PROLOG
18 lipca 1942 roku. Przybywam do znajdujących się w Chemnitz
wspaniałych, bielutkich koszar o owalnym kształcie. Wywierają na mnie
wielkie wrażenie, budzą strach i podziw zarazem. Na moją prośbę dostałem
przydział do 26. plutonu eskadry Sturmkampflugzeug Kommandant Rudel.
Niestety odrzucono mnie na testach Luftwaffe! Niemniej chwile spędzone
na pokładzie Ju-87 pozostaną cudownymi wspomnieniami. Prowadzimy tam tak
intensywny tryb życia, że czegoś podobnego nigdy jeszcze nie zaznałem.
Każdy dzień przynosi coś nowego. Otrzymuję nowiutki, dopasowany mundur,
parę butów trochę używanych, ale w bardzo dobrym stanie. Jestem bardzo
dumny ze swego umundurowania. Jedzenie jest dobre. Nauczyłem się też
kilku piosenek wojskowych, które wykonuję z okropnym akcentem
francuskim. Wywołuje to śmiech pozostałych żołnierzy, moich pierwszych
kolegów w wojsku.
Ćwiczenia w piechocie, do której zostałem wcielony, są już mniej zabawne
niż żywot pilota. Trasa, jaką żołnierz ma do przebycia, to
najtrudniejsza rzecz z dotychczas poznanych. Jestem krańcowo wyczerpany;
często zasypiam w kantynie. Jednak mam znakomite samopoczucie i pomimo
tylu obaw i rozterek rozpiera mnie radość, co jest dla mnie rzeczą
niepojętą.
15 września opuszczamy Chemnitz. Udajemy się pieszo do oddalonego o czterdzieści kilometrów Drezna, skąd wyruszamy pociągiem na Wschód.
Przejeżdżamy przez sporą część Polski. Na kilka godzin zatrzymujemy się
w Warszawie. Wspólnie z moim pododdziałem zwiedzam miasto, przede
wszystkim owo słynne getto lub raczej to, co z niego pozostało. Wracamy
na dworzec bezładnymi grupami. Wszyscy z uśmiechem na twarzy. Polacy
również się do nas uśmiechają, szczególnie dziewczyny. Niektórzy starsi
żołnierze, odważniejsi ode mnie, wracają w ich miłym towarzystwie aż na
dworzec. Ruszamy w dalszą drogę, by ostatecznie zatrzymać się w Brześciu
Litewskim.
Stamtąd docieramy piechotą do niewielkiej miejscowości odległej o mniej
więcej piętnaście kilometrów. Czujemy chłód, lecz pogoda jest cudowna.
Jesień na dobre zagościła w tej uroczej, leżącej na pagórkowatym terenie
wiosce. Przechodzimy teraz przez wysoki las. Feldfebel Laus donośnym
głosem każe nam utworzyć szyk marszowy. Rytmicznym krokiem wchodzimy na
polanę, gdzie w głębi wznosi się zamek jak z bajki. Maszerujemy aleją,
śpiewając na cztery głosy: "Erika, kochamy cię". Na spotkanie z naszą
kolumną wychodzi dziesiątka wojskowych. Wśród nich dostrzegam kapitana
noszącego lśniące epolety oficerskie.
Spotkanie obu grup następuje w idealnym momencie: akurat gdy kończymy
ostatnie słowa piosenki. Jeszcze raz rozlega się ryk feldfebla,
zatrzymujemy się, po czym pada kolejna komenda i wykonując nienaganny
zwrot w miejscu, trzysta par butów powoduje ogłuszający stukot.
Następuje regulaminowe powitanie, a potem kontynuujemy marsz aż do murów
tego wspaniałego zamku.
Na dziedzińcu dowództwo zarządza apel. Wywołani tworzą nowy szereg,
który rośnie, w miarę jak nasz się kurczy. Dziedziniec zapchany jest
najróżniejszymi pojazdami wojskowymi. Tłoczy się przy nich z pół tysiąca
żołnierzy w pełnym oporządzeniu gotowych - jak się wydaje - do wymarszu.
W trzydziestoosobowych grupach kierowani jesteśmy do pomieszczeń, które
będziemy zajmować. Jakiś tutejszy żołnierz krzyczy do nas:
- Tędy! Zmiana warty!
Wnioskujemy z tego, że tłoczące się przy ciężarówkach chłopaki
opuszczają tę królewską siedzibę, co wyjaśnia ich markotny wyraz twarzy.
Dwie godziny później dowiem się, że ich kolejną rezydencją będzie jakieś
miejsce na niezmierzonych obszarach Rosji. Rosja - a więc wojna! Wojna,
której jeszcze nie znam.
Ledwo zdążyłem położyć swój skromny ekwipunek na jednym z drewnianych
łóżek, które sobie wybrałem, gdy padł rozkaz stawienia się na
dziedzińcu. Jest około drugiej po południu. Nie licząc kilku sucharów,
jakie udało nam się zdobyć w Warszawie, nie jedliśmy nic od ostatniego
przydziału żywności. Wczoraj wieczorem, gdy jechaliśmy do Polski,
otrzymaliśmy racje żywnościowe w postaci białego sera, marmolady i żytniego chleba. Tak czy inaczej, w grę może wchodzić tylko południowy
posiłek, i to spóźniony o trzy godziny. Nic z tych rzeczy! Na dole
spotykamy odzianego w sportowy strój feldfebla, który ironicznym głosem
proponuje nam wspólną kąpiel, ot, mały aperitif. Sportowym truchtem
ciągnie nas spory kawałek od nowych koszar, do oddalonego o dobry
kilometr niewielkiego, leżącego na piaszczystym terenie stawu, do
którego wpada rzeczka. Tam, przybierając marsowy wyraz twarzy, rozkazuje
nam rozebrać się do naga. Sterczymy jak idioci, tak jak nas Pan Bóg
stworzył. Feldfebel zanurza się pierwszy i daje nam znak, byśmy poszli w jego ślady.
Wszyscy wybuchamy śmiechem. Jeśli o mnie chodzi, muszę przyznać, że
śmiałem się wbrew sobie. Kiedy wspomniałem uprzednio, że jest piękna
pogoda, miałem oczywiście na myśli przechadzkę, a nie kąpiel. Nie sądzę,
by temperatura powietrza przekraczała teraz siedem albo osiem stopni,
toteż nieśmiało zanurzam prawą stopę w lodowatej wodzie. W tym momencie
czuję, jak ktoś mnie gwałtownie popycha, i słyszę równocześnie kpiący
śmiech. W rezultacie wpadam do wody i aby nie zemdleć z emocji, zaczynam
pływać jak opętany. Gdy po kąpieli wychodzę ze stawu, trzęsąc się jak w febrze, przekonany, że wieczorem znajdę się w izbie chorych z zapaleniem
płuc, gorączkowo szukam jakiegoś ręcznika niezbędnego po takim
doświadczeniu... Niestety! Nikt nie ma czegoś takiego. Wycieramy się
podkoszulkami. Prawie wszyscy koledzy noszą podkoszulki z długimi
rękawami, zastępujące w Wehrmachcie koszulę, oraz bluzy mundurowe, które
teraz wkładają na gołe ciało. Ja jestem uprzywilejowany, ponieważ mam
cienki pulower, chroniący moją delikatną chłopięcą skórę od szorstkiej
tkaniny.
Biegiem, żeby nie zostać z tyłu za przewodnikiem, który zdążył już
pokonać połowę drogi powrotnej, docieramy wreszcie do naszej imponującej
siedziby. Wszystkim okropnie chce się jeść. Na próżno wodzimy wzrokiem
dookoła: nie ma ani śladu stołówki. Ponieważ prawdopodobnie nikt się
nami nie zainteresuje, jakiś młody Alzatczyk o posturze olbrzyma
odważnie staje naprzeciw podoficera, mierząc go wzrokiem, jakby chciał
go pożreć.
- Czy należy nam się talerz zupy? - pyta.
W odpowiedzi usłyszeliśmy grzmiące: "Baczność!". Wszyscy
znieruchomieliśmy, podobnie jak nasz orędownik.
- Zupę wydaje się o jedenastej! - ryczy podoficer. - Przyszliście z trzygodzinnym opóźnieniem! W kolumnie trójkowej zbiórka! Idziemy na
strzelnicę.
Zgrzytając zębami, podążamy za naszą "matką żywicielką".
Zagłębiamy się w wąską ścieżkę biegnącą przez las. Nasz szyk deformuje
się coraz bardziej, tak że w końcu idziemy gęsiego. W pewnej chwili,
jakieś dziesięć metrów przede mną, rozlega się cichy gwar, który rychło
przeradza się w coraz głośniejszą wrzawę. Spieszę do przodu, podobnie
jak ci, co idą za mną. Wkrótce jest nas już około trzydziestu w pobliżu
zagajnika, gdzie stoi trzech mężczyzn w cywilu. To Polacy. Każdy z nich
trzyma koszyk z jajami. Słychać wypowiadane szeptem słowa:
- Masz pieniądze?
- Ja nie mam.
Nie rozumiem, co mówią Polacy, ale domyślam się, że proponują nam zakup
jajek. Niestety nie otrzymaliśmy żołdu, a tylko niewielu z nas posiada
własne marki.
Widząc żywność przed sobą, przeżywamy prawdziwe katusze: jesteśmy bardzo
głodni. Robi się ogólne zamieszanie, ręce chciwie nurkują do koszyków.
Pękają skorupki jaj. Następuje wymiana ciosów. Wszystko to odbywa się w ciszy, gdyż obie strony obawiają się represji. W sumie całkiem nieźle
sobie poradziłem. Nie ucierpiałem zbytnio w tej szarpaninie, jedynie
deptano mi brutalnie po stopach, ale za to zdobyłem siedem jajek.
Dołączam biegiem do grupy i wręczam dwa jajka młodemu, grubemu
Austriakowi, który patrzy na mnie osłupiały. Nie zdążyłem nawet przejść
stu metrów, jak połknąłem niemal ze skorupkami pięć pozostałych jaj.
Docieramy na strzelnicę. Jest już tam chyba z tysiąc żołnierzy. Słychać
nieustanny huk wystrzałów. Kierujemy się ku idącej naprzeciw nam grupie
żołnierzy z karabinami. Bierzemy od nich broń. Pobieram dwadzieścia
cztery naboje, które wystrzeliwuję, gdy nadchodzi moja kolej. Uzyskuję
kiepski wynik, ale mieszczę się w normie.
Zaczynam odczuwać dolegliwości żołądka po zjedzeniu jajek. Nadchodzi
noc. Wszyscy jesteśmy wykończeni. Nasz anioł stróż wzywa nas na zbiórkę.
Z bronią na ramieniu opuszczamy strzelnicę. Inne kompanie odchodzą w rozmaitych kierunkach. Wchodzimy na wąską, żwirową drogę. Wydaje mi się,
że wracamy inną trasą.
I rzeczywiście. Musimy, śpiewając, pokonać krokiem marszowym aż sześć
kilometrów, by wreszcie dotrzeć do tego cholernego zamku. Zdaje się, że
marsz ze śpiewem to znakomite ćwiczenie oddechowe. Tego wieczoru, jako
że nie padłem z wyczerpania, wyrobiłem chyba sobie płuca jak miechy
kowalskie. Między jedną piosenką a drugą zerkam na kolegów zdzierających
sobie gardła i momentalnie wyczytuję niepokój na ich twarzach. Ponieważ
wyglądam na nieświadomego, Peter Deleige, który idzie tuż przede mną,
prezentuje mi przegub z błyszczącym zegarkiem, szepcząc równocześnie:
- Godzina.
O Boże! Zrozumiałem. Jest już prawie noc, minęła piąta, no i przepadła
nam zupa! Cały pluton zdaje się zaprzątnięty tą myślą. Może coś dla nas
zostawią. Uczepiliśmy się tej nadziei, pokonując zmęczenie, które wręcz
zwala nas z nóg. Feldfebel pozostaje w tyle o krok, potem o dwa. Patrzy
na nas zdziwiony, po czym zaczyna wrzeszczeć, wreszcie się opanowuje i mówi:
- Ach, to tak?! Może myślicie, że zostawicie mnie w tyle? Naprzód!
Na jego rozkaz po raz siódmy intonujemy Die Wolken ziehn i przekraczamy, nie zwalniając kroku, masywny kamienny most wiszący nad
fosą. Omiatamy spojrzeniem mroczny dziedziniec, słabo oświetlony kilkoma
lampami. Przed przyczepą motocyklową, na której widać trzy wielkie
kotły, stoi w kolejce kolumna żołnierzy trzymających kociołki i menażki.
Na rozkaz sierżanta zatrzymujemy się, czekając na komendę "rozejść się",
żeby popędzić po naczynia. Niestety stosowna chwila jeszcze nie
nadeszła. Ten sadysta każe nam przede wszystkim złożyć na stojakach w magazynie broń z uwzględnieniem jej numeracji. To zajmuje nam kolejne
dziesięć minut. Jesteśmy zniecierpliwieni. W końcu odzywa się:
- Idźcie zobaczyć, czy coś tam zostało! Ale zachować mi porządek!
Idziemy grzecznie aż do drzwi magazynu, ale jak tylko wychodzimy na
zewnątrz, nic już nas nie powstrzymuje: hurmem pędzimy do naszych
kwater. Bruk dziedzińca rozbrzmiewa stukotem butów z metalowymi
okuciami, spod których sypią się iskry. Osiemdziesięciu rozjuszonych
wojaków pokonuje monumentalne kamienne schody, roztrącając po drodze
kilku żołnierzy, którzy akurat nimi schodzą. Zgiełk wzmaga się przed
izbami sypialnymi, gdyż nikt z nas nie dopchał się jeszcze do swego
łóżka. Jak szaleni wpadamy do środka, po czym wylatujemy stamtąd, gdyż
pomyliliśmy pomieszczenia. Na domiar złego, gdy wybiegamy z izb,
natykamy się na kolejnego wchodzącego. Kotłowanina, przekleństwa,
wymiana ciosów. Inkasuję uderzenie w hełm, na skutek czego wbija mi się
dokumentnie w głowę.
Nieliczni szczęściarze, którym od razu udaje się znaleźć menażki, pędzą
z powrotem w kierunku schodów. Łajdaki! Wszystko nam zeżrą! Kiedy
wreszcie znajduję swój sprzęt i odpinam menażkę, jakaś świnia depcze mi
brudnymi buciorami po łóżku, strącając moje rzeczy. Ta kurewska menażka
wpada pod wyrko sąsiada. Nurkuję pod nie i gdy w końcu ją chwytam, ktoś
inny nadeptuje mi na wolną rękę.
Wybiegam na dziedziniec, gdzie pod czujnym wzrokiem podoficera staję
karnie w kolejce. Jest jeszcze przynajmniej jeden pełny kocioł, co mnie
trochę uspokaja.
Korzystając z chwili wytchnienia, obserwuję kolegów. Wszystkim błyszczą
oczy ze zmęczenia. Faceci o szczupłej twarzy, tak jak ja, mają oczy
strasznie podkrążone. Pyzaci są bladzi jak nieboszczyki.
Dostrzegam Brunona Lensena, który dostał już swoją porcję i oddala się
teraz drobnym krokiem, połykając zawartość menażki. Fahrstein,
Olensheim, Lindberg i Halls czynią podobnie. Nadchodzi moja kolej.
Otwieram menażkę, której nie zdążyłem umyć. Zostały w niej resztki
jedzenia.
Garkotłuk napełnia wielką chochlą naczynie, po czym łyżką dodaje pokaźną
porcję jogurtu. Przysiadam nieco na uboczu, na jednej z ławek
znajdujących się wzdłuż budynków gospodarczych. Powrotny bieg miał
przynajmniej tę korzyść, że nie czuję już dolegliwości żołądka na skutek
zbyt łapczywie tego popołudnia połkniętych jajek, toteż z wielkim
apetytem pochłaniam w ciemnościach trzy czwarte porcji. Nie jest to złe.
Wstaję z ławki i zbliżam się do niezaciemnionego okna, by zerknąć do
menażki. Chyba jest to kasza z suszonymi śliwkami i kawałkami mięsa.
Całość pożarłem w pięć minut.
Ponieważ nie dano nam nic do picia, podobnie jak koledzy podchodzę do
poidła dla zwierząt i wypijam ze trzy, cztery kubki lodowatej wody. Przy
okazji płuczę naczynia.
Apel wieczorny, zbiórka w wielkiej sali, gdzie zwykły kapral opowiada
nam o Rzeszy Niemieckiej. Godzina ósma. Trębacz batalionowy daje sygnał:
"gasić światła". Wracamy do izb i momentalnie zasypiamy.
Tak minął pierwszy dzień pobytu w Polsce. Jest 18 września. Nazajutrz o piątej rano jesteśmy już na nogach. Podobnie będzie przez kolejne
piętnaście dni. Cały czas odbywamy intensywne ćwiczenia. Codziennie
zaliczamy ten cholerny staw, ale już nie żeby się kąpać, lecz w pełnym
rynsztunku bojowym.
Przemoczeni, zmordowani, u kresu sił, co wieczór padamy na łóżka i zasypiamy kamiennym snem. Nie mamy nawet siły na pisanie listów do
rodzin.
Robię duże postępy w strzelaniu. Zużyłem chyba ponad pięćset naboi na
manewrach i strzelnicy. Przez te dwa tygodnie wykonałem też około
pięćdziesięciu rzutów granatem ćwiczebnym.
Zrobiła się brzydka pogoda; od czasu do czasu pada deszcz. Czyżby
nadchodziła już zima? Jeszcze nie, mamy dopiero piąty października.
Dzisiejszy poranek jest pogodny i nieco mroźny. Zapowiada się ładny
dzień. Gdy wstaje świt, oddajemy honory sztandarowi. Z bronią na
ramieniu wyruszamy na codzienny "footing".
Pluton przekracza wiszący nad fosą most, który rozbrzmiewa stukotem
sześćdziesięciu par butów. Laus nie wydaje komendy: "śpiew". Przez pół
godziny słyszę tylko miarowy stukot. Uwielbiam ten dźwięk; nie odczuwam
wtedy potrzeby rozmowy. Gdy wdycham głęboko świeże, leśne powietrze,
czuję w sobie tę cudowną energię życia. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego
wszyscy tak wspaniale się czujemy pomimo ogromnego codziennego wysiłku.
Wszyscy, jak jeden mąż, mamy promienny wyraz twarzy. Mijamy kompanię
stacjonującą dziesięć kilometrów od nas, we wsi o nazwie bodajże
Kriemienstowsk.
Obie kolumny oddają honory: my na komendę "na lewo", oni na komendę "na
prawo patrz". Nie deformując szyku, przechodzimy do biegu, następnie
powracamy do kroku marszowego, potem znów bieg. Trwa to mniej więcej
półtorej godziny. Gdy przybywamy do zamku, zauważamy mnóstwo nowych
twarzy.
W czasie naszej nieobecności pojawili się nowi rekruci. Myślę, że
stacjonuje już tutaj przynajmniej tysiąc pięćset żołnierzy. Cóż, miejsca
wystarczy dla wszystkich.
Wszyscy sierżanci-instruktorzy zajmują się tymi żółtodziobami, toteż
musimy czekać przy wejściu. Ponieważ w dalszym ciągu nikt się nami nie
interesuje, po upływie godziny składamy broń w kozły i przysiadamy na
piętach na bruku dziedzińca.
Rozmawiam trochę po francusku, trochę po niemiecku z jakimś
Lotaryńczykiem. Tak upływa poranek. Pora na posiłek. Zostawiamy broń i idziemy do stołówki.
Jest już popołudnie. Nadal ani żadnej służby, ani ćwiczeń. To nie do
wiary. Nie kwapimy się do zejścia na dziedziniec, bo w każdej chwili
mogą nas zapędzić do jakiejś roboty. Pchamy się wszyscy na drugie
piętro, również przeznaczone na kwatery dla żołnierzy. Bierzemy
znajdującą się tam drabinę i wspinamy się po niej na strych, a stamtąd
na dach, którego masywną łupkową konstrukcję intensywnie ogrzewa słońce.
Kładziemy się na dachu, opierając stopy o rynnę, by nie spaść na
dziedziniec.
Jest wspaniała pogoda, na dachu upał coraz większy. Wkrótce wszyscy
paradujemy z nagim torsem, jak na plaży. W końcu spiekota jest już nie
do zniesienia i spora liczba kolegów wraz ze mną opuszcza tę kryjówkę.
Mieliśmy niezły ubaw, obserwując, jak gromada zdrowo opieprzanych fryców
ugania się po dziedzińcu.
Schodzę na dół w towarzystwie tego durnego Lotaryńczyka, który cały czas
zawraca mi głowę swoimi studiami medycznymi. Ponieważ w przyszłości mam
zamiar pomagać ojcu w jego fachu technicznym, tematyka ta nieco mnie
deprymuje. A poza tym po co snuć projekty zawodów cywilnych, skoro
jesteśmy w wojsku!
Na dziedzińcu na szczęście nikt do nas nie woła, wobec tego przechadzam
się swobodnie i po raz pierwszy z uwagą studiuję potężną bryłę zamku.
Wszystko tu jest ogromne: najmniejsze schody mają co najmniej sześć
metrów szerokości, najmniejszy element drewniany grubo ciosany, jak
belka lub łuk przyporowy, ma nie mniej niż pół metra grubości. Zamkowy
krużganek to konstrukcja łącząca cztery imponujące okrągłe wieże, mająca
około piętnastu metrów szerokości, dwadzieścia metrów długości i osiem
metrów wysokości. Rozmiary całego gmachu są tak imponujące, że człowiek
zapomina o posępnym wyglądzie fortecy.
Za wejściem, które opisałem powyżej, ciągną się równolegle budynki
stanowiące przedłużenie muru obronnego. Na ich krańcu cztery baszty
podobne do wież krużganka wieńczą bryłę zamku.
Ta piękna architektura wywiera na mnie wielkie wrażenie. W iście
wagnerowskiej scenerii ogarnia mnie poczucie niezmierzonej potęgi. W oddali, na horyzoncie, otaczają nas niekończące się lasy ciemnozielonej
barwy.
Następne dni, choć upłynęły na ciężkiej pracy, dały mi prawdziwą
satysfakcję. Uczę się jeździć ciężkim motocyklem, następnie
volkswagenem, wreszcie steinerem. Czuję się tak pewny siebie, że
prowadzenie tych pojazdów wydaje mi się dziecinnie proste. Mimo że nie
jestem dobrym kierowcą, daję sobie radę w najróżniejszych warunkach. W sumie uczy się nas piętnastu. Zasiadamy po kolei za kierownicą, nie
przestrzegając przy tym żadnej dyscypliny. Bawimy się jak chłopcy, bo w gruncie rzeczy jeszcze nimi jesteśmy.
10 października. Nadal utrzymuje się piękna pogoda, ale rano jest
pięciostopniowy mróz. Cały dzień ćwiczymy jazdę transporterem, pokonując
strome zbocza. Jedzie nas piętnastu. Wehikuł przewidziany na osiem osób
okazuje się bardzo niewygodny. Musimy dokonywać cudów zręczności, by
utrzymać równowagę. Śmiechu było co niemiara przez cały dzień. Wieczorem
już każdy z nas jest w stanie prowadzić transporter. Czujemy się tak
obolali, jakby ktoś nas okładał kijem.
Nazajutrz rano z zapałem oddajemy się ćwiczeniom fizycznym, między
innymi po to, by się rozgrzać. W pewnej chwili Laus przerywa zaprawę.
- Sajer! - woła.
Robię krok do przodu, występując z szeregu.
- Porucznik Starfe potrzebuje kierowcy transportera, a ponieważ wczoraj
szczególnie się wyróżniliście... Idźcie się przebrać w mundur.
Salutuję, po czym błyskawicznie wybiegam z szyku. To niemożliwe... Jestem
najlepszym kierowcą w plutonie! Skaczę z radości. W mgnieniu oka
przebieram się i wracam na dziedziniec. Biegnę w kierunku budynku
dowództwa. Niepotrzebnie: Starfe czeka już na placu. Jest to chudy
mężczyzna o ostrych rysach twarzy, lecz nie ponurak. Został ponoć ciężko
ranny w Belgii i służy teraz w wojsku jako instruktor. Wyprężam się na
baczność.
- Znacie drogę na Kriemienstowsk? - pyta.
- Jawohl, Herr Leutnant.
Prawdę mówiąc, jedynie się domyślałem, że chodzi o drogę, na której
czasami mijaliśmy w trakcie ćwiczeń kompanie idące prawdopodobnie z tej
wioski. Jestem jednak zbyt szczęśliwy, żeby pozwolić sobie na
jakiekolwiek wahanie. Chociaż raz wymaga się ode mnie czegoś innego niż
ćwiczeń w ramach musztry.
- W porządku - mówi. - No to idziemy.
Starfe wskazuje mi wczorajszy transporter. Z tyłu pojazdu znajduje się
czterokołowa przyczepa. Jest to właściwie działo dalekosiężne,
osiemdziesiątkaósemka przykryta plandeką maskującą. Siadam na miejscu
kierowcy. Wskaźnik paliwa pokazuje dziesięć litrów. To za mało. Proszę o pozwolenie uzupełnienia zbiornika. Dostaję zgodę, a także pochwałę, że
pamiętałem o tej podstawowej czynności. Po kilku minutach ruszamy.
Transporter dość niepewnie mija krużganek i most. Nie śmiem spojrzeć na
Starfego, który na pewno widzi moją beznadziejną jazdę. Po przejechaniu
około sześciuset metrów skręcam na drogę wiodącą prawdopodobnie do
Kriemienstowska. Przez dziesięć minut jadę dość powoli, gdyż nie jestem
pewny trasy. Mijamy dwa polskie wozy pełne siana. Czmychają czym prędzej
przed moim Kleinpanzerem. Widząc to, Starfe spogląda na mnie z uśmiechem.
- Myśleli, że naumyślnie jechałeś prosto na nich. Do głowy by im nie
przyszło, że nie panujesz nad pojazdem! - Śmieje się szyderczo.
Nie wiem, czy mam się śmiać, czy też potraktować to jako ostrzeżenie.
Jestem coraz bardziej spięty. Nieszczęsnemu porucznikowi lepiej już by
się jechało na dromaderze. Dojeżdżamy w końcu do kilku obskurnych
zabudowań. Na próżno szukam jakiejś tablicy z nazwą miejscowości. Kręcą
się tu tylko dotknięte albinizmem dzieci, które włażą prawie pod
gąsienice, żeby móc obserwować nasz przejazd.
Skręciwszy na plac, dostrzegam nagle ze sto parkujących pojazdów
niemieckich. Równocześnie Starfe wskazuje mi budynek z powiewającą
flagą. To tu. Uff! Oddycham z ulgą. Rzeczywiście była to droga na
Kriemienstowsk.
- Masz przeszło godzinę - odzywa się Starfe. - Idź do kantyny. Może uda
ci się zjeść coś ciepłego.
Gdy wymawia te słowa, czuję na barku jego prawą rękę. Wzrusza mnie do
głębi ten przejaw sympatii ze strony porucznika, którego przeklinałem w myślach przez całą drogę. Nigdy bym nie przypuszczał, że facet o tak
surowej twarzy może się zdobyć na równie ojcowski gest pod moim adresem.
Mimo że wzmaga się chłód, czuję ogarniającą mnie falę ciepła. Pewnym
krokiem zmierzam w kierunku gmachu przypominającego siedzibę władz
miejskich. Na dużej tablicy widnieje napis SOLDATENSCHENKE 27. KOMPANIE.
Cały czas widać wchodzących i wychodzących żołnierzy. Nie dostrzegam
żadnego ordynansa. Wchodzę bez wahania, po czym przemierzam
pomieszczenie, w którym trzech frontowców zajętych jest rozpakowywaniem
skrzyń z żywnością. W głębi następnej izby znajduje się bufet, przy
którym rozmawia kilku żołnierzy.
- Czy mogę dostać coś ciepłego? Przywiozłem właśnie oficera, ale nie
jestem z dwudziestej siódmej.
- Hmm - mruczy żołnierz za ladą bufetu. - Jeszcze jeden Alzatczyk, co
myśli, że zna niemiecki!
Rzeczywiście moja niemczyzna jest fatalna.
- Nie jestem Alzatczykiem, lecz pół-Niemcem ze strony matki -
oświadczam.
Żołnierze nie wtrącają się do naszej rozmowy. Ten zza bufetu odchodzi,
udając się do kuchni. Sterczę na środku sali, opatulony w wielki,
zielony płaszcz. Po pięciu minutach facet wraca, przynosząc dymiącą
menażkę wypełnioną do połowy kozim mlekiem. Dowcipniś dolewa do niej
wypełniony po brzegi duży kieliszek alkoholu i podaje mi bez słowa.
Piję, mimo że pali mnie od tego gardło. Czuję na sobie wzrok wszystkich
obecnych. Nigdy nie lubiłem alkoholu, ale choćby nie wiem co wypiję ten
litr płynu, aby nie uchodzić w ich oczach za panienkę.
Bez pożegnania rozstaję się z tą grupą prostaków i wychodzę na zewnątrz.
Tym razem rzeczywiście czuję polską zimę. Niebo jest zachmurzone,
termometr wskazuje sześć stopni poniżej zera.
Nie wiem za bardzo, dokąd mam teraz iść. Plac jest niemal pusty. W okolicznych domach Polacy zapewne grzeją się przy ciepłych piecach.
Zmierzam w kierunku parku samochodowego, gdzie przy ciężarówkach
krzątają się żołnierze. Zamieniam z nimi kilka zdań, lecz odpowiadają
bez zbytniego entuzjazmu. Chyba jestem dla nich za młody; faceci mają co
najmniej trzydziestkę. Kiedy tak chodzę od jednego do drugiego,
spostrzegam trzech brodatych mężczyzn opatulonych w długie płaszcze
wojskowe brunatnofioletowej barwy, tnących pień drzewa dużą piłą. Po raz
pierwszy widzę takie mundury.
Podchodzę do nich z uśmiechem i zadaję banalne pytanie: "jak leci?".
Przerywają pracę i prostują się bez słowa. Domyślam się, że ich gęste
brody kryją uśmiech. Jeden z nich jest wysoki i krzepki, dwaj pozostali
są niscy i krępej budowy. Zadaję ze dwa, trzy pytania, które pozostają
bez odpowiedzi. Faceci cały czas się uśmiechają. Słowo daję, kpią sobie
ze mnie! Wtem słyszę z tyłu kroki, po czym ktoś się odzywa:
- Zostaw ich w spokoju! Przecież wiesz, że nie wolno z nimi rozmawiać.
Wyjątek to oczywiście wydawanie rozkazów.
- Ale te dzikusy nie odezwały się do mnie ani słowem. Ciekaw jestem, co
tacy robią w Wehrmachcie - wypaliłem.
- Teufel! - rzucił przez zęby chłopak, który podszedł, żeby mnie
zbesztać. - Widać, że jeszcze nie byłeś na froncie. Ci faceci to jeńcy!
Rosyjscy jeńcy! Jak przypadkiem znajdziesz się na froncie i zobaczysz
takiego, zanim on zobaczy ciebie, strzelaj! Strzelaj bez wahania, bo
inaczej nie zobaczysz następnego.
Stoję osłupiały i po raz ostatni zerkam na Rosjan, którzy powrócili już
do pracy. Więc to są nasi wrogowie... ci, co strzelają do niemieckich
żołnierzy! Do żołnierzy, których mundur noszę. Ale dlaczego uśmiechali
się do mnie?
Jeszcze przez piętnaście dni przebywam w zamku z kolegami z 19. kompanii
wyznaczonej do służby w wojskach transportowych. W ich towarzystwie
zapominam o przykrym epizodzie w budynku 27. kompanii, złożonej
wyłącznie z nieprzyjemnych typów. Muszę jednak dodać na ich obronę, że
żołnierze ci służyli w armii od 1940 roku.
Tu, w 19., są tylko bardzo młodzi ludzie, tacy jak ja. Śmiejemy się z najbardziej błahego powodu i pomimo beznadziejnej pogody z wielkim
entuzjazmem zaliczamy codzienne ćwiczenia wojskowe.
Nadeszła zima. Obfite deszcze i śniegi przekształcają ziemię w lepką
maź. Z ćwiczeń wracamy późnym wieczorem, ubłoceni i wycieńczeni, lecz
pełni radości tak typowej dla młodych, zdrowych ludzi.
Owo zmęczenie jest niczym w porównaniu z tym, co nas czeka. Wieczorem
grzejemy się w wygodnych łóżkach, żartując, dopóki nie zaśniemy snem
sprawiedliwego.
28 października. Jest paskudna pogoda, choć niezbyt mroźnie. Przez całą
dobę gwałtowne podmuchy wiatru gnają po niebie ciemne chmury,
przynoszące fale zacinającego deszczu. Przemoczeni i zmęczeni
podoficerowie nie wyprowadzają nas na ćwiczenia. Przez większość czasu
doskonalimy umiejętność jazdy i zgłębiamy problemy techniczne. Jak na
razie nie znam podlejszej czynności niż grzebanie w silniku podczas
zacinającego deszczu.
Temperatura cały czas utrzymuje się w okolicach zera.
30 października. Pada deszcz i jest zimno.
Po oddaniu honorów sztandarowi otrzymujemy rozkaz udania się do magazynu
gospodarczego. Nie dociekając zbytnio powodu, idziemy w wyznaczone
miejsce. Przynajmniej tam nie pada. W magazynie mieszczącym się w dość
pokaźnym budynku dwa pierwsze plutony naszej kompanii kończą właśnie
pobieranie zaopatrzenia. Chłopaki wychodzą, obładowani
najprzeróżniejszymi produktami żywnościowymi, kocami, skarpetami itd. Ja
dostaję cztery puszki delikatesowych sardynek francuskich, dwie duże
kiełbasy warzywne w celofanie, paczkę sucharów witaminizowanych, dwie
tabliczki szwajcarskiej czekolady, wędzoną słoninę i ze ćwierć kilograma
cukru w kostkach. Kilka kroków dalej magazynier rzuca mi na zajęte już
ramiona nieprzemakalną pałatkę, parę skarpet i parę wełnianych rękawic.
Przy wyjściu otrzymuję poza przydziałem płócienny pakunek z napisem
"opatrunek indywidualny pierwszej potrzeby". W strugach deszczu dołączam
do grupy żołnierzy zgromadzonych wokół oficera, który wdrapał się na
platformę ciężarówki. Opatulony w długi skórzany płaszcz szarozielonej
barwy porucznik zdawał się czekać, aż zbierze się cała kompania. Gdy
uznał, że wszyscy już są, zaczął do nas przemawiać. Mówił zbyt szybko,
żebym wszystko zrozumiał, niemniej zapamiętałem te oto słowa:
- Wkrótce opuścicie te koszary, aby zapewnić ochronę kilku pociągów
wojskowych mających dotrzeć w pobliże frontu. Otrzymaliście przydział
żywności na osiem dni. Dołączcie ją do swojego ekwipunku. Zbiórka za
dwadzieścia minut. Rozejść się!
Pośpiesznie, w pełnej niepokoju ciszy, wracamy do kwater i pakujemy
skromny dobytek. Gdy zapinam plecak, mój sąsiad z pokoju zadaje mi
pytanie:
- Kiedy wyjedziemy?
- Nie wiem.
- Napisałem przedwczoraj do rodziców, żeby przysłali mi kilka książek.
- Dostaniesz przesyłkę pocztą wojskową.
W tym momencie ten szatan Halls klepie mnie w ramię.
- Nareszcie zobaczymy Rosjan! - ryczy, śmiejąc się szyderczo.
Odnoszę wrażenie, że śmieje się, by dodać sobie odwagi. Wszyscy przecież
są poruszeni tą wiadomością i pomimo błogiej nieświadomości myśl o wojnie nas paraliżuje.
Jeszcze raz wychodzimy na dziedziniec w strugach tego cholernego
deszczu. Każdemu z nas oficjalnie wydaje się mauzera i dwadzieścia pięć
naboi. Nie wiem, czy to właśnie z tego powodu, ale zauważam, że wszyscy
jesteśmy coraz bledsi. Myślę jednak, że jest to wybaczalne. Przecież
żaden z mych hardych towarzyszy nie ma jeszcze osiemnastu lat. Ja sam
skończę ledwie siedemnastkę za dwa i pół miesiąca. Porucznik dostrzega
nasz niepokój. Aby podnieść nas na duchu, odczytuje nam najświeższy
komunikat Wehrmachtu: von Paulus znajduje się nad Wołgą; von Richthofen
jest już niedaleko Moskwy. Anglicy i Amerykanie ponieśli wielkie straty,
usiłując zbombardować miasta Rzeszy. Słysząc nasze okrzyki: Sieg
Heil!, oficer się uspokaja. Cała 19. kompania pręży się na baczność
przed sztandarem.
Wśród nas jest także Laus, nasz feldfebel, w hełmie i pełnym
oporządzeniu. W długim futerale z czarnej, lśniącej w deszczu skóry
trzyma karabin maszynowy. Wszyscy zachowujemy milczenie. Wreszcie
rozlega się sygnał wymarszu, niczym przenikliwy gwizd ruszającego
ekspresu.
- Achtung! Rechts um. Raus!
Maszerując kolumną trójkową, opuszczamy miejsce, w którym trzystu
żołnierzy naszej kompanii zdążyło się już ze sobą zżyć. Po raz ostatni
przekraczamy kamienny most, po czym dochodzimy do drogi, którą
przyszliśmy tu półtora miesiąca temu. Kilka razy oglądam się za siebie,
zerkając na potężną, szarą bryłę starego polskiego zamku, którego już
nigdy nie zobaczę. Nawet chętnie wpadłbym w melancholijny nastrój, gdyby
nie moi koledzy, którzy starali się podtrzymać mnie na duchu. Przestało
padać. Przybywamy do Białegostoku, gdzie aż się roi od żołnierzy.
Idziemy w kierunku dworca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki