Postaci
Agata Walczyk - architektka, przeżywająca dylemat, czy jest bardziej
ucieszona możliwością przeprowadzki do uwielbianej stolicy, czy też
zasmucona, że musi opuścić ukochaną Gdynię.
Radosław Walczyk - brat Agaty, zarabiający na życie jako influencer
internetowy, czyli zdaniem siostry "kompletnie nic nierobiący".
Eugenia Krasucka - ciotka Agaty i Radosława, kobieta w tak zwanym
pięknym wieku, urodzona hedonistka, uzależniona od hazardu i używek,
teoretycznie pragnąca służyć swoim młodszym krewnym radą co do renowacji
odziedziczonego przez nich domu, a praktycznie chcąca urządzić go
całkowicie po swojemu i mieć tam swój azyl przed światem.
Wacława Konieczna - była nauczycielka w lokalnym liceum, wiedząca o okolicznych mieszkańcach więcej niż oni sami o sobie.
Iwona Czerwiec - pielęgniarka, spędzająca więcej czasu z sąsiadami
niż z własnym mężem, marynarzem.
Piotr Łuczek - sąsiad Walczyków, zastanawiający się, co jest w życiu
gorsze: przesadna dyskrecja czy też nadmierna wylewność.
Kinga Pilarczyk - nastoletnia sąsiadka Walczyków, przekonana, że ich
wuj skrywał niejedną tajemnicę.
Jakub Wolski - notariusz, wiedzący o swoich klientach o wiele więcej
niż przeciętny prawnik powinien.
Joanna Klimecka - nauczycielka języka polskiego, uznawana przez
uczniów za "pozytywnie walniętą", a przez kolegów za kosmitkę.
Ignacy Jastrzębski - emerytowany pułkownik, uważający, że "za każdy
grzech trzeba kiedyś zapłacić".
Miłosz Klepacki - student psychologii, pasjonat zjawisk
paranormalnych, przekonany, że dom Walczyków musiano zbudować na starym
indiańskim cmentarzu.
Konstanty Rudzki - reżyser horrorów, czasem (nieco za bardzo)
przypominających rzeczywistość.
Justyna Bodlewska - właścicielka sklepu ezoterycznego "Czary Mary",
uznawana przez jego klientów za bardziej tajemniczą niż wszystkie
sprzedawane przez nią rzeczy razem wzięte.
Krzysztof Darski - podinspektor policji, uważający wiarę w duchy za
zabobon i nieco zdziwiony, że ktoś może mieć w tej materii odmienne
zdanie.
Oraz gościnnie:
Mariusz "Mario" Kosek - współwłaściciel agencji PR "360 stopni",
szukający domu w spokojnej okolicy niedaleko od Warszawy.
Róża Krull - pisarka kryminałów, jak zwykle wkurzająca Darskiego,
Mario i wszystkich innych przyjaciół swoją śledczą smykałką.
Prolog
Puk, puk, puk, puk,
kto puka do drzwi?
Puk, puk, puk, puk,
ja wiem, że to ty!
Agata przycisnęła palce wskazujące do uszu. Przestała dzięki temu
słyszeć słowa dziecięcej piosenki, ale za to uświadomiła sobie, jak
mocno wali jej serce, a w skroniach pulsują naczynia krwionośne. Nie
miała jednak czasu tego analizować. Musiała jak najszybciej coś
wykombinować, zanim... Nie! Tego bała się wygłosić. Nawet w myślach.
Puk, puk, puk, puk,
na niebie malujesz błękity -
zachwycasz tym nas.
Puk, puk, puk, puk,
kto puka do drzwi?
Sympatyczny głos Kasi Zaniat ledwo co do niej docierał. Agata wiedziała
jednak, że tak naprawdę słychać go w każdym zakątku tego przeklętego
domu. Miejsca, w którym ani ona, ani jej brat nie powinni byli nigdy się
znaleźć. Co ich podkusiło, żeby tu zamieszkać?! I jaką teraz przyjdzie
im za to zapłacić cenę? Brat... Kiedy uciekła, jeszcze żył. Ale teraz...
Nie! Nie wolno jej tak myśleć!
Puk, puk, puk, puk,
ach wiosno! To ty!
Puk, puk, puk, puk,
szczęśliwa się budzę,
bo budzi się dziś cały świat!
Piosenka nagle ucichła. Agata ostrożnie odjęła palce od uszu. Tak... Było
cicho.
Nigdy nie sądziła, że cisza może być aż przerażająca. Niespodziewane
skrzypnięcie od strony drzwi sprawiło, że skamieniała.
"Co robić?!", to jedno pytanie kołatało jej się bez końca po głowie.
Walczyk rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się schroniła. Piąty
pokój. Ten, którego nie powinna była teraz jeszcze otworzyć. Ten, który
krył najbardziej przerażającą tajemnicę. Ten, przed którym ostrzegał
wujek.
Skrzypnięcie powtórzyło się raz, potem drugi i trzeci. Ktoś szedł po
schodach. Agata wiedziała, że za chwilę stanie w drzwiach. I być może
wtedy będzie już za późno, aby cokolwiek zrobić.
Nagły zgrzyt wywołał u niej dodatkowe dreszcze. Ktoś idący teraz
korytarzem najwyraźniej drapał paznokciami ścianę.
- Agatko! - Rozległ się miły, łagodny głos osoby, która w tym samym
miejscu wiele lat temu zrobiła coś przerażającego i wywołującego odrazę.
- Nie chowaj się! Przecież wiesz, że i tak cię znajdę! Chcę tylko
porozmawiać!
Wiedziała, że kłamie. Jak zawsze. Od kiedy tylko się poznali.
- Czemu się ukrywasz? - Głos dobiegał z coraz bliższej odległości. -
Przecież nie zrobię ci nic złego! Wiesz, że cię lubię...
"A ja ciebie nie", pomyślała. "Już nie!"
- Agatko... Agatko... Pora, żebyś wreszcie mnie zrozumiała...
W szparze między drzwiami a framugą zobaczyła fragment postaci. Jeśli
nawet do tej chwili miała jakiekolwiek wątpliwości, kto jest jej
prześladowcą, teraz pozbyła się ich ostatecznie.
"Jak mogłam być aż tak głupia i ślepa?", pomyślała z goryczą.
- Agatko...
Drzwi zaczęły się z wolna otwierać.
Zamknęła oczy. Nie miała odwagi, aby spojrzeć w twarz temu, kto zaraz
miał pozbawić ją życia.
Tak jak kiedyś kogoś innego.
Rozdział I
Trochę ponad miesiąc wcześniej, Gdynia
- Czy mógłbyś mi powiedzieć, dlaczego twój pokój prezentuje się tak,
jakby przeszło przez niego tornado? Co to jest? Kopia stajni Augiasza?!
Wezwałeś już Herkulesa?
Radosław Walczyk oderwał wzrok od komputera i nieco nieprzytomnie
popatrzył na stojącą w progu jego czternastometrowego królestwa siostrę.
- Co? - zapytał bez zrozumienia. - Jakiego Herkulesa?
- Półboga - wyjaśniła Agata zgryźliwie. - Greckiego.
- Że co?
Radosław nadal miał tak baranie spojrzenie, że aż zaczęła się
zastanawiać, czy jednak wieczne siedzenie przy komputerze nie dokonało
nieodwracalnych zmian w jego mózgu. Szkoda by było, bo dotąd działał
całkiem sprawnie. Może nie jak u Einsteina, ale i zdecydowanie nie jak u Jasia Fasoli.
- Po co? - Tym razem jednak jej brat wyraźnie trzymał się poziomu
kultowej postaci, granej przez Rowana Atkinsona.
- Żeby ci posprzątał. - Agata przewróciła oczami. - Radek, obiecałeś mi,
że będziesz utrzymywał tu porządek. Pamiętasz naszą umowę? Ja ogarniam
całą resztę, a ty dbasz o ten pokój. I co? Syf i malaria!
Chłopak się rozejrzał.
- Nie jest tak źle... - mruknął niepewnie.
- Nie - zgodziła się ironicznie jego starsza siostra - ale tylko pod
warunkiem, że postanowiłeś założyć tu melinę.
- Chyba jednak trochę przesadzasz...
- Taaak? - W głosie Agaty pojawiła się nutka złości. - Rozumiem w takim
razie, że te pudła po pizzy zgromadziłeś w jakimś konkretnym celu? Niech
zgadnę... Będziesz z nich wykonywał kasetony. A te pożółkłe białe skarpety
walają się tu jako początek instalacji artystycznej pod tytułem "Przez
brud życia codziennego do oświecenia", tak?
Nadal dość skutecznie oderwany od rzeczywistości Radek nie wyczuł jej
sarkazmu i tylko wzruszył ramionami. Jak zawsze w chwilach złości Agata
zastanawiała się, czy aby na pewno sześć lat temu podjęła słuszną
decyzję, gdy zadeklarowała, że się nim zaopiekuje. Z drugiej strony,
jakie miała wyjście? Oddać szesnastoletniego wówczas chłopaka do domu
dziecka albo pod opiekę dalekiego krewnego, którego żadne z nich nigdy
nie widziało na oczy? Wykluczone. Musiała wziąć odpowiedzialność za nich
oboje. I to dosłownie, bo jej szanowny braciszek wykazywał się
rozsądkiem godnym przedszkolaka, a nie, jak by nie patrzeć, wchodzącego
z wolna w dorosłe życie mężczyzny. Agata czasami nawet w duchu
podejrzewała, że być może cierpi on na jakąś formę opóźnienia w rozwoju,
choć dziwne wydawało jej się przy tym, że objawia się ono jedynie przy
okazji dbania o porządek. W każdej innej dziedzinie Radosław wykazywał
się lotnością orła, a jeśli idzie o kwestie związane z nowymi
technologiami, nawet i wrony, która, jak twierdzą naukowcy, jest
najmądrzejszym ptakiem na świecie i jako taka bije w kwestii
inteligencji każdego przeciętnego czterolatka.
- Ale o co ci znowu chodzi? - Brat powoli odzyskiwał w miarę normalne
spojrzenie. - Edytowałem właśnie tiktoka o trickach w smartfonach i może
trochę straciłem kontrolę nad tym, co tu się dzieje...
- Trochę! - parsknęła. - Może powinieneś nagrać tiktoka o porządku w swoim pokoju. Wróżę milionową oglądalność. I wizytę sanepidu.
- Dobra, zaraz tu sprzątnę - zapewnił Radek, po czym wstał z fotela i zgarnął w jedno miejsce walające się uprzednio po całym pokoju kartony
po pizzy. - Po co zaraz robić taką inbę? Jak się pobrudziło, to się
posprząta...
- W twoim wypadku jest to raczej zagadka logiczna - westchnęła Agata. -
Jak to się dzieje, że najpierw się brudzi, potem nie sprzątasz, a mimo
to jest czysto?
- To się nazywa: podział obowiązków - poinformował ją brat z szelmowskim
uśmiechem. - Ty dbasz o porządek, a ja na przykład rąbię drewno na opał.
- Zwłaszcza że mamy centralne ogrzewanie. - Agata popatrzyła na niego z politowaniem. - A ty prędzej odrąbałbyś sobie nogę, niż trafił w polano.
- Atak i próba poniżenia! - zauważył Radek triumfalnie. - Muszę to
zapisać w dzienniczku i przedyskutować potem ze swoim terapeutą.
Siostra powstrzymała się przed poinformowaniem go, gdzie dokładnie może
sobie schować notatki ze swojego dzienniczka, który założył kiedyś na
polecenie psychoterapeuty. Wiedziała, że jej brat traktuje sesje z nim
bardzo poważnie i że uratowały go one przed załamaniem się po śmierci
rodziców. Doskonale pamiętała ten dzień, kiedy w progu ich mieszkania
stanęło dwóch policjantów i przyciszonym, niepewnym głosem poinformowało
o tym, co się wydarzyło. Radosław nie odzywał się prawie przez miesiąc.
Nie wypowiedział ani jednego słowa nawet w czasie ceremonii pochówku.
Ani razu też nie zapłakał. Przez wszystkie te dni zdawał się wyłączony z rzeczywistości, nieobecny duchem. Agata liczyła na to, że sytuacja
zmieni się po pogrzebie, ale kiedy jego milczenie się przedłużało i zachodziła obawa, że w przyszłości pożytek z niego będzie miał jedynie
zakon kamedulski, zaciągnęła go do poleconego jej przez kogoś z rodziny
psychologa. Ten zdołał wyprowadzić Radka z mutyzmu i była mu za to
bardzo wdzięczna. Jednak cała reszta jego działalności terapeutycznej
mocno komplikowała jej życie. A najgorszy okazał się pomysł założenia
notesu, w którym jej brat miał zapisywać swoje uczucia. Ten dzienniczek
szybko stał się jej osobistym koszmarem. Trafiały bowiem do niego uwagi
głównie na temat jej osoby i tego, jak źle traktuje ona Radosława, a całą uwiecznianą tam radosną twórczość w jej opinii można było
podsumować jednym zdaniem: "Agata to suka z piekła rodem", z czym trudno
jej się było pogodzić.
- Po prostu posprzątaj, zanim zalęgną się tu szczury, proszę - rzekła
koncyliacyjnym tonem, przypominając sobie, po co przyszła do pokoju
brata, zanim zatkał ją stan owego pomieszczenia. - Wujek zmarł.
- Jaki wujek? - Radek przerwał zbieranie skarpetek z podłogi.
- Edward.
Chłopak zmarszczył brwi.
- Powinno mi to coś mówić? - zapytał ostrożnie.
- No taaak... - westchnęła. - Zapomniałam, że ty kojarzysz tylko jedną
osobę na całym świecie. Siebie samego. No, może jeszcze mnie.
- Jak przez mgłę - zapewnił ją brat z nieukrywaną ironią. - Więc? Kim
jest truposzczaczek?
- Naszym krewnym z Warszawy. - Agata darowała sobie wygłoszenie
umoralniającej pogawędki o tym, że o zmarłych należy mówić tylko z szacunkiem. - Bratem naszej świętej pamięci babci. To u niego mieliśmy
wylądować, kiedy zostaliśmy sami. Właściwie to nie my, tylko ty.
- A, już kojarzę. I może cię zdziwię, ale nawet pamiętam go z pogrzebu.
Taki ponury stary dziad, przypominający imperatora.
- Jakiego znowu imperatora? - zdziwiła się jego siostra.
- Z Gwiezdnych wojen - wyjaśnił Radek. - Przygarbiony, pomarszczony,
blady pokurcz.
- Ależ on nie żyje! - Agacie jednak, mimo postanowienia, nie udało się
powstrzymać oburzenia wobec sprzecznej z konwenansami wypowiedzi brata.
- No to co? - Chłopak wzruszył ramionami i wrócił do zbierania skarpetek
oraz innych elementów swojej garderoby porozsiewanych bogato po pokoju.
- Był, jaki był. Ja go tylko opisuję. Mnie on w sumie ani grzeje, ani
ziębi.
- Zaraz zacznie... - zapowiedziała tajemniczo starsza z rodzeństwa.
- A czemuż to? - Brat popatrzył na nią pytająco.
- O tym, że zmarł, powiadomił mnie prawnik, który jest jednocześnie
wykonawcą jego ostatniej woli. Poinformował też o dacie pogrzebu, o tym,
że wszystko jest ogarnięte i zajmuje się tym firma, którą Edward wybrał
jeszcze za życia, oraz o tym, że według testamentu jesteśmy
spadkobiercami wujka.
- Serio? - zdumiał się Radek, po czym nieco się ożywił. - Błagam,
powiedz mi, że to jest ta chwila, w której zawiadamiasz mnie, że
odziedziczyliśmy grube miliony i w związku z tym nie muszę nic robić do
końca życia.
- Niestety nie. - Siostra pokręciła głową. - Wuj był emerytem. Nie
klepał biedy, ale też nie miał specjalnie wielkich oszczędności. W gotówce zostawił jakieś pięćdziesiąt tysięcy złotych...
- Dobre i to - westchnął jej brat. - Darowanemu koniu... Czy koniowi?
- Tia, koniu, na pewno - mruknęła zgryźliwie Agata. - Kto ci dał maturę?
- Ktoś niekompetentny - zapewnił beztrosko Radek. - Chodzi mi o to, że
żaden pieniądz nie śmierdzi.
- Pieniądze to tylko dodatek... - oznajmiła siostra, znowu tajemniczym
głosem.
- Rozumiem, że stopniujesz napięcie - westchnął chłopak. - Jak
Hitchcock.
- Staram się. Więc poza gotówką odziedziczyliśmy też dom.
- Słucham?! - Z reguły nieokazujący żadnych gwałtowniejszych uczuć Radek
tym razem wyglądał na prawdziwie zszokowanego. - Jak to dom?!
- Zwyczajnie. Wujek nie miał żadnych innych krewnych. Tylko cioteczną
siostrę. Ją akurat na pewno kojarzysz...
- Ciocia Eugenia? - upewnił się chłopak, a kiedy siostra pokiwała głową,
z miejsca się rozpogodził. - Kocham!
- Nie za bardzo podzielam twój entuzjazm - rzekła Agata z przekąsem.
- Bo jesteś boomerką - mruknął lekceważąco jej brat. - Duchową. A my z ciocią Genią mamy fantazję!
- Nie wiem, czy zawleczenie cię do kasyna, kiedy miałeś osiemnaście lat,
było przejawem fantazji, czy raczej skrajnej lekkomyślności z jej
strony. - W głosie dziewczyny słychać było potępienie. - Albo urżnięcie
cię w trupa jakimś lipnym bimbrem...
- Po pierwsze, w kasynie wygraliśmy, i to całkiem niezłą sumkę -
przypomniał Radek. - A po drugie, to nie był bimber, tylko nalewka
przyjaciółki cioci Geni. Jakiejś babki z Częstochowy. Ona robi te
nalewki od czasów pierwszych Piastów w celach zdrowotnych. Głupiego kaca
po nich nie ma. I to nawet, gdy obalisz litr. To znaczy ja nie
próbowałem. Ciocia tak twierdzi i wierzę jej na słowo. Poza tym te
nalewki są zawsze święcone na Jasnej Górze. Więc to w sumie prawie tak,
jakbyśmy pili wino mszalne. Skoro ksiądz nie ma z tym problemu, to nie
widzę powodu, żebyś ty miała!
- A coś ty się nagle zrobił taki religijny? - zdziwiła się ironicznie
Agata i usiłowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała brata w kościele. Po chwili doszła do wniosku, że najpewniej na pogrzebie ich
rodziców. A wcześniej na własnej pierwszej komunii, bo Radek do takowej
w ogóle nie przystąpił.
- To nie religijność, tylko pragmatyzm - pouczył ją Radek. - Jak
doskonale wiesz, alkohol to siki szatana. Skoro więc już trzeba jakiś
pić, to najlepiej taki z licencją Kościoła. Nie mogą skazać cię na
piekło za coś, co sami poświęcili, prawda?
- Strasznie bredzisz - stwierdziła stanowczo jego siostra. - To po
pierwsze. A po drugie, wcale nie trzeba pić...
- Przy cioci Geni trzeba - zapewnił ją brat. - Możesz mi wierzyć na
słowo.
- Nieważne. - Agata wiedziała, że jej młodszy braciszek ma niezwykłą
umiejętność prowadzenia takich bezsensownych dyskusji w nieskończoność,
i wolała to zawczasu ukrócić. - Istotne, że trzeba będzie się
zastanowić, co zrobić z tym domem.
- A gdzie on się znajduje? - zaciekawił się Radek. - Bo nie pamiętam
dokładnie.
- W Piastowie.
- Nic mi to nie mówi. Ale chyba nie musi.
- To jest tak blisko stolicy jak Gdynia Sopotu.
- Czyli nie masz pojęcia, gdzie się jedno kończy, a drugie zaczyna?
Czaję. I jaki jest ten dom?
Agata się zamyśliła i usiłowała przywołać dawne obrazy.
- Nie za bardzo go pamiętam - przyznała po chwili. - Odwiedziłam wujka,
kiedy miałam sześć lat. Mama była już wtedy w ciąży z tobą, bodajże w szóstym miesiącu, i jedyne, co mi się zapisało w głowie, to jej
narzekania na schody, że są strasznie wysokie i że projektował je ktoś,
kto zapewne nigdy nie miał żony w stanie błogosławionym. Ona jakoś
wyjątkowo źle znosiła tę ciążę. Może przeczuwała, jakiego dzbana urodzi.
- A, czyli w sumie ja też tam byłem - ucieszył się Radek, ignorując
siostrzaną ocenę swojego charakteru.
- Owszem, ale tylko zdaniem posłanek prawicy - orzekła Agata. - Według
tych z lewicy jeszcze cię nie było. A ci z centrum znieśliby dyscyplinę
partyjną, gdyby mieli nad tym głosować.
- Pokonaj sklerozę i przypomnij sobie coś więcej o tym domu - poprosił
Radek, który pogardliwym milczeniem pominął dygresję siostry w przedmiocie jakości rodzimej sceny politycznej. - Chyba jeszcze nie masz
kompletnej demencji.
- Na pewno był stary - dziewczyna z trudem przebijała się przez, jak by
to ujął poeta, mroki swojej niepamięci - ale za to otoczony zielenią.
Był tam ogród, mocno zaniedbany. W sumie pamiętam go o wiele lepiej niż
sam dom, bo mama czytała mi wcześniej Tajemniczy ogród i jak tam
siedzieliśmy, to mi się jedno skojarzyło z drugim. Wtedy żyła jeszcze
żona wujka. Ją pamiętam idealnie. Chodziła zawsze na czarno i chyba
nigdy się nie uśmiechała.
- Jesteś kompletnie do bani - orzekł jej brat, patrząc na nią z niesmakiem. - Weź rusz tym swoim głąbem i zwizualizuj sobie, czy był
duży, ile miał pomieszczeń...
- Ale po co ci takie informacje?!
- Jak to po co? - zdziwił się szczerze Radek. - Chcę wiedzieć, ile
zarobimy na jego sprzedaży. Dom pod Warszawą to już brzmi jedwabiście.
Ale jeśli w dodatku jest duży i atrakc... - Mina siostry sprawiła, że
przerwał. - Coś nie tak?
- Jest jedna przeszkoda - oznajmiła smętnie Agata. - Nie możemy go
sprzedać.
- Niby dlaczego nie możemy?!
- Wujek w testamencie zapisał go nam... Jak by to ująć? Warunkowo. Jeśli
zaakceptujemy spadek, to przez rok musi on pozostawać naszą własnością.
Mało tego, przez ten czas nie wolno nam go nawet nikomu wynajmować.
Oczywiście możemy zrzec się spadku. Nikt nas nie zmusza, żeby go
przyjmować. Tyle że...
- Taaak...? - Brat nie spuszczał z niej oka.
- Wtedy dostanie się w ręce Karolka i Marianki.
- Noż, kurwa - parsknął Radek.
- Jakkolwiek bym walczyła o zachowanie pewnych form kulturalnych w wyrażaniu uczuć, to tym razem w pełni podzielam twoją reakcję -
przyznała Agata.
Karolek Lipniewski był ich stryjecznym bratem, a Marianka jego żoną. W zgodnej opinii Walczyków oboje zasługiwali na miano bęcwałów, i to
takich, że ze szkłem powiększającym próżno szukać drugich podobnych na
tym globie. Ulubionym hobby Marianki była ona sama. A dokładniej rzecz
ujmując - jej uroda. Licząc sobie zaledwie dwadzieścia siedem lat,
Lipniewska w liczbie zastosowanych zabiegów estetycznych mogła się
równać z Donatellą Versace. Zdaniem Radosława jedynym, co pozostało w niej naturalne, był jej głos, a i to nie do końca, bo po założeniu na
zęby upiornie białych licówek Marianka zaczęła lekko seplenić. I choć
wszyscy dokoła uważali ją za dzieło doktora Frankensteina, a raz nawet
na jej widok jakieś obce dziecko dostało ataku histerii, bo jak
wyjaśniła jego mama, cierpiało na "klaunofobię", to jedna osoba na
planecie zdawała się nią zachwycona. Był to jej mąż. Po każdej kolejnej
operacji, jaką sobie zrobiła, Karolek uważał swoją ślubną za coraz
bliższą ideału piękna. Ideału, do którego jemu samemu było bardzo, ale
to naprawdę bardzo daleko. Obdarzony przez matkę naturę wzrostem
siedzącego spaniela, brzuszydłem godnym hipopotama, umieszczonym w dodatku na niedorzecznie cienkich, wręcz bocianich nogach, odstającymi
uszami i mocno przerzedzoną czupryną, Lipniewski pod względem
atrakcyjności plasował się gdzieś między Shrekiem a bojlerem
elektrycznym. Przy czym do tego pierwszego zdecydowanie brakowało mu
uroku osobistego, a do tego drugiego - użyteczności. Mariance jednak
jego aparycja nie przeszkadzała. Najważniejsze, że wielbił ją niczym
bóstwo i gotowy był bez mała całować miejsca, gdzie postawiła swoją
stópkę, a do tego posiadał konto bankowe opiewające na osiem cyfr. Poza
tym charakterologicznie dobrali się perfekcyjnie. Oboje byli
zakamieniałymi egoistami, pozbawionymi empatii i szczątkowej choćby
przyzwoitości. Świństwa ludziom robili dla własnej satysfakcji,
kantowali wszystkich, jak się tylko dało, i dla swojego interesu zdolni
byli bez mrugnięcia okiem wymordować pół planety.
- To chyba nie mamy wyjścia - westchnął Radek.
- W sumie nic nam nie szkodzi przenieść się pod Warszawę - zauważyła
Agata. - Ty masz... - popatrzyła na brata z przekąsem - ... pracę, którą
możesz wykonywać z każdego miejsca na świecie, a ja właśnie rozmawiałam
ze swoim szefem, choć z ciężkim sercem, ale zgodził się mnie przenieść
do biura w stolicy.
- Poczekaj, poczekaj... - Chłopak spojrzał na nią uważnie. - Chcesz mi
powiedzieć, że mamy się tam przeprowadzić oboje?
- A jak inaczej? Trzyma cię tu coś? Albo ktoś?
- Sama wiesz, że nie.
- No właśnie. Mnie też nie. I mówiąc szczerze, po tym wszystkim, co
przeżyłam ostatnio, przyda mi się nowy start.
Wyraźnie oszołomiony Radosław przez chwilę zbierał myśli. Z jednej
strony nagła przeprowadzka do stolicy oznaczała dla niego rozstanie z przyjaciółmi i miastem, które w sumie bardzo lubił, ale z drugiej dawała
szansę na kolejną, być może fascynującą przygodę. Nowe znajomości,
miejsca, kluby... Wiadomo, co Warszawa, to Warszawa! Co prawda ciocia
Genia twierdziła zawsze, że "warszawka to tylko kupa obiboków i korposzczurów, udających, że coś w życiu znaczą, siedlisko narkomanii,
prostytucji i lewych interesów, do tego co druga mieszkająca tam osoba
nie mówi po polsku, a od korków można dostać pierdolca", ale i dodawała,
że odkąd się tam przeniosła na stałe, nie wyobraża sobie, jak mogła
mieszkać gdziekolwiek indziej, no może wyjąwszy z tego Amsterdam, gdzie
"trudno było jej powiedzieć, czego miała więcej: zioła czy młodych,
jurnych kochanków". Oczywiście w jej słowach kryło się pewnie sporo
przesady, ale z pewnością w Warszawie było bardziej rozrywkowo niż w Trójmieście. A do Gdyni zawsze można będzie wpaść, żeby się zobaczyć z ziomalami. Przecież to tylko trzy godziny jazdy pociągiem.
- Czemu by nie... - rzekł w końcu. - Zanim jednak wypowiemy umowę najmu
tutaj, może najpierw obejrzyjmy ten dom? Bo jeśli to rozlatująca się
rudera, w którą trzeba będzie wpakować setki tysięcy złociszy, których
jakoś u nas nie zauważyłem, to się wycofamy.
- Przecież nie mówię, żeby palić za sobą mosty. - Agata wyjątkowo w pełni podzielała zdanie brata. - Oczywiście, że wcześniej zrobimy
rekonesans. I to nie sami, bo guzik się znamy na tym, jak powinna
wyglądać taka chałupa i co tam sprawdzić, żeby zaraz po przeprowadzce
się nie okazało, że w jedną dobę wysiądą nam prąd, gaz i woda oraz urwie
się sufit w łazience...
- Mam wrażenie, że opowiadasz mi fabułę Skarbonki - mruknął Radek,
pomny tego, że choć ostatnio świetnie się bawili przy oglądaniu owej
komedii z Tomem Hanksem, to co innego widzieć rozpadający się dom na
ekranie telewizora, a co innego w takowym zamieszkać.
- Dlatego właśnie planuję poprosić o pomoc fachowców, którzy obejrzą
nasz spadek i powiedzą nam, czy gra jest warta świeczki. A ty... -
dziewczyna krytycznym wzrokiem rozejrzała się po pokoju brata - na
wszelki wypadek zacznij już powoli pakować swoje graty. Choć w sumie na
komputer, ekran i lampy wystarczy ci jeden plecak, prawda? Reszta twoich
rzeczy jest w takim stanie, że spokojnie możesz je wyrzucić, bo nie
nadają się nawet do lumpeksu.
- Też cię kocham - westchnął Radek i wrócił do zbierania skarpetek. -
Nad życie.
Rozdział II
Mniej więcej w tym samym czasie, Piastów
Wacława Konieczna z wyraźnym zdegustowaniem studiowała wypisane kredą na
tablicy menu dnia świeżo co otwartej restauracji "Pod Piastem",
położonej w centrum jedynej, jej zdaniem, słusznej części Piastowa.
Miasto przedzielone było bowiem linią kolejową. Po jednej stronie
znajdowały się głównie stare domy i nowsze luksusowe wille, czasami
niezbyt dobrze świadczące o guście osób, które je wybudowały. Po drugiej
za to wyrosły blokowiska oraz nowoczesne apartamentowce.
Mieszkańcy części pierwszej uważali, że tak naprawdę jedynie ich teren
zasługuje na miano Piastowa, i ową drugą traktowali jak zło konieczne.
Wacława nazywała ją w duchu "Azją" i starała się bywać tam jak
najrzadziej. Niestety, jak na złość, to właśnie w tej części znajdowały
się jej ulubione lokale gastronomiczne. Konieczna nienawidziła gotować i odkąd tylko prawie czterdzieści lat wcześniej opuściła dom rodzinny,
odżywiała się głównie w restauracjach, dodając do nich ostatnimi czasy
też dostarczany jej do domu catering. Ponieważ jednak wybrana przez nią
gwoli oszczędności opcja "tysiąc dwieście kalorii dziennie" często
okazywała się niewystarczająca, z ciężkim sercem zmuszona była udawać
się do azjatyckiej części Piastowa i dojadać w tamtejszych lokalach.
Niestety nie była nimi zachwycona nie tylko z powodu ich lokalizacji. Po
prostu nie spełniały wymogów jej wysublimowanego podniebienia. Jakoś nie
umiała zaakceptować, gdy pod nazwą "owsianka z nasionami goja"
dostarczono jej coś, co przypominało kocie rzygi, zamiast barszczu
ukraińskiego otrzymywała pofarbowaną na purpurowo wodę, a w roli sałatki
greckiej występowało kilka listków sałaty, jeden gnijący z wolna
pomidor, skwaśniała ze starości cebula, wysuszone na wiór plasterki
ogórka oraz wytwór fetopodobny, na którego widok każdy rodak Sokratesa
albo padłby na zawał, albo podłożył bombę pod zakład serwujący owo cudo.
Po paru takich niespodziankach kulinarnych doszła do wniosku, że pora
coś zmienić w swoim sposobie żywienia, choć oczywiście nie planowała
przerzucenia się na edukację z Ewa gotuje.
I wtedy dowiedziała się, że jakby na zamówienie kilkadziesiąt metrów od
jej małego, zaniedbanego domku wyrasta nowy przybytek gastronomiczny. W dodatku oferujący śniadania, obiady i kolacje. Od chwili otwarcia
odwiedzała go codziennie, czasem po kilka razy. Paradoksalnie jednak
częstotliwość jej wizyt wcale nie szła w parze z zachwytem nad tym, co w lokalu serwowano, choć przyznać musiała, że przynajmniej nazwy potraw
były tu zawsze zgodne z zawartością talerza.
- Kurczak w tym, kurczak w tamtym... - mruczała teraz pod nosem. - Jeszcze
jeden obiad u was i sama zamienię się w kurę.
Obserwująca ją uważnie właścicielka restauracji, Barbara Ryłko, choć
przyzwyczajona do zrzędzenia stałych klientów, z trudem hamowała
irytację. Doskonale pamiętała, że nie dalej niż wczoraj jej najbardziej
upiorna klientka urządziła kucharzowi piekło za brak drobiu w menu i stwierdziła, czerpiąc ową bezcenną wiedzę z internetu, że od każdego
innego mięsa dostaje się rozmaitych chorób, na czele ze świerzbem i szkorbutem, a na uwagę, że może przecież wybrać ryby, odparła, że w tych
czasach wszystko, co pływa, ma w sobie metale ciężkie i jest
rakotwórcze, zaś na propozycję potraw jarskich, burknęła, że nie jest
krową na pastwisku, by przeżuwać trawę.
- Niech pani spróbuje sznycla wiedeńskiego - poradziła jej teraz - albo
udka z kaczki. Albo ravioli z gęsiną na palonym maśle. Palce lizać!
- Ech... - westchnęła Wacława z wyraźną niechęcią. - To masło nie brzmi,
jak coś dobrego. Raz kiedyś wpadłam na niedorzeczny pomysł, żeby samej
coś ugotować. Przypaliłam wtedy masło i nie było to smaczne. A kaczki
nie lubię. Zawsze jest za sucha. Pani da tego sznycla. Może jutro będzie
coś lepszego.
- A na co miałaby pani ochotę? - zapytała Ryłko, zdziwiona, że dopiero
teraz wpadła na to, aby przygotowywać Wacławie to, czego ta będzie sobie
życzyła.
Jak się okazało, nie był to jednak szczęśliwy pomysł.
- Nie wiem. - Brzmiała mianowicie odpowiedź Koniecznej. - To pani jest
tu od gotowania, a ja od...
"...marudzenia", dopowiedziała w duchu restauratorka.
- ... jedzenia - dokończyła Wacława. - Pani zrobi po prostu coś dobrego.
- Postaram się - obiecała Barbara, w duchu życząc swojej klientce, żeby
ją złapało lumbago i dała jej spokój choć na kilka dni, po czym
przycisnęła guziczek interkomu łączącego ją z kuchnią. - Sznycel raz, z purée i zestawem surówek.
- Za zestaw dziękuję - rzekła szybko Wacława. - Wszystko robicie z kapustą, a ona powoduje u mnie wzdęcia. Z samym purée! Chyba że ma pani
groszek z marchewką! Albo najlepiej samą marchewkę!
- Zamiast surówek poproszę o groszek z marchewką - rzuciła Barbara do
interkomu. - Dziękuję! - Wróciła wzrokiem do swojego gościa. - Niech
pani usiądzie przy stoliku. Podam pani jedzenie. Jak zawsze.
- Nie chcę - oparła kapryśnie Konieczna. - Siedzę cały dzień w domu i nie mam do kogo ust otworzyć, to chociaż sobie przez chwilę pogadam z panią. I tak nie ma tu poza nami żywego ducha.
- Jasne - opowiedziała z rezygnacją Barbara, darowała sobie wygłoszenie
uwagi, że mało kto konsumuje obiad przed południem. - Możemy...
- Wie pani, że się zmarło staremu Mularczykowi? - Wacława z trudem
usadowiła się na jej zdaniem zdecydowanie zbyt małym krzesełku przy
barze, po czym potoczyła wzrokiem po wystawionych na ladzie trunkach. -
Pani mi naleje z łaski swojej trochę czerwonego wina. Poszłam do lekarza
pierwszego kontaktu i pozwolił mi pić dwa kieliszki dziennie. Powiedział
nawet, że to dobre dla zdrowia. Potem odwiedziłam gastrologa i też się
od niego dowiedziałam, że dwa kieliszki mi nie zaszkodzą. To razem
cztery. Muszę zaczynać wcześniej, bo jak piję wszystkie naraz wieczorem,
to potem z rana łeb mnie napieprza.
Barbara w duchu pomyślała, że dobrze się składa, iż jej dzieci skończyły
szkołę już dawno i Wacława nie uczyła ich żadnego przedmiotu. W szczególności logiki.
- Jasne, jasne - zapewniła, nalewając jej żądany trunek. - Który to był
Mularczyk?
- Ten, co miał dom na Kryminalnej.
Konieczna desperacko starała się zachować pion na krzesełku barowym,
ponieważ jednak zachodziła obawa, że za moment wyląduje na posadzce,
przyciągnęła sobie drugie i umościła na nim zsuwający się jej poprzednio
pośladek. Dopiero dwa stołki zapewniły jej idealne siedzisko.
- Taki mruk i odludek. Zawsze się go trochę bałam. Miał bardzo
sympatyczną żonę, Kalinę. Na pozór ponuraczka, ale jak się z nią
zaprzyjaźniło, to okazywało się, że to całkiem miła osoba. Będzie już z dziesięć lat, odkąd się zmarło biedaczce. Zapalenie płuc. Wiecznie była
taka szczuplutka. Nic dziwnego, że ją choroba zmiotła w kilka dni. Wciąż
powtarzam, że lepiej wyhodować trochę ciała, bo wtedy wirusy się inaczej
rozkładają i są mniej groźne.
Barbara otworzyła usta, aby zapytać, z jakiej piekielnej czeluści
internetu Wacława czerpie swoje mądrości medyczne, ale szybko je
zamknęła, bo uświadomiła sobie, że nie ma co zaczynać z nią
jakiejkolwiek dyskusji. Znała ją już na tyle dobrze, aby wiedzieć, że
ona musi mieć zawsze ostatnie słowo, tudzież udowodnić wszystkim dokoła,
że zna się na wszystkim najlepiej. Nie było warto tracić życia na
przekonywanie jej, że jest inaczej.
- Po jej śmierci jeszcze czasem wychodził z domu - kontynuowała
Konieczna ściszonym nieco głosem - ale potem zdarzyła się ta tragedia i mało kto go po niej widział na mieście.
- Tragedia? - Barbara popatrzyła na nią pytająco.
- Ach, no tak! - Wacława popukała się w czoło. - Przecież pani jeszcze
tu wtedy nie było! Pięć lat temu w domu Mularczyka znaleziono martwe
dziecko.
- Słucham?! - Ryłko zrobiła wielkie oczy.
- Nooo...! - Konieczna była wyraźnie zadowolona z wrażenia, jakie wywarły
na restauratorce jej słowa. - To było jakoś tak latem. Tak jak teraz.
Mularczyk wyjechał wtedy do sanatorium. Kiedy wrócił, okazało się, że w jednym z pokojów na poddaszu leżą zwłoki dziewczynki. Wezwał pogotowie i policję. Okazało się, że ona nie żyje już od kilku dni. Podobno widok
był przerażający.
- A co jej się stało?
- Została zamordowana - rzekła z całkiem nieźle zagraną zgrozą Wacława,
która i w tamtych czasach, i teraz w skrytości ducha upajała się tą
tragedią. - Ktoś najpierw uderzył ją ciężkim przedmiotem w głowę, a potem udusił. Straszne. Naprawdę straszne. Nawet teraz, kiedy o tym
opowiadam, mam gęsią skórkę. Niech pani zobaczy! - Podetknęła
zaskoczonej Barbarze pod nos swoje przedramię.
Ryłko w ostatnim momencie pohamowała wygłoszenie uwagi, że nie widzi
gęsiej skórki, tylko dziwne sine plamy, wskazujące na to, że Wacława ma
problemy z wątrobą.
- I co dalej? - zapytała w zamian, szczerze zaciekawiona. - Złapano
mordercę?
- No właśnie nie! - zaprzeczyła Wacława. - Było śledztwo. Prawie
wszystkich nas przesłuchiwano. Tak z pół miasta! Mnie nawet trzy razy!
- Dlaczego?
- Bo to była uczennica z mojej klasy. Karolina Studzik. Cicha, spokojna
dziewczynka. Bardzo dobrze się zapowiadała. Miała wtedy szesnaście lat.
- To już nie takie dziecko... - wyrwało się Barbarze, która dotąd miała w wyobraźni wizję kogoś znacznie młodszego.
- Dla mnie oni zawsze są i pozostaną dziećmi - wyjaśniła Wacława. -
Większość z nich znałam bez mała od niemowlęctwa. Wychowywali się na
moich oczach...
- Rozumiem. - Ryłko pokiwała głową.
- Tak jak powiedziałam, Karolina była miłą dziewczyną. Nie miała żadnych
wrogów. Nie przebywała w złym towarzystwie. Nie sprawiała żadnych
problemów. Jej morderstwo było dla nas wszystkich szokiem. No i Edzio od
tego czasu zdziwaczał do reszty...
- Edzio? - Barbara zmarszczyła brwi.
- Mularczyk - dopowiedziała Wacława. - Miał na imię Edward, ale ja go
nazywałam Edziem. Poznaliśmy się zaraz po tym, jak się tu z Kalinką
sprowadzili. Jakoś w latach osiemdziesiątych. Byliśmy wszyscy tacy
młodzi. Mieszkałam jeszcze z rodzicami.
- Ale kto to mógł zrobić? - Zszokowana Barbara nie umiała oderwać się od
kwestii morderstwa. - Byli jacyś podejrzani?
- Na początku wykluczono Mularczyka - poinformowała Konieczna. -
Ponieważ ciało znaleziono w jego domu, to automatycznie stał się
podejrzanym numer jeden. Ale zbadano dokładnie jego alibi i ustalono
ponad wszelką wątpliwość, że w chwili śmierci Karolinki przebywał w Ustroniu, czyli prawie czterysta kilometrów stąd. Potem policja
zainteresowała się jego... hmm... przyjaciółką. Bo po śmierci Kalinki Edzio
zapoznał taką jedną. Bożenkę.
- Z pani tonu wnoszę, że nie za bardzo ją pani lubiła...
- A co tu było lubić? - prychnęła lekceważąco Wacława. - Podstarzała
lampucera, próbująca udawać, że wciąż jest nastolatką. Żenada. Niesmak
brał od samego patrzenia na to, jakie robiła z siebie pośmiewisko.
Zawsze ubierała się tak wyzywająco. Jakieś panterki, krótkie spódniczki.
I tapir na łbie. Tylko w środku pustka. No, ale okazało się, że i ona
miała alibi. Po tym wszystkim szybko się z Edziem rozstali.
- Czyli nie znaleziono sprawcy?
Wacława pokręciła głową.
- Policja się poddała - westchnęła ze smutkiem. - Zbyt prędko, jeśli
zapytałaby mnie pani o zdanie. Karolinka miała chłopaka. Taka tam
licealna miłość, nic w sumie wielkiego. Ale wiadomo, że tak jak w wypadku małżeństw, jeśli ktoś ginie, to najbardziej podejrzany jest
współmałżonek, tak i tu miałam przeczucie, że powinni wziąć pod lupę
tego całego Miłoszka...
- Miłoszka? - Barbara popatrzyła na nią pytająco.
- Tak. Klepackiego - wyjaśniła Wacława. - Odkąd pamiętam, był strasznym
dziwakiem. Mieszkał z rodzicami za Grodziskiem, ale przyjeżdżał tutaj do
babci, a jak zaczął chodzić u nas do liceum, to się do niej przeniósł.
Zamiast bawić się z chłopakami, grać w piłkę, jeździć na rowerze,
wiecznie siedział w domu. Lekcje zawsze odrobione, nigdy żadnych
wagarów. Sama pani przyzna, że to nienormalne.
Jakkolwiek dziwacznie zabrzmiałyby ostatnie zdania w ustach, bądź co
bądź, nauczycielki, Ryłko w pełni podzielała jej opinię.
- A po zrobieniu matury zaczął studiować psychologię - dodała Wacława
takim tonem, jakby jej były uczeń co najmniej wstąpił do sekty
satanistycznej. - Rozumie pani?!
- Studia jak studia. - Barbara wzruszyła ramionami.
- Ale nie dla chłopaka! - oburzyła się Konieczna. - Mówię pani, że jest
w nim coś nienormalnego. Kiedy go teraz widzę z daleka na ulicy, to albo
odwracam się i idę w drugą stronę, albo staram się gdzieś schować.
Ciarki przechodzą mi po plecach za każdym razem, gdy wpadam na niego
przez przypadek w sklepie albo w pociągu. A na dodatek po śmierci babci
zamieszkał w jej domu. Całkiem blisko mnie! Zgroza. Zresztą koło domu
Edzia też strach przechodzić...
- A to czemu?
- Mówią, że od momentu, kiedy ktoś zamordował tam tę dziewczynę, budynek
jest nawiedzony...
Barbara wytrzeszczyła na nią oczy.
- No co też pani mówi...!? - wykrzyknęła tonem, po którym trudno było
rozstrzygnąć, czy jest bardziej przestraszona, czy rozbawiona.
- Kilka osób widziało tę dziewczynę w nocy, jak stała w oknie. - Wacława
ponownie zniżyła głos. - A gdy Edzio znów pojechał do sanatorium i zostawił klucz swojemu sąsiadowi, Piotrusiowi Łuczkowi, żeby mu podlewał
kwiaty, to ten po kilku dniach chodził tak zestrachany, że aż przykro
było na niego patrzeć. A w rozmowie z Ignacym... Zna go pani, też tu bywa...
- Chyba nie kojarzę.
- Taki starszy, postawny pan. Były wojskowy. Pułkownik. Zamawia zawsze
nóżki w galarecie, krupnik i golonkę.
- A, ten! - skojarzyła Barbara i w ostatniej chwili ugryzła się w język,
by nie poinformować swojej rozmówczyni, że zdążyła już wraz z załogą
restauracji ponadawać stałym klientom ksywki i ta pułkownika brzmi
"Sztywniak". Tym bardziej że musiałaby przy okazji zdradzić, że ją z kolei za plecami nazywają "Pontonem".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki