Zapytaj Alice - Anonim

-
Proszę czekać

DZIENNIK NUMER JEDEN

16 września

Wczoraj - pamiętam - myślałam, że jestem najszczęśliwszą osobą na całej Ziemi, w całej galaktyce, we wszystkim, co Bóg stworzył. Czy to naprawdę było wczoraj, czy przed tysiącami lat świetlnych? Wydawało mi się, że trawa nigdy nie pachniała tak trawowo, że niebo nigdy nie było tak wysoko. Teraz wszystko zawaliło mi się na głowę. Chciałabym roztopić się w niiii-cośśś-ci wszechświata i przestać żyć. Och, dlaczego, dlaczego, dlaczego nie mogę? Co powiem Sharon i Debbie, i reszcie dziewczyn? Jak spojrzę im w oczy? W szkole na pewno już o tym mówią, wiem, że tak! Kupiłam sobie wczoraj notatnik, bo myślałam, że w końcu będę miała do powiedzenia coś naprawdę cudownego, wspaniałego i wartościowego, coś tak bardzo osobistego, że nie będę potrafiła podzielić się tym z nikim innym oprócz siebie. Dzisiaj i to stało się niczym, jak całe moje życie.

Słowo daję, że nie wiem, jak Roger mógł zrobić mi coś takiego. Mnie, która kocha go od zawsze i przez całe życie czekała na to spotkanie. Kiedy wczoraj umówił się ze mną, myślałam, że umrę ze szczęścia. Naprawdę! A teraz cały świat jest zimny, szary i nielitościwy, a w dodatku mama każe mi posprzątać pokój. Każe mi sprzątać akurat wtedy, gdy umieram! Czy nie wolno mi nawet przez chwilę cierpieć samotnie?

Dzienniczku, będziesz musiał poczekać do jutra, bo kroi się kolejny wykład na temat mojej postawy i niedojrzałości.

Pa.

17 września

W szkole było koszmarnie. Umierałam ze strachu, że Roger czai się za każdym zakrętem korytarza i jednocześnie bałam się, że mimo wszystko go nie zobaczę. Powtarzałam sobie: "Może coś mu nie wyszło i przyjdzie się wytłumaczyć". W porze lunchu musiałam powiedzieć dziewczynom, że nie przyszedł. Udawałam, że jest mi to obojętne, ale och, Dzienniczku, ty wiesz, jak jest naprawdę! Jak to możliwe, że mimo takiego wstydu, poniżenia i rozpaczy wciąż jestem w stanie działać, wciąż rozmawiam, uśmiecham się i zwracam na wszystko uwagę? Jak Roger mógł mi to zrobić? Ja nigdy nikogo nie zraniłabym naumyślnie. Nikogusieńko! Nie potrafiłabym zadawać innym fizycznych i emocjonalnych cierpień, więc dlaczego ludzie bez przerwy mnie ranią? Nawet rodzice traktują mnie tak, jakbym była głupia, gorsza od innych i niedojrzała. Chyba nigdy nie sprostam niczyim oczekiwaniom. A już z pewnością nie sprostam swoim.

19 września

Urodziny taty. Nic wielkiego.

20 września

Moje urodziny. Mam 15 lat. Nic.

25 września

Kochany Dzienniczku,

nie pisałam od tygodnia, bo nic interesującego się nie działo. Ci sami nudni nauczyciele uczą tych samych nudnych przedmiotów w tej samej nudnej szkole. Zdaje się, że nic mnie już nie bawi. Na początku myślałam, że w szkole średniej będzie fajnie, ale jest tylko nudno. Wszystko mnie nudzi. Może to dlatego, że dorastam i zaczynam być zblazowana? Julie Brown urządzała imprezę, ale nie poszłam. Przytyłam siedem wstrętnych, tłustych, obwisłych funtów i nic na mnie nie pasuje. Zaczynam wyglądać tak paskudnie, jak paskudnie się czuję.

30 września

Cudowna wiadomość, Dzienniczku! Przeprowadzamy się! Tatuś dostał propozycję objęcia posady dziekana Wydziału Nauk Politycznych w . Czyż to nie wspaniałe?! Może znów będzie tak jak wtedy, kiedy byłam mała. Może tata znów będzie każdego lata uczył w Europie, a my będziemy jeździli razem z nim tak jak kiedyś. Och, cóż to były za cudowne, cudowne czasy! Od dzisiaj zaczynam dietę. Zanim przeprowadzimy się do nowego domu, stuprocentowo będę inną osobą. Ani jeden kęs czekolady, ani jedna frytka nie przejdzie przez moje gardło, dopóki nie zrzucę dziesięciu okrągłych funtów przebrzydłego smalcu. I sprawię sobie zupełnie nowe ubrania. Kogo obchodzi Rozśmieszający Roger? W zaufaniu powiem ci, Dzienniczku, że mnie. Chyba nigdy nie przestanę go kochać i może zanim wyjedziemy - kiedy będę już chuda, gładka, jedwabista jak płatek róży i ubrana w ciuchy jak modelka - umówi się ze mną na kolejną randkę? Czy odmówię mu wtedy, wystawię do wiatru, czy też - czego się obawiam - zmięknę i się z nim spotkam?

Och, błagam, Dzienniczku, dodaj mi sił i pomóż wytrwać w postanowieniach! Każ mi gimnastykować się rano i wieczorem, oczyścić skórę, jeść prawidłowo i zachować optymizm, być zgodną, miłą i radosną. Tak bardzo chciałabym zostać kimś ważnym i chociażby od czasu do czasu umówić się z jakimś chłopakiem. Może moja nowa "wersja" będzie inna?

10 października

Kochany Dzienniczku,

zrzuciłam trzy funty. Wszyscy są bardzo zajęci przygotowaniami do przeprowadzki. Wystawiliśmy dom na sprzedaż, a mama z tatą pojechali poszukać dla nas czegoś w . Zostałam z Timem i Alexandrią. Wyobraź sobie, że nawet mi nie przeszkadzają. Jesteśmy bardzo podekscytowani przeprowadzką, a dzieciaki robią, co im każę, pomagają w domu, przy posiłkach i we wszystkim... no, prawie. Wydaje mi się, że tata obejmie nową posadę w połowie roku akademickiego. Jest podniecony jak mały chłopczyk i przypomina to trochę stare czasy. Siadamy wszyscy przy stole, śmiejemy się, żartujemy i razem robimy plany. Jest wspaniale! Tim i Alex upierają się, że zabiorą wszystkie zabawki i rupiecie. Ja wolałabym mieć wszystko nowe, oczywiście oprócz książek, które są częścią mojego życia. Kiedy w piątej klasie potrącił mnie samochód i długo leżałam w gipsie, umarłabym, gdyby nie one. Nawet teraz nie mam pewności, co we mnie jest rzeczywiste, a co pochodzi z książek. Tak czy siak, układa się cudownie! Niewykluczone, że życie jest wspaniałe, piękne i ekscytujące. Nie mogę się doczekać, co znajdę za następnym zakrętem i za wszystkimi innymi.

16 października

Mama i tata wrócili! Huuurraaa, mamy dom!!! Wielki, stary, w hiszpańskim stylu. Mama już się w nim zakochała. Nie mogę się doczekać przeprowadzki! Nie mogę! Nie mogę! Rodzice zrobili zdjęcia domu, będą gotowe za trzy, cztery dni. Nie mogę się doczekać, nie mogę, chyba mówiłam to już z milion razy!

17 października

Nawet w szkole znów jest fajnie. Dostałam piątkę z testu z algebry, z reszty przedmiotów też mam piątki i czwórki. Ale algebra jest najgorsza. Jeśli dobrze mi pójdzie z algebry, nic już mnie nie przerazi! Do tej pory cieszyłam się, kiedy dostawałam z niej trójki, a przecież uczyłam się za dziesięciu. To zabawne, ale kiedy coś się udaje, wszystko inne też idzie nieźle. Nawet z mamą potrafię się dogadać. Nie truje mi już tak bardzo jak przedtem. Nie mam pojęcia, która z nas się zmieniła, naprawdę! Czy stałam się taka, jaką ona chce mnie widzieć, po to by nie sterczeć mi bez przerwy nad głową, czy może to ona jest teraz mniej wymagająca?

Spotkałam Rogera na korytarzu i nawet mnie to nie obeszło. Powiedział do mnie: "Cześć!" i zatrzymał się, żeby porozmawiać, a ja poszłam dalej. Już nigdy mnie nie zawiedzie! Zostały jeszcze tylko trzy miesiące!

22 października

Scott Lossee zaprasza mnie w piątek do kina. Zrzuciłam już dziesięć funtów. Ważę teraz sto piętnaście, co nie jest złe, ale chciałabym się pozbyć kolejnych dziesięciu. Mama mówi, że będę za chuda, ale co ona wie?! Schudnę! Schudnę! Schudnę! Od tak dawna nie jadłam żadnych łakoci, że zapomniałam już, jak smakują. Może w piątek pozwolę sobie na wyskok i zjem parę frytek... mniaaaaam...

26 października

W kinie było fajnie. Ze Scottem też. Po filmie poszliśmy do miasta i zjadłam sześć cudownych, pachnących, rozkosznych, apetycznych i niebiańskich frytek. To się nazywa życie! Jeśli chodzi o Scotta, to nie czuję do niego tego, co czułam do Rogera, który był chyba moją jedyną prawdziwą miłością. Na szczęście mam ją już za sobą. Wyobraź sobie, Dzienniczku, że niedawno skończyłam piętnaście lat, jestem w pierwszej klasie średniaka i mam za sobą jedyną wielką miłość swojego życia! Brzmi to jak prawdziwa tragedia. Może kiedyś, na studiach, spotkamy się ponownie. Mam nadzieję. Mam ogromną nadzieję. Zeszłego lata, kiedy spałyśmy u Marion Hill, jedna z jej przyjaciółek przyniosła "Playboya" z reportażem o dziewczynie, która pierwszy raz poszła z chłopakiem do łóżka. Myślałam wtedy tylko o Rogerze. Nie chcę iść do łóżka z żadnym innym chłopakiem na świecie... nigdy... przenigdy... Przysięgam, że umrę dziewicą, jeśli Roger nie wróci do mnie! Już na samą myśl, że dotyka mnie ktoś inny, robi mi się niedobrze. Mówiąc szczerze, nie wiem nawet, jak zareagowałabym na Rogera. Może później, kiedy będę starsza, coś się zmieni. Mama mówi, że u dziewcząt z wiekiem zwiększa się wydzielanie hormonów, a wraz z nim popęd seksualny. W takim razie ja rozwijam się wolniej. Słyszałam różne historie o dzieciakach w szkole, ale nie jestem nimi, jestem sobą, a poza tym seks wydaje mi się taki dziwny, niewygodny i niezręczny.

Przypomniałam sobie wuefistkę, która uczy nas nowoczesnych tańców i ciągle powtarza, że dzięki nim nasze ciała staną się silne, zdrowe i gotowe do rodzenia. Potem zawsze dodaje, że wszystko trzeba robić z wdziękiem, z wdziękiem, z wdziękiem. Trudno mi wyobrazić sobie wdzięk podczas uprawiania seksu albo przy rodzeniu dzieci.

Muszę kończyć. Pa.

10 listopada

Och, kochany Dzienniczku, tak mi przykro, że cię zaniedbałam, ale byłam taka zajęta. Przygotowujemy się już do Święta Dziękczynienia i do Bożego Narodzenia. W zeszłym tygodniu sprzedaliśmy dom Dulburrowsom i ich siedmiorgu dzieciakom. Żałuję, że nie kupił go ktoś z mniejszym przychówkiem. Ze strachem myślę o tych łobuzach biegających po naszych pięknych frontowych schodach, mażących ściany brudnymi, lepkimi łapskami i wycierających buciory w śnieżnobiałą wykładzinę naszej mamy. Wiesz, kiedy rozmyślam o czymś takim, wcale nie chce mi się stąd wyjeżdżać! To takie przykre! Przeżyłam w tym pokoju całe piętnaście lat, wszystkie z moich 5530 dni. Tutaj śmiałam się, płakałam, jęczałam i szeptałam. Tutaj kochałam ludzi i ich nienawidziłam. To ogromna część mojego życia, mnie. Czy będziemy tacy sami pod innym dachem? Czy może nasze myśli, uczucia staną się zupełnie inne? Och, mamo, tato, może popełniamy błąd, może zostawiamy za sobą za dużo z nas samych?

Kochany, najdroższy Dzienniczku, zraszam cię i chrzczę łzami. Wiem, że musimy stąd wyjechać, wiem też, że któregoś dnia przyjdzie mi zostawić mamę i tatę i przeprowadzić się do własnego domu, ale ty zawsze będziesz ze mną.

30 listopada

Kochany Dzienniczku,

wybacz, że nie rozmawiałam z tobą w Święto Dziękczynienia. Było tak miło, babcia i dziadziuś zostali u nas przez dwa dni i rozmawialiśmy o starych czasach, i wszyscy leżeli na dywanie w salonie. Tata ani razu nie poszedł do pracy. Babcia zrobiła dla nas toffi tak jak wtedy, kiedy byliśmy mali. Nawet tata się upaprał. Wszyscy się śmiali, Alex zlepiła sobie włosy, a Dziadziuś sztuczną szczękę, tarzaliśmy się po podłodze. Dziadkom jest przykro, że przeprowadzamy się tak daleko, nam też. Dom nie będzie już taki sam bez odwiedzin babci i dziadka. Mam nadzieję, że tata się nie myli co do nowego miejsca.

4 grudnia

Kochany Dzienniczku,

mama nie pozwala mi się odchudzać. Między nami mówiąc, nie wiem, dlaczego wtyka nos w nie swoje sprawy. To prawda, że byłam przeziębiona przez kilka ostatnich tygodni, ale dieta nie ma przecież z tym nic wspólnego. Jak można być tak niemądrym i irracjonalnym? Dzisiaj rano jak zwykle jadłam na śniadanie połówkę grejpfruta, a ona kazała mi dopchać się kromką żytniego chleba i jajecznicą z plasterkiem bekonu. Wszystko to miało przynajmniej czterysta kalorii, może nawet pięćset, sześćset albo siedemset. Nie rozumiem, dlaczego mama nie pozwala mi żyć po swojemu. Nie podobam się jej, kiedy wyglądam jak krowa. Nikomu się nie podobam, nawet sobie. Zastanawiam się, czy zacząć wpychać sobie palce do gardła po każdym posiłku. Mama mówi, że będę musiała jeść także obiady, i to teraz, gdy w końcu zjechałam do wymarzonej wagi i przestałam odczuwać głód. Och, z rodzicami zawsze są problemy! Ty, Dzienniczku, nie musisz się tym martwić, masz tylko mnie. Podejrzewam, że nie jesteś szczęśliwy z tego powodu, bo kimże ja jestem?!

10 grudnia

Kiedy cię kupowałam, Dzienniczku, przyrzekałam sobie, że będę pisała codziennie, ale są takie dni, kiedy nie dzieje się nic wartego opisania, a znowu kiedy indziej jestem zbyt zajęta, znudzona, zła, poirytowana albo najzwyczajniej skupiona na sobie, żeby zabierać się do rzeczy, których nie muszę robić. Jestem chyba dosyć parszywą przyjaciółką, nawet dla ciebie. Ale jesteś mi bliższy niż ktokolwiek inny, niż Debbie, Marie i Sharon, które cenię najbardziej. Z nimi nie jestem do końca sobą. Jestem kimś innym, kimś, kto chce się dopasować i mówi właściwe słowa, robi to, co trzeba, pokazuje się w odpowiednich miejscach i nosi to, co wszyscy. Czasami wydaje mi się, że chcemy być swoimi cieniami. Kupujemy te same płyty i rzeczy, nawet jeśli nam się nie podobają. Dzieciaki są jak roboty, które schodzą z linii produkcyjnej, i nie chcę być jednym z nich!

14 grudnia

Właśnie kupiłam gwiazdkowy prezent dla mamy: najcudowniejszą broszkę z perełką, jaką w życiu widziałam. Zapłaciłam dziewięć dolarów i pięćdziesiąt centów, ale było warto. Perła jest hodowlana, to znaczy prawdziwa, i wygląda jak mama. Delikatna i lśniąca na wierzchu, a pod spodem twarda i wytrzymała. Trudno taką zgubić. Och, mam nadzieję, że jej się spodoba! Tak bardzo bym chciała, żeby ją polubiła i żeby polubiła mnie! Ciągle nie wiem, co kupić dla Tima i Taty, ale z nimi nie ma problemów. Tacie chciałabym sprezentować ładny złoty piórnik albo coś w tym rodzaju, coś, co mógłby postawić na nowym, wielkim biurku w nowym, wielkim gabinecie i co przypominałoby mu mnie zawsze, gdy na to spojrzy, nawet podczas strasznie ważnej konferencji z najtęższymi umysłami naszej planety. Problem w tym, że nie stać mnie nawet na ułamek tego, co chciałabym kupić.

17 grudnia

Lucy Martin wyprawia przyjęcie gwiazdkowe, a ja mam przynieść galaretkę z owocami. Zapowiada się niezła zabawa (mam nadzieję). Uszyłam sobie nową białą sukienkę z miękkiej wełny. Mama trochę mi pomogła i sukienka jest wspaniała. Marzę, żeby szyć tak dobrze jak ona. Marzę, że kiedyś będę taka jak ona. Ciekawe, czy kiedy była w moim wieku, przejmowała się tym, że chłopcy jej nie lubią, a dziewczyny udają tylko, że są przyjaciółkami. Ciekawe, czy chłopcy byli wtedy tak napaleni jak teraz. Kiedy rozmawiam z dziewczynami o randkach, wszystkie mówią, że chłopcy są właśnie tacy. Żadna z moich przyjaciółek na nic im nie pozwala, ale w szkole jest dużo dziewczyn, które nie mają nic przeciwko temu. Szkoda, że nie mogę porozmawiać o tym z mamą, bo wydaje mi się, że wiele dzieciaków w ogóle nie wie, o czym mówi. Ja w każdym razie nie wierzę we wszystko, co mi opowiadają.

22 grudnia

Impreza u Martinów była fajna. Dick Hill odwiózł mnie do domu. Miał samochód ojca, więc jeździliśmy po mieście, oglądając świąteczne światełka i śpiewając kolędy. Brzmi to trochę banalnie, ale wcale tak nie było. Kiedy zatrzymaliśmy się przed domem, Dick pocałował mnie na dobranoc i nic więcej. Zdenerwowałam się trochę, bo nie wiedziałam, czy mu się nie podobam, czy może przeciwnie, bardzo mnie szanuje. Brak mi pewności siebie, bez względu na to, co się dzieje. Czasami żałuję, że nie chodzę z żadnym chłopakiem, miałabym wtedy stałego partnera, kogoś, z kim mogłabym porozmawiać, ale moi rodzice są temu przeciwni, a poza tym nikt, mówiąc szczerze, nie interesuje się mną tak bardzo. Może tak już zostanie. Szkoda, bo bardzo lubię chłopców, może nawet za bardzo, ale nie jestem zbyt popularna. Chciałabym się podobać, być piękna, bogata i utalentowana. Byłoby fajniej!

25 grudnia

Boże Narodzenie! Cudowne, wspaniałe, szczęśliwe, święte Boże Narodzenie. Jestem tak rozradowana, że mam ochotę wyskoczyć ze skóry. Dostałam nowe książki, płyty, spódnicę, która bardzo mi się podoba, i mnóstwo innych drobiazgów. A mamie bardzo podobała się broszka. Naprawdę! Uwielbia ją! Przypięła ją sobie do wieczorowej sukni i chodziła tak przez cały dzień. Tak się cieszę, że jej się podoba! Przyjechali dziadkowie i wujek Arthur, i ciocia Jeannie z dziećmi. Było wspaniale! Gwiazdka to najcudowniejszy czas w ciągu całego roku. Wszyscy są tacy mili i czują się potrzebni, chciani, bezpieczni. (Nawet ja). Szkoda, że tak nie może być zawsze. Szkoda, że dzisiaj wszystko się skończyło. I to nie tylko dlatego, że święta były wspaniałe, ale także dlatego, że spędzaliśmy je po raz ostatni w naszym ukochanym domu.

Żegnaj, najdroższy domu, ozdobiony gwiazdkowymi bombkami, ostrokrzewem i kolorowymi lampkami. Kocham cię! Będę za tobą tęskniła!

1 stycznia

Wczoraj byłam na sylwestrowym przyjęciu u Scotta. Dzieciaki trochę się rozszalały. Niektórzy chłopcy popijali ukradkiem. Wyszłam stamtąd, mówiąc, że nie czuję się najlepiej, ale tak naprawdę jestem bardzo podekscytowana naszą przeprowadzką i nie mogę usiedzieć w miejscu. To już za dwa dni! Jestem pewna, że nie zmrużę oka przez dwie kolejne noce. Wyobraź sobie, Dzienniczku, że przenosimy się do nowego domu, nowego miasta, nowego powiatu, nowego stanu - i wszystko to za jednym zamachem! Mama i tata znają tam parę osób z uniwersytetu i widzieli już nasz nowy dom. Ja oglądałam tylko zdjęcia, ale wciąż jest on dla mnie dużym, zimnym i złowrogim miejscem. Mam nadzieję, że w końcu nam się spodoba i zdoła się do nas przystosować.

Będę szczera: nie jestem pewna, czy dam sobie radę w nowym mieście. Nie ośmieliłabym się powiedzieć tego nikomu oprócz ciebie, Dzienniczku. Chodzi o to, że nawet tutaj - gdzie znałam wszystkich i wszyscy mnie znali - ledwo dawałam sobie radę. Przedtem nie pozwalałam sobie na takie myśli, ale prawda jest taka, że nie mam zbyt wiele do zaoferowania w nowej sytuacji. Och, wielki Boże, pomóż mi się dostosować, pomóż mi znaleźć swoje miejsce, spraw, żebym została zaakceptowana, nie każ mi być wyrzutkiem i udręką dla rodziny. Znów wpadam w rozpacz, znów jestem płaksą, ale najgorsze jest to, że nic nie mogę zrobić, zupełnie tak jak z przeprowadzką. Znowu jesteś mokry! Dobrze, że dzienniczki nie dostają kataru!

4 stycznia

Jesteśmy na miejscu! Już czwarty stycznia i zaledwie dziesięć minut po pierwszej. Tim i Alex kłócili się przez całą drogę, a mamie było niedobrze, pewnie ze zdenerwowania. Tata musiał się zatrzymywać dwa razy, bo wymiotowała. Coś jest niedograne, bo w domu nie ma jeszcze prądu. Nawet tata wyglądał tak, jakby chciał zawrócić i uciec. Mama dała ludziom z firmy przewozowej dokładny opis ustawienia mebli, ale wszystko im się pomieszało. Zawiniemy się w pościel i położymy na pierwszym z brzegu łóżku. Cieszę się, że zabrałam kieszonkową latarkę, dzięki niej mogę przynajmniej pisać. Mówiąc szczerze, dom wygląda niesamowicie, jakby mieszkały w nim duchy, ale to chyba dlatego, że nie ma zasłon w oknach, nie jest urządzony. Może jutro będzie lepiej. Bo gorzej już być nie może.

6 stycznia

Wybacz, że przez dwa dni nie znalazłam czasu, by coś napisać, ale żyjemy w nieustannym bałaganie. Wieszamy zasłony, rozpakowujemy pudła, ustawiamy meble. Dom jest piękny. Ściany są wyłożone grubym, ciemnym drewnem, a do długiego salonu schodzi się po dwóch stopniach. Przeprosiłam każdy pokój za to, co myślałam o nich wcześniej.

Wciąż martwię się szkołą, ale DZISIAJ muszę do niej iść. Szkoda, że Tim nie może iść ze mną. Nawet młodszy brat jest lepszy od obcych, ale Tim dopiero za dwa lata skończy podstawówkę. Poznał już jakiegoś chłopaka w swoim wieku, mieszkającego przy naszej ulicy, i powinnam cieszyć się razem z nim, ale nie mogę, bo martwię się o siebie. Alexandria niedawno zaczęła chodzić do szkoły. Niedaleko nas mieszka jej nauczyciel, który ma córkę w tym samym wieku i zaprosił Alex do siebie po lekcjach, więc dzieciaki mają się dobrze, poznały pierwszych przyjaciół i w ogóle. A ja? Jak zwykle nic! Wielkie, tłuste nic, którym pewnie jestem. Ciekawe, czy w tej nowej szkole ubierają się tak samo jak u nas. Mam nadzieję, że nie będę się niczym wyróżniała, nie chciałabym, żeby się na mnie gapili. Och, tak bardzo potrzebuję przyjaciela! Trudno, muszę przylepić sobie do twarzy szeroki, sztuczny uśmiech. Mama mnie woła i trzeba odpowiedzieć "postawą świadczącą o mojej dojrzałości".

Raz, dwa, trzy, ruszaj, męczennico!

6 stycznia, wieczór

Och, Dzienniczku, było potwornie! Szkoła jest najsmutniejszym i najgorszym miejscem na świecie. Przez cały nieskończenie długi dzień nikt się do mnie nie odezwał. Podczas przerwy na lunch uciekłam do gabinetu pielęgniarki i powiedziałam, że boli mnie głowa. Zwolniłam się z ostatniej lekcji i poszłam do kawiarni na koktajl czekoladowy, podwójną porcję frytek i gigantyczny baton Hersheya. Człowiekowi należy się coś od życia. Jadłam i nienawidziłam siebie za swój infantylizm. Cierpię, to prawda, ale przecież postępowałam tak samo wobec nowych pojawiających się w naszej szkole: ignorowałam ich albo gapiłam się na nich z czystej ciekawości. Dostaję teraz nauczkę i chyba na nią zasługuję, ale och, jak ona boli! Boli w paznokciach u rąk i nóg, boli nawet w cebulkach włosów!

7 stycznia

Myślałam, że wczoraj przy obiedzie padnę trupem. Alex uwielbia nową szkołę i nową przyjaciółeczkę, Tricię. Tim jechał autobusem z chłopakiem z sąsiedztwa i był na trzech lekcjach. Mówi, że dziewczyny są tutaj ładniejsze niż w starej szkole i że wszystkie się na niego rzuciły, ale tak jest zawsze z nowymi chłopakami. Mama była już na herbatce i stwierdziła, że wszyscy są "czarujący, mili i uprzejmi". (Czyż to nie ujmujące?). A ja jestem jak oliwa dolewana do wody: nie można jej wymieszać ani rozcieńczyć. Czasami wydaje mi się, że jestem kimś z zewnątrz, kto patrzy z góry na tę rodzinę. Jak mogę być taką fajtłapą, mając tak towarzyskich, przyjaznych i elastycznych krewnych? Dziadziuś zajmował się polityką i zawsze wygrywał w wyborach, babcia towarzyszyła mu we wszystkich podróżach. Więc co jest ze mną nie tak? Może jestem podrzutkiem? Nieudacznikiem? Pomyłką?

14 stycznia

Minął już tydzień i jedyne, co mnie spotkało, to zaciekawione, czasami wrogie spojrzenia kryjące w sobie pytanie: "A co ty tu właściwie robisz?". Próbowałam zakopać się w książkach, nauce i muzyce, udawać, że nic mnie to nie obchodzi. Bo naprawdę nic mnie to nie obchodzi, a poza tym nawet gdyby było inaczej, to fakt ten niczego by nie zmienił. Mama martwi się o mnie, bo jestem milcząca, ale o czym tu rozmawiać? Gdybym stosowała się do jej życiowej zasady: "Jeśli nie możesz powiedzieć czegoś miłego, to lepiej nie mów nic", w ogóle nie otwierałabym ust, chyba tylko po to, żeby jeść, czego nigdy nie mam dość!

8 lutego

Odkąd tu przyjechaliśmy, przytyłam prawie piętnaście funtów, mam koszmarnie zaniedbaną twarz, a włosy tak tłuste i pozlepiane, że muszę je myć codziennie. Taty nigdy nie ma w domu, a mama przez cały czas siedzi mi na karku. "Rozchmurz się, upnij włosy, myśl pozytywnie, uśmiechnij się, okaż hart ducha, bądź miła". Jeśli jeszcze raz usłyszę, że za dużo we mnie negacji i niedojrzałości, chyba pęknę! Nie mieszczę się w ciuchy, które uszyłam przed wyjazdem, i wiem, że Tim się mnie wstydzi. Kiedy w pobliżu są jego kumple, traktuje mnie jak idiotkę, obraża i czepia się moich hipisowskich włosów. Mam już dosyć tego miasta i szkoły, mam już dosyć mojej rodziny, a siebie w szczególności.

18 marca

Wreszcie znalazłam sobie szkolną przyjaciółkę. Jest tak samo gruba i niezdarna jak ja. Kto z kim przestaje i tak dalej... Któregoś dnia Gerta wpadła do mnie z biletami do kina i moi starzy musieli się bardzo starać, żeby nie palnąć jakiegoś głupstwa. Wyobraźcie sobie moją wyrozumiałą, słodkoustą mamuśkę, którą kusi, żeby dogryźć mojej ponurej, nijakiej przyjaciółce. Powinna dokładniej przyjrzeć się swojej ponurej, nijakiej córce. A może wymagam zbyt wiele od dobrze wychowanej, szczupłej, czarującej żony wielkiego profesora, który za kilka lat na pewno zostanie rektorem?

Wstydzą się mnie, a ja dosłownie palę się ze wstydu, odkąd przyjechaliśmy do tej zabitej dechami dziury!

10 kwietnia

Och, cóż za szczęście, radość i uniesienia - mama obiecała mi, że pojadę na lato do babci! Natychmiast rozpoczynam dietę! Oczywiście jest pewien haczyk, jak w każdej matczynej obietnicy: muszę poprawić oceny.

20 kwietnia

Szkoła dobiega końca, jeszcze tylko dwa miesiące - już nie mogę się doczekać. Tim jest nieznośny, a mama bez przerwy, ale to bez przerwy się mnie czepia: "Nie rób tego, nie rób tamtego, rób to, rób tamto. Dlaczego odmawiasz? Wiesz, że powinnaś, znów zachowujesz się jak dziecko, jesteś niedojrzała". Ciągle porównuje mnie z Timem i Alex, no a ja nie dorastam im do pięt! Zdaje się, że w każdej rodzinie musi być jakaś czarna owca. Zgadnij, kto nią jest w tym domostwie? Rywalizacja między rodzeństwem jest podobno czymś naturalnym, ale u nas przekracza wszelkie granice. Naprawdę kocham Tima i Alex, choć mają mnóstwo wad, i w zasadzie trudno mi powiedzieć, czy kocham ich bardziej, niż nienawidzę, czy nienawidzę bardziej, niż kocham? To samo dotyczy mamy i taty, i przede wszystkim mnie samej!

5 maja

Moi wszyscy nauczyciele to idioci albo tępacy. Czytałam kiedyś, że można mówić o szczęściu, gdy ma się w życiu dwóch naprawdę dobrych nauczycieli, takich, którzy potrafią motywować do pracy, podsuwać bodźce. Zdaje się, że mnie przypadli oni w udziale w przedszkolu i w podstawówce.

13 maja

Wracając ze szkoły, spotkałam pewną dziewczynę. Mieszka trzy przecznice dalej i nazywa się Beth Baum. Jest naprawdę bardzo miła, nieśmiała i podobnie jak ja woli książki od ludzi. Jej ojciec jest lekarzem i nigdy nie ma go w domu, tak jak naszego taty, a jej mama truje tak samo jak wszystkie matki. Ciekawe, jak wyglądałyby nasze domy, podwórka i cały świat, gdyby tego nie robiły. Och, mam nadzieję, że ja nie zostanę trującą matką, chociaż chyba nie będę miała wyboru, jeśli będę chciała coś osiągnąć.

19 maja

Dzisiaj wracałam ze szkoły z Beth, która mieszka w cudownym domu i ma najprawdziwszą, pełnoetatową pokojówkę. Beth jest żydówką. Nigdy nie miałam żydowskiej przyjaciółki i chyba dlatego wydawało mi się, że oni są inni. Nie wiem, pod jakim względem, bo przecież wszyscy jesteśmy ludźmi, ale myślałam, że... no... są trochę bardziej... - jak zwykle, nie wiem, o czym mówię.

Beth jest bardzo sumienna i przejmuje się ocenami, więc najpierw trochę się pouczyłyśmy, a potem słuchałyśmy płyt i piłyśmy dietetyczną colę. (Ona też jest na diecie). Polubiłam ją. Fajnie jest mieć znowu prawdziwą przyjaciółkę, bo mówiąc szczerze, nie czułam się najlepiej z Gertą. Ciągle musiałam jej zwracać uwagę na to, jak mówi, ubiera się, chodzi. Chyba jestem taka jak mama, choć nie chcę się do tego przyznać. Nie chodzi o to, że jestem snobką... wcale nie! Ale prawdziwej przyjaźni nie można budować na litości i trzymaniu się kogoś tylko po to, żeby nie utonąć. Trzeba ją budować na wspólnych upodobaniach, talentach i - tak - nawet pochodzeniu. Chryste, mama byłaby dzisiaj ze mnie dumna! Szkoda tylko, że już nie potrafimy się porozumieć. Pamiętam, że kiedy byłam mała, potrafiłam z nią rozmawiać, a teraz wygląda to tak, jakbyśmy mówiły różnymi językami i zupełnie nie rozumiały, o co nam chodzi. Gdy mama coś mówi, odbieram to na opak, wydaje mi się, że bez przerwy mnie poprawia, "uwzniośla" albo prawi mi kazania, a podejrzewam, że wcale tak nie jest: mama porusza się po omacku i szuka odpowiednich słów, podobnie jak ja. Co zrobić, takie jest życie.

22 maja

Beth przyszła dzisiaj do mnie odrabiać lekcje. Mama, tata i dzieciaki od razu ją polubili! Poprosili nawet, żeby zadzwoniła do domu i zapytała, czy może zostać u nas na obiedzie. Potem mama zabierze nas do miasta na zakupy, bo dziś czwartek i sklepy są otwarte do późna. Pobiegłam do siebie zmienić ubranie, a Beth poszła się przebrać do domu. Zabierzemy ją po drodze. Nie mogłam się opanować i musiałam opisać to ekstatyczne przeżycie. Jest zbyt niewiarygodne, rozkoszne i cudowne, by zatrzymać je tylko dla siebie.

24 maja

Beth jest wspaniałą przyjaciółką. Chyba najlepszą, jaką miałam od niepamiętnych czasów. Możemy rozmawiać o wszystkim. Nawet o religii. Wiara żydów jest zupełnie inna od naszej. Modlą się w soboty i wciąż czekają na swojego Chrystusa, czyli Mesjasza. Beth bardzo kocha swoich dziadków i chce, żebym ich poznała. Mówi, że są ortodoksyjni i na przykład nie jedzą mięsa z tych samych talerzy, na których podaje się produkty mleczne. Szkoda, że tak mało wiem o mojej religii, mogłabym i ja coś opowiedzieć Beth.

3 czerwca

Dzisiaj rozmawiałam z Beth o seksie. Babcia mówiła jej, że kiedy żydowski chłopak poślubia żydowską dziewczynę, a ktoś powie, że panna młoda nie jest dziewicą, i potrafi to udowodnić, wtedy ślub jest nieważny. Zastanawiałyśmy się, jak się coś takiego udowadnia, ale żadna z nas nie wiedziała. Beth stwierdziła, że woli zapytać o to babcię niż matkę, ja zapytałabym raczej matkę, gdybym w ogóle miała o to pytać, czego oczywiście nie zrobię! Mama i tak się nie zna na żydowskich zwyczajach.

Beth mówi, że śni się jej koszmar o własnym ślubie. Idzie środkiem synagogi ubrana w białą suknię z długim welonem, wokół stoją setki gości i nagle jeden z nich szepcze na ucho rabinowi, że Beth nie jest dziewicą. Pan młody odwraca się i wychodzi. Szkoda mi jej. Ja zresztą na jej miejscu czułabym się tak samo. Beth przyrzekła, że kiedyś zbierze się w sobie i zapyta o wszystko babcię albo kogoś zaufanego. Mam nadzieję, że podzieli się ze mną tą wiedzą, bo bardzo mnie to zaciekawiło.

10 czerwca

Kochany Dzienniczku,

szkoła niedługo się skończy, a ja wcale tego nie chcę. Beth i ja doskonale się bawimy. Żadna z nas nie jest zbyt popularna wśród chłopców, ale Beth spotyka się od czasu do czasu z żydowskimi synami przyjaciół matki. Mówi, że zazwyczaj jest nudno i chłopcy nie lubią jej tak samo jak ona ich. W żydowskich rodzinach panuje przekonanie, że powinno się brać ślub tylko z innymi żydami. Beth obiecała, że umówi mnie na randkę w ciemno z jakimś "miłym żydowskim chłopcem" - by zacytować jej mamę. Twierdzi, że chłopak oszaleje z zachwytu, bo nie jestem żydówką, i przy okazji da prztyczka w nos swojej mamie. Już go lubię.

13 czerwca

Huuurraaa! Koniec szkoły! Trochę smutno.

15 czerwca

Beth umówiła mnie z chłopakiem, który nazywa się Sammy Green. Sammy był niesamowicie uprzejmy i grzeczny wobec moich rodziców, którzy natychmiast go polubili, ale gdy tylko wsiedliśmy do samochodu, zaczął się do mnie dobierać. Rodzice w ogóle nie znają się na ludziach. Czasami zastanawiam się, w jaki sposób dożyli swojego wieku. Cały wieczór był dosyć głupi. Sam nie dawał mi spokoju nawet w kinie. Poza tym był tak obleśny, że po seansie musiałyśmy z Beth iść do toalety. I to na długo! Byłyśmy zbyt skrępowane, by wyjść, ale przecież nie mogłyśmy przesiedzieć tam całej nocy, więc zebrałyśmy się w sobie i zrobiłyśmy wielkie entrée, udając, że nic się nie stało. Chłopcy próbowali rozmawiać z nami o filmie, ale zignorowałyśmy i ich, i film.

18 czerwca

Dzisiaj usłyszałam przerażającą wiadomość, że Beth wyjeżdża na sześć tygodni na letni obóz. Jej starzy jadą do Europy i załatwili dla niej miejsce w żydowskim ośrodku. Pęka mi serce, i jej także. Rozmawiałyśmy z rodzicami, ale nic do nich nie trafia. Nie słuchają nas, nawet nie chcą słuchać! Chyba pojadę na lato do babci, tak jak planowałam, ale przestało mnie to cieszyć.

23 czerwca

Do wyjazdu Beth zostały tylko dwa dni. Nasze rozstanie przypomina wyrok śmierci. Z Beth czuję się tak, jakbym znała ją od zawsze. Ona jedyna mnie rozumie. Muszę wyznać, że czasami, kiedy chodziła na umówione przez mamę spotkania z chłopcami, byłam o nich zazdrosna. Ale to chyba normalne, że dziewczyna czuje to co ja wobec innej dziewczyny. A może powinno być inaczej? Może zakochałam się w niej? Nie, to zbyt głupie nawet jak na mnie. Beth jest po prostu moją najdroższą przyjaciółką, jedyną, jaką miałam i będę miała w przyszłości.

25 czerwca

To koniec! Beth wyjeżdża w południe. Wczoraj wieczorem pożegnałyśmy się i popłakałyśmy jak przerażone dzieci, których nie można utulić. Beth jest równie samotna jak ja. Matka ciągle na nią wrzeszczy i wmawia jej, że jest dzieckiem, i to w dodatku niemądrym. Mama i tata przynajmniej mi współczują i rozumieją, jak bardzo będzie mi źle. Mama nawet zabrała mnie na zakupy i pozwoliła wydać pięć dolarów na cienki łańcuszek z prawdziwego złota z wygrawerowaną inskrypcją, a tata zgodził się na dwie zamiejscowe rozmowy z Beth podczas wakacji. Bardzo to miłe i ładne z ich strony. Chyba mam szczęście.

2 lipca

Kochany Dzienniczku,

jestem u babci i chyba nigdy w życiu tak się nie nudziłam. Czeka mnie długie, gorące lato, które się jeszcze nie zaczęło! Chyba zwariuję! Odkąd tu przyjechałam, pochłaniam jedną książkę dziennie i chce mi się wyć z nudów. To zdumiewające, bo kiedy trwała szkoła, marzyłam o wylegiwaniu się w łóżku i obijaniu się, obijaniu i czytaniu, czytaniu, czytaniu i oglądaniu telewizji, o robieniu tego, na co mam ochotę. Ale teraz brakuje mi pomysłów. Agonia, najprawdziwsza agonia. Sharon się wyprowadziła, Debbie chodzi z jakimś facetem, a Marie wyjechała na wakacje ze starymi. Jestem tutaj dopiero od pięciu dni. Muszę zostać przynajmniej z tydzień, a potem powiem, że chcę wracać do domu. Czy wytrzymam i nie oszaleję?

7 lipca

Dzisiaj zdarzyło się coś niezwykłego i może jeszcze się wydarzy! Mam nadzieję! Naprawdę mam nadzieję! Byłyśmy z babcią w mieście po prezent urodzinowy dla Alex i w domu towarowym spotkałyśmy Jill Peters. Powiedziała do mnie "Cześć!", więc zatrzymałyśmy się, żeby porozmawiać. Nie widziałam jej od czasu wyprowadzki i tak naprawdę nigdy nie należałam do grona jej znajomych, którzy tworzyli tutejszą elitę. W każdym razie Jill powiedziała, że po maturze chce iść na uniwersytet, na którym pracuje mój tata, i że już nie może się doczekać wyjazdu z tej zabitej dechami mieściny i przeprowadzki do miejsca, gdzie naprawdę się coś dzieje. Nie wyprowadzałam jej z błędu. Udawałam, że wiedziemy bardzo wysublimowany i wesoły żywot, choć tak naprawdę moim zdaniem te dwa miasta niczym się nie różnią. Chyba kłamałam przekonująco, bo Jill powiedziała, że zaprasza na jutro parę osób i że do mnie zadzwoni. Mam nadzieję, że to zrobi!

8 lipca

Och, Dzienniczku, jestem taka szczęśliwa, że chyba się popłaczę! Stało się! Jill zadzwoniła dokładnie o 10.32. Wiem, bo siedziałam z zegarkiem w ręku obok telefonu i telepatycznie próbowałam wysyłać do niej sygnały. Jill zaprosiła kilka osób na imprezę z autografami. Dzięki Bogu zabrałam swoje szkolne tableau. Co prawda nie ma w nim ich zdjęć, ale oni też nie mają mojego. Włożę nowy biały kostium ze spodniami. Muszę umyć i upiąć włosy. Są już naprawdę bardzo, bardzo długie, ale jeśli zakręcę je na puszki po soku pomarańczowym, dodam im puszystości, a końcówki skręcą się w ładne, duże loki. Mam nadzieję, że w domu jest wystarczająco dużo puszek - musi być! Po prostu musi!

10 lipca

Kochany Dzienniczku,

nie wiem, czy powinnam się wstydzić, czy być wniebowzięta. Wiem tylko, że wczoraj doświadczyłam czegoś niesamowitego. czegoś, co nie zdarzyło mi się nigdy przedtem. Może się to wydać przerażające, ale w rzeczywistości było niesamowite, cudowne i bajeczne.

Goście Jill byli tak mili, odprężeni i na luzie, że natychmiast poczułam się swobodnie. Przyjęli mnie jak swoją i byli bardzo wyrozumiali. Wszyscy sprawiali wrażenie szczęśliwych. Kapitalna atmosfera, wprost nieziemska! Niedługo po moim przyjściu Jill i jeden z chłopców przynieśli tacę z colą. Ludzie rozsiedli się na podłodze, zwinęli w parach na sofie, na poduszkach, krzesłach i gdzie kto chciał.

Jill mrugnęła do mnie i powiedziała: "Dzisiaj zagramy w guziki. Pamiętasz, jak się w to gra? Wygrywa ten, kto znajdzie guzik". Bill Thompson, który leżał obok mnie, uśmiechnął się i dodał: "Tylko że teraz trzeba będzie go niańczyć".

Zerknęłam na niego i odwzajemniłam uśmiech, nie chcąc pokazać, że niczego nie rozumiem.

Piliśmy colę. Wszyscy sączyli ją bardzo wolno i spoglądali na siebie. Ja gapiłam się na Jill i myślałam, że zrobię to, co ona.

Nagle poczułam się bardzo dziwnie, jakbym w środku miała burzę. Pamiętam, że przeleciały dwie albo trzy piosenki i ni z tego, ni z owego wszyscy wbili we mnie wzrok. Zaczęły mi się pocić dłonie, kropelki potu spływały mi po włosach i po karku. W pokoju zapadła niezwykła cisza. Jill wstała, żeby zasunąć zasłony, a ja pomyślałam: "Chcą mnie otruć! Ale dlaczego? Dlaczego chcą mnie otruć?".

Zesztywniałam, bolał mnie każdy mięsień i poczułam niesamowity strach rozlewający się po całym ciele. Dusił mnie, dławił! Kiedy otworzyłam oczy, ujrzałam Billa, który położył dłoń na moim ramieniu. "Masz szczęście, wygrałaś guzik", mówił, a jego głos przypominał dźwięk płyty puszczonej na zwolnionych obrotach. "Nie martw się, będę cię niańczył. To będzie dobry odlot. Odpręż się i ciesz się nim, ciesz się..." Pogłaskał mnie czule po twarzy i po szyi. "Przyrzekam, że nie pozwolę, żeby stało ci się coś złego". Nagle zaczęło mi się zdawać, że słyszę, jak Bill coraz wolniej i wolniej powtarza słowa. Przypominało to oddalające się echo. Zaczęłam się śmiać, dziko, histerycznie. Uznałam to, co mówił, za najzabawniejszą, najbardziej absurdalną rzecz, jaką w życiu słyszałam. Potem zauważyłam na suficie dziwne, przemieszczające się wzory. Bill pociągnął mnie delikatnie i położył moją głowę na swoich kolanach, a ja przyglądałam się, jak wzory zmieniają się w wirujące kolorowe plamy, wielkie płaszczyzny czerwieni, błękitu i żółci. Chciałam podzielić się tym przepięknym obrazem z innymi, ale moje słowa były wilgotne, kapały i smakowały kolorami. Podniosłam się i ruszyłam przed siebie, czując lekki chłód wewnątrz i na zewnątrz ciała. Chciałam powiedzieć o tym Billowi, a zamiast tego wybuchnęłam śmiechem.

Zaraz potem między słowami zaczęły się pojawiać całe łańcuchy myśli. Odkryłam idealny, prawdziwy i jedyny język, jakim się posługiwali Adam i Ewa. Próbowałam to wyjaśnić, ale moje słowa nie miały nic wspólnego z myślami. Traciłam to, coś wymykało mi się z rąk, coś cudownego, bezcennego, coś, co należałoby ocalić dla przyszłych pokoleń. Czułam się strasznie, już w ogóle nie mogłam mówić. W końcu upadłam na podłogę i zamknęłam oczy. Poczułam, że muzyka fizycznie zawładnęła całym moim ciałem. Mogłam jej dotknąć, czułam jej zapach, smak, widziałam każdą nutkę. Nigdy przedtem nie miałam w sobie czegoś równie pięknego. Byłam częścią instrumentów, dosłownie każdą cząstką! Każda nuta miała swój odrębny wyraz, kształt i kolor, każda była inna od reszty melodii i mogłam rozważać jej związek z całością kompozycji, zanim pojawiła się następna. Mój umysł posiadł mądrość wieków i żadne słowa nie potrafiłyby tego opisać.

Spojrzałam na jakieś pismo leżące na stole i nagle odkryłam je w stu różnych wymiarach. Było tak piękne, że bałam się na nie patrzeć, więc zamknęłam oczy. Natychmiast popłynęłam ku innej sferze, ku innemu światu, jakbym zmieniła stan skupienia. Wszystko uciekało ode mnie i biegło ku mnie, zapierało mi dech w piersiach jak w szybko opadającej windzie. Nie wiedziałam, co jest rzeczywiste, a co nierzeczywiste. Czy byłam stołem, książką i muzyką? Czy byłam częścią ich wszystkich? To nie miało znaczenia, bo bez względu na to, czym byłam, byłam cudowna. Po raz pierwszy w życiu nie znałam żadnych zahamowań. Tańczyłam przed wszystkimi, odgrywałam przedstawienie, puszyłam się i cieszyłam każdym drobiazgiem.

Miałam tak wyostrzone zmysły, że słyszałam każdy oddech ludzi z domu obok, czułam zapach pomarańczowo-czerwono-zielonego dżemu, który ktoś smażył całe mile stąd.

Minęła wieczność i emocje opadły. Impreza dobiegała końca, zapytałam Jill, co się stało, a ona powiedziała, że do dziesięciu z czternastu butelek coli dodali LSD. Graliśmy w guziki i nikt nie wiedział, jaką butelkę wylosuje. Ojej, tak się cieszę, że byłam jednym z tych szczęśliwców!

Kiedy dojechałyśmy do domu, dziadkowie już spali. Jill zaprowadziła mnie do pokoju, pomogła mi się rozebrać i zapakowała do łóżka. Zapadłam w sen bliski morskiej chorobie, otulona poczuciem dobrostanu, który zakłócał jedynie lekki ból głowy, będący zapewne wynikiem długiego, histerycznego śmiechu. Było fajnie! Było ekstatycznie! Było cudownie! Ale chyba nie zrobię tego po raz drugi. Słyszałam mnóstwo przerażających opowieści o narkotykach.

Teraz, kiedy o tym myślę, wyrzucam sobie, że nie zgadłam, co się dzieje. Każdy kretyn by się domyślił, ale cała impreza była tak dziwna i ekscytująca, że przestałam słuchać, a może nie chciałam słuchać - umarłabym ze strachu, wiedząc, co się święci. Cieszę się, że zrobili to bez mojej wiedzy, bo wciąż jestem wolna, uczciwa i prawdomówna - przecież to nie ja podjęłam decyzję. Poza tym mam to już za sobą i nie zamierzam więcej o tym myśleć.

13 lipca

Kochany Dzienniczku,

już od dwóch dni usiłuję przekonać samą siebie, że branie LSD zrobi ze mnie "narkomankę" - jedną z tych zdeklasowanych, brudnych, godnych pogardy istot, które znam z opowieści o ćpających dzieciakach. Ale jestem taka ciekawa, że nie mogę się doczekać, kiedy spróbuję trawy, tylko raz, obiecuję! Muszę się po prostu przekonać, czy jest tym wszystkim, o czym mówią, że nie jest! Wszystko, co słyszałam o LSD, pochodziło z ust ludzi niedoinformowanych, ignorantów - takich jak moi rodzice, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią. Może z trawą jest tak samo? W każdym razie Jill dzwoniła dzisiaj rano i powiedziała, że wyjeżdża na weekend do przyjaciółki, ale odezwie się do mnie w poniedziałek zaraz po powrocie.

Wspomniałam jej, jak świetnie, naprawdę świetnie się bawiłam, i chyba była zadowolona. Jestem pewna, że jeśli szepnę jej słówko, Jill zadba o to, żebym spróbowała trawy. Tylko raz. Potem szybko ucieknę do domu i zapomnę o całym tym narkotykowym szaleństwie. Pozostanie mi wiedza, jak naprawdę wyglądają "te sprawy". Oczywiście nie chciałabym, żeby ktokolwiek się dowiedział, że brałam narkotyki, dlatego kupię sobie małe, metalowe, rybackie pudełeczko z kłódką i zamknę cię, Dzienniczku, w środku. Nie mogę ryzykować, byś wpadł w niepowołane ręce, szczególnie teraz. A może zacznę cię nosić przy sobie? Tak, wezmę cię do biblioteki, dokąd idę, żeby przeczytać coś o narkotykach. Na szczęście istnieją katalogi, bo nie odważyłabym się zapytać. Jeśli zjawię się tam tuż po otwarciu, będę miała całą bibliotekę dla siebie.

14 lipca

Po drodze do biblioteki spotkałam Billa. Umówił się ze mną na dzisiejszy wieczór. Już nie mogę się doczekać! Ciekawe, co się stanie. Poznaję zupełnie nowy świat i nie masz nawet pojęcia, jakie bramy stają przede mną otworem. Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. Może Lewis Carroll też brał narkotyki?

20 lipca

Kochany, bliski, najmilszy i najdroższy Dzienniczku,

nie wyobrażasz sobie nawet, jaki fantastyczny, niewiarygodny, podniecający i zwariowany przeżyłam tydzień. Chyba... ojej! - najwspanialszy w życiu! Pamiętasz, mówiłam ci o randce z Billem. No więc Bill dał mi w piątek spróbować "torped", a w niedzielę "amfy". Czułam się jak podczas jazdy na spadającej gwieździe przez Drogę Mleczną, a może milion, milion razy lepiej! Na początku trochę bałam się amfy, bo Bill musiał mi ją wstrzyknąć w ramię. Pamiętam, jak bardzo nie cierpiałam zastrzyków, kiedy leżałam w szpitalu, ale teraz było inaczej i już nie mogę się doczekać, naprawdę nie mogę się doczekać następnego razu. Amfa jest obłędna! Straciłam panowanie nad sobą. Nie mogłabym go zachować, nawet gdybym chciała, ale nie chciałam. Tańczyłam tak, jak jeszcze nie tańczył żaden introwertyk, a szczególnie taka przerażona myszka jak ja. Byłam wolna, jedyna, inna, lepsza, czułam się wspaniale, jak idealny okaz nowego, ulepszonego, doskonałego gatunku. Było dziko! Było pięknie! Naprawdę.

23 lipca

Kochany Dzienniczku,

dziadek miał wieczorem lekki atak serca. Dzięki Bogu, jakoś doszedł do siebie. Babcia bardzo się przejęła, ale teraz jest spokojna, przynajmniej na zewnątrz. Oboje są dla mnie wspaniali, wcale nie marudzą i cieszą się, że dobrze się bawię z nowymi przyjaciółmi. Dają mi święty spokój. Kochane, prostolinijne duszyczki! Gdyby tylko wiedzieli, co się dzieje! Z wrażenia brwi uciekłyby im na tył głowy!

Choroba dziadka oznacza, że zostanie w łóżku przez kilka tygodni. Muszę się starać, żeby nie przysparzać im kłopotów, bo wyślą mnie do domu. Może jeśli zacznę pomagać w sprzątaniu, dojdą do wniosku, że jestem im potrzebna?

Mam nadzieję, że dziadkowi nic się nie stanie. Bardzo go kocham. Wiem, że kiedyś będzie musiał umrzeć - i babcia też - ale łudzę się, że zanim to się zdarzy, minie dużo, dużo czasu. Dziwne, ale do tej pory nigdy nie myślałam o śmierci. Wiem, że ja też kiedyś umrę. Ciekawe, czy naprawdę jest życie po śmierci. Och, mam nadzieję, że tak! Ale prawdę mówiąc, martwi mnie co innego. Wiem, że nasze dusze wrócą do Boga, ale kiedy myślę o ciałach zakopywanych w ciemnych, zimnych grobach, gnijących i pożeranych przez robaki, robi mi się niedobrze. Chyba każę się spalić. Tak, na pewno! Wolę, żeby mnie spalono. Powiem o tym mamie, tacie i dzieciakom zaraz po powrocie. Mają mnie spalić, kiedy umrę. Zrobią to, wiem, że tak, są kochani, cudowni i dobrzy, lubię ich i jestem szczęśliwa, mając taką rodzinę. Muszę pamiętać, żeby jeszcze dzisiaj do nich napisać. Zapomniałam o listach, a powinnam, po prostu powinnam stawać się lepsza. Chyba napiszę, że chcę wrócić do domu. Zaraz! Natychmiast! Muszę uciec od Billa i Jill, i całej reszty. Nie wiem, dlaczego nie wolno brać narkotyków, skoro są piękne, szalone i wspaniałe, ale rozumiem, że nie powinnam, i dlatego nie będę! Już nigdy! Przysięgam uroczyście, że od teraz będę żyła tak, żeby wszyscy mogli być ze mnie dumni i żebym ja mogła być dumna z siebie!