Zarys historii Atlantydy - Kristian Aboner

Reflow text when sidebars are open.
Deszcz przestał padać na krótko przed wschodem słońca. Z olbrzymich kamiennych waz przelewała się jeszcze woda, kapiąc na marmurowe płyty i nawadniając zieloną trawę, jaka rosła swobodnie na niższych kondygnacjach budowli. W powietrzu unosił się oczyszczony z pyłu i kurzu zapach świeżości. Pierwsza różowa plamka na horyzoncie zwiastowała zbliżanie się nowego dnia.
Miasto otoczone murami było bezpiecznym schronieniem dla białej społeczności zamieszkującej rejony środkowej Afryki, ostatnią przystanią przed górami dla pielgrzymów i karawan podążających w trzech kierunkach: na zachód, południe i na wschód. Należało do kilku miast-państw wybudowanych na obszarze kilkuset tysięcy kilometrów kwadratowych, tworzących federację zjednoczonych księstw, powstałych w nowym świecie po potopie. Podobna architektura, identyczne rozmiary i wzorce zaczerpnięte z gwiezdnych konstelacji zdradzały wspólne źródło pochodzenia. Ptaki ukryte w konarach drzew zaczęły już śpiewać, a zwierzęta w zagrodach podsuwały pyski do koryt.
Lud przybyły przed pięcioma tysiącami lat z północy podjął kolejną próbę osiedlenia się na żyznej ówcześnie ziemi, wznosząc z bloków i płyt kamiennych wspaniałe dziedzictwo dla przyszłych pokoleń. Żeglarze prehistorycznych mórz ocaleni z zagłady Atlantydy dotarli aż do równika, pragnąc uciec przed przekleństwem wyrażonym w nadmiernej obfitości wody. Ich okręty osiadły na lądzie. Jednak potomkowie zapomnianej rasy żyjący w metropoliach Czarnego Kontynentu mieli doświadczyć jej braku i stawić czoło żarowi z nieba.
Wraz ze zmianą klimatu na obydwu półkulach doszło do zaburzeń w sferze przyrody i strukturach ziemi. Zjawisko suszy i powiększania się obszaru pustyni, pękania powierzchni oraz wysychania rzek przeraziło ludzi. Niegdyś bogate w oazy obszary stawały się obumarłe. Stada roślinożerców przenosiły się do bardziej żyznych równin, szukając warunków umożliwiających rozwój. Nocny deszcz wzbudził w mieszkańcach zadowolenie i przyniósł nadzieję na przyszłość. Wróżbici odczytali to jako znak, a każdy, kto tylko mógł, wychodził na zewnątrz, by nabrać jak najwięcej wody. Radość z powodu opadów widoczna była na każdym kroku.
W jednym z pokoi pałacu paliła się lampa. Zajmujący pomieszczenie biały mężczyzna należący do rasy kaukaskiej nie spał przez całą noc. Nie mógł zmrużyć oka. Wysłannicy odległego księstwa, powołujący się na wspólne korzenie, przynieśli wieści o pozostałych skupiskach potomków Atlantydów, jednocześnie przyrzekając zachować pokój. Dziś mieli opuścić miasto. Wśród przybyszów była kapłanka ze starodawnego rodu. Pochodziła z krainy wodospadów, z dalekiego południa.
Miała na imię Efiryda. Ujmująca uroda, wynikająca z wymieszania najlepszych pierwiastków białej i czarnej rasy, dała jej pierwszeństwo wśród kobiet żyjących w tej części świata. Rysy twarzy były delikatne. Czarne i gęste brwi odcinały się od jaśniejszej skóry, a niebieskie oczy odziedziczone po ojcu były niespokojne jak wody oceanu. Potrafiła podbijać serca mężczyzn i ścinać im głowy. Jej atletycznie zbudowane ciało miało jednocześnie smukłość i doskonałość proporcji. Była królową jednego z księstw leżących za górami, oddzielającymi tropikalne obszary od pustyni.
Ramonhotep od pierwszych chwil znajomości nie krył zdumienia nad jej niespotykanym wyglądem. Oczarowała go podobnie jak innych, lecz on jako jedyny wiedział, że znalazł uznanie w jej oczach. Podarowała mu bransoletkę z wygrawerowanym lwem. Była kobietą stanowczą, silną i odważną, a jej głos zdradzał mocny charakter. Kilka tygodni spędzonych w jej obecności zaowocowało pojawieniem się uczucia, jakie pozwalało wznieść się do nieba. Zakochał się w niej bez przytomności. Jego wrażliwa natura kochała piękno i tajemniczość, ona zaś łączyła obie te cechy. Walka ze wspólnym wrogiem, coraz liczniejszym i śmielszym, oraz dostęp do źródeł wody zbliżyły ich do siebie. Wspólne narady i realna ocena pozwoliły odrzucić różnice dzielące obie nacje. Pokochał przyćmione słońce południa.
Pragnąc pogodzić się z myślą o rozstaniu, poszedł w stronę świątyni. Doszedł do kolumn i wtedy usłyszał swoje imię. Wołała go z niszy skrytej jeszcze w mroku. Położyła mu palec na ustach i nakazała iść za sobą. Poddał się jej woli.
Minęli plac, na którym w wyznaczonych przez kalendarz dniach składano ofiary z kwiatów i owoców Najwyższej Istocie. Szedł szybko, nie odwracając się za siebie. Wyszli z miasta przez małą bramę, obsadzoną przez żołnierzy opłacanych ze skarbu świątyni. Strażnicy wyrazili zdziwienie, ale musieli ulec kaprysowi faraona. Oboje doszli do wzgórza i wspięli się na nie, przeskakując ostre kamienie. Doszli do szczytu i tam zaczęli obserwować narodziny nowego dnia.
Jej czarne włosy lekko falowały za sprawą ciepłego wiatru, jaki przybył ze wschodu. Nagie ramiona odcinały się nieznacznie od czarnej tuniki.
Skryte w dolinie miasto budziło się ze snu, a pochodnie i kryształy przetrzymujące światło i ciepło wygasały w ciszy. W końcu nie mógł zapanować nad sobą i chwyciwszy ją w ramiona, rzekł:
- Odchodzisz, pani?
- Miałeś nic nie mówić.
- Na zawsze znikasz, tak?
- Tego nikt nie wie. Nawet ja.
Westchnęła i zaraz dopowiedziała:
- Robimy przecież to, czego chcą bogowie.
Wyczuwała w jego głosie zawód, świadomość niemożliwości pokonania pewnych barier tworzących rzeczywistość. Zapadło milczenie właściwe pożegnaniom. Odezwał się ponownie:
- Dziś w nocy spadł obfity deszcz. Zjawisko rzadko już spotykane w naszych stronach. Gdyby nie studnia, pochłonęłaby nas pustynia.
- Jakby niebo płakało...
Czerwone usta kobiety ułożyły się do uśmiechu, lecz ostatecznie wyszedł grymas. Stojący obok mężczyzna powiedział niemal szeptem:
- Kocham cię, wiesz przecież.
- Nie ty jeden.
- Miłość pragnie jedynie wzajemności. Tylko tego chcę.
- Szybko, panie, o mnie zapomnisz, a na moje miejsce znajdzie się kilka innych, młodszych kobiet. Jako faraon powinieneś brać to pod uwagę.
- Nigdy do tego nie dojdzie. - Powiedział to z taką pasją, że oboje zaczęli się śmiać.
- Żyjemy w bardzo niespokojnych czasach i naszym obowiązkiem jest utrzymać płomień cywilizacji. Spoczywa na tobie obowiązek opieki nad poddanymi. Wyrzeźbij posąg z moim wizerunkiem, a ja, gdybym odeszła... ożywię pustą materię i stanie się cud. Będę przy twoim boku. - Mulatka zaczęła się śmiać i zaklinać o realności tego, co powiedziała. Drocząc się z nim, chwyciła go za rękę.
Zaczęli iść w stronę równiny.
Wtedy spytała o resztki ruin oddalonych o pół godziny drogi od miasta. Wskazała na opuszczone siedziby, on zaś wyjaśnił:
- To resztki osiedla zbudowanego przez naszych przodków przed czterema tysiącami lat, kiedy w epoce zodiakalnej Lwa opady deszczu zmusiły ich do opuszczenia zajmowanych terenów nad brzegami jakiejś rzeki, której nazwy nie pamiętam. Kiedyś, około trzystu lat temu płynął jeszcze tędy strumień, nawadniając swoimi wodami cały obszar. Właściwie nie było pustyni. Niegdyś mnóstwo ogrodów otaczało naszą metropolię, a ilość niezwykłych okazów zwierząt była wprost niewyobrażalna. Nasi ojcowie myśleli, że tu, wewnątrz Czarnego Lądu, w strefie równika i z dala od oceanów odnajdą nową ojczyznę, spokojny zakątek. Pierwsi mieszkańcy byli szczęśliwi. Potem, jak donoszą kroniki, gdzieś na północy wydarzył się jakiś kolejny kataklizm, przynoszący zmianę w środowisku. Tutaj dotarło jedynie dalekie echo... Czego? Nie wiem. Wiadomo natomiast, że rzeka stawała się coraz bardziej płytka, poziom wody raptownie opadł, prąd wygasł. Pustynia dzień po dniu zasypywała rozlewiska, wodospad zasilający zbiorniki miasta przestał dochodzić do nas, zmienił kierunek, koryto wyschło. Kaprysy natury są niezrozumiałe. Ludzie zaczęli walczyć z plagami much i owadów, które niszczyły zasiewy. Dzikie zwierzęta wymarły albo opuściły obszary zagrożone suszą. Odeszli także giganci. Wówczas nasi inżynierowie zaczęli drążyć tunel w ziemi. Piach zakrył ten kanał kilkadziesiąt lat temu i zasypał wiele osiedli wybudowanych wzdłuż rzeki. Obecnie czerpiemy wodę z bardzo głębokich studni, wydrążonych w skałach i wciąż pogłębianych przez kolejne pokolenia. To wręcz kopalnie. Labirynty pod miastem z tysiącami przejść i podziemnych sal, z których zwiedziłem jedynie małą część, są niezbadane. Nie wyciągamy z nich diamentów i złota, jak u was, ale życiodajną wodę. Wszystkie rośliny i kwiaty rosnące na powierzchni żyją dzięki niej. Wybudowane kanały wodne funkcjonują dzięki pompom wydobywającym o każdej porze dnia i nocy odpowiednią ilość wody. W najgłębszych poziomach jest niebezpiecznie, zimno, bardzo mroczno. I niestety poziom wody wciąż się obniża. Mówi się, że w przyszłości całe nasze miasto zapadnie się pod ziemię. W opuszczonych siedzibach nikt nie mieszka, z wyjątkiem żuków i węży.
Skończył wyjaśniać, a stojąca obok niego królowa zapragnęła zobaczyć pozostałości pierwszych osadników. Obszar ten wydawał mu się zawsze ponury.
- To raczej przygnębiający widok, choć czasem tam przychodzę. Łączy mnie z tym miejscem wspomnienie z młodości.
Nie dała się nakłonić do zrezygnowania ze zwiedzenia opuszczonych i zasypanych przez piach domostw.
- Chodźmy, póki słońce jest naszym sprzymierzeńcem - rzekła pogodnie. Jej twarz była piękna, a głos stanowczy.
Weszli na kamienną drogę zasłoniętą przez wydmy.
- Czy eksploatujecie ten obszar?
- Teraz już nie - odpowiedział ze smutkiem i zaraz dodał:
- Drążąc w ziemi w poszukiwaniu nowych ujęć wody, zauważyliśmy zjawisko zapadania się całych połaci ziemi. Niestabilne podłoże doprowadziło do zawalenia się świątyni oczyszczenia.
Idąc, rozmawiali w ten właśnie sposób. Ona pytała, on odpowiadał. Oddalali się coraz bardziej od zielonej oazy otaczającej miasto. Było to pustkowie osaczone ze wszystkich stron martwotą. Nigdzie nie było żywego ducha. Raz tylko minęli ich żołnierze, powracający z nocnego patrolu. Ruiny pojedynczych, opuszczonych domów potwierdzały, że przed paroma wiekami droga, po której stąpali, tętniła życiem. Wyniesione z pomieszczeń sprzęty powszechnego użytku były naznaczone czasem. Rozsypywały się w proch, niszczały, podobnie jak obeliski ozdobione niegdyś girlandami kwiatów. Były przygnębiającym świadectwem czasów, jakie nastały w tej części świata.
Niebawem ujrzeli osadzony na piasku olbrzymi, trzykondygnacyjny okręt, zdolny pokonywać sztormy i burze na otwartym morzu. Wysuszone deski i wryty w ląd dziób stanowiły dowód na potęgę natury, przynosząc jednocześnie przesłanie o kataklizmie klimatycznym, zdolnym przemienić morze wody w ocean piasku. Odważyli się wejść przez rufę, omijając koło sterowe i śruby. Weszli na górny pokład i trzymając się relingu, przyglądali się krajobrazowi.
- I pomyśleć, że kiedyś było tutaj jezioro, a statek cumował na redzie, w spokojnej przystani.
Mulatka zauważyła zawieszony na jego szyi przedmiot przypominający słońce i nie mogąc powstrzymać ciekawości, dotknęła go ręką. Nie odtrącił jej dłoni i pozwolił przyjrzeć się dokładnie ozdobie. Spytała niezwykle uprzejmie:
- To talizman?
- W pewnym sensie.
- Nie rozumiem, panie. Mówisz zagadkami.
Słońce uniosło się nad horyzontem, zalewając całą przestrzeń czerwienią.
- Co w nim jest? - Jej głos był szorstki.
- To pamiątka.
- Po kim?
Teraz wyczuł ukryte zniecierpliwienie. W jednej chwili została zdjęta z najwyższego piedestału uwielbienia.
- Nie domyślisz się, pani.
- Po kobiecie, która przewyższa mnie urodą?
Zawahał się dać jednoznaczną odpowiedź.
- Chcę wiedzieć, faraonie!
Ramonhotep zdał sobie sprawę, że ma nad nią chwilową przewagę. Tortura niewiedzy była dla niej ciężką próbą. Westchnął i wrócił myślą do minionych czasów. W końcu wyjawił sekret.
Zaczął opowiadać, że mając piętnaście lat, był chłopcem ciekawym świata i na tyle nierozważnym, że lekceważył przestrogi kierowane do niego przez opiekunów i nauczycieli. Nasłuchawszy się na dworze opowieści o wyschniętym wodospadzie i klątwie bogów, postanowił na własne oczy zobaczyć wyschnięte brzegi górnej rzeki.
Pewnego popołudnia oddalił się zbyt daleko od koryta rzeki i w konsekwencji stracił orientację. Zabłądził na morzu piasku. Wpadł w panikę i wybrał zły kierunek marszu, oddalający go od miasta. Strach o mały włos nie odebrał mu życia. Otaczały go skały i doliny. Palące słońce wyciskało z niego krople życia, odwadniając organizm, a ziarenka piasku wznoszone przez wiatr wdzierały się do ust.
- Nigdy więcej nie zapoluję na gazele ani nie przekroczę tej umarłej, przeklętej rzeki - powiedział do zachodzącego słońca i zdał sobie sprawę, że śmierć jest o wiele bliższa, niż sądził. W zapadających ciemnościach dostrzegł ślepia pustynnego drapieżnika. Jakimś cudem zdołał uciec. O świcie zabił węża, zjadł na surowo i to pozwoliło odzyskać nieco sił na dalszą wędrówkę w nieznane. Walczył o życie, podążał nie wiadomo dokąd, a skaliste usypiska raniły ciało, ilekroć się potykał. W końcu wykopał jamę i w niej przeczekał najgorętsze godziny dnia. Szaleńcza chęć powrotu do bliskich dodawała energii na pokonanie trudów. Piekielne pragnienie trawiące jego usta uparcie zatruwało świadomość. Fatamorgana zwiodła go nieraz. Kilkakrotnie widział na horyzoncie oazy, miasta i jeziora, stada galopujących antylop. Pod koniec drugiego dnia znalazł w jaskini porzucony szkielet ludzki. Przespał kilka godzin, potem ruszył ku wschodowi. Gwiazdy patrzyły na samotnego, zagubionego wędrowca.
O brzasku słońca obudził się przy wodnym zbiorniku. Stracił poczucie rzeczywistości. Wzgórza, do jakich dotarł, rzucały potężny cień, a obecny w skalnych zakamarkach chłód dodał mu nadziei. Nieśmiało zaczął odszukiwać w sobie możliwość przetrwania. Postanowił odnaleźć drogę powrotną, patrząc na nocne niebo. Wszedł na szczyt. Lecz wtedy dostał się w ręce nomadów, wyznawców Sina, których okrutne obyczaje zdradzały dziką naturę. Uczynili zeń niewolnika. Poniżali za biały kolor skóry, bili, aż wreszcie zesłali na dno kopalni. Przez wiele miesięcy nie widział słońca. Kiedy wyszedł na powierzchnię, uznano, że jest za słaby, by pracować dla społeczności wynaturzonych potomków Adama, i postanowiono uczynić zeń przynętę na polowaniu. Niewolników przeznaczonych na zagładę pędzono na przedzie. Ledwie żywego zabrano na zieloną sawannę i tam oczekiwano na przybycie bestii. Oprawca ciągnący umęczonych ludzi był tak pewny siebie, że uwolnił ręce Ramonhotepowi. Kazał mu iść przodem przez wysoką trawę, siedząc na żyrafie. Liczna eskorta otaczała rozległy obszar półkolem. W powietrzu wyczuwał coś niepokojącego.
W którymś momencie Beduin dostrzegł młode lwy i lekceważąc reguły bezpieczeństwa, zszedł ze zwierzęcia. Zabił dla zabawy dwa lwiątka, lecz chłopiec zdołał wziąć na ręce pozostającego przy życiu małego lwa i zaczął uciekać. Pokonał sporą odległość. Gonił go demon oblany krwią zwierząt. Szyderczy śmiech podążał za nim jak cień. Przedarł się przez gęstwinę wysokiej trawy i usłyszał krzyki myśliwych. Stado lwów zaatakowało od tyłu. Łowcy stali się zwierzyną.
Zaskoczeni jeźdźcy zbili się w gromadę i zostali zepchnięci w grzęzawisko, a drapieżne koty obsiadły brzegi porośnięte trawą. Niektórzy potopili się w bagnie, inni wyszli na twardy grunt i tam ponieśli przerażającą śmierć. Prześladowca Ramonhotepa został pochwycony przez zwierzęta jako ostatni. Próbował przedrzeć się niepostrzeżenie przez zielone morze trawy. Zwierzęta odgryzły mu ręce i nogi, a okaleczony korpus zostawiły latającym ptakom. Lwica powaliła chłopca na ziemię, lecz zęby kotów nie tknęły młodzieńca. Ocalenie od śmierci uznał za cud. Odszedł ku skalistym wzgórzom.
Następnego dnia otoczyło go stado. Matka lwiątka ponownie powaliła go łapą i zaryczała. Został z nimi.
Dziwna to była zależność. Młody człowiek jadł resztki upolowanych zwierząt, paląc mięso nad ogniskiem. Pił wodę ze zbiorników wodnych. Spał wśród nich i bawił się z młodym potomstwem. Przemierzał z nimi bezkresy sawanny, przypatrywał się morderczym pyskom i wierzył, że jako człowiek stworzony na podobieństwo Boga może panować nad stworzeniami.
Pewnego dnia zupełnie nieoczekiwanie lwy odeszły w głąb stepu i równin. Chciał iść z nimi, lecz one odpędzały go rykiem, dając do zrozumienia, że dziwne przymierze wygasło. Dotarł wreszcie do obszarów zamieszkanych przez czarną nację. Murzyni przyjęli gościa z szacunkiem. Pomimo niskiego poziomu cywilizacyjnego byli bardziej szlachetni niż wyznawcy półksiężyca. Po dwóch latach przebywania wśród tej społeczności zdarzyło się, że złapano młodego lwa w pułapkę. Ramonhotep rozpoznał w nim potomka matki, której kilka młodych nabił na włócznię jeden z nomadów. Nakazał otworzyć zagrodę i wszedł bez broni do wnętrza. W porywie radości drapieżnik ryknął, poznając go. W oczach tubylców biały człowiek miał władzę nad dzikimi stworzeniami oraz nad duchem pustyni. Zamieszkali w jednej chacie. Człowiek obok zwierzęcia, zwierzę przy człowieku. Tresowany, a jednak wciąż dziki i niezależny kot okazywał przywiązanie w różny sposób. Polowali razem na gazele, kąpali się w oazie i mocowali w pozorowanych walkach. Więź przyjaźni przybliżała ich do siebie. Któregoś dnia wyruszyli przez szlak ku południowej strefie i po czterdziestu dniach dotarli do zasypanej rzeki. Stamtąd jak po nitce dotarli do miasta. Uznany za zmarłego Ramonhotep został powitany z niezwykłą serdecznością. Był najstarszym synem władcy państwa. Opowiedział dramatyczne chwile dwuletniej nieobecności i przedstawił na dworze towarzysza, który ocalił mu życie. Odyseja dobiegła końca.
Jednak po trzech latach przebywania wśród ludzi lew zaczął się dziwnie zachowywać. Jego pan gładził coraz bujniejszą grzywę i doszukiwał się przyczyny zmiany nastawienia zwierzęcia do przychylnych mu ludzi.
W ślepiach lwa tliła się jakby iskra tęsknoty.
Pewnego dnia o świcie kot obudził faraona i przeciągle zawył. Otarł się kilkakrotnie o człowieka i wybiegł z pałacu. Jego opiekun pobiegł za nim, a kiedy minęli ogrody otaczające miasto, drapieżnik skierował się ku pustyni. Opuszczone dzielnice pochłaniał piach i niszczył czas. Zwierzę jednak nie zamierzało się zatrzymywać. Na próżno wołał go władca, rozkazywał zawrócić, lecz nie dało to żadnego efektu.
- Odchodzisz? Dokąd? Co się stało?
Rzucone pytania nie miały mocy.
Raz tylko kocur przystanął. Lew odwrócił łeb i przez moment patrzył dzikimi oczami na biegnącego człowieka. Było to pożegnalne spojrzenie. Dotarli do granicy wyznaczonej przez los. Faraon przyłożył do oczu przedmiot z powiększającymi szkłami i na północnym zachodzie dostrzegł znikający punkt. Nigdy więcej go nie spotkał, choć stada lwów widywał prawie zawsze na każdym z polowań w głębi sawanny.
- I to cała historia. Uratował mi życie. Jedyna pamiątka, jaką po sobie zostawił, to pazur, który znalazłem w ogrodzie. Skrywa go medalik w kształcie słońca.
Efiryda z uwagą słuchała opowiadania.
Promienie słońca w subtelny sposób zmieniały barwę jej skóry na złoty. Niespodziewanie spytała:
- Oddasz mi go?
Spojrzał jej w oczy i nic nie powiedział. Mulatka wiedziała, że nie oddałby go za nic na świecie. Zaraz zeszli ostrożnie z wraku okrętu i doszli do niezbyt głębokiego rowu, zasypanego przez naniesione wiatrem ziarna, tworzące wymarłe doliny.
Rzekł nieco przygnębiony:
- Oto co zostało po rzece.
- I po świecie, który odszedł bezpowrotnie - dodała, patrząc na krajobraz.