zemsta za nieotrzymanie pomocy, albo zasada "ginę ja - giń i ty". Wypadki "sypania" przez Żydów wieśniaków wystąpiły najjaskrawiej w [powiatach] sokołowskim, węgrowskim i grójeckim"328. Teza, że główną przyczyną represji są zeznania aresztowanych Żydów, obowiązywała również w wysyłanych do Londynu Pro memoria o sytuacji w kraju: "W wyniku takich zeznań Polacy, którzy ochraniali Żydów, poddawani są ciężkim represjom, a bardzo często nawet rozstrzeliwani"329. Nie dziwi zatem zapis w raporcie emisariusza "Celta", sporządzony na podstawie rozmów z przedstawicielami konspiracji: "jednym z powodów niechęci Polaków do Żydów była słabość tych ostatnich i nagminne "sypanie" wszystkich dobroczyńców Polaków"330.

Piętno "bandytów"

W połowie maja 1943 r. na łamach krakowskiej "Wolności" odnotowano napad bliżej nieokreślonej grupy "bojowej" na urząd gminny w Sancygniowie, podczas którego zniszczono dokumenty oraz zamordowano dwóch Żydów ukrywających się przed Niemcami pod nazwiskiem Szydłowscy. Przy zamordowanych zostawiono kartkę z napisem: "Tak giną bandyci i komuniści" i z podpisem "Gestapo". Autor notatki, wyrażając całkowitą dezaprobatę dla tego rodzaju ekscesów, przypuszczał, że musiała to być "banda opryszków"331. W świetle wiedzy na temat funkcjonowania konspiracyjnych placówek na terenie Inspektoratu Miechowskiego nie jest to wcale takie pewne. Tego samego zdarzenia dotyczy zapewne zapis poczyniony przez "Beya", ale ten wskazuje na sprawstwo NSZ332. Wracając jednak do pism konspiracyjnych - cytowaną notatkę zamieszczoną w krakowskim organie PPS-WRN należy uznać za zapis wyjątkowy. W analizowanych przeze mnie wydawnictwach brak bowiem doniesień o ustosunkowaniu się polskiego podziemia, zarówno niepodległościowego, jak i komunistycznego, do ukrywających się Żydów. Przeszkodą, co należy zaznaczyć, w wyciągnięciu ostatecznych wniosków jest słabe zachowanie się prasy terenowej. Niemniej zapisów takich brak w "Agencji Informacyjnej Wieś", "Agencji Informacyjnej Kraj", "Informacji Bieżącej" czy wreszcie "Agencji Prasowej". Wyjątkiem jest "RAPP", która dwukrotnie zamieściła informacje o mordowaniu Żydów przez NSZ333. O ile wiem, wiadomości te nie zostały jednak nigdzie przedrukowane. Organy prasowe BCh i SL "Roch", niezwykle krytyczne wobec NSZ, nigdzie nie odnotowały działań wymierzonych w Żydów334. W tonie alarmistycznym donoszono natomiast o atakach partyzantów NSZ na ludność wiejską.

Bodaj tylko raz "Agencja Informacyjna Wieś" napisała o likwidacjach Żydów dokonywanych na Podlasiu przez partyzantkę, lecz chodziło o partyzantów sowieckich335. Nie wgłębiano się jednak w szczegóły. Pewne światło na stosunek partyzantki sowieckiej w tym rejonie do Żydów rzuca zamieszczone kilka miesięcy wcześniej przez "RAPP" sprawozdanie z "konferencji" między komendantem Fiedką (studentem matematyki na uniwersytecie w Rostowie, kapitanem Armii Czerwonej) a "mieszkańcami pewnej wsi". Wcześniej samoobrona wiejska ("żołnierze armii wsi NN") zastrzeliła dwóch Sowietów, w rewanżu zaś Sowieci zastrzelili mieszkańca wsi. Spotkanie miało doprowadzić do zażegnania sporu. Komendanta zapytano, jak postępować z "ludźmi sowieckimi i żydami", którzy wieś rabują. Fiedka, kategorycznie zaprzeczając udziałowi swoich ludzi w rabunkach, zapewnił, że zlikwiduje bandytów przy pierwszym spotkaniu. Nie omieszkał też wspomnieć o Żydach i Sowietach, których już zastrzelił za bandytyzm. A co więcej, "potępiał żydów, których nie ma w oddziale i mieć nie chce"336. Stwierdzeń tych nie opatrzono żadnym komentarzem, utwierdzając czytelnika w przekonaniu, że partyzanci sowieccy nie chronią ukrywających się Żydów oraz że obrona przeciwko nawiedzającym wsie Żydom jest działaniem uzasadnionym337. Do zawartości "RAPP" jeszcze powrócę.

Od połowy 1942 r. w meldunkach, sprawozdaniach i prasie coraz częściej wskazywano na trapiące wieś zagrożenia ze strony policji granatowej, żandarmerii, band rabunkowych i oddziałów komunistycznych. "Wieś jest bezradna - czytamy na łamach "Przez Walkę do Zwycięstwa" - zewsząd czyha niebezpieczeństwo, każdy coś zabiera, a znikąd obrony. Władza nawet od bandyty wsi nie chroni, gdyż już od zmierzchu do rana żandarmeria zabarykadowana na posterunkach ma rozkaz nieruszania się z miejsca i nie przyjmuje żadnych meldunków"338. Jednym z zagrożeń byli Żydzi. Już w artykule wstępnym zamieszczonym w pierwszym numerze "Agencji Informacyjnej Wieś" postawiono następującą diagnozę: "Wieś staje się "piekłem na ziemi". [...] Z lasów wychodzą bandyci, uciekinierzy, Żydzi czy też oddziały dywersyjne. Wszyscy oni odbierają żywność, odzież i żądają różnych świadczeń od ludności: prośbą, groźbą czy prostym rabunkiem lub zabójstwem. Później zjawia się ekspedycja karna okupanta, na swój sposób plądruje gospodarstwa, wywozi masowo ludzi, dziesiątkami na miejscu morduje niewinnych chłopów"339. Pół roku później donoszono o sytuacji wokół Grójca: "W całym powiecie w czerwcu zanotowano powyżej 100 wypadków rabunkowych. Większość z nich została dokonana przez zwykłe bandy rabunkowe, w skład których wchodzi dość liczna ilość Żydów. Bandy te rabują wszystko, odzież, bieliznę, a często nawet dziecięce ubranka, pozostawiając swe ofiary tylko w bieliźnie. Z rzadka spotyka się potyczkę oddziałów dywersyjnych z bandami"340. "We wsi zjawiają się dywersanci sowieccy i żydzi z lasów, i zwykli bandyci, i oddziały luźne i organizacje niepodległościowe. Jedni rabują, inni proszą o pomoc. Chłopi przed zwykłymi bandytami bronią się sami, jak mogą, wieś nie ma spokojnej nocy" - pisała enigmatycznie "Reduta" w okresie powstania w getcie warszawskim341. W podobny sposób opisywano problem w raportach terenowych struktur AK. Zapisy takie można mnożyć. Przykładowo, w kwietniu 1943 r. sprawozdawca z obwodu puławskiego AK meldował: "Do niedawna społeczeństwo było ustosunkowane do napadających biernie, lecz gdy napady stały się codzienne, kurs społeczeństwa się zmienił, jest wrogi. Żydzi schwytani z premedytacją wydają wszystkich Polaków, u których otrzymali jakąś pomoc lub schronienie"342. W wielu sprawozdaniach, co znajduje odbicie w cytowanym na początku moich rozważań raporcie emisariusza "Celta", podkreślano wyjątkową brutalność uzbrojonych Żydów. Nie przypadkiem w opracowaniach przygotowywanych dla rządu w Londynie Pro memoria o sytuacji w kraju "żydowski bandytyzm" był najczęściej bodaj pojawiającym się motywem odnoszącym się do problematyki związanej z Zagładą na terenach wiejskich.

Posądzenia o prowadzenie działalności przestępczej miały usprawiedliwiać radykalne działania, traktowane w kategoriach samoobrony: "Rozwielmożniony bandytyzm zmusza ludność do samoobrony swego życia i mienia. W ostatnich dniach w wyniku tej akcji padło 13 bandytów, w tym 5 jeńców sowieckich, 6 żydów i kobieta" - zacytujmy raz jeszcze zapis z "Agencji Informacyjnej Wieś"343. Ubolewano, że ludność musi sama bronić się przed zagrażającym jej niebezpieczeństwem ("patrole własnej samoobrony czuwają w nocy nad bezpieczeństwem wsi")344. Skądinąd funkcjonowaniu wart wiejskich poświęcano w pismach konspiracyjnych bardzo niewiele miejsca. Inaczej było w wypadku akcji "antybandyckiej" prowadzonej przez podziemie. Jednym z celów wszystkich zbrojnych odłamów polskiej konspiracji - AK, BCh i NSZ - była ochrona ludności przed przestępczością, w związku z czym wydano stosowne ogólne i szczegółowe rozkazy i dyrektywy. "Agencja Informacyjna Wieś" odnotowała jedną, przeprowadzoną na szeroką skalę, akcję na Podlasiu: "W odwet za napad na dom Kozaka w Zeszotkowie [właśc. Rzeszotków - D.L.] duży "oddział leśny" urządził 2 kwietnia [1944 r.] obławę między Zeszotkowem a Kornaciskami. [...] Zabitych zostało 6 bolszewików i 20 Żydów. Niejakiemu Uziakowi zabrali "leśni" dowody, gdyż zamierzał ostrzec on bolszewików"345. Być może kiedyś uda się poznać okoliczności tego przerażającego zdarzenia. Z pewnością problem wymaga bardziej szczegółowej analizy, na którą brak w tym studium miejsca, wiadomo jednak, że ukrywający się na wsi Żydzi padali często ofiarą takich działań, i to nie tylko ci należący do uzbrojonych grup przetrwania czy sowieckich i komunistycznych oddziałów partyzanckich346. Ze względu na omawiany w tym artykule temat zasadnicze wydają się dwie kwestie: przedstawienie ukrywających się Żydów jako jednego z głównych zagrożeń dla ludności wiejskiej, a także wspólny dla większości obserwatorów, zarówno ze struktur lokalnych, jak i centralnych, całkowity brak zrozumienia dla tragicznego położenia uciekinierów z gett i obozów.

Innym niebezpieczeństwem zagrażającym ukrywającym się na wsi Żydom, zwłaszcza w 1944 r., była demoralizacja w szeregach konspiracji. Istnieje na ten temat wiele dokumentów. Przywołajmy tylko materiał zamieszczony w "RAPP", który przynosi obraz tego zjawiska z punktu widzenia podlaskich ludowców. Zdaniem autorów w organizacjach niepodległościowych na porządku dziennym były "pijaństwo, bandytyzm, samowola i zdziczenie", co miało wynikać ze złego doboru i masowości konspiracji. Wcześniej oddziały polskie likwidowały grupy złożone z jeńców sowieckich, "kałmuków", Żydów i "innego elementu przestępczego", wszędzie tam, gdzie "nazbyt dokuczali ludności". Sytuacja zmieniła się, ale na gorsze: mamy do czynienia z "terrorem oddziałów polskich, występujących w polskich mundurach, z polskimi orzełkami i z pełną gębą frazesów patriotycznych. Grupy te w znaczniej mierze zlikwidowały swoich konkurentów, lecz zaczynają przewyższać ich rozmachem w rabowaniu i gnębieniu ludności". Złośliwie dodano, że "każdy z tych "partyzantów" wygląda jak "tuczony żandarm niemiecki", mieszkańcy wsi traktowani są z pogardą jako "chamy", a AK i NSZ zaczęły eliminować przeciwników politycznych. Alarmowano o zacieraniu się różnic między bandytyzmem a działalnością niepodległościową, o wzrastającej samowoli. A także, co z mojego punktu widzenia najważniejsze, wskazywano na łatwość etykietowania przeciwników politycznych i osób niepożądanych określeniem "bandyta", ubolewając, iż "nie do wszystkich dociera świadomość, że źródło zła tkwi w akcji zdawałoby się najbardziej wzniosłej i szlachetnej"347.

Zakończenie

W opracowaniach autorstwa historyków związanych z placówkami badawczymi dokumentującymi okupacyjne dzieje ruchu ludowego (w PRL ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym, obecnie z Polskim Stronnictwem Ludowym) próżno szukać wyjaśnienia artykułowanego w sposób jednoznaczny antysemityzmu centralnych organów prasowych stronnictwa z lat 1941-1942, a także późniejszej ambiwalencji wobec losu ukrywających się na terenach wiejskich Żydów. Zapisy te są w tekstach dotyczących postaw wsi wobec Żydów przemilczane, przy jednoczesnym eksponowaniu przypadków solidarności, pomocy i ratowania. Praktyka uników jest tym łatwiejsza, że przecież - o czym piszę w tym tekście - z punktu widzenia redaktorów prasy konspiracyjnej wszystko, co wiązało się ze stosunkiem wsi do Zagłady, stanowiło problem o niewielkim znaczeniu. Sposób postrzegania Żydów i "kwestii żydowskiej" na łamach konspiracyjnej prasy ludowców stanowił, o czym już była mowa, niezwykle niekiedy radykalne rozwinięcie przedwojennych wytycznych programowych. O niejednoznacznym stanowisku ugrupowań chłopskich do antysemityzmu w latach trzydziestych często się zresztą zapomina348, eksponując radykalnie antyżydowskie postawy endeków, narodowych radykałów (ONR), działania spod znaku powołanego w 1937 r. przez prawicowo zorientowaną część obozu rządzącego Obozu Zjednoczenia Narodowego czy wreszcie nauczanie Kościoła katolickiego. Można zresztą śmiało powiedzieć, że ugruntowywanie przez duchowieństwo obrazu Żydów jako grupy obcej i wrogiej w kategoriach religijnych i politycznych miało znacznie większy wpływ na postawy obojętności ludności wiejskiej w okresie okupacji niemieckiej aniżeli wytyczne programowe takich czy innych chłopskich ugrupowań politycznych. Problem ten wymyka się jednak na razie naukowym procedurom - brakuje bowiem, nie licząc pojedynczych relacji, odpowiedniej bazy źródłowej.

Wracając zaś do będącej przedmiotem tego tekstu prasy konspiracyjnej: jej ograniczony zasięg nie mógł mieć większego wpływu na ogół ludności wiejskiej. Na pewno docierały one jednak do mieszkańców wsi związanych z konspiracją BCh czy AK. Ale nawet wówczas najszerzej kolportowanym w terenie czasopismem konspiracyjnym pozostawał organ prasowy KG AK "Biuletyn Informacyjny". A ten z obiektywnych względów (brak miejsca, nakierowanie uwagi na sytuację w miastach, głównie jednak funkcję, jaką przyszło mu pełnić) poświęcał kwestiom eksterminacji Żydów na wsi niewiele miejsca. W prasie terenowej PPS-WRN, SL "Roch" i AK (choć temat z pewnością wymaga dalszych kwerend) pojawiały się pojedyncze, i najczęściej spóźnione, odniesienia do wiejskiego kontekstu Zagłady, niepasujące zgoła do martyrologicznego obrazu okupacji. Trudno jednak doszukać się tu jakiejś konsekwencji w prezentacji problemu. Najczęściej były to wystąpienia interwencyjne, odnoszące się do konkretnych sytuacji, pisane i publikowane spontanicznie, zwłaszcza że procedury redakcyjne pism terenowych były mniej rygorystyczne aniżeli w wypadku oficjalnych organów prasowych Polskiego Państwa Podziemnego czy poszczególnych stronnictw. Trudno nie dostrzec, że redaktorzy pism centralnych rezygnowali z funkcji wychowawczej i edukacyjnej wobec większości społeczeństwa (Polska to przecież kraj rolniczy). Ukrywający się na polskiej wsi Żydzi byli postrzegani co najwyżej jako obojętni. Wieś borykała się z innymi, o wiele ważniejszymi problemami. W polskiej memuarystyce i w literaturze przedmiotu pojawiają się co prawda stwierdzenia o instrukcjach wydawanych przez lokalnych komendantów Batalionów Chłopskich czy działaczy ludowych nakazujących udzielanie pomocy Żydom, lecz do takich dokumentów, publikowanych głównie na podstawie powojennych odpisów, należy podchodzić ostrożnie349, mimo że niewątpliwie niektórzy działacze terenowi BCh, czego dowodzą przytoczone w tekście przykłady z Rzeszowszczyzny, podejmowali w tym zakresie pewne działania. Sprawa wymaga z pewnością głębszych poszukiwań źródłowych. Tutaj stwierdzam jedynie, że w centralnej prasie konspiracyjnej ruchu ludowego takich wezwań do pomocy i piętnowania żydowskiego kontekstu wiejskiej kolaboracji i demoralizacji nie było, tak samo jak w centralnej prasie Polskiego Państwa Podziemnego. Kilka wyroków wykonanych na zdemoralizowanych mieszkańcach wsi przez grupy egzekucyjne BCh w niczym nie mogło zmienić położenia ukrywających się Żydów, zwłaszcza że prasa ludowców o faktach tych nie informowała. Nawet zresztą w Warszawie liczba szmalcowników nie malała pod wpływem apeli, gróźb i publikowanych w prasie wyroków. Wydaje się zarazem, choć i ten aspekt problemu wymaga bardziej uporządkowanych badań źródłowych, że członkowie terenowych struktur BCh, może nawet częściej aniżeli AK-owcy, bez odgórnych wytycznych i nakazów, próbowali działać na korzyść Żydów350. Obiektywnego opisu domaga się wreszcie kwestia traktowania ukrywających się Żydów przez członków konspiracyjnych placówek AK i BCh, nie mówiąc już o NSZ.

Nawet z niepełnej zachowanej dokumentacji terenowej wynika, że informacje na temat sytuacji na wsi i zagrożeń czyhających na żydowskich uciekinierów docierały, czasami od razu, czasami z pewnym opóźnieniem do Krakowa, a także do Warszawy. Inna sprawa, jak takie doniesienia traktowano. Z przedstawionego przeze mnie różnego typu materiału konspiracyjnego widać, że niewiele z tych informacji przebijało się do biuletynów wewnętrznych przeznaczonych dla konspiracyjnych elit. Sito było jeszcze gęstsze w przypadku prasy konspiracyjnej. Jan Tomasz Gross napisał swego czasu o uderzającej ślepocie wobec horroru na prowincji wywodzących się z kręgów liberalnej inteligencji pracowników Biura Informacji i Propagandy KG AK, przypisując ją przede wszystkim dystansowi wynikającemu z "postfeudalnej struktury społecznej polskiego społeczeństwa". Innymi słowy to, co zachodziło między "chamami" a Żydami na prowincji, miało się nijak do etosu walczącej o niepodległość inteligencji351. Jest to teza nazbyt problem upraszczająca, by nie powiedzieć fałszywa. Jak można się było przekonać, różne pisma konspiracyjne wydawane przez lokalne struktury AK otwarcie informowały o szerzącej się demoralizacji w małych miasteczkach i na wsi w okresie akcji likwidacyjnych w drugiej połowie 1942 r., nie tylko w odniesieniu do działalności policji granatowej, choć prawdą jest, że koncentrowano się głównie na dantejskich scenach plądrowania opuszczonych gett, tracąc z pola widzenia uczestnictwo Polaków w wyłapywaniu Żydów. Najistotniejszym, w moim przekonaniu, czynnikiem wpływającym na sposób pisania o reakcjach polskiego społeczeństwa na Zagładę było poczucie bezradności wobec rozmiarów problemu, i to nie tylko w okresie tworzenia zrębów Polskiego Państwa Podziemnego, ale i później, w latach 1943-1944. Nie dziwi, że udziałowi polskiej ludności w prześladowaniach Żydów nie nadano znaczenia priorytetowego. W przeciwieństwie do fali mordów i pogromów w Łomżyńskiem z lata 1941 r., które szczególnie interesowały Grossa, "incydentów" na wsi (uczestnictwo w obławach, denuncjacje itp.) było co prawda wiele, lecz były one rozproszone. Może zresztą działania takie uznano za spóźnione - nasilenie współpracy w prześladowaniu Żydów osiągnęło apogeum w drugiej połowie 1942 r. Trudno oprzeć się wrażeniu, że AK i Delegatura Rządu pozostawiały sprawy wiejskie Stronnictwu Ludowemu i BCh. Teza Grossa nie ma rzecz jasna zastosowania do inteligentów pochodzenia wiejskiego. Na łamach prasy konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego mamy do czynienia z tendencją do idealizowania ludności wiejskiej na użytek czytelnika miejskiego i ugruntowaniem tezy, że to właśnie ona stanowi główny cel nazistowskiego terroru. Wykonywanie wyroków na wiejskich donosicielach zagrażających Żydom i ukrywającym ich Polakom pozostawiano w gestii BCh, lecz spraw tych nie nagłaśniano. Z punktu widzenia działaczy ludowych kondycja ludności wiejskiej stanowiła bowiem kwestię kluczową. A przede wszystkim chyba niewiele mogły one zmienić. Podobnie jednak jak AK-owcy, ludowcy nie byli w stanie przeprowadzić w terenie skutecznego przeciwdziałania. Dlatego o wiele wygodniej było o sprawach polsko-żydowskich milczeć. Tym sposobem Żydzi, a także ci, którzy im pomagali, byli pozbawieni ochrony ze strony struktur konspiracyjnych.

Amerykański psycholog społeczny Philip Zimbardo podkreśla fundamentalne znaczenie poparcia społecznego dla postaw heroicznych i nonkonformistycznych: "zazwyczaj sławimy bohaterskie czyny odważnych jednostek, ale nie czynimy tego, gdy działania te niosą namacalne koszty pozostałym z nas i nie jesteśmy w stanie zrozumieć ich motywów. Takie heroiczne zalążki buntu przyjmują się najlepiej, gdy wszyscy członkowie społeczności gotowi są cierpieć za wspólne cele i wartości". W jego ocenie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją w wielu krajach Europy, gdzie "współpracujący z sobą ludzie organizowali ucieczki i kryjówki dla Żydów, aby mogli oni przeżyć nazistowski Holocaust"352. Ta optymistyczna diagnoza z pewnością nie odnosi się do okupowanej Polski, a zwłaszcza do terenów wiejskich - w Warszawie, Krakowie i Lwowie działała "Żegota". Powtórzmy raz jeszcze, konspiracja niepodległościowa nie była w stanie bronić zagrożonych Żydów ani przeciwdziałać szerzącej się na prowincji demoralizacji, mogła jednak udzielić silniejszego wsparcia tym, którzy podejmowali tego typu obciążoną najwyższym ryzykiem działalność.

Polska policja granatowa

Strach i chciwość były najczęstszymi motywami działań niosących zgubę żydowskim rozbitkom. O ile jednak chciwość wiązała się z potężnym, lecz płynącym z wewnątrz impulsem, o tyle strach wynikał z zagrożenia zewnętrznego. Z jednej strony obawiano się sąsiadów, sołtysa, kolegów z nocnej warty, nawet własnej rodziny. Z drugiej zaś bano się polskiej policji, która była znakomicie poinformowana o tym, co się na wsi działo.

Polska policja została zmobilizowana przez Niemców już na jesieni 1939 r., w kilka tygodni po klęsce wrześniowej. Przedwojennych policjantów zobowiązano do podjęcia służby, a niebawem kadry policyjne na terenie Generalnego Gubernatorstwa zasiliły tysiące funkcjonariuszy z Poznańskiego, ze Śląska i z Pomorza, którzy stracili pracę po wcieleniu tych ziem do Rzeszy. W sposób równie intensywny wciągano do służby policjantów wracających z biegiem czasu zza granicy: z Węgier czy ze Związku Sowieckiego413. Po krótkim przeszkoleniu w szkole policyjnej w Nowym Sączu kierowano ich do pracy na macierzystych posterunkach. Mobilizowano też nowy, wojenny narybek. Niejednokrotnie zaniżano przy tym kryteria doboru kadry i przyjmowano do służby nawet analfabetów. Złowroga rola granatowej policji w dziele wyniszczenia resztek polskich Żydów została dotychczas w znacznym stopniu zlekceważona i pominięta milczeniem w historiografii. W jedynej książce poświęconej polskiej policji granatowej o całym tym zagadnieniu - rzecz zupełnie zdumiewająca - nie znajdujemy praktycznie ani słowa414. Tymczasem choćby w powiecie dąbrowskim liczbą mordów dokonanych na ukrywających się po wywózkach Żydach granatowa policja dorównała swoim kolegom, żandarmom niemieckim415. Już po wojnie niektórych granatowych zaliczono wręcz do bohaterów, którzy dzięki swej bezkompromisowej postawie mieli nieocenione zasługi dla Polskiego Państwa Podziemnego. I jest to prawdą, niektórzy z nich zapłacili nawet życiem za swoją patriotyczną działalność. Niemniej wielu, nawet tym "zakonspirowanym" policjantom można było śmiało postawić po wojnie zarzut mordowania "obywateli narodowości żydowskiej" - by się odwołać do ówczesnej terminologii. I nie ma w tym żadnej sprzeczności. Analiza powojennych procesów sierpniowych, w których na ławie oskarżonych pojawili się granatowi policjanci, wskazuje w sposób niedwuznaczny, że dla wielu z nich mordowanie Żydów nie kłóciło się ze swoiście pojętym patriotyzmem. Co więcej, mordowanie Żydów niejednokrotnie oceniano jako działalność mającą na celu ochronę esencji narodowej. Posłużmy się tu przykładem zaczerpniętym ze wspomnień Józefa Górskiego, podlaskiego endeka i właściciela majątku w Ceranowie. W 1942 r. zapisał on: "przede wszystkim zaś Żydzi nas nienawidzili. Miałem tego wiele przykładów w czasie okupacji. Od niepamiętnych czasów mieszkał w Sterdyni szklarz Całka. Schronił się w Ceranowie i znalazł u różnych gospodarzy gościnę. Wreszcie został odkryty i granatowy policjant prowadził go na posterunek żandarmerii w Kossowie [Kosowie Lackim - J.G.]. Wówczas Całka pięścią wygrażał wsi Ceranów i wykrzykiwał, że wyda Niemcom wszystkich tych, u których znalazł przytułek. Policjant zastrzelił po drodze Żyda pod pretekstem, że próbował ucieczki. "Czyż miałem dopuścić, że dla jednego parszywca całą wieś spalą?" - tłumaczył się przede mną"416. W ten sam sposób racjonalizowali swoje postępowanie dwaj granatowi policjanci, którzy rozstrzelali dwie Żydówki w poddąbrowskich Gorzycach417. Nie inaczej bronili się dwaj policjanci z Otfinowa, którzy - wezwani przez sołtysa "celem zrobienia czegoś z Żydówką" - zamordowali "w celu ochrony polskiej ludności" młodą żydowską dziewczynę w miejscowości Kłyż418. W parę dni po zabójstwie policjanci znów pojawili się w Kłyżu i oświadczyli miejscowym, że gdyby "Żydówka wpadła w ręce Niemców, to Niemcy wymordowaliby kilka rodzin"419. Podobnych przykładów w aktach sądowych (ale też w relacjach żydowskich) znaleźć można wiele. Czasem oczywiście granatowi policjanci racjonalizowali swoje zachowanie, szukając zrozumienia sędziów i - niebezpodstawnie - licząc na niższy wyrok. Warto tu nadmienić, że ci policjanci zdają się zupełnie przeciętnymi przedstawicielami swojego zawodu, pozostającymi w dobrych relacjach z miejscową społecznością (dowodzą tego setki nazwisk podpisanych pod listami skierowanymi do krakowskiego Sądu Apelacyjnego w obronie oskarżonych policjantów - morderców Żydów!). Dla przykładu weźmy Jana G., funkcjonariusza z posterunku w Skale, który (wraz z trzema innymi policjantami) latem 1944 r. zorganizował obławę na Żydów. Obława zakończyła się sukcesem, a Jan G. osobiście "zastrzelił 7-letniego żyda, a nadto z innymi policjantami zastrzelił jeszcze kilku żydów"420. W niecałe dwa lata po opisywanych wydarzeniach burmistrz miasteczka Skalbmierz wystawił Janowi G. zaświadczenie następującej treści: "Zarząd Miejski niniejszym zaświadcza [...], że nie dało się zauważyć u Ob. Jana G. wrogiego nastawienia do Polaków, a gdy chodzi o okres okupacyjny, to nawet jaskrawo występował przeciw okupantowi, ułatwiając każdemu Polakowi tak życie prywatne, jak też i zbiorowe. Mieszkańcy Skalbmierza w Ob. Janie G. widzieli Polaka, a do pewnego stopnia nawet swego opiekuna"421. I jest bardzo prawdopodobne, że burmistrz Skalbmierza pisał szczerą prawdę; po prostu dla schwytanych Żydów policjant Jan G. miał o wiele mniej zrozumienia niż dla aryjskich współobywateli.

Dla policjantów Żydzi - a raczej ich majątek - stanowili cenną zdobycz. Nie tylko w czasie trwania "ostatecznego rozwiązania", ale już wcześniej. W okresie poprzedzającym likwidację gett na terenie powiatu dąbrowskiego policja granatowa specjalizowała się w rabowaniu towarów i pieniędzy od Żydów przemieszczających się między gettami. W pamiętnikach miejscowego granatowego policjanta można znaleźć dość dokładny opis tego rodzaju akcji, których celem byli wędrujący od wsi do wsi żydowscy handlarze422. Z reguły od Żydów wymuszano część towarów, czemu niekiedy towarzyszyło bicie, rzadziej aresztowano złapanych. Nieco później, już w okresie likwidacji gett, policjanci nadal starali się złapać Żydów, lecz tym razem ceną było już życie. "Kazimierz Ł. obiecał Żydówce Kupelmanowej przewiezienie w bezpieczne miejsce. Wybrał się po nią furmanką do Tarnowa, dbając jednak o to, żeby uciekająca zabrała z sobą najcenniejsze rzeczy. Wcześniej jednak umówił się z [granatowym policjantem] J., który zaczaił się na trasie przejazdu. W pobliżu Bolesławia zgwałcili nieszczęsną kobietę, a następnie bestialsko ją zamordowali. Nie była to jedyna zbrodnia tego typu. Ł. podejmował się pomocy przy przeprawianiu Żydów za Wisłę. W rzeczywistości grabił ich i zabijał; wszyscy bezpowrotnie znikali ludziom z oczu"423.

Złowroga rola policji granatowej w dziele eksterminacji Żydów wynikała z jednej strony z doskonałej znajomości terenu, a z drugiej zaś z szeroko rozbudowanej sieci agenturalnej. W odróżnieniu od żandarmów niemieckich (którzy zresztą we wioskach pojawiali się sporadycznie lub wcale), granatowi policjanci byli stale obecni we wspólnotach wiejskich, zazwyczaj połączeni nie tylko służbowymi, lecz także rodzinnymi więzami z terenem swojego działania. Tego rodzaju zakorzenienie niosło tragiczne konsekwencje dla ukrywających się Żydów. Podstawą akcji policyjnej był zazwyczaj "poufny meldunek" złożony osobiście lub też przesłany anonimowo na posterunek. O skali donosów przeciwko Polakom ukrywającym Żydów pisano już wcześniej424. Choć w publikacjach tych zajmowano się głównie donosami składanymi w miastach, nic nie wskazuje na to, aby na wsi były one mniej uciążliwe. Władysław Reiter, funkcjonariusz kripo, a zarazem agent wywiadu AK z Mielca, twierdził, że: "szedł na rękę ludności polskiej, wiedząc z nadsyłanych na policję anonimów o przechowywaniu przez Polaków osób pochodzenia żydowskiego, sam zwracał uwagę tym Polakom na grożące im niebezpieczeństwo"425. Niektóre osoby donosiły na policję, powodowane lękiem przed możliwymi represjami funkcjonariuszy. Na przykład w Miroszowie pod Miechowem, przebywając na tzw. patrolu kontyngentowym (którego celem było wytropienie i ukaranie gospodarzy zalegających z odstawieniem zboża), niejaki Piotr Jaworski "poczęstował [policjantów] pół litrem wódki i mówił, że u Bielawskiego znajdują się ukryci żydzi"426. Donos miał na celu odwrócenie uwagi komendanta posterunku od sprawy zaległego kontyngentu. Pod wskazanym adresem policjanci rzeczywiście znaleźli czwórkę Żydów, których starannie zrewidowali i odebrali im wszystkie wartościowe rzeczy. Potem zaś wyprowadzili ich sto metrów za wioskę i zabili strzałami w tył głowy, "bo gdyby ich odprowadzić na posterunek, to zastrzelą niemcy pana i całą rodzinę" - jak oznajmił komendant Krawczyk przechowującemu Żydów gospodarzowi427. Wprawdzie zdarzało się, że miejscowa ludność oddawała Żydów w ręce niemieckiej żandarmerii, ale zdecydowanie chętniej wydawano ich w ręce granatowej policji. Powód był prosty - funkcjonariusze PP po prostu nie wzbudzali takiego strachu jak niemieccy żandarmi. Granatowi należeli wszak do tej samej "sfery zobowiązań", a ich zachowanie - inaczej niż Niemców - było przewidywalne, niekiedy można było nawet liczyć na ich wyrozumiałość. Działania policji granatowej wpisywały się ponadto w swoiście pojętą ciągłość władzy - przecież większość funkcjonariuszy była w policji przed wojną i reprezentowała władzę lepiej znaną i lepiej rozumianą.

Po otrzymaniu poufnej informacji komendant posterunku wysyłał (z reguły na rowerach) dwóch-trzech policjantów, którzy mieli za zadanie znalezienie ukrywających się Żydów. Z rzadka jedynie proszono o wsparcie niemiecką żandarmerię, przede wszystkim jeśli spodziewano się oporu lub niemiecki policjant łącznikowy sam wyraził zainteresowanie wzięciem udziału w ekspedycji. Zupełnie wyjątkowo do akcji wkraczało przyjeżdżające samochodem z Tarnowa gestapo. Po przybyciu na miejsce granatowi angażowali sołtysa, podsołtysa, gońca gromadzkiego, zakładników, dziesiętników z warty lub informatorów do obstawienia miejsca, w którym spodziewali się znaleźć swe ofiary. Następnie przeszukiwano chałupę i zabudowania gospodarskie, zazwyczaj w atmosferze zastraszenia, przy wrzaskach i groźbach policjantów. Niejednokrotnie rewizjom towarzyszyło bicie gospodarzy i demolowanie pomieszczeń. W Gorzycach (gmina Otfinów) policjanci szukający Żydów zrewidowali kilka domów (okazało się, że doniesienie nie było dość precyzyjne, gdyż w okolicy mieszkało kilku gospodarzy o tym samym nazwisku). Jednego gospodarza obudziły słowa: "Policja, proszę otworzyć". Na to dictum gospodarz wciągnął spodnie i wyskoczył przez okno, lecz daleko nie uciekł, gdyż za węgłem już czekał na niego jeden z ubezpieczających funkcjonariuszy: "jeden z osobników wystawił do mnie pistolet i powiedział "stój skurwysynie, ręce do góry". Osobnik kazał mi wstać i z powrotem wejść oknem do mieszkania, co też zrobiłem". Gdy weszli do mieszkania, gospodarzowi ściągnięto kalesony i wymierzono siedemdziesiąt kijów na nagie pośladki, "a jak mdlałem, to mnie wodo polewali" - kończył swoje zeznanie428. U innego gospodarza policjanci z Otfinowa z takim zapałem poszukiwali Żydów, że aż podejrzanemu zerwali podłogi429. Złapanych Żydów najczęściej przesłuchiwano w wiejskim areszcie lub też w chacie gospodarza donosiciela. Chodziło o jak najszybsze wydobycie informacji o "żydowskim złocie", o którym po wsiach krążyły legendy. Mieszkańcy podtarnowskich wsi głęboko wierzyli, że Żydzi mieli złoto. Wszyscy Żydzi. Trudno zrozumieć siłę tego przekonania, jeżeli weźmie się pod uwagę, że wielu złapanych Żydów dzieliło przed wojną nędzną egzystencję swoich aryjskich sąsiadów. Złapani Żydzi często pochodzili z tej samej wioski i nie ulegało wątpliwości, że nawet przed wojną nie przelewało im się w domu. Absolutna pewność, z jaką w podtarnowskich wioskach mówiono o "żydowskim złocie", jest swoistym hołdem złożonym przedwojennej endeckiej i kościelnej propagandzie, jak również niemieckim wysiłkom idącym w tym samym kierunku. Przesłuchanie schwytanych żydowskich rozbitków pozwalało na ewentualne odnalezienie zakopanych precjozów lub - znacznie częściej - na sporządzenie listy chłopów, do których Żydzi oddali na przechowanie swoje kołdry, sztućce, ubrania lub też krowy czy konie430.

Po przesłuchaniu i rewizji przed granatowymi policjantami otwierało się kilka możliwych scenariuszy działania. Po pierwsze, złapanych i obrabowanych Żydów można było odstawić podwodą do najbliższego posterunku żandarmerii na egzekucję. Niemcy dokonywali tych zabójstw rutynowo, kwitując je w raportach dziennych zwięzłym "nach dem gegebenen Richtlinien verfahren [postąpiono zgodnie ze stosowną dyrektywą]"431. Groziło to jednak dekonspiracją - przed egzekucją Żydzi mogli nie tylko wyjawić Niemcom nazwiska gospodarzy, u których wcześniej znaleźli schronienie, lecz także to, że granatowi obrabowali ich podczas aresztowania. Dodatkową komplikacją był również fakt, że złapanych Żydów trzeba było osobiście oddać w ręce Niemców oraz sporządzić raport z zajścia, co wiązało się niejednokrotnie z wielogodzinną (czasem całonocną) podróżą. Wielu granatowych policjantów postrzegało więc zabicie złapanych Żydów jako najprostsze wyjście z sytuacji. Mordowanie Żydów było dla granatowych policjantów w okolicach Tarnowa rzeczą dość zwyczajną432. Wydaje się, że egzekucja stanowiła wręcz swego rodzaju inicjację, kolejny krąg wtajemniczenia, głębszy akt koleżeńskiej solidarności. Uczestnictwo we wspólnie dokonanym mordzie cementowało więzy solidarności towarzyskiej i zawodowej, zapewniało też - co oczywiste - lojalność w przyszłości. Jan Szewczyk, policjant z Otfinowa, w tych słowach opisywał ostatnie chwile osiemnastoletniej Salomei Süss i jej dwudziestoletniej siostry Heli, wydanych przez Jana A. i złapanych w gromadzie Gorzyce: "komendant [posterunku - J.G.] Lewandowicz mówił do mnie i do młodego policjanta Stachowicza, że macie ich zrobić, bo jeszcze nic nie zrobiliście. Oznaczało to, że ja z wymienionym mam zastrzelić prowadzone Żydówki. Odpowiedziałem mu, że jeżeli dotychczas nikogo nie zastrzeliłem, to i tej Żydówki nie chcę strzelać, na co on mi odpowiedział, że jestem dupa, a nie policjant. Następnie kazał żydówkom skręcić z drogi do znajdujących się przy drodze krzaków. Wówczas młody policjant Stachowicz oddał jeden strzał z karabinu do żydówek. Jedna z nich upadła na ziemię, natomiast druga żydówka poczęła krzyczeć i biec do upadniętej żydówki i ja wówczas wystrzeliłem z karabinu jeden strzał do niej; ta poczęła krzyczeć jeszcze więcej i upadła na ziemię przy tej, która poprzednio została postrzelona. Na widok ten komendant Lewandowicz począł krzyczeć na nas słowami: "co się pieprzycie". Oznaczało to, dlaczego zaraz na miejscu żydówki nie zostały zastrzelone i wówczas komendant oddał do leżących jeszcze dwa strzały z karabinu i te umilkły. Nadmieniam, że jeszcze przed zastrzeleniem Żydówek kom. Lewandowicz polecił gospodarzowi Dudce wykopać dół w Olszynie, w którym miały być pogrzebane Żydówki"433. Mordowania dokonywano zazwyczaj bez pasji, dość rutynowo i bezosobowo. Schwytanych Żydów policjant (lub żandarm) wyprowadzał w kierunku najbliższego lasu i tam zabijał strzałem w głowę. Policjant Wesołowski z Racławic zeznał: "na rozkaz [komendanta posterunku - J.G.] Krawczyka zastrzeliłem jednego z Żydów, a drugiego postrzeliłem w szyję. Tego ostatniego dobił wystrzałem z karabinu Faryński. Faryński zastrzelił dwie osoby, a trzecią dobił. Było to trzech mężczyzn i jedna kobieta"434. Czasem po drodze prowadzeni na śmierć usiłowali błagać o łaskę, wyjątkowo próbowali uciekać. Z reguły jednak byli już wcześniej tak ciężko pobici, że nie byli w stanie stawiać dalszego oporu. Czasami jednak egzekucjom towarzyszyła erupcja sadyzmu policjantów. Późną jesienią 1942 r. w Radgoszczy wydano w ręce policji młodą Żydówkę ukrywającą się wraz z małym dzieckiem. Prowadzona na stracenie kobieta błagała polskiego policjanta jedynie o to, aby ją zabił pierwszą, żeby nie musiała patrzeć na śmierć swego dziecka. Policjant jednak "uczynił wręcz przeciwnie, strzelając najpierw jej dziecko na oczach jej, a później ją samą"435. Zarówno przed dokonaniem mordu, jak i po egzekucji na bezbronnych Żydach polscy policjanci mieli zwyczaj pokrzepić się wódką. Policjant Ryczak z posterunku w Pilznie, przygotowując się do egzekucji schwytanego w gromadzie Słotowa, zażądał "ćwiartkę wódki, bo mają żyda i czeba go zastrzelić, a bez wódki na sucho, to będzie go źle strzelać"436. Opisy picia dla kurażu przed strzelaniem oraz opisy pijaństwa następującego po egzekucji są tak liczne, że można to uznać za pewien rytuał, którego zdawali się przestrzegać tarnowscy funkcjonariusze PP. Rytuał ten znany był i gdzie indziej, a picie przed "strzelaniem Żydów" przez niejednego z oskarżonych po wojnie policjantów podawane było jako okoliczność łagodząca. "Osobnika narodowości żydowskiej zabiłem, bo byłem wówczas pijany" - tłumaczył się granatowy policjant oskarżony o zabójstwo swego sąsiada Lejba Syjaka w Stanisławowie pod Mińskiem Mazowieckim - "gdybym był trzeźwy, na pewno bym tego nie zrobił"437.

Po egzekucji przystępowano do dwóch kolejnych etapów "pracy policyjnej" - rabunku oraz pochówku. Warto je omówić bardziej szczegółowo. Jak już wcześniej wspominałem, pierwszy rabunek następował bezpośrednio po zatrzymaniu. Chłopi lub też policjanci wymuszali od Żydów informację, komu oddali swój dobytek na przechowanie. Natomiast po egzekucji poddawano dokładnym oględzinom same zwłoki, wcześniej zdzierając całe ubranie i szukając pieniędzy, złotych monet i kosztowności, które mogły być tam zaszyte. "Oba trupy włożyliśmy razem z Franciszkiem O. do dołu i zasypaliśmy ziemią. Żydówkę włożyliśmy do dołu w ubraniu, tj. sukience - zaś Żyda w kalesonach, a kto rozebrał Żyda, tego nie wiem, a jedynie przypominam sobie, że O. zdjął z żyda kalesony, tak że pochowaliśmy go nagiego" - zeznał Piotr S. z Brnika438. Niewprawionym gospodarzom brakowało zresztą doświadczenia w rewidowaniu ofiar. W Skrzydlnej miejscowy policjant, niejaki Kubala, wyśmiewał się z chłopów, którzy dzień wcześniej zabili dwóch Żydów, ale w ubraniu jednej z ofiar zostawili kosztowny zegarek. "Powinniśmy go sobie byli zabrać i za niego byłaby porządna krowa - powiedział potem jeden z wykpionych gospodarzy - a tak to zegarek zabrała sobie policja"439. Natomiast policjantom doświadczenia w obszukiwaniu zwłok z całą pewnością nie brakowało, o czym świadczy następujący passus, dotyczący wcześniej wspomnianej egzekucji sióstr Süss: "policjanci zrywali ze zwłok odzież i odzież tę przeszukiwali. Zwłoki rozebrano, pozostawiając je tylko w majtkach"440. Sam pochówek następował z reguły na miejscu mordu. Już zawczasu policja (lub sołtys - zależnie od okoliczności) wyznaczała chłopów, którzy mieli wykopać grób. Zazwyczaj grabarzom po egzekucji oddawano, jako zapłatę za pracę, jakąś część ściągniętej z ofiar garderoby. Jeden z grabarzy zeznał później: "w tym czasie on z trupów pościągał całkowicie odzież i bieliznę i buty, do naga je rozebrał i sobie przywłaszczył te rzeczy, a te dwie żydóweczki nago do dołu wrzucił i zakopał. Słyszałem od Franciszka W., że D. tak te trupy obdarł z odzieży po śmierci"441. Inny z chłopów oddelegowanych do kopania grobu wspominał: "przy zwłokach byli policjanci Lewandowicz i Niechciał. Policjanci zrywali ze zwłok odzież i odzież tę przeszukiwali. Zwłoki rozebrano, pozostawiając je tylko w majtkach. Lewandowicz odłożył jedną sukienkę i jedną parę butów oraz chusteczkę na głowę i kazał mi sobie te przedmioty zabrać. Resztę odzieży zabrali na furmankę, która stała opodal... Zwłoki zastrzelonych Żydówek przeniosłem wraz z W. i C. do wykopanego grobu, i tam je pochowaliśmy, ale nawet nie zauważyłem, gdzie miały rany. Następnie zabrałem sobie sukienkę, trzewiki i chustkę pozostawioną przez Lewandowicza i na sukience później stwierdziłem, że miała dziurę od kuli na plecach". Niekiedy zwłoki zakopywano pod oknami ludzi, którzy zamordowanych Żydów u siebie przechowywali. W skrajnych przypadkach grożono zakopaniem ofiar pod klepiskiem domu, gdzie się ukrywali. Tak też chciał postąpić Stanisław Nawrocki, sołtys ze Świebodzina (wioska położona na południe od Tarnowa), który chciał "wydać rozporządzenie ludziom, aby [zabitych przez policję Żydów - J.G.] ich pochowali przy domu"442. W tym wypadku pochówek odbył się w pobliskim lesie, gdyż właścicielka domu sama wydała przechowywanych Żydów w ręce policji i zagroziła sołtysowi ewentualnymi represjami ze strony Niemców. Sam przerażający zwyczaj grzebania zwłok wykrytych Żydów w domach ukrywających ich ludzi znany był i w innych okolicach dystryktu krakowskiego. Ukrywająca się pod Miechowem Żydówka odnotowała: "na czworakach dworskich opowiadał raz jeden fornal, że był koło Kazimierzy i tam gdzieś na wsi znaleźli Niemcy ukrytego Żyda. Żyda zastrzelono, a za karę dla tych co go przechowali, pochowali go w izbie (dom nie miał podłóg, tylko uklepana ziemia była zamiast podłóg), tzn. na środku pokoju, w ten sposób, że nogi od kolan wystawały na zewnątrz"443. Trudno ocenić, do jakiego stopnia wieści takie były wytworem przerażonej fantazji, ale jedno jest pewne - skutecznie studziły one ewentualne pokusy ukrywania Żydów.

Rozpaczliwa walka o przeżycie podjęta przez Żydów ukrywających się na polskiej wsi rozbiła się o skomplikowany, lecz działający z zabójczą precyzją system, który łączył w sobie elementy przedwojenne, tradycyjne z mechanizmami wprowadzonymi przez niemieckiego okupanta. W pierwszej kolejności do polowania na Żydów wprzęgnięto przedstawicieli samorządu wiejskiego - sołtysów, ich zastępców, gońców gromadzkich oraz ochotnicze straże pożarne. Jednocześnie na rozkaz Niemców powołano do życia straże nocne, które zmobilizowały do działań ogół mieszkańców. Lojalność straży wzmocniła obecność postawionych wyżej w hierarchii dowodzenia dziesiętników, a gwarancją posłuszeństwa byli zakładnicy, wyznaczani przez policję granatową i sołtysów. Częste spotkania zakładników i sołtysów z polską i niemiecką policją gwarantowały posłuszeństwo, a surowość możliwych kar i represji dodatkowo utrudniały żydowskim ofiarom walkę o przetrwanie. Oprócz kar Niemcy stosowali też politykę zachęt - amnestie ogłaszane od czasu do czasu miały przekonać gospodarzy, że wydanie ukrywanych dotąd Żydów może się spotkać nie tylko z pobłażliwością władz, lecz nawet z ich szczodrością. Nagrody nie były co prawda wysokie, ale na tle wiejskiej biedy nawet skromne kwoty, nagrody w naturze, możliwość zakupu towarów reglamentowanych czy też ubrania ściągnięte z żydowskich ofiar mogły wpłynąć na podjęcie odpowiedniej decyzji. Omawiając zagadnienie Judenjagd, nie można zapomnieć o niesłychanie ważnej roli, jaka przypadła polskiej policji granatowej. Policjanci, choć w zasadzie pracujący na rzecz Niemców, wykazywali w tej materii sporą autonomię działania. Można wręcz rzec, że w poszukiwaniu, grabieniu i mordowaniu ukrywających się Żydów polscy policjanci kierowali się własną inicjatywą, co zadaje kłam twierdzeniom o ich bezwzględnym podporządkowaniu rozkazom niemieckim. W mordowaniu Żydów kierowali się oni przede wszystkim swoim interesem; grabieże i gwałty były na porządku dziennym. Na dalszym jednak planie z całą pewnością figurowała pewna doza solidarności społecznej z miejscowymi chłopami, z którymi granatowi policjanci byli wszak niejednokrotnie spowinowaceni lub opleceni siecią wspólnych zależności i interesów. Mordowanie wyłapanych Żydów mogło być w takiej sytuacji odczytane jako próba ochrony wsi przed możliwymi represjami niemieckimi.

Czy sam strach przemieszany z chciwością jest jednak w stanie wyjaśnić nam skuteczność tych polowań? Czy te dwa silne, lecz dość uniwersalne motywy mogą wytłumaczyć fakt, że szanse przeżycia dla szukających na wsi ratunku Żydów były tak znikome? Lektura żydowskich relacji oraz zeznań polskich świadków i podsądnych zdaje się sugerować coś innego. Życie żydowskie, które taniało od początku okupacji, po deportacjach do obozów zagłady przestało już mieć jakąkolwiek wartość. W oczach wielu Polaków przemykający się między wioskami uciekinierzy, robinsonowie wegetujący w leśnych ziemiankach czy też tkwiący na strychach, w piwnicach i w komórkach Żydzi przestali być ludźmi, a stali się wyłącznie problemem, z którym trzeba sobie było jakoś poradzić. Gdzieś w 1942 r. życie Żyda nie tylko że przestało być już cokolwiek warte, lecz równocześnie nastąpiło przyzwolenie na jego śmierć. Niektórzy zaangażowali się bezpośrednio w polowanie, wyłapując swe ofiary i odstawiając je w ręce policji czy żandarmerii. Inni, przymuszeni przez zakładników albo przez sołtysa, bez entuzjazmu szli w trzecim rzędzie nagonki, jeszcze inni widzieli z brzegu drogi czy też zza framugi, jak warty ciągną schwytanych i powiązanych Żydów na miejsce kaźni. Ale nikt nie mógł być bezstronnym, emocjonalnie niezaangażowanym świadkiem, o którym często wspominają historycy, odwołując się do angielskiego terminu bystander. Skomplikowany i wielopłaszczyznowy system tropienia Żydów, w którym kompetencje poszczególnych uczestników nachodziły na siebie, przyczynił się do tego, że w tym strasznym teatrze śmierci prawie każdemu mieszkańcowi wsi przypadła do odegrania jakaś rola.

JAN GRABOWSKISpołeczność wiejska, policja granatowa i ukrywający się Żydzi:powiat Dąbrowa Tarnowska 1942-1945

W artykule tym podejmuję próbę ustalenia, jaki był udział części społeczności wiejskich w wyłapywaniu Żydów ukrywających się po aryjskiej stronie. Jak wiadomo, w wyniku wcielenia w życie niemieckich planów zagłady (poczynając od represji i głodu, a kończąc na wywózkach z gett do fabryk śmierci) zginęło około 90 procent polskich Żydów. Na tym etapie rola Polaków i ich wpływ na losy żydowskie były niewielkie lub żadne. Natomiast zupełnie inaczej wyglądała sytuacja niedobitków, którzy ratowali się ucieczką z likwidowanych gett bądź zbiegli z transportów i postanowili szukać schronienia wśród Polaków. W ich wypadku zachowania miejscowej ludności miały zasadnicze znaczenie353.

Za teren badawczy posłuży mi powiat Dąbrowa Tarnowska, rejon typowo rolniczy, położony na północ od Tarnowa, przed wojną zamieszkany przez 66 tys. ludzi, w tym około 5 tys. Żydów. Podczas wojny Niemcy założyli w powiecie dwa getta - w Żabnie i w Dąbrowie Tarnowskiej, lecz wielu Żydów-chłopów pozostało (aż do lata 1942 r.) w rodzinnych wioskach. Latem-jesienią 1942 r. władze niemieckie przystąpiły do likwidacji gett, a ich mieszkańców zaczęto wywozić do obozu zagłady w Bełżcu. W trakcie akcji likwidacyjnych część Żydów ukryła się na terenie powiatu - przeważnie w chłopskich gospodarstwach, rzadziej - w okolicznych lasach. Rozpoczęła się wówczas ostatnia faza Zagłady, przez niemieckich żandarmów określana jako Judenjagd, czyli polowanie na ukrywających się Żydów. Faza ta miała trwać już do końca okupacji. Na podstawie niemieckich, polskich oraz żydowskich dokumentów (relacji i akt sądowych) udało mi się prześledzić losy 277 takich chroniących się na wsiach Żydów. 38 spośród nich przeżyło okupację, a reszta zginęła - najczęściej na skutek pośredniej lub bezpośredniej akcji miejscowej ludności. W odniesieniu do powiatu dąbrowskiego okazuje się, że w prawie 80 procentach udokumentowanych przypadków ukrywających się Żydów wydali w ręce policji (w rzadszych wypadkach - zamordowali) tamtejsi chłopi354. Można więc stwierdzić, że postawy ludności aryjskiej rzeczywiście miały zasadnicze znaczenie dla dalszych losów żydowskich rozbitków. Bez pośredniego i bezpośredniego włączenia się pewnych elementów społeczności wiejskiej w logikę niemieckich działań akcja wyłapywania ukrywających się Żydów z całą pewnością musiałaby przebiegać inaczej. Moim celem będzie zwrócenie szczególnej uwagi na te formy organizacji mieszkańców wsi, które umożliwiły niezwykle skuteczną mobilizację chłopów do walki z szukającymi ratunku Żydami.

W książkach nielicznych historyków, którzy choćby pobieżnie zwrócili uwagę na zjawisko Judenjagd, najwięcej miejsca poświęcono niemieckiemu "procesowi decyzyjnemu". Innymi słowy, stanowi postulowanemu przez okupanta oraz wielomiesięcznym sporom kompetencyjnym toczonym przez różne gałęzie niemieckiej administracji okupacyjnej na temat losu żydowskich ocaleńców z głównej fazy eksterminacji oraz pozostałego po nich mienia. Publikacje te nie są nam w stanie wyjaśnić, jak w rzeczywistości przebiegała zagłada żydowskich niedobitków - o wiele więcej mówią o strategiach działania niemieckich instytucji355. Aby zrozumieć, co się działo z samymi Żydami, trzeba sięgnąć do zeznań oraz relacji polskich i żydowskich świadków.

Zacznijmy jednak od samych Niemców, inicjatorów i autorów planu polowania na żydowskich zbiegów. Na terenie interesującego nas powiatu Niemcy byli obecni w zasadzie tylko w samym miasteczku Dąbrowa Tarnowska. To tu mieścił się Urząd Komisarza (Landkommissariat)356, to tu, w gmachu byłego gimnazjum, stacjonowała niemiecka żandarmeria dowodzona przez Rudolfa Landgrafa, któremu podlegało dwunastu niemieckich żandarmów. Poza tym w całym powiecie przebywali jeszcze nieliczni inni niemieccy żandarmi, przyłączeni do posterunków polskiej policji granatowej, również podporządkowanej rozkazom Landgrafa. Będzie o niej mowa dalej. Jeżeli chodzi o zabijanie Żydów, to żandarmi dokonywali egzekucji w sposób rutynowy, ale szukanie ofiar zlecali polskim policjantom, którzy lepiej wiedzieli, gdzie ofiary mogą się ukrywać: "Georg Grillenberger [komendant posterunku żandarmerii w Sanoku - J.G.] mający nadzór nad policją polską dawał im rozkaz, ażeby łapali resztki Żydów i żeby doprowadzali do posterunku żandarmerii. Gdy z policji granatowej lub ukraińskiej doprowadzili Żydów, to Grillenberger natychmiast dawał funkcjonariuszom rozkaz do rozstrzeliwania tych Żydów, takich wypadków było bardzo dużo tygodniowo"357. Mordy popełniane przez żandarmów odbywały się więc zazwyczaj tuż przy posterunkach policyjnych. Żandarmi z Dąbrowy, podobnie jak ich koledzy z Sanoka, wyruszali poza miasto rzadko i niechętnie - zazwyczaj na skutek wezwania przez sołtysa lub w wyniku donosu: "przyznałam się wobec leutnanta [żandarmerii Landgrafa - J.G.], że w moim domu znajdują się trzy żydówki" - czytamy w złożonych po wojnie zeznaniach Michaliny S. z Dąbrowy, która w ten sposób "zdała" swoje podopieczne358. "Wysłał on wówczas 2 żandarmów, Zimmermana i Bovego, którzy zabrali je ze sobą" - kończyła przesłuchiwana kobieta. Te słowa dotyczyły wydania i śmierci Żydówek ukrywających się pod samym nosem żandarmów, w Dąbrowie. Na dalsze wyprawy żandarmi prawie zawsze ruszali w towarzystwie polskich policjantów, którzy - w odróżnieniu od swoich niemieckich kolegów - znakomicie znali teren i ludność miejscową. Jedną z takich wypraw wspominał po wojnie granatowy policjant: "wszystkich nas było 7 policjantów polskich i 2 żandarmów niemieckich. Szliśmy drogami i wstępowali do domów, aby zobaczyć, czy nie ma kogo obcego. Ze strony Niemców nie było żadnego specjalnego nacisku, aby chodzić do każdego domu, a ponadto zaznaczam, że Niemcy ci bali się bowiem sami wchodzić, aby ich kto niespodzianie nie zastrzelił"359. Trzeba jednak dodać, że od czasu do czasu władze niemieckie tworzyły mieszane komanda, powoływane do zadań specjalnych. Wobec tego, że niemieccy i polscy funkcjonariusze współpracowali ze sobą tak blisko, w początkach 1942 r. władze niemieckie postanowiły przeprowadzić weryfikację personelu. Od niemieckich żandarmów służących w Generalnym Gubernatorstwie zaczęto wymagać specjalnych deklaracji, świadczących o braku więzów rodzinnych z Polakami360. W powiecie dąbrowskim utworzono przynajmniej dwa takie oddziały: na jesieni 1942 r. posterunek mieszany do zadań specjalnych powstał w Radgoszczy, a od zimy 1943 r. przeniesiono go do Otfinowa, następnie zaś do Siedliszowic. Oba posterunki znalazły się pod dowództwem wsławionego okrucieństwem Ślązaka, wachmistrza Engelberta Guzdka. Dowodził on wówczas około 10 granatowymi policjantami odkomenderowanymi z pobliskich posterunków oraz jednym Niemcem z Sonderdienst (formacji pomocniczej, w której na terenie powiatu służyli zazwyczaj volksdeutsche). Funkcjonariusze posterunku specjalnego mieli za zadanie dopilnować dostaw kontyngentów, a od późnej jesieni 1942 r. na plan pierwszy wysunęło się wyłapywanie "bandytów, żydów i innych osobników" - jak podsumował jeden z polskich podwładnych Guzdka361. Skład posterunku specjalnego działającego w powiecie dąbrowskim bardzo przypomina tzw. Rollkommandos, tworzone równocześnie w dystrykcie lubelskim. Tam również w typowym Rollkommando (przeznaczonym do likwidacji "bandytów oraz Żydów") służyli niemiecki żandarm, niemiecki zastępca oraz 10-15 polskich policjantów granatowych362. W niektórych okolicach, na przykład pod Miechowem, te lotne oddziały nazywały się Jagdkommandos i - w prawie 80 procentach - składały się z funkcjonariuszy polskiej policji363. Od czasu do czasu na terenie powiatu pojawiali się ponadto pracownicy gestapo z Tarnowa. Jeżeli jednak pominiemy samą Dąbrowę oraz miejscowości, w których działały Rollkommandos, to okazuje się, że stopień penetracji wsi przez Niemców był niewielki. A już z całą pewnością obecność żandarmerii nie stanowiła największego zagrożenia dla ukrywających się w powiecie Żydów. O ich życiu lub śmierci przesądzało bowiem nastawienie miejscowej ludności. Żeby jednak zrozumieć to nastawienie, trzeba pamiętać o specyficznych formach organizacji wspólnot wiejskich w okresie okupacji.

O organizacji społeczności i wspólnot wiejskich w interesującym nas okresie wiemy bardzo niewiele. Dotychczasowa literatura historyczna skupiała się przeważnie na martyrologii wsi, na rejestracji działań konspiracyjnych i patriotycznych; dużo mniej wiemy o miejscu wiejskiego samorządu w niemieckich planach zarządzania podbitym krajem, a już prawie nic o roli, jaką struktury te odegrały w wychwytywaniu żydowskich niedobitków. Na szczeblu gminy władzę sprawowali wójtowie, czyli urzędnicy mianowani przez starostów (Kreishauptmänner). Podczas okupacji część przedwojennych wójtów utraciła stanowiska na rzecz ludzi lojalnych wobec władz niemieckich, których wyłaniano głównie spośród miejscowych volksdeutschów. Z punktu widzenia Niemców podstawowym zadaniem wójtów była dbałość o mobilizowanie polskiej wsi na potrzeby niemieckiej gospodarki. Mieli więc sprawnie ściągać kontyngenty, zachęcać ludzi do wyjazdu na roboty do Niemiec oraz przekazywać mieszkańcom terenów wiejskich rozmaite zarządzenia okupanta. Od 1940 r. ukazywał się nawet specjalny dwujęzyczny "Biuletyn" przeznaczony dla wójtów, musieli też uczestniczyć w organizowanych regularnie odprawach, podczas których Kreishauptmanni informowali ich o bieżących zadaniach i poleceniach napływających z centrali w Krakowie. Otrzymane polecenia wójtowie przekazywali sołtysom stojącym na czele samorządu wiejskiego.

Najważniejszym ogniwem łączącym władze okupacyjne ze społecznością wiejską był sołtys. W odróżnieniu od wójtów, z których większość po wkroczeniu Niemców odwołano z urzędów, sołtysi zachowali swoje dotychczasowe stanowiska i uprawnienia. Ze strony okupanta była to decyzja praktyczna i racjonalna - o ile zdymisjonowanych polskich wójtów można było stosunkowo łatwo zastąpić miejscowymi volksdeutschami czy nawet Niemcami sprowadzonymi do Polski w ramach Osteinsatz, o tyle do bezpośrednich kontaktów z polską ludnością potrzebni byli ludzie cieszący się zaufaniem miejscowych. A już w żadnym wypadku nie mogło być mowy o zastąpieniu tysięcy sołtysów ludźmi przywiezionymi z zewnątrz. W przedwojennej Małopolsce sołtysów wybierano w powszechnym głosowaniu (czasem głosowanie ograniczano do członków Rady Gromadzkiej) na trzyletnią kadencję364. Zostawali nimi najczęściej ludzie cieszący się wśród mieszkańców pewnym zaufaniem i szacunkiem. Jak wspomniałem, reorganizując administrację podbitej Polski, Niemcy zachowali na urzędzie dotychczasowych sołtysów. Co więcej, urzędującym sołtysom zakazano pod groźbą więzienia podawać się do dymisji365. W razie wakatu Niemcy zlecali obsadzenie stanowiska wójtom lub landratom. O wyborach nie było już mowy. Podobnie postępowano z zastępcami sołtysów, czyli z podsołtysami. Z punktu widzenia Niemców do najważniejszych obowiązków sołtysów należało wyznaczanie indywidualnych kontyngentów dla każdego gospodarstwa i dopilnowywanie ich terminowego odstawienia. Ponadto sołtysi mieli obowiązek szybko i sprawnie przekazywać podległej sobie ludności polecenia władz policyjnych i administracji cywilnej oraz utrzymywać we wsi spokój. Sołtysów wzywano dość często (czasem wręcz raz w tygodniu!) na odprawy do najbliższego landrata. W Dąbrowie Tarnowskiej w tych odprawach uczestniczył Richard Ketter, zastępca Landgrafa, jeden z najbardziej krwawych morderców Żydów366. Niejako przy okazji ugruntowywania swej własnej władzy Niemcy wprowadzili dodatkowe kary za narażanie na szwank autorytetu władz niższego szczebla. W pamiętniku spisanym przez mieszkańca wsi Kozłów czytamy: "Czas okupacji. Najgorsza plaga to nasi zdegenerowani Polacy, jeśli bez grzechu można ich nazwać Polakami. [...] Najbardziej sołtysom zawróciło głowę, kiedy zostało ogłoszone, że za obrazę czy pobicie sołtysa czeka kara śmierci. [...] Gdy to samo prawo zostało ogłoszone przez ambonę w kościele, to sołtysi zostali naprawdę dyktatorami"367.

Latem i jesienią 1942 r., w okresie likwidacji gett, przed polskim samorządem wiejskim stanęły nowe, nałożone przez Niemców zadania. Przede wszystkim chłopów zmobilizowano do dostarczania podwód, którymi wywożono Żydów do pociągów bądź na miejsca kaźni. Chodziło tu o tzw. obowiązki szarwarkowe, czyli bezpłatne poświęcenie czasu i świadczenie pracy na rzecz państwa. Zadaniem sołtysów było zaś sprawiedliwe rozdzielenie tych obowiązków między gospodarzy. W tym samym czasie chłopów zaczęto mobilizować do udziału w obławach na ukrywających się po lasach Żydów - o tym będzie mowa dalej. Nieco później, już po wywózkach, zaczęto na wsiach formować tzw. straże nocne lub warty wiejskie. W zasadzie warty miały za zadanie chronić wieś "przed bandytami i włóczęgami", a to zazwyczaj oznaczało wyłapywanie Żydów ukrywających się u chłopów, wędrujących między wioskami bądź też szukających ratunku w pobliskich lasach. Gdy na przełomie 1942 i 1943 r. uaktywniły się (szczególnie na wschodzie kraju) oddziały partyzanckie, stan bezpieczeństwa na wsi zaczął się gwałtownie pogarszać. Instrukcje płynące z Krakowa zalecały jednak szczególną czujność w wyłapywaniu zbiegłych jeńców sowieckich oraz uciekających z likwidowanych gett Żydów.

Sołtysi byli z urzędu przełożonymi nocnych wart i ponosili odpowiedzialność za jakość pełnionej przez nie służby. W razie nieobecności sołtysa jego obowiązki przejmował podsołtys, a gdy takowego nie było - naczelnik miejscowej straży pożarnej. W niektórych miejscowościach wartowników nazywano "milicjantami", co dodawało im splendoru. Jeden z chłopów zeznawał po wojnie: "ja byłem komendantem milicjantów i zadaniem moim było wyznaczenie milicjantów do służby na noc i kontrolowanie ich. Mieliśmy słuchać rozkazów sołtysa..."368. Gdzie indziej "komendantów milicji" nazywano dziesiętnikami. Byli to stali wartownicy, którzy pełnili służbę niejako na etacie wioskowym, pobierali za to skromne apanaże oraz mieli prawo wydawania rozkazów pozostałym wartownikom i strażnikom369. Natomiast prości chłopi, którym kazano trzymać wartę w systemie nocnych rotacji, pełnili służbę uzbrojeni w co popadnie, zazwyczaj widły, drągi, rzadziej w karabin. Tryb pracy wart nocnych zależał od wielkości wioski i liczby gospodarzy, których można było wciągnąć do służby. Na przykład w gromadzie Bolesław, położonej na północ od Dąbrowy, blisko Wisły, do warty nocnej wykorzystywano 30 ludzi zebranych z 12 okolicznych wsi. W celu zabezpieczenia magazynów wojskowych, które zbudowano w samym Bolesławiu, Niemcy scalili pobliskie wsie w tzw. gminę zbiorową (Sammelgemeinde) i w ten sposób zmobilizowali do nocnych wart większą grupę gospodarzy370. Wartownicy zbierali się zazwyczaj na wartowni (stawała się nią niekiedy po prostu chłopska izba), przy której znajdował się drewniany areszt gminny, zamykany na kłódkę. Wyznaczony przez Niemców, sołtysa lub policję granatową komendant straży urządzał na wartowni co wieczór odprawę wartowników. Następnie chłopi rozchodzili się pilnować wcześniej im przydzielonych odcinków wsi. Niemcy dbali też o to, aby zawsze przynajmniej jeden członek warty nocnej był uzbrojony w karabin. Oprócz dziesiętników i wartowników ważna rola przypadła zakładnikom, czyli gospodarzom, którzy własną głową ręczyli za to, że we wsi nie dojdzie do działań "zagrażających interesom narodu niemieckiego". Zakładnicy, wyznaczani przez policję granatową (niekiedy - jak się wydaje - mogli ich wyznaczać także sołtysi) nie mieli pola manewru, gdyż co pewien czas musieli meldować się na najbliższym posterunku, aby "zdawać sprawę ze stanu bezpieczeństwa w terenie". Tym samym znaczna grupa gospodarzy stała się, niejednokrotnie wbrew swej woli, informatorami władz371 - a za odmowę współpracy można było dostać się do obozu pracy372. Warty nocne poddawano ponadto od czasu do czasu kontroli policyjnej. W Lubaszowej na wiosnę 1943 r. granatowa policja z Tuchowa zrobiła niespodziewany nalot nocny i - nie zastawszy chłopów na posterunkach - ukarała wszystkich grzywną w wysokości pięćdziesięciu złotych373. Z kolei w Książu Wielkim miejscowy komendant polskiej policji do kontroli warty nocnej wykorzystał członków ochotniczej straży ogniowej. W wyniku tak przeprowadzonej kontroli wpadł jeden z chłopów, który zamiast obchodzić swój rejon, udał się na wesele siostry. Strażacy zabrali go z wesela i odstawili na posterunek PP, tam zaś wymierzono mu surową karę: "byłem strasznie zbity gumą, do tego stopnia, że miałem popękane ciało i nie mogłem w ogóle chodzić. W biciu brali udział wszyscy policjanci, którzy znajdowali się na posterunku"374 - zeznawał po wojnie poszkodowany chłopski strażnik.

Wartownicy mieli prawo legitymować i zatrzymywać wszystkie podejrzane osoby - a do nich niewątpliwie należeli błąkający się od wsi do wsi Żydzi. Zanim po zatrzymaniu Żyda do sprawy włączyły się inne instancje, wartownicy mieli również szansę na przeprowadzenie własnego "dochodzenia". Jeden z polskich świadków tak opisywał schwytanie zamożnego Żyda ukrywającego się pod Mędrzechowem: "kiedy siedział [w areszcie], to słyszałem, jak płakał i żalił się. Dowiedziałem się także, że [wartownicy] wypuszczali go z wartowni i chcieli, żeby prowadził ich pod swój dom i wskazał, gdzie ma zakopane rzeczy i złoto. Kiedy nie chciał wskazać, wówczas bili go i katowali"375. Czas spędzony przez złapanych Żydów w areszcie to męczące godziny wyczekiwania na śmierć, które wypełniały błagania o litość i łaskę. Do szczególnie dramatycznych scen dochodziło, gdy złapani Żydzi znali swoich ciemiężców. Żyd Haskiel Rand, złapany przez wartę w gminie Wojnicz w grudniu 1943 r. wraz ze swoim dziewięcioletnim synem Izaakiem, został tak pobity, "że całą twarz miał we krwi, tak że początkowo nie mogłem go rozpoznać - zeznawał granatowy policjant. - Rand wówczas zwrócił się do mnie ze słowami: "panie komendancie, patrzcie, co oni ze mną zrobili, jak mnie pobili". Na to jeden z tych, co go doprowadzili, to jest Kuk Stanisław, odpowiedział: "zbiliśmy cię, boś się rzucał, sukinsynu""376. W Sutkowie pod Radgoszczą w maju 1944 r. warta chłopska pochwyciła osiemnastoletniego Chaima Knie. Jeden z wartowników krzyknął do komendanta straży: "Franciszku, mamy żyda!". Schwytany Knie, którego mieszkańcy nazywali Chaimkiem, prosił swoich strażników o darowanie życia. Bezskutecznie. "Gdy mnie Chaim zauważył - zeznawał kilka lat później komendant straży z Sutkowa - zwrócił się do mnie ze słowami: "co ja im winien, czemu oni mnie tak powiązali". Potem Chaim usiadł sobie na szkarpie i zaczął się nawet modlić... Nadmieniam, że schwytanego Chaima wszyscy znali, bo jakoś od początku działań wojennych ukrywał się w okolicy". Skrępowanego chłopaka rankiem następnego dnia odstawiono na posterunek policji w Radgoszczy, gdzie został zamordowany377. Żyda Mariana Habę pobito tak straszliwie, że przybyłemu później granatowemu policjantowi nie pozostało nic innego, jak tylko go dobić. Jeden ze świadków na powojennej rozprawie wspominał słowa policjanta: "jak jestem przy policji 15 lat, tak jeszcze czegoś podobnego nie widziałem. Żyd został w straszny sposób zmasakrowany przez chłopów"378. Inny świadek zeznał: "zastaliśmy tylko jedną masę mięsa. Żyd był zbity, zmasakrowany, zakrwawiony; była na nim zastygła piana. W ogóle nie ruszał się, był zupełnie czarny"379. Jak widać z przytoczonych przykładów, schwytanych Żydów chłopskie warty potrafiły traktować brutalnie, niekiedy wręcz bestialsko.

Kolejnym krokiem po aresztowaniu Żyda było wezwanie sołtysa lub wójta, do którego należała decyzja, jak postępować dalej. W nielicznych wypadkach (zazwyczaj do połowy 1942 r., kiedy jeszcze istniały w okolicy jakieś getta) zdarzało się, że sołtys zarządzał zwolnienie aresztanta. W praktyce w przytłaczającej większości wypadków podejmował jednak decyzję o wydaniu Żydów w ręce władz. Sołtys wyznaczał w takiej sytuacji gospodarza obarczonego powinnością podwody szarwarkowej (innymi słowy, przymusowej i za darmo) do odtransportowania zatrzymanego na najbliższy posterunek PP bądź na żandarmerię. W razie nieobecności sołtysa podwodę wyznaczał podsołtys lub komendant straży, a gdy i tych nie było na miejscu - jeden z dziesiętników380. Jeżeli zaś z jakiegoś względu transport zatrzymanych był niemożliwy, a we wsi nie było telefonu, to na posterunek posyłano gońca gminnego. Goniec taki miał oficjalny status i niejako z urzędu był zobowiązany towarzyszyć policji przy rewizjach i przeszukaniach u lokalnych gospodarzy381. Gońcy wiejscy oraz woźnice transportujący Żydów na policję z rozkazu sołtysa stawali przed trudnym dylematem - odmowa mogła skończyć się podwyższeniem kontyngentu, aresztowaniem, a nawet śmiercią. Wypuszczenie odwożonych na śmierć Żydów mogło z kolei pociągnąć za sobą surowe kary ze strony Niemców. Represje zresztą mogły spaść i na innych - sytuacjom tego rodzaju miało zapobiegać wyznaczanie kilku gospodarzy w każdej wiosce na zakładników. Natomiast po wojnie tych samych woźniców i gońców sądzono za współudział w zamordowaniu transportowanych Żydów i niejednokrotnie skazywano na wieloletnie więzienie.

Należy w tym kontekście zwrócić również uwagę na wyjątkowo trudną rolę sołtysów, którzy w okresie polowania na Żydów musieli stawić czoła sytuacji, do której zupełnie nie byli przygotowani. Postawieni po wojnie przed sądem, z reguły nieporadnie usiłowali bronić swojego dobrego imienia. Franciszek Olbrycht, sołtys z Bieniaszowic, opisywał, jak to pewnego dnia w marcu 1944 r. zastał we własnej chałupie "dwoje ludzi wyznania mojżeszowego, kobietę nazwiskiem Perła Kapelner i mężczyznę nazwiskiem Czarny, imię mi nieznane, który pochodził z miejscowości zza Wisły, Opatowiec. Ww. kobieta siedziała na ławce i cicho płakała, a obok niej siedział ów mężczyzna"382. Perła Kapelner pochodziła z pobliskich Siedliszowic i była we wsi świetnie znana. Natomiast kilku chłopów, którzy dostarczyli zbiegów do domu sołtysa, nie zamierzało na tym poprzestać. Według relacji świadków, zażądali oni, aby złapanych Żydów odstawiono na policję, do Gręboszowa. "Żałujecie Żydów" - miał oświadczyć ociągającemu się sołtysowi jeden z wioskowych łapaczy. Słysząc tę groźbę, sołtys zlecił jednemu z gospodarzy przygotowanie podwody, po czym ofiary odwieziono w obstawie na najbliższy posterunek policji, na egzekucję. Sołtys z Kłyża, skazany ostatecznie na sześć lat więzienia za wezwanie do wioski policji granatowej, która w wyniku tego schwyciła i zamordowała miejscową Żydówkę, tłumaczył się: "przewinienie moje polegało na tym, że niejaki Julian Żelazny zgłosił się do mnie urzędowo i zażądał ode mnie zgłoszenia do policji granatowej, że Żydówka ta prosi, by ją policja odstawiła do getta, a ja żądaniu temu musiałem uczynić zadość"383. Władysław Nagórzański, sołtys z Siedliszowic odpowiedzialny za zorganizowanie obławy, w której wyniku pojmano ukrywającego się od roku w okolicy miejscowego żydowskiego kupca, również tłumaczył się stanem wyższej konieczności: "policjant wydał polecenie, bym jako sołtys wysłał kilku chłopów celem ujęcia żydka"384.

Gdyby sołtysi zaniechali pościgu bądź wypuścili Żydów, groziły im surowe represje ze strony Niemców. Musieli zarazem mieć na uwadze "elementy wątpliwe" wśród własnych sąsiadów. Przecież ktoś w końcu Żydów złapał, obrabował, wydał. Bardzo często właśnie ci ludzie domagali się szybkiej egzekucji bądź niezwłocznego oddania schwytanych w ręce władz. W miejscowości Wieniec do sołtysa Piotra Trojańskiego zgłosił się niejaki Wadysław Węgrzyn i oświadczył, że "u niego przechowują się dwie żydówki" i że sołtys ma o tym powiadomić policję. "Sołtys się na to nie zgodził, a wówczas Węgrzyn udał się sam na policję w Niegowici i tam złożył zameldowanie, że u niego w domu przebywają Żydówki"385. Biorąc pod uwagę praktykę policyjną stosowaną w takich sytuacjach przez niemiecką żandarmerię, Węgrzynowi przysługiwać mogła jakaś nagroda, natomiast sołtysowi groziło całkiem rzeczywiste niebezpieczeństwo. W tym akurat wypadku obie Żydówki zostały rozstrzelane przez żandarmów, a sołtysowi nic się nie stało, ale mogło się to dla niego skończyć inaczej. Sołtysom, którzy odmawiali współudziału w polowaniu na Żydów, grożono denuncjacją. Choć przeważnie pisane toporną, nieporadną polszczyzną, donosy do władz bardzo łatwo mogły doprowadzić sołtysa i jego rodzinę do zguby. W jednym z takich pism czytamy: "Wkreślam pare słów do władzy niemiecky zarzedu gminy ojżen najpierw zwracam się do żiendarmerii i Pana Komendanta w Kraszewie bo u nasz w Gutkowie wyrabiają się straszne rzeczy sporęki sołtysa, bo sołtys Głuszniewski i Władysław Konieczek ta są pierwsze politykanci, bo ich powinno dawno już nie być, to by drugich nie oszukowali"386. Niemcy dawali donosy do przetłumaczenia na język niemiecki, a dalszy los sołtysa zależał już wyłącznie od nastroju komendanta miejscowego posterunku.

W większych wsiach, takich jak wspomniany wcześniej Bolesław, oprócz warty nocnej funkcjonowała też warta strażacka387. Od warty nocnej różniła się przede wszystkim lepszą koordynacją działań - strażacy ćwiczyli przecież razem, byli zdyscyplinowani i mieli doświadczenie w działaniu zespołowym. Poza tym przed wojną komendant ochotniczej straży pożarnej, tak jak sołtys, wyłaniany był w drodze wyboru przez ogół wioski. Musiał więc cieszyć się pewnym szacunkiem we wsi, a jego decyzje nie tylko w dziedzinie gaszenia pożarów były z reguły wdrażane bez oporów. Komendanci straży pożarnej, podobnie jak sołtysi, zachowali podczas wojny swoje stanowiska. Strażaków z oczywistych przyczyn nie obowiązywała godzina policyjna, mieli więc znacznie większą swobodę niż inni gospodarze. A pod pretekstem zbiórek strażackich można było przeprowadzać różne ćwiczenia, takie jak ćwiczenia z poszukiwania i łapania Żydów. Za przykład tego rodzaju zadań niech posłuży akcja strażaków z Racławic (wioska między Miechowem a Olkuszem), których zwołano na zbiórkę w czerwcu 1944 r.388 Ćwiczenie polegało na przeprowadzeniu rewizji w domu niejakiego Wawrzyńca Pomiernego, u którego - jak mówiono we wsi - przechowywali się Żydzi. I rzeczywiście, podczas rewizji strażacy wykryli w stodole podejrzanego sześcioro Żydów: "dwoje Lewkowiczów i czworo dzieci Krotzerów". Dorosła Żydówka próbowała salwować się ucieczką, ale została złapana przez strażaków czekających w pobliżu. "Lewkowiczowa starała się ukryć w pszenicy, a Kozioł starał się odciąć jej drogę, idąc ziemniakami rosnącymi tuż przy pszenicy. Gdy Lewkowiczowa opierała się - uderzył ją"389. Nie można odmówić całej tej operacji pewnej dyscypliny: strażacy podzielili się na dwie grupy, po sześć osób w każdej. Jeden ze strażaków zeznawał na procesie, że zaglądali jedynie do domów, "nie przeszukując jednak dokładnie piwnic czy strychów"390. Potem podjechały podwody wyznaczone przez przywołanego na miejsce sołtysa, "a strażak Pączek związał Lewkowiczów sznurem". Sam sołtys słyszał, jak "Żydzi z płaczem prosili obecnych, aby ich nie odprowadzano do policji", po czym "zrobiło mu się słabo i z mieszkania wyszedł"391. Złapanych Żydów odstawiono na posterunek PP w pobliskiej Sułoszowej, a później na żandarmerię do Wolbromia, gdzie zostali zgładzeni392. Tego typu akcje, jak ta przeprowadzona przez racławicką straż pożarną, nie należały do wyjątków. Świadkowie, zarówno strażacy, jak też inni gospodarze, zapamiętali powtarzane kilkakrotnie akcje wyłapywania Żydów podejmowane przez miejscową ochotniczą straż pożarną. Nie zawsze kończyły się one zgodnie z zamysłem inicjatorów - choćby wiosną 1944 r. kilka takich akcji poniosło fiasko. Innym razem znowu (niestety, świadkowie nie potrafili zgodnie umiejscowić tego wydarzenia w czasie) złapano kilku Żydów, po czym zabił ich na polu za wioską wezwany specjalnie w tym celu polski policjant393. Wśród racławickich strażaków było zresztą zaledwie kilku zagorzałych antysemitów, "którzy byli znani we wsi ze swego nieprzychylnego i wrogiego stosunku do Żydów", ale potrafili oni wymóc na pozostałych, by ci posłusznie brali udział w akcjach. Czynili to więc raczej ze strachu przed kolegami i Niemcami niż z własnego przekonania. Oprócz konformizmu wrogość i agresję w stosunku do Żydów można motywować - świadkowie nie mieli co do tego wątpliwości - chęcią zagrabienia żydowskiego złota. Zachowanie się oddziałów Ochotniczej Straży Pożarnej w dystrykcie krakowskim nie odbiegało od tego, co się działo na pozostałych obszarach Generalnego Gubernatorstwa.

W "Biuletynie Informacyjnym" 22 października 1942 r. została opublikowana następująca notatka dotycząca likwidacji podwarszawskich gett: "przeprowadzono mordowanie i wywożenie Żydów w Wołominie, Stoczku, Węgrowie, Radzyminie, Jadowie, Siedlcach. Z różnych stron nadchodzą wiadomości o masowym mordowaniu Żydów, lecz żadne z nich nie są tak straszne, jak to, co nam donoszą z Wołomina i Stoczka. Straż pożarna [podkreślenie moje - J.G.] w Wołominie i męty społeczne spośród ludności Stoczka, które brały czynny udział w akcji niszczenia Żydów, zyskały sobie fatalną kartę w historii, dopomagając w zbiorowym mordzie, wyszukując ukrywających się i przodując w grabieży"394. Biuletyn "Informacja Bieżąca" donosił zaś o wydarzeniach towarzyszących likwidacji getta w Stoczku: "w wysiedleniu Żydów 24 X haniebny udział wzięła polska Straż Ogniowa, wyciągając ich z mieszkań, rabując mienie. Katowskie pachołki doczekały się pochwały od niemieckiego Starosty"395. O ile akcja straży pożarnej w Stoczku była koordynowana z okupantem, o tyle omawiane wcześniej akcje racławickiej straży pożarnej odbywały się bez jakiegokolwiek udziału Niemców. Nawet policję granatową wzywano dopiero po zakończeniu obławy, by dopełniła zbrodniczego dzieła. Zdarzało się też, że straż pożarna nie tyle wspomagała, ile wręcz zastępowała policję granatową w aresztowaniu Żydów. Na posterunek PP w Mszanie Dolnej nadeszło zawiadomienie, że u jednego z gospodarzy w Skrzydlnej ukrywają się dwaj Żydzi - bracia Jumka i Josek Grybelowie396. Akurat tego dnia na posterunku panował alarm, w związku z czym funkcjonariusze mieli zakaz oddalania się od budynku, dlatego schwytanie Żydów zlecono telefonicznie strażakom. Pełniący wówczas dyżur opuścili wartownię, otoczyli odpowiedni dom i pojmali Żydów. Strażaków używano zresztą i do innych celów. W Szczurowej po masakrze miejscowych Cyganów strażacy otrzymali rozkaz obstawienia miejsca egzekucji, a potem wykorzystano ich jako grabarzy pomordowanych ludzi. Według jednego ze świadków: "[Engelbert] Guzdek [żandarm - J.G.] polecił sołtysowi niezwłocznie zwołać straż pożarną. Na sygnał trąbki w ciągu 5 minut zgłosiło się 21 strażaków. To na razie wystarczyło, Guzdek zabrał ich na cmentarz. Wnet zadzwoniły łopaty"397. Mimo że strażacy zachowywali dyscyplinę, dobrze znali teren i ludzi, zdarzały się im jednak pomyłki. Paweł Nogieć, naczelnik OSP w Zagorzycach, schwytał na drodze nieznajomego mężczyznę, "który prawdopodobnie miał być narodowości żydowskiej"398, po czym przekazał go przebywającym akurat we wsi niemieckim żandarmom. Wkrótce okazało się, że nieznajomy nie był Żydem, lecz Polakiem Janem Byczkiem, wędrownym sprzedawcą nici. Niezrażeni tym Niemcy zabrali schwytanego Byczka ze sobą, a następnego dnia rozstrzelali go za posterunkiem.

Kolejnym zagrożeniem dla ukrywających się Żydów były obławy, przeprowadzane z wykorzystaniem wcześniej opisanych wiejskich struktur samoobrony. Należały one do najskuteczniejszych metod stosowanych przez Niemców przeciwko Żydom chroniącym się na terenach wiejskich. Uwzględniając skuteczność i zasięg obław, można je podzielić na te bezpośrednio powiązane z likwidacją gett oraz późniejsze, cechujące się inną dynamiką - i najczęściej skierowane również, ale nie wyłącznie, przeciw Żydom399. Obławy na Żydów ratujących się przed deportacją i śmiercią organizowano z rozmachem, używając do tego niemieckich i polskich sił policyjnych. Poza formacjami mundurowymi do łapania zbiegów angażowano miejscowych chłopów - przymuszano ich niemieckim rozkazem albo zachęcano obietnicą zgarnięcia dóbr znalezionych przy ujętych zbiegach. Szczególnie obfite żniwo przynosiły początkowe obławy, ponieważ Żydzi w pierwszych godzinach i dniach ucieczki nierzadko poruszali się sporymi grupami i zazwyczaj słabo orientowali się w terenie. Natomiast ci, którym udało się przetrwać pierwsze obławy, z czasem udoskonalali strategie przetrwania, budując na przykład stałe schrony, dające przynajmniej do pewnego stopnia osłonę przed odkryciem oraz przed zimnem.

Sygnał do obław dawały polecenia rozsyłane z zarządów gmin do sołtysów. W aktach krakowskiego sądu zachowało się pismo wystosowane 28 sierpnia 1942 r. przez wójta Franciszka Rusinę z Kośmic Wielkich do sołtysa w pobliskich Janowicach (na wschód od Miechowa i na północny zachód od Dąbrowy Tarnowskiej) następującej treści: "w związku z zarządzeniem Starostwa Powiatowego w Krakowie z dnia 14.[0]8.1942 br. w sprawie wysiedlenia żydów z terenu gminy zawiadamiam, że zarządzenie to jest bardzo surowe. W wykonaniu tegoż zarządzenia i na polecenie miasta Wieliczki należy dopilnować, aby na terenie tamtejszej gromady nie znajdował się ani jeden żyd, żydówka czy dziecko żydowskie. Zatem wyśle Pan zakładników natychmiast, by przeszukali cały teren gromady, zaułki, krzaki itp., czy ci gdzieś nie przebywają. Przyłapanego wzgl[ędnie] napotkanego żyda należy odstawić natychmiast do posterunku Policji Polskiej. Zaznaczam, że za przechowywanie żyda w mieszkaniu każdemu grozi kara śmierci. Również odpowiedzialność za przebywanie żyda na terenie gromady spada na sołtysa i w razie zaniedbania tegoż grozi mu kara śmierci. Upominam jeszcze raz, żeby ta sprawa była należycie dopilnowana. Za wykonanie tegoż jest Pan odpowiedzialny pod grozą kary śmierci. Kośmice Wielkie, dnia 28 sierpnia 1942 r."400.

Trudno powiedzieć, czy pisma o podobnej treści otrzymali od wójtów sołtysi powiatu dąbrowskiego, niewątpliwie jednak tamtejsze polskie władze samorządowe również zostały skutecznie zmobilizowane do działania. Jego schemat był prosty: do sołtysa wpływała informacja, że u jednego z gospodarzy ukrywają się Żydzi. Nierzadko informatorami były same osoby ukrywające Żydów, które z takich czy innych względów chciały się kłopotliwych gości pozbyć. Sołtys miał obowiązek powiadomienia policji i zorganizowania łapanki. Zachował się opis jednej z wielu takich sytuacji: "wobec tego, że Ludwik Kosoń mi o tym [że w jego stodole ukrywa się Żyd - J.G.] zameldował, udałem się do dworu, w którym był telefon, i zgłosiłem o tym policji w Oftinowie, od policji dostałem polecenie, by obstawić stodołę [...]. Wysłałem gońca, ażeby powiadomił ludzi, aby wzięli udział w łapance. Za chwilę zobaczyłem ludzi, a była ich masa, prowadzących jakiegoś człowieka"401.

Straże wiejskie, o których była wcześniej mowa, odgrywały niezwykle ważną rolę w organizowaniu i przeprowadzaniu akcji przeciwko Żydom. Dla żydowskich niedobitków chowających się po lasach ich istnienie niosło ze sobą dodatkowe zagrożenia z dwóch powodów. Po pierwsze, ujęcie społeczności wiejskiej w paramilitarną dyscyplinę straży zwiększało zagrożenie rewizjami w chałupach i nadawało im oficjalną sankcję, a po drugie - ułatwiało organizację i zwiększało skuteczność obław w pobliskich lasach. Funkcjonowanie ukonstytuowanej w ten sposób władzy ułatwiało też dokonywanie obław na własną rękę. W gromadzie Brnik (pod Dąbrową) obławę na Żydów zorganizowano prewencyjnie, w obawie przed ewentualną akcją niemiecką. "Ponieważ Niemcy wiedzą, że dużo żydów jest w Brniku, i obawa jest, że gromada Brnik popadnie w katastrofę" - jak to podsumował jeden z uczestników obławy402. Podobny, prewencyjny charakter miała obława przeprowadzona z rozmachem w marcu 1943 r. w okolicach Mędrzechowa (na północ od Dąbrowy)403. Mieczysław Soja, jadący z Radwana przez Wólkę Mędrzechowską, "zauważył w polu w krzakach pięciu obywateli narodowości żydowskiej, a mianowicie: matkę i trzech synów oraz jednego ob[ywatela] narodowości żydowskiej nazwiskiem Fałek". O swoim odkryciu Soja niezwłocznie doniósł sołtysowi Wólki, który natychmiast zarządził obławę, by ująć wykrytych Żydów, a Soję posłał do pobliskiego Mędrzechowa, gdzie znajdował się najbliższy posterunek żandarmerii. Obława ruszyła, nie czekając na pojawienie się żandarmów. Z zeznań jednego ze świadków wynika, że wzięło w niej udział około trzystu osób, czyli prawie cała dorosła ludność wioski. "Jedni poszli na polecenie [sołtysa - J.G.] Trzepaczka, gdyż napędzał ich sam, chodząc po domach, inni zaś byli z ciekawości"404 - konkludował świadek. Warto dodać, że o ile w wypadku obław urządzanych oddolnie działała presja sołtysa, o tyle w innych wypadkach o masowy udział dbali zakładnicy gromadzcy (wyznaczani przez sołtysa lub przez policję granatową), którzy ręczyli głową za pomyślność przedsięwzięcia405. Obława zainicjowana przez Soję zakończyła się sukcesem, a pięcioro ciężko pobitych Żydów zostało przekazanych w ręce mędrzechowskich żandarmów, którzy ich niezwłocznie rozstrzelali. W podobny sposób zakładnicy zmobilizowali gospodarzy do udziału w obławie na Żydów w gminie Tonia. "Na wiosnę 1943 r. w Wielką Sobotę koło godziny 10 przed południem przyszedł do mojego domu zakładnik gromadzki Piotr Czupryna, oświadczając mi, gdyż z rozkazu sołtysa oraz niemców mam iść na obławę celem ujmowania żydów. Ja na to się nie zgodziłem i Czupryna poszedł dalej do innych domów, a za jakieś 20 minut przyszedł znowu i powiedział, że jak nie pójdę, to przyjdą po mnie Niemcy. Wobec takiego stanu rzeczy zmuszony byłem iść i udałem się do kępy wiklinowej koło wału Wiślanego, gdzie wiedziałem, że ukrywali się żydzi, lecz w kępie nikogo nie zastałem i schroniłem [się tam]. Za jakąś chwilę przyszedł do tej kępy, gdzie się schowałem, Roman Wawrzynek i Wójcik Jan, i razem tam siedzieliśmy. Słyszałem, będąc w kępie, w niedalekiej odległości jakieś rozmowy oraz ruchy ludzkie, lecz nikogo nie widziałem, w szczególności ani żandarmerii niem[ieckiej], ani policji polskiej, gdyż krzaki, w których byłem schowany, były wysokie, tak że na bliską odległość nie widziało się człowieka. W tej kępie przesiedziałem z około dwie godziny, a następnie krzakami doszedłem pod swój dom i już więcej nigdzie nie wychodziłem. Słyszałem następnie, że w czasie tej obławy zostało ujętych coś około 6 osób narodowości żydowskiej, które zostały zastrzelone. Ja żadnego czynnego udziału w obławie nie brałem"406. O tym samym wydarzeniu można się dowiedzieć z relacji granatowego policjanta: "na terenie gromady Tonie [Tonia] nad rzeką Wisłą w tak zwanej "wiklinie" ukrywały się do Wielkanocy 1943 r. dwie rodziny żydowskie, które wybudowały sobie w tych zaroślach ziemiankę. Żandarmeria niemiecka, w szczególności kierujący akcją zupełnego wyniszczenia żydów komendant tejże żandarmerii Guzdek zarządził na Wielką Sobotę 1943 r. obławę przeciwko tymże ukrywającym się żydom. Ażeby obława dała lepsze wyniki, Guzdek wyznaczył w tym celu około 10 zakładników, których osobiście uczynił odpowiedzialnymi za to, by mężczyźni gromady Tonie w dniu tym stawili się na obławę. Zakładnicy obchodzili domy, powiadamiając obywateli gromady Tonie o bezwzględnym rozkazie stawienia się mężczyzn na obławę oraz podkreślając, jakie niebezpieczeństwo im grozi ze strony Guzdka w wypadku, gdyby się na obławę nie stawili".

Z kolei obława widziana oczami ofiary (w tym wypadku dziesięcioletniego chłopca ukrywającego się wraz z rodziną pod Dąbrową) wyglądała następująco: "ale później, gdy ciocia musiała czasami chodzić do wsi [po żywność - J.G.], wyszpiegowali nas [chłopi] i sprowadzili policję do lasu. Było to 10 lutego [1944 r.]. Na dworze mróz, ale u nas w ziemiance taki gorąc, że wszyscy byliśmy rozebrani, a siostra boso, gdy niespodziewanie wpadła policja. Uciekaliśmy, jak staliśmy. Z naszej kryjówki uratowali się wszyscy i przenieśliśmy się do innego lasu. W sąsiedniej kryjówce zginęło 8 osób, między innymi matka, która nie chciała zostawić kulawej córki, i jej mąż"407. Niemniej i druga kryjówka została zdekonspirowana podczas kolejnej obławy. Tym razem na trop ukrywających się Żydów trafił gajowy, który powiadomił polską policję i Niemców. "Strzelano za nami i wtedy zginęły dwie moje siostry i kilka osób"408 - opowiadał w 1946 r. dziesięcioletni Dawidek Wasserstrum.

Poza obławami organizowanymi przez samych chłopów, przez Niemców bądź z bezpośredniego zlecenia żandarmerii zdarzały się obławy przeprowadzane z inicjatywy policji granatowej. Uczestnik jednej z takich obław dokonanych na terenie powiatu dąbrowskiego w następujący sposób opisał jej przebieg: "strażnik wiklin z Kars zameldował, że nad Wisłą między Karsami a Borusową ukrywają się Żydzi. Mądry [komendant posterunku PP w Otfinowie - J.G.] zarządził natychmiastowy wyjazd w to miejsce. Ekspedycją dowodził Lewandowicz. [...] Po dotarciu nad Wisłę nakazał nam otoczenie wskazanej kryjówki, po czym ruszył do niej tylko z Niechciałem [inny policjant z Otfinowa - J.G.]. Prawdopodobnie spodziewał się znaleźć przy Żydach pieniądze lub kosztowności, którymi nie zamierzał się z nikim dzielić. Naszym zadaniem było zatrzymanie Żydów, którzy próbowaliby szukać ocalenia w ucieczce. Po chwili usłyszałem strzały w nadrzecznych wiklinach, a zaraz potem dostrzegłem kilka osób uciekających przecinką w nadrzecznych zaroślach, które szybko zniknęły mi z oczu [...] Niechciał i Lewandowicz zastrzelili w kryjówce dwóch Żydów. Gdy dołączyliśmy do nich, zarówno zwłoki, jak i kryjówka były już przeszukane. Niechciał nie był zadowolony - machnął tylko ręką i skomentował jednym słowem - "bidoki". [...] Gdy tylko wyszliśmy z trzcin, ten sam informator Mądrego przybiegł z wieścią, że w Karsach przy przewozie rozpoznał oczekującą na prom Żydówkę, której prawdopodobnie udało się zbiec z nadbrzeżnej kryjówki w wiklinach. Lewandowicz i Niechciał rzucili się biegiem i po chwili od strony przewozu usłyszałem kobiece krzyki, następnie strzały, po czym wszystko umilkło. Według relacji Niechciała Żydówkę zastrzelił Lewandowicz. Zwłoki zastrzelonych pogrzebał sołtys z Kars"409. W 1943 r. doszło do obławy wokół miejscowości Skrzynka. Obławą objęto kilka okolicznych wsi, zwłaszcza zaś sprawdzono domy znajdujące się blisko lasu. Z zachowanych relacji i spraw karnych wynika, że do zwołania obławy wystarczył ktoś z inicjatywą i choćby niewielkim autorytetem. Taką osobą mógł być sołtys, bogaty gospodarz, gajowy lub ktokolwiek, kto potrafił narzucić swą wolę innym. Nagonki na Żydów nie wzbudzały najwyraźniej silnych negatywnych emocji, poza zrozumiałą niechęcią gospodarzy do poświęcania dnia pracy na działalność raczej bezproduktywną.

Niektóre obławy na Żydów zarządzano bez przygotowania i wcześniejszej mobilizacji lokalnych straży. Gdy brakowało mężczyzn, do nagonki brano też kobiety. Za przykład może posłużyć pospolite ruszenie z okolic Szczucina z kwietnia 1943 r. Tak przed sądem o tym wydarzeniu opowiedziała zmobilizowana wówczas do akcji mieszkanka Wólki Mędrzechowskiej: "chcieli policjanci posłać Andrzeja Łabuza, który stał z nimi, po ludzi, lecz ten nie chciał, tłumacząc, że w miasteczku jarmark i ludzi we wsi nie ma, bo są na jarmarku, i powiedział, że robotnicy sadzą drzewka w lesie, to może oni pójdą. Po drodze wzięto 3 chłopców, którzy pracowali przy sadzeniu drzewek. Na przedzie szli Niemcy, potem policjanci, a za nimi my, cywile. W miejscu, gdzie las szczuciński i słupski łączą się ze sobą, rozdzielono nas na dwie grupy, z tym że potem mieliśmy się zejść. W grupie, do której mnie przydzielono, był 1 żandarm niemiecki i 1 policjant granatowy. W obu partiach byli Polacy, Niemcy i policjanci granatowi. Szliśmy tyralierką, ale my, wiejscy ludzie, szliśmy za Niemcami i policją w tyle. Ja nie poszłam krzakami, lecz szłam drogą. Gdy schodziliśmy się, usłyszałam strzały"410.

Kolejnym przykładem współpracy Niemców z ludnością miejscową jest obława opisana przez Helenę Aussenberg. W obławie wzięło udział dwóch członków Sonderdienst oraz grupa młodych chłopców wiejskich spod Dulczy Małej i Radomyśla Wielkiego, którzy konno ruszyli w las, by schwytać Żydów411. Dotyczy to wprawdzie terenu poza granicami powiatu, ale Radomyśl i Dulcza leżą dosłownie tuż za wschodnią granicą powiatu dąbrowskiego, a las, w którym przeprowadzono obławę, znajduje się na granicy dwóch powiatów. Na koniec trzeba dodać, że obławy organizowane przez społeczność wiejską, pod wodzą sołtysa, niekoniecznie i nie zawsze wymierzone były w Żydów. W gromadzie Dąbrówka Szczepanowska (kilka kilometrów na południowy zachód od Tarnowa) sołtys Andrzej Gawron wpadł na pomysł, aby kontyngent ludzi kierowanych na roboty do Rzeszy wypełnić miejscowymi Cyganami: "zebranie gromadzkie uchwaliło zatem, żeby cyganów tych ująć, wobec czego wysłali po nich wartę gromadzką, która udała się do kępy i ujęła 12-tu cyganów, same starsze osoby, i doprowadzili ich do szkoły. Za jakiś czas przyszedł posterunek z Pleśnej: Jeden z Cyganów został zastrzelony przez granatowych policjantów za próbę stawienia oporu, kilku uciekło, a resztę odstawiono w ręce Niemców"412.

Żydzi w gminie Wawrzeńczyce

Wawrzeńczyce to wieś położona na lewym brzegu Wisły, 30 kilometrów na wschód od centrum Krakowa. W okresie okupacji była siedzibą władz gminy Wawrzeńczyce należącej do powiatu miechowskiego. W skład tej gminy wchodziły wsie: Rudno Dolne, Stręgoborzyce, Wawrzeńczyce, Złotniki i Żydów.

Przed wybuchem II wojny światowej w gminie mieszkało ponad 5 tys. osób, w tym tylko kilka rodzin żydowskich. 18 października 1939 r. na terenie gminy mieszkały 5464 osoby, w tym zaledwie dziewięciu Żydów446. Większym skupiskiem ludności żydowskiej w pobliżu Wawrzeńczyc było Nowe Brzesko położone na terenie sąsiedniej gminy Gruszów. Miejscowość ta utraciła prawa miejskie w XIX w., ale w okresie międzywojennym wciąż utrzymywała małomiasteczkowy charakter. W chwili wybuchu wojny żyjąca tam społeczność żydowska liczyła 200-300 osób447. Do 1942 r. jej liczebność zwiększyła się do 1000 osób448.

Zgodnie z rozporządzeniem Hansa Franka z 28 listopada 1939 r. samorząd gminny został rozwiązany, a istniejące władze gminne podporządkowano władzom okupacyjnym. Od tego momentu wójtowie (burmistrzowie) odpowiadali bezpośrednio przed urzędnikiem stojącym na czele powiatu (Kreishauptmann). W gminie Wawrzeńczyce posadę wójta utrzymał Polak Józef Latała. Oprócz tradycyjnego zakresu obowiązków, związanych ze sprawami administracyjnymi, podatkowymi i porządkowymi, na barki urzędników gminnych spadły nowe zadania. Władze powiatowe wymagały szczególnego zwrócenia uwagi na kontrolę przepływu ludności oraz na zabezpieczenie gminy przed napływem i działalnością osób uznanych przez okupanta za niepożądane.

Z rozkazu starosty powiatu miechowskiego wójtowie i sołtysi mieli za zadanie rejestrować nowe osoby pojawiające się we wsiach, wyjątkowo bacznie zaś mieli obserwować ludność żydowską449. Z zestawień sporządzonych przez urzędników wynika, że na terenie gminy nie byli zameldowani Niemcy ani Ukraińcy, o inne mniejszości władze nie pytały. Do obowiązków urzędu gminy należała kontrola metryk urodzenia, aktów chrztu i ślubu, które znajdowały się w parafii. Starosta powiatowy Hans-Walter Zinser pisał 12 września 1940 r. do podległych mu wójtów: "W celu uporządkowania spraw ewidencji i kontroli ruchu ludności zarządzam niniejszym natychmiastowe przeprowadzenie następujących prac: odebranie z parafii metryk urodzenia, ślubu i śmierci itd., w księgach ruchu ludności sprawdzić zapisy ze stanem faktycznym"450. Kontrole te miały zapobiec fałszowaniu metryk, a także, jak można wnosić, umożliwić wychwycenie chrześcijan, którzy według nazistowskiego prawa rasowego byli Żydami. W tym samym piśmie zwrócono uwagę, że karty meldunkowe: "należy przechowywać w oddzielnej kartotece w porządku alfabetycznym osobno dla chrześcijan, osobno dla Żydów".

Liczba Żydów mieszkających na terenie gminy zwiększała się stopniowo, przede wszystkim z powodu napływu ludności z Krakowa. Już w kwietniu 1940 r. Hans Frank planował wysiedlenie Żydów ze stolicy Generalnego Gubernatorstwa. Od maja do października 1940 r. wskutek decyzji okupanta miasto przymusowo opuściło 32 tys. Żydów451. Zgodnie z poleceniem miechowskiego starosty powiatowego z sierpnia 1940 r. mieli oni prawo osiedlać się w gminie i nie podlegali przy tym dodatkowym opłatom ani ograniczeniom452. Kiedy 3 marca 1941 r. gubernator dystryktu krakowskiego Otto Wächter ogłosił decyzję o utworzeniu w Krakowie żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej, kolejnych kilka tysięcy osób opuściło miasto, obawiając się zamknięcia w getcie. Wiele z nich próbowało przeczekać trudne czasy w miejscowościach w pobliżu Krakowa, między innymi w gminie Wawrzeńczyce. Imienny spis ludności żydowskiej z października 1941 r. wykazał 108 osób mieszkających w gminie453. W Wawrzeńczycach znalazły się również osoby, które w 1938 r. otrzymały od władz nakaz opuszczenia terytorium Rzeszy454.

Napływ Żydów na tereny wiejskie nie uszedł uwadze administracji niemieckiej. 9 kwietnia 1941 r. gmina otrzymała pismo ze starostwa powiatowego oznajmiające, że miejscowości, w których nie mieszkają Żydzi, powinny pozostać judenrein: "Upraszam Panów Burmistrzów, by zważali, ażeby w gminach, w których od dawna żydzi nie mieszkali, też i w przyszłości żydzi się nie osiedlali! Szczególnie w miejscowościach danej gminy wolnych od żydów nie mogą w żadnym wypadku rodziny żydowskie się wprowadzać. O ile takie wypadki się zdarzały, zobowiązany jest każdy burmistrz żydów tych wysiedlić i przekazać ich przynależnej radzie żydowskiej. [...] Niebaczenie i uchybienia będą jak najsurowiej karane!"455.

W 1941 r. władze okupacyjne starały się utrudnić przemieszczanie się ludności żydowskiej na wieś, dążyły bowiem do jej koncentracji w gettach. Coraz uważniej zwracano uwagę na osoby bez zameldowania jako na możliwych uciekinierów z getta. W piśmie z 24 czerwca 1941 r. komendant powiatowy Policji Polskiej (tzw. granatowej) w Miechowie pisał do podwładnych: "Stosownie do zarządzenia Obersturmführera Policji Kryminalnej w Miechowie polecam wszystkich żydów przybyłych w czasie obecnym na tamtejszy teren z innych miejscowości, niemających zezwolenia władz administracyjnych na pobyt (osiedlenie) doprowadzić do Policji Kryminalnej w Miechowie"456.

W piśmie z 12 marca 1942 r. starosta powiatowy Alfons Kalpers, urzędujący od sierpnia poprzedniego roku, nakazał sporządzenie osobnego spisu Cyganów, przy czym zdefiniowano ich następująco: "Cyganami są osoby, które pochodzą od cyganów albo włóczą się na sposób cygański"457. Z odpowiedzi wójta wynika, że około 50 takich osób wędrowało przez gminę, ale żadna z nich nie mieszkała tu na stałe.

Populacja żydowska w Wawrzeńczycach od początku okupacji do 1941 r. zwiększyła się ponaddziesięciokrotnie, ale w stosunku do ogólnej liczby mieszkańców wciąż była niewielka i stanowiła około 2 procent ludności gminy. Zgodnie z poleceniem starosty miechowskiego z 5 czerwca 1942 r. (a więc pięć miesięcy przed wysiedleniem) wykazy ludności gminy Wawrzeńczyce przestały uwzględniać Żydów458. Z tego powodu trudno dokładnie ocenić, ile osób przeprowadziło się do Wawrzeńczyc w tym okresie. Według relacji Anny Makler z Igołomi, na krótko przed akcją wysiedlenia skoncentrowano w Wawrzeńczycach Żydów z okolicznych miejscowości, a nawet spoza gminy: "Z rodzinnej wioski wysiedlili nas Niemcy do Wawrzeńczyc, wkrótce przybyli tam także Żydzi z pobliskich miejscowości. Takie zbieranie Żydów na jedno miejsce nie wróżyło nic dobrego, rzeczywiście wkrótce zaczęto mówić o mającej nastąpić akcji"459.

Życie codzienne

Sytuacja żydowskich mieszkańców Wawrzeńczyc pogorszyła się już we wrześniu 1939 r. Sklep miejscowego kupca Ksyla Czosnka został wówczas rozkradziony. Z zachowanej dokumentacji nie wynika, czy kradzieży dokonało przechodzące wojsko, czy lokalni chuligani. Firma wznowiła działalność w czerwcu 1940 r. i funkcjonowała przynajmniej do marca roku następnego460. Warto przy tym zaznaczyć, że sklep rodziny Czosnków działał w Wawrzeńczycach co najmniej od 1905 r.461 Z kolei sklep należący do rodziny Grimbaumów, jeśli wierzyć aktom gminnym, spłonął wskutek uderzenia piorunem462.

Wobec pogarszającej się sytuacji ludności żydowskiej w mieście wieś mogła się początkowo jawić jako spokojniejsze miejsce pobytu. Żydom przebywającym w Wawrzeńczycach nie groziły ciągłe łapanki, nie dotykały ich bezpośrednio przepisy zakazujące wstępu do określonych części miasta, które wprowadzono w Krakowie. Wprawdzie nakładane kolejno ograniczenia coraz bardziej utrudniały codzienne życie, niemniej na wsi można było egzystować spokojniej, chociażby bez konieczności codziennego spotykania żołnierzy i policjantów niemieckich. Nawet posterunek Policji Polskiej znajdował się nie w gminie Wawrzeńczyce, lecz w oddalonym o mniej więcej pięć kilometrów Nowym Brzesku i miał zaledwie kilku pracowników463. Gestapo, żandarmeria i policja niemiecka stacjonowały w odległym Miechowie.

Tymczasem w życie wchodziły kolejne przepisy władz niemieckich skierowane przeciwko Żydom. Zgodnie z rozporządzeniem Hansa Franka z 23 listopada 1939 r. Żydzi na terenie Generalnego Gubernatorstwa musieli nosić opaski. W październiku 1940 r. starosta miechowski wydał zarządzenie dotyczące zakazu zmiany miejsca pobytu. Paragraf pierwszy tego zarządzenia brzmiał: "Wszystkim na terenie Starostwa Miechów mieszkającym żydom zabrania się przede wszystkim aż do dnia 1.12.1940, na stałe lub tymczasowo, udawać się poza granice ich miejsca zamieszkania. Jako miejsce zamieszkania należy rozumieć gminę miejską lub wiejską, w której żyd ma swoją siedzibę albo stałe pomieszczenie"464. Wyjątkiem byli Żydzi oddelegowani do konkretnych prac przez Niemców albo osoby posiadające specjalne zezwolenie od wójta lub sołtysa wystawione w związku z koniecznością załatwienia jakiejś pilnej sprawy. Karą za nieprzestrzeganie tych poleceń była wysoka grzywna (10 000 zł) lub 8 tygodni aresztu.

Dotkliwe były także ograniczenia wynikające z wprowadzenia i wydłużania w kolejnych miesiącach godziny policyjnej, przy czym godzina policyjna dla Żydów zawsze była dłuższa od tej wyznaczonej dla Polaków. Przykładowo ogłoszone 8 kwietnia 1940 r. godziny policyjne w powiecie miechowskim obowiązywały Żydów od godziny 20 do 6 rano, wszystkie inne osoby cywilne - od godziny 21 do 5 rano465. Takie skrócenie doby bardzo utrudniało podróżowanie, które dla Żydów w tym czasie i bez tego było uciążliwe. Wśród regulacji ograniczających możliwość zmiany miejsca pobytu znalazło się rozporządzenie Hansa Franka z 26 stycznia 1940 r., w którym zabroniono Żydom podróży koleją. W wyjątkowych sytuacjach Żydzi mogli uzyskać pozwolenie na podróż pociągiem od władz dystryktu. W liście z listopada 1940 r. starosta powiatowy zwracał wójtom uwagę, aby na własną rękę nie wydawali takich pozwoleń. Z tonu listu można wywnioskować, że administracji gminnej przed tą datą zdarzało się takie dokumenty wydawać 466.

Ponieważ w Wawrzeńczycach nie było Judenratu, mieszkający tam Żydzi zostali podporządkowani radzie żydowskiej z siedzibą w Nowym Brzesku. W sprawozdaniu z maja 1941 r. jej przewodniczący Z. Waszczyński pisał: "Właściwa praca Rady Żydowskiej rozpoczęła się w marcu 1940 r. Cyfra ludności [880 osób - D.S.] obejmuje tylko osadę Brzesko Nowe. Oprócz tego przynależą do Brzeska Wawrzeńczyce i Igołomia, w których mieszka około 150 Żydów"467. Osoby przybyłe do gminy Wawrzeńczyce miały obowiązek meldować się w radzie żydowskiej w Nowym Brzesku, aby tam zarejestrować się do pracy przymusowej. Kontrola procesu rejestracji odbywała się z pomocą pracowników gminy Wawrzeńczyce, którzy wysyłali listy żydowskich mieszkańców do Judenratu. Przewodniczący rady żydowskiej w Nowym Brzesku pisał do wójta Józefa Latały: "Niniejszym prosimy o podanie nam wszystkich Żydów zamieszkałych w Gminie Wawrzeńczyce przybyłych [z] Krakowa, gdyż według rozporządzenia z dnia 26 X 1939 roku nr 251 są obowiązani Żydzi zameldować się najpierw w Gminie żydowskiej, a następnie w gminie miejskiej. Prosimy zatem wszystkich już zameldowanych Żydów w Pańskiej Gminie, jak również wszystkich Żydów przybywających do Wawrzeńczyc i chcących się tam zameldować skierować najpierw do Gminy Żyd[owskiej] w Brzesku Nowym celem ujęcia ich do rejestracji przy pracy przymusowej"468.

Roboty wyznaczone dla ludności żydowskiej z Wawrzeńczyc odbywały się głównie w Nowym Brzesku, dlatego w aktach gminnych nie ma zbyt wielu wiadomości na temat charakteru pracy przymusowej. Na podstawie skąpych informacji można jednak wywnioskować, że polegała ona przede wszystkim na robotach melioracyjnych i uszczelnianiu wałów wiślanych. Niedogodnością dla zatrudnionych była nie tylko konieczność podjęcia pracy przymusowej, lecz także codziennej kilkukilometrowej wędrówki na wyznaczone miejsce.

Wolność osobistą ograniczały ponadto przepisy meldunkowe, które wymuszały na Żydach comiesięczne meldowanie się w miejscu zamieszkania, nawet jeśli pozostawało ono niezmienne469. Gmina każdorazowo pobierała niewielką opłatę od rejestrujących się osób.

W październiku 1940 r. starosta powiatowy w Miechowie rozesłał pismo do wszystkich podległych mu burmistrzów: "Jest bezwarunkowo zarządzone, ażeby Rodzinom wysiedlonym z Poznańskiego zapewnić egzystencję. I wiele Polaków aryjskiego pochodzenia szuka również głównych podstaw życiowych. A zatem proszę uprzejmie o natychmiastowe przesłanie mi następujących wykazów w potrójnym wykonaniu.

1) wykaz niezamkniętych sklepów żydowskich w obrębie Gminy

2) wykaz zamkniętych sklepów żydowskich w obrębie Gminy

3) wykaz domów w obrębie Gminy, które dotychczas są w posiadaniu żydowskim (z podaniem nazwiska i adresu właściciela)"470. W odpowiedzi na pismo wymieniono sklep Ksyla Czosnka, który pozostał w rękach właściciela jeszcze w kolejnym roku.

22 kwietnia 1941 r. weszło w życie kolejne upokarzające rozporządzenie miechowskiego starosty powiatowego, zgodnie z którym: "ludności żydowskiej zakazane zostało chodzenie po chodnikach i ścieżkach miast i wsi powiatu miechowskiego. Ludność żydowska do chodzenia używać może tylko jezdni. Podania o zezwolenie na chodzenie po chodnikach nie będą przyjmowane"471. Przepisy tego typu należały do okupacyjnej codzienności na terenie całego Generalnego Gubernatorstwa, ale zapewne dokładność ich egzekwowania na wsi była mniejsza niż w mieście.

28 czerwca 1941 r. starosta powiatowy w Miechowie zarządził przygotowanie cywilnej obrony przeciwlotniczej. Zgodnie z poleceniem wójta Józefa Latały z 11 maja tego roku w każdej gromadzie na piętnaście domów miała być zorganizowana sześcioosobowa drużyna samoobrony472. Żydzi nie zostali włączeni w system wiejskiej straży organizowanej przez gminy.

26 lutego 1942 r. zmniejszono miesięczny przydział mąki do 2 kilogramów dla Żydów, podczas gdy dorosłym Polakom przysługiwało 300 gramów mąki więcej473. Ponieważ możliwości zarobku były bardzo ograniczone, żywność na wsi stanowiła poszukiwany towar i zmniejszenie racji żywnościowych miało natychmiastowe konsekwencje w postaci niedożywienia najbiedniejszych. Wieś była przeludniona i obciążona kontyngentami na rzecz okupanta, a wszystkie nadwyżki produktów spożywczych szmuglowano do miasta, dlatego nawet w rolniczym regionie pożywienie było bardzo cenne. Możliwość niewielkiego zarobku dawał nielegalny handel płodami rolnymi, było to jednak zajęcie niebezpieczne. Kupiec ryzykował nie tylko utratę towaru, lecz także aresztowanie474. Z kolei konieczność podjęcia pracy przymusowej dodatkowo utrudniła możliwość zarabiania na własne utrzymanie. W stosunkowo najlepszej sytuacji były osoby mające umiejętności przydatne dla wiejskiej społeczności. Mojżesz Goldman wraz z synami Salomonem i Zachariaszem utrzymywali się z pracy w charakterze blacharzy. Gmina zleciła im między innymi naprawę wozu strażackiego475. Zajęcie rzemieślników nie tylko dawało im możliwość zarobku, ale umożliwiło wielokrotne podróże do Krakowa w celu zakupu blachy niezbędnej do wykonywania różnych prac dla ludności Wawrzeńczyc. W aktach znajdują się wydane przez wójta liczne kopie zezwoleń na podróże Goldmanów do Krakowa476.

Pomoc udzielana najbiedniejszym mieszkańcom przez gminę w zasadzie nie obejmowała ludności żydowskiej. W aktach gminy Wawrzeńczyce zachował się jednak ślad pojedynczych przypadków, w których pomoc w naturze wydano kilku żydowskim mieszkańcom477. Niewielka ilość żywności i lekarstw trafiała w ręce potrzebujących osób dzięki Żydowskiej Samopomocy Społecznej za pośrednictwem rady żydowskiej w Nowym Brzesku, która jednak zapewne w pierwszej kolejności starała się pomagać osobom mieszkającym w tymże Nowym Brzesku478.

Przy wyliczaniu kolejnych przejawów dyskryminacji, pokazujących pogarszanie się sytuacji ludności żydowskiej, warto wspomnieć, że mimo licznych ograniczeń w podróżowaniu w Wawrzeńczycach nie istniało getto w pełnym znaczeniu tego słowa. Żydzi mieszkający w gminie nie byli skoncentrowani w jednym miejscu, nie zostali otoczeni murem i mogli utrzymywać względnie swobodne kontakty z resztą mieszkańców gminy.

Propaganda

Zarządzenia antyżydowskie nie tylko utrudniały codzienne życie, lecz miały także inny daleko idący skutek. Podkreślały odmienność i coraz bardziej zwiększały dystans między ludnością żydowską a aryjską. Dalsze pobudzanie niechęci do Żydów miało służyć zyskaniu aprobaty społeczeństwa dla wprowadzania w życie kolejnych przepisów antyżydowskich.

Afisze i ulotki zachowane w aktach gminy Wawrzeńczyce w większości dotyczyły kwestii rolniczych. Dużo w nich porad praktycznych dotyczących czasu siewu, dbania o zwierzęta hodowlane, przypomnień o obowiązku trzymania psów na łańcuchach itp. Kilka afiszy zachęcało do wyjazdów do pracy na terenie Rzeszy. Ostrzeżenia przed Żydami pojawiły się przede wszystkim w kontekście zagrożeń higienicznych. Na przykład w zaleceniach władz powiatowych rozsyłanych przez wójta do sołtysów w 1941 r. proszono o ogłoszenie ludności różnych informacji - wśród kilkunastu punktów dotyczących list zakładników, samodzielnego uboju bydła itp. jeden z nich brzmiał: "Tyfus plamisty i brzuszny w różnych miejscowościach pojawia się i wzrasta, nawet w powiecie miechowskim. Powiatowy lekarz wzywa ludność do utrzymania czystości. Zarządzenia co do utrzymania studzien winny być zaraz wykonane. Ponieważ w dalszym ciągu roznosicielami tej choroby są żydzi obecnie zmieniający swe mieszkania, a także podróżni i różni włóczęgi [sic!], poruszanie się tych osób z miejsca na miejsce jest zabronione"479. Wyraźnie widać tutaj charakterystyczne dla propagandy hitlerowskiej połączenie obrazu Żyda z zagrożeniem zdrowia, z brudem. Propaganda "higieniczna" zbiegała się w czasie z ograniczeniem swobodnego poruszania się Żydów.

W aktach zachowała się też wcześniejsza ulotka dostarczona ze starostwa powiatowego w kwietniu 1940 r.:

"Polscy mężczyźni i kobiety słuchajcie! [...]

Musicie pamiętać o tym, że: jak Niemcy w przeciągu 18-tu dni rozprawiły się z byłymi polskimi władzami i ich armią, tak załatwi się naród niemiecki i niemieckie wojsko z resztą podżegaczy wojennych, Anglią, Francją, międzynarodowymi żydowskimi kapitalistami i wyzyskiwaczami. [...] Dlatego też zwracamy się do was z wezwaniem: utrąćcie żydowskich paskarzy, lichwiarzy i kombinatorów! Wskażcie ich posterunkom policji. Oni to bowiem pozbawiają was chleba i mięsa, i wszystkiego, czego potrzebujecie. Ta sama klika wmawia w was, że powrót ich zakłamanego reżimu jest możliwym. [...] Twierdzenie to jest zbyt głupie i przejrzyste, aby ktoś mógł w nie uwierzyć. Raz jeszcze chcą was podżegacze, nieroby i żydowscy spekulanci wpędzić w nową zbrodnię [...]"480. Pojawił się tutaj kolejny bardzo znany wątek propagandowy - łączenie problemów gospodarczych wsi z działalnością Żydów. Stąd już bliska była droga do uzasadnienia przejmowania żydowskich przedsiębiorstw i sklepów oraz objęcia Żydów obowiązkiem pracy przymusowej.

Wysiedlenie

Jak już wspominałam, zgodnie z wytycznymi starosty powiatowego z czerwca 1942 r. Żydzi od tego momentu przestali być uwzględniani w spisach i zestawieniach mieszkańców. Spis z grudnia 1942 r. oddawał stan faktyczny - Żydów na terenie gminy już nie było (z wyjątkiem osób przebywających w ukryciu). Niemniej zachowane akta gminne przynoszą jedynie szczątkowe informacje o przebiegu akcji wysiedlenia. W notce urzędowej dotyczącej podatków gruntowych pojawia się lakoniczna, lecz wiele mówiąca informacja o tym, że "nakazy płatnicze zwraca się z powrotem, gdyż wyżej wymienieni są Żydami, a tych od 9 listopada 1942 roku nie ma na terenie tutejszej gminy"481. W aktach gminnych nie ma żadnego opisu akcji wysiedlenia Żydów ani informacji, dokąd zostali zabrani.

Więcej informacji na temat akcji wysiedleńczej można znaleźć w aktach Policji Polskiej w Nowym Brzesku. Deportację Żydów z obu miejscowości (Wawrzeńczyc i Gruszowa) przeprowadzono w tym samym czasie co deportację z Nowego Brzeska. Z dokumentacji wynika, że oprócz polskich i niemieckich sił policyjnych w wysiedleniu brali udział niektórzy mieszkańcy wsi. Pod koniec 1942 r. Żydzi już wiedzieli, co naprawdę oznacza nadchodząca akcja wysiedlenia. Aby uniknąć wywiezienia, próbowali między innymi przekupywać miejscowych chłopów, często bez powodzenia. Na posterunku w Nowym Brzesku 1 grudnia 1942 r. mieszkaniec Rudna Dolnego Jerzy T. zeznał: "Dnia 9 XI 1942 [r.] około godziny 15 udaliśmy się [...] do Brzeska Nowego [...] celem przeprowadzenia poszukiwania za żydami. We wsi Brzesko Nowe zastaliśmy 6 osób. Przy ładowaniu zatrzymanych na podwodę widziałem, jak wkładali pieniądze do rąk Grüna Herschla, który następnie wepchnął mi do ręki kwotę 2000 zł, prosząc nas, byśmy ich zwolnili. Ja pieniądze zachowałem [...]. W czasie jazdy Żydzi nalegali na nas, by ich zwolnić. Jednak ich doprowadziliśmy do posterunku"482. Zeznanie złożone przez Jerzego T. stanowiło część dokumentacji dochodzenia prowadzonego przez Policję Polską w grudniu 1942 r., dotyczącego łapówki wręczonej w czasie wysiedlenia Żydów.

Chociaż oficjalnie Żydów z gmin Wawrzeńczyce i Gruszów wywieziono już 8 listopada, intensywne wyłapywanie uciekinierów trwało jeszcze przez kilka następnych dni. Przypuszczalnie ostatni duży transport 70 osób z Nowego Brzeska został odesłany na posterunek żandarmerii w Miechowie 13 listopada 1942 r.483

Aby dopełnić obraz sytuacji Żydów z Wawrzeńczyc, przytoczę kilka cytatów z relacji osób, które przeżyły okupację. Warto bowiem pokazać ich położenie w pełniejszy sposób. W powojennych relacjach ocalałych Żydów można znaleźć opisy różnych postaw i zachowań polskich sąsiadów.

Hersz Frister tak wspominał moment przed wysiedleniem: "Żona przyjechała do mnie w piątek (6 listopada 1942 [r.]), a w sobotę rozeszła się wieść, że nazajutrz ma być akcja. Policja [Polska - D.S.] dostała już rozkaz, by obstawić Wisłę, pozbierać łodzie i skonsygnować całą policję. Policję udało nam się przekupić. Więc powiedziała nam o tym, ale myśleli, że to w celu rekwizycji zboża. W każdym razie radzili nam, żebyśmy się ukryli [...]. Wieczorem 8 listopada byłem u siostry, kiedy chłop jeden zapukał i radził siostrze uciekać, bo ma być w nocy akcja. Siostra była przerażona, ale nie chciała już więcej uciekać, mówiąc, że już raz była straszona i okazało się [to] nieprawdą. Rano przybiegła pewna gospodyni do nas i powiedziała, byśmy uciekali, że siostrę ze szwagrem i dzieckiem wzięto o godz. 2-giej w nocy"484. Część osób starała się zawczasu znaleźć bezpieczne schronienie, w wielu wypadkach bezskutecznie. Bronisława Szechter z Nowego Brzeska relacjonowała: "Mieliśmy dużo znajomych chłopów w okolicy, z którymi ojciec handlował przed wojną. Liczyliśmy na ich pomoc w czasie akcji. Okazało się potem, że ta pomoc zawiodła"485. Jeśli chodzi o postawę polskich mieszkańców Wawrzeńczyc wobec akcji wysiedlenia Żydów, to reakcje były bardzo różne. Zdarzały się przykłady ostrzegania i pomocy w ukryciu, ale bywało też tak, jak we wspomnieniach cytowanego wcześniej Hersza Fristera: "[po ucieczce z domu] przechodziliśmy koło znajomego strażnika, z daleka jeden chłop orał w polu. Kiedy nas zobaczył, zaczął wołać na strażnika, by nas złapał, bo Żydzi uciekają. Strażnik udawał, że nie słyszy i nieznacznie mówił nam, uciekajcie, uciekajcie"486.

Ukrywanie się

Ukrywanie się Żydów na wsi po wysiedleniu to kolejny temat, który z oczywistych względów nie był poruszany w aktach gminnych. Bardzo trudno ustalić, ilu ludziom udało się schować podczas akcji 8 listopada 1942 r. Wśród siedemdziesięciu osób wysłanych 13 listopada transportem do Miechowa byli zapewne zarówno Żydzi pozostawieni do segregowania majątku należącego do wysiedlonych wcześniej, jak i osoby ujęte po 8 listopada.

Regionalny historyk amator Józef Guzik wymienia dziesięć ofiar żydowskich, rozstrzelanych przez policję granatową na terenie gminy Wawrzeńczyce w 1943 i 1944 r. Wszyscy oni ukrywali się u miejscowych chłopów. W swojej publikacji poświęconej powiatowi miechowskiemu w latach okupacji Guzik wspomina małżeństwo Szydłowskich z Rudna Dolnego, prawdopodobnie pochodzenia żydowskiego, które aż do 1943 r. uchodziło za aryjskie i które po tym okresie zostało wywiezione do obozu koncentracyjnego487. We wszystkich opisanych przypadkach egzekucji dokonanych przez policję granatową ciała ofiar były grzebane na miejscu kaźni, a więc na podwórzu lub na polu. Stosunkowo najwięcej wiadomo o śmierci małżeństwa Mariana i Reginy Rozmarynów. Pod koniec lat osiemdziesiątych Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczęła trwające kilka lat postępowanie, które miało na celu wyjaśnienie okoliczności ich śmierci488.

Marian Rozmaryn był inżynierem, razem z żoną Reginą mieszkał przed wojną w Krakowie, gdzie prowadził przedsiębiorstwo zajmujące się produkcją zgrzebeł. Utrzymywali kontakty towarzyskie z rodziną Wojnarowiczów, którzy byli właścicielami dużego gospodarstwa rolnego w Wawrzeńczycach, i u nich właśnie zamieszkali po opuszczeniu miasta. 10 września 1941 r. Zarząd Gminy poinformował Urząd Skarbowy w Miechowie o tym, że Zygmunt Wojnarowicz wynajmował Żydom dwa pomieszczenia w swoim domu489. Według wspomnianej wcześniej listy Żydów sporządzonej przez gminę 10 października 1941 r., czteroosobowa rodzina Rozmarynów mieszkała już w tym czasie w Wawrzeńczycach. Kiedy pojawiły się plotki o nadchodzącym wysiedleniu, Marian i Regina Rozmarynowie udali, że wyprowadzają się do Krakowa, a w rzeczywistości pozostali na wsi u swoich dotychczasowych gospodarzy. Ich syn i synowa, Mieczysław i Edyta Rozmarynowie, ukrywali się w innym, nieznanym miejscu.

Wojnarowiczowie przez krótki okres przechowywali także dziewczynkę imieniem Gerta, która w 1943 r. została przekazana do pani Hanasiewicz, mieszkającej w Krakowie siostry Zygmunta Wojnarowicza. Dziewczynka przeżyła tam wojnę. Wojnarowiczowie udzielili ponadto schronienia rodzinie Kiclingerów490, którzy przypuszczalnie uciekli z transportu do obozu na przełomie 1942 i 1943 r. Kiclingerowie na własną prośbę zostali odwiezieni przez Zygmunta Wojnarowicza do Krakowa. Przeżyli okres okupacji, po wojnie mieszkali w Austrii i nawiązali kontakt z Elżbietą Wojnarowicz491. W 1943 r. u rodziny Wojnarowiczów mieszkała jeszcze dwunastoletnia dziewczynka Felicja Seifert. Wśród dzieci sąsiadów uchodziła za daleką krewną gospodarzy i w związku z tym nie ukrywano specjalnie jej obecności.

Marian i Regina Rozmarynowie mieszkali w skrytce przygotowanej nad stajnią. W czerwcu 1943 r. policjanci z Nowego Brzeska: Mieczysław Piątkowski, Alfred Nega i Stanisław Krzemieński, przeprowadzili u Wojnarowiczów rewizję w poszukiwaniu ukrywających się Żydów. Znalezionych Rozmarynów rozstrzelano na miejscu i pochowano na podwórzu domu.

Felicji Seifert, przebywającej w tym samym gospodarstwie, udało się uciec i ukryć w zaroślach. Zygmunt Wojnarowicz został zabrany na posterunek w Nowym Brzesku, skąd jednak wypuszczono go dzięki wysokiej łapówce. Jego żona Elżbieta Wojnarowiczowa przekazała Felicję Seifert do Krakowa w ręce Zofii Myczkowskiej. Dzięki pomocy wielu osób dziewczynce udało się na aryjskich papierach przeżyć okupację492. Zygmunt Wojnarowicz został aresztowany przez gestapo 8 lipca 1943 r. W pamięci świadków egzekucja Rozmarynów zbiegła się w czasie z aresztowaniem Wojnarowicza. W rzeczywistości jednak te dwa wydarzenia dzieliły dwa tygodnie. Według zeznań niektórych świadków, bezpośrednim powodem jego aresztowania było znalezienie w czasie rewizji na terenie gospodarstwa aparatu radiowego i rewolweru. Część zeznających świadków była przekonana, że Rozmarynowie zginęli w wyniku donosu, ale w śledztwie prowadzonym po latach nikt nie wskazał konkretnego nazwiska donosiciela493. Zygmunt Wojnarowicz 17 września 1943 r. został przewieziony z krakowskiego więzienia Montelupich do obozu koncentracyjnego w Auschwitz494, skąd wysłano go do KL Buchenwald, gdzie zmarł495. Elżbiecie i Zygmuntowi Wojnarowiczom przyznano pośmiertnie w 1999 r. tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata496.

Niewiele wiadomo o okolicznościach śmierci pozostałych Żydów, którzy ukrywali się w Wawrzeńczycach już po wysiedleniu. Natomiast z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że z wyjątkiem Zygmunta Wojnarowicza żaden Polak w gminie Wawrzeńczyce nie został zabity przez Niemców za pomoc udzieloną Żydom497.

Relacje Żydów, którzy przeżyli Zagładę, ukrywając się w Wawrzeńczycach, pokazują, jak różnymi motywami kierowali się dający im schronienie Polacy. Szlomo Czosnek (syn Ksyla Czosnka), urodzony w 1937 r., był kilkuletnim dzieckiem w chwili wysiedlenia Żydów z Wawrzeńczyc. Wspominał po wojnie: "Byliśmy ukryci u jednej rodziny polskiej w Wawrzeńczycach. Raz w nocy zapukał do nas sołtys i kazał nam uciekać, bo Niemcy już dowiedzieli się o naszym schronieniu. Uciekliśmy do sąsiedniego domu i ukryliśmy się w stodole przez 3 dni i 3 noce, dopóki nie skończyła się akcja. Stamtąd poszliśmy do jednego wieśniaka Marcinkowskiego, u którego byliśmy pół roku. Przyjął nas za grube pieniądze, ale było nam tam dobrze. [...] poszliśmy do innego, u którego ukrywaliśmy się przez miesiąc. Wziął od nas bardzo dużo pieniędzy i nie dawał nam jeść. Byliśmy stale głodni. Chleb nam dawał z plew, który się rozlatywał. [...] Chciał zagarnąć nasz majątek. Jak tylko się ściemniło, wyszliśmy chyłkiem z szopy i uciekaliśmy polami. Stamtąd do innego gospodarza, u którego byliśmy do końca wojny. Gospodarz był dla nas bardzo dobry. Wcale mu nie chodziło o zysk, ale trzymał nas z ludzkości"498.

Z grupy Żydów mieszkających w czasie okupacji w Wawrzeńczycach niewielkiej części udało się przetrwać. Wśród nich byli Szlomo (Bernard, Berek) Czosnek i jego matka Sala, mieszkańcy wsi od czasów przedwojennych. Przeżyła rodzina Arżewskich, którzy jesienią 1942 r. wrócili do Krakowa, gdzie ukrywał ich do końca wojny niemiecki urzędnik pocztowy Maks Negler499. Między innymi dzięki pomocy udzielonej przez Elżbietę i Zygmunta Wojnarowiczów okupację przetrwała Felicja Seifert, Gerta o nieznanym nazwisku i przynajmniej dwie osoby z rodziny Kiclingerów. Hersz Frister przez dwa tygodnie listopada 1942 r. ukrywał się u Teofila Puchalskiego w Wawrzeńczycach, a później zmieniał miejsca pobytu, przemieszczając się między Mnikowem, Krakowem i Makowem. Róży Reibscheid i jej mężowi pomógł ks. Wojciech Bartosik, który umieścił ich u znajomych ziemian Bukowskich500. W gminie Wawrzeńczyce już po wysiedleniu mieszkała razem z ojcem, ciotką i bratem Anna Makler, pochodząca z sąsiedniej wsi Igołomia. O Jakubie Fenerze wiadomo tylko, że przeżył wojnę501. Bronisława Szechter mieszkała przed wysiedleniem w Nowym Brzesku, później przez pewien czas przebywała w Wawrzeńczycach u brata uchodzącego za Aryjczyka. Resztę wojny przeżyła w Niemczech, gdzie pojechała na roboty przymusowe w zastępstwie znajomej chłopki z Kazimierzy Wielkiej502.

Majątek żydowski

Chociaż kwestia deportacji Żydów z Wawrzeńczyc została pominięta w aktach gminnych, w okresie po wysiedleniu w dokumentach wielokrotnie powraca sprawa należących do nich nieruchomości. Prywatną własnością Żydów zaczęto rozporządzać wiele miesięcy przed deportacjami. Rada gminy Gruszów dość swobodnie gospodarowała domami osób mieszkających na tym terenie, zmuszając Żydów do przeprowadzek503.

Żydowskie nieruchomości w dniach deportacji stanowiły łakomy kąsek dla mieszkańców wsi. Jedna z chętnych była na tyle natarczywa, że Zarząd Gminy Wawrzeńczyce czuł się w obowiązku upominać osoby, które mając już dom lub mieszkanie, występowały o przydzielenie im domu żydowskiego504. Od 28 listopada 1942 r. urzędnicy gminni przestali zajmować się wynajmowaniem żydowskich nieruchomości, gdyż funkcję administratora tych domów i działek w pełni przejął powiernik. Gubernator dystryktu krakowskiego mianował Mieczysława Fitzkego powiernikiem obwodowym z siedzibą w Miechowie. Zgodnie z wydanymi w tym samym dniu zarządzeniami gmina miała obowiązek przekazać mu zebrany czynsz i od tego momentu inkasowaniem opłat zajmował się sam powiernik. Przejmowanie mieszkania lub sklepu następowało na podstawie umowy najmu pomiędzy lokatorem a powiernikiem505. W samej gminie Wawrzeńczyce było niewiele nieruchomości do zagospodarowania. Żydowscy mieszkańcy wsi pozostawili po sobie zaledwie trzy domy. Według pisma z 10 grudnia 1942 r., nieruchomości te zostały wynajęte nowym lokatorom już 5 sierpnia tego roku, a więc w czasie, kiedy ich właściciele wciąż mieszkali w Wawrzeńczycach506.

Z wywiezienia ludności żydowskiej w szczególny sposób skorzystali dłużnicy Żydów. W aktach zachowała się informacja dotycząca prośby o wykreślenie wpisów hipotecznych. Prośba ta pojawiła się dość szybko po deportacji Żydów, bo już 7 grudnia 1942 r. Zarząd Gminy wydał zaświadczenie następującej treści: "Zarząd Gminy Wawrzeńczyce niniejszym zaświadcza, że zamieszkały ostatnio w Wawrzeńczycach tut[ejszej] gminy Dawid Herszlewicz, w gromadzie Wawrzeńczyce gminy tutejszej obecnie nie zamieszkuje i adres jego ani też miejsce pobytu nie jest znane. Zaświadczenie niniejsze wydaje się p. Adwokatowi [...] w sprawie mocodawcy Pawła B[...] przeciwko Dawidowi Herszlewiczowi o wykreślenie wpisów hipotecznych, a to stosownie do pisma Adwokata Włodzimierza B[...] w Krakowie"507. Dokumenty pochodzące z innych obszarów Generalnego Gubernatorstwa wskazują, że takie wykreślanie wpisów hipotecznych było powszechnym zjawiskiem508.

Kolejną grupą usiłującą wzbogacić się na nieszczęściu współobywateli byli szabrownicy. Wprawdzie władze okupacyjne miały własne plany zagospodarowania pozostawionego przez Żydów majątku, ale bywało, że miejscowa ludność okazywała się szybsza w rozgrabianiu dóbr uważanych przez niektórych za bezpańskie. Dla potwierdzenia tych informacji można przywołać przypadek z Nowego Brzeska, gdzie jeden z mieszkańców wsi w grudniu 1942 r. obrabował i przy okazji zdemolował jeden z budynków żydowskich509.

Podsumowanie

Informacje zaczerpnięte z akt gminnych z całą pewnością można uznać za wartościowe uzupełnienie wiedzy o sytuacji Żydów mieszkających na wsi w okupowanej Polsce. Dalsze kwerendy pomogą wykazać, czy w innych częściach kraju dokumenty gminne zachowały się w lepszym stanie niż te w gminach powiatu miechowskiego i krakowskiego. Wstępna kwerenda akt tarnowskiego oddziału Archiwum Państwowego w Krakowie pokazała jednak, że dokumenty gminne z tamtego obszaru zachowały się do dziś w niewielkim stopniu.

W odniesieniu do samych Wawrzeńczyc wartość akt gminnych jako źródła do badań nad zagładą Żydów wynika w dużej mierze z niedostatku innych źródeł. Niemniej zawarte w nich materiały dotyczące ludności żydowskiej są zaskakująco nieliczne i z całą pewnością nie wyczerpują tematu, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że na tym terenie mieszkało niewielu Żydów. Zdecydowana większość materiałów dotyczy okresu przed deportacjami. O samym wysiedleniu, obławach, o nieudanych próbach ukrywania się na wsi od listopada 1942 r. z akt gminy Wawrzeńczyce nie dowiemy się niczego. Zespół akt gminnych jest natomiast cennym źródłem wiedzy o nieruchomościach pozostałych po wysiedlonych. Dalsze wiadomości na temat tych domów oraz mieszkających w nich dzierżawców można odnaleźć między innymi w zespole powojennych akt Urzędu Wojewódzkiego w Krakowie510.

Akta Policji Polskiej z Nowego Brzeska działającej na terenie Wawrzeńczyc uzupełniają informacje o okresie okupacji w tej gminie, a zarazem dają pewne pojęcie o działalności sąsiedniej gminy Gruszów. Zachowała się między innymi korespondencja dotycząca polityki mieszkaniowej prowadzonej przez wójta. Niestety, akta tej gminy dotrwały do czasów dzisiejszych tylko w formie szczątkowej511.

Kolejna kwestia, na którą warto zwrócić uwagę, to język urzędowy. Nawet pracownicy najniższego szczebla administracji okupacyjnej unikali nazywania rzeczy po imieniu. Według słownictwa używanego w aktach gminnych, Żydzi nie zostali zabici ani nawet wywiezieni, lecz "już nie mieszkali na terenie gminy". Z akt nie wynika, czy używanie takich sformułowań wynikało z odgórnych instrukcji. Między innymi z powodu ciasnych ram urzędowego języka trudno jednoznacznie określić nastawienie władz gminnych do lokalnej społeczności żydowskiej. Z całą pewnością administracja najniższego szczebla była ogniwem nazistowskiego planu zagłady Żydów. Udział ten nie był tak oczywisty jak w przypadku granatowych policjantów z Nowego Brzeska, którzy niejednokrotnie osobiście dokonywali egzekucji512. Urzędnicy gminni nie podejmowali decyzji o życiu lub śmierci. Niemniej bez szczegółowych spisów ludności, zestawień dokumentów metrykalnych oraz wszelkich innych informacji dostarczanych przez wójtów deportacja i wymordowanie ludności żydowskiej byłyby o wiele trudniejsze. Urzędnicy gminni oczywiście nie mogli przewidzieć, w jaki sposób okupant wykorzysta przekazywane materiały, stali się jednak nieświadomie jednym z narzędzi Zagłady.

DAGMARA SWAŁTEKŻycie i zagłada Żydów z Wawrzeńczyc w świetle akt gminnych

Pochodzące z okresu okupacji akta gmin wiejskich leżących w pobliżu Krakowa zachowały się do dzisiejszych czasów w niewielkich fragmentach. Dokumenty były niszczone już w czasie wojny, zarówno przez partyzantów, którzy usiłowali w ten sposób utrudnić funkcjonowanie okupacyjnej administracji, jak i przez żołnierzy niemieckich stacjonujących na terenie wsi. Wójt gminy Wawrzeńczyce w piśmie do starosty powiatowego w Miechowie444 tak tłumaczył się z braków w dokumentacji: "W budynku gminnym przez kilka dni we wrześniu, październiku i listopadzie ub. r. były wypadki nocowania przejeżdżających żołnierzy, którzy palili sobie w piecu dla ogrzania się papierami pobranemi z szaf gminnych"445. Prawdziwe spustoszenie w aktach dokonało się w styczniu 1945 r. w wyniku przemarszu Armii Czerwonej i działań frontowych. Część dokumentów gminnych prawdopodobnie została zniszczona przez urzędników, którzy mogli obawiać się oceny swoich działań z okresu okupacji niemieckiej przez nowe władze.

Jedynym wyjątkiem wśród zespołów akt gminnych z rejonu krakowskiego są okupacyjne dokumenty gminy Wawrzeńczyce, które w dużej części zachowały się do dzisiejszych czasów. Tylko niewielkie fragmenty zespołu, w tym dokumenty metrykalne, nie są obecnie udostępniane badaczom. Temat żydowskich mieszkańców gminy pojawiał się w aktach dotyczących spraw wyznaniowych, rejestrach mieszkańców i dokumentach kontroli ruchu ludności, a także przy okazji kwestii administracyjnych i podatkowych. Cenna z punktu widzenia badacza jest zachowana korespondencja między starostą powiatowym, wójtem (burmistrzem) i sołtysami.

Głównym zadaniem, jakie postawiłam sobie, rozpoczynając badania akt gminnych, była próba odpowiedzi na pytanie, w jakim stopniu mogą one służyć za źródło do badań nad Zagładą. Próbowałam się dowiedzieć, jaki ślad w tych dokumentach pozostawiły doświadczenia Żydów, którzy w okresie okupacji mieszkali w Wawrzeńczycach. A także - czy i w jakiej mierze administracja gminna brała udział w niemieckich przygotowaniach do Zagłady oraz w jej realizacji. Na podstawie przedstawionego dalej materiału można podjąć próbę sformułowania bardziej generalnych wniosków.