Rozdział drugi
Mam kilka kiepskich nawyków. Niektóre są niezdrowe, a inne po prostu zdradzają moje nastroje. Niestety Abbigail Manson zna je wszystkie. Wie, że gdy kłamię, instynktownie pocieram skórę za prawym uchem, a gdy jestem zdenerwowana, szukam ukojenia w paczkach owocowych gum rozpuszczalnych.
Tak, tych dla dzieci. I tak, w wielu paczkach.
Moja szczęka już okazuje mi oznaki nienawiści i protestu, pobolewając uporczywie, ale nie umiem przestać. Żuję jedną gumę za drugą. Wiem, że korzystniej byłoby zapisać się na zajęcia, gdzie uczą, jak radzić sobie ze stresem, ale i tego już próbowałam. Zapisałam się na lekcje jogi połączone z jakąś tajną sztuką umiejętnego oddychania, która miała wysysać stres z największego nerwusa. Brzmi obiecująco? W praktyce było o wiele mniej kolorowo. To właśnie tam lata temu poznałam Abby, na którą te zajęcia miały cudotwórczy wpływ. A na mnie żaden. Instruktor w wieku zbliżonym do mojego dziadka był naprawdę bardzo cierpliwy i wyrozumiały, aż pewnego dnia poczerwieniały od gniewu wyrzucił mnie za drzwi, twierdząc, że jestem zablokowana i roztaczam złą energię. A ja naprawdę nie robiłam nic dokuczliwego lub nieuzasadnionego. Od czasu do czasu rzucałam jakimś logicznym pytaniem, zazwyczaj przed gongiem, który oznaczał całkowitą, nieprzerwaną ciszę przez trzydzieści trzy minuty.
Czy was nie ciekawiłoby, dlaczego akurat przez trzydzieści trzy, a nie przez trzydzieści pięć lub po prostu trzydzieści? Niestety już nigdy się nie dowiemy.
Mimo że zajęcia wyciszania mojego ducha nie przyniosły efektów, przyjaźń z Abby przetrwała do dziś. Choć różnimy się niemal pod każdym względem. Ona jest jak niszczycielskie tornado: szalona, nieustępliwa. Gdyby robiła za panterę, czułaby się zapewne urażona, że nie jest lwem lub tygrysem, podczas gdy ja tryskałabym radością, będąc drapieżnikiem na miarę surykatki.
Jednak nie dokłada szczególnych starań, by - jak przystało na przyjaciółkę - ukoić moje zszargane nerwy lub chociaż zasugerować, że jeśli dalej będę żuła te przeklęte gumy jak nałogowiec, to zgniją mi zęby.
- Powinnaś mnie uprzedzić, że przyjedziesz - karcę ją, przełykając już chyba dziewiąty owocowy smakołyk. Zmuszam się do schowania paczki do kieszeni. Jeśli nie sięgnę po gumę przez pięć minut, uznam to za postęp. - Mam bałagan w domku, dopiero co go wynajęłam, a nie był zamieszkany od dłuższego czasu - marudzę.
Tak naprawdę cieszę się, że Abby postanowiła przyjechać. Potrzeba mi w pobliżu kogoś trzeźwo myślącego, choć właściwie zdrowy rozsądek i logika nie idą w parzę z jej osobą, a mnie postanowiły opuścić jakiś czas temu. Nie zapowiada się, aby wróciły, zwłaszcza że poświęcam pewnemu seksownemu kowbojowi stanowczo zbyt wiele myśli.
- Też mam ręce, mogę ci pomóc - ogłasza. A ponieważ nie jest zwolenniczką sprzątania, coś musi się za tym kryć. - Powiedziałaś, że nie masz nic przeciwko temu, żebym towarzyszyła ci podczas urlopu, a ja zawsze chciałam poromansować trochę z kowbojem. - Jej oczy rozbłyskują w świetle słonecznym, gdy sugestywnie faluje brwiami.
Powinnam była się domyślić. Odkąd odkryła, że wychowałam się w typowo kowbojskim miasteczku, dostała bzika na punkcie znalezienia sobie męża, który klimaty z Dzikiego Zachodu będzie miał we krwi. Ubzdurała to sobie z taką mocą, że nic nie wybije jej tego pomysłu z głowy, więc mogę już szukać sukni druhny na jej ślub z tym jeszcze niczego nieświadomym biedakiem.
- Kowbojów ci tu nie zabraknie. Tego jestem pewna. - Chwytam swoją ostatnio wydaną powieść, o której mam za moment rozmawiać. Mimowolnie zaciskam i rozluźniam dłonie. Kompletnie nie rozumiem targającego mną zdenerwowania. Jedyne, co mogłoby mnie martwić, to pojawienie się tu Nathaniela, a wątpię, by brał udział w takich spotkaniach. Dlaczego więc nie opuszcza mnie osobliwy niepokój?
- A czy organizują tu kowbojskie parady? Fiesty rodem z Dzikiego Zachodu? - Zagradza mi drogę, poklaskując entuzjastycznie w ręce. Wyraz jej twarzy zdradza nieczystość myśli.
O święci pańscy! Za jakie grzechy?
- Jeśli nic się nie zmieniło, to nie dasz rady uczestniczyć we wszystkich tutejszych imprezach - mówię, ostentacyjnie wachlując jej książką przed oczami. Gdy to nic nie daje, zerkam w stronę ludzi, czekających na to, aż się pojawię.
- Idealnie. - Układa usta w uśmieszku. - W takim razie po południu wyskoczymy na małe zakupy. Chcę zmienić styl - trajkocze. - Wiesz, kapelusze, kamizelki, spodnie z szerokimi nogawkami albo krótkie spódniczki. - Wymachuje dookoła ramionami w geście sugerującym, że oblazły ją wkurzone insekty.
Ktoś tu naoglądał się za dużo westernów.
- Zmiana całej garderoby nie jest wymagana - tłumaczę po części zirytowana, po części rozbawiona. - Nie zostaniesz wygnana, jeśli będziesz się ubierać jak do tej pory. - Wzdycham, zauważając jedną, niezaprzeczalną korzyść sytuacji. Jej zachowanie przepędza Nate'a z mojej głowy.
Wiem, że niebawem będę musiała coś postanowić.
Niczego nie rozważając, podałam mu imię, które przybrałam po wyjeździe do innego miasta. Zmiana tożsamości miała posłużyć mi terapeutycznie, a ponieważ przyjęłam także nazwisko babci, nie zapowiada się, by coś mnie przed nim zdekonspirowało.
Ale czy ja na pewno nie chcę, żeby dowiedział się kim jestem?
I jak wyjaśnić to wszystko, co się wydarzyło? Jak wyjaśnić to, co się wciąż dzieje? I jak uczynić to tak, by Nathaniel po wysłuchaniu szczegółów, nie postanowił przysłać po mnie osiłków z kaftanem bezpieczeństwa?
- A gdzie w tym zabawa? - pyta takim tonem, jakby mi odbiło i w końcu bierze się za sortowanie książek i zakładek. - Wypada uszanować tradycje twojego rodzinnego miasteczka. - Zagryza pomalowaną na czerwono wargę, a później wyszczerza się z przebiegłością.
Nie chcę znać jej planów, jednak i tak je poznam, bo jeśli istnieje na świecie osoba, która nie ma żadnych sekretów, to właśnie ona. Słowo daję, lepiej nie powierzać jej tajemnic, bo grozi to tym, że nazajutrz usłyszy o nich połowa świata.
- Niech ci będzie - zgadzam się, mając nadzieję, że zakupy mnie zrelaksują. - Muszę już wychodzić. - Maskuję drżenie palców, przyciskając trzymany egzemplarz do piersi.
Co jest ze mną nie tak?
- Co się dzieje? - Abby przechodzi w tryb detektywa. - Jesteś bardziej spięta niż zwykle przy takich okazjach. - Marszczy czoło, a w jej rysach odbija się zmartwienie.
- Po prostu czuję się tu inaczej. Nie spodziewałam się, że to miejsce przytłoczy mnie z taką siłą i prędkością. - To po części prawda. W bardzo małej części, ale opowiadanie Abby o Nathanielu byłoby jak samobójstwo. Jeszcze dziś pobiegłaby do jego domu i mnie zdemaskowała, dodatkowo wszystko koloryzując. - I boję się, że ktoś mnie rozpozna - dodaję szeptem zupełnie niepotrzebnie, bo nikt nas stąd nie słyszy.
- A co w tym złego? - Przechyla lekko głowę i znowu zdaje się szukać u mnie oznak obłąkania.
Brawo, kurczę.
- Nic, porozmawiamy o tym później.
- Dziwaczna jesteś, Rodeo - zaznacza głośno, najwyraźniej uważając tę uwagę za niezbędną i nadal śledzi mnie tymi przenikliwymi ślepiami. - Mam na myśli, że jeszcze bardziej dziwna niż masz w zwyczaju.
Z definicji przyjaźń brzmiała jakoś bardziej satysfakcjonująco...
- Dzięki. - Uśmiecham się sztucznie, zarazem ciskając wzrokiem gromy w jej stronę. - I nie nazywaj mnie tak - żądam. W duchu przygotowuję się na to, że podczas pobytu w Doomcreck nie umknę przed tym śmiesznym przezwiskiem.
Jedyną jej ripostą jest mina godna aniołka i wysłany w powietrzu całus.
Coraz częściej umykając przed nią, mam wrażenie, że umykam przed globalnym kataklizmem.
- Witam wszystkich bardzo serdecznie i dziękuję za przybycie - przemawiam do zgromadzonych, gdy już trzymam mikrofon w dłoni. - Zrobię, co w mojej mocy, by was nie zanudzić. Mam w zwyczaju dużo mówić, więc jeśli zacznę ględzić, nie wahajcie się mi przerwać. Pracuję nad tym - kontynuuję dowcipnie, choć to wcale nie żart. Kiedy się denerwuję, wpadam w jakiś zaostrzony rodzaj słowotoku. Potrafię w jednym zdaniu opowiadać o swoich najbardziej żałosnych wyczynach i o bocianach w kolorze niebieskim.
- Bez większych skutków - wykrzykuje Abby zza kotary, wywołując tym salwę śmiechu. Wcinanie się w moje publiczne wystąpienia również ma w zwyczaju.
- Abby Manson. Moja agentka, przyjaciółka i głos mojego wrednego sumienia - przedstawiam ją z grymasem niezadowolenia, a ona rozsuwa zasłonę i kłania się z gracją baletnicy i znika. - Zazwyczaj na takowych spotkaniach zaczynam od odpowiadania na państwa pytania, a później dodaję coś od siebie. Zatem słucham. - Rozkładam zachęcająco ręce, przysiadając na przygotowanym wcześniej fotelu.
- I obiecuje odpowiadać szczerze, bo inaczej ja to zrobię - wtrąca ponownie moja przyjaciółka. Gdy odwracam się do niej w niemym ostrzeżeniu, rysuje sobie palcem aureolę nad głową i znów chowa się za kotarą.
- Czy przyjechała pani do Doomcreck szukać natchnienia do napisania nowej książki? - Pierwsza odzywa się reporterka najprawdopodobniej z okolicznej gazety.
- Bardzo na to liczę. Jestem pewna, że tutejszy klimat porwałby wiele moich czytelniczek. - Ze naczącym uśmiechem wskazuję na zawieszony na przeciwległej ścianie wielki obraz przedstawiający kowboja pośród stada mustangów. - A jeśli nie on, to seksowny kowboj z nieodpartym urokiem. - Bezwolnie przeszukuję wzrokiem tłum, kiedy po moich słowach rozlega się kilka aprobujących westchnień.
Wcale go nie szukam. Ta wersja jest bezpieczna i zdrowa.
- I zwinnym koniem. - Ponownie rozbrzmiewa wesoły, naznaczony zmysłową nutką głos Abby, a damska część grona przytakuje jej pomrukiem.
Momentami sądzę, że jej wcinanie się robi większą furorę niż cały mój dorobek autorski.
- Pani ostatnia książka pod tytułem Pisane przeznaczeniem została okrzyknięta przez czytelniczki "Najbardziej wzruszającą i autentyczną powieścią pani autorstwa". Czy była inspirowana realnymi wydarzeniami? - Dociera do mnie kolejne pytanie, tym razem od kobiety ubranej w kwiecistą sukienkę.
Czy była? Nie była... Nie mogła być, choć jakiś fragment mnie uparcie nie zgadza się z tym przekonaniem.
- Jednak przyznała pani w którymś z wywiadów, że Pisane przeznaczeniem to powieść o pani wymarzonym mężczyźnie - naciska poprzednia reporterka. A ja choć bardzo chcę, nie mogę wyprzeć się słów, które zacytowały już tysiące moich czytelniczek. - Czy on istnieje? Opisy w niektórych momentach są zadziwiająco szczegółowe i insynuują, że mogła mieć pani na myśli konkretną osobę - drąży, a jej donośny głos przypomina w tym momencie syczenie gotującej się do ataku żmii. To bardziej niż oczywiste, że najchętniej przekręciłaby moje słowa na swoją korzyść. Obstawiam, że ma mnie za naiwną, żyjącą w krainie iluzji dziewczynkę, której brakuje piątej klepki.
- Cóż. Mam nadzieję, że taka osoba istnieje i że jest mi pisana - oznajmiam z nutką wzruszenia w głosie. - Wierzę w przeznaczenie i właśnie to chciałam ukazać, pisząc tę powieść. Ja wciąż czekam, gdzie ono postanowi mnie zaprowadzić - kontynuuję zgodnie z prawdą, choć ostatnio miewam wątpliwości dotyczące słuszności obranej dla mnie przez przeznaczenie drogi. Coraz większe.
- Ja znam mężczyznę, o którym pani pisze. - Dźwięczny, dziewczęcy tembr roznosi się echem po sali, przykuwając uwagę każdego z obecnych. - To mój tata.
- Słucham? - Mrugam, wodząc spojrzeniem po około czternastoletniej dziewczynce, ubranej we wzorzyste ogrodniczki. Na szyi ma zawiązaną czerwoną bandanę, a na głowie biały kapelusz opleciony warkoczem z czegoś, co przypomina skórę.
- Jestem pewna, że pani książka opisuje mojego tatę. On jest pani przeznaczeniem - powtarza, a diaboliczne iskierki tańczące na tle jej tęczówek zdradzają więcej niż słowa. I te oczy. Znam te oczy i znam tę dziewczynkę, choć nie widziałam jej nigdy wcześniej. - Nazywam się Evie Keylynn Westwood, a moim ojcem jest Nathaniel Westwood. Wszystkie stworzone przez panią historie odnoszą się do niego w mniejszym lub większym stopniu, a ta powieść... - Postukuje kciukiem w okładkę trzymanego egzemplarza... obrazuje go ostatecznie. - Rezolutny uśmiech na jej wargach nie wróży nic dobrego, a ja nie jestem pewna, co wywołało u mnie większy szok: jej słowa, fakt, że wiedziałam, że jest córką Nate'a, zanim to przyznała, czy może wrażenie, że właśnie nieświadomie dałam się wmanewrować w jakiś plan tej małej kowbojki, która nosi moje imię.
Intuicja podpowiada mi, że szybko się o tym przekonam.